Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Jerzy Bielunas, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Jerzy Bielunas, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 sierpnia 2018

"Głuptaska" w reżyserii Jerzego Bielunasa. Pobawmy się w apokalipsę! /recenzja/

W swoim spektaklu "Głuptaska" Jerzy Bielunas snuje gorzkie refleksje na temat współczesnego świata, którego cechą charakterystyczną jest "ucieczka w zabawę". Znakomita inscenizacja, aktorstwo i muzyka tworzą oryginalną formę dla tego przesłania.

Kinga Preis w roli tytułowej Głuptaski, reż. Jerzy Bielunas, fot. Łukasz Giza

Zaprezentowany podczas 36. PPA autorski spektakl Jerzego Bielunasa, zatytułowany "Głuptaska", powstał z fascynacji powieścią Swietłany Wasilenko. Z pierwowzoru reżyser zaczerpnął wątek współczesny, odnoszący się do wydarzenia związanego z konfliktem kubańskim. Poza tym spektakl czerpie z różnorodnych źródeł - od gry komputerowej po wpisy internautów, tworząc własną narrację i oryginalne przesłanie.

Czas Apokalipsy w Kapustinym Jarze


W 1962 roku dzieci wojskowych z miasteczka Kapustiny Jar zostały wywiezione w step, ponieważ spodziewano się uderzenia jądrowego ze strony Amerykanów. Panowała atmosfera strachu. Dzieciom nie oszczędzono bynajmniej informacji, że zostaną unicestwione. Usłyszały propagandowe słowa, że zginą bohatersko jak prawdziwi pionierzy Związku Radzieckiego. Historię tę opowiada w przedstawieniu postać będąca samą pisarką, są to bowiem jej autobiograficzne wspomnienia. Wydarzenia te, stanowiące w powieści rodzaj klamry dla części środkowej, realistyczno-baśniowej, rozgrywającej się w latach 30. ubiegłego wieku - zostały w spektaklu częściowo pominięte. W ich miejsce - jako rodzaj kontrapunktu - wprowadzono wątki współczesne.

Głuptaska w reż. Jerzego Bielunasa, fot. Łukasz Giza


Pobawmy się w apokalipsę!


Przede wszystkim wykorzystano fragmenty gry komputerowej S.T.A.L.K.E.R., której akcja rozgrywa się w Czarnobylu i okolicach po wybuchu elektrowni atomowej. Ponadto widzowie dowiadują się o istnieniu oferty turystycznej obejmującej obszary skażone wybuchem, w tym - samą elektrownię. W narrację spektaklu wpleciono także teksty internautów komentujących entuzjastycznie owe wycieczki. Nie mniej szokujące są także wspomnienia tych, którzy przeżyli wybuch bomby atomowej w Hiroszimie, dominuje w nich bowiem ton zachwytu nad pięknem obrazów towarzyszących eksplozji.

Takie odważne i niekonwencjonalne zestawienie niesie zgoła inne, nowe treści, których w oryginale nie było. Jerzy Bielunas snuje mianowicie gorzkie refleksje na temat współczesnego świata, którego cechą charakterystyczną jest "ucieczka w zabawę". Choć nie zabliźniły się rany Czarnobyla, urządzono sobie z niego grę i ktoś zarabia na ludzkim cierpieniu. Podobnie rzecz ma się z biurem turystycznym. Okazuje się, że nieszczęście - gdy się je odpowiednio zaprezentuje - można dobrze sprzedać...

Bogactwo środków teatralnych 


Ciekawa, funkcjonalna scenografia Honoraty Mochalskiej-Błachut i Barbary Wojtas, przedstawiająca zniszczone miasto, stanowi sugestywne tło dla rozgrywających się wydarzeń. Środkowa część sceny podlega zmianom w trakcie przedstawienia. Staje się "domem", kiedy aktorka grająca Swietłanę Wasilenko, opowiada swoją historię, siedząc na tle dużego gobelinu symbolizującego wschodnią kulturę. Kiedy indziej ta sama przestrzeń staje się zoną, którą zabezpiecza się taśmami, tworząc teren zamknięty. Innym razem jest to step, na który wywieziono dzieci.

W głębi sceny natomiast, na tle tylnych projekcji, umiejscowiono chór cerkiewny Oktoich. Szczególnie zapada w pamięć ostatnia projekcja, przedstawiająca krwawe słońce. To jakby sfera sacrum zwiastująca Apokalipsę.

Projekcje filmowe pełnią w spektaklu  istotne role. Poza prezentacją gry komputerowej, pokazano także zdjęcia przedstawiające Czarnobyl, fragmenty filmu dokumentalnego Swietłany Wasilenko (pisarka jest równocześnie scenarzystką), zawierającego m.in. moment wytaczania z hangaru potężnej rakiety. Na końcu zaś pojawiają się zabawne animacje z udziałem obu aktorek, ukazujące - zgodnie z duchem epoki - "zabawowy" wymiar tego, co groźne i tragiczne.

Głuptaska w reż. Jerzego Bielunasa, fot. Łukasz Giza

Różnorodna muzyka

W przepięknych, wielogłosowych pieśniach chóru Oktoich zawiera się cała metafizyka spektaklu. Chór jest zresztą nie tylko znakiem transcendencji. Słyszymy go również w kompozycjach w stylu techno, którym nadaje zaskakujący, nowy wymiar.

Z kolei śpiew rodziny Pospieszalskich, która wykonywała w spektaklu kompozycje swego lidera - Mateusza, pełnił funkcję komentarza do rozgrywających się scen. Towarzyszył także śpiewającym aktorkom. Choć inny stylistycznie, jest na scenie czymś w rodzaju greckiego chóru i śpiewa znakomicie. Tak dobrze, że Mateusz Pospieszalski  otrzymał za swoje kompozycje tegoroczną nagrodę Tukana Kapituły i Dyplom Mistrzowski.

Aktorstwo

W pamięci pozostają piękne, głęboko poruszające songi głównej bohaterki, którą wspaniale zagrała Kinga Preis. Bo też aktorstwo jest równie mocną stroną tego przedstawienia. Głuptaska Kingi Preis nie jest głuchoniema, jak w powieści, lecz  jest delikatną, nadwrażliwą dziewczynką, opóźnioną w rozwoju umysłowym, co czyni ją różną od pozostałych - jurodiwą. Jej emocje wahają się od radości życia, poprzez smutek, aż po graniczącą z histerią rozpacz. Aktorka chodzi i zachowuje się jak dziecko w sposób niezwykle wiarygodny. Jeszcze mocniej oddziałuje na widzów jej śpiew, momentami przyprawiający o metafizyczny dreszcz.

Kinga Preis jako Głuptaska/fot. Łukasz Giza

Bardzo interesującą rolę stworzyła również Małgorzata Hajewska - Krzysztofik. Miała bardzo trudne zadanie wcielenia się w postać funkcjonariuszki systemu - Traktoriny, grając jednocześnie pisarkę, która tę historię przeżyła i opisała. Rola doprawdy znakomita i mocna, a także - mimo wrodzonej kruchości i delikatności aktorki - wiarygodna.

Małgorzata Hajewska-Krzysztofik jako Swietłana Wasilenko, fot. Ł. Giza

i jako Traktorina/fot. Ł. Giza

Sądzę, że spektakl Jerzego Bielunasa należy do najbardziej interesujących propozycji tegorocznego PPA. Refleksja na temat współczesnego świata, wsparta znakomitym aktorstwem, piękną muzyką i pomysłową scenografią, przemawia za wysoką rangą tego wydarzenia.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.

Wywiad ze Swietłaną Wasilenko, autorką "Głuptaski", znajdziecie TUTAJ.

wtorek, 23 września 2025

„SŁOJE DRZEWA” – spektakl Jerzego Bielunasa na podstawie wierszy i utworów Urszuli Kozioł /zapowiedź/

W dniach 3-5  października 2025 w Sali Teatru Laboratorium Instytutu Grotowskiego zostanie zaprezentowany spektakl na podstawie tekstów Urszuli Kozioł, w reżyserii Jerzego Bielunasa. Spektakl, w którym fragmenty prozy Urszuli Kozioł, wybrane jej wiersze oraz cytaty z esejów i felietonów składają się na literacki portret wybitnej poetki, od lat związanej z Wrocławiem. W przedstawieniu znalazły odzwierciedlenie najważniejsze w jej pisarstwie motywy, nazwane przez nią „kołami tematycznymi”.


„Dostrzegam teraz w tych wierszach napisanych na przestrzeni kilku dziesiątków lat” – pisała w „Stanach nieoczywistości” – „zarysowujące się (na kształt przerdzewiałych słojów w przekroju drzewa) koła tematyczne, które w coraz to innej perspektywie nawiązują promieniście do swego rdzenia i usiłują jeszcze inaczej mówić o tym samym, ujmowanym raz z tej, a raz z tamtej strony…”*. I dodawała, że pragnie mówić o człowieku: „wobec cywilizacji, techniki, wobec przyrody (…), wobec wojny, wobec drugiego człowieka, wobec pamięci, dziedzictwa, życia, miłości, śmierci, wobec własnego «ja», wobec czasu wreszcie, w którym owemu «ja» wypadło żyć”**.

Przez długie lata twórczość Urszuli Kozioł pełna była żywej dyskusji ze światem. We wstępie do tomu „Poezje wybrane (II)” autorka pisała: „Myślę, że większość zapisanych przeze mnie stron powstała z pilnej wewnętrznej potrzeby podzielenia się z kimś złymi przeczuciami, które mną owładnęły a które dotyczą losu ludzi i losu świata, (…) są też te zapisy próbą uprzytomnienia sobie i innym różnorakich zagrożeń, są wołaniem o opamiętanie się, nawet jeśli miałoby ono pozostać jedynie wołaniem na puszczy”***.

W ostatniej dekadzie w wierszach Urszuli Kozioł zaczyna dominować krąg rozważań o stracie ukochanego mężczyzny i przejmujący, wnikliwy zapis własnego przemijania, żegnania się z życiem.

W spektaklu „Słoje drzewa” zostały zaprezentowane te dwa nurty refleksji poetyckich: pierwszy – pełen pasji, obrazujący przemiany świata i rosnące wokół nas zagrożenia oraz ten późniejszy – wyciszony, pełen prostoty i pokory, w którym poetka żegna się ze światem.


* Urszula Kozioł, Wciąż o tym samym, [w:] Stany nieoczywistości, PIW, Warszawa 1999, s. 273–274.

** Tamże, s. 273–274.

*** Urszula Kozioł, Poezje wybrane (II) , Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1985, s. 5–6.

TWÓRCY

Reżyseria, scenariusz: Jerzy Bielunas

Muzyka: Sambor Dudziński

Scenografia: Mirosław Chudy

Występują: Wiktoria Glińska, Krystyna Krotoska, Agnieszka Kwietniewska, Halina Litwiniec


Jerzy Bielunas jest reżyserem teatralnym i telewizyjnym, profesorem wykładającym we wrocławskiej filii Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie. Zrealizował kilkadziesiąt spektakli teatralnych. W czasie studiów był związany z Teatrem „Kalambur” we Wrocławiu. Przez szereg lat współpracował z Przeglądem Piosenki Aktorskiej (PPA) we Wrocławiu. W ramach PPA zrealizował m.in. spektakl „Ballady Morderców” (1998) oparty na piosenkach zespołu Nick Cave and The Bad Seeds, a także koncert ,„Nick Cave i przyjaciele” (1999). Jest również twórcą widowisk telewizyjnych, m.in. koncertu galowego z okazji wejścia Polski do Unii Europejskiej (2004), koncertów z okazji rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego (2003, 2009, 2014), koncertu z okazji 25. rocznicy powstania NSZZ „Solidarność” ( 2005) czy koncertu poświęconego Markowi Grechucie – „Świat w obłokach” – prezentowanego na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu (2006). Zrealizował również „Częstochowską Victorię” – plenerowe widowisko w ramach obchodów jubileuszu 350-lecia obrony Jasnej Góry, inscenizowane na wałach klasztoru (2005). We Wrocławiu przygotowywał koncerty z okazji wręczenia Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus (2008 i 2009) oraz Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius (2013, 2015, 2016). Na Międzynarodowym Festiwalu Mozartowskim „Mozartiana” w Gdańsku reżyserował widowiska: „Operowe fascynacje Chopina” (2010), „Fantazja na oliwskie organy” (2017) i „Muzyka nocy” (2022). Interesuje się też teatrem dla dzieci. Jego przedstawienia dla młodych widzów były wielokrotnie nagradzane. Członek ZAiKS-u. Tłumacz piosenek francuskich, autor sztuk teatralnych, scenariuszy i tekstów piosenek dla dzieci, m.in. utworów, które ukazały się na płycie „Małe WuWu”.

Mirosław Chudy jest ekspertem Galerii 66P i członkiem ciała doradczego tworzącego program miejsca. W latach 80. studiował w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych (obecnie Akademia Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta) we Wrocławiu wraz z innymi przedstawicielami nurtu Nowej ekspresji, m.in. Wojciechem Urlichem, Mają Godlewską i Władysławem Zaporowskim. Był związany z pracownią Konrada Jarodzkiego. Jeszcze podczas studiów współtworzył legendarny Klub Linda. W 1987, tuż przed dyplomem, wyjechał do Aten, gdzie do 1990 studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Atenach (ASFA) w pracowni firmowanej przez Jannisa Kounnellisa, jednego z czołowych przedstawicieli nurtu Arte Povera. W latach 1990–2007 mieszkał w Toronto i w Chicago. Obecnie mieszka i pracuje w Miami w USA, łącząc indywidualną praktykę artystyczną ze zleceniami na projekty wnętrz i oprawę wydarzeń.

Sambor Dudziński (właśc. Damian Dudziński–Dymek), ur. 3 czerwca 1974 w Bytomiu, jest artystą totalnym: performerem, multiinstrumentalistą, kompozytorem, autorem tekstów, wokalistą, aktorem, lalkarzem, wynalazcą i showmanem. Jego sceniczna działalność łączy teatr, muzykę i elementy transowego rytuału, tworząc unikalne widowiska live. Wielokrotnie występował za granicą, m.in. w USA, Japonii, Niemczech, Finlandii, Francji, Danii, Rosji, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, na Węgrzech i w Rumunii. Na scenie posługuje się kilkunastoma instrumentami, łącząc live looping i improwizację. Gra na instrumentach klawiszowych (piano elektryczne, rhodes, organy, key-bass, melodyka), dętych (saksofony, klarnety), perkusyjnych, a także na licznych instrumentach etnicznych (duduk, sopiłka, didgeridoo, drumle, kalimba, berimbao, lira korbowa, ligawki, flety). Jego wokal obejmuje szerokie spektrum stylistyk – od jazzu i belcanto po śpiew etniczny i eksperymentalny. Tworzy muzykę teatralną, filmową, współczesna i wokalną, a także w nurcie jazzu, bluesa, popu i progresywnego rocka.

Wiktoria Glińska studiuje na Wydziale Aktorskim we wrocławskiej filii Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie. W 2024 roku otrzymała wyróżnienie w VI edycji konkursu Modjeska Calling, który jest organizowany przez Teatr Polski w Poznaniu. Absolwentka lubelskich szkół muzycznych: Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej I i II st. im. Karola Lipińskiego w klasie wiolonczeli oraz Szkoły Muzycznej II st. im. Tadeusza Szeligowskiego w klasie śpiewu operowego.

Agnieszka Kwietniewska jest aktorką. Ukończyła studia na Wydziale Aktorskim we wrocławskiej filii Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie. Laureatka wielu nagród aktorskich, m.in. wyróżnienia za najlepszą rolę żeńską na 4. Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Boska Komedia za kreację w spektaklu „Joanna Szalona. Królowa” w reżyserii Wiktora Rubina oraz indywidualnej nagrody aktorskiej za rolę żeńską w przedstawieniu „Był sobie Andrzej, Andrzej, Andrzej i Andrzej” Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki (Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu) w finale 17. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Przez wiele lat związana z Teatrem Polskim we Wrocławiu, gdzie zadebiutowała w grudniu 2012 w przedstawieniu Moniki Strzępki pod tytułem „Courtney Love”. Obecnie związana z  Teatrem Dramatycznym im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu i Teatrem Polskim w Podziemiu we Wrocławiu.

Krystyna Krotoska jest aktorką teatralną i filmową oraz pieśniarką. Już w czasie studiów związała się z wrocławskim Teatrem Kalambur, w którym występowała od 1969 do 1982 roku. W latach 1983–90 i 1991–2004 była aktorką Teatru Polskiego we Wrocławiu. Od lat współpracuje z Instytutem im. Jerzego Grotowskiego. W 2002 roku zrealizowała tu swój Beckettowski monodram „no właśnie co”, na który złożyły się dwie jednoaktówki: „Nie ja” i „Kołysanka” oraz wiersz Becketta „no właśnie co”. W 2013 roku monodram został poszerzony o jednoaktówkę „Kroki”. Spektakl był prezentowany także we Włoszech, częściowo w języku włoskim. W 2006 roku z międzynarodową grupą Bred in the Bone Theatre Company zrealizowała „Unreal City – a jazzed performance”, oparty na poemacie T.S. Eliota „Ziemia jałowa”. W 2014 roku wystąpiła na scenie Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu w broadwayowskim musicalu „Nine”, w roli matki Gwida. Poezja Urszuli Kozioł od lat pozostaje w kręgu zainteresowań aktorki. W 1970 roku wystąpiła w słynnym spektaklu Teatru Kalambur pt. „W rytmie słońca”, zrealizowanym na podstawie tomu poetki pod tym samym tytułem.

Halina Litwiniec jest aktorką, nauczycielką i animatorką kultury. W 1963 roku ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Wrocławskim, a w 1965 uzyskała dyplom aktorki estradowej. W latach 1961–1993 występowała na scenie wrocławskiego Teatru Kalambur, m.in. w spektaklach zrealizowanych na podstawie twórczości Urszuli Kozioł („W rytmie słońca”, 1970; „Biała skrzynia”, 1977; „O sobie samej”, 1982). Laureatka licznych nagród w konkursach recytatorskich – wojewódzkich i ogólnopolskich, a także aktorskich, m.in. otrzymała nagrodę za rolę w „Łysej Śpiewaczce” (1966) podczas Festiwalu Teatrów Studenckich oraz nagrodę za najlepszy epizod aktorski w spektaklu „Nasz Julo czerwony” (1987) w ramach plebiscytu „Złote Iglice”. Uhonorowana odznaką „Zasłużony Działacz Kultury” oraz „Srebrnym Krzyżem Zasługi”. W latach 1965–1980 uczyła języka polskiego i prowadziła teatr szkolny. Od 1983 kierowała wrocławską kawiarnią „Pod Kalamburem” – kultowym miejscem spotkań artystycznych i kulturalnych elit miasta, a także wielu wydarzeń artystycznych. Współtworzyła działającą w kawiarni „Galerię Literacką Młodych” , organizowała konkursy poetyckie (m.in. wspólnie z Markiem Garbalą „Turniej Jednego Wiersza”) oraz prowadziła spotkania z wybitnymi postaciami polskiego teatru, literatury i nauki (m.in. z Tadeuszem Łomnickim, Urszulą Kozioł, Wisławą Szymborską, Jeremim Przyborą i prof. Janem Miodkiem). W ramach cyklu „Galerii Trzech Obrazów” gościła wrocławskich plastyków. Obecnie aktywnie działa na rzecz upamiętnienia dziedzictwa Teatru Kalambur, m.in. współorganizując „Poniedziałki z Kalamburem”, które odbywają się co miesiąc w „Art Cafe Kalambur”. Od lat jest związana ze Stowarzyszeniem Europejskich Więzi, które promuje wiedzę o współczesnym świecie w różnych aspektach – politycznych, kulturowych i socjologicznych.

Elżbieta Terlikowska-Misiak jest kostiumografką i scenografką. Absolwentka Wydziału Projektowania Form Przemysłowych Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu (obecnie Akademia Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta). Dyplom z malarstwa uzyskała w pracowni prof. Józefa Hałasa. Jako scenografka i kostiumografka zadebiutowała w 1986 roku w Operze Wrocławskiej, pracując przy spektaklu „Nowe Wyzwolenie” według Witkacego, w reżyserii Jerzego Bielunasa. Scenografię i kostiumy projektuje nie tylko dla teatru. Pracuje również przy produkcjach filmowych i telewizyjnych, m.in. jest autorką kostiumów do filmu „Odlotowe wakacje” Marka Piestraka oraz seriali „Życie jak poker” i „Warto kochać”. Zajmuje się także grafiką użytkową oraz małą formą graficzną.

informacja prasowa

środa, 22 października 2025

Premiera spektaklu "MATEI BRUNUL" w reżyserii Jerzego Bielunasa i Anety Głuch-Klucznik we wrocławskim Teatrze Lalek /zapowiedź spektaklu/

8 listopada na scenie kameralnej Wrocławskiego Teatru Lalek odbędzie się premiera spektaklu MATEI BRUNUL w reżyserii Jerzego Bielunasa oraz Anety Głuch-Klucznik. Spektakl jest sceniczną adaptacją powieści rumuńskiego pisarza Luciana Dana Teodorovici pt. „Matei Brunul”. Książce przyznano w Rumunii najważniejsze nagrody i uznano za „Książkę Roku”.

Sceniczna adaptacja książki „Matei Brunul” (2011) rumuńskiego pisarza Luciana Dana Teodorovicia. Powieści przyznano w Rumunii wszelkie najważniejsze nagrody i uznano ją za „Książkę Roku”. Została przetłumaczona m.in. na język angielski, francuski, niemiecki, węgierski i polski. Ukazała się w Stanach Zjednoczonych oraz w wielu krajach Europy, wszędzie spotykając się z uznaniem. W 2015 roku utwór został nominowany do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus i otrzymał Nagrodę Czytelników im. Natalii Gorbaniewskiej.

Akcja powieści rozgrywa się w Rumunii w czasach reżimu stalinowskiego. To dramatyczne studium niszczenia człowieka przez system totalitarny. 

Tytułowy bohater – rumuński marionetkarz włoskiego pochodzenia – zostaje niesłusznie oskarżony i trafia do stalinowskiego obozu pracy. Więziony w nieludzkich warunkach, poddawany torturom, traci pamięć. Po wyjściu na wolność, wciąż cierpiąc na amnezję, Brunul zaczyna pracować w Państwowym Teatrze Lalek. Świadkiem jego rozpaczy i samotności, słuchaczem i powiernikiem staje się marionetka o imieniu Bazylek. Brunul, nieświadomy paradoksalnych analogii między brutalną rzeczywistością a światem sztuki, zgłębia tajniki technik lalkarskich, ucząc się na pamięć fragmentów instrukcji:

 „Życie marionetki jest w rękach marionetkarza. Nigdy nie będziesz mógł poruszać lalką i sprawić, aby żyła tak, jak chcesz, jeżeli nie nauczysz się kontrolować dogłębnie jej duszy, niezależnie od miejsca, w którym się ona znajduje”*.

Po wyjściu z obozu Brunul jest tylko pozornie wolny. System nie opuszcza swej ofiary. Każda chwila życia lalkarza jest nadal nadzorowana. Staje się on dla reżimu poletkiem doświadczalnym. Agenci służb bezpieczeństwa poddają go „obróbce”, próbując uformować z niego nowego człowieka, który ma tworzyć „ziemski raj dla dobra ogółu”. Dzieło Luciana Dana Teodorovicia kreśli przerażającą wizję ubezwłasnowolnionego społeczeństwa, która jest niepokojąco aktualna.

Spektakl „Matei Brunul” jest poświęcony pamięci zmarłego przed rokiem profesora Wiesława Hejny – wieloletniego dyrektora Wrocławskiego Teatru Lalek, twórcy słynnej Małej Sceny dla Dorosłych, reżysera przełomowych przedstawień polskiego teatru lalek, w tym tzw. „tryptyku władzy” – trzech przedstawień Wrocławskiego Teatru Lalek, zrealizowanych na podstawie: „Procesu” Franza Kafki (1985), „Gyubala Wahazara” Witkacego (1987) oraz „Fausta” Johanna Wolfganga Goethego (1989). Wszystkie trzy spektakle podejmowały temat wpływu władzy na jednostkę.

*Lucian Dan Teodorovici, „Matei Brunul”, Wydawnictwo Amaltea, Oficyna Wydawnicza ATUT, Wrocław 2014, s. 18.
MATEI BRUNUL | premiera 8.11.2025 
Premiera spektaklu Jerzego Bielunasa i Anety Głuch-Klucznik na podstawie powieści Luciana Dana Teodorovicia 


Adaptacja powieści: Jerzy Bielunas 
Reżyseria: Jerzy Bielunas, Aneta Głuch-Klucznik
Reżyseria światła: Alicja Pietrucka
Scenografia: Mirosław Chudy
Kostiumy: Monika Luścińska, Elżbieta Terlikowska-Misiak
Marionetka: Maciej Luściński
Produkcja: Monika Luścińska, Wiktoria Palczewska
Występują: Sambor Dudziński (gościnnie), Aneta Głuch-Klucznik, Krzysztof Grębski, Sławomir Przepiórka, Piotr Starczak, Tomasz  Szczygielski (gościnnie), Marek Tatko
Spektakl na podstawie powieści Luciana Dana Teodorovicia pt. „Matei Brunul” w przekładzie Radosławy Janowskiej-Lascar (Wydawnictwo Amaltea, Oficyna Wydawnicza ATUT, Wrocław 2014).
Producent: Instytut im. Jerzego Grotowskiego
Partner: Wrocławski Teatr Lalek


8.11.2025, 19:00 - PREMIERA
9.11.2025, 18:00

Wrocławski Teatr Lalek (pl. Teatralny 4)

Czas trwania: 75 min
Bilety: 40/50 PLN, dostępne na stronie: https://bilety.teatrlalek.wroclaw.pl/
 
informacja prasowa

wtorek, 12 grudnia 2017

Jerzy Bielunas: Robić coś, co będzie wyzwaniem /wywiad/

Rozmawiam z  Jerzym Bielunasem – reżyserem teatralnym, profesorem PWST – o apokalipsie, grach komputerowych, o powstawaniu przedstawienia ”Głuptaski”, a także o dawnym i współczesnym PPA.
  
Jerzy Bielunas, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Barbara Lekarczyk-Cisek: Przygotowuje Pan nowe przedstawienie na tegoroczny Przegląd Piosenki Aktorskiej. Jakie były okoliczności powstania ”Głuptaski” i dlaczego sięgnął Pan po tekst Swietłany Wasilenko?

Jerzy Bielunas: Tekst ”Głuptaski” przeczytałem kilka lat temu. W 2008 roku książka była nominowana do Nagrody Angelusa. A ponieważ reżyserowałem koncert, podczas którego miały zostać wręczone nagrody, toteż przeczytałem wszystkie nominowane powieści. ”Głuptaska” mnie zachwyciła i już wówczas rozmawiałem z autorką – Swietłaną Wasilenko na temat adaptacji jej prozy. Wprawdzie zgodziła się, ale musiało upłynąć trochę czasu, ponieważ nie jest rzeczą prostą zainteresowanie teatrów czy sponsorów tego typu literaturą. Ponadto w owych latach książka robiła wrażenie pięknego, poetyckiego wspomnienia. Nikt nie przewidział, że nabierze nieprawdopodobnej aktualności.

Głuptaska w reż. Jerzego Bielunasa, fot. Łukasz Giza
Co Pana w tej powieści najbardziej poruszyło?

Moim zdaniem jest to przede wszystkim wysokiej klasy literatura. Urzekł mnie sposób, w jaki to napisała: pozbawiony histerii, poetycki i z pięknym przesłaniem. Ponadto autorka opisuje swoje przeżycia z dzieciństwa, które w jakiś sposób są mi osobiście bliskie. Mając około sześciu lat została wraz z innymi dziećmi wywieziona poza miasteczko atomowe i tam kazano im czekać na wybuch jądrowy. To doświadczenie zostało przez nią bardzo precyzyjnie opisane. Kluczem do tej historii jest stwierdzenie, że dla niej to miasteczko jest wciąż miejscem apokalipsy, ponieważ tam zobaczyła jak nadciąga koniec świata.
Ja także pamiętam ten dzień. Miałem wtedy dwanaście lat i zapadł mi w pamięć nastrój tego dnia, kiedy trwał kryzys kubański. Pamiętam bardzo dobrze moją mamę wpatrującą się w ekran telewizora do późnej w nocy. Pamiętam także lęk. Po latach przeczytałem na forum internetowym, gdzie wypowiadali się moi rówieśnicy, że ich dzieciństwu towarzyszył zawsze lęk, który zdawał się być wpisany w tę szarą rzeczywistość… W związku z tym doświadczenie Swietłany  Wasilenko nie jest mi obce.
Przy tym wszystkim miałem świadomość, że nie mogę tej książki adaptować w sposób literalny, ponieważ jest to opowieść bardzo przesiąknięta rosyjską kulturą, a także okrucieństwem i terrorem. Dla polskiego widza nie do przyjęcia.

Do jakiego odbiorcy zatem adresuje Pan tę sztukę?

Aby sztuka była nie tylko wspominaniem 1962 roku, chciałem zrobić coś także dla młodego odbiorcy. Podobnie było przy realizowaniu ”Pamiętnika z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego, kiedy to starałem się, aby ten spektakl nie był klasycznie historyczny, ale mówił o traumie i szaleństwie wojny. Chodziło mi też o to, aby zawierał odniesienia do współczesnych wojen i kataklizmów.
Tak więc w przypadku prozy Swietłany Wasilenko również zastanawiałem się, jak to zrobić, aby jej doświadczenie przybliżyć współczesnym odbiorcom.  Z drugiej strony należało stworzyć pomost pomiędzy jej przeżyciami a tym, czego doświadczamy dzisiaj. W konsekwencji, wykorzystując pewne wątki tej historii, starałem się powiązać je z innymi opowieściami o apokalipsie atomowej.

Kinga_Preis_Głuptaska, fot. Łukasz Giza

Z jakich źródeł czerpał Pan te opowieści?

Ogromnie wstrząsające było dla mnie to, że miliony ludzi na świecie, a w szczególności na Wschodzie, gra w komputerową grę, której akcja rozgrywa się po wybuchu w Czarnobylu i okolicach. Kiedy zobaczyłem tę grę, zorientowałem się, że ktoś zarabia miliony uprawiając ten oburzający proceder.  Świadomość, że gra, której akcja toczy się w miejscach, gdzie do dziś cierpią ludzie, które ciągle są żywym cmentarzyskiem, gdzie kolejne pokolenia są dotknięte skutkami tamtej eksplozji – jest dla mnie zjawiskiem szokującym. Zaskakujące jest, jak szybko takie miejsca mogą stać się przedmiotem rozrywki i zabawy. A także fakt, iż ktoś czerpie z tego krociowe zyski. Wydaje się, że cechą współczesnej kultury jest tendencja do zamieniania cierpienia w zabawę…
Mnie to wprawdzie boli, ale rozmawiałem z młodymi ludźmi, którzy twierdzili, że  nie ma w tym nic złego. Toteż realizując przedstawienie, nie próbuję  wprowadzać do niego dydaktyki, ale po prostu zestawiam doświadczenie różnych pokoleń: Swietłany, ofiar Hiroszimy, a ponadto wykorzystałem wypowiedzi ludzi, którzy widzieli wybuch elektrowni w Czarnobylu.   Zestawiłem je z grą komputerową i z wycieczkami do Czarnobyla. Cytuję także listy internautów: ”Dziękuję za wspomnień czar. Mam komplet wrażeń, których nie dostarczą mi piramidy i inne atrakcje. Wróciłam i nie świecę”…  Tego typu skondensowana wypowiedź ma w sobie porażającą moc, której nie rozumiem i nie jestem w stanie zaakceptować. Jednocześnie jednak muszę ją traktować jako znak czasu.

Przedstawienie ”Głuptaski” jest zatem nie tyle adaptacją, co impresją o różnych sposobach patrzenia na apokalipsę i w jakimś sensie także o tym, że odpychamy ten problem, a próbując go oswoić, zamieniamy go w zabawę. A przecież to rodzaj ucieczki od problemu. Ostatnio temat ten zyskał bardzo na aktualności, czego nie byłem w stanie przewidzieć rok temu, kiedy kończyłem pisać scenariusz.

Czy  zapraszając do współpracy dwie wybitne aktorki:  Kingę Preis i Małgorzatę Majewską – Krzysztofik,  miał Pan gotową wizję ról, które miały zagrać, czy też współtworzyły swoje postacie?

Małgorzata Hajewska_Traktorina_Zdjęcia Łukasz Giza

Przy pracy z aktorkami tej klasy  nie może być mowy o gotowych rolach. Spektakl powstaje we współpracy z nimi. To są pytania, które sobie ciągle zadajemy. Małgorzata Majewska – Krzysztofik gra i Swietłanę Wasilenko, i postać z jej książki  - Traktorinę Pietrowną, komunistkę, drużynową, wychowawczynię pionierów, oszalałą na punkcie idei. Natomiast Kinga Preis gra Głuptaskę – dziewczynkę chorą, nawiedzoną, która próbuje ratować świat przed obłędem.
Praca nad tymi rolami jest niezwykle kreatywna i w żaden sposób nie przypomina przeciętnych prób. Obie aktorki są zawsze znakomicie przygotowane. Większość partii wokalnych przypadła  Kindze, która ma do zaśpiewania kilka niezwykle trudnych utworów, napisanych przez Mateusza Pospieszalskiego. Robi to w taki sposób, że głęboko wnika w sferę przeżyć i autentycznie, boleśnie ożywia je na scenie.
Także Małgorzata Hajewska, choć znam ją z wielu ról, jest  aktorką, w której zawarta jest jakaś tajemnica…

Z Mateuszem Pospieszalskim realizował Pan „Pamiętnik z powstania warszawskiego” i „Wrońca”. Jak  się układa ta współpraca?

Mateusz potrafi zmierzyć się z najtrudniejszymi tekstami, ma bowiem znakomitą intuicję i niezwykły talent. Do ”Głuptaski” napisał kilka utworów, z czego dwa w estetyce gier komputerowych, techno, co w połączeniu z tekstami internautów daje świetny groteskowy efekt. Napisał też songi o porażającej wręcz sile lirycznej. W moim odczuciu jest to artysta obdarzony nieprawdopodobnym talentem. Wprawia nas w nieustanny podziw. Śpiewa we wszystkich rejestrach, ma słuch absolutny, a ponadto jest niezwykle  twórczy. Lubię, kiedy tworzy muzykę do tekstów pozornie niemuzycznych. Choć ustalamy pewne sprawy wspólnie, nasza współpraca dla nas obu ma pewne znamiona niespodzianki. Tak było np. w wypadku tekstów o Hiroszimie, które były dla niego wyzwaniem, a jednak kiedy usłyszeliśmy je w wykonaniu Kingi, obaj byliśmy bardzo zadowoleni z efektu. Ufam Mateuszowi i jestem mu wdzięczny, ponieważ mam świadomość, że uskrzydla moje projekty, dając im taką wspaniałą oprawę muzyczną.

Oprócz  Pospieszalskich w przedstawieniu wystąpi chór cerkiewny Oktoich  pod kierownictwem Grzegorza Cebulskiego. Niebywałe zjawisko na Przeglądzie piosenki Aktorskiej…

chór cerkiewny, fot. Łukasz Giza

Sam pomysł chóru cerkiewnego wziąłem z książki Swietłany Wasilenko. Bohaterka wychowywana jest przez babkę w duchu głęboko religijnym, pięknie śpiewa stare cerkiewne pieśni. Połączyliśmy muzykę cerkiewną w przepięknym wykonaniu chóru Oktoich w kontrapunkcie do muzyki współczesnej. Mateusz Pospieszalski poprosił naszych przyjaciół z chóru, aby zaśpiewali również w utworach techno. W ten sposób śpiewają oni w estetyce śpiewu cerkiewnego razem z Kingą i Mateuszem, tworząc przedziwny mariaż stylów, który jest artystycznie bardzo ciekawy i zaskakująco bogaty w rozmaite treści. Można go interpretować jako rodzaj przekładańca  kultur i systemów etycznych,  a także różnych światów wokół nas. Kiedy chór śpiewa z Kingą o Czarnobylu, nabiera to charakteru zaśpiewu kościelnego i robi piorunujące wrażenie.

Na koniec naszej rozmowy chciałabym jeszcze zapytać o Pańską współpracę z PPA w szerszej perspektywie. Jakie spektakle przygotował Pan w przeszłości? Co je łączy, a co stanowi o ich odrębności?

Było ich bardzo wiele, około trzydziestu różnych konceptów. Na początku były to spektakle, które przygotowywałem ze studentami: ”Piosenki spod wieży Eiffla” z Agnieszką Matysiak i Jackiem Bończykiem, potem był Brassens… Cieszyłem się bardzo, gdy niektórzy z moich studentów ten festiwal wygrali. Była wśród nich także Kinga Preis, która otrzymała nagrodę dzięki ”Balladom morderców”.
Potem interesującym dla mnie okresem był czas, kiedy dyrektorem PPA był Roman Kołakowski. Dał mi szansę pracy przy realizacji dużych koncertów. Po ”Balladach morderców” był ”Nick Cave i przyjaciele”, w którym wystąpił sam Nick Cave, a obok niego Anna Jopek, Maciek Maleńczuk, Kinga Preis, Staszek Sojka i inni. Koncert ten, obok występu Wojtka Kościelniaka, zupełnie zmienił estetykę PPA. Warszawski model kabaretowy, kiedy to przyjeżdżali najwięksi i pokazywali, jak się śpiewa piosenkę aktorską, został wzbogacony inną muzyką. Odtąd zaczęto mówić o przeglądzie aktorskiej interpretacji piosenki. Obok aktorów zaczęli się pojawiać także piosenkarze, zmieniła się formuła. Miałem także okres fascynacji piosenką francuską.

Kinga Preis w Balladach morderców, prasowe
Kolejnym etapem było dla mnie odejście od  formuły związanej ściśle z piosenką.  Bardzo długo, bo aż osiem lat,  starałem się o to, aby wystawić prozę Białoszewskiego. Dopiero kiedy zrealizowałem ten spektakl, dostrzeżono jego wartość. „Pamiętnik…” robiłem zresztą kilkakrotnie, w różnych składach wykonawczych.

Kiedy teraz realizuję ”Głuptaskę”, wykorzystując muzykę do mówienia o sprawach trudnych, patrzę na to wszystko i z dystansem, ale i z radością, bo była to wspaniała przygoda. Obecnie niszowa, studyjna praca jest dla mnie bardziej fascynująca. Ważne, abym mógł robić coś, co będzie dla mnie wyzwaniem.

Życzę, aby nowe wyzwania dawały Panu radość tworzenia i satysfakcję. Dziękuję za rozmowę.

Wywiad okazał się na portalu Kulturaonline w marcu 2015 r. 




wtorek, 9 lipca 2019

Jerzy Bielunas o tajemniczych związkach teatru i muzyki /wywiad/

O inspirujących związkach muzyki i teatru rozmawiam z Jerzym Bielunasem, reżyserem teatralnym i telewizyjnym, autorem wielu spektakli i koncertów, preferującym widowiska muzyczne i scenę piosenki.

Jerzy Bielunas, fot. z archiwum reżysera

Barbara Lekarczyk-Cisek: Od wielu lat zajmuje się Pan odmianą teatru, w którym muzyka odgrywa niepoślednią rolę. Przypuszczam więc, że mając takie ogromne doświadczenie w tej materii, mógłby Pan wiele powiedzieć na temat związków muzyki i teatru. Wiadomo, że są one nierozerwalne już u samych źródeł, ale sposób funkcjonowania muzyki w przedstawieniu teatralnym ewoluował i jest przez różnych twórców różnie traktowany. Jak jest w Pana przypadku? Z wykształcenia jest Pan polonistą, a teatrem zajął się później…

Jerzy Bielunas: Inspiracją większości moich przedstawień był jednak zawsze tekst, zawsze. Już w pierwszych przedstawieniach, które realizowałem (np. w adaptacji utworu Maxa Frischa w Teatrze Kalambur) zaczęły pojawiać się songi – jako kontrapunkty dla słowa mówionego.Stawały się rodzajem metaforycznej ucieczki od podstawowego i tekstu i otwierały przestrzeń na refleksję i na wzruszenie. Większość przedstawień, które zrobiłem, czy to dla dzieci, czy dla dorosłych, miała taki łączony, słowno-muzyczny charakter.

 Także mój ostatni spektakl: „Flower Power” powstał z inspiracji tekstami Jacka Podsiadły. Nie chcę tworzyć prezentacji piosenek hipisowskich, kolejnej „kopii Woodstocku”, koncertu podobnego jak ten w Jarocinie, gdzie muzyka, stroje i sceniczna konwencja w sentymentalny sposób przypominały miniony czas epoki dzieci – kwiatów.
Nie chodzi mi o tego rodzaju kopię czy retrospekcję. Punktem wyjścia dla mnie stały się wiersze Jacka Podsiadły, mówiące o tym, co się działo w PRL-u i jak ich bohater w tym czasie żył duchem hipisowskim, uciekając od tego zrutynizowanego, zniewolonego społeczeństwa. Poruszyło mnie to, w jaki sposób autor pisał o miłości, o ideałach, o amerykańskiej muzyce, a także o amerykańskich mitach, doskonale zdając sobie sprawę, że to tylko mity. A jednocześnie „śni mu się Ameryka”, bo jest formą ucieczki i nadziei. Po zdobyciu doświadczeń, ten młody buntownik powie jednak, że nie chce już zmieniać świata – ucieka do lasu. Czy to kapitulacja? Przeciwnie, to mądre i dojrzałe wejście w życie na uboczu. Taki model życia wybrał.

Iwona Bielska i Robert Więckiewicz na próbie Flower Power, T. Capitol, fot.
Wałków

Mnie się szalenie ta wpisana w wiersze opowieść spodobała. Bliska mi jest wizja człowieka, który wykrzykuje swój bunt, a potem uświadamia sobie, że świata nie zmieni, ale też nie chce, by świat zmienił jego. I żyje – w kręgu najbliższych na odludziu, z dala od zgiełku.
W tekstach Jacka Podsiadły jest wiele inspiracji zaczerpniętych z piosenek Boba Dylana. To jakby post-dylanowskie impresje.

Rozumiem, że był to dla Pana trop, za którym Pan poszedł…

Ależ tak! Zapragnąłem opowiedzieć o drodze człowieka, który odrzucił życie w zuniformizowanym społeczeństwie, a jednocześnie sięgnął po pełne emocji utwory muzyczne wyrażające tę samą potrzebę. Zaproponowałem Jackowi Podsiadle, że zrobię spektakl z jego poezji, z cytatami z piosenek amerykańskich: Boba Dylana, Jimi Hendrixa, Joni Mitchell, Janis Joplin itd. Wtedy on zasugerował mi, że należy zaprezentować te utwory z polskimi tekstami, a nawet podjął się ich przetłumaczenia. Przyjąłem tę propozycję z radością.

Praca nad „Flower Power” to dobry przykład na to, w jaki sposób, wychodząc od tekstu, dopełniam podjęty temat muzyką. Czasami są to songi, niekiedy muzyka czysto instrumentalna, zdarza się, że różnorodna stylistycznie. Tak było w spektaklu „Głuptaska” stworzonym na podstawie prozy Swietłany Wasilenko, gdzie muzykę współczesną zderzyliśmy ze śpiewami cerkiewnymi. Motyw muzyki religijnej jest bardzo ważny w  tej powieści. Wykorzystaliśmy też w przedstawieniu rosyjskie pieśni ludowe, bo i o nich była mowa w tekście.
Kiedy autor opisuje w utworze wrażenia muzyczne, to jest dla mnie jasne, że należy je w adaptacji scenicznej uwzględnić - otwiera się przede mną jako reżyserem możliwość urzeczywistnienia tej warstwy literatury.

Kinga Preis, GŁUPTASKA w reż Jerzego Bielunasa, T. Capitol, fot. Łukasz Giza

„Głuptaska” nie była tradycyjną adaptacją. Motyw zagrożenia atomowego występujący w tej powieści został połączony z tematem gier komputerowych, o których w oryginale nie ma mowy. Dla nich stworzyliśmy inny ekwiwalent muzyczny: „cybernetyczne” kompozycje Mateusza Pospieszalskiego. A wplecione w scenariusz teatralny fragmenty wspomnień, dotyczące wybuchu bomby w Hiroszimie i katastrofy w Czarnobylu miały swój odpowiednik w niezwykle poruszających songach Mateusza (m.in. z tekstami S. Aleksijewicz), zaśpiewanych przez Kingę Preis… A zatem każdy z literackich nurtów znalazł rodzaj wypełnienia, rozszerzenia, komentarza muzycznego.  Jedną z podstawowych form obrazowania w spektaklu stał się dźwięk, muzyka.

Innymi słowy, muzyka bywa obecna już w samym tekście literackim? A Pańska słynna realizacja teatralna „Pamiętnika z powstania warszawskiego”? W jakim sensie proza Białoszewskiego okazała się muzyczna?

Białoszewski zawsze był dla mnie muzyczny! Zafascynowałem się jego twórczością w czasach, gdy  studiowałem  polonistykę. Wtedy też został wydany „Pamiętnik z Powstania Warszawskiego” i po jego przeczytaniu natychmiast zapragnąłem zrobić przedstawienie. Niestety, nikt wówczas nie był zainteresowany. Widziałem przedstawienie Leszka Herdegena i Lidii Zamkow, a później kolejne, m.in. bardzo interesującą adaptację Marii Zmarz-Koczanowicz z 2004 roku, z Adamem Woronowiczem jako Mironem. Ja jednak od początku chciałem zrobić spektakl muzyczny, pragnąłem „Pamiętnik z Powstania…” zaśpiewać!  Długo nie mogłem znaleźć sponsora ani miejsca, gdzie mógłbym zrealizować takie przedstawienie.  Nawet w okresie, kiedy  tworzyłem  dużo koncertów i  spektakli w telewizji, spotkałem się z odmową, a w każdym razie z brakiem zainteresowania. Powszechnie uważano, że Białoszewski, który opowiada o wojnie do śpiewania się nie nadaje.  A przecież istniały opracowania na temat fonicznej strony jego prozy, m.in. świetna rozprawa Stanisława Barańczaka, który wnikliwie opisał jej muzyczne aspekty.

Scena z "Pamiętnika z powstania warszawskiego" w reż. Jerzego Bielunasa,  PWST WROCŁAW

Marząc o Białoszewskim śpiewanym szedłem niejako za wskazówkami samego autora. Był to przecież twórca wyjątkowo uwrażliwiony na muzykę, a jego teksty to partytura, w którą wpisane jest całe bogactwo odgłosów rzeczywistości.  Na poziomie dobrej interpretacji słychać te brzmienia. Białoszewski sam czytał teksty własne i innych autorów w niezwykle muzyczny sposób. Istnieją jego nagrania, o których pisał m.in. tak:

"Śpiewanie. Mówienie. Właśnie. Jaszcze to: jaka między nimi różnica? Niby wiadomo. Ale jak idzie między nimi granica? Czy decyduje nomenklatura? Czy przeciąganie zgłosek (a nawet głosek)? Czy różnice wysokości? Czy rytmiczność? Może zadrganie głosu? Z przeciąganiem? (...) Często były u nas mówienia specjalne (bardzo wyliczone co do melodii, choć jeszcze mówienia}, śpiewania wprost i śpiewanio-mówienia, na pograniczu, które okazało się dosyć szerokie, bo okazało się wiele sposobów prawie śpiewania, mówienia podśpiewywanego, ciągów monotonii albo na odwrót spiętrzeń rytmicznych, które robiły się samochcąc muzyką” (M. Białoszewski „O tym Mickiewiczu, jak go mówię”. Odra 1967, nr 6)

Słowem, pragnąłem stworzyć spektakl, w którym akustycznie ożyłyby rytmy, szepty, krzyki, melodie modlitw, śpiew litanii, świt pocisków, wybuchy bomb, warkot nadlatujących samolotów, huk walących się domów i ogromna ilość innych dźwięków zapisanych w dramatycznym „Pamiętniku …” Białoszewskiego. Mateusz Pospieszalski stworzył kompozycje do tekstu.  Nie mogąc znaleźć teatru, który byłby zainteresowany tym materiałem zdecydowałem się na eksperyment i zrobiłem „Pamiętnik…” jako przedstawienie dyplomowe w szkole teatralnej. Dopiero kiedy powstał spektakl – w 70 procentach śpiewany – udało mi się jego nagraniem zainteresować profesjonalnych producentów.

Śledząc Pańskie spektakle w dłuższej perspektywie, odnoszę wrażenie, że Mateusz Pospieszalski stał się znakomitym wyrazicielem Pańskich muzycznych pomysłów w teatrze.

GODZINA WROŃCA, scena ze spektaklu PWST WROCŁAW

Bardzo mnie cieszy, że los nas zetknął. I jestem wdzięczny Mateuszowi za to, że zajęty wieloma pracami, które nierzadko mają charakter komercyjny, okazał zainteresowanie tekstami trudniejszymi. Nie tylko dobrze je odczytuje, wykazując się wielką wrażliwością, intuicją i mądrością, ale również potrafi skomponować do nich odpowiednią muzykę.
Tak było z utworem Białoszewskiego i np. z „Wrońcem” Jacka Dukaja.  Muzyczne nawiązanie do takich utworów literackich nie jest prostym zadaniem. A jednak powstały znakomite kompozycje. W przypadku utworu Dukaja należało napisać rzecz dramatyczną, ale ubraną w formę trochę komiksu, trochę horroru. Mateusz napisał ciekawe utwory, które mogłyby funkcjonować niezależnie – jako songi teatralne, bo stwarzają rozmaite możliwości interpretacji.

W Pańskich spektaklach – bez względu na to, jak dużo jest w nich muzyki – wiodącą rolę odgrywa jednak słowo.

Zdecydowanie tak!  I na ogół staram się już nie ingerować  w  autorski tekst, poddaję go tylko rytmizacji, pewnym skrótom, zabiegom redakcyjnym. Nie doklejam już autorom songów napisanych przez kogoś innego. Białoszewski śpiewany nadal pozostaje Białoszewskim, a Dukaj – Dukajem.  Kiedy robiłem spektakl „Cicho” Maliny Prześlugi, jedynie redagowałem jej teksty tak , aby zamknąć je we frazach dających się zaśpiewać, ale nie dopisywałem ani jednej litery. Po latach różnych scenicznych prób doszedłem do wniosku, że wierność oryginalnej fakturze literackiej powinna być podstawą i że dla niej należy szukać muzycznego ekwiwalentu.  Dobra literatura nie znosi „dopisywania”.

Robił Pan w przeszłości również spektakle złożone z samych piosenek, np. Galę na PPA czy „Złotą różdżkę”, piosenki Tadeusza Nalepy. Słynne są także Pańskie „Ballady morderców” na podstawie tekstów Cave`a.  Czy w takich realizacjach muzyka nie odgrywa jednak dominującej roli?

Cóż, w przypadku „Ballad morderców” porwał mnie przede wszystkim temat: studium okrucieństwa i dewiacji. Sięgnąłem po ciekawe tłumaczenia , pracowałem z wrażliwymi, młodymi wykonawcami: Kingą Preis i Mariuszem Drężkiem, którzy potrafili znakomicie wypełnić interpretacyjnie te teksty. Pomagała nam grupa plastyków, którzy czuli współczesny język owej negującej „grzeczną rzeczywistość” ekspresji, a przedstawienie współtworzył dobry, pełen twórczych propozycji choreograf, Jarek Staniek. To wszystko sprawiło, że udało się nam stworzyć przedstawienie, które było współcześnie brzmiącym, silnym literackim i muzycznym obrazem okaleczonej psychiki.

Kinga Preis w "Balladach morderców" w reż. Jerzego Bielunasa, fot. prasowa

Mój Koncert Galowy na 27 PPA nosił tytuł „ Hotel pod Różami. Poeci polskiej piosenki”
 i był poświęcony najwybitniejszym autorom tekstów polskich piosenek – zatem i tu punktem wyjścia było słowo. W „Złotej Różdżce” zafascynował mnie groteskowy świat 19-wiecznej kiczowatej literatury dydaktycznej dla dzieci i starałem się stworzyć z tego makabryczną sceniczną opowiastkę pełną czarnego humoru.
Może jedynie w koncercie „Czarno-czarny film”, z piosenkami T. Nalepy, dominowała przede wszystkim muzyka. Ale w tym przypadku starałem się dopełnić ją, dialogującą z nią stroną plastyczną.  Lubię konstruować spektakle, w których sumuje się muzyka, obraz plastyczny i słowo, tworząc taki rodzaj więzi, który oddziałuje na emocje odbiorcy. Dlatego bardzo cenię sobie współpracę z dobrymi plastykami.

Czy nie jest to podobnie, jak w pięknym filmie Alaina Caurneau: „Wszystkie poranki świata”, w którym muzyka, słowo i obraz tworzą doskonale harmonijną całość i pozbawienie go lub choć częściowe ograniczenie sprawiłoby niepowetowane straty w odbiorze całości? Bo muzyka współtworzy sens całości, nie tylko obraz i słowo.

Właśnie tak!  Oczywiście „Wszystkie poranki świata” – to raczej niedościgły wzór, ale marzy mi się ten rodzaj syntezy – czasami bardzo bogatej. Mam świadomość, że w przeszłości trochę z tym bogactwem zdarzyło mi się przesadzić. Teraz jestem ostrożniejszy. Staram się łączyć obraz, słowo i muzykę, dbając przede wszystkim o harmonię kompozycji. W paru wypadkach chyba mi się to udało. Jestem na przykład zadowolony z połączenia tekstu z animacją i muzyką w koncercie „Honor jest wasz Solidarni”, przygotowanym na 20-lecie Solidarności w Hali Olivii w Gdańsku.

Choć już od dawna nie chodzę z dziećmi na spektakle, bo dorosły, ale pamiętam Pańskie znakomite realizacje teatralne dla młodej widowni, a ostatnio z wielką przyjemnością obejrzałam ponownie piękny spektakl sprzed 10 lat – „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”. Piosenki odgrywają tam szczególną rolę…

Scena z ''Czarnoksiężnika z Krainy Oz'' w reż. Jerzego Bielunasa,, fot. T. CAPITOL  Wroclaw

Zrobiłem sporo adaptacji klasyki literatury dziecięcej i wszędzie umieszczałem piosenki, które pełniły w spektaklach różne funkcje. Niekiedy pomagały charakterystyce bohaterów będąc rodzajem wyznania i pozwalały – zamiast mówionego monologu – w atrakcyjnej, zrytmizowanej formie opowiedzieć dzieciom o postaci.

 Na tym się rola piosenek się jednak nie kończy – mogą one też dynamizować akcję, prezentując sceny walk, pościgów, mogą przenosić małych widzów w krainę czarów i magii itd. W baśni muzyka odgrywa niezwykle ważną rolę – wnosi do opowieści wymiar metaforyczny, fantastyczny, nadprzyrodzony. Piosenki nie są tu wiec tylko „ozdobnikami”, ale mają sprecyzowaną dramaturgiczną funkcję.

Jest Pan również autorem piosenek…

Istotnie, napisałem nieco piosenek dla dzieci , przede wszystkim „Male Wu-Wu” i sporo
piosenek do spektakli, do których muzykę stworzyli przede wszystkim Mateusz Pospieszalski oraz Tomek Łuc.  Nawet myślałem, żeby zrobić koncert z tych różnych opowieści, ale chyba jeszcze nie nadszedł na to właściwy czas…
 W teatrze dla dzieci sam piszę teksty piosenek, kierując się tym, czego mi potrzeba. To wynika z myślenia reżyserskiego: komponując widowisko wiem, że jakieś fragmenty akcji najlepiej wyrażę ciekawą piosenką. Całość staje się zintegrowana, bo rodzi się z jednego impulsu, z tego samego źródła i jest jasnym projektem.

Czy zdarzyło się Panu zrealizować spektakl, w którym muzyka byłaby punktem wyjścia?

W Roku Chopinowskim zrealizowałem w Gdańsku plenerowe widowisko „Operowe fascynacje Chopina”. W tym wypadku inspiracją był Chopin i jego świat, a także świat oper, których słuchał, które oglądał i niekiedy we własnej twórczości wykorzystywał ich motywy. Widowisko zawierało nie tylko cytaty z tych oper, ale także listy Chopina, czytane przez wybitnych aktorów: Kingę Preis i Jana Peszka. Był to rodzaj impresji na temat oper XIX-wiecznych i fascynacji nimi wybitnego kompozytora, odmiana historycznego widowiska, które nawiązywało do XIX-wiecznej maniery operowej i dominujących w tamtej epoce form plastycznych.  Głównym źródłem scenicznych poszukiwań była dla nas jednak muzyka.

"Fantazja na oliwskie organy" w reż. Jerzego Bielunasa, fot. z archiwum reżysera

Podobnie rzecz wyglądała na festiwalu „ Mozartiana”, gdzie wyreżyserowałem widowisko „Fantazja na oliwskie organy”. W tym koncercie wykonywano wyłącznie kompozycje Mozarta, a opowieść dotyczyła historii klasztoru w Oliwie i jego opata, Jacka Rybińskiego, wybitnego mecenasa sztuki, fundatora sławnych organów. Osią tego widowiska były utwory muzyczne, do nich dobieraliśmy tematy i korespondujący materiał literacki.
W obu wspomnianych przypadkach muzyka stanowiła punkt wyjścia i dla niej poszukiwałem obrazów i scenicznych rozwiązań.

Niekiedy więc, zainspirowany muzyką, staram się zbudować historię obrazowo – literacką, najczęściej jednak wychodząc od literatury zmierzam do opowieści muzycznej.  Zawsze przyświeca mi jednak podobny cel: to, co robię, polega na próbie znalezienia pomostu pomiędzy światami muzyki, słowa i obrazu.

Dziękuję za rozmowę.

sobota, 25 sierpnia 2018

„Flower Power”: Siła muzyki i słowa /recenzja spektaklu/

Podczas 39. Przeglądu Piosenki Aktorskiej zaprezentowano m.in. muzyczny spektakl wyreżyserowany przez Jerzego Bielunasa na podstawie oryginalnych tekstów Jacka Podsiadły oraz jego tłumaczeń kultowych piosenek dzieci – kwiatów. Muzyka tej generacji w połączeniu z polską poezją dały niezmiernie interesujący efekt.



Ucieczka od pustki nad wielkie Jeziora Wyobraźni


Kanwę spektaklu „Flower Power” stanowią teksty Jacka Podsiadły – pełne celnych metafor, niekiedy ironii i charakterystycznego humoru. Jego podwojony Bohater, grany w spektaklu przez Roberta Więckiewicza i Andrzeja Kłaka (jako młody oraz jako dojrzały człowiek), jest buntownikiem i kontestatorem otaczającej go rzeczywistości, znajdującym się nieustannie „w drodze”, jak bohaterowie Kerouaca. Ucieka nie tylko od „małej stabilizacji”, której symbolem jest kuchenny kredens z naczyniami, które łatwiej napełnić niż pustkę – pragnie być wolny. Pojawiająca się w różnych kontekstach Kobieta z Kredensu (Iwona Bielska) uosabia wszystko, co zwykłe, pospolite, brzydkie, a także opresyjne, od czego ucieka bohater. Dokąd? Nad wielkie Jeziora Wyobraźni. Nie oznacza to bynajmniej oderwania od rzeczywistości ani naiwnego przyjmowania wszystkiego, co zachodnie. Choć doskonale zdaje sobie sprawę, że niektórzy tak myślą. Wierzą, że nigdy ponoć deszcz nie pada w Kalifornii, a banany lecą z nieba tak jak deszcz, ludzie złote mają serca, rzeki mlekiem płyną, tak tam jest.

Iwona Bielska jako Kobieta z kredensu, fot. Tomasz Wałków

Tymczasem obie te rzeczywistości – polska i amerykańska – wcale się tak bardzo od siebie nie różnią. Tu i tam ludzie czują się zniewoleni, a alkohol i narkotyki stają się najpopularniejszym sposobem ucieczki od opresyjnego świata. W Polsce pije się przeważnie na imieninach, gdzie – jak mówi Bohater Podsiadły – wódka leje się szerokim strumieniem na młyn języków mielących pustkę. Podczas, gdy „tam”, w owym lepszym świecie, zapijaczone, knajpiane towarzystwo pojawia się w piosence Jimi Hendrixa „Hey, Joe”, kapitalnie zagranej i zaśpiewanej przez ... Kingę Preis. Dzięki znakomitemu tłumaczeniu po raz pierwszy uważniej przyjrzałam się tekstowi, nie koncentrując się, jak dotychczas, na fantastycznej gitarze Jimiego. To, co w latach 70. odbieraliśmy jako bunt, wyrażało się przede wszystkim w sferze muzycznej. To muzyka, a nie słowo, wyrażała nasze emocje, naszą niezgodę. Tymczasem w spektaklu „Flower Power”, kiedy punkt ciężkości przenosi się na język, na metaforę, o wiele lepiej brzmią teksty Jacka Podsiadły. Po tamtych pozostał wprawdzie sentyment, ale to poezja nie utraciła swojej celności, zaś wiele metafor zabrzmiało świeżo i błyskotliwie. Zmienił się ustrój, ale przecież "języki mielące pustkę" pozostały…

Kinga Preis w spektaklu Flower Power w reż. Jerzego Bielunasa,
fot. Tomasz Wałków


Przemawiać nieobecnością


Muzyka nie zawsze jest w tym spektaklu kontrapunktem dla tekstu. Niekiedy wyraźne jest współgranie sensów – teksty poetyckie i piosenki znakomicie się dopełniają. Kiedy Bohater wstaje od imieninowego stołu i postanawia, że odtąd będzie przemawiać tylko swoją nieobecnością, towarzyszy mu piosenka Joni Mitchell „Schronienie pośród dróg” (w wykonaniu Anny Małek), w której wędrówka autostradą staje się jedyną możliwą formą ucieczki i drogą prowadzącą do wolności.

Nigdy nie dotrzesz daleko – dodaje sceptyczny Bohater Podsiadły – ale uciekaj, uciekaj… Bo lepsze to od bycia robotem.

Tymczasem społeczeństwo wstaje codziennie między piątą a szóstą wśród wrzasku miliona budzików…


Kochać, nie zbawiać ludzkości


Bohater Podsiadły dojrzewa w końcu do tego, aby przestać się buntować. Nie ma złudzeń, że amerykańskie mity stworzone przez dzieci - kwiaty są tylko mitami, a jednak nie chce z nich zrezygnować, bo to tak, jakby zrezygnował z życiodajnych marzeń.

Zawsze już będę wędrował do jakiejś Ameryki. Za Chlebem i Wolnością.
 I nigdy nie znajdę szlaku wiodącego
z powrotem na tamte prerie - powiada.
Prawdziwą przystanią okazuje się jednak miłość. 

Dla niej warto pisać wiersze i ofiarować wszystko, co najlepsze:

Nieśmiertelność.
Czystą wodę, zieloną trawę i błękitne niebo.
Wolność, pokój, Miłość i radość.


Robert Więckiewicz, Flower Power, fot. T. Wałków

Ale ten zakochany Bohater Podsiadły wcale nie staje się sentymentalny! Przeciwnie, nabija sobie głowę trawką i jak John Lennon śpiewający dla Yoko Ono, przeżywa ekstazę, przemierzając jakieś halucynogenne, przedziwne krajobrazy. W głowie szumi mu „Purple Haze” („Fioletowa mgiełka”) Jimi Hendrixa (wykonana fantastycznie przez Cezarego Studniaka), toteż pogodnie przyjmuje fakt, że w przedziale pojawia się … młody milicjant – znak opresyjnego systemu (stan wojenny!). Co więcej, zaczyna wyobrażać sobie, że przykleja śpiącemu do pleców tzw. pacyfę:

pacyfa na plecach milicjanta
byłaby doskonalą jak
kartka i donosiciel róża i kanał ściekowy

Takie to są realia polskiego hippisa, dowcipnie przez Podsiadłę nakreślone. Pod wpływem środków halucynogennych Bohater widzi, że konduktor stoi na korytarzu z tym głęboko zamyślonym oficerem LWP, zaś widoczny za szybą

Pociąg towarowy z czołgami na wielkich platformach
przesuwa się sąsiednim peronem.
Lufy wymierzone na południe.
Nacechowane dobrocią i łagodnością.

Jednak ten „stan zawieszenia” nie trwa wiecznie. Refleksyjny Bohater Podsiadły konkluduje, że

Świat, cudowny skarb dany ludziom 
nie może być skarbem państwa.
A co najważniejsze:
systemy muszą się zmienić.
Przedtem jednak
musisz zmienić się ty, ja.


Flower Power w reż. J. Bielunasa, fot. T. Wałków

Strofom Podsiadły towarzyszy "Imagine" Johna Lennona, z przesłaniem, aby ludzie stali się na powrót wspólnotą.
Kontrapunktuje ją „Like a Rolling Stone” Boba Dylana (Mateusz Pospieszalski śpiewa o tym, jak to jest porzucić dom i toczyć się jak kamień, zdany wyłącznie na siebie), spointowana dowcipnie przez Kobietę z Kredensu:

Świat kręci się w przeciwną stronę
niż stare płyty Dylana.

Ostatecznie pozbawiony złudzeń Bohater Podsiadły porzuca postawę buntu, deklarując jednak anarchizm:
                               Jestem anarchistą.
Lecz nie pragnę już zbawiać ludzkości,
chciałbym przed nią uciec.

Tej deklaracji towarzyszy piosenka Boba Dylana „Panie Tamburynisto”, która w wykonaniu Adama Nowaka zrobiła na słuchaczach bodaj największe wrażenie.  Cóż za wspaniały tekst! Dodajmy – i tłumaczenie Jacka Podsiadły. Smutna, nostalgiczna, ale jakże piękna…

Emose Uhunmwangho i Annę Malek:

Ostatni tekst zaśpiewany w tym spektaklu, także w tłumaczeniu Jacka Podsiadły, przynosi jednak rodzaj ukojenia, będąc zarazem rodzajem pointy. Jej treść zawiera esencję tego, co wartościowe w pokoleniu dzieci – kwiatów: ufność, pokojowe nastawienie, tęsknota za duchowymi przeżyciami oraz pragnienie wolności.

Piosenka z kultowego musicalu „Hair”: „Aquarius”, została kapitalnie zaśpiewana przez Emose Uhunmwangho i Annę Malek:

Harmonia i zrozumienie,
zaufanie, współistnienie,
nigdy więcej drwin i fałszu,
życie w tańcu, a nie w marszu
i mistyczne objawienie:
wyzwolone pokolenie.


Spektakl Jerzego Bielunasa, łączący harmonijnie teksty Jacka Podsiadły z kultowymi piosenkami lat 70., nie tylko dał szansę starszemu pokoleniu zanurzyć się z nostalgią w latach swojej młodości. Przemawiał do każdego. Przesłanie mówiące o tym, że wolność nie jest nigdy dana, ale trzeba ją sobie wywalczyć, bo zawsze będą jakieś „panie z kredensem”, systemy, które zniewalają, pieniądz, władza – pozostanie aktualne.

Interesująca koncepcja i znakomite wykonanie


Trafność, z jaką Jerzy Bielunas wybrał teksty Jacka Podsiadły oraz piosenki kojarzone z ruchem power flower i ułożył je w pewien rodzaj spójnej narracji, opowieści o buncie, dorastaniu, i dochodzeniu do dojrzałej refleksji, zasługują na szczególne uznanie. To nie jest, jak się często zdarza, spektakl banalny, służący jedynie popisom aktorów. Widać w nim precyzyjny zamysł, który sprawia, że utwory Podsiadły znakomicie „rymują się” z tekstami kultowych piosenek, znanych nam dotąd w oryginalnej wersji językowej, a przez to dość powierzchownie. Pomysł, aby większość z nich została przetłumaczona na język polski i to przez Podsiadłę, był strzałem w dziesiątkę.

Andrzej Kłak i Robert Więckiewicz w rolach Bohatera, fot. T. Wałków

Dodatkowym i niepozostawiającym wątpliwości atutem spektaklu jest znakomite wykonawstwo. Uznani aktorzy, z którymi Jerzy Bielunas współpracował już wcześniej, jak Kinga Preis czy Robert Więckiewicz oraz Andrzej Kłak, jak również aktorzy Teatru Muzycznego Capitol, nie tylko grający, ale i znakomicie śpiewający – mogli w pełni usatysfakcjonować najbardziej wybrednego widza. Muzyka na żywo, z towarzyszeniem zespołu Mateusza Pospieszalskiego, również współpracującego z Bielunasem od lat, współtworzyła całość spektaklu, podobnie jak to było w „Głuptasce” przed dwoma laty.

Flower Power w reż. Jerzego Bielunasa, fot. T. Wałków

Spektakl wzbogacała znaczeniowo także scenografia Honoraty Mochalskiej – Błachut – funkcjonalna, pozwalająca na zmianę otwartą, kostiumy Anny Czyż i wizualizacje Anny Szałwy – niebanalne, nawiązujące do lat 70., ale zarazem nie dosłowne, lecz dające przestrzeń dla wyobraźni, a nawet mające niekiedy rangę metafory. Owacja na stojąco na koniec przedstawienia zdaje się potwierdzać moje przekonanie, że był to jeden z najciekawszych spektakli tegorocznego Przeglądu Piosenki Aktorskiej.

P.S. Recenzja spektaklu "Flower Power" powstała tuż po jego obejrzeniu, ale po różnych zawirowaniach związanych z zawieszeniem pisma "Muzyka w Mieście", ukazuje się dopiero teraz. Tytuł recenzji jest polemiczny w stosunku do artykułu Magdy Piekarskiej: "Flower bez power".

poniedziałek, 14 maja 2018

Nagrody Silesius 2018. Bohdan Zadura - za całokształt twórczości

W sobotę, 12 maja zostały wręczone Wrocławskie Nagrody Poetyckie Silesius. Za całokształt twórczości został uhonorowany Bohdan Zadura. W kategorii "Książka roku" nagrodzono "Puste noce" Jerzego Jarniewicza, zaś za najbardziej interesujący debiut uznano "Raport wojenny" Agaty Jabłońskiej. Wiersze wszystkich typowanych autorów można było posłuchać w części artystycznej - w interpretacji znakomitych aktorów.


Gala wręczenia nagród została poprzedzona spotkaniami z twórcami, którzy czytali swoje wiersze. Mogliśmy posłuchać poezji także podczas Gali - tym razem w interpretacji znakomitych aktorów, m.in. Magdaleny Segdy, Teresy Sawickiej, Jana Peszka i Jerzego Treli. Towarzyszące im wizualizacje, pantomima i muzyka tworzyły bardzo interesującą całość, której reżyserem był Jerzy Bielunas. Galę poprowadził znany dziennikarz, Maciej Orłoś.

Teresa Sawicka, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Nagrody wręczył przewodniczący jury, prof. Andrzej Zawada. Spośród 208 książek poetyckich wyłoniono siedem, z czego nominowano trzy debiuty, a Nagrodę Silesius przyznano Agacie Jabłońskiej za tom poezji "Raport wojenny".

Agata Jabłońska, fot. B. Lekarczyk-Cisek


W kategorii "Książka roku" wybierano spośród 158 kandydatów, a Nagrodę Silesiusa otrzymał Jerzy Jarniewicz za "Puste noce".


Jerzy Jarniewicz, fot. B. Lekarczyk-Cisek

Nagrodzony autor przypomniał Bohdanowi Zadurze, że od jego "Małych muzeów" zaczął swoją przygodę z poezją.
Może zadedykuję tę nagrodę moim koleżankom i kolegom - autorom i autorkom znakomitych wierszy, którzy nie byli jeszcze nominowani - dodał.

Jak wspomniał prof. Andrzej Zawada w laudacji dotyczącej Bohdana Zadury, napisał on 58 książek w ciągu 50 lat, co jest dorobkiem imponującym, a ponadto jest od 2004 roku redaktorem naczelnym "Twórczości" - najważniejszego pisma literackiego w Polsce. Bohdana Zadurę określił jako mistrza i przewodnika kolejnych generacji poetyckich od lat 90.

Bohdan Zadura dziękował jury za piękną laudację, aktorom za wspaniałe interpretacje jego wierszy:
Wysłuchanie wierszy w ich interpretacji było dla mnie niemal tak samo ważne jak ta statuetka - dodał.

Bohdan Zadura


Miłych Czytelników proszę o polubienie mojej strony na Facebooku :-)


23. Jazztopad Festival /13–22.11.2026/

W dniach 13–22 listopada 2026 roku odbędzie się w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu 23. Jazztopad Festival.  Jazztopad od ponad dwudziest...

Popularne posty