Tytuł bloga powstał z inspiracji prozą Brunona Schulza, w której wielokrotnie, w różnych kontekstach, pada to tajemniczo brzmiące słowo, znaczące o wiele więcej niż „składniki”, bo mające rangę metafory, symbolu…
Kulturalne Ingrediencje nie jest blogiem monotematycznym, np. książkowym czy filmowym. Łączę w nim wszystkie moje pasje w jedną całość. Znajdują się tu teksty dotyczące literatury, filmu, muzyki i sztuk plastycznych. Ponadto rozmowy z artystami i własne zapiski.To także moje archiwum.
czwartek, 15 października 2026
Festiwal w smudze cienia /relacja z 61 Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans/
Zwyczajowo na początku września sale koncertowe i kościoły Wrocławia oraz Dolnego Śląska wypełniła piękna muzyka odbywającego się już po raz 61. Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans im. Andrzeja Markowskiego. W tym roku inspiracją stała się myśl przewodnia powieści Josepha Conrada "Smuga cienia", z jej problematyką trudnego i bolesnego dojrzewania do odpowiedzialności za siebie i innych ludzi.
"Koronacja wenecka 1595" w Katedrze św. Marii Magdaleny, fot. Łukasz Rajchert
Właściwie każdy z festiwali ostatnich lat dotykał zagadnień ważnych i aktualnych. Formuła była na tyle pojemna, że słuchacze mogli poprzez muzykę, także tę dawną, przyglądać się odwiecznym, przeklętym – jakby powiedział Dostojewski – problemom. Było więc m. in. przesłanie "Światło dla świata", w którym muzyka wyprowadzała nas z mroków ciemności w światłość. Podczas 57. Wratislavii śledziliśmy "Niebezpieczne związki władzy i muzyki", zaś 60. festiwal stawiał pytania o "Raj utracony"... W tym roku myśl przewodnia okazała się równie celna, dotykała bowiem problematyki moralnej, która dotyczy każdego z nas i poprzez dzieła muzyczne ukazywała, jak trudne i bolesne jest dojrzewanie i stawanie się człowiekiem odpowiedzialnym. Wraz z utratą młodości i naiwności pojawia się owa nieodłączna smuga cienia, która odtąd będzie nam stale towarzyszyć.
"Samson i Dalila" Camille Saint-Saënsa, dyr. Thomas Guggeis
Smuga cienia Samsona – opera Camille`a Saint-Saënsa
Już pierwsze zaprezentowane dzieło: "Samson i Dalila" Camille Saint-Saënsa wprowadza nas w samo centrum rozważań dotyczących odpowiedzialności za własne czyny kładące się cieniem zarówno na życiu pojedynczego człowieka, jak i całego narodu. Libretto oparte jest dość luźno na VI rozdziale Księgi Sędziów Starego Testamentu, z której zaczerpnięto dwa epizody: zdradę Dalili (która w wersji biblijnej jest żoną bohatera, a nie uwodzicielką) i zwycięstwo Samsona nad Filistynami, okupione własną śmiercią. W przeciwieństwie do oratorium "Samson" Georga Friedricha Händla, będącego epicką historią biblijnego bohatera, przedstawiającą ostatni rozdział jego życia i moralne dojrzewanie do decyzji zakończonej męczeńską śmiercią, opera francuskiego kompozytora ma bardziej uniwersalny wymiar, nie mówiąc już o jej rozmiarach. Zresztą Händel nigdy nie był, na szczęście, powściągliwy i hojnie raczył swoich słuchaczy piękną muzyką. Otóż "Samson i Dalila" opowiada historię pewnej erotycznej fascynacji, która doprowadza bohatera do zguby, a wraz z nim przynosi klęskę jego pobratymcom. Pierwszy akt ukazuje zniewolonych i narzekających na swój los Izraelitów, którym Samson przywraca nadzieję i wiarę, że Bóg nie zostawił ich na pastwę losu i Filistynów. Jego zapał i głęboka wiara sprawiają, że Izraelici powstają z kolan i pokonują Filistynów, którzy w rezultacie uciekają w góry. Kiedy jednak świątynię Dagona opuszczają kobiety, a wśród nich olśniewająco piękna i kusząca Dalila, Samson ulega pokusie. No, powiedzmy, że trochę z pokusą walczy, ale niezbyt długo. Skutki jego słabości okażą się bardzo bolesne. Nie tylko zapłaci za tę chwilę słabości oślepieniem (co jest poniekąd aktem symbolicznym), ale także uwięzieniem i pracą ponad ludzkie siły. Jego lud, pozbawiony przywódcy, stanie się ponownie zniewolony, a Filistyni triumfalnie powrócą i wyprawią bachanalia na cześć swego boga Dagona. Aby uświetnić zwycięstwo, sprowadzają też triumfalnie Samsona, upokarzając go w ten sposób. On jednak zwraca się do Boga, by raz jeszcze przywrócił mu siły, obala kolumnę podtrzymującą świątynię, grzebiąc w ten sposób zgromadzonych tam wrogów i siebie samego. Tym heroicznym gestem przywraca nie tylko swoją godność, ale także wyzwala swój uciemiężony lud. Ten trudny przecież wybór jest jego smugą cienia: wyrazem dojrzałości i odpowiedzialności za naród, okupiony własnym cierpieniem i śmiercią.
Ta piękna historia pokazuje, że nawet wielcy ulegają pokusom, upadają, lecz doświadczenie to sprawia zarazem, że dorastają do trudnych decyzji, za które płacą najwyższą cenę.
Operę Camille Saint-Saënsa poprowadził we Wrocławiu Thomas Guggeis – niemiecki dyrygent i pianista, dyrektor Opery we Frankfurcie, który mimo młodego wieku, ma spore doświadczenie operowe, o czym świadczy m. in. fakt przyznania mu w 2026 roku przez magazyn "Opernwelt" tytułu Dyrygenta Roku. Guggeis znakomicie dyrygował NFM Filharmonią Wrocławską, Chórem NFM oraz Slovenian Philharmonic Choir, a także znakomitymi solistami. W rolę Samsona wcielił się australijski śpiewak operowy (tenor) Nikolai Schukoff, który swoją rolę interpretował niezwykle przekonująco. Na początku był wspaniałym i charyzmatycznym przywódcą, gdy zapewniał Izraelitów, że Bóg pomoże im zrzucić jarzmo, to znowu stawał się tragicznym bohaterem, którego dręczy żądza i poczucie winy, by na koniec stać się spokojnym, pewnym swoich decyzji człowiekiem – gdy ponownie zwraca się z wiarą ku Bogu i pokonuje wrogów.
W postać Dalili wcieliła się gruzińska mezzosopranistka Anita Rachvelishvili – olśniewająca w roli perfidnej uwodzicielki, kusicielki, której nie sposób się oprzeć. Była mocną, świadomą swych atutów kobietą, którą silnie motywuje nienawiść do Samsona. Pod maską czułych zapewnień o miłości czaiła się w jej interpretacji podstęp i zdrada. Wszystkie te niuanse swojej roli artystka wydobyła znakomicie.
Posłuchajmy słynnego duetu zwanego umownie miłosnym: “Mon cœur s’ouvre à ta voix” z tą artystką.
Obowiązki władcy: piękna, uduchowiona rekonstrukcja "Koronacji weneckiej" z 1595 roku
Absolutnie niezwykła była w moim odczuciu "Koronacja wenecka 1595" – rekonstrukcja Mszy koronacyjnej weneckiego doży Marina Grimaniego w Bazylice św. Marka w Wenecji. Autorem owej rekonstrukcji jest angielski dyrygent Paul McCreesh,wieloletni szef festiwalu Wratislavia Cantans, zaś wykonawcami byli członkowie jego zespołów Gabrieli Consort & Players, zawdzięczający swą nazwę włoskim kompozytorom: Giovanniemu i Andrei Gabrieli, których utwory stanowiły zasadniczą część koncertu. Projekt ów został utrwalony na płycie, my jednak mogliśmy go wysłuchać na żywo w Katedrze św. Marii Magdaleny, a więc również w sakralnej przestrzeni, co jest doświadczeniem bezcennym.
Muzycy prezentowali poszczególne części Mszy w różnych miejscach przestrzeni kościoła. Najpierw usłyszeliśmy męskie głosy rozbrzmiewające początkowo gdzieś w pobliżu ołtarza głównego i stopniowo zbliżające się, które zaintonowały chorałowy introit. Następnie z drugiego końca świątyni dobiegły odgłosy odległego bębna i fanfary trąbek, zwiastujące wejście doży.
Śpiewane fragmenty liturgii, obejmujące zarówno rozbudowane opracowania chóralne i instrumentalne, jak i chorał – przeplatano krótkimi wstawkami instrumentalnymi: były to albo canzony Giovanniego Gabrielego, albo też niezwykle subtelne solowe utwory na organy. Stałe części Mszy (w tym przypadku Kyrie, Gloria, Sanctus i Benedictus) wykonano do muzyki Andrei Gabrielego z 1587 roku. Otwierające całość Kyrie było w dużej mierze utworem solowym – wykonywał je wybitny młody tenor Benedict Hymas, którego niezwykle czyste, wysokie i eteryczne brzmienie pięknie kontrastowało z ciepłym dźwiękiem towarzyszących mu puzonów. Canzona rozdzielająca dwa śpiewane czytania biblijne, odznaczała się zachwycającą lekkością z towarzyszącymi jej skrzypcami. Podobało mi się również offertorium Deus qui beatum Marcum („O Boże, który wywyższyłeś świętego Marka”) w porywającym wykonaniu altów Davida Allsoppa i Marka Chambersa, jednak prawdziwą kulminacją występu był moment, w którym pięcioro solistów wspólnie wykonało antyfonę komunijną O Sacrum Convivium Andrei Gabrielego. Przy subtelnym akompaniamencie organów usłyszeliśmy bogaty, aksamitny i nieskazitelny śpiew polifoniczny. Mistrzowski śpiew i porywająca gra instrumentalna połączyły się w finałowym hymnie Omnes Gentes („Klaszczcie w dłonie, wszystkie narody”) Giovanniego Gabrielego.
Czytania, zwłaszcza Ewangelia według św. Jana, mówiły o pokorze, o służbie ludziom, stając się w ten sposób "programem" dla obejmującego swój urząd doży. Tyle się pisze o weneckim przepychu, wspomina o tym także sam autor rekonstrukcji, ja jednak pod wpływem czytań i samej muzyki, a także genius loci tego szczególnego wnętrza, odczułam dotyk sacrum, choć był to "tylko" koncert...
Sacrae cantiones quinque vocum: No. 14, O sacrum convivium
Dydona i Eneasz – miłosne rozczarowania
W przypadku jedynej opery Henry Purcella "Dydona i Eneasz" libretto Nahuma Tate'a czerpie z IV księgi "Eneidy" Wergiliusza i opowiada historię miłości Dydony, królowej Kartaginy, do Eneasza, bohatera wojny trojańskiej. Niczym Odys tuła się onwraz z towarzyszami tu i tam, by dotrzeć do fenickiego miasta Kartaginy, gdzie poznaje królową tej krainy, która zakochuje się w nim bez pamięci i – jak się wydaje – z wzajemnością. Już na początku I aktu widzimy ją pogrążoną w smutku i udręce, czemu daje wyraz w arii Ah, Belinda. Jeśli znamy mitologię i "Eneidę", to mamy świadomość, że Dydona jest wdową, a Eneasz jest piękny, młody i pokrzywdzony przez los. Takie okoliczności sprawiają, że bohaterka (w dodatku nakłaniana przez damę dworu i chór, wreszcie samego Eneasza) porzuca skrupuły i poddaje namiętności. Szczęście jednak nie trwa długo, bo zło nie śpi. Niczym w szekspirowskiej tragedii w II akcie opery pojawiają się Czarownice i Wiedźmy, które knują spisek, skutkiem którego Dydona utraci dobrą sławę, miłość i życie. Najpierw zakłócają polowanie królewskiej pary, sprowadzając burzę, a następnie wyczarowują złego ducha o rysach Merkurego, który wzywa Eneasza do natychmiastowego powrotu do Troi. Eneasz wprawdzie jest z powodu nagłego rozstania załamany, ale już na początku III aktu orientujemy się, że jego towarzysze bez żalu opuszczają Kartaginę. Nie wiedzą, podobnie jak Eneasz, że czeka ich śmierć na morzu. Bohater próbuje jeszcze bezskutecznie pocieszać ukochaną, ale ta odtrąca jego, fałszywe jej zdaniem, usprawiedliwienia. Kiedy kochanek ją opuszcza, umiera.
"Dydona i Eneasz" H. Purcella, od lewej: Charlotte Bowden – Belinda (sopran), Mauro Borgioni – Eneasz (baryton), Arianna Vendittelli – Dydona (sopran), fot. Sławek Przerwa
Opera uchodzi za arcydzieło. Piotr Kamiński twierdzi, że "w niespełna 50 minut, wszystko, co teatr powiedzieć może o miłości, rozstaniu, przeznaczeniu oraz wzajemnych uwikłaniach kobiety i mężczyzny" zostało zaprezentowane, a libretto jest błyskotliwe, zwarte i pełne błyskawicznych zwrotów akcji. Ja jednak nawykłam do słuchania i oglądania rozbudowanych oper Georga Friedricha Händla, gdzie skomplikowane uczucia bohaterów rozwijają się w pięknych i licznych ariach czy duetach. Lapidarność i skrótowość libretta Tate'a i jego muzyczny wyraz są dla mnie nie tyle pożywką dla wyobraźni, co jakąś galopadą wydarzeń i emocji.
Owe uproszczenia wynikają być może stąd, że opera została przez Purcella stworzona (prawdopodobnie) dla dziewcząt ze szkoły Josiasa Priesta w Londynie pod koniec 1689 roku, miała więc charakter wychowawczy. Jej przesłanie przestrzegające przed zbyt pochopnym uleganiem emocjom miało pouczyć młode kobiety, że koniec takiego postępowania ma zgubny charakter.
Podczas wrocławskiej prezentacji koncertowej wersji opery irytowała mnie nieustająco smutna i narzekająca Dydona, abstrahując od jakości wykonawstwa. Arianna Vendittelli (sopran) w roli Dydony była od początku do końca nieszczęśliwa albo krótko szczęśliwa i nie przekonała mnie do rozwoju swoich skomplikowanych uczuć. Grała rolę kobiety, która nie potrafi być szczęśliwa i która wobec tego MUSI umrzeć. Mauro Borgioni (baryton o pięknej barwie) w roli Eneasza był nieco bardziej przekonujący i nawet rozumiemy, dlaczego musiał opuścić tę kobietę. 😏 Najbardziej wyraziste były Czarownice: Delphine Galou (Czarownica, kontralt), Martina Licari (Pierwsza Wiedźma, sopran) i Benedetta Mazzucato (Druga Wiedźma, kontralt), ale czarne charaktery łatwiej jest zagrać. Całość (Chór Capella Cracoviensis, Accademia Bizantina) poprowadził znakomity Ottavio Dantone.
"Dydona i Eneasz", scena z Wiedźmami, fot. Sławek Przerwa
"Herr Jesu" – muzyczne kazania Johanna Sebastiana Bacha
Conradowska smuga cienia snuła się też przez kantaty kościelne Johanna Sebastiana Bacha, w których zagubiony i chory przez grzech pierworodny człowiek ma szansę na ozdrowienie jedynie Bożej łasce.
Kantaty tworzył Bach przez całe swoje pracowite życie, ale najwięcej powstało w Lipsku, gdzie pełnił funkcję kantora w Kościele św. Tomasza. Biograf J.S. Bacha, Albert Schweitzer napisał:
W porównaniu z kantatami wszystko, co Bach poza tym stworzył, wydaje się niemal tylko dodatkiem.
W twórczości Johanna Sebastiana kantata była częścią liturgii, rodzajem muzycznego kazania, pouczenia. W liturgii protestanckiej bowiem najważniejsze jest słowo i kantata temu słowu służyła. Bach był człowiekiem głębokiej wiary – przez całe życie czytał i studiował Biblię oraz dzieła teologiczne, przede wszystkim Lutra. Teksty swoich utworów opatrywał często takimi aktami strzelistymi, jak: S D G („Soli Deo Gloria” – „Bogu Jedynemu Chwała”) czy J J („Jesu juva” – „Jezu, wspomóż”).
Koncert "Herr Jesu", fot. Łukasz Rajchert
Interpretacja kantat wcale nie należy do najłatwiejszych. Próbowali się z nią zmierzyć tacy mistrzowie muzyki dawnej, jak Nikolaus Harnoncourt, Philippe Herreweghe czy sir John Eliot Gardiner. Ten ostatni nagrał w kościołach całą serię tzw. kantat pielgrzymkowych, co było wyzwaniem nie lada. Każdy z nich poszukiwał własnego klucza interpretacyjnego. Z kantatami Johanna Sebastiana Bacha próbuje się również mierzyć Andrzej Kosendiak, dyrektor Wratislavii oraz zespołu Wrocław Baroque Ensemble, który od lat utrwala na płytach muzykę dawną. Jest to wyzwanie dla każdego artysty zajmującego się tą dziedziną, w której niepodzielnie króluje Bach. Projekt nagrania pięciu płyt z kantatami lipskiego Kantora powstał w ubiegłym roku i nabrał realnych kształtów, kiedy padła propozycja z wytwórni Alpha Classics. Niedawno ukazała się pierwsza płyta z tej serii: „Komm! Bach Cantatas with Recorder", nagrana z udziałem Giovanniego Antoniniego, grającego na flecie podłużnym, oraz zaproszonymi gości, m. in. z Krystianem Adamem Krzeszowiakiem.
Tym razem, w nowym składzie, zaprezentowano kantaty: BWV 18 (wersja lipska) Gleichwie der Regen und Schnee vom Himmel fällt, BWV 25 Es ist nichts Gesundes an meinem Leibe oraz BWV 96Herr Christ, der einge Gottessohn.
Nie sposób napisać o wszystkich trzech, ale warto przyjrzeć się wybranej, ponieważ podobną strukturę mają pozostałe: po lekturze Ewangelii nawiązują do czytań biblijnych, a także do pieśni ewangelickiej (chorału), będącej rodzajem komentarza do czytań. Są zatem rodzajem muzycznej homilii.
Dennis Orellana (sopran)
Nie ma ani cząstki zdrowej na moim ciele w obliczu rozgniewania Twego, nie ma odpoczynku moim kościom w obliczu mego grzechu – wypowiada swą skargę człowiek w kantacie 18 (tłum. Andrzeja Teske). Tekst kantaty, nawiązując do przypowieści o siewcy, rozważa działanie słowa Bożego w świecie. Recytatyw (tenor) nawiązuje do cytatu biblijnego, a następująca po nim aria powierzona głosowi basowemu (jako głosowi Chrystusa) stanowi rodzaj komentarza. Aria ta ma w sobie wiele żarliwości i ciepła, wskazuje drogę, daje pociechę. Aby odróżnić kolejny recytatyw od poprzedniego, Bach wprowadza wiole i flety. Po drugim recytatywie następuje aria sopranu, który symbolizuje w muzyce Bacha niewinną duszę:
Otwórz na me marne pieśni
Swojej łaski ucho, Panie!
A gdy kiedyś będę w górze
Śpiewał w Twym anielskim chórze,
Lepiej zabrzmi me śpiewanie.
Andrzej Kosendiak powrócił do praktyki wykonawczej J. S. Bacha i (podobnie jak Harnoncourt), powierzając partie sopranowe chłopcom. Wybranych członków Chóru Chłopięcego NFM wspomagał Dennis Orellana dysponujący pięknym, czystym sopranem. I to był znakomity pomysł! Młody śpiewak wystąpił także w pozostałych kantatach, a w BWV 95 podbił serca słuchaczy w duecie z fletem. Ważną rolę odegrały partie fletu we wszystkich trzech kantatach, a szczególnie grająca na flecie podłużnym i traverso Michaela Koudelková, która nas zachwyciła, szczególnie w duecie z Dennisem Orellaną. Wszyscy zresztą grali i śpiewali wspaniale. Był to, obok "Koronacji weneckiej" prawdziwie wyjątkowy koncert. Pozostaje mieć nadzieję, że usłyszymy go jeszcze na płycie.
Giovanni Antonini i Michaela Kudelkova, fot. Ł. Rajchert
Tegoroczna Wratislavia okazała się bogata i różnorodna. Dostarczyła licznym słuchaczom wspaniałych wrażeń zarówno estetycznych, jak też duchowych i intelektualnych. To wielka dla mnie radość i jestem wdzięczna, że stały się moim udziałem.
KOMM // reportaż
Pierwsza płyta z planowanej serii obejmującej kantaty Johanna Sebastiana Bacha z partią fletu podłużnego, zarejestrowana pod dyrekcją Andrzeja Kosendiaka wraz z Giovannim Antoninim, NFM Chórem Chłopięcym i Wrocław Baroque Ensemble i wydana pod szyldem renomowanej wytwórni Alpha Classics.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz