Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Dan Teodorovici, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Dan Teodorovici, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 października 2017

Lucian Dan Teodorovici: "Matei Brunul". Z życia marionetek /recenzja/

Wyróżniona Nagrodą Angelusa powieść Luciana Dan Teodorovici opowiada historię komunistycznych zbrodni, posługując się wieloznaczną metaforą teatru marionetek. Tak jeszcze chyba nikt tego nie opowiedział...

Lucian Dan Teodorovici, Matei Brunul, Wydawnictwo Amaltea

Bohaterem opowiedzianej przez rumuńskiego pisarza historii jest lalkarz – Bruno Matei, który dostaje się w tryby komunistycznego terroru. Powieść jest ukazaniem losów pojedynczego człowieka, ale zarazem – jak twierdzi w przedmowie autor – "jest sumą losów wielu ludzi, którzy musieli się zmierzyć z rumuńskim systemem więziennym". Aby jednak podkreślić, że łączy historię z fikcją, Teodorovici odnosi się do prawdziwych wydarzeń, wplatając do swojej prozy także postaci historyczne. Wydarzenia historyczne stają się rodzajem tła dla wydarzeń fikcyjnych. Pisarza bowiem interesuje przede wszystkim pojedynczy człowiek i to, co się z nim dzieje pod wpływem straszliwej opresji, której zostaje poddany.

Bruno - Pinokio à rebours


Historia Brunula (rumuński odpowiednik włoskiego imienia Bruno) odsłania się przed nami stopniowo – w retrospekcjach. W czasie teraźniejszym jest on 38-letnim lalkarzem, trochę zdziwaczałym samotnikiem, który nie rozstaje się z marionetką nazywaną Bazylkiem. Cierpi na osobliwy zanik pamięci, który polega na "wymazaniu" z życia ostatnich dwudziestu lat. Właśnie owe lata odsłaniają się przed nami nieśpiesznie w kolejnych retrospekcjach i pozwalają zrozumieć myśli i zachowania Bruna.

Bohater snuje rozważania o duszy marionetki, z którą się nie rozstaje, a myśli te są bardzo osobliwe. Uważa mianowicie, że każda marionetka ma duszę, będącą jej punktem ciężkości, którego poznanie gwarantuje całkowite panowanie nad nią:

Życie marionetki jest w rękach marionetkarza – sądzi Bruno. Nigdy nie będziesz mógł poruszać lalką i sprawić, aby żyła tak jak chcesz, jeżeli nie nauczysz się kontrolować dogłębnie jej duszy.

Doskonale rozumiemy, że słowa te odnoszą się do człowieka, który został poddany systemowi opresji. To system pragnie nad nim całkowicie zapanować i czyni to latami, za pomocą różnych wyrafinowanych metod. W powieści Teodorovici człowiek ma stać się jak marionetka: niemy i bezwolny wobec oskarżeń, nawet najbardziej absurdalnych.

W 1950 roku Bruno zostaje oskarżony w procesie "odpryskowym". Ma wraz z innymi "wywrotowcami" zeznawać przeciwko swemu dobroczyńcy, byłemu ministrowi - Lucretiu Pătrăşcanu (postać historyczna). Poddany torturom, podobnie jak pozostali, przyznaje się do winy i zostaje skazany na kolonię karną. Próby zachowania człowieczeństwa wobec wyczerpującej pracy przymusowej, tortur, bicia i upokorzeń stają się coraz bardziej heroiczne. Bruno w jakimś sensie zastyga bez ruchu, aby tylko przetrwać, nie prowokować oprawców i nie dać im poznać, że zachował coś własnego, ludzkiego... Ciągle ma nadzieję, że warto czekać na prawdziwą wolność, która kiedyś przyjdzie. Tymczasem udaje, że "resocjalizacja" powiodła się, że stał się bezwolną marionetką, która zrobi wszystko, co jej się każe. Czy mu się to ostatecznie udało – tego nie zdradzę, aby nie odebrać czytelnikom przyjemności odkrywania tajemnic Bruna. Powieść trzyma bowiem w napięciu do końca i do końca pozostaje nieoczywista – jak ludzkie życie.

Metafora teatru marionetek


Najpiękniejsze w prozie Luciana dan Teodorovici są metafory nawiązujące do teatru marionetek, w tym traktat bohatera, napisany przez niego po wielu studiach i latach terminowania w zawodzie. Wywodząc istnienie teatru lalek z odległej starożytności, kiedy to przedstawienia lalkowe niosły ze sobą ważkie treści na temat ludzkiej egzystencji, daje do zrozumienia, że ani na jotę się nie zestarzały. To, co mówi o marionetce – te wszystkie myśli dotyczą jego samego i pozostają ważnym elementem narracji. Dzięki nim możemy zrozumieć, co się dzieje z człowiekiem i ze światem wokół niego, jeśli próbuje się go zniewolić i potraktować jak bezduszną kukłę. Podobnie jak w "Traktacie o manekinach" Bruno Schulza: człowiek staje się "przedmiotem niższej rangi". Dążeniem komunizmu było stworzenie "nowego człowieka", całkowicie poddanego władzy i pozbawionego ludzkich, normalnych uczuć. Słowem – marionetki. Bo marionetkami zarządza się łatwo.

Książka Luciana Dan Teodorovici "Matei Brunul" ukazała się w Wydawnictwie Amaltea.
Recenzja została pierwotnie opublikowana na portalu Kulturaonline.

Wywiad z pisarzem przeczytać można TUTAJ.

środa, 28 lutego 2024

Lucian Dan Teodorovici: Warto podjąć trud pisania /wywiad/

Rozmawiam z  autorem nagrodzonej  Angelusem powieści "Matei Brunul”. O inspiracjach, trudnych chwilach podczas pisania oraz czytelniczych uwagach z Facebooka :-) 

Lucian Dan  Teodorovici, fot. Cato Lein

Barbara Lekarczyk-Cisek: Muszę Panu wyznać na wstępie, że Pańska książka ”Matei Brunul” zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Przede wszystkim forma tej opowieści jest niezwykle interesująca. Porozmawiajmy więc o niej.

Lucian Dan Teodorovici: Dziękuję, że zaproponowała mi Pani rozmowę o literaturze, bo najczęściej zdarza się tak, że dla moich rozmówców książka jest tylko pretekstem do tego, aby rozmawiać o historii i polityce. 

Na początek proszę mi jednak wyjaśnić, dlaczego podjął Pan temat, który dotyka komunistycznej przeszłości Rumunii – czasów, kiedy Pana jeszcze nie było na świecie…

Trudno mi podać jedną przyczynę, ale z pewnością najbardziej zaważyło przeżycie z dzieciństwa. Otóż wychowywałem się u dziadków. Mój dziadek był wiernym i wytrwałym słuchaczem Radia Wolna Europa i Głosu Ameryki. Kiedy miałem może osiem lat, widziałem go płaczącego podczas słuchania audycji, co zrobiło na mnie wielkie wrażenie, szczególnie że dziadek nie był człowiekiem łatwo ulegającym emocjom. To był dla mnie pierwszy impuls: chciałem zrozumieć, dlaczego dziadek płacze. Tak więc ten temat rósł we mnie latami. Później sam wielokrotnie, czytając o sprawach związanych z tamtymi czasami, przeżywałem to bardzo emocjonalnie.

/do tłumaczki:/

Pani Radosławo, a co Panią skłoniło, aby tę książkę przybliżyć polskiemu czytelników?

Radosława Janowska-Lascăr: Kiedy pracowałam przed laty w Rumunii jako lektor języka polskiego, Lucian był studentem filologii rumuńskiej. Wprawdzie nie mieliśmy bezpośrednich kontaktów, ale już wówczas słyszałam o młodych zdolnych ludziach na filologii, a potem nawet czytałam jego opowiadania. W tym czasie jednak zajęta byłam tłumaczeniami z literatury polskiej na język rumuński. Dopiero w listopadzie 2012 roku, trochę przypadkiem, trafiłam na jego powieść "Matei Brunul”.

Byłam wtedy w Bukareszcie na wernisażu wystawy poświęconej Kazimierze Iłłakowiczównie, którą pomagałam przygotowywać. Przy okazji postanowiłam pójść na cmentarz, aby odwiedzić grób mojej zmarłej przyjaciółki, Polki. Czekając na kolegę, z którym miałam pójść na cmentarz, weszłam do pobliskiej księgarni, aby pooglądać nowości wydawnicze. Tak trafiłam na dwie książki: "Matei Brunul” oraz  ”Medgidia miasto u kresu” Cristiana Teodorescu. Po przeczytaniu fragmentów pomyślałam jak Danusia z ”Krzyżaków”: "Mój ci on" i postanowiłam obie przełożyć. Szczególnie że historia, a zwłaszcza lata 50. należą do kręgu moich zainteresowań. Ciekawiło mnie, w jaki sposób obaj pisarze opowiadają o tamtych czasach.

No właśnie, bardzo interesujące jest zagadnienie formy powieści. Swietłana Aleksijewicz, tegoroczna noblistka, nazywa siebie kronikarką duszy. W Pana powieści podobne słowa padają w stosunku do lalki. Pana również interesuje przede wszystkim ludzka dusza w sytuacji opresji … Tytułowy bohater powieści ”Matei Brunul” jest lalkarzem, co pozwala użyć wieloznacznej metafory teatru marionetkowego. Skąd wziął się taki pomysł na opowiedzenie tej historii?

Taki zamysł, aby bohaterem był marionetkarz, miałem od początku, choć trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się stało. Inspiracje płyną z różnych źródeł i nie zawsze są racjonalne.  Tak się przy tym składa, że studiując reżyserię teatralną, miałem dużo zajęć z teatru lakowego. Dzięki temu zauważyłem, że podczas grania spektaklu aktor nie tylko animuje lalkę, ale też sam zmienia się pod jej wpływem. Zmienia się nie tylko jego fizjonomia, ale także sposób poruszania się.  Chciałem dokonać swego rodzaju transpozycji z duszy marionetki (o której bohater pisze w swoim traktacie) na duszę człowieka. Mój bohater traci duszę, ponieważ traci pamięć i to właśnie marionetka ”przywraca” mu życie.

 Dla mnie symbol marionetki ma w Pana powieści niejednoznaczne, a niekiedy sprzeczne znaczenia. Z jednej strony teatr marionetkowy, mając bardzo starą tradycję, służy bohaterowi do tego, aby opowiadając pewną uniwersalną historię, mógł zrozumieć otaczający go świat, a tym samym przeżyć doświadczenie kolonii karnej, co się na dłuższą metę nie udaje.  Z drugiej strony teatr marionetek jako dzieło ludzkiej wyobraźni pozwala zapomnieć o opresyjnej rzeczywistości, jak to ukazał Pan w najpiękniejszej scenie tej powieści, kiedy Bruno ożywia marionetkę i świat wokół przestaje istnieć. Czy zgodzi się Pan z taką interpretacją?

Pisarz zawsze marzy o tym, aby czytelnik odnalazł w jego książce te istotne myśli, które tam zawarł, toteż bardzo się cieszę, że Pani trafiła w sedno. Otóż w latach 50. ludzie nie byli już w stanie wyzwolić się z tego gorsetu, który im założono. Scena, w której Bruno animuje lalkę w obecności ”dobrego strażnika” jest kluczowa w powieści, ponieważ pokazuje, że bywają takie momenty, kiedy zrzucenie owego "gorsetu” mogło się – choć na krótką chwilę – wydarzyć.

W Pańskiej powieści teraźniejszy czas narracji przeplata się z czasem przeszłym, dzięki czemu poznajemy coraz lepiej sylwetkę głównego bohatera, ale mimo wszystko pozostaje pewna sfera tajemnicy, do której nie mamy dostępu. Brunul okazuje się być o wiele bardziej wolnym człowiekiem, niż sądzą inni bohaterowie, a także czytelnik…

Taki sposób narracji miał podkreślić, że początkowo, kiedy poznajemy bohatera, egzystuje on tak, jakby go nie było. Natomiast ten sam bohater w retrospekcjach jest człowiekiem bardzo aktywnym życiowo. Miałem taki zamysł, aby te dwie narracje w pewnym momencie się przecięły. Skutkiem tego im bardziej nasz bohater w teraźniejszości staje się żywotny, tym bardziej Bruno z przeszłości staje się martwy.

Gdy zbierałem dokumentację do tej powieści, bardzo istotne były dla mnie konsultacje z doktorem Bogdanem O. Popescu – jednym z najzagorzalszych pasjonatów neurologii w Rumunii. Na kształt narracji wpłynęła więc także wiedza na temat amnezji, będącej siłą spowalniającą człowieka, jak to jest w przypadku mojego bohatera.

Czy podczas pisania powieści były jakieś szczególnie trudne momenty?

Było wiele takich momentów, kiedy próbowałem połączyć ze sobą wątek teatru lakowego, rzeczywistość historyczną i teraźniejszość. Odkładałem wówczas pisanie, aby powrócić do niego po kilku tygodniach i podjąć opowieść.

Czy udało się już Panu uwolnić od swojego bohatera i pomyśleć o nowej historii?

W Rumunii wiele osób zadawało mi pytanie, czy mam zamiar kontynuować opowieść o Brunulu. Na Facebooku jeden z czytelników napisał do mnie, że powieść wprawdzie bardzo mu się podobała, ale nie wybaczy mi tego, że uśmierciłem swojego bohatera, co nie jest prawdą (śmiech).  Nie mam wprawdzie potrzeby kontynuować tej historii, ale to zainteresowanie czytelników dało mi do myślenia. Zresztą fakt, że mogę ciągle toczyć rozmowy o tej książce,  dowodzi, że mój bohater nadal żyje – w myślach i wyobraźni czytelników, mimo że ja się już od niego uwolniłem.

Prowadząc dokumentację do tej książki odkryłem też wiele materiałów na inne opowieści i jestem przekonany, że temat historii lat 50. w Rumunii będę kontynuował.

W ramach tegorocznego Angelusa otrzymał Pan Nagrodę Czytelników im. Natalii Gorbaniewskiej. Co dla Pana znaczy to wyróżnienie?

Moje książki były tłumaczone na inne języki, miałem też pragnienie, aby ukazał się także  polski przekład. A kiedy okazało się, że przekład będzie, tak się tym ucieszyłem, że zacząłem sobie wyobrażać, że coś się musi wydarzyć. I tak się stało! Nagroda Czytelników daje poczucie, że warto podjąć trud pisania oraz nadzieję, że znajdą się również amatorzy kolejnych moich książek.

 Dziękuję za rozmowę.


Lucian Dan Teodorovici urodził się 17 czerwca 1975 roku. Jest rumuńskim pisarzem, reżyserem teatralnym, scenarzystą filmowym i telewizyjnym, a także redaktorem serii „Ego. Proza” – współczesnej literatury rumuńskiej w wydawnictwie Polirom. Napisał siedem scenariuszy filmowych i był współscenarzystą dobrze przyjętego w Rumunii serialu TV (Animal Planet Show, 2005-2008). Wyreżyserował kilka sztuk teatralnych. Teodorovici jest autorem powieści: Cu puţin timp înaintea coborîrii extratereştrilor printre noi (Tuż przed przybyciem do nas istot pozaziemskich; 1999, 2005), Circul nostru vă prezintă (Nasz cyrk przedstawia państwu; 2002, 2007), Celelalte poveşti de dragoste (Pozostałe historie miłosne; 2009), zbiorów opowiadań: Lumea văzută printr-o gaură de mărimea unei ţigări marijuana (Świat widziany przez dziurkę wielkości skręta; 2000), Atunci i-am ars două palme (Wtedy strzeliłem mu dwa razy w twarz; 2004), a także sztuki teatralnej Unu + unu (+ unu…) (Jeden + jeden (+ jeden…); 2014). Jego książki wydano w USA, we Francji, w Wielkiej Brytanii, Niemczech, we Włoszech, na Węgrzech, w Hiszpanii, w Egipcie, Macedonii, Bułgarii.

Powieść Matei Brunul, opublikowana w 2011 roku, zdobyła najważniejsze nagrody krajowe i uznana została za „Książkę Roku”. (informacja ze strony Wydawnictwa Amaltea)

Wywiad ukazał się pierwotnie 27 października 2015 r. na portalu Kulturaonline.pl

czwartek, 14 września 2017

Dan Lungu: "O dziewczynce, która bawiła się w Boga" /recenzja książki/

Tytuł powieści „O dziewczynce, która bawiła się w Boga” brzmi jak przypowieść albo baśń.  Dan Lungu opisuje jednak w taki paraboliczny sposób historię najnowszą, oddając niejako głos swoim bohaterom i stając się – jakby powiedziała Swietłana Aleksijewicz – kronikarzem ich dusz.

Okładka powieści, Wydawnictwo Amaltea


Renesans rumuńskiej kultury

Nie sądziłam, doprawdy, że kolejna powieść rumuńskiego pisarza (po Lucianie Dan Teodorovici i Cristianie Teodorescu) okaże się fascynująca do tego stopnia, że poświęcę noce, nie mogąc się od niej oderwać. Uwielbiam ten rodzaj uwiedzenia, znany mi jeszcze z dzieciństwa, ale zdarzający się, niestety, coraz rzadziej. To stan, w którym lektura książki tak dalece człowieka pochłania, że czas przestaje płynąć, a świat zewnętrzny istnieć… Tym razem sprawiła to powieść Dana Lungu, choć zupełnie się tego nie spodziewałam. Jakże szczęśliwie się myliłam!

Muszę także wyznać, że to już trzecia pozycja rumuńskiej literatury współczesnej, po „Matei Brunulu” Luciana Dan Teodorovici oraz „Medgidii” Christiana Teodorescu, która zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie. Zaczynam więc podejrzewać, że stałam się admiratorką tej – słabo mi dotąd znanej – kultury. Trzeba bowiem dodać do tego obejrzany niedawno film „Sieranevada” Cristi Puiu czy wcześniej – filmy Cristiana Mungiu. Cóż za potencjał! Dopiero teraz przestała mi się kojarzyć wyłącznie z nazwiskami emigrantów: Tristanem Tzarą, Eugen Ionesco, Emilem Cioranem czy Mircea Eliade.

Wracając jednakże do literatury, trzeba podkreślić, że zarówno Teodorovici, jak Teodorescu czy nagrodzony ostatnio Angelusem Varujan Vosganian (z pochodzenia Ormianin) to zupełnie odrębne światy, zarówno w sferze tematyki, jak i formy. Teodorovici rozlicza się z komunizmem, używając do tego metafory teatru lalek, Teodorescu opowiada o wielkiej historii posługując się metaforą małego miasteczka i jego mieszkańców oraz wplatając w tę opowieść osobisty wątek. Voscanian natomiast pisze epopeję o zagładzie Ormian, używając języka pełnego obrazów i metafor, trochę tak, jak Orhan Pamuk. A jaka jest proza Dana Lungu?

Dan Lungu – kronikarz ludzkich dusz


Otóż Dan Lungu, znany w Polsce z powieści Jestem komunistyczną babą!, opisuje historię najnowszą, w której głównym tematem jest emigracja zarobkowa, a czyni to oddając głos swoim bohaterom i stając się – jakby powiedziała Swietłana Aleksijewicz – kronikarzem ich dusz.
Autor „Dziewczynki, która bawiła się w Boga” jest z zawodu socjologiem, co sprawia, że pisze kompetentnie o tym, co stało się w Rumunii po transformacji, ale jednocześnie – dzięki swojej wrażliwości i talentowi literackiemu – tworzy wiarygodne i interesujące ludzkie portrety, w tym portrety dzieci.
Co czuje dziecko, kiedy zostaje pozbawione rodzicielskiej opieki? Jak przeżywają rozstania dorośli? Otóż wszyscy, bez wyjątku, ponoszą głęboki uszczerbek, którego nigdy nie da się wyleczyć, bo nie można „odrobić” tego, co się utraciło.

Z punktu widzenia dziecka


Tytułowa dziewczynka ma na imię Dobrusia i jest wychowywana przez dziadków, ponieważ matka wyjechała zarobkować do Włoch, a ojciec wraz ze starszą córką wyprowadził się od teściów i zupełnie się nią nie interesuje. Dziewczynka żyje w świecie wyobraźni, bo tylko dzięki temu ma poczucie, że panuje nad sytuacją i własnym życiem. Lungu bez trudu wchodzi w dziecięcy świat swojej bohaterki. I nie tylko jej.
Jego narracja jest nieśpieszna – doskonale wie, że to, co najważniejsze, dzieje się wewnątrz człowieka i że wszelkie działania są tego pochodną. Toteż wraz z nim wchodzimy w świat dziewczynki, która nie tylko wyobraża sobie, że ma wpływ na życie otaczających ją ludzi, ale przede wszystkim możemy odczuć na nowo ten rodzaj wrażliwości i wyobraźni, który jest dla dziecka charakterystyczny, a który większość z nas na ogół traci bezpowrotnie. A wygląda to na przykład tak, że wracając ze szkoły, Dobrusia wyobraża sobie, jakby to było, gdyby wydobywający się z komina domu dziadków dym nie tylko tworzył zawijasy w kształcie litery „S”, ale również całe zdania w rodzaju:

„Uwaga, Babunia jest w złym humorze” albo „Witamy cię w domu, Dobrusiu”.

A kiedy matka oznajmia jej, że musi wyjechać, Lungu pisze, że „Dusza uwierała ją jak duża i ciepła kulka, a łzy szczypały w policzki”. Dzieci pozostawionych przez jedno albo oboje  rodziców jest zresztą wiele. Skala zjawiska jest tak duża, że dzieci zamiast indywidualnych imion, noszą nazwy państw, do których wyemigrowali ich bliscy. Nazywają się więc Włochami czy Hiszpanami, a zamiast miłości otrzymują paczki. Charakterystyczne zabawy najdobitniej mówią o ich stanie ducha.
Mały Marek, znajomy Dobrusi, ciągle chce bawić się w dom i wyznacza jej rolę matki. Młodszy od niej, żyje jeszcze bardziej zanurzony w swoim świecie. Opowiada bez przerwy różne historie tak wspaniale i mają one tzw. drugie dno, że aby je zrozumieć, trzeba przytoczyć choćby mały fragment:

Kiedy dajesz kwiatom wodę, musisz się uśmiechać, bo inaczej siedzą obrażone cały dzień i łysieją. (…) Ten kwiat jest dziadkiem pozostałych kwiatów i wszystkie go słuchają. Płaczące dzieci nie rosną i całe życie chodzą z gilami zwisającymi z nosa. On nie płacze, jest odważny jak tato, który walczy z bakteriami w dżungli.

Niekiedy pisarz rezygnuje z mowy pozornie zależnej, przytaczając dosłownie sposób mówienia dziecka, gdy zwierza się ono ze swoich lęków:
Ty umalnęłaś, ale u mnie było gozej… W nocy psysedł do mnie do pokoju wielki Kocul i zjadł mi wszystkie samochodziki.

Ta opowieść chłopca jest bardzo długa i pozornie nie wnosi niczego do głównego wątku, a jednak pisarz w jakimś sensie daje dziecku przestrzeń, aby wreszcie mogło opowiedzieć o swoich lękach, problemach i marzeniach. Jakby on jeden rozumiał, jakie to ważne, nikt bowiem z otoczenia chłopca tego nie słucha… Nawet Dobrusia – choć to pokrewna dusza – zasypia, przytłoczona własnymi zmartwieniami.

Z punktu widzenia dorosłego

Ale nie tylko dzieci próbują sobie wyjaśniać świat. Robią to także dorośli. Oczywiście, nie wszyscy i nie w taki sam sposób. Pozostawiony przez żonę wujek Miron, obsesyjnie opowiada Dobrusi o zwierzęcych i owadzich matkach, czułych i opiekuńczych, nie rozstających się ze swymi dziećmi nawet na chwilę, gotowych za nie umrzeć. Z jego opowiadań wynika, że coś niedobrego dzieje się w świecie ludzi, którzy zachowują się tak, jakby zatracili ów wrodzony instynkt.

Lungu próbuje także wejść w świat tych, którzy wyjechali – zrozumieć, co czują i co przeżywają. Pierwszoplanową postacią jest Letycja – matka Dobrusi, ale pojawiają się też w związku z nią inne postaci, których losy dopełniają obraz złożonego zjawiska zwanego emigracją zarobkową. Jest w tych opowieściach nie tylko to, o czym na ogół wiemy: upokorzenia, ciężka praca, coraz bardziej słabnący kontakt z bliskimi, życie skromne i często w zawieszeniu. Jest także to, co u tego wrażliwego pisarza najistotniejsze: współczująca obserwacja tego, co dzieje się z człowiekiem pod wpływem takiego doświadczenia.

Letycja trafiła stosunkowo dobrze: opiekuje się starszą panią, która traktuje ją z sympatią i szacunkiem. Jej krewni są już inni, ale mimo wszystko kulturalni i przyzwoici. Nie zmienia to jednak faktu, że kobieta doświadcza licznych rozterek i czuje się upokorzona. Począwszy od tego, że jako Rumunka jest postrzegana przez cudzoziemców jako gorszy gatunek człowieka, a jej chlebodawczyni pyta ją nawet o to, czy umie czytać, bo sądzi, że jest analfabetką, a skończywszy na rozważaniach, czy to wszystko ma sens. Nawet wówczas, kiedy okazuje się, że włada nieźle francuskim, jest wykształcona i szybko nauczy się włoskiego, jej poczucie „gorszości” pozostanie, a tęsknota i przeczucie, że dzieje się coś nieodwracalnego, nie przestaną jej dręczyć. Fakt, że otrzymuje pensję będącą równowartością swoich półrocznych zarobków w Rumunii, przywodzi ją najpierw o zawrót głowy, a potem pojawiają się smutne refleksje o zmarnowanych w biedzie latach, braku perspektyw.

Ta koperta – czytamy – uświadomiła jej w jednej chwili, że prowadziła życie niewolnika, larwy, wołu w jarzmie. Płakała nad zapomnianą radością, nad straconym życiem, nad brakiem perspektyw zduszonych przez biedę. (…) Płakała, bo wydało jej się niesprawiedliwe, że jedni rodzą się w Rumunii, a inni we Włoszech, Hiszpanii czy Ameryce.

Wprawdzie zarobione przez nią pieniądze pozwolą na spłacenie długu mieszkaniowego, a rodzicom – na remont starego domu, ale ona sama żyje niezwykle skromnie, wysyłając każdy zarobiony grosz do kraju. Przeżywa tęsknotę, samotność i ma poczucie, że to czas stracony, jeśli chodzi o relacje z bliskimi. Oddalają się od siebie w sposób nieuchronny i nieodwracalny. Wszystko zmierza ku katastrofie. Nie tylko w jej rodzinie, także w innych.

Dan Lungu nie daje żadnej nadziei, choć bardzo byśmy tego pragnęli. A przede wszystkim pragnęliby tego jego bohaterowie. Tytuł powieści „O dziewczynce, która bawiła się w Boga” brzmi jak przypowieść.  I w jakimś sensie nią jest, a jej przesłanie jest mądre i jednoznaczne: emigracja zarobkowa jest złem, a pieniądze okupione ciężką pracą, samotnością i osobistym nieszczęściem, nie dają szczęścia również tym, którzy nimi dysponują..

Świat zaklęty w języku

Chciałabym także zwrócić uwagę na walory artystyczne samej powieści i jej tłumaczenia. Otóż przedstawione postaci – a jest ich niemało, zarówno dzieci jak i dorosłych – to nie tylko osobne, fascynujące światy, ale także różne narracje – zindywidualizowane i jakże prawdziwe. To poprzez język postaci przebija ich duchowość, ich świat wewnętrzny i dzięki temu poruszone zostają w czytelniku najgłębsze struny jego wyobraźni i współczucia. 

Wypada tylko ubolewać, że taki „kronikarz duszy” nie objawił się w polskiej literaturze współczesnej. Próby w rodzaju „My zdies` emigranty” Manueli Gretkowskiej to jednak nie ten kaliber.

Na koniec pragnę skierować wyrazy uznania do tłumaczki – Radosławy Janowskiej-Laskar, której talentowi translatorskiemu zawdzięczamy kolejne literackie odkrycie. A język tej powieści był z pewnością dużym wyzwaniem. 

Powieść Dana Lungu: „O dziewczynce, która bawiła się w Boga” ukazała się w Wydawnictwie Amaltea, w przekładzie Radosławy Janowskiej-Lascar.



Wywiad z pisarzem znajdziecie TUTAJ.



Dan Lungu (ur. 5 września 1969, Botoszany, Rumunia) – rumuński pisarz i dziennikarz. Ukończył studia filozoficzne, ma również doktorat z socjologii. Pracuje jako wykładowca socjologii na Uniwersytecie w Jassach (Rumunia) i redaktor paryskiego magazynu „Au Sud de l’Est”. W latach 2001–2002 był redaktorem naczelnym pisma kulturalnego „Timpul” („Czas”). Opublikował zbiory opowiadań i wierszy, jest także autorem sztuk teatralnych, powieści oraz prac z zakresu socjologii. Na podstawie powieści Jestem komunistyczną babą! powstaje film w reżyserii Stere Gulei.

środa, 19 czerwca 2019

Miesiąc Spotkań Autorskich we Wrocławiu. Gość honorowy: Rumunia

Od 3 lipca do 2 sierpnia 2019 roku portwa 20. edycja Miesiąca Spotkań Autorskich. Festiwal literacki odbywa się równolegle w pięciu miastach: we Wrocławiu, Brnie, Ostrawie, Koszycach i Lwowie. W tym roku gościem honorowym jest Rumunia.



W okresie od 3 lipca do 4 sierpnia 2019 r. w każdym z tych miejsc zostaną zorganizowane 62 spotkania z pisarzami i pisarkami pochodzącymi z Polski, Czech, Słowacji i Ukrainy (tzw. linia środkowoeuropejska), a także z autorami z kraju będącego gościem honorowym festiwalu – tym razem jest to Rumunia. Wszystkie spotkania odbywają się w Mediatece, Pl. Teatralny 5.
Szczegółowy program znajdziecie TUTAJ.

Szczególnie polecam nast. pisarzy :-)



Varujan Vosganian, nagrodzony Angelusem 2016 autor "Księgi szeptów": 19. 07. piątek – 20:30

Varujan Vosganian, fot. MSA



Lucian Dan Teodorovici, Nagroda im. Natalii Gorbaniewskiej za powieść "Matei Brunul: 22. 07. poniedziałek – 20:30 

Lucian Dan Teodorovici, fot. MSA


Dan Lungu, autor powieści "O dziewczynce, która bawiła się w Boga": 25. 07. czwartek – 20:30

Dan Lungu, fot. MSA

informacja prasowa

środa, 22 października 2025

Premiera spektaklu "MATEI BRUNUL" w reżyserii Jerzego Bielunasa i Anety Głuch-Klucznik we wrocławskim Teatrze Lalek /zapowiedź spektaklu/

8 listopada na scenie kameralnej Wrocławskiego Teatru Lalek odbędzie się premiera spektaklu MATEI BRUNUL w reżyserii Jerzego Bielunasa oraz Anety Głuch-Klucznik. Spektakl jest sceniczną adaptacją powieści rumuńskiego pisarza Luciana Dana Teodorovici pt. „Matei Brunul”. Książce przyznano w Rumunii najważniejsze nagrody i uznano za „Książkę Roku”.

Sceniczna adaptacja książki „Matei Brunul” (2011) rumuńskiego pisarza Luciana Dana Teodorovicia. Powieści przyznano w Rumunii wszelkie najważniejsze nagrody i uznano ją za „Książkę Roku”. Została przetłumaczona m.in. na język angielski, francuski, niemiecki, węgierski i polski. Ukazała się w Stanach Zjednoczonych oraz w wielu krajach Europy, wszędzie spotykając się z uznaniem. W 2015 roku utwór został nominowany do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus i otrzymał Nagrodę Czytelników im. Natalii Gorbaniewskiej.

Akcja powieści rozgrywa się w Rumunii w czasach reżimu stalinowskiego. To dramatyczne studium niszczenia człowieka przez system totalitarny. 

Tytułowy bohater – rumuński marionetkarz włoskiego pochodzenia – zostaje niesłusznie oskarżony i trafia do stalinowskiego obozu pracy. Więziony w nieludzkich warunkach, poddawany torturom, traci pamięć. Po wyjściu na wolność, wciąż cierpiąc na amnezję, Brunul zaczyna pracować w Państwowym Teatrze Lalek. Świadkiem jego rozpaczy i samotności, słuchaczem i powiernikiem staje się marionetka o imieniu Bazylek. Brunul, nieświadomy paradoksalnych analogii między brutalną rzeczywistością a światem sztuki, zgłębia tajniki technik lalkarskich, ucząc się na pamięć fragmentów instrukcji:

 „Życie marionetki jest w rękach marionetkarza. Nigdy nie będziesz mógł poruszać lalką i sprawić, aby żyła tak, jak chcesz, jeżeli nie nauczysz się kontrolować dogłębnie jej duszy, niezależnie od miejsca, w którym się ona znajduje”*.

Po wyjściu z obozu Brunul jest tylko pozornie wolny. System nie opuszcza swej ofiary. Każda chwila życia lalkarza jest nadal nadzorowana. Staje się on dla reżimu poletkiem doświadczalnym. Agenci służb bezpieczeństwa poddają go „obróbce”, próbując uformować z niego nowego człowieka, który ma tworzyć „ziemski raj dla dobra ogółu”. Dzieło Luciana Dana Teodorovicia kreśli przerażającą wizję ubezwłasnowolnionego społeczeństwa, która jest niepokojąco aktualna.

Spektakl „Matei Brunul” jest poświęcony pamięci zmarłego przed rokiem profesora Wiesława Hejny – wieloletniego dyrektora Wrocławskiego Teatru Lalek, twórcy słynnej Małej Sceny dla Dorosłych, reżysera przełomowych przedstawień polskiego teatru lalek, w tym tzw. „tryptyku władzy” – trzech przedstawień Wrocławskiego Teatru Lalek, zrealizowanych na podstawie: „Procesu” Franza Kafki (1985), „Gyubala Wahazara” Witkacego (1987) oraz „Fausta” Johanna Wolfganga Goethego (1989). Wszystkie trzy spektakle podejmowały temat wpływu władzy na jednostkę.

*Lucian Dan Teodorovici, „Matei Brunul”, Wydawnictwo Amaltea, Oficyna Wydawnicza ATUT, Wrocław 2014, s. 18.
MATEI BRUNUL | premiera 8.11.2025 
Premiera spektaklu Jerzego Bielunasa i Anety Głuch-Klucznik na podstawie powieści Luciana Dana Teodorovicia 


Adaptacja powieści: Jerzy Bielunas 
Reżyseria: Jerzy Bielunas, Aneta Głuch-Klucznik
Reżyseria światła: Alicja Pietrucka
Scenografia: Mirosław Chudy
Kostiumy: Monika Luścińska, Elżbieta Terlikowska-Misiak
Marionetka: Maciej Luściński
Produkcja: Monika Luścińska, Wiktoria Palczewska
Występują: Sambor Dudziński (gościnnie), Aneta Głuch-Klucznik, Krzysztof Grębski, Sławomir Przepiórka, Piotr Starczak, Tomasz  Szczygielski (gościnnie), Marek Tatko
Spektakl na podstawie powieści Luciana Dana Teodorovicia pt. „Matei Brunul” w przekładzie Radosławy Janowskiej-Lascar (Wydawnictwo Amaltea, Oficyna Wydawnicza ATUT, Wrocław 2014).
Producent: Instytut im. Jerzego Grotowskiego
Partner: Wrocławski Teatr Lalek


8.11.2025, 19:00 - PREMIERA
9.11.2025, 18:00

Wrocławski Teatr Lalek (pl. Teatralny 4)

Czas trwania: 75 min
Bilety: 40/50 PLN, dostępne na stronie: https://bilety.teatrlalek.wroclaw.pl/
 
informacja prasowa

środa, 6 grudnia 2017

4. Bruno Schulz Festiwal: Od Schulza do Wojaczka

18 października 2015 roku - Galą Angelusa - zakończył się tegoroczny, czwarty już Bruno Schulz. Festiwal. Poświęcony postaci i twórczości Rafała Wojaczka, dotykał różnych sfer pisarstwa, nie tylko autora "Którego nie było". Spotkania z pisarzami, dyskusje o literaturze, koncerty, projekcje filmowe - znacznie wzbogacały program.

Krzysztof Siwczyk i Lech Majewski, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Umierając w wieku dwudziestu sześciu lat, Rafał Wojaczek dołączył do legend XX wieku: Jimi Hendrixa, Janis Joplin, Jima Morrisona, Jean-Michela Basquiata czy Jamesa Deana. W tym roku skończyłby siedemdziesiąt lat, ale trudno go sobie wyobrazić jako statecznego starszego pana. Jemu też poświęcono tegoroczną konferencję naukową - "Wojaczka przeczytanego”, by podjąć próbę odczytania tej twórczości na nowo i sprawdzenia, co z niej pozostało istotnego, poza legendą samego twórcy. Nawiasem, Wojaczek uśmiałby się zapewne, gdyby usłyszał, że poświęcono mu poważne rozważania naukowe... Żyje przede wszystkim jako legenda i tak już zapewne pozostanie.

Dla mnie największym atutem festiwalu były spotkania z twórcami - i to wybitnymi, jako że powiązano go z Nagrodą Angelusa. Na początku gościła we Wrocławiu Agata Tuszyńska, która napisała książkę dla Festiwalu Bruno Schulza szczególnie znaczącą, a mianowicie "Narzeczoną Schulza". Jej rozmowa ze Stanisławem Beresiem toczyła się nie tylko wokół tej biografii, ale także biografistyki jako takiej. 

Wojaczek wykreowany - film Lecha Majewskiego
 
Kadr z filmu Wojaczek w reż. Lecha Majewskiego
Rozważania na temat biografii powróciły również po seansie filmu Lecha Majewskiego "Wojaczek".
Prowadzący spotkanie Jacek Ziemek zaryzykował wręcz stwierdzenie, że nie jest to film biograficzny, lecz refleksyjna medytacja na kanwie pewnej biografii. Niezupełnie zgodził się z takim stanowiskiem reżyser filmu, który stwierdził, że jego film jest biografią - w znaczeniu mitu, legendy, którą pozostawił po sobie poeta. 
Większość moich filmów to filmy o artystach - dowodził Lech Majewski podczas spotkania w kinie. To spotkania z ludźmi, którzy wykreowali coś, co mnie poruszyło. Wykorzystuję kino do swego rodzaju seansu spirytystycznego, aby przywołać czyjąś postać. Kino jest uruchomieniem pewnych spectrów, które za pomocą światła i cienia działają na naszą podświadomość. Podobnie jak legenda czy mit. "Wojaczka" zrobiłem dlatego, że bardzo przeżyłem jego poezję i do dziś uważam, że był wielkim poetą, o niesamowicie dynamicznej, barokowej frazie. Jego wiersze są jak pociski pełne wyobraźni i bólu, które rozsadzają czytelnika od wewnątrz. Biografię Wojaczka sprowadziłem do kilku rudymentarnych tematów: samotność, poezja, literaci, kochanka, matka, dom rodzinny, szpital, cmentarz, śmierć. Podstawowym celem było dla mnie wygenerowanie ekwiwalentu poezji w formie graficznej. 
Film jest w przeważającej mierze zbudowany na prozie "Sanatoryjnej" i w większej części jest kreacją - uzupełnił tę wypowiedź reżysera odtwórca roli tytułowej - poeta Krzysztof Siwczyk. Bo człowiek tak młody jak Wojaczek nie zdążył mieć gęstej biografii.


Spotkania z pisarzami i anegdoty


Kazimierz Orlos ,  fot. B. Lekarczyk-Cisek
Bardzo interesujące było także spotkanie z pisarzem Kazimierzem Orłosiem (poprowadził je Mieczysław Orski - red. naczelny "Odry"), podczas którego autor "Cudownej meliny" nie tylko czytał fragmenty swoich książek, ale także mówił o związku między pisarstwem a wydarzeniami z własnej biografii. Opowiadania, których akcja rozgrywa się na Mazurach, są tego najlepszym przykładem. Autor przywołał m.in. "Pięć małych jeży" i "Zimorodka". Odczytał także fragmenty swojej najnowszej prozy - biograficznej w ścisłym tego słowa znaczeniu, dotyczy ona bowiem dziejów matki oraz ojca i ich rodzin, a także wspomnień samego pisarza:
Miałem to szczęście, że moi rodzice pozostawili wspomnienia z okresu swojego dzieciństwa i młodości. Są tam także fragmenty moich wspomnień jako 7-, 8-letniego chłopca. 

W Salonie Angelusa natomiast mogliśmy spotkać się z pisarzami nominowanymi do tej nagrody oraz jej laureatami. Odbyło się zatem spotkanie z  Pavolem Rankovem - słowackim pisarzem, który w ubiegłym roku otrzymał Nagrodę Literacką Europy Środkowej "Angelus” za powieść "Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)",  w przekładzie Tomasza Grabińskiego. Otrzymał także przyznaną po raz pierwszy Nagrodę Czytelników im. Natalii Gorbaniewskiej.  Pisarz opowiedział o tym, jak to już cztery dni po odebraniu Nagrody otrzymał propozycję wydania książki na Ukrainie, a w kolejnym tygodniu podpisał umowę na włoski przekład. 
 
Lucian Dan Teodorovici, foto B. Lekarczyk-Cisek
Bardzo interesujące okazało się spotkanie z pisarzami nominowanymi do Nagrody Angelusa. Prowadzący je: Wojciech Bonowicz i Szymon Kloska zadawali uczestnikom rozmaite pytania, a ponadto pisarze mieli okazję przeczytać fragmenty swoich utworów. Najlepszym interpretatorem własnej twórczości okazał się, jak sądzę, Jacek Dehnel, który znakomicie zaprezentował swoją powieść o "Matce Makrynie".  

Pisarze byli także pytani, m.in. o to, jak są odbierani przez czytelników. Odpowiadali na ogół żartobliwie. 
Lucian De Teodorovici przytoczył anegdotę, jak to jeden z czytelników zapytał go na Facebooku, dlaczego "zamordował" głównego bohatera, co dowodziło, że niezbyt uważnie przeczytał powieść. Z kolei Jacek Dehnel przekonywał, że czytelnicy są bardzo różnorodni i stanowią osobne uniwersum. Na dowód tego, że czasami pisarze "mijają się" z czytelnikami, przytoczył również anegdotę, jak to jedna z jego czytelniczek, rozpoznawszy go, bardzo się rozpromieniła i oznajmiła, że ma dwie szczególnie ukochane książki, które trzyma zawsze w zasięgu ręki: "Traktat o łuskaniu fasoli" Wiesława Myśliwskiego i "Lalę" Dehnela. I kiedy nie może zasnąć, otwiera jedną z nich i po chwili natychmiast zasypia...
 
Olga Tokarczuk i Drago Jančar, foto B. Lekarczyk-Cisek
Olga Tokarczuk próbowała nawet usystematyzować czytelników i podzieliła ich na cztery kategorie: czytelnik-gąbka, który z pełną ufnością czyta książkę i po lekturze czuje się spełniony, czytelnik-maruda, któremu nigdy nic się nie podoba (przegadane opisy, słaba konstrukcja, kiepskie dialogi), czytelnik-besserwisser (który wie lepiej), a także czytelnik, który zadaje pytanie, czy to, co się napisało, jest prawdą. Autorce "Ksiąg Jakubowych" najbardziej podoba się, oczywiście, pierwszy rodzaj czytelnika. 

Drago Jančar zdradził, że marzy o mądrych i wrażliwych czytelnikach, którzy rozumieliby literaturę. Tymczasem wszyscy rozmówcy pytają go o politykę. Mój idealny czytelnik to kobieta, która płacze podczas lektury mojej książki - dodał. 

Pozostaje nam zatem mieć nadzieję, że czasami nie tylko rozumiemy, co autor chciał nam powiedzieć, ale także wzruszamy się sposobem, w jaki nam tę historię przekazał.

 Relacja ukazała się na portalu Kulturaonline w październiku 2015 roku.


piątek, 23 listopada 2018

Życie jako teatr. Daria Bojan o wystawie Alina Bozbiciu: „Mimesis” /wywiad/

Wystawa malarstwa Alina Bozbiciu Mimesis, Galeria Dworcowa, fot.
Barbara Lekarczyk-Cisek


Barbara Lekarczyk-Cisek: Jesteśmy na niezwykle interesującej wystawie młodego, ale już znanego w świecie rumuńskiego malarza, Alina Bozbiciu. Jakie okoliczności sprawiły, że możemy podziwiać jego niezwykle ekspresyjne płótna we Wrocławiu?

Daria Bojan, asystentka kuratora wystawy, wraz z Alinem Bozbiciu,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Daria Bojan: Moja mama, Maria Rus Bojan, została w ubiegłym roku zaproszona wraz z Mariuszem Hersmansdorferem  do współpracy przy organizacji wystawy Magdaleny Abakanowicz. Nie mogłam wtedy wprawdzie wziąć osobistego udziału w tym przedsięwzięciu, jednak ogromne wrażenie zrobiły na mnie zdjęcia tej niezwykłej przestrzeni. Zapragnęłam wykorzystać ją do ekspozycji obrazów, więc w tym roku wracamy do Wrocławia z kolejną wystawą, tym razem malarstwa. Mam nadzieję, że będzie to początek długotrwałej współpracy między Rumunią a Polską i że zorganizujemy jeszcze niejedną wystawę artystów rumuńskich, zaś w Rumunii – artystów polskich.

Można bez większej przesady powiedzieć, że ta wymiana już trwa, tyle że w dziedzinie literatury. Wrocławskie Wydawnictwo Amaltea wydało kilka znakomitych książek rumuńskich pisarzy: Cristiana Teodorescu, Dana Lungu i Luciana dan Teodorovici, z których ten ostatni otrzymał Nagrodę Angelusa. Oczywiście, znane i lubiane jest również kino rumuńskie, szczególnie filmy Christiana Mungiu. Najmniej chyba wiemy o młodych rumuńskich malarzach, proszę zatem, aby Pani  przybliżyła nam ich nieco.

Alin Bozbiciu wywodzi się z tzw. szkoły malarskiej w Cluj. Tak zwanej, gdyż termin ten został ukuty przez międzynarodowe media i niezupełnie pokrywa się z rzeczywistością. Wywodzi się stąd, że najbardziej znani rumuńscy artyści, tacy jak Adrian Ghenie czy Victor Man, wywodzą się z Akademii Sztuki i Wzornictwa w Cluj, stali się mentorami i twórcami głównych kierunków artystycznych, które wpłynęły na rozwój następnych pokoleń artystów. Szkoła Cluj jest przede wszystkim zjawiskiem artystycznym zakorzenionym w bogatej tradycji historycznej rumuńskiego malarstwa figuratywnego o złożonym tle, który wciąż pozostaje do odkrycia. Również Alin Bozbiciu jest absolwentem tej uczelni. Wszyscy oni byli pod wpływem tych samych profesorów i mistrzów. Na bohatera dzisiejszej ekspozycji największy wpływ wywarł Cornel Brudascu, artysta rumuński o międzynarodowej sławie.

Alin Bozbiciu, Mimesis, Galeria Dworcowa we Wrocławiu, fot. B. Lekarczyk-Cisek

Wracając do wystawy „Mimesis”, proszę powiedzieć, jaka jest jej narracja - skąd taki tytuł i jaki był klucz do selekcji obrazów?

Większość z tych obrazów powstała z myślą o tej właśnie wystawie. Bozbiciu jest niezwykle pracowitym artystą, toteż kiedy dowiedział się o możliwości zorganizowania ekspozycji w Polsce, pracował nad nią od sierpnia do października tego roku. Jeśli jednak popatrzymy na tę wystawę jak na pewną opowieść, jest to kontynuacja poprzedniej ekspozycji artysty, która była prezentowana na początku roku 2018 i mówiła o życiu jako o teatrze, w którym aktorami są ludzie.


Alin Bozbiciu, Mimesis, Galeria Dworcowa we Wrocławiu, fot. B. Lekarczyk-Cisek

Okazuje się, że topos Teatrum Mundi ciągle pozostaje żywy… Jak długo potrwa wystawa i co się stanie po jej zamknięciu ze znajdującymi się na niej płótnami?

Wystawa potrwa do 16 grudnia 2018 roku. Niektóre z płócien znajdują się w prywatnych kolekcjach, więc wrócą do właścicieli. Inne powrócą do Cluj, do artysty, mamy jednak nadzieję, że część z nich pozostanie w mia Art. Gallery pani Magdaleny Mielnickiej.

Dziękuję za rozmowę.


Alin Bozbiciu, fot. B. Lekarczyk-Cisek
Alin Bozbiciu mieszka i pracuje w Cluj-Napoca w Rumunii. Młody malarz jest jednym z najbardziej utytułowanych artystów z ostatniej fali absolwentów Szkoły Malarstwa w Cluj; w 2013 roku ukończył Wydział Malarstwa na Akademii Sztuki i Wzornictwa w Cluj. Od tego czasu jego prace były wystawiane w galeriach takich jak między innymi Le Plafond w Amsterdamie, Richard Taittinger Gallery w Nowym Jorku, a także w Galerii Untilthen w Paryżu. W 2017 roku uczestniczył w wystawie „Życie – instrukcja obsługi [Life as a User's Manual]”, drugiej edycji Biennale Sztuki Współczesnej w Timisoarze w Rumunii. W 2018 roku Alin Bozbiciu zaprezentował swoją drugą solową wystawę „Teatr jako życie [Theatre as Life]" w Galerii Untilthen w Paryżu i uczestniczył w wystawie „Czas jako gra człowieka [Time is the Game of Man]”, drugiej edycji letniego projektu „Art of the Treasure Hunt” w regionie Chianti we Włoszech, zainicjowanego przez Luziah Hennessy. Kuratorem projektu była Kasia Redzis, starsza kurator galerii Tate Liverpool. Jego prace stanowią część wielu ważnych kolekcji prywatnych w całej Europie, między innymi w Holandii, Belgii, Wielkiej Brytanii, Włoszech, Francji, Portugalii, Niemczech, Słowacji, na Węgrzech i w Rumunii, oraz na całym świecie, w krajach takich jak Korea Południowa, Tajwan, Chiny i Japonia.
(biogram ze strony mia Art Gallery)

Alin Bozbiciu
Mimesis: (Prze)twarzanie rzeczywistości

Kuratorzy: Magdalena Mielnicka oraz Maria Rus Bojan
Asystent kuratora: Daria Bojan

Alin Bozbiciu, Mimesis, Galeria Dworcowa we Wrocławiu, fot. B. Lekarczyk-Cisek

Wystawa czynna od 17 listopada – 16 grudnia 2018 r.

GALERIA DWORCOWA
I piętro
Dworzec Główny PKP we Wrocławiu

godziny otwarcia galerii:

wtorek – czwartek 15:00-20:00

piątek – niedziela 11:00 – 18:00

Alin Bozbiciu, Mimesis, Galeria Dworcowa we Wrocławiu,
fot. B. Lekarczyk-Cisek

Organizatorzy:

Fundacja All That Art., Strefa Kultury Wrocław

Partnerzy: mia ART GALLERY, MB Art Agency, Sleepwalker.pl

Projekt kulturalny współfinansowany przez Narodową Fundację Kulturalną (Rumunii)

środa, 31 stycznia 2018

Ewelina Ciszewska: Dotknąć tajemnicy /wywiad/

Rozmawiam z Eweliną Ciszewską – aktorką i pedagogiem PWST – o jej drodze do teatru, eksperymentach i możliwości dotknięcia... tajemnicy.

Ewelina Ciszewska, fot. z archiwum aktorki

Barbara Lekarczyk-Cisek: Obejrzałam niedawno ”Eurydykę” na scenie PWST, ale wyznam, że moją uwagę zwróciłaś już spektaklem ”maria s.”, który wyróżniał się na tle innych znakomitym pomysłem wykorzystania sukni jako scenografii. Przywiodło mi to na myśl Birutė Mar i jej suknię ze ”Słów na piasku” na podstawie "Radosnych dni" Becketta, ale Twój pomysł był jednak inny, oryginalny. Myślę, że obu Wam wspólna jest także pasja w podejściu do sztuki teatru.  Jak to wszystko się zaczęło, zanim stworzyłaś tę suknię – scenę?

Ewelina Ciszewska: Potrzebę kreacji od zawsze podsycali we mnie rodzice, choć sami nie są aktorami. Ta "domowa twórczość” pojawiała się zupełnie naturalnie, nienachalnie. Mama, która jest lekarzem weterynarii, rysowała mi np. układ oddechowy człowieka, aby wyjaśnić, co się ze mną dzieje, kiedy choruję, a rysunki te podsycały moją wyobraźnię. Początkowo marzyła mi się medycyna, w szczególności chirurgia, ale ze względu na słaby wzrok musiałam z tych planów zrezygnować. Uczestniczyłam jednak w warsztatach teatralnych, prowadzonych przez człowieka, którego interesowała teatralna alternatywa, jak poznańskie Ósemki czy Biuro Podróży, a przy tym był pod ogromnym wpływem Grotowskiego. Te fascynacje przelewał na nas – dyskutowaliśmy, jeździliśmy na spektakle, teatralnie eksperymentowaliśmy. Otaczali mnie ludzie z pasją... a to zaraźliwe.

Zdecydowałaś się zdawać do szkoły teatralnej?

Tak, ale nie zdawałam od razu. Stchórzyłam. Wybrałam historię sztuki we Wrocławiu. Z perspektywy czasu rozumiem, że to był dobry i potrzebny etap mojego życia, choć wypełniony godzinami spędzonymi w bibliotekach, archiwach... Na swój sposób fascynujące, ale mnie rozsadzało od środka. Miałam potrzebę tworzenia, dlatego już podczas studiów związałam się z Teatrem Formy i od tego czasu zaczęła się moja przygoda z pantomimą. Słowo wydawało mi się wówczas zbędne i na swój sposób stałam się "małomówna". Po kilku latach zdałam egzamin przed komisją ZASP-u i zostałam aktorką pantomimy. Czegoś jednak brakowało, więc pomimo posiadanego dyplomu, postanowiłam jednak zdawać do szkoły teatralnej. Poza tym po ukończeniu historii sztuki sądziłam, że nic ciekawego mnie w tym zawodzie nie spotka, że będę siedziała w muzeum, pilnowała eksponatów, oprowadzała wycieczki, a w najlepszym przypadku pracowała przy organizacji wystaw. Nie było wówczas tak kreatywnego podejścia do stanowiska kuratora jak dziś. Zawód kuratora – kreatywnego współtwórcy wystawy – dopiero kiełkował. Zresztą i tak sercem byłam już gdzie indziej.

maria s., fot. Robert Baliński


Jednak bez historii sztuki nie byłoby ”marii s.”?

Tak, pewne obrazy wrosły podskórnie w moją tkankę. Przyznaję, że suknia mi się przyśniła – wielka, biała, lewitująca, w której chodzę po krętych schodach. Tak powstał wizualny pomysł spektaklu. Powrócił też dylemat, co można robić po historii sztuki – tym razem jako temat monodramu. Moja bohaterka siedzi sfrustrowana w muzeum i pilnuje ekspozycji. Ta frustracja nie wynika jednak tylko z zawodowego niespełnienia...

Bohaterka ”marii s.” jest dodatkowo silnie związana z matką, która cały czas ją kontroluje i tylko w tej królewskiej sukni ma w sobie siłę, aby się przeciwstawić.

Dotknęłam trudnego tematu toksycznej relacji między matką a córką. Dotarło do mnie, że manipulacja pierwszej (w odruchu zaspokojenia ambicji czy też wypełnienia emocjonalnej luki) i jednoczesna bierność drugiej (tzw. święty spokój) zostawiają niewidoczne rysy, które nieświadomie powielamy. Wypieramy ze strachu to, co bolesne, tym samym oddalając się od siebie, od swojej kobiecości, zamiast ją poznawać i rozwijać.

Mimo ważkich problemów, przedstawienie miało też dużo subtelnego humoru… Wracając jednak do formy tego spektaklu, wyróżnia go przede wszystkim plastyka sceniczna…

maria s., fot. Robert Baliński

W „marii s.” chciałam, żeby suknia spełniała różne funkcje; była łóżkiem, szafotem, ekranem projekcyjnym, schronieniem, brzuchem matki, scenką teatralną dla tańczących nóg, a na końcu kostiumem. To fascynujące, kiedy jeden przedmiot zmienia swoje znaczenie w zależności od kontekstu i okoliczności. To pobudza wyobraźnię. Takie multimedialne myślenie o scenografii czy rekwizycie wyniosłam ze szkoły teatralnej (Wydział Lalkarski PWST we Wrocławiu). Chciałam się w tej sukni gubić i odnajdywać, tak jak w moim śnie i tak jak główna bohaterka mojego monodramu w relacji z matką. Ponieważ miałam statyczną, dekorację na scenie, musiałam zintensyfikować swoje działania; stąd różne konfiguracje mojego ciała, rola stóp, personifikacja rąk, rola podwieszonego nas suknią czepca.  

Dostrzegam tu pokrewieństwo z teatrem Leszka Mądzika czy Tadeusza Kantora. Czy to Twoi mistrzowie? Jakie są źródła inspiracji?

Źródła? Inspiracji jest wiele. Inspirować może wszystko. Banał, błąd, dźwięk, słowo, ale też jakaś fraza z Schulza, egzaltacja czy poczucie zagrożenia. Inspirująca jest także codzienność. Pociągają mnie cyrk i klaunada. Wcale nie muszą to być od razu odkrycia na skalę światową, artystyczne skandale czy kategorie sztuki wysokiej. Choć z całą pewnością Kantor jest moim mistrzem, nie tylko ze względu na treści, symbolikę i uniwersalność, które niosą jego przedstawienia, ale także ze względu na formę; użycie rekwizytu, rytmiczność, zapętlenia  akcji, a przede wszystkim ze względu na wizyjność i prostotę. Pisałam zresztą pracę magisterską na temat ”Teatru Kantorowskiej lalki”. Oglądałam nie tylko spektakle, ale też miałam niebywałą okazję przyjrzeć się z bliska manekinom, starym dekoracjom, rekwizytom, atrapom w magazynach Cricoteki, jeszcze przed przenosinami. 

Jeśli chodzi o wizualność – na pewno bliski mi jest Robert Wilson, z jego mocno wyestetyzowanym teatrem, scenografią, kostiumem, choreografią i całym zamysłem inscenizacyjnym. To teatr bardzo mi bliski ze względu na połączenie różnych form. Sięgam do różnych źródeł. Jestem pod wrażeniem teatru Romea Castellucci i Jana Fabrè z jego 24-godzinnym spektaklem ”Mount Olympus". Inspiruje mnie też współczesny dizajn i sztuka użytkowa. Bardzo cenię instalacje Olafura Elliasona za rozmach i odwagę artystyczną. Nasiąkam różnymi światami, ale nie kopiuję. Sygnałem, że coś jest dobre i ważne dla mnie, jest moje wewnętrzne rozdrażnienie. Tak się u mnie zaczyna proces twórczy. Pociąga mnie zestawianie różnych sztuk. To idea, którą wspólnie z Robertem Balińskim staramy się realizować w Teatrze Sztuk. W takim celu powstał – by łączyć na wspólnym gruncie różne oblicza sztuki, badać jej granice i wzajemne przenikanie. To daje twórczą wolność.

A jakie były okoliczności powstania ”Eurydyki”?

maria s., fot. Robert Baliński

Nie przyśniła mi się! Zatęskniłam za lalką. Chciałam połączyć ciało i lalkę. Stworzyć dwa zależne od siebie byty i zbadać przenikanie się obu tych form. Stąd pomysł na projekt badawczy ”Eurydyka”. Bazą stał się mit o Orfeuszu i Eurydyce. Zadałam sobie pytanie, co działo się z Eurydyką pod ziemią. Zastanawiało mnie okrucieństwo bogów i nieprzemijająca obecność mitu w naszej kulturze. Podeszłam do tego mitu inaczej, zupełnie marginalnie traktując Orfeusza i wyciągając na pierwszy plan stan ducha Eurydyki. Zbudowałam laboratoryjny Hades, a w nim konflikt pomiędzy Eurydyką a Persefoną, która także padła ofiarą boskiego kompromisu. Konflikt potęguje dodatkowo różny wiek obu bohaterek i inaczej traktowane życiowe niespełnienie. Eurydyka, wbrew oczekiwaniom i zwyczajom panującym w podziemiu, nie zapomina o Orfeuszu, wręcz przeciwnie – pielęgnuje swoje życie wewnętrzne. Starzejąca się Persefona, żeby je wydobyć i poznać, urządza rozmaite prowokacje. Organizuje jej np. kolejne urodziny w podziemiu, a w ramach prezentu serwuje możliwość spotkania z Orfeuszem, a może i ucieczki...Dość okrutne, biorąc pod uwagę, że mit musi się wypełnić...

Eurydyka, fot. Robert Baliński

Jednak w pewnym momencie spektaklu, w scenie miłosnej, udaje się jej na chwilę uwolnić i jest szczęśliwa. To jakby powiedzieć, że można być wolnym dzięki miłości.

Ładnie powiedziane. Mamy zakorzenione w naszej naturze dążenie do szczęścia. A odwieczne dążenie człowieka do szczęścia i harmonii, złamane niepowodzeniem brzmi niezwykle współcześnie. Ten mit jest, w moim przekonaniu, wiecznie żywy, a jego siła rażenia ogromna. Rzeczywiście na stole odbywa się ”taniec miłości”, ale w założeniu mocno "zawiesisty" i zwolniony w ruchu, swoim tempem przypominający marzenie senne. Wydaje się przez moment, że – jak w micie – marzenie ma szansę się spełnić. Ostatecznie Hades okazuje się jedną, wielką mistyfikacją.

W porównaniu do ”marii s.” to przedstawienie nie jest już autorskim monodramem. Tekst napisał Karol Mroziński, występuje trzech aktorów będących przedstawicielami trzech pokoleń, muzykę na żywo gra Marcin Krzyżanowski…

Eurydyka, fot. Robert Baliński

Zaprosiłam tym razem innych twórców, w tym genialną prof. Mirosławę Lombardo oraz studenta – Łukasza Staniewskiego. Spotkanie trzech pokoleń na jednej scenie okazało się bardzo twórcze. Tym bardziej, że każdy z nas miał coś innego do zaoferowania, inną wrażliwość, inne talenty, inny sposób myślenia. Mirosława Lombardo jest aktorką słowa, więc bez obaw oddałam jej wszystkie litery, choć jako milcząca Persefona jest na scenie równie porażająca. Łukasz Staniewski ma w sobie rzadki rodzaj naturalności i prostoty, a z drugiej strony jako ”beatboxujący” Orfeusz miał wiele do powiedzenia. Ja pozostałam niema. Autora tekstu poznałam rok temu na Turnieju Jednego Wiersza w Oleśnicy. Karol Mroziński ten konkurs wygrał. Tekst do "Eurydyki" pisał na zamówienie. Konsultowaliśmy go tylko wirtualnie, na fejsbuku, zwykle po północy, i tak aż do premiery. Jego obecność na próbach nie była konieczna. Wiedziałam, w którą stronę zmierzam. Miałam też dużą swobodę w traktowaniu tekstu – mogłam go skracać, przestawiać, coś dodać. Sporo wykreśliłam. Wolałam zostawić przestrzeń dla dźwięku granego na żywo i dla niemych sytuacji. Spektakl w założeniu jest performatywny. Wiedzieliśmy, że owszem, pewne założenia realizujemy, ale pozostawiamy sobie miejsce na improwizację. Zwłaszcza w przestrzeni poza\hadesowej, ale widocznej dla widza, po obu stronach sceny. To pozwalało zachować świeżość i czujność zarazem. Marcin Krzyżanowski większość dzięków improwizował, co dodatkowo wzmagało naszą uważność.

Ciekawy jest też sposób wykorzystania głowy i rąk lalki. To dzięki nim Eurydyka ożywa. Mnie się to skojarzyło w bohaterem powieści ”Matei Brunul” Luciana dan Teodorovici, który w jakiś sposób żyje dzięki nieodłącznej marionetce. Bohater traci duszę, ponieważ traci pamięć i to właśnie marionetka ”przywraca” mu życie.

Eurydyka, fot. Robert Baliński

Nigdy dotąd nie animowałam lalki w ten sposób, choć zawsze podświadomie czułam taką potrzebę. Moje myślenie o ciele przeniosłam na lalkę. Stało się to dość naturalnie. Chciałam, żeby żyła, ”oddychała” własnym powietrzem, po swojemu ”wątpiła” i po swojemu ”rejestrowała” świat. Miałam wcześniej do czynienia z różnymi technikami lalkowymi, ale w ”Eurydyce” poszłam dużo dalej. Ponieważ nie była kompletna (tylko głowa i dłonie), musiałam ją ”uzupełnić” sobą i stworzyć jej inną motorykę. To zespolenie odczułam najpełniej, kiedy głowę lalki animowałam ustami. Aleksandra Stawik zaprojektowała lalkę, która była dopasowana do mojej dłoni ciężarem i gabarytami. Pod wpływem prób pojawiały się również nowe rozwiązania. Chciałam, aby relacja z lalką była oparta na przenikaniu. Raz ja ożywam, a za chwilę ożywa lalka. Po chwili tę granice trudno wyczuć, bo żyją i odczuwają obie jednocześnie. Ale lalka to nie tylko mój kontakt ze światem, to przede wszystkim obudzona dusza Eurydyki. Chciałam dotknąć tajemnicy życia i śmierci. Brzmi to może patetycznie, ale lalka znosi godnie taką metaforę. Lalka dała mi więc możliwość metaforycznego spojrzenia na tematykę śmierci.

Działalność artystyczną łączysz z sukcesem z pracą pedagogiczną. Uprawianie pedagogiki artystycznej jest dużym wyzwaniem, bo też jak tu kogoś nauczyć, aby ”był twórczy”? Nieodżałowanej pamięci prof. Jan Berdyszak twierdził, że to niewykonalne, choć sam także wychował wielu artystów.

Wydaje mi się, ze każdy jest artystą, tylko trzeba umieć to z siebie wydobyć. Do szkoły teatralnej przychodzą ludzie, którzy albo są już twórczo rozbudzeni, albo ich potencjał został dostrzeżony na egzaminach wstępnych. Są tacy, którzy ujawniają swoje talenty już na pierwszych zajęciach, a inni dopiero po jakimś czasie, bywa nawet, że na roku dyplomowym. Dłużej też trwa u nich proces nabierania wiary we własne umiejętności. Z jednej strony poznają warsztat i zawodową dyscyplinę, z drugiej jako pedagog muszę mieć świadomość, że cały czas obcuję z cudzą wrażliwością i emocjami. Można podpowiadać, sugerować, nakłaniać do eksperymentów, bo studia są takim czasem, kiedy można jeszcze sobie pozwolić na błędy. Potem kompromitacja może być bardziej bolesna. Ten zawód nie istnieje bez widza, trzeba więc nabrać także odporności na krytykę. 

Prowadzę zajęcia na obu wydziałach z plastyki ruchu scenicznego, z elementami pantomimy. Próbuję studentom zaszczepić miłość do pantomimy, co jest trudne, bo to forma z założenia bardzo sztuczna, wymagająca dużej dyscypliny. Kolejne pokolenia, które przychodzą do szkoły teatralnej z reguły nie pamiętają już wspaniałych przedstawień Henryka Tomaszewskiego: jego syntezy sztuk, tej wyjątkowej kompozycji na scenie, maestrii w ruchu i w geście. Człowiek wychodził z kolejnych premier głęboko poruszony. To było zjawisko na skalę światową, pod każdym względem. I jak to przenieść na grunt szkoły..? Oczywiście pantomima ewoluuje. Trzeba pokazać, że pantomima jest formą, w którą trzeba tchnąć własnego ducha, swoją osobowość, swoją odwagę. Kopiowanie jest złudne i nie daje satysfakcji.

Eurydyka, fot. Robert Baliński

Co teraz? Czy masz pomysł na kolejną sztukę, czy zamierzasz jeszcze trochę poeksperymentować przy ”Eurydyce”?

Zmieniać jej nie chcę, bo konstrukcyjnie jest, wydaje mi się, przemyślana i zamknięta. Żyje juz swoim życiem. Chciałabym ją grać. Planów mam sporo, w różnych przestrzeniach. Za chwilę czekają mnie prezentacje festiwalowe "marii s." i "Sekretów Szekspira", potem intensywny warsztat pantomimy w Berlinie. Jako Teatr Sztuk organizujemy razem z Oleśnicą festiwal monodramów MONO ART  i właśnie rozpoczęliśmy towarzyszącą mu rezydencję teatralną. Jednocześnie pracujemy nad najnowszą, wrześniową premierą. W najbliższych planach mam również pracę nad monodramem pod okiem Tomasza Mana do jego tekstu "Miłości". Będę też pracowała nad choreografią do ”Piotrusia Pana” w reż. Karoliny Maciejaszek, w Teatrze Lalki i Aktora w Wałbrzychu.


Bardzo bogate plany – powodzenia! Dziękuję za rozmowę.

Wywiad ukazał się pierwotnie na portalu Kulturaonline w lipcu 2016 roku.

Mozart – "Requiem" w Narodowym Forum Muzyki /zapowiedź/

6 listopada o 19.00 w Narodowym Forum Muzyki angielski dyrygent Jonathan Nott, uznawany za wybitnego interpretatora muzyki współczesnej, pod...

Popularne posty