Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja z festiwalu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja z festiwalu. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 października 2026

Festiwal w smudze cienia /relacja z 61 Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans/

Zwyczajowo na początku września sale koncertowe i kościoły Wrocławia  oraz Dolnego Śląska wypełniła piękna muzyka odbywającego się już po raz 61. Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans im. Andrzeja Markowskiego. W tym roku inspiracją stała się myśl przewodnia  powieści Josepha Conrada "Smuga cienia", z jej problematyką trudnego i bolesnego dojrzewania do odpowiedzialności za siebie i innych ludzi.

"Koronacja wenecka 1595" w Katedrze św. Marii Magdaleny,
fot. Łukasz Rajchert

Właściwie każdy z festiwali ostatnich lat dotykał zagadnień ważnych i aktualnych. Formuła była na tyle pojemna, że słuchacze mogli poprzez muzykę, także tę dawną, przyglądać się odwiecznym, przeklętym  – jakby powiedział Dostojewski  – problemom. Było więc m. in. przesłanie "Światło dla świata", w którym muzyka wyprowadzała nas z mroków ciemności w światłość. Podczas 57. Wratislavii śledziliśmy "Niebezpieczne związki władzy i muzyki", zaś 60. festiwal stawiał pytania o "Raj utracony"... W tym roku myśl przewodnia okazała się równie celna, dotykała bowiem problematyki moralnej, która dotyczy każdego z nas i poprzez dzieła muzyczne ukazywała, jak trudne i bolesne jest dojrzewanie i stawanie się człowiekiem odpowiedzialnym. Wraz z utratą młodości i naiwności pojawia się owa nieodłączna smuga cienia, która odtąd będzie nam stale towarzyszyć. 

"Samson i Dalila" Camille Saint-Saënsa, dyr. Thomas Guggeis

Smuga cienia Samsona  – opera Camille`a Saint-Saënsa


Już pierwsze zaprezentowane dzieło: "Samson i Dalila" Camille Saint-Saënsa wprowadza nas w samo centrum rozważań dotyczących odpowiedzialności za własne czyny kładące się cieniem zarówno na życiu pojedynczego człowieka, jak i całego narodu. Libretto oparte jest dość luźno na VI rozdziale Księgi Sędziów Starego Testamentu, z której zaczerpnięto dwa epizody: zdradę Dalili (która w wersji biblijnej jest żoną bohatera, a nie uwodzicielką) i zwycięstwo Samsona nad Filistynami, okupione własną śmiercią. W przeciwieństwie do oratorium "Samson" Georga Friedricha Händla, będącego epicką historią biblijnego bohatera, przedstawiającą ostatni rozdział jego życia  i moralne dojrzewanie do decyzji zakończonej męczeńską śmiercią, opera francuskiego kompozytora ma bardziej uniwersalny wymiar, nie mówiąc już o jej rozmiarach. Zresztą Händel nigdy nie był, na szczęście, powściągliwy i hojnie raczył swoich słuchaczy piękną muzyką. Otóż "Samson i Dalila" opowiada historię pewnej erotycznej fascynacji, która doprowadza bohatera do zguby, a wraz z nim przynosi klęskę jego pobratymcom. Pierwszy akt ukazuje zniewolonych i narzekających na swój los Izraelitów, którym Samson przywraca nadzieję i wiarę, że Bóg nie zostawił ich na pastwę losu i Filistynów. Jego zapał i głęboka wiara sprawiają, że Izraelici powstają z kolan i pokonują Filistynów, którzy w rezultacie uciekają w góry. Kiedy jednak świątynię Dagona opuszczają kobiety, a wśród nich olśniewająco piękna i kusząca Dalila, Samson ulega pokusie. No, powiedzmy, że trochę z pokusą walczy, ale niezbyt długo. Skutki jego słabości okażą się bardzo bolesne. Nie tylko zapłaci za tę chwilę słabości oślepieniem (co jest poniekąd aktem symbolicznym), ale także uwięzieniem i pracą ponad ludzkie siły. Jego lud, pozbawiony przywódcy, stanie się ponownie zniewolony, a Filistyni triumfalnie powrócą i wyprawią bachanalia na cześć swego boga Dagona. Aby uświetnić zwycięstwo, sprowadzają też triumfalnie Samsona, upokarzając go w ten sposób. On jednak zwraca się do Boga, by raz jeszcze przywrócił mu siły, obala kolumnę podtrzymującą świątynię, grzebiąc w ten sposób zgromadzonych tam wrogów i siebie samego. Tym heroicznym gestem przywraca nie tylko swoją godność, ale także wyzwala swój uciemiężony lud. Ten trudny przecież wybór jest jego smugą cienia: wyrazem dojrzałości i odpowiedzialności za naród, okupiony własnym cierpieniem i śmiercią. 

Ta piękna historia pokazuje, że nawet wielcy ulegają pokusom, upadają, lecz doświadczenie to sprawia zarazem, że dorastają do trudnych decyzji, za które płacą najwyższą cenę. 

Operę Camille Saint-Saënsa poprowadził we Wrocławiu Thomas Guggeis  – niemiecki dyrygent i pianista, dyrektor Opery we Frankfurcie, który mimo młodego wieku, ma spore doświadczenie operowe, o czym świadczy m. in. fakt przyznania mu w 2026 roku przez magazyn "Opernwelt" tytułu Dyrygenta Roku.  Guggeis znakomicie dyrygował NFM Filharmonią Wrocławską, Chórem NFM oraz Slovenian Philharmonic Choir, a także znakomitymi solistami. W rolę Samsona wcielił się australijski śpiewak operowy (tenor) Nikolai Schukoff, który swoją  rolę interpretował niezwykle przekonująco. Na początku był wspaniałym i charyzmatycznym przywódcą, gdy zapewniał Izraelitów, że Bóg pomoże im zrzucić jarzmo, to znowu stawał się tragicznym bohaterem, którego dręczy żądza i poczucie winy, by na koniec stać się spokojnym, pewnym swoich decyzji człowiekiem – gdy ponownie zwraca się z wiarą ku Bogu i pokonuje wrogów. 

W postać Dalili wcieliła się gruzińska mezzosopranistka Anita Rachvelishvili  – olśniewająca w roli perfidnej uwodzicielki, kusicielki, której nie sposób się oprzeć. Była mocną, świadomą swych atutów kobietą, którą silnie motywuje nienawiść do Samsona. Pod maską czułych zapewnień o miłości czaiła się w jej interpretacji podstęp i zdrada. Wszystkie te niuanse swojej roli artystka wydobyła znakomicie.

Posłuchajmy słynnego duetu zwanego umownie miłosnym: “Mon cœur s’ouvre à ta voix” z tą artystką.


Obowiązki władcy: piękna, uduchowiona rekonstrukcja "Koronacji weneckiej" z 1595 roku

Absolutnie niezwykła  była w moim odczuciu "Koronacja wenecka 1595" – rekonstrukcja Mszy koronacyjnej weneckiego doży Marina Grimaniego w Bazylice św. Marka w Wenecji. Autorem owej rekonstrukcji jest angielski dyrygent Paul McCreesh, wieloletni szef festiwalu Wratislavia Cantans, zaś wykonawcami byli członkowie jego zespołów Gabrieli Consort & Players, zawdzięczający swą nazwę włoskim kompozytorom: Giovanniemu i Andrei Gabrieli, których utwory stanowiły zasadniczą część koncertu. Projekt ów został utrwalony na płycie, my jednak mogliśmy go wysłuchać na żywo w Katedrze św. Marii Magdaleny, a więc również w sakralnej przestrzeni, co jest doświadczeniem bezcennym. 

Muzycy prezentowali poszczególne części Mszy w różnych miejscach przestrzeni kościoła. Najpierw usłyszeliśmy męskie głosy rozbrzmiewające początkowo gdzieś w pobliżu ołtarza głównego i stopniowo zbliżające się, które zaintonowały chorałowy introit. Następnie z drugiego końca świątyni dobiegły odgłosy odległego bębna i fanfary trąbek, zwiastujące wejście doży.

"Koronacja wenecka 1595", Gabrieli Consort & Players,
fot. Łukasz Rajchert
Śpiewane fragmenty liturgii, obejmujące zarówno rozbudowane opracowania chóralne i instrumentalne, jak i chorał – przeplatano krótkimi wstawkami instrumentalnymi: były to albo canzony Giovanniego Gabrielego, albo też niezwykle subtelne solowe utwory na organy. Stałe części Mszy (w tym przypadku Kyrie, Gloria, Sanctus i Benedictus) wykonano do muzyki Andrei Gabrielego z 1587 roku. Otwierające całość Kyrie było w dużej mierze utworem solowym – wykonywał je wybitny młody tenor Benedict Hymas, którego niezwykle czyste, wysokie i eteryczne brzmienie pięknie kontrastowało z ciepłym dźwiękiem towarzyszących mu puzonów. Canzona rozdzielająca dwa śpiewane czytania biblijne, odznaczała się zachwycającą lekkością z towarzyszącymi jej skrzypcami. Podobało mi się również offertorium Deus qui beatum Marcum („O Boże, który wywyższyłeś świętego Marka”) w porywającym wykonaniu altów Davida Allsoppa i Marka Chambersa, jednak prawdziwą kulminacją występu był moment, w którym pięcioro solistów wspólnie wykonało antyfonę komunijną O Sacrum Convivium Andrei Gabrielego. Przy subtelnym akompaniamencie organów usłyszeliśmy bogaty, aksamitny i nieskazitelny śpiew polifoniczny. Mistrzowski śpiew i porywająca gra instrumentalna połączyły się w finałowym hymnie Omnes Gentes („Klaszczcie w dłonie, wszystkie narody”) Giovanniego Gabrielego. 
Czytania, zwłaszcza Ewangelia według św. Jana, mówiły o pokorze, o służbie ludziom, stając się w ten sposób "programem" dla obejmującego swój urząd doży. Tyle się pisze o weneckim przepychu, wspomina o tym także sam autor rekonstrukcji, ja jednak pod wpływem czytań i samej muzyki, a także genius loci tego szczególnego wnętrza,  odczułam dotyk sacrum, choć był to "tylko" koncert...


Sacrae cantiones quinque vocum: No. 14, O sacrum convivium

Dydona i Eneasz  – miłosne rozczarowania


W przypadku jedynej opery Henry Purcella "Dydona i Eneasz" libretto  Nahuma Tate'a czerpie z IV księgi "Eneidy" Wergiliusza i opowiada historię miłości Dydony, królowej Kartaginy, do Eneasza, bohatera wojny trojańskiej. Niczym Odys tuła się on  wraz z towarzyszami tu i tam, by wreszcie dotrzeć do fenickiego miasta Kartaginy, gdzie poznaje królową, która zakochuje się w nim bez pamięci i  – jak się wydaje  – z wzajemnością. Już na początku I aktu widzimy ją pogrążoną w smutku i udręce, czemu daje wyraz w arii Ah, Belinda. Jeśli znamy mitologię i "Eneidę", to mamy świadomość, że Dydona jest wdową, a Eneasz jest piękny, młody i pokrzywdzony przez los. Takie okoliczności sprawiają, że bohaterka (w dodatku nakłaniana przez damę dworu i chór, wreszcie samego Eneasza) porzuca skrupuły i poddaje namiętności. Szczęście jednak nie trwa długo, bo zło nie śpi. Niczym w szekspirowskiej tragedii w II akcie opery pojawiają się Czarownice i Wiedźmy, które knują spisek, skutkiem którego Dydona utraci dobrą sławę, miłość i życie. Najpierw zakłócają polowanie królewskiej pary, sprowadzając burzę, a następnie wyczarowują złego ducha o rysach Merkurego, który wzywa Eneasza do natychmiastowego powrotu do Troi. Eneasz wprawdzie jest z powodu nagłego rozstania załamany, ale już na początku III aktu orientujemy się, że jego towarzysze bez żalu opuszczają Kartaginę. Nie wiedzą, podobnie jak Eneasz, że czeka ich śmierć na morzu. Bohater próbuje jeszcze bezskutecznie pocieszać ukochaną, ale ta odtrąca jego, fałszywe jej zdaniem, usprawiedliwienia. Kiedy kochanek ją opuszcza, umiera.

"Dydona i Eneasz" H. Purcella, od lewej: Charlotte Bowden – Belinda (sopran),
Mauro Borgioni – Eneasz (baryton), Arianna Vendittelli – Dydona (sopran),
fot. Sławek Przerwa
Opera uchodzi za arcydzieło. Piotr Kamiński twierdzi, że  "w niespełna 50 minut, wszystko, co teatr powiedzieć może o miłości, rozstaniu, przeznaczeniu oraz wzajemnych uwikłaniach kobiety i mężczyzny" zostało zaprezentowane, a libretto jest błyskotliwe, zwarte i pełne błyskawicznych zwrotów akcji. Ja jednak nawykłam do słuchania i oglądania rozbudowanych oper Georga Friedricha Händla, gdzie skomplikowane uczucia bohaterów rozwijają się w pięknych i licznych ariach czy duetach. Lapidarność i skrótowość libretta Tate'a i jego muzyczny wyraz są dla mnie nie tyle pożywką dla wyobraźni, co jakąś galopadą wydarzeń i emocji. 

Owe uproszczenia wynikają być może stąd, że opera została przez Purcella stworzona (prawdopodobnie) dla dziewcząt ze szkoły  Josiasa Priesta w Londynie pod koniec 1689 roku, miała więc charakter wychowawczy. Jej przesłanie przestrzegające przed zbyt pochopnym uleganiem emocjom miało pouczyć młode kobiety, że koniec takiego postępowania ma zgubny charakter.  

Podczas wrocławskiej prezentacji koncertowej wersji opery irytowała mnie nieustająco smutna i narzekająca Dydona, abstrahując od jakości wykonawstwa. Arianna Vendittelli  (sopran) w roli Dydony była od początku do końca nieszczęśliwa albo krótko szczęśliwa i nie przekonała mnie do rozwoju swoich skomplikowanych uczuć. Grała rolę kobiety, która nie potrafi być szczęśliwa i która wobec tego MUSI umrzeć. Mauro Borgioni (baryton o pięknej barwie) w roli Eneasza był nieco bardziej przekonujący i nawet rozumiemy, dlaczego musiał opuścić tę kobietę. 😏 Najbardziej wyraziste były Czarownice: Delphine Galou (Czarownica, kontralt), Martina Licari (Pierwsza Wiedźma, sopran) i Benedetta Mazzucato (Druga Wiedźma, kontralt), ale czarne charaktery łatwiej jest zagrać. Całość (Chór Capella Cracoviensis, Accademia Bizantina)  poprowadził znakomity Ottavio Dantone.

"Dydona i Eneasz", scena z Wiedźmami, fot. Sławek Przerwa

"Herr Jesu"  – muzyczne kazania Johanna Sebastiana Bacha

Conradowska smuga cienia snuła się też przez kantaty kościelne Johanna Sebastiana Bacha, w których zagubiony i chory przez grzech pierworodny człowiek ma szansę na ozdrowienie jedynie Bożej łasce.
Kantaty tworzył Bach przez całe swoje pracowite życie, ale najwięcej powstało w Lipsku, gdzie pełnił funkcję kantora w Kościele św. Tomasza. Biograf J.S. Bacha, Albert Schweitzer napisał:

W porównaniu z kantatami wszystko, co Bach poza tym stworzył, wydaje się niemal tylko dodatkiem.

W twórczości Johanna Sebastiana kantata była częścią liturgii, rodzajem muzycznego kazania, pouczenia. W liturgii protestanckiej bowiem najważniejsze jest słowo i kantata temu słowu służyła. Bach był człowiekiem głębokiej wiary  – przez całe życie czytał i studiował Biblię oraz dzieła teologiczne, przede wszystkim Lutra. Teksty swoich utworów opatrywał często takimi aktami strzelistymi, jak: S D G („Soli Deo Gloria” – „Bogu Jedynemu Chwała”) czy J J („Jesu juva” – „Jezu, wspomóż”).

Koncert "Herr Jesu", fot. Łukasz Rajchert
Interpretacja kantat wcale nie należy do najłatwiejszych. Próbowali się z nią zmierzyć tacy mistrzowie muzyki dawnej, jak Nikolaus Harnoncourt, Philippe Herreweghe czy sir John Eliot Gardiner. Ten ostatni nagrał w kościołach całą serię tzw. kantat pielgrzymkowych, co było wyzwaniem nie lada. Każdy z nich poszukiwał własnego klucza interpretacyjnego. Z kantatami Johanna Sebastiana Bacha próbuje się również mierzyć Andrzej Kosendiak, dyrektor Wratislavii oraz zespołu Wrocław Baroque Ensemble, który od lat utrwala na płytach muzykę dawną. Jest to wyzwanie dla każdego artysty zajmującego się tą dziedziną, w której niepodzielnie króluje Bach. Projekt nagrania pięciu płyt z kantatami lipskiego Kantora powstał w ubiegłym roku i nabrał realnych kształtów, kiedy padła propozycja z wytwórni Alpha Classics. Niedawno ukazała się pierwsza płyta z tej serii: „Komm! Bach Cantatas with Recorder", nagrana z udziałem Giovanniego Antoniniego, grającego na flecie podłużnym, oraz zaproszonymi gości, m. in. z Krystianem Adamem Krzeszowiakiem. 
Tym razem, w nowym składzie, zaprezentowano kantaty: BWV 18 (wersja lipska) Gleichwie der Regen und Schnee vom Himmel fällt, BWV 25 Es ist nichts Gesundes an meinem Leibe oraz BWV 96 Herr Christ, der einge Gottessohn. 

Nie sposób napisać o wszystkich trzech, ale warto przyjrzeć się wybranej, ponieważ podobną strukturę mają pozostałe: po lekturze Ewangelii nawiązują do czytań biblijnych, a także do pieśni ewangelickiej (chorału), będącej rodzajem komentarza do czytań. Są zatem rodzajem muzycznej homilii.

Dennis Orellana (sopran)
Nie ma ani cząstki zdrowej na moim ciele w obliczu rozgniewania Twego, nie ma odpoczynku moim kościom w obliczu mego grzechu  – wypowiada swą skargę człowiek w kantacie 18 (tłum. Andrzeja Teske). Tekst kantaty, nawiązując do przypowieści o siewcy, rozważa działanie słowa Bożego w świecie. Recytatyw (tenor) nawiązuje do cytatu biblijnego, a następująca po nim  aria powierzona  głosowi basowemu (jako głosowi Chrystusa) stanowi rodzaj komentarza. Aria ta ma w sobie wiele żarliwości i ciepła, wskazuje drogę, daje pociechę. Aby odróżnić kolejny recytatyw od poprzedniego, Bach wprowadza wiole i flety. Po drugim recytatywie następuje aria sopranu, który symbolizuje w muzyce Bacha niewinną duszę:

Otwórz na me marne pieśni
Swojej łaski ucho, Panie!
A gdy kiedyś będę w górze
Śpiewał w Twym anielskim chórze,
Lepiej zabrzmi me śpiewanie.

Andrzej Kosendiak powrócił do praktyki wykonawczej J. S. Bacha i (podobnie jak Harnoncourt), powierzając partie sopranowe chłopcom. Wybranych członków Chóru Chłopięcego NFM wspomagał Dennis Orellana  dysponujący pięknym, czystym sopranem. I to był znakomity pomysł! Młody śpiewak wystąpił także w pozostałych kantatach, a w BWV 95 podbił serca słuchaczy w duecie z fletem. Ważną rolę odegrały partie fletu we wszystkich trzech kantatach, a szczególnie grająca na flecie podłużnym i traverso Michaela Koudelková, która nas zachwyciła, szczególnie w duecie z Dennisem Orellaną. Wszyscy zresztą grali i śpiewali wspaniale. Był to, obok "Koronacji weneckiej" prawdziwie wyjątkowy koncert. Pozostaje mieć nadzieję, że usłyszymy go jeszcze na płycie.
 
Giovanni Antonini i Michaela Kudelkova, fot. Ł. Rajchert


Tegoroczna Wratislavia okazała się bogata i różnorodna. Dostarczyła licznym słuchaczom wspaniałych wrażeń zarówno estetycznych, jak też duchowych i intelektualnych. To wielka dla mnie radość i jestem wdzięczna, że stały się moim udziałem. 



KOMM // reportaż
Pierwsza płyta z planowanej serii obejmującej kantaty Johanna Sebastiana Bacha z partią fletu podłużnego, zarejestrowana pod dyrekcją Andrzeja Kosendiaka wraz z Giovannim Antoninim, NFM Chórem Chłopięcym i Wrocław Baroque Ensemble i wydana pod szyldem renomowanej wytwórni Alpha Classics.

poniedziałek, 30 września 2024

Przyjazna przyszłość za sprawą muzyki. Relacja z 59. Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans

W dniach od 5. do 15 września 2024 roku odbył się -  już po raz 59! – Międzynarodowy Festiwal Wratislavia Cantans. Tym razem pod hasłem "Migracje". Były to zatem dni nie tylko wypełnione piękną muzyką, znakomitymi koncertami, ale także czas na refleksję. W niespokojnym świecie ciągłych wojen, powodzi i innych kataklizmów dawał nadzieję, że muzyka potrafi ocalić to, do dla człowieka najważniejsze i dać mu nadzieję na lepszą przyszłość. 


Przyjazna przyszłość dzięki muzyce

Maestro Giovanni Antonini, dyrektor artystyczny festiwalu, który pełnił tę funkcję przez 12 lat, od 2012, co roku, poddawał melomanom pod refleksję  rozmaite interesujące i często nad podziw aktualne tematy, pozwalające przechodzić "Z ciemności w światło" (49. odsłona), śledzić "Niebezpieczne związki" władzy i muzyki (57. Wratislavia), snuć refleksje na temat tego, czym jest wolność (53. "Wyzwolenie") lub –  jak w tym roku: rozważać rozmaite znaczenia słowa "migracje".  Jak mogliśmy przeczytać w książce programowej,  zjawisko to dotyczyło kompozytorów i ich rodzin, czego przykładem jest Georg Friedrich Händel, którego dziadek był kotlarzem w Breslau, zanim przeniósł się z rodziną do Halle. A sam kompozytor... Osobny koncert, w którym znalazły się kompozycje Henryka Mikołaja Góreckiego i Mikołaja Góreckiego poświęcono twórcy Festiwalu Wratisłavia Cantans - Andrzejowi Markowskiemu, nawiązując do jego udziału w Powstaniu Warszawskim. W innym pojawił się Nokturn na orkiestrę smyczkową Romana Palestra - kompozytora urodzonego w Śniatyniu na Kresach, który wyemigrował do Monachium, gdzie współtworzył polską sekcję Radia Wolna Europa, a następnie mieszkał do śmierci w Paryżu. Dla wybitnego dyrygenta Christopha Eschenbacha, obecnie szefa NFM Filharmonii Wrocławskiej, jest to z kolei powrót do miejsca narodzin. Można by na różne sposoby rozważać to zjawisko, faktem jest jednak, że ma ono charakter dość powszechny, o czym świadczą losy i dzieła kompozytorów, których utwory zostały zaprezentowane na tegorocznym festiwalu. W swoim słowie wstępnym Giovanni Antonini zawarł również ważne przesłanie:

"Spotkajmy się na festiwalu w mieście spotkań religii i kultur, przeszłości i teraźniejszości. Spróbujmy pomyśleć o przyjaznej przyszłości dzięki muzyce".

Giovanni Antonini z solistami - od lewej: Julia Lehzneva, Anet Fritsch, 
Lucile Richardot, Krystian Adam Krzeszowiak, koncert " Triumf Czasu",
fot. Karol Adam Sokołowski/NFM


Triumf  Händla


Na początek Festiwalu Wratislavia Cantans zabrzmiało oratorium Georga Friedricha Händla: "Triumf czasu i prawdy", tak bowiem brzmi ostateczny tytuł kompozycji napisanej w trzech różnych wersjach na przestrzeni pięćdziesięciu lat twórczości kompozytora. I to właśnie ten utwór, wraz z oratorium "Izrael w Egipcie", był prawdziwą perłą tegorocznego festiwalu, którego charakter był wszakże w zamyśle jego twórcy Andrzeja Markowskiego oratoryjno - kantatowy.

Händel stworzył własny rodzaj oratorium, który zwykł nazywać "a sacred drama", a który był w istocie wielkim dramatem biblijnym, mającym w sobie niekiedy patos antycznych tragedii. Koncepcja oratorium, świadomość, czym ma być ta forma, dojrzewała w wyobraźni Händla stopniowo, nakładając się na ostatnią fazę aktywności operowej kompozytora. Punktem zwrotnym okazał się przełom 1738/39 roku, kiedy to powstały dwa wielkie oratoria: "Saul" oraz "Izrael w Egipcie", diametralnie odmienne, jak gdyby ich autor chciał wypróbować różne sposoby podejścia do Biblii. 

Pierwsze oratorium Händla, skomponowane wiosną 1707 roku do włoskojęzycznego libretta kardynała Benedetto Pamphiliego nosiło tytuł "Czas i Rozczarowanie" i chociaż zostało skomponowane przez młodego twórcę, dostrzeżemy w nim zalążki geniuszu, a także niewyczerpane źródło pomysłów, do których kompozytor wielokrotnie później sięgał. Jedno jest pewne, że bez tej i kolejnych wizyt w Italii twórczość i kariera Händla potoczyłaby się zupełnie inaczej, ale przecież wielu twórców migrowało do tego kraju, nie osiągając tak wspaniałych rezultatów. Zresztą, ostatecznie Händel został uznany narodowym kompozytorem ... Anglików. 

"Triumf Czasu": od lewej  Stefano Barneschi (skrzypce) i Anet Fritsch (sopran, Piękno),
fot. Karol Adam Sokołowski/NFM

Dwuczęściowe oratorium miało swoją premierę latem 1707 roku w Rzymie. Jedną z jego słynnych arii jest "Lascia la spina, cogli la rosa" (Zostaw cierń, weź różę), przekształconą później w "Lascia ch'io pianga" (Zostaw mnie, abym płakał) w operze "Rinaldo". Dzieło zostało poprawione i rozszerzone do trzech części w marcu 1737 roku, zmieniono również jego tytuł na "Triumf Czasu i Prawdy". Händel mieszkał w tym czasie w Anglii i wystawiał anglojęzyczne oratoria i opery włoskie. Premiera tej wersji odbyła się 23 marca, w następnym miesiącu doczekała się trzech kolejnych wykonań, a wznowiono ją w 1739 roku. W marcu 1757 roku, być może bez większego zaangażowania niewidomego już i starzejącego się Händla, oratorium zostało jeszcze bardziej rozbudowane. Libretto zostało przetłumaczone na język angielski, prawdopodobnie przez ostatniego librecistę kompozytora, Thomasa Morella, podczas gdy John Christopher Smith Jr. prawdopodobnie skomponował partyturę. Chociaż "Jefta" (1751) jest uważany za ostatnie oratorium kompozytora, to trzecia wersja Il trionfo pojawia się później. Takie to były losy pierwszego oratorium Händla...

"Triumf Czasu", od lewej: Lucile Richardot (mezzosopran, Prawda), Krystian Adam Krzeszowiak (tenor, Czas), fot. Karol Adam Sokołowski/NFM

"Triumf czasu i prawdy" ma formę moralitetu: upostaciowane w nim Piękno i Przyjemność zostają skonfrontowane z Czasem i Prawdą. Można by powiedzieć za Freudem, że obrazują pewne etapy rozwoju człowieka, począwszy od okresu narcystycznego, kiedy to skupia się on na sobie – na własnych potrzebach i przyjemnościach, sprawach zewnętrznych, z pominięciem duchowych. Taka postawa prowadzi donikąd, jak usiłuje to w oratorium uświadomić Prawda, bez której człowiek żyje złudzeniami i nigdy nie osiągnie prawdziwej dojrzałości. Ta zaś polega na przyjęciu do świadomości, że istnieją nie tylko przyjemności, ale również cierpienie – bez jego doświadczenia i przyjęcia człowiek nigdy nie stanie się sobą i nie osiągnie prawdziwej wewnętrznej wolności. Uświadamia to także upostaciowany Czas, któremu wszystko podlega. Prawdziwe szczęście (pełnię) osiąga człowiek dopiero w obecności Boga, gdzie Czas nie ma już nad nim władzy. Część III oratorium ukazuje dramatyczną walkę Piękna z samym sobą. Pomimo uświadomienia sobie, że piękno duchowe jest nieprzemijające, ciągle jednak kuszone jest przez Przyjemność, będącą personifikacją "rozkoszy ziemskich", by użyć tytułu obrazu Hieronima Boscha. Ostatecznie jednak Piękno zwycięża, a Prawda i Czas triumfują.

"Triumf Czasu", od lewej: Stefano Barneschi (skrzypce) i Anet Fritsch (sopran, Piękno), 
fot. Karol Adam Sokołowski/NFM

Dramat na dwa soprany, mezzosopran i tenor został zaprezentowany we Wrocławiu przez znakomitych wykonawców: rolę Piękności (Bellezzy) zaśpiewała niemiecka śpiewaczka operowa Anet Fritsch, jako Przyjemność (Piacere) wystąpiła znana i lubiana Julia Lehzneva, partie Prawdy wykonała francuska mezzosopranistka Lucile Richardot, a w roli Czasu wystąpił Krystian Adam Krzeszowiak. Solistom towarzyszył zespół Il Giardino Armonico pod dyr. Giovanniego Antoniniego. Choć bardzo cenię sobie Julią Lehznevą i zazwyczaj piszę o niej entuzjastycznie, jej występ mnie tym razem rozczarował. Artystka wpadła w manierę śpiewania "na pokaz", słabo interpretowała tekst, gdy tymczasem po dojrzałej już wykonawczyni można by tego oczekiwać... Natomiast od pierwszej arii zawojowała mnie Lucile Richardot – piękny mezzosopran o ciemnej barwie (śpiewa także kontraltem i altem), artystka świadoma tego, o czym śpiewa, znakomicie interpretująca tekst libretta. Towarzyszący jej w roli Czasu Krystian Adam Krzeszowiak, dysponujący pięknym tenorem lirycznym, tym razem pokazał swój talent dramatyczny, wyróżniał się także sposobem interpretacji tekstu. 

Koncert "Izrael w Egipcie": Vaclav Luks z Collegium Vocale 1704, fot. Sławek Przerwa

Drugim oratorium Händla, które zaprezentowano podczas tegorocznego Festiwalu Wratislavia Cantans, było dzieło napisane w 1739 roku dla londyńskiego King's Theatre: "Izrael w Egipcie". Wykonał je znakomity Václav Luks ze swoim zespołami Collegium Vocale 1704 oraz Collegium 1704 i równie interesującymi solistami. Charakteryzuje je bogaty skład orkiestry (z trąbkami, rogami, puzonami, kotłami), która staje się głównym medium w jego odkrywczym malarstwie dźwiękowym. To także znakomite sceny realistycznie: oddane wodne kataklizmy (z potężną wizją przejścia przez Morze Czerwone), a chór zaś bierze żywy udział w akcji jako lud Izraela.

Premiera "Izraela w Egipcie" odbyła się 4 kwietnia 1739 roku w londyńskim King's Theatre. Oratorium nie było początkowo dobrze przyjęte przez publiczność, choć zostało pochwalone w "Daily Post". Drugie wykonanie zostało skrócone i ten głównie chóralny utwór został wzbogacony o arie w stylu włoskim. Komponując oratorium "Izrael w Egipcie", Händel przetwarzał muzykę ze swoich wcześniejszych kompozycji, a także szeroko korzystał z muzycznej parodii, czyli przerabiania muzyki innych kompozytorów, co było jego częstą praktyką. W swojej skróconej dwuczęściowej formie "Izrael w Egipcie" był bardzo popularny w XIX wieku dzięki partiom chóralnym. Począwszy od nagrania Johna Eliota Gardinera z 1978 roku, wiele współczesnych wykonań tego utworu wykorzystuje oryginalną, trzyczęściową wersję Händla. Podczas wrocławskiego koncertu, zatytułowanego "Exodus", zaprezentowano wersję dwuczęściową, którą wieńczy "Pieśń Mojżesza" po przejściu Izraelitów przez Morze Czerwone.

Koncert "Exodus", na pierwszym planie: Helena Hozová i Tereza Zimková (soprany),
fot. Sławek Przerwa

Tekst oratorium czerpie ze starotestamentalnej Księgi Wyjścia oraz Księgi Psalmów. Jego treść dotyczy historii Izraela, który zamieszkał w Egipcie w czasach wielkiego głodu, gdy drugą osobą w państwie był Józef, sprzedany niegdyś przez braci kupcom zmierzającym do Egiptu. Po latach zostaje im to wybaczone, a Józef sprowadza do Egiptu całą swoją rodzinę. Gdy jednak umiera, a państwem rządzi inny faraon, niepomny na zasługi Józefa, zaczyna się ucisk Izraelitów. Wreszcie Bóg wysłuchuje ich modlitw i powołuje Mojżesza, by wyprowadził naród z ziemi egipskiej, "domu niewoli". Zanim to się stanie, Bóg zsyła na Egipt dziesięć plag oraz dokonuje innych cudów (jak przejście przez Morze Czerwone), mających ukazać jego potęgę. Wydostanie się z niewoli jest początkiem długiej, trwającej czterdzieści lat, drogi do Ziemi Obiecanej, podczas której Bóg towarzyszy swojemu ludowi, zawiera z nim przymierze, a także obdarowuje przykazaniami, które mają go uchronić przed zniewoleniem grzechami. Chodzi bowiem także o wewnętrzną wolność od rozmaitych niedobrych przywiązań, a uwolnienie od nich jest długim i żmudnym procesem, dlatego Izraelici wędrują tak długo, choć pustynia nie jest przecież wielka. 

Koncert "Exodus", Krystian Adam Krzeszowiak (tenor)

Na początku I części oratorium Izraelici opłakują śmierć swego dobroczyńcy Józefa, Izraelity, a zarazem ulubionego doradcy faraona, króla Egiptu. Po nich następują czasy wzmożonego ucisku. Jest to wyjątkowo dramatyczna partia utworu, w której dominuje chór i orkiestra, odmalowując kolejne plagi spadające na Egipt, po których  następuje przejście przez Morze Czerwone. Na końcu następują dramatyczne wydarzenia: morze powraca na swoje miejsce i otchłań pochłania wojska egipskie ścigające Izraelitów. Po tych wypadkach świętują wyzwolenie. Następuje seria radosnych refrenów, a całość kończy się solowym sopranem i chórem oznajmiającym, że "Pan będzie królował na wieki wieków" oraz że "konia i jeźdźca jego wrzucił do morza". Śpiewom przewodzi prorokini Miriam, siostra Mojżesza i Aarona, a za nią podążają kobiety, tańcząc i grając na bębenkach. 

W interpretacji zespołu Collegium 1704 i Collegium Vocale 1704 Václava Luksa oratorium zabrzmiało niezwykle pięknie i podniośle. Nieliczne pojedyncze głosy: Krystian Adam Krzeszowiak (tenor), Benno Schachtner (kontratenor),  Tomáš Šelc i Tadeáš Hoza (basy), Helena Hozová i Tereza Zimková (soprany) splatały się z partiami chóralnymi. Siłą tego koncertu było doskonałe wyważenie proporcji pomiędzy śpiewem a brzmieniem orkiestry. Nic zatem dziwnego, że spotkał się on z wielkim aplauzem publiczności. 

Dodajmy, że Händel pojawił się także podczas 48 Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej, kiedy to wraz z Orkiestrą Festiwalową pod batutą Andrzeja Kosendiaka wykonano arie i duety z "Almiry". Okazuje się, że kompozytor ten daje rozliczne możliwości, zarówno wytrawnym interpretatorom muzyki dawnej, jak też początkującym śpiewakom.


A jeżeli nie Händel, to kto?

Chociaż Händel triumfował na tegorocznym Festiwalu Wratislavia Cantans, wspaniałych koncertów było więcej. W swojej relacji nie mogę pominąć co najmniej trzech z nich: "Hommage à Markowski", poświęconemu twórcy Wratislavia Cantans, "Głos zmian" z kompozycjami Mykoły Dyleckiego oraz "Nowe początki", które zwieńczyły tegoroczny festiwal.

Yaroslav Shemet podczas koncertu "Hommage à Markowski", fot. Sławek Przerwa


Góreccy - trwałość pamięci

Pierwszy z nich, poświęcony pamięci Andrzeja Markowskiego, wypełniła muzyka Henryka Mikołaja Góreckiego i jego syna - Mikołaja Piotra, a wykonała Orkiestra i Chór Filharmonii Śląskiej w Katowicach pod dyrekcją Yaroslava Shemeta, z udziałem solistów: Izabeli Matuły (sopran) oraz Adama Kutnego (bas). Był to wybór wysoce przemyślany, Andrzej Markowski bowiem najczęściej dyrygował prawykonaniami utworów Henryka Mikołaja Góreckiego. Skomponowany w 1987 roku "Totus Tuus" powstał z okazji trzeciej pielgrzymki papieża Jana Pawła II do Polski. Papieska dewiza, kilkakrotnie powtórzona w Jego testamencie, jest cytatem z modlitwy pochodzącej z "Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny" św. Ludwika Marii Grignion de Montfort i była zawołaniem biskupim już w czasach krakowskich. Libretto zostało zaczerpnięte z wiersza współczesnej pisarki Marii Bogusławskiej, w którym podmiot liryczny zwraca się do Matki Boskiej, patronki Polski. Faktura kompozycji wykorzystuje homofonię, aby umożliwić wyraźny głos libretta, a prosta forma chorału powtarza się, aby powoli budować muzyczną afirmację wiary.  Ostatnie kilka minut "Totus Tuus" jest zniewalająco ciche. W końcowych taktach jest już tak cicho, że ledwo słychać słowa. Efekt tej "szeptanej modlitwy" chwyta za serce i słuchacz rzeczywiście staje się "cały Twój"...

Z kolei wcześniejszy, bo powstały w 1971 roku, Ad Matrem na sopran, chór mieszany i orkiestrę op. 29, dedykowany pamięci matki kompozytora, nawiązuje do motywu Stabat Mater. Język muzyczny utworu cechują niezwykle ostre kontrasty dynamiczne. Początek, w którym narasta dźwięk bębnów, do którego dołączają wysokie dźwięki trąbek, sprawia słuchaczom niemal fizyczny ból, zaś następujące po nich delikatne partie skrzypiec  brzmią jak płacz... Wreszcie następuje stonowany lament głosu solowego (Mater mea, lacrimosa dolorosa), który wraz z towarzyszącymi mu instrumentami i chórem składają się na spójny i bardzo emocjonalny obraz muzyczny. Arcydzieło! 

Izabela Motuła (sopran), fot. Sławek Przerwa

Dojmujące wrażenie zrobiła na mnie także kompozycja Mikołaja Góreckiego: 1944 na chór i orkiestrę, zadedykowana Andrzejowi Markowskiemu w setną rocznicę jego urodzin. Rok zapisany w tytule stanowi odwołanie do daty Powstania Warszawskiego, w którym Andrzej Markowski wziął udział jako żołnierz Armii Krajowej. Przed jego wybuchem zaś grywał w stolicy w kawiarni „U Aktorek”, pisał też piosenki i pieśni, które podnosiły na duchu Polaków w okupowanej ojczyźnie. Fragment jednego z tych utworów zacytowany został w finale kompozycji. 

Yaroslav Shemet znany jest wrocławskiej publiczności z kwietniowego koncertu "Reunification", w którym poprowadził NFM Filharmonię Wrocławską. Tym razem było równie wspaniale i  koncert poświęcony Andrzejowi Markowskiemu z pewnością pozostanie w pamięci słuchaczy.

Koncert "Głos zmian", fot. Joanna Stoga/NFM


Nikoła Dylecki – wspólnota muzycznych doświadczeń

Nie sposób nie napisać choćby krótko o innym niezwykłym koncercie, zatytułowanym tajemniczo "Głos zmian", a zawierającym kompozycje XVII-wiecznego ukraińskiego kompozytora i teoretyka muzyki – Mykoły Dyleckiego. Znalazły one znakomitych interpretatorów: Wrocław Baroque Ensemble pod batutą Andrzeja Kosendiaka, entuzjasty kompozytora i inicjatora tego nagrania, które niedawno ukazało się na płytach Narodowego Forum Muzyki, a w dniu koncertu miało swoją premierę. 

Podczas koncertu w Katedrze Prawosławnej pw. Narodzenia Przenajświętszej Bogarodzicy we Wrocławiu zabrzmiał Kanon Zmartwychwstania (którego miałam okazję wysłuchać w październiku ub. roku) oraz Liturgia Rekwialna.  Dylecki był zaznajomiony z osiągnięciami kompozytorów polskich, m. in. Marcina Mielczewskiego i Jacka Różyckiego, do których twórczości się odwoływał, toteż jego kompozycje są w jakiś sposób zbliżone do muzyki polichóralnej tworzonej dla kościoła katolickiego. Kompozytor brał aktywny udział w przeszczepieniu na grunt muzyki cerkiewnej nowych form i technik zapożyczonych z zachodnioeuropejskiej muzyki barokowej.

Artyści pięknie wykonali a capella teksty liturgiczne. Pierwsza część koncertu: Liturgia Rekwialna była podniosłą pochwałą Trójcy Świętej oraz Bogarodzicy. Z kolei część druga: Kanon Zmartwychwstania zabrzmiała radośnie, głosząc zwycięstwo Chrystusa nad śmiercią:

Chrystus powstał z martwych

Chrystus powstał z martwych, śmiercią

podeptał śmierć i będącym w grobach życie dał.

I nam dał żywot wieczny. Kłaniamy się Jego

Zmartwychwstaniu po dniach trzech.

Zaopatrzeni w tłumaczenie mogliśmy delektować się pięknem wielogłosowego śpiewu, konstatując zarazem, że teksty pieśni brzmią znajomo. "Głos zmian" okazał się głosem wspólnym.

Aldona Bartnik (sopran), koncert "Głos zmian", fot. Joanna Stoga/NFM


Czas zatacza koło – "Nowe początki"


Na koniec, w koncercie o znaczącym tytule "Nowe początki,  zabrzmiały utwory Antona Brucknera: 
Symfonia d-moll WAB 100 „Zerowa” oraz III Msza f-moll WAB 28. Czekaliśmy niecierpliwie na ten koncert, bo po raz pierwszy NFM Filharmonię Wrocławską miał poprowadzić jej nowy dyrektor artystyczny – światowej sławy dyrygent Christoph Eschenbach, urodzony we Wrocławiu (wówczas Breslau) 20 lutego 1940 roku.  Matka artysty, Małgorzata z d. Jaross, zmarła przy porodzie, zaś ojciec Heribert Ringmann (oboje byli muzykami) został wysłany za poglądy antynazistowskie na front wschodni, gdzie zginął. Chłopiec cudem przeżył i został wychowany przez kuzynkę matki Wallydore Eschenbach, której nazwisko przyjął. Dyrygent gościł już we Wrocławiu w 2016 roku. Uczcił wówczas swoje 76. urodziny. Odsłonięto wówczas płytę upamiętniającą ten koncert i osobę maestro Christopha Eschenbacha, inaugurując tym samym na placu przed gmachem NFM Aleję Gwiazd. W ubiegłym roku, koncertem "Kosmogonia", na który złożyły się utwory Krzysztofa Pendereckiego i Ludwiga van Beethovena, otworzył 58. edycję Festiwalu Wratislavia Cantans. Tym razem jednak artysta powrócił do swego rodzinnego miasta w sposób bardziej trwały – jako dyrektor artystyczny NFM Filharmonii Wrocławskiej. Historia zatoczyła koło, stąd tytuł koncertu "Nowe początki".

Christoph Eschenbach podczas koncertu "Nowe początki", fot. Karol Adam Sokołowski/NFM
Na początku zabrzmiała Symfonia d-moll WAB 100 „Zerowa”, skomponowana przez Antona Brucknera w 1869 roku. W 1895 roku Bruckner oświadczył, że symfonia ta jest "gilt nicht" (nie liczy się) i nie przypisał jej numeru. Później, podczas recenzowania swoich symfonii, Brukner na pierwszej stronie napisał "annullirt" ("unieważniony") i zastąpił oryginalne "Nr. 2" symbolem "∅". stąd jest "Zerowa". Symbol "∅" został następnie zinterpretowany jako cyfra zero, a symfonia otrzymała przydomek Die Nullte ("Nr 0"). Cytując Davida Griegela: "Podobnie jak wielu innych kompozytorów, uważam, że Bruckner był po prostu zbyt samokrytyczny, a nienumerowane symfonie są również dziełami godnymi naszej radości". Kompozycja składa się z czterech części: Allegro Andante, Scherzo: Presto – Trio: Langsamer und ruhiger, Finał: Moderato. Ta niedoceniona przez austriackiego kompozytora symfonia jest rzadko wykonywana, tym bardziej więc była to szczególna okazja do jej wysłuchania na żywo, w dobrym wykonaniu wrocławskich filharmoników. Okazało się, że wcale nie jest taka "zerowa"...

Koncert "Nowe początki": soliści, fot. Karol Adam Sokołowski
Drugim utworem Brucknera, wykonanym tego wieczoru na orkiestrę, Chór NFM i solistów: Marisol Montalvo (sopran), Sarah Romberger (mezzosopran), Peter Sonn (tenor), Jan Martiník (bas-baryton), była monumentalna III Msza f-moll WAB 28. 
Po sukcesie Mszy I d-moll w 1867 roku Bruckner otrzymał zlecenie "napisania nowej Mszy dla Burgkapelle". Pierwszą wersję skomponował na przełomie 1867 i1868 roku w Linzu (tuż przed przeprowadzką do Wiednia). Jej premiera (po rozmaitych poprawkach) odbyła się ostatecznie 16 czerwca 1872 roku w Augustinerkirche, pod batutą samego Brucknera. W latach dziewięćdziesiątych XIX wieku kompozytor wciąż poprawiał utwór, wprowadzając bardzo niewiele zmian w partiach wokalnych. Podczas wykonania tej mszy w listopadzie 1893 roku podobno Johannes Brahms "bił brawo [...] tak entuzjastycznie ... że Bruckner osobiście mu podziękował". 

Msza podzielona jest na sześć części: Kyrie – Moderato f-moll, Gloria – Allegro C-dur, Credo – Allegro C-dur, Sanctus – Moderato, F-dur, Benedictus – Allegro moderato As-dur, Agnus Dei – Andante, f-moll przechodzący w F-dur. 

NFM Filharmonia Wrocławska pod dyr. Christopha Eschenbacha,
fot. Karol Adam Sokołowski
Mimo bogactwa instrumentów, wspaniałego jak zawsze Chóru NFM  i pojedynczych głosów solistów, III Msza f-moll Brucknera była dla mnie sporym wyzwaniem. Nie oklaskiwałam jej tak entuzjastycznie jak Brahms 😓 Być może, wychowana na Mszy h-moll Johanna Sebastiana Bacha, pozostaję głucha na romantyczne (czytaj: nowatorskie) potraktowanie tego tematu. Nie mniej uważam, że koncert wieńczący tegoroczną Wratislavię, miał swoją moc i pozytywne przesłanie. W niespokojnym świecie ciągłych wojen, powodzi i innych kataklizmów dawał nadzieję, że muzyka potrafi ocalić to, do dla człowieka najważniejsze i dać mu nadzieję na lepszą przyszłość. 

sobota, 26 września 2020

55. Międzynarodowy Festiwal Wratisłvia Cantans niesie światu nadzieję /relacja/

Mimo że krótszy niż zazwyczaj, tegoroczny festiwal Wratislavia Cantans na długo pozostanie w pamięci - nie tylko ze względu na piękną muzykę i znakomite wykonania, ale także z powodu okoliczności, w których się odbył. Mimo wszystko, światła dla świata zabłysły z całą mocą.


Od lat przywykłam do tego, że co roku, wrześniową porą, czeka mnie prawdziwe muzyczne święto - festiwal Wratislavia Cantans. Jednak tego roku, z powodu pandemii, stało się oczywiste, że nic już nie jest pewne... To uczy pokory i uświadamia, że trzeba się cieszyć chwilą. Jednocześnie fakt, że mimo wszystko 55. edycja festiwalu o tak długiej tradycji odbyła się w ograniczonych wymiarach i stała niejako forpocztą przyszłorocznej pełnej wersji, napawa optymizmem. Taka też była intencja organizatorów, by mimo ograniczeń zabłysło "Światło nad światem" - by zabrzmiała piękna muzyka, a sale wypełniła publiczność. 

"Muzyka jest przestrzenią, w której ludzie się jednoczą - napisał we wstępie do katalogu festiwalu Andrzej Kosendiak, jego dyrektor generalny. Pomaga z nadzieją patrzeć w przyszłość. Chcemy, by była ona lepsza, piękniejsza dzięki tym, którzy działają na rzecz dobra. Są światłami dla świata".

W podobnym duchu wypowiedział się Giovanni Antonini, dyrektor artystyczny Wratislavii, podkreślając, że "Teraz bardziej niż kiedykolwiek, w chaosie bieżących zdarzeń, świat potrzebuje komunikacji. Komunikacji autentycznej, w której muzyka i sztuka mogą stanowić duchowe światło w mroku i doświadczanej przez nas niepewności." I dodał: "Wierzymy, że piękno może pomóc uratować świat!".

Jeżeli zatem założyć, że piękno, zwłaszcza piękno muzyki, to wartość duchowa, łącząca nas z Bogiem, to z pewnością może ono uratować świat. Jak napisał w "Promethidionie" Cyprian Kamil Norwid, „Bo piękno na to jest, by zachwycało/ Do pracy – praca, by się zmartwychwstało”. 

Na program festiwalu złożyło się pięć koncertów, które zaprezentowano podczas weekendu - od 11 do 13 września 2020 roku. Jeśli ktoś nie mógł przybyć do Narodowego Forum Muzyki, miał możliwość skorzystać z transmisji radiowych. 

Krzysztof Penderecki pro memoria


Koncert "Hommage à Penderecki", fot. Karol Sokołowski

Pierwszym koncertem uczczono pamięć zmarłego w tym roku wybitnego polskiego kompozytora Krzysztofa Pendereckiego. "Hommage à Penderecki" był prezentacją dzieł Zmarłego, na które złożyły się "Agnus Dei" - oryginalna, chóralna wersja koncertu, na koniec zaś wykonano drugą, przygotowaną przez wiolonczelistę Borisa Pergamenschikowa, w opracowaniu na orkiestrę kameralną. Po "Agnus Dei" wykonano hymn "O gloriosa Virginum" skomponowany przez Pendereckiego z okazji siedemdziesiątych urodzin Joségo Antonia Abreu, założyciela wenezuelskiej fundacji El Sistema. Kolejny utwór, dowcipną "Sinfoniettę na smyczki", artysta zadedykował orkiestrze Sinfonia Varsovia. Na koniec usłyszeliśmy wirtuozowski "Concerto doppio per violino, viola e orchestra", skomponowany na zamówienie wiedeńskiego Musikverein z okazji dwusetnej rocznicy jego istnienia. Ten niezwykle trudny i wymagający znakomitej techniki utwór wykonali Roksana Kwaśnikowska – skrzypce oraz Artur Rozmysłowicz – altówka. Całość poprowadził maestro Maciej Tworek, znakomity dyrygent współpracujący z Krzysztofem Pendereckim od 2002 roku, co zaowocowało m. in. udziałem w nagraniu z orkiestrą Sinfonia Iuventus kompletu jego symfonii i koncertów instrumentalnych. Wysłuchanie tych kompozycji, zestawionych w taki sposób, aby można było poczuć, jak wszechstronnym i błyskotliwym kompozytorem był Krzysztof Penderecki, było niezwykłym przeżyciem. I chociaż mamy świadomość, że Krzysztof Penderecki był spełniony i doceniony w wielu sferach życia, nie tylko muzycznej, to jednak pozostaje smutek i żal po Jego stracie...

"Natchnienia" i niezwykła Agata Zubel


Agata Zubel, fot. Łukasz Rajchert

Nazajutrz wysłuchałam dwóch koncertów absolutnie niezwykłej urody. Pierwszym były "Natchnienia", na które złożyły się kompozycje Andrzeja Panufnika, Benjamina Brittena i Edwarda Elgara. Pierwszy utwór: Love song  został nadzwyczaj pięknie wykonany przez duet: ludzki głos (Agata Zubel) i harfę (Malwina Lipiec-Rozmysłowicz) z akompaniamentem orkiestry (NFM Orkiestra Leopoldinum). Cudowny, liryczny utwór, napisany przez Panufnika w 1976 roku na prośbę zaprzyjaźnionej z nim i jego żoną mezzosopranistki Meriel Dickinson do wiersza Love Song (Pieśń miłosna) angielskiego poety Sir Philipa Sidneya. Wielokrotnie powtarzająca się pierwsza, czterotaktowa fraza pieśni, ze słowami: „My true love hath my heart” („Prawdziwa miłość opanowała moje serce”), występuje w nim zawsze w tej samej postaci melodycznej, ale każdorazowo rozpoczyna się od innego dźwięku. Panufnik pod koniec życia opracował tę pieśń na głos, harfę (fortepian) i na orkiestrę smyczkową. Dodać muszę, że uroczy ten utwór zabrzmiał w wykonaniu Agaty Zubel zupełnie inaczej, niż do tego przywykłam - bardziej oryginalnie, niebanalnie, cudownie wprost. Harfistka zaś okazała się o wiele bardziej interesującym towarzyszem miłosnego dialogu niż fortepian. 


Malwina Lipiec-Rozmysłowicz i Agata Zubel, fot. Łukasz Rajchert

Po Panufniku Agata Zubel zaprezentowała o wiele trudniejszy do interpretacji cykl pieśni Benjamina Brittena do słów Artura Rimbauda: "Les illuminations", mogliśmy więc posłuchać "poety przeklętego" w oryginale. Wyznam, że od koncertów Marka Padmore` a, który jak nikt interpretował Brittena, nie słyszałam równie wspaniałego wykonania. 

Zbiór melodii zatytułowany "Les Illuminations" to wczesne dzieło Benjamina Brittena. Utwór został faktycznie ukończony, gdy kompozytor, zdeklarowany pacyfista, przebywał na wygnaniu w Stanach Zjednoczonych wraz ze swoim partnerem, śpiewakiem Peterem Pearsem. Utwory zostały skomponowane na wysoki głos i orkiestrę smyczkową, a ich pierwszą wykonawczynią była sopranistka Sophie Wyss. Później śpiewał je Peter Pears. Rimbaud kilkakrotnie odwiedzał Londyn w latach 1872-1874; to tam powstał rękopis "Iluminacji" (który w pewnym sensie stanowi jego testament literacki, zważywszy, że przestał pisać w 1875 r.). Podobnie jak kompozytor, żył wtedy w "zakazanym" związku z innym poetą - Paulem Verlainenem. Zbieżności te nie są zapewne przypadkowe.  Britten wykorzystuje dziesięć wierszy Rimbauda, ​​z których dwa (Fraza i Antyk) zostały zebrane w trzeciej części partytury. Muzyk przywiązuje szczególną wagę do zdania „Tylko ja mam klucz do tej szalonej parady”, które kończy wiersz Parade i czyni z niego rodzaj refrenu: Fanfary i Interlude (tytuły wymyślone przez Brittena). Utwory Brittena stawiają śpiewakom niezwykle wysokie wymagania techniczne, ale przede wszystkim dotyczą one ekspresji. Dla Agaty Zubel nie stanowiły żadnej przeszkody - bogactwo frazy, rozbudowana, a zarazem subtelna ekspresja, świadcząca zarówno o znakomitej technice wokalnej, jak i o wyobraźni oraz talencie wokalistki - wszystko to złożyło się na niezwykle poruszającą całość, która na długo pozostanie w pamięci.

 

Radek Baborák, fot. Łukasz Rajchert

Interesująca okazała się także "Serenada na tenor, róg i smyczki" op. 31 tego samego kompozytora, a szczególnie grający na rogu Radek Baborák. Utwór powstał w 1943 roku, po powrocie Brittena do Anglii. Kompozytor był przez kilka tygodni hospitalizowany z powodu odry i właśnie w tym czasie napisał "Serenadę...". Utwór zawiera wiersze angielskich poetów na temat nocy - jej spokoju, a także złowieszczych aspektów. Partie tenoru przeznaczył kompozytor dla swego partnera - Petera Pearsa, natomiast podczas wrocławskiego koncertu wykonywał je austriacki tenor Martin Mitterrutzner. Całość koncertu poprowadził Ernst Kovacic - dyrygent, skrzypek, dyrektor artystyczny Wrocławskiej Orkiestry Kameralnej "Leopoldinum".

"Po burzy" - zjawiskowa Julia Lezhneva oraz Il Giardino Armonico


Najjaśniejszym punktem tegorocznej Wratislavii był występ Julii Lezhnevy oraz Il Giardino Armonico pod batutą Giovanniego Antoniniego. Wspaniała rosyjska sopranistka występuje we Wrocławiu od 2013 roku, kiedy to zaśpiewała po raz pierwszy na 48. MF Wratislavia Cantans. Towarzyszył jej wówczas Giovanni Antonini z Wrocławską Orkiestrą Barokową. Zagarnęła przebojem festiwalową publiczność. Podobnie jak dwa lata później, kiedy to wystąpiła podczas Akademii  Händlowskiej. Jej występ w roli Vagausa w oratorium Vivaldiego "Judyta Triumfująca" podczas 54. edycji Wratislavia Cantans był prawdziwym triumfem. Artystka była entuzjastycznie oklaskiwana po każdym swoim występie i bez większej przesady można powiedzieć, że to ona triumfowała tamtego wieczoru. Wyczekiwaliśmy więc jej występu także w tym roku, wiele sobie po nim obiecując. I nie zawiedliśmy się!

Julia Lezhneva, fot. Bogusław Beszlej

Na program złożyły się kompozycje Mathew Locke`a, Antonia Vivaldiego, Geminiano Giacomelli, Carla Heinricha Grauna i Georga Friedricha Händla. 
Tytuł koncertu nawiązuje do praktyki wykonawczej w XVII-wiecznej Anglii, polegającej  na wielokrotnych przeróbkach jakiegoś popularnego tematu. Taki los spotkał m. in. Burzę Szekspira, której premiera odbyła się 6 listopada 1611 roku. Otóż wielokrotnie przerabiano i adaptowano potem ten utwór, aż doszło do paradoksalnej sytuacji, w której kolejna wersja Thomasa Shadwella z 1674 roku, z muzyką instrumentalną Mathew Locke`a, wyparła na sto lat oryginał. Czasem kompilowano różne dzieła. Kolejny paradoks sprawił, że dzięki tym praktykom przetrwało wiele kompozycji mistrzów dziś zapomnianych, jak Francesco Gasparinni czy Geminiano Giacomelli. Ponadto niektóre przeróbki, jak w przypadku Händla, okazywały się lepsze od oryginału. Utwory Carla Heinricha Grauna Julia okryła w jednej z berlińskich bibliotek i – jak to ona – zachwyciła się tym muzycznym znaleziskiem. W rezultacie nagrała płytę z jego utworami. 

Julia Lezhneva i Il Guardino Armonico podcza koncertu "Po burzy",
fot. Bogusław Beszlej

Introdukcja do sztuki "The Tempest" Mathew Locke`a, która zabrzmiała na początku koncertu, pozwoliła uświadomić, że założony w 1985 w Mediolanie przez Lucę Pianca i Giovanniego Antoniniego zespół Il Giardino Armonico zdołał przez lata osiągnąć niezwykle piękne brzmienie. Specjalizując się w wykonaniu XVII- i XVIII-wiecznych utworów na dawnych instrumentach, osiągnął rezultaty, o których nie jeden zespół muzyki dawnej mógłby tylko pomarzyć... 
Julia była diamentem tego koncertu, ale diamentem kunsztownie oprawionym we wspaniały akompaniament. Zaśpiewała wiele pięknych arii, z których każda ukazywała jej wspaniałe umiejętności wokalne - od lirycznych (w nich jest chyba najlepsza) po dramatyczne. Bisowała czterokrotnie, wykonując m. in. arię "Armate di fuoko e di serpi" z "Judyty triumfującej" Vivaldiego. Z pewnością jej interpretacje są coraz dojrzalsze, ale - co najistotniejsze - nadal ma w sobie tę iskrę Bożą, która sprawia, że każdy jej występ jest czymś więcej - jest przeżyciem nie tylko estetycznym, ale także duchowym.

"Jak wielkie jest Twoje imię"  - Georg Philipp Telemann


Przedostatni koncert był wyjątkowo jednorodny - zawierał wyłącznie kompozycje Georga Philippa Telemanna. Rozpoczęła go uwertura kompozytora, uznawanego w Niemczech za niekwestionowanego mistrza tego gatunku. W owym czasie „uwertura” rozumiana była jako połączenie trzyczęściowej uwertury skomponowanej według wzoru francuskiego i zestawu tańców, które nasttępują po niej. Wzorem dla obu były uwertury operowe i przerywniki taneczne z francuskich oper Lully`ego lub Campra - muzyki, którą młody Telemann kochał ponad wszystko. Naśladował manierę Francuzów w swoich „orkiestrowych suitach”, jak dziś nazywamy uwertury barokowe, ale szybko odnalazł swój własny, niepowtarzalny styl. Kompozycja Telemanna naśladuje  sygnały rogów pocztowych, które rozbrzmiewały wówczas w całych Niemczech, i przetwarza je w humorystyczną fugę. Dwa eleganckie menuety tworzą pomost prowadzący do trzech innych elementów utworu: Gavrotte en Rondeau oraz Passacaille. Po melodyjnej arii następuje Les Postillons, charakteryzujący się mocną rytmiką i pełnym ekspresji charakterem. Zwieńczeniem jest uroczysta Fanfara.

Wrocławska Orkiestra Barokowa, Marzena Michałowska, fot. Łukasz Rajchert


Po wysłuchaniu pierwszej, pełnej wigoru części koncertu, nastąpiła zmiana nastroju i usłyszeliśmy "Die Donnerode" - podniosłą kantatę napisaną przez Telemanna dla upamiętnienia ofiar trzęsienia ziemi w Lizbonie w 1755 roku. Zginęło wówczas ponad 60 tysięcy osób, czyli około jednej czwartej populacji miasta, a trzęsienie ziemi odczuwalne było aż w Europie Środkowej. Rada miejska Hamburga zarządziła wówczas dzień pokuty, postu i modlitwy. Tego dnia wykonano pierwszą wersję kantaty Telemanna. Tekst zaczerpnięto z Psalmów: 8. i 29. w wersyfikacji Johanna Andreasa Cramera. Później Telemann dodał drugą część, ponownie dotyczącą wersetów Cramera, tym razem po Psalmie 45. 
W pierwszej części wyraża moc Bożą, która objawia się w naturze: „Głos Boga wstrząsa oceanami”, „Głos Boga spłaszcza cedry”, „Zawala dumne góry”, „Grzmi, aby został wygnany ”. Wszystko zaś jest powodem, by Go czcić, jak głosi chór otwierający: „Jak wielkie jest imię Twoje, przyozdobione taką chwałą, Panie, władco nasz, pełne mądrości i mocy!”. Pozornie nie ma to nic wspólnego z katastrofą, jaka spotkała mieszkańców Lizbony, a jednak podkreślenie Bożej mocy  i Jego panowania nad światem - w Nim zatem należy szukać pociechy i wierzyć, że ze zła wyprowadzi dobro.

Marzena Michałowska, fot. Łukasz Rajchert

Wykonawcami obu utworów Telemanna  byli znakomici soliści: Marzena Michałowska (sopran), Wanda Franek (mezzosopran), Karol Kozłowski (tenor), Martin Schickentanz (baryton, znany wrocławskiej publiczności z wcześniejszych koncertów, m. in. Ein feste Burg ist unser Gott), Henryk Böhm (baryton), z towarzyszeniem Dresdner Kammerchor i Wrocławskiej Orkiestry Barokowej pod batutą Jarosława Thiela . Koncert był wspaniały! Mnie najbardziej urzekła Marzena Michałowska, obdarzona pięknym sopranem, przypominającym barwą głosu wybitną śpiewaczkę  Karinę Gauvin.

Jacek Różycki z przesłaniem: "Światła dla świata"


Ostatni, tytułowy koncert tegorocznego festiwalu Wratislavia Cantans, wypełniły kompozycje polskiego kompozytora i kapelmistrza doby baroku - Jacka Różyckiego. To znakomity pomysł, aby "światło dla świata" płynęło właśnie z Polski! Dorobek kompozytora zachował się w niewielkiej części - zaledwie 25 utworów, a i to nie wszystkie w całości, co w jakimś sensie obrazuje niszczenie polskiej kultury przez wieki. A jednak przetrwała - to daje nadzieję. 
Różycki tworzył przede wszystkim muzykę religijną w stylu włoskim: msze, nieszpory, hymny, koncerty kościelne i sonaty. Posługiwał się biegle techniką koncertującą, o czym świadczy Missa concertata, a właściwie jej zachowana część. 

Andrzej Kosendiak, fot. Karol Sokołowski

Podczas koncertu, w którym wystąpił Wrocław Baroque Ensemble pod dyrekcją Andrzeja Kosendiaka, wykonano wiele utworów kompozytora, w tym te najbardziej znane, jak Magnificat czy Confiteor. Muzyka niezwykle piękna, uduchowiona znalazła właściwe miejsce w Kolegiacie św. Krzyża na Ostrowie Tumskim. Przeplatanie ludzkich głosów i instrumentów tworzyło piękną, harmonijną całość. Mnie najbardziej urzekła (nie po raz pierwszy) Aldona Bartnik w utworze „Ave sanctissima Maria” z towarzyszeniem skrzypiec i pozytywu. Piękny niezapomniany koncert!

Aldona Bartnik i Aleksandra Turalska, fot. Karol Sokołowski

Mimo że krótszy niż zazwyczaj, tegoroczny festiwal Wratislavia Cantans na długo pozostanie w pamięci - nie tylko ze względu na piękną muzykę i znakomite wykonania, ale także z powodu okoliczności, w których się odbył. Mimo wszystko, światła dla świata zabłysły z całą mocą.

poniedziałek, 30 października 2017

WROSTJA 2011: Jubileusz 45-lecia /relacja/

Jubileuszowe 45. WROSTJA to przede wszystkim spektakle poświęcone Tadeuszowi Różewiczowi z okazji 90. rocznicy jego urodzin, występy mistrzowskie Larysy Kadyrowej, Milki Zimkovej i zjawiskowej Biruté Mar. Wydano trzy kolejne tomiki  z serii „Czarna Książeczka z Hamletem”. Dyskutowano nad istotą monodramu Tadeusza Łomnickiego oraz monodramów studenckich. Nagrodzono młodych adeptów sztuki teatru jednego aktora.


45 jubileuszowe spotkania Wrocławskich Teatrów Jednego Aktora miały w tym roku szczególny charakter. Po pierwsze dlatego, że z okazji 90. rocznicy urodzin Tadeusza Różewicza poświęcono cały pierwszy dzień święta monodramów czcigodnemu Jubilatowi, po drugie - wydarzeniem tegorocznego przeglądu była obecność litewskiej aktorki, poetki i reżyserki w jednej osobie – Biruté Mar.

24 listopada, po uroczystym otwarciu WROSTJA, mogliśmy wysłuchać pełnych humoru wspomnień wydawcy „Kartoteki”, red. Jana Stolarczyka, dotyczących jego ponad dwudziestoletniej współpracy z Różewiczem. Zaprezentowano też dwa monodramy na kanwie tekstów poety: pierwszy wykonał Tadeusz Malak, którego spektakl „W środku życia” był prezentowany we Wrocławiu przed wielu laty, na II OPTJA (Ogólnopolski Przegląd Teatrów Jednego Aktora) w 1967 roku. Wówczas to został pierwszym laureatem wrocławskiego konkursu.

Krakowski aktor zaprezentował spektakl, który powstał przed 44 laty, co było zarówno dla niego, jak i dla wytrwałych, wiernych uczestników monodramowych festiwali doświadczeniem szczególnym, skłaniającym do refleksji. Przedstawienie zostało uhonorowane Nagrodą Prezydenta Wrocławia.

WROSTJA 2011


Drugą niespodzianką tego dnia był występ Larysy Kadyrowej z Ukrainy, która zaprezentowała monodram na podstawie dramatu Różewicza „Stara kobieta wysiaduje” w swoim ojczystym języku. Należy dodać, że aktorka przyjechała do Wrocławia z Toruńskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora (również dziecko Wiesława Gerasa, dyrektora artystycznego WROSTJA i OFTJA - przyp. B.L-C.) z nagrodą ZASP-u  za kreację aktorską w tym spektaklu. W istocie, był to monodram poruszający. Kadyrowa zagrała nie tyle i nie tylko starą kobietę, ale kobietę w ogóle. Monolog najpierw pełen ironii, dowcipny, z aluzjami do współczesności, staje się z czasem coraz bardziej „gęsty” i tragiczny. Samotna matka, „kobieta na śmietniku” – przez nikogo niekochana, nikomu niepotrzebna, tragiczna.

Larysa Kadyrowa w monodramie "Stara kobieta wysiaduje"
Aktorka pozbywa się kolejno wszystkich atutów swojej kobiecości: kapelusza, rękawiczek, sukni, peruki, sztucznych rzęs, makijażu. Na koniec staje przed widzem siwa, postarzała, w białej koszuli, która podkreśla workowaty kształt ciała, nikogo już nie pociągającego.  Wstrząsający akt ogołocenia… Za swoją rolę w tym spektaklu Larysa Kadyrowa została uhonorowana Nagrodą Publiczności im. Lidii Zamkow i Leszka Herdegena, ufundowaną przez Prezydenta Wrocławia, Nagrodą Dziennikarzy oraz GRAND PRIX GERAS.

40. Ogólnopolski Festiwal Teatrów Jednego Aktora


25 i 26 listopada odbywały się przesłuchania konkursowe 40. Ogólnopolskiego Festiwalu Teatrów Jednego Aktora, zaś w niedzielę, 27. – studenci Filii PWST we Wrocławiu zaprezentowali swoje etiudy. Spośród obejrzanych spektakli najbardziej podobał mi się monodram Mateusza Nowaka „Teatralność”.  Na wyróżnienie zasłużył również jako autor scenariusza, będącego kompilacją błyskotliwych tekstów Bernarda-Marie Koltèsa, Łukasza Rippera i Michała Walczaka, oraz jako ich interpretator. Był wirtuozowski i nieprzewidywalny.

Najciekawsze, że Nowak jest amatorem, a  zdystansował „zawodowców” i zdobył tzw. „Szczebel do kariery” oraz 2 tys. złotych od Bogusława Kierca, jednego z jurorów. Mnie zaś wynagrodził nieobecność na tegorocznych WROSTJA znakomitego rosyjskiego aktora Wsiewołoda Czubenki.

Ponadto, Nagrodę Ośrodka Kultury i Sztuki dla najlepszego aktora Dolnego Śląska oraz 2 tys. zł. od jurora Janusza Deglera otrzymała Monika Bolly za monodram „Sachem” – teatralną opowieść o Holocauście. Nagrodzono również Krzysztofa Grabowskiego za monodram „Patryk K.” według prozy Jerzego Pilcha oraz Paulinę Raczyło za spektakl „Dobre ciało?".

Biruté Mar. Bez maski 


WROSTJA to nie tylko przegląd najciekawszych monodramów, ale również występy mistrzowskie, dyskusje, spotkania autorskie organizowane przy okazji wydania kolejnych tomików „Czarnej Książeczki z Hamletem”. W tym roku zaprezentowano aż trzy takie wydawnictwa, a mianowicie „Wrocławskie rozmowy, czy teatr jednego aktora jest teatrem ubogim?” pod red. Tomasza Miłkowskiego i Marii Lubienieckiej, „Sam był teatrem. O sztuce monodramu Tadeusza Łomnickiego” Jolanty Betkowskiej i Andrzeja Żurowskiego.

Dla mnie największym wydarzeniem było spotkanie z Biruté Mar, której monografia „Biruté Mar. Bez maski” została zaprezentowana z udziałem samej aktorki, opowiadającej o swoim życiu. Wykonała też fragmenty czterech swoich spektakli. Krucha i drobna, na scenie sprawia wrażenie silnej osobowości. Na początku swej kariery zaprezentowała się w roli starej kobiety w monodramie „Słowa na piasku”(1998) na motywach „Szczęśliwych dni” Becketta. Mogliśmy zobaczyć fragment tego spektaklu, utrwalony na taśmie wideo. Aktorka grała rolę Winnie w niezwykłym kostiumie – sukni przypominającej kulę ziemską.

Biruté Mar w "Słowach na piasku"
"Ta sztuka jest piękna jak wiersz. Jest prawdziwą poezją, tajemnicą" – powiedziała poetka, aktorka i reżyserka w jednej osobie. Kolejną, której fragment zobaczyliśmy, był „Kochanek”(2001) na podstawie wspomnień Marquerite Duras, gdzie dla odmiany zagrała czternastolatkę. Byliśmy świadkami tej metamorfozy – dojrzała kobieta stała się na naszych oczach naiwnym podlotkiem –  i była w tym wiarygodna!

Największe wrażenie zrobił na mnie jednak fragment spektaklu „Antygony” Sofoklesa (2003), w którym Biruté Mar gra wszystkie postaci, posługując się jedynie skrawkiem materiału, a wspomaga ją tylna projekcja filmu z nagranym chórem. Widzieliśmy, jak Biruté mistrzowskim sposobem przechodzi od jednej postaci do drugiej, a w scenie śmierci Antygony, śpiewa po grecku żałobną pieśń. Trzeba bowiem podkreślić, że aktorka gra swoje spektakle swobodnie posługując się litewskim, rosyjskim, angielskim, wplata także teksty oryginalne.

Biruté Mar w "UNE"
W niedzielę 28 listopada Biruté Mar zaprezentowała jeszcze jeden spektakl –  o wybitnej litewskiej aktorce Unė Baye-Babickaitė (1897-1961), zatytułowany „UNĖ” (2010). Kanwą sztuki są dramatyczne dzieje nieprzeciętnej artystki, która po powrocie z Paryża do ojczyzny przed II wojną światową, została wraz z mężem zesłana na Syberię. Spektakl ten jest zarazem refleksją na temat teatru, sztuki aktorskiej, dramatycznego splotu ludzkich losów. Wszyscy możemy się jakoś w tej biografii odnaleźć, a to za sprawą niezwykłej aktorki, jaką jest Birute.

Mar gościła już w Polsce kilkakrotnie – w Toruniu i we Wrocławiu, na zaproszenie dyr. Wiesława Gerasa, ale wymienioną sztukę zaprezentowała tu po raz pierwszy. Otrzymała we Wrocławiu Nagrodę Wojewody Dolnośląskiego oraz Nagrodę TVP Wrocław. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejny spektakl, który Biruté Mar przygotowuje według prozy Fiodora Dostojewskiego, również będziemy mieli okazję zobaczyć.

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu PIK Wrocław.



Mozart – "Requiem" w Narodowym Forum Muzyki /zapowiedź/

6 listopada o 19.00 w Narodowym Forum Muzyki angielski dyrygent Jonathan Nott, uznawany za wybitnego interpretatora muzyki współczesnej, pod...

Popularne posty