Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 lutego 2018

Leon Leyson: Chłopiec z Listy Schindlera /recenzja książki/

Świadectwo najmłodszego na tzw. liście Schindlera powinno być lekturą obowiązkową nie tylko dla zainteresowanych historią i Holocaustem, ale także dla tych, którzy mają wątpliwości, czy pojedynczy człowiek może przeciwstawić się potężnemu złu.

okładka książki

Chłopiec z listy Schindlera Leona Leysona jest z całą pewnością lekturą godną polecenia. Interesujący jest już opis świata sprzed wojny – wsi Narewki, położonej w północno-wschodniej Polsce, gdzie rodzina Lejba Lejzona – bo tak naprawdę nazywa się nasz bohater – zamieszkiwała od pokoleń. Ciężka praca, bieda, ale i miłość oraz silna więź rodzinna tworzą obraz przedwojennego świata, w którym Żydzi i Polacy mieszkali obok siebie i stanowili zintegrowaną społeczność. Kiedy ambitny i dbający o dobro licznej rodziny ojciec Mosze Lejzon przenosi się do Krakowa, by w ciągu kilku lat sprowadzić tam swoich najbliższych, poznajemy również realia przedwojennego miasta, a w szczególności jego dzielnicy, w której mieszkali pracownicy huty szkła. Chłopiec jest najmłodszy i ciekawy świata, więc szybko się zaprzyjaźnia i wraz z kolegami zapuszcza w odleglejsze dzielnice miasta.

„Szczególnie upodobałem sobie – wspomina – wielkie krakowskie parki i historyczne budowle, takie jak Synagoga Stara z piętnastego wieku i majestatyczny czternastowieczny kościół Mariacki, górujący nad Rynkiem Głównym. Każdy kolejny dzień przynosił nową przygodę; nie mogłem się doczekać, by odkryć, co się znajdowało za następnym rogiem ulicy. Czasami dotykałem budynków, by się upewnić, że nie śnię”.

Egzystencję w nowych warunkach wypełniały pełne przygód wyprawy tramwajem na gapę, obserwacja „tętniącego życiem miasta, kwitnącego ośrodka kultury, pełnego teatrów, ale też kawiarń oraz nocnych lokali”, a także uczestnictwo w żydowskich świętach. Autor wspomina, że w Krakowie mieszkało około sześćdziesięciu tysięcy Żydów, którzy modlili się w ponad stu synagogach rozrzuconych po całym mieście. Już w 1938 roku docierały do tego świata złe wieści o dyskryminacji Żydów w Niemczech, m.in. o wypędzeniu siedemnastu tysięcy polskich Żydów, którym rząd Rzeczypospolitej odmówił prawa powrotu do ojczyzny, a którzy mimo to próbowali się przedrzeć przez granicę do Krakowa i innych miast. Kiedy we wrześniu 1939 roku Niemcy wkroczyli do Polski, zaczął się dla chłopca i jego rodziny czas wielkiej próby, choć długo nie zdawali sobie z tego sprawy. Kolejne restrykcje – upokarzające i ograniczające wolność Żydów – okazały się preludium do wydarzeń znacznie gorszych i niezwykle dramatycznych. Ich zapowiedź miała miejsce w scenie, którą dziesięcioletni wówczas Lejb zapamiętał jako jeden z najgorszych momentów w swoim życiu. Do mieszkania wpadli wówczas gestapowcy, którzy pobili i upokorzyli ojca na oczach całej rodziny, a następnie zabrali go nie wiadomo dokąd. To właśnie wtedy rozpadł się świat, w którym ojciec był gwarantem poczucia bezpieczeństwa. Po kilku tygodniach ojca wprawdzie zwolniono, ale od tej pory utracił wiarę on w siebie.

Niespodziewana pomoc przyszła z zupełnie nieoczekiwanej strony – od Oskara Schindlera, Niemca i w dodatku człowieka o niezbyt pochlebnej opinii pijaka, kobieciarza i kombinatora. Nie tylko zatrudnił on całą rodzinę w swojej fabryce, ale okazywał Żydom życzliwość i zainteresowanie. W czasach, kiedy inni Niemcy traktowali ich z pogardą, jako „podludzi”, on z nimi rozmawiał, dodawał otuchy, podrzucał jedzenie… Przede wszystkim zaś wydawał ogromne pieniądze na łapówki, aby ocalić „swoich Żydów” od zagłady. To jemu właśnie rodzina Mosze Lejzona – ojca autora wspomnień – zawdzięcza ocalenie. Jest ono prawdziwym cudem, gdy czytamy o warunkach życia w getcie, a potem w obozie w Płaszowie. Wstrząsające opisy okrucieństwa i uczuć oderwanego od rodziny dziecka – ciężko pracującego z dorosłymi, bitego i głodzonego, a przede wszystkim bezbrzeżnie samotnego – są najmocniejszymi i najbardziej poruszającymi fragmentami tej opowieści. Z tego piekła wyzwala chłopca i jego rodzinę właśnie Schindler, który przenosi swoją fabrykę do Czech. Po drodze doświadczają jeszcze obozów w Auschwitz i Gross-Rosen.

Po wyzwoleniu próbują jeszcze, bez powodzenia, zacząć od nowa życie w Krakowie. Część rodziny wyjeżdża do Izraela, pozostali, wraz z autorem wspomnień, decyduje się na wyjazd do Stanów. Dopiero tam udaje się stworzyć na nowo podstawy egzystencji. Lejb Lejzon przybiera nazwisko Leona Leysona, odbywa służbę wojskową, zakłada rodzinę. Upłynie jednak wiele lat, zanim zacznie opowiadać o swojej dramatycznej przeszłości. Przełom nastąpił po projekcji filmu Lista Schindlera, który wywołał ogromne zainteresowanie tego rodzaju tematyką. Dla autora wspomnień nie jest to nigdy łatwe, lecz traumatyczne: „Za każdym razem czuję ból na widok cierpienia moich rodziców, zimno i głód tych wszystkich nocy w Płaszowie i stratę moich dwóch braci”.

Składa także hołd Schindlerowi: „Nie jestem filozofem, ale sądzę, że postawa Oskara Schindlera spełnia definicję bohaterstwa. Udowodnił, że pojedynczy człowiek może przeciwstawić się złu. Jestem żywym świadectwem tego heroizmu”.

Świadectwo najmłodszego na tzw. liście Schindlera powinno być lekturą obowiązkową nie tylko dla zainteresowanych historią i Holocaustem, ale także dla tych, którzy mają wątpliwości, czy pojedynczy człowiek może przeciwstawić się potężnemu złu.

Książka "Chłopiec z listy Schindlera" Leon Leyson, Marilyn J. Harran, Elisabeth B. Leyson, w tłumaczeniu Jarosława Skowrońskiego ukazała się w Wydawnictwie Prószyński i S-ka.

Recenzja została pierwotnie opublikowana na portalu WYWROTA.PL

niedziela, 14 stycznia 2018

„Studencki Teatr Satyryków – tu wszystko się zaczęło”

Rzetelna monografia, interesujące wspomnienia członków zespołu, barwne anegdoty.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Sześćdziesiąt lat po pierwszej premierze Studenckiego Teatru Satyryków ukazała się w Wydawnictwie Prószyński i S-ka monografia zawierająca historię tego unikalnego zjawiska. Autorzy: Paweł Szlachetko i Janusz R. Kowalczyk nie tylko porządkują fakty, ale zamieszczają wiele pasjonujących wspomnień i wywiadów z twórcami i aktorami, którzy przewinęli się przez STS w różnych latach: Jerzym Malechą (inicjatorem i pierwszym szefem tej sceny), Jarosławem Abramowem, Andrzejem Drawiczem, Andrzejem Jareckim, Agnieszką Osiecką, Jerzym Markuszewskim i innymi.

Początki

Od lewej: Jaroslaw Abramow, Zofia Goralczyk, Andrzej Jarecki, Agnieszka Osiecka, Jerzy Markuszewski i Marek Lusztig 1955 rok, fot. materiały prasowe

W marcu 1954 roku kilkoro studentów Uniwersytetu Warszawskiego postanowiło założyć zespół teatralny. Młodzi ludzie pragnęli w tej formie wypowiadać się o rzeczywistości w sposób niczym nieskrępowany. Szybko stali się głosem młodej inteligencji – ich trybuną.
Henryk Malecha, pierwszy szef tej sceny wspomina:

”W lutym Andrzej Drawicz – działacz kultury i konferansjer na akademiach, znający naszą grupę – powiedział, żeby pójść do Jurka Markuszewskiego, kierownika Komisji Kultury Rady Okręgowej ZSP, bo jeden z teatrów zgłosił chęć zaopiekowania się jakimś zespołem studenckim. Był to Teatr Satyryków”.

Pierwszy program: ”To idzie młodość” wystartował 2 maja 1954 roku i miał charakter typowej akademii. Druga składanka satyryczna STS-u miała swą premierę 9 listopada tegoż roku i dopiero wtedy zespół przemówił własnym głosem.

”Mądre oko STS-u” i ”Okularnicy”

"Mnie nie jest wszystko jedno", na zdjęciu (od lewej): Irena Zachorczyńska, Elżbieta Burakowska, Henryk Malecha (za drabiną), Ryszard Pracz, Maria Chrząszcz, Krystyna Sienkiewicz, 1964, fot. Sławek Biegański / Forum

Jeden z członków STS-u – Stanisław Tym – wspomina, że ”widza atakowało się wzrokiem”. Znaczyło to, że trzeba było patrzyć tak mądrze, aby nie odniósł on wrażenia, że mówi się do niego o rzeczach niepoważnych. Przeciwnie, chodziło o wrażenie, że przekazuje się odważne i głębokie treści. Stąd zapewne wzięło się powiedzenie ”mądre oko STS-u”.
W latach 60. pojawia się najbardziej identyfikowana z programem STS-u piosenka ze słowami Agnieszki Osieckiej: ”Okularnicy”:
”Między nami po ulicy,
pojedynczo i grupkami,
snują się okularnicy ze skryptami.
I z książkami,
z notatkami,
z papierami, kompleksami.
Itp., itd.,
itp., itd.,
itd.
(…)

Ze słynnym przesłaniem:
Wymęczeni, wychudzeni,
z dyplomami już w kieszeni,
odpływają pociągami,
potem żenią się z żonami.
Potem wiążą koniec z końcem
za te polskie dwa tysiące.
Itp., itd.,
Itd.”

Występy zagraniczne

Mimo egzystencjalnych treści, zespół otrzymywał paszporty i mógł się zaprezentować również za żelazną kurtyną, m.in. we Francji, podczas Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Amatorskich w Nancy, gdzie zrobił furorę.
Szczególnie spodobała się Anna Prucnal przekręcająca zabawnie francuskie słowa. Obwołano ją królową festiwalu, humoru i urody. Nawiasem, w 1970 roku wyemigrowała do Francji i tam kontynuowała swoją karierę.
Zdarzył się nawet tak spektakularny występ, jak … dla pracowników Radia Wolna Europa. Poproszono o to Wojciecha Siemiona, który miał w STS-ie swoje monodramy i ksywkę „lizus ministerialny”, jako że z wieloma prominentami żył za pan brat. I Siemion się zgodził! Tak oto ”oddany piewca ludowej i socjalistycznej ojczyzny” najpierw rozbawił zgromadzoną licznie Polonię, a następnie zaczął recytować ”Mochnackiego” J. Lechonia, „”Pogrzeb kapitana Meyznera” J. Słowackiegoi inne patriotyczne utwory. Na sali szloch, potem huragan braw. Atmosferę zakłócił ostry dzwonek do drzwi. Okazało się, że to policja, którą wezwali zdenerwowani hałasem sąsiedzi…

"Wieża malowana", Wojciech Siemion (Recytator), reż. Jerzy Markuszewski, 1959, fot. z albumu Adam Kilian "Fascynacje/ Fascinations", Warszawa 2015, dzięki uprzejmości red. Aleksandry Rembowskiej


STS – matecznik

Podtytuł książki: ”Tu wszystko się zaczęło” nie jest bynajmniej tylko hasłem marketingowym.
Z STS-u wyszło bowiem wielu wybitnych artystów teatru, kabaretu i estrady. Zaprezentowano na scenie teksty autorów, którzy tworzyli potem także poza STS-em: Andrzeja Jareckiego, Agnieszki Osieckiej, Jarosława Abramowa, Stanisława Tyma, Andrzeja Drawicza, Jerzego Markuszewskiego, Jana Stanisławskiego…
W teatrze zagrało 215 osób, m.in. Ryszard Pracz, Henryk Malecha, Jan Stanisławski, Zofia Merle, Krystyna Sienkiewicz, Kalina Jędrusik.
Mało tego. STS to była wylęgarnia KOR-u. bywał tu Jacek Kuroń i Adam Michnik, a także wielu Żydów, zwłaszcza po roku 1968.

"Wszystko, co nasze – program minimum", na zdjęciu Maria Chrząszcz, 1963, fot. Sławek Biegański / Forum

Monografia STS-u zawiera nie tylko ujętą chronologicznie historię tego niepowtarzalnego zjawiska, ale również indeks premier, wykonawców, nagród i najważniejszych dat.

Lektura obowiązkowa dla wszystkich, których interesuje polska kultura lat PRL-u i nie tylko.

Monografia „Studencki Teatr Satyryków – tu wszystko się zaczęło” Pawła Szlachetko i Janusza R. Kowalczyka ukazała się 29.04.2014 roku w Wydawnictwie Prószyński i S-ka.

Recenzja ukazała się na portalu Kulturaonline w czerwcu 2014 roku.

"Dzieci Hitlera": Ofiary ideologii

Każda z opowiedzianych w „Dzieciach Hitlera” historii nadawałaby się na osobny film.  Nie ma tu opowieści "zwyczajnych". Każda jest fascynująca, choćby przez to, że wraz z bohaterami wnikamy w świat pełen dramatyzmu, tajemnic i niedomówień.
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Słowo "Lebensborn" oznacza  "źródło życia", ale wywołuje przede wszystkim skojarzenia z hitleryzmem. Twórcą pomysłu, polegającego na ochronie gatunku rasy panów, był Heinrich Himmler. Zaczerpnął go od amerykańskich eugeników, których idee przejęli i realizowali z okrutną konsekwencją naziści.

Początkowo ośrodki Lebensbornu tworzono na terenie Niemiec. Potem również w Norwegii, Austrii, Belgii, Francji i Luksemburgu. Miały w nich przychodzić na świat wysokie, jasnowłose i niebieskookie dzieci, do tego zdrowe i pozbawione dziedzicznych obciążeń - ucieleśnienie ideału rasy. Przyszła elita rasy "nadludzi". Jeśli nie spełniały "warunków" - uśmiercano je. Później do ośrodków Lebensbornu zaczęły trafiać dzieci innych narodowości, które zabierano siłą. W ten sposób porwano m.in. 200 tysięcy (!) polskich dzieci. Niektóre z nich nigdy nie dowiedziały się, kim są naprawdę, inne - nieliczne - będąc dorosłymi, często starymi już ludźmi - rozpoczęły poszukiwania, nie zawsze zakończone sukcesem. Wszystkie musiały zmierzyć się z własną traumatyczną przeszłością.

Książka "Dzieci Hitlera. Losy urodzonych w Lebensborn" zawiera zaledwie dwadzieścia historii. U wszystkich Lebensborn pozostawił ślady, które wryły się głęboko. Choć zdarzyły się i takie przypadki, że nie wszystkie dzieci przeżyły traumę. Jednym matczyna miłość wynagrodziła krzywdy, innym brak miłości wyrządził jeszcze większe. Kiedy czytamy ich historie, przeżywamy je wraz z nimi i niejednokrotnie w oku zakręci się łza. Większość z tych, które odkryły swoje pochodzenie, pragnie zachować anonimowość, ponieważ boją się utraty szacunku. Często powracają do trudnej przeszłości dzięki wsparciu małżonków, dzieci albo wnuków, którzy pragną również poznać swoje korzenie.

Każda z opowiedzianych historii nadawałaby się na osobny film.  Nie ma tu opowieści "zwyczajnych". Każda jest fascynująca, choćby przez to, że wraz z bohaterami wnikamy w pełen dramatyzmu świat, w którym czasami trzeba być detektywem, a innym razem z pokorą pogodzić się z faktem, że prawdziwy ojciec lub matka nie żyją i nigdy nie dowiemy się prawdy. Bywa, że nagrodą staje się odzyskane cudownie rodzeństwo, o którym nic się nie wiedziało, a oto odkrywa się wiele podobieństw psychicznych i fizycznych. Niekiedy zaś matka odmawia spotkania, bo stanowczo nie chce wracać do przeszłości. Spośród przeczytanych historii zapamiętałam taką, której bohaterka,  odrzucona wcześniej przez matkę, opiekowała się nią ofiarnie, gdy ta była już przykuta do łóżka... 

Książka ma jednak jeszcze jedną istotną zaletę. Otóż w świetle przedstawionych biografii powinniśmy dzisiaj wyciągnąć wnioski dotyczące sztucznego zapłodnienia czy in vitro. Nie dyskutowano ani nie myślano dotąd o tym, jak należy obchodzić się z takimi dziećmi, które mają troje lub więcej rodziców lub zostały  potajemnie oddane.  Każdy ma bowiem prawo do poznania swoich korzeni, a brak odpowiednich zasad może stać się przyczyną wielkiego cierpienia. Losy dzieci Lebensbornu są tego najlepszym przykładem.


Książka "Dzieci Hitlera. Losy urodzonych w Lebensborn" Dorothee Schmitz-Kӧster i Tristana Vankanna ukazała się w Wydawnictwie Prószyński i S-ka, w tłumaczeniu Agnieszki Walczy.

Recenzja ukazała się na portalu WYWROTA.PL

wtorek, 10 października 2017

Alexander Walker: Audrey Hepburn. Gwiazda, która troszczyła się o innych

Miała w sobie urok, niewymuszony wdzięk – napisała o Hepburn  w nekrologu w ”International Herald Tribune” Martha Sherrill. Każdą rolą przezwyciężała mrok i zwyczajność, dzięki rzadko spotykanemu połączeniu delikatności, żywiołowości i starożytnej europejskiej mądrości.
 
Prószyński i S-ka
Słowa te bodaj najbardziej trafnie oddają najgłębszą  istotę osobowości artystki. Kiedy oglądamy filmy w rodzaju ”Śniadania u Tiffany` ego” czy ”Doczekać zmroku”, uderza przede wszystkim jakaś świetlistość i delikatność postaci granych przez nią. Taką też  została zapamiętana:  jako osoba niezwykle szlachetna i ujmująca, także w życiu prywatnym.

22 lipca 2014 roku ukazała się w Wydawnictwie Prószyński i S – ka obszerna biografia  Audrey Hepburn, napisana przez  Alexandra Walkera.
Na tę nad wyraz rzetelnie napisaną książkę złożyły się zapisy rozmów, które autor odbył przez okres 35 lat nie tylko ze słynną gwiazdą, ale również z ludźmi, którzy ją znali. Ponadto – lektura wywiadów, scenariuszy oraz innych archiwaliów  Warner Bros. i Kinga Vidora. Autor obejrzał i przeanalizował wszystkie filmy dokumentalne o aktorce oraz  fabuły, w których wystąpiła.  Przedzierał się przez gąszcz dokumentów znajdujących się w różnych miastach Europy. I jakby to było mało, informuje czytelników na kartach biografii o gaży, którą Hepburn otrzymywała w kontrakcie za poszczególne role, a nawet – z godną podziwu skrupulatnością – przelicza dolary na funty i podaje ich współczesną wartość. Nie jestem pewna, czy to aż takie istotne, nie mniej piszę o tym, aby uświadomić czytelnikom, jaką to mrówczą i złożoną pracą jest biografistyka.

Uwielbiałam ojca i okropnie za nim tęskniłam



Alexander Walker opisuje życie Audrey Hepburn  począwszy od narodzin aż po śmierć.  Dodaje nawet w kolejnym wydaniu biografii coś w rodzaju postscriptum na temat tajemniczego i nieobecnego w jej życiu ojca aktorki. Sugeruje przy tym, że skromność i  stanowcza ochrona prywatności, jak również wytrwałe próby zachowania kolejnych związków, mają swoje źródło właśnie w braku ojca, którego Audrey we wczesnym dzieciństwie utraciła. W przeciwieństwie do matki – był serdeczny i łatwiej niż ona okazywał uczucia. Niepokój, który wprowadzały kłótnie rodziców, sprawił, że mała Audrey straciła poczucie bezpieczeństwa i popadła w bulimię, która z mniejszym lub większym natężeniem dręczyła ją całe życie.

"Uwielbiałam ojca i okropnie za nim tęskniłam – zwierzy się po latach. Strasznie przeżywałam, że odciął się ode mnie, kiedy miałam tylko sześć lat. Gdybym mogła go regularnie widywać, czułabym, że mnie kocha. (…) Matka bardzo mnie kochała, ale nie zawsze potrafiła to okazać. Nie miałam nikogo, kto by mnie przytulił.”

Nigdy nie marzyła o karierze aktorskiej. Wszystko zaczęło się od szkoły baletowej. Kiedy była uczennicą prestiżowej szkoły tańca Ballet Rambert w Londynie, matka Audrey, baronowa Ella van Heemstra, zaproponowała ją do roli stewardessy w podróżniczym filmie dokumentalnym. Zdecydował fakt, że młoda baletnica mówiła biegle kilkoma językami.

Audrey Hepburn

Więc zakopałem ją w piasku



Początki kariery w show – biznesie  były trudne i zarazem typowe. Ktoś zauważył ją w filmie dokumentalnym, w efekcie czego zaproponowano jej sesję fotograficzną.

W co będę ubrana? – zapytała niczego nieświadoma. W nic – usłyszała w odpowiedzi. Nie zdejmę ubrania – odparła. Więc zakopałem ją w piasku – opowiada fotograf. Znamienna scena. Przez całą karierę, nawet grywając postacie moralnie dwuznaczne, jak Holly Golightly – Audrey Hepburn zawsze była w jakimś sensie niewinna i czysta. Ubierał ją zaś najczęściej słynny dyktator mody, prywatnie przyjaciel aktorki, Hubert de Givenchy.  Sławę przyniosły jej ”Rzymskie wakacje” (1953) w reż. Williama Wylera, w którym to filmie zagrała rolę księżniczki Anny. Otrzymała Oskara za rolę pierwszoplanową.

Kolejne filmy – lepsze czy gorsze – utrwalały tylko jej status gwiazdy. Sukcesom towarzyszyły jednak porażki w życiu osobistym. Najpierw rozpad małżeństwa z aktorem i reżyserem Melem Ferrerem, który – paradoksalnie – bardzo mocno przyczynił się do rozkwitu jej kariery, przede wszystkim jako jej menadżer. Bardzo źle znosił jednak fakt, że jako artysta pozostawał w cieniu żony i nie odnosił sukcesów, mimo jej pomocy. Drugi mąż – włoski psychiatra Andrea Dotti – kochał w niej przede wszystkim gwiazdę filmową. Kiedy przestała nią być, pragnąc cieszyć się życiem rodzinnym, straciła w jego oczach cały swój powab. Ostatecznie Audrey Hepburn wróciła do swego szwajcarskiego domu, w którym mieszkała do końca życia. Cieszyła się swoim dwukrotnym macierzyństwem i rzadko przyjmowała propozycje filmowe.


Potrafiła wysłuchać ludzi

Alexander Walker Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Zaangażowała się natomiast w działalność humanitarną. Stała się mianowicie „ambasadorką dobrej woli” UNICEF-u. Odtąd jeździła po całym świecie, często i chętnie udzielała wywiadów, uczestniczyła w licznych konferencjach prasowych, aby w ten sposób organizować zbiórki pieniędzy dla głodujących, zwłaszcza dla dzieci.
Christa Roth, koordynatorka UNICEF-u w genewskim biurze tej organizacji, która była z aktorką zaprzyjaźniona, tak ją wspomina:

"Miała tę rzadką cechę, że potrafiła wysłuchać ludzi i instynktownie dać im właściwą wskazówkę. Poświęcała ci całą swoją uwagę. Tęskni się za takimi ludźmi”.

Zaś Roger Moore, aktor i również „ambasador dobrej woli”, dodaje do tej charakterystyki:
Była rzadkim zjawiskiem w Hollywood, gwiazdą, która wykazywała szczerą troskę o innych, a nie o siebie.

Warto więc sięgnąć po książkę Alexandra Walkera, aby bliżej poznać biografię tak niezwykłej osoby.

Książka ”Audrey Hepburn” Alexandra Walkera ukazała się 22 lipca 2014 roku w Wydawnictwie Prószyński i S – ka, w tłumaczeniu Zofii Łomnickiej.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.

Portret Agnieszki Osieckiej w „Dziennikach 1945-1950”

W Wydawnictwie Prószyński i S-ka ukazał się pierwszy tom dzienników Agnieszki Osieckiej, obejmujący lata 1945 – 1950. Starannie opracowany i wydany, pozwala wniknąć w biografię poetki, zobaczyć jej życie w perspektywie niejako wewnętrznej, a to zawsze jest w jakiś sposób pasjonujące. Autorka „Okularników” prowadziła zapiski przez całe życie (z przerwami) i możemy się z nich dowiedzieć nie tylko o niej i jej rodzinie, przyjaciołach, miłościach, ale również lepiej poznać atmosferę tamtych czasów.

 
Wyd. Prószyński i S-ka
„Zaczynam mój  pamiętnik – pisze zaledwie dziewięcioletnia Agnieszka – dnia 27 grudnia 1945 roku…” Pod pseudonimem Bożena Ostoja stara się prowadzić swoje zapiski regularne. Bywa, że kiedy nie udaje się to przez kilka dni, przeprasza za ten brak mobilizacji. Początkowo notatki dotyczą spraw najzwyczajniejszych, takich, które składają się na tzw. codzienność: co jadła na obiad, czy jej smakował, że mama ją uczesała, ale ubrała się sama, że chodzi na lekcje angielskiego , co aktualnie czyta…
Agnieszka, której portret wyłania się z pierwszego tomu „Dzienników”, jest pewną siebie, bardzo towarzyską osobą: ciągle gdzieś wyjeżdża z rodzicami (osobno z matką, osobno z ojcem), bywa w różnych środowiskach (sport, szkoła, nauka języków), bacznie przygląda się nowo poznanym i ocenia ich, np. tak:

„Gerard jest bardzo ładny,  małomówny i niczego bardzo dobrze nie umie”, „Zdzisławowi K. (…), który jest bardzo miłym chłopcem i bardzo go lubię, ale na takiego instruktora tak się nadaje, jak ja na baletnicę”.

Agnieszka – podlotek jest kochliwa i wierna w przyjaźniach:

„Szkoda, że tu nie ma Ewuni, ja ją bardzo kocham, ona jest moją najlepszą przyjaciółką i brak mi jej bardzo. Nieraz mam takie myśli, że gdybym była chłopcem, tobym z nią wszędzie chodziła, opiekowała się nią i bardzo ją kochała, a potem bym się z nią ożeniła…”
Jeśli pamiętamy „Rozmowy o zmierzchu”, to ten rodzaj relacji jako żywo przypomina stosunek dorosłej już Agnieszki do Maryli Rodowicz.
Agnieszka A.D. 1949 jest także skoncentrowana na sobie, jak typowa jedynaczka, której niczego nie brakuje:

„Jeśli chodzi o dom, to jest teraz całkiem miło, tatuś stosunkowo dobrze zarabia (grywa na koncertach i dużo komponuje) , więc się będę elegancko ubierać”.
Dziennik służy również do snucia poważnych refleksji na tematy egzystencjalne i eschatologiczne:

„… jakim pyłkiem jest człowiek wobec Wszechświata – pisze 14- letnia dziewczyna. Myślę, że Bóg istnieje jako symbol w umysłach ludzkich tego wszystkiego, co jest zastraszające i  niezrozumiałe (…). Aby dojść do takich wniosków, warto i trzeba zgłębić historię Kościoła, dyskutować i czytać uważnie”.

Są też w „Dzienniku” refleksje zaskakujące dojrzałością, jak choćby ta o szczęściu:

„… myślę, że w 98%, nawet w epoce postępu i równouprawnienia, ideałem szczęścia dla kobiety jest kochać i być kochaną”.

Lektura „Dziennika” Agnieszki Osieckiej jest interesująca nie tylko dlatego, że możemy się przyjrzeć jak rozkwita ciekawa osobowość, ale również dlatego, że jest rodzajem lustra, w którym ujrzymy własne dorastanie, przypomnimy o pierwszych przyjaźniach i miłościach… Jest to bowiem książka skłaniająca czytelnika do refleksji.

Recenzja ukazała się na Kulturaonline.pl

poniedziałek, 9 października 2017

Agnieszka Osiecka:Dzienniki 1951. O roku ów!

Ów rok, o którym pisze Agnieszka Osiecka w drugim tomie swoich Dzienników, to rok 1951. Czasy stalinizmu w Polsce. Agnieszka ma piętnaście lat...

Agnieszka Osiecka, Dzienniki 1951, Wyd. Prószyński i S-ka

O czym pisze dorastająca poetka? O przyjaźniach, miłościach, codziennych sprawach. I już wówczas przymierza się do pisania, czując wszakże, że jest na to za wcześnie:

Wyobrażam sobie, jak bezmiernie głupie byłoby wszystko, co bym napisała. Nie wiem nic o życiu, nie znam go, nie znam na tyle żadnej jego dziedziny, abym mogła o niej pisać, walczyć o nią lub przeciw niej, dążyć do jakichkolwiek zmian. (...) Nie mam idei.

Może na pisanie za wcześnie, ale Agnieszka jest szalenie chłonna i ciekawa świata i ludzi. Zawiera nowe przyjaźnie, a potem analizuje osobowości swoich znajomych, a przy okazji dokonuje autoanaliz. 

Ludwik jest dużo, dużo mądrzejszy ode mnie i tyle przeżył, a przecież rozumie mnie i ja rozumiem Jego (Ludwik uważa się za "nadczłowieka", wtedy ja też tak myślałam. Idiotyzm! To, że studiuję go jak książkę, to nie "ubóstwienie". Poznajemy się i c h c e m y się poznać, a to jest najważniejsze.

Z Ludwikiem rozmawia też o jego wojennych przeżyciach w Rosji, ale nie zatrzymuje się nad tym. Komentuje natomiast proces pokazowy ks. Piotra Oborskiego, sądzonego "za usiłowanie zmiany przemocą ustroju PRL oraz podżeganie do zabójstwa czteroletniego chłopca". Mimo absurdalności zarzutów, Agnieszka (i zapewne nie tylko ona) przyjmuje naiwnie to, o czym słyszy podczas radiowej transmisji, chwaląc przy tym nie tylko wystąpienie oskarżyciela, ale także komentarze do rozpraw Wandy Odolskiej, dziennikarki Polskiego Radia, która była sprawozdawczynią z procesów AK-owców i wychwalała Stalina. Osiecka pisze:

Dla mnie ona jest w tej chwili najlepszą tego rodzaju l i t e r a t k ą w Polsce i ... niedoścignionym ideałem.

W 1951 roku nadal trenuje pływanie, dużo czyta, chętnie się uczy. Słowacki ją nudzi, ale chwali Bułhakowa i interesuje się postacią Puszkina. Lubi czytać Tadeusza Boya - Żeleńskiego i Bernarda Show. Zapisuje się do ZMP, ale zebrania ją nużą. Natomiast uwielbia rozmawiać z ludźmi i przejmuje się ich problemami. Np. Hanką, której nikt nie lubi, a którą poznała w jednej ze szczerych rozmów na basenie. Matka dziewczynki siedzi w więzieniu, a ojciec nie żyje. Jest biedna, ale zawsze uśmiechnięta i ma sportowe ambicje. Koleżanki jej nie lubią, ponieważ uważają, że wykorzystuje swoją sytuację, aby wzbudzić litość. Natomiast Agnieszka tak to komentuje:

Za bardzo odczuwam tragizm położenia Hanki z takim stosunkiem, jaki ona doń ma, i beznadziejność jej przyszłości, jaką to za sobą pociąga, abym miała stać się wrogiem Hanki.

Wrażliwa, empatyczna, sama przeżywa rozstanie rodziców, którzy właśnie się rozwodzą. Jest pełna współczucia dla matki, krytycznie ocenia ojca, zachowując jednocześnie dystans wobec całej tej sprawy.

Ważnym wątkiem są  także wyjazdy poza Warszawę - w plener, np. rowerem do Radości. Kiedy o tym pisze w Dziennikach, możemy już rozpoznać Osiecką - poetkę:

Wracając (z wiatrem!) poszłam na łąki nadwiślańskie, usiane plamami niebieskimi, jak oczy nieba stawami, z których unosiły się odgłosy pierwszego wiosennego koncertu żab.

Agnieszka Osiecka z godną podziwu konsekwencją zapisuje swoje życie dzień po dniu, mimo bardzo aktywnego trybu życia. Szkoła, nauka języków obcych, treningi, spotkania towarzyskie... Czasami aż zastanawia, kiedy miała na to czas. A jednak potrzeba refleksji na temat otaczającego ją świata i ludzi, a także samej siebie, była tak silna, że swoje zapiski tworzyła przez całe życie. Dzięki temu możemy teraz wniknąć przez nie do tamtego świata i przyjrzeć mu się z bliska. A także lepiej poznać samą Osiecką.
"Dzienniki 1951" Agnieszki Osieckiej ukazały się 7 października 2014 r. w Wydawnictwie Prószyński i S-ka

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.

Mozart – "Requiem" w Narodowym Forum Muzyki /zapowiedź/

6 listopada o 19.00 w Narodowym Forum Muzyki angielski dyrygent Jonathan Nott, uznawany za wybitnego interpretatora muzyki współczesnej, pod...

Popularne posty