Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Krzysztof Grębski, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Krzysztof Grębski, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 grudnia 2018

Spotkania z Krzysztofem Grębskim /reportaż, wywiad/

Pana profesora Krzysztofa Grębskiego - aktora Teatru Lalek we Wrocławiu oraz wykładowcę i prodziekana Wydziału Lalkarskiego PWST we Wrocławiu - znają laureaci Konkursu Ojczyzny Polszczyzny z warsztatów, które dla nich prowadził przed tzw. Wielkim Finałem. Cieszyły się one takim powodzeniem, że pojawił się pomysł przybliżenia sylwetki Profesora. W efekcie spotkania powstały „Porady mistrzów”, a także poniższy tekst, z którego można się dowiedzieć, jak wygląda dzień pracy prof. Krzysztofa Grębskiego, a także jakim studentem był on sam przed laty, kim byli jego mistrzowie, czym jest dla niego teatr i dlaczego najbardziej lubi komedie.

prof. Krzysztof Grębski, zdjęcie z archiwum aktora
Aby przyjrzeć się, jak wygląda praca Krzysztofa Grębskiego jako wykładowcy, trafiam do pięknie odnowionego gmachu przy ulicy Braniborskiej we Wrocławiu, w którym mieści się Wrocławska Filia Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Odbywają się właśnie zajęcia ze studentami III roku, które mają na celu przygotowanie dźwiękowego portfolio. W studiu nagrań, które jest pomysłem Krzysztofa Grębskiego i które funkcjonuje zaledwie od roku, w profesjonalnych warunkach studenci nagrywają fragmenty tekstów oraz piosenki, tworząc w ten sposób dość reprezentacyjny wybór swoich talentów i umiejętności.

Prof. Grębski podczas zajęć ze studentami,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
„Materiały te można zanieść do rozgłośni, do studiów radiowych i nagraniowych – wyjaśnia Profesor. W ten sposób łatwiej im będzie szukać dodatkowych zajęć w ramach swoich umiejętności. Zajęcia z dźwiękiem są spełnieniem mojej największej pasji. Już jako chłopiec bardzo często czytałem i parodiowałem różnych wykonawców przed mikrofonem. Korzystałem przy tym ze szpulowego magnetofonu, który podarował mi ojciec. Rodzice rejestrowali mój głos, kiedy miałem zaledwie roczek. Zachowały się też moje nagrania z okresu, gdy miałem kilka, kilkanaście lat, a także gdy zdawałem na studia. Ta pasja znalazła swój finał w zawodzie aktora i lektora1. Pracuję w różnych studiach radiowych we Wrocławiu i chcę swoich studentów zaprosić do tego, by zanim jeszcze opuszczą szkolne mury, utrwalali swoje głosy, które mogą się w przyszłości wydać komuś interesujące, co zaowocuje ewentualną współpracą”.

Na pytanie, w jaki sposób studenci PWST są przygotowywani do wykonywania zawodu, Profesor wspomina o stałej współpracy z Wrocławską Szkołą Filmową, mieszczącą się w dawnej Wytwórni Filmów Fabularnych. Okazuje się, że mają tam swoje plany zdjęciowe, podczas których realizują dwie sceny z polskich filmów. Podczas gdy studenci Szkoły Filmowej uczą się operatorstwa, oświetlenia i udźwiękowienia filmu, przyszli aktorzy mają szansę nauczyć się grać do kamery.

Próba I roku PWST, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Uczestniczę także w zajęciach I roku Wydziału Lalkarskiego. Tym razem studenci przygotowują pod opieką prof. Grębskiego przedstawienie kończące pierwszy rok studiów w przedmiocie „Elementarne zadania aktorskie w planie lalkowym”. Począwszy od własnoręcznego wykonania lalek i rekwizytów, a także elementów dekoracji, poprzez grę zespołową i indywidualną, uczą się zawodu aktora – lalkarza. Z przyjemnością obserwuję ich grę. Mimo niewielkiego doświadczenia,  radzą sobie znakomicie. Dobra dykcja, pomysłowy ruch sceniczny, błyskotliwie zagrane sceny – wszystko to sprawia, że dobrze się bawię i czuję, jakbym była w prawdziwym teatrze.

O przyszłości decydują marzenia /wywiad/

Rada bym dowiedzieć się więcej o zawodowej drodze prof. Grębskiego, proszę więc o chwilę rozmowy. Zaczynam od standardowego:

Dlaczego został Pan aktorem? 

Krzysztof Grębski: Od czasów przedszkolnych śpiewałem piosenki i lubiłem występować. Kiedy zostałem wyróżniony w konkursie czytania baśni, zrozumiałem, że umiem sprawić, aby mnie słuchano i że to się podoba. Wtedy właśnie uwierzyłem w siebie. A potem sukcesywnie – przez okres szkoły podstawowej i liceum - niezmiennie udzielałem się teatralnie.

Skończyłem liceum ogólnokształcące w Orzyszu, dokąd rodzice się przeprowadzili, ale nigdy nie miałem kompleksu prowincji. Będąc dzieckiem odwiedzałem regularnie moich dziadków ze strony ojca (dziadek był profesorem Politechniki Warszawskiej) w stolicy, byłem więc oswojony z dużym miastem. Nie chodziliśmy wprawdzie zbyt często do teatrów, raczej odwiedzaliśmy muzea, ale poza tym babcia miała dużo pięknych książek i czasopism, które mi czytała. Była pełna sprzeczności: praktyczna, a zarazem romantyczna. Próbowała mi wyperswadować zawód aktora jako niepraktyczny. Z kolei babcia ze strony mamy mieszkała na wsi, niedaleko Bielska Podlaskiego i wyjazdy do niej są moim najpiękniejszym przeżyciem z dzieciństwa. Istniał więc rodzaj polaryzacji między naturą, którą kochałem (zapach wsi, ziemi, siana, zboża, lasu, kwiatów…) a kulturą dużego miasta, również pociągającą. Ostatecznie zdecydowałem, że pojadę do szkoły teatralnej do Wrocławia, ponieważ mieszkała tam moja ciocia i wiedziałem, że jest tam Wydział Lalkarski. Chciałem się w ten sposób bardziej oddalić od domu i usamodzielnić. Kiedy teraz opowiadam o mojej drodze do aktorstwa młodym ludziom, to zawsze podkreślam, że to nie miejsce, w którym mieszkamy, tylko nasze marzenia decydują o przyszłości.

Mistrz i uczeń – „Ile waży życie?” 


Jan Dorman, Dziennik Teatralny

A jacy byli Pańscy mistrzowie? 

Moim największym mistrzem był Jan Dorman. Już podczas egzaminów wstępnych zaczarował mnie swoją osobowością. A później, kiedy przechodziłem kryzys i nie wierzyłem w siebie ani trochę, w związku z czym miałem po I roku studiów poważne problemy, właśnie on zaprosił mnie na warsztaty artystyczne. To było wielkie wyróżnienie! Nie zgłosiłem swojej kandydatury, bo nie śmiałem nawet pomyśleć, że zostanę wybrany. Tymczasem okazało się, że jestem w błędzie. To było jak podanie ręki. I od tego momentu wszystko się zmieniło. Dzięki niemu znowu uwierzyłem w siebie.

Jakim człowiekiem był Dorman? Co było w nim takiego szczególnego? 

Był to człowiek, który w pewnym sensie „nie pasował” do naszych czasów. Swoją osobowością i sposobem bycia przypominał raczej przedstawiciela przedwojennej krakowskiej bohemy. Kiedy przychodził w środy na zajęcia, otwierał wahadłowe drzwi i odnosiło się wrażenie, że przybywa z innej rzeczywistości. To były lata osiemdziesiąte, więc kontestowaliśmy stan wojenny. Chodziliśmy np. ubrani jak hipisi czy punki, żeby się wyróżnić z szarego tłumu. On natomiast ubierał się w elegancki, czarny płaszcz, pod którym nosił czarną marynarkę z czarną aksamitką na tle białej koszuli… Siwe włosy spływały mu na kołnierz tego czarnego płaszcza, a do tego nosił kapelusz, laskę oraz skórzany sakwojaż. Stawał w drzwiach, uśmiechając się do nas, zawsze go oczekujących, a my wiedzieliśmy, że przyjechał z jakąś nową anegdotą, zazwyczaj bardzo inspirującą. Któregoś dnia (pamiętam to do dzisiaj) czekało nas około trzydziestu studentów z różnych lat i na jego widok ukłoniliśmy się w pas: „Ach, witaj Mistrzu!” – takie było zawsze powitanie. Uśmiechnął się, bo bardzo lubił takie objawy adoracji, po czym podszedł do stojącego z brzegu studenta i podając mu swoją walizkę, zapytał: „Proszę powiedzieć, ile to waży”. Student próbował oszacować wagę bagażu, ale Dorman wyrwał mu go, wypowiedział swoje eufemistyczne przekleństwo: „zupa pomidorowa”, po czym przekazał bagaż następnemu. Skutek był ten sam. Sytuacja powtarzała się wielokrotnie („zupa pomidorowa!”), aż wreszcie Dorman odebrał sakwojaż ostatniemu delikwentowi („zupa pomidorowa!”), zamknął z trzaskiem drzwi i zapadła głęboka cisza. Staliśmy bezradnie patrząc po sobie. Po chwili drzwi się otworzyły, wszedł Dorman i oznajmił: „Wiecie, ile to waży? To całe życie waży!” I w tym momencie zrozumieliśmy, jak głębokie może być słowo „waga”. Jan Dorman fascynował mnie swoimi opowieściami i tym, co mówił o teatrze i o życiu.

„Powiedz, że jestem”

To we mnie pozostało. Janowi Dormanowi zawdzięczam także pozostanie na studiach. Trzytygodniowe warsztaty podczas wakacji w 1985 r. zaowocowały stworzeniem jednego z najpiękniejszych spektakli, w których brałem udział: „Powiedz, że jestem” na podstawie prozy Hanny Krall. To historia żydowskiej dziewczynki, ukrywającej się w czasie wojny za szafą. Otóż zakochuje się ona w chłopcu, a właściwie w jego głosie, tak mocno, że kiedy opuszcza swoją kryjówkę, aby dłużej nie narażać rodziny, prosi mieszkającą tam koleżankę Polkę, żeby powiedziała temu chłopcu o jej istnieniu: „Powiedz mu tylko, że jestem, że jestem powiedz...”. W przedstawieniu tym zagrałem polskiego „szmalcownika”, który miał wydać Żydówkę. Obsadzając mnie w tej roli, Dorman przełamał przy tym mój schemat „miłego chłopca”. Kiedy pod koniec przedstawienia z ust dziewczyny padają słowa: „Powiedz mu tylko, że jestem”, przez chwilę słychać muzykę Gustawa Mahlera – jego I Symfonię D-dur "Tytan" - wstrząsającą, przepiękną… Odbywało się to przy zgaszonym na kilkadziesiąt sekund świetle. Podczas prób dziwiłem się trwającym tak długo ciemnościom, ale kiedy po słowach dziewczyny wszyscy ryczeliśmy w kulisach jak bobry, podobnie zresztą jak publiczność na widowni, zrozumiałem, co Dorman chciał w ten sposób osiągnąć. Otóż ludzie wstydzą się swoich wzruszeń, a dzięki temu mieli czas, aby wytrzeć łzy w ciemności. I od tego czasu wszystko się zmieniło w moim życiu. Uwierzyłem w siebie i ludzie także we mnie uwierzyli. Dorman pokazał mi sposób na teatr, na życie, na to, że ono waży – waży emocje.

Powiedz, że jestem..., 16 czerwca 1985, Encyklopedia teatru polskiego

Hołd złożony Mistrzowi 

Spektakl „Powiedz, że jestem” stał się tematem mojej pracy magisterskiej. Zyskałem wówczas świadomość, że swoimi przedstawieniami wyznaczał Dorman pewne trendy w teatrze. Jednak największym hołdem, który złożyłem memu Mistrzowi, było wznowienie tego spektaklu w dziesiątą rocznicę jego śmierci, kiedy to założony przez niego Teatr Dzieci Zagłębia otrzymał imię Jana Dormana. Postąpiłem dokładnie tak samo, jak zrobił to on przed laty. Zagraliśmy na jego scenie i jak wtedy, gdy padały słowa „Powiedz, że jestem”, wszyscy odczuliśmy głębokie wzruszenie. Sądzę, że młodym ludziom brakuje dzisiaj mistrzów, autorytetów, a młody człowiek potrzebuje tego fundamentu.

Praca dydaktyczna 


Domyślam się, że Pańska relacja z Janem Dormanem ma również wpływ na Pańską pedagogikę… 

Istotnie, im bardziej oddalam się wiekowo od moich studentów, tym bardziej moje relacje z nimi stają się podobne do mojej więzi z Dormanem. Dzięki dystansowi bardziej empatycznie wczuwam się w ich emocje. Własne doświadczenia wpłynęły na uświadomienie sobie, że nie można nikogo zostawić bez pomocy, bo takie wyciągnięcie ręki bywa ratunkiem na całe życie. Dorman otaczał się młodymi ludźmi i czerpał z nich energię, młodość, spontaniczność. Sam dawał piękne doświadczenie, nie ukrywając bynajmniej, że ta wymiana jest obopólna. Pamięć o tym sprawia , że dzisiaj podchodzę do studentów bardziej troskliwie i z większą uwagą.

Jak to się stało, że został Pan pedagogiem na swojej uczelni? 

Już na IV roku otrzymałem od Wiesława Hejno – ówczesnego dziekana - propozycję asystentury na dwóch przedmiotach. Pomyślałem wtedy, że to wspaniała nagroda za te wszystkie kłopoty, które mi towarzyszyły przez pierwsze lata studiów. Dostałem także – zupełnie niespodziewanie – propozycję pracy w redakcji radiowej od pani Heleny Małachowskiej. Piękna była ta jej wiara w moje możliwości. Jednak nie mogłem skorzystać z tej kuszącej oferty, ponieważ miałem w szkole zbyt wiele godzin i próby w teatrze od rana do nocy.

Aktor i lektor 


Jest Pan również popularnym lektorem i aktorem dubbingowym. Skąd takie zainteresowania? 

Powróciłem do mikrofonu zupełnie boczną drogą, bo za sprawą prof. Ryszarda Łukaszewicza, we Wrocławskiej Szkole Przyszłości. Tak oto trafiłem na człowieka, który ma piękną i bogatą duszę. Zorganizował wówczas w przedszkolu występ teatralny, w którym zagrałem wraz z koleżanką Anią Kramarczyk i w konsekwencji dostałem propozycję udźwiękowienia filmu, który na potrzeby szkoły robił jego syn, Rafał. Nagranie powstało w Studio HAGI Film Wideo we Wrocławiu i w ten sposób zostawiłem swój ślad, od którego wszystko się zaczęło. Później otrzymałem propozycję, aby przeczytać dialogi w filmie fabularnym. Początkowo przychodziło mi to z wielkim trudem (półtoragodzinny film czytałem trzy godziny!), ale realizatorzy nie stracili wiary we mnie i po jakimś czasie znów mnie zaprosili. Tym razem poszło lepiej. A później były audiobooki, programy edukacyjne dla dzieci, prezentacje, reklamy etc. Do dzisiaj czytam filmy jako lektor. Doszło do tego, że zaaranżowałem w swoim domu studio nagrań, kupując sprzęt dobrej jakości. Największą frajdę daje mi czytanie filmów i robienie dubbingu. Kiedy siedzę przy małej lampce i czytam, to rozkoszuję się panującą ciszą i spokojem – jakby czas się zatrzymał… Bardzo lubię także pracować przy dubbingach, gdzie mogę się zaprezentować aktorsko, co jest niezmiernie trudnym zadaniem.

Poza pracą w Teatrze Lalek we Wrocławiu, od wielu lat jest Pan również aktorem Teatru Komedia… 

Tak. Zaczęło się od zastępstwa za Pawła Okońskiego w „Szalonych nożyczkach” w 2002 roku i od tego czasu regularnie z nimi współpracuję. Z wyboru bliższa mi jest sztuka kreowania poprzez lalkę, formę plastyczną i zawartą się w niej metaforę, ale pewna część mnie, ta z dzieciństwa, to urodzony komik. Tak oto spełniło się moje kolejne marzenie. Zagrać dobrze komedię jest piekielnie trudno! Każdy gest, pointa muszą być precyzyjnie wyprowadzone. Jednocześnie jest to piękna przygoda, bo w Teatrze Komedia spotykają się aktorzy z Teatru Współczesnego, T. Polskiego i T. Lalek, a nawet ci, którzy ukończyli wprawdzie szkołę teatralną, ale nie pracują w zawodzie. W ten sposób tworzy się płaszczyzna dająca szansę na współegzystowanie ze sobą całego środowiska teatralnego Wrocławia, i nie tylko Wrocławia!

Krzysztof Grębski (klęczy) w spektaklu Teatru Komedii "Rodzina Kerwoodów", prasowe

Istotne pytania 


Czy ma Pan jakąś ulubioną rolę albo spektakl? 

Moim kamieniem milowym pozostanie spektakl „Powiedz, że jestem” Jana Dormana. Już wtedy z moim kolegą Markiem Tatko poczuliśmy, że nie zagramy już w niczym piękniejszym... Pamięć tamtej emocji pozostawia nasz osąd ciągle aktualnym. Wszystko, co się później wydarzyło, było wariacją na temat tego jednego wrażenia i wspomnienia tego przedstawienia.

Są jednak spektakle, które niezmiernie cenię. Lubię epizody, takie jak rola Marka Webstera w „Przyjaznych duszach” w Teatrze Komedia. Lubię także rolę Cara Gawryło w „Koniku Garbusku”, którego premiera odbyła się dwadzieścia trzy lata temu w Teatrze Lalek, a jednak ciągle to gramy. Każde nowe zadanie jest wyzwaniem, wielką niewiadomą. W jaki sposób wypełnię sobą tę przestrzeń myśli reżysera, myśli autora? W jaki sposób nastąpi koegzystencja tych trzech planów, trzech wyobrażeń? I co takiego powstanie na scenie? Czy to będzie bliskie mnie samemu..?

Sądzę, że to dobre pytania dla każdego z nas. Powinniśmy je sobie zadawać nieustannie w kontaktach z ludźmi. Pozostawiam więc z nimi naszych Czytelników i zachęcam do refleksji.

Dziękuję za rozmowę.

Prof. Krzysztof Grębski użycza swego głosu lektor filmowy i aktor dubbingowy, m.in. we „Włatcy móch” oraz jako lektor w „Cesarzowej” Yimou Zhanga  

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Nowej Ery, na podstronie Konkursu Ojczyzny Polszczyzny.

środa, 5 grudnia 2018

Pszczoły pocą się woskiem. Słodki finał Konkursu Ojczyzny Polszczyzny

Tegoroczny finał Konkursu Ojczyzny Polszczyzny dla szkół podstawowych przebiegał  pod znakiem miodu i pszczół – takie bowiem były tematy prac pisemnych, wystąpień ustnych, a nawet wykładów. Profesor Józef Ostapowicz dowodził, że pszczoły … pocą się woskiem, a prof. Jan Miodek wtajemniczył słuchaczy w etymologię swojego nazwiska.

prof. Józef Ostapowicz, fot. Andrzej Krupa
Przybyli z całego kraju i ze Lwowa finaliści przebywali we Wrocławiu od 16 do 18 maja 2013 r. w gościnnych murach Hotelu Jana Pawła II. Tam też odbyły się „Warsztaty żywego słowa”, prowadzone przez prof. Krzysztofa Grębskiego – aktora i wykładowcę PWST we Wrocławiu, który w lekkiej, dowcipnej formie zapoznawał uczestników konkursu z tajnikami interesującej prezentacji. Uczył m.in. jak skonstruować linię dramaturgiczną wypowiedzi, używając właściwej intonacji i pauz, a także kontrastów znaczeniowych, które sprawiają, że wypowiedź staje się intrygująca. Dowodził, że „głosem można bardzo pięknie malować”, posługując się niewiele znaczącymi słowami albo samymi tylko spółgłoskami. Uczniowie mogli się o tym przekonać opowiadając baśń o Czerwonym Kapturku, wykorzystując wyłącznie dwa słowa: „moderato cantabile”. Każda baśń ma bowiem swoją charakterystyczną melodykę: „Dawno, dawno temu…” Tak więc posługując się tylko intonacją, uczniowie kreowali postaci: stanowczym tonem - mamę Kapturka, dziewczęcym – główną bohaterkę itd. W ten sposób uczestnicy warsztatu uczyli się analizować logikę tekstu:  co jest w nim istotne, które momenty są kluczowe, jak doprowadzić akcję do momentu kulminacyjnego. Profesor uczulał też uczniów na intonację i dykcję, a także na mowę ciała i tzw. pierwsze wrażenie:
„Pamiętajmy, że w intonacji zawarta jest informacja -  dowodził. Słowo, prócz tego, co znaczy, nabiera znaczeń przez waszą postawę, wasze ciało i to, jak je intonujecie”.

warsztaty prof. Krzysztofa Grębskiego, fot. Andrzej Krupa

Prof. Krzysztof Grębski nie tylko proponował uczniom atrakcyjne ćwiczenia warsztatowe, ale sam wcielał się w różne role i postaci, ku uciesze uczestników, pokazując tym samym, jakie można osiągnąć w tej dziedzinie mistrzostwo. Organizowane po raz kolejny warsztaty prof. Grębskiego cieszyły się wielkim powodzeniem i okazały niezwykle skuteczne w świadomym tworzeniu własnej wypowiedzi przez finalistów konkursu.

prof. Krzysztof Grębski podczas prowadzenia zajęć, fot. B. Lekarczyk-Cisek
Tradycyjnie już zaproponowano uczniom warsztaty integracyjne, które przeprowadziły panie: Magdalena Nowak i Magdalena Ślęzak. Doświadczenie pokazuje, że bardziej istotne dla uczniów są nowe przyjaźnie niż atmosfera rywalizacji. Zajęcia te pozwalają poczuć się swojsko i opanować stres.
Takie, wspierające uczestników, działanie miały także dopełniające się warsztaty. Wśród nich znalazły się   zajęcia pod znaczącym tytułem: „Ożywianie słowa”, prowadzone przez Piotra Parę - reżysera teatru dzieci i młodzieży z wieloletnim doświadczeniem, pedagoga, mima, w przeszłości aktora Teatru Pantomimy Henryka Tomaszewskiego, aktualnie wykładowcy w Dolnośląskiej Szkole Wyższej. Natomiast do opowiadania własnych historii przygotowywała uczestników Dorota Bałuszyńska – Srebro,  w ramach warsztatów „Od prostych słów do niezwykłych opowieści”. Prowadząca jest absolwentką Filologii Polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, reżyserką teatru dzieci i młodzieży oraz autorką książek dla dzieci i młodzieży: „Imir” i „Bohaterowie zaczarowani”, „Ostatni rycerz”.

 Od początku istnienia Konkursu organizatorzy stawiali sobie za cel stwarzanie uczestnikom warunków wszechstronnego rozwoju. Obok ćwiczeń stricte warsztatowych służą temu wykłady i wycieczki edukacyjne.

prof. Józef Ostapowicz, fot. Andrzej Krupa
W tym roku mogliśmy wysłuchać wykładu Józefa Ostapowicza: „Tajemniczy świat pszczół”.  Autor jest z zawodu muzykiem, z zamiłowania zaś hodowcą pszczół, o czym mogliśmy się przekonać słuchając jego barwnej historii, przeplatanej scenkami mimicznymi i śpiewanymi przez młodzież piosenkami jego autorstwa („Skarby z ula”), jak również degustacją różnych rodzajów miodu.
Wykładowca wspominał swoje dzieciństwo spędzone w Tarnowicy Polnej na Kresach, gdzie dziadek pana Ostapowicza zaszczepił w małym chłopcu zamiłowanie do pszczelarstwa. Obrazy miodobrania na zawsze zapadły w jego serce. Począwszy od IV klasy szkoły podstawowej zaczął hodować pszczoły i zgłębiać literaturę przedmiotu. O życiu pszczół Józef Ostapowicz opowiadał niezwykle zajmująco. Dowiedzieliśmy się m.in., że każdy ul ma swój niepowtarzalny zapach i że pszczoły … pocą się woskiem. Poprzez taniec przekazują informacje o tym, gdzie znajdują się zasobne źródła pyłku. Pszczoła – robotnica ma na nóżkach dwa koszyczki, do których zbiera pyłek – podstawę rozwoju pszczelej rodziny. Wśród mieszkańców ula panuje precyzyjnie ustalony podział ról. Najważniejsza jest królowa – matka, której głównym zadaniem jest składanie jajeczek (ok. 2 tysiące na dobę!) i która karmiona jest mleczkiem pszczelim. Żyje do pięciu lat i bezwzględnie uśmierca swoje rywalki.  W ulu – twierdził pan Ostapowicz – słychać śpiew matek… Już małe pszczółki nie próżnują, ale sprzątają ul. Funkcjonują też pszczoły – cysterny, które piją miód i są jego źródłem. Są również w ulu osobniki, które nic nie robią – trutnie. Truteń jest tak leniwy, że nawet nie chce mu się samemu jeść i musi być karmiony… Ale ten błogi (dla trutniów) stan trwa do czasu, kiedy przestają one być użyteczne jako zapładniacze. Wtedy są bezwzględnie wyrzucane z ula. Można się tylko domyślić, co się z nimi dzieje po „eksmisji”… Józef Ostapowicz mówił również o zbawiennych skutkach produktów pszczelich na ludzki organizm: różnych odmian miodu, wosku, jadu pszczelego i innych.

prof. Jan Miodek, fot. Andrzej Krupa
Do słowa „miód” nawiązał również w swoim wykładzie prof. Jan Miodek, analizując jego etymologię, a zarazem pochodzenie własnego nazwiska. Dowiedzieliśmy się, że jesteśmy jedynym narodem słowiańskim, które ma słowo „miód” ( „miodek”). Wymiana „mied” na „miód” jest zjawiskiem tzw. przegłosu polskiego. Ale są takie formy, w których to pierwotne „e” pozostało: np. we wsi Miedary k/ Tarnowskich Gór – rodzinnej miejscowości Profesora. Dotyczy to także nazwy miejscowości Miedonia czy nazwiska Miedyński. Pierwotne „e” znajduje się także w słowie „niedźwiedź”, pochodzącym od słów: „mied” i „jed”, czyli „jedzący mied”, „miodojad”. Natomiast cały słowiański świat posługuje się formą „mied”.  Zupełnie nieczytelne jest obecnie również słowo „pszczoła”. Otóż prof. Miodek wyjaśnił, że pochodzi ono od pierwotnego: „bczela” i wskutek procesów ubezdźwięcznienia powstało współczesne „pszczoła”, jakże trudne do wymówienia dla cudzoziemców. Są to słowa dźwiękonaśladowcze – oparte na tzw. słoworodzie naturalnym, podobnie jak kukułka czy dudek.
Na zakończenie Profesor podkreślił wyjątkowo wysoki poziom tegorocznego finału Konkursu Ojczyzny Polszczyzny i pogratulował serdecznie jego uczestnikom.

Główne nagrody otrzymali:
I miejsce: Viana Butko ze Szkoły Podstawowej nr 168 w Zespole Szkół nr 84 w Warszawie,
II miejsce: Magdalena Karczewska ze Społecznej Szkoły Podstawowej nr 4 Podlaskiego Towarzystwa Oświatowego w Białymstoku,
III miejsce: Joanna Kalita ze Społecznej Szkoły Podstawowej nr 1
Społecznego Towarzystwa Oświatowego im. Noblistów Polskich w Szczecinie.
Wyróżnieni zostali: Natalia Mierzwicka, Dagmara Protaś, Pola Juchaniuk, Majka Wankiewicz, Aleksandra Kokot, Eryk Kawecki, Zofia Przyprawa.

Konkurs zaszczycił swoją obecnością Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Bogdan Zdrojewski. Ponadto – tradycyjnie - program artystyczny – przedstawienie „Małego Księcia” przygotowała wraz ze swymi uczniami Dorota Szemro – Aleksandrowicz. Organizatorką tej edycji Konkursu, z ramienia Stowarzyszenia Ojczyzny Polszczyzny, była Agata Wodzińska, polonistka, nauczycielka Szkoły Podstawowej nr 107 we Wrocławiu. Całość koordynowała Prezes Stowarzyszenia – Elżbieta Kielman.

Artykuł ukazał się pierwotnie na podstronie Konkursu na portalu Wydawnictwa Nowa Era (2013).

środa, 22 października 2025

Premiera spektaklu "MATEI BRUNUL" w reżyserii Jerzego Bielunasa i Anety Głuch-Klucznik we wrocławskim Teatrze Lalek /zapowiedź spektaklu/

8 listopada na scenie kameralnej Wrocławskiego Teatru Lalek odbędzie się premiera spektaklu MATEI BRUNUL w reżyserii Jerzego Bielunasa oraz Anety Głuch-Klucznik. Spektakl jest sceniczną adaptacją powieści rumuńskiego pisarza Luciana Dana Teodorovici pt. „Matei Brunul”. Książce przyznano w Rumunii najważniejsze nagrody i uznano za „Książkę Roku”.

Sceniczna adaptacja książki „Matei Brunul” (2011) rumuńskiego pisarza Luciana Dana Teodorovicia. Powieści przyznano w Rumunii wszelkie najważniejsze nagrody i uznano ją za „Książkę Roku”. Została przetłumaczona m.in. na język angielski, francuski, niemiecki, węgierski i polski. Ukazała się w Stanach Zjednoczonych oraz w wielu krajach Europy, wszędzie spotykając się z uznaniem. W 2015 roku utwór został nominowany do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus i otrzymał Nagrodę Czytelników im. Natalii Gorbaniewskiej.

Akcja powieści rozgrywa się w Rumunii w czasach reżimu stalinowskiego. To dramatyczne studium niszczenia człowieka przez system totalitarny. 

Tytułowy bohater – rumuński marionetkarz włoskiego pochodzenia – zostaje niesłusznie oskarżony i trafia do stalinowskiego obozu pracy. Więziony w nieludzkich warunkach, poddawany torturom, traci pamięć. Po wyjściu na wolność, wciąż cierpiąc na amnezję, Brunul zaczyna pracować w Państwowym Teatrze Lalek. Świadkiem jego rozpaczy i samotności, słuchaczem i powiernikiem staje się marionetka o imieniu Bazylek. Brunul, nieświadomy paradoksalnych analogii między brutalną rzeczywistością a światem sztuki, zgłębia tajniki technik lalkarskich, ucząc się na pamięć fragmentów instrukcji:

 „Życie marionetki jest w rękach marionetkarza. Nigdy nie będziesz mógł poruszać lalką i sprawić, aby żyła tak, jak chcesz, jeżeli nie nauczysz się kontrolować dogłębnie jej duszy, niezależnie od miejsca, w którym się ona znajduje”*.

Po wyjściu z obozu Brunul jest tylko pozornie wolny. System nie opuszcza swej ofiary. Każda chwila życia lalkarza jest nadal nadzorowana. Staje się on dla reżimu poletkiem doświadczalnym. Agenci służb bezpieczeństwa poddają go „obróbce”, próbując uformować z niego nowego człowieka, który ma tworzyć „ziemski raj dla dobra ogółu”. Dzieło Luciana Dana Teodorovicia kreśli przerażającą wizję ubezwłasnowolnionego społeczeństwa, która jest niepokojąco aktualna.

Spektakl „Matei Brunul” jest poświęcony pamięci zmarłego przed rokiem profesora Wiesława Hejny – wieloletniego dyrektora Wrocławskiego Teatru Lalek, twórcy słynnej Małej Sceny dla Dorosłych, reżysera przełomowych przedstawień polskiego teatru lalek, w tym tzw. „tryptyku władzy” – trzech przedstawień Wrocławskiego Teatru Lalek, zrealizowanych na podstawie: „Procesu” Franza Kafki (1985), „Gyubala Wahazara” Witkacego (1987) oraz „Fausta” Johanna Wolfganga Goethego (1989). Wszystkie trzy spektakle podejmowały temat wpływu władzy na jednostkę.

*Lucian Dan Teodorovici, „Matei Brunul”, Wydawnictwo Amaltea, Oficyna Wydawnicza ATUT, Wrocław 2014, s. 18.
MATEI BRUNUL | premiera 8.11.2025 
Premiera spektaklu Jerzego Bielunasa i Anety Głuch-Klucznik na podstawie powieści Luciana Dana Teodorovicia 


Adaptacja powieści: Jerzy Bielunas 
Reżyseria: Jerzy Bielunas, Aneta Głuch-Klucznik
Reżyseria światła: Alicja Pietrucka
Scenografia: Mirosław Chudy
Kostiumy: Monika Luścińska, Elżbieta Terlikowska-Misiak
Marionetka: Maciej Luściński
Produkcja: Monika Luścińska, Wiktoria Palczewska
Występują: Sambor Dudziński (gościnnie), Aneta Głuch-Klucznik, Krzysztof Grębski, Sławomir Przepiórka, Piotr Starczak, Tomasz  Szczygielski (gościnnie), Marek Tatko
Spektakl na podstawie powieści Luciana Dana Teodorovicia pt. „Matei Brunul” w przekładzie Radosławy Janowskiej-Lascar (Wydawnictwo Amaltea, Oficyna Wydawnicza ATUT, Wrocław 2014).
Producent: Instytut im. Jerzego Grotowskiego
Partner: Wrocławski Teatr Lalek


8.11.2025, 19:00 - PREMIERA
9.11.2025, 18:00

Wrocławski Teatr Lalek (pl. Teatralny 4)

Czas trwania: 75 min
Bilety: 40/50 PLN, dostępne na stronie: https://bilety.teatrlalek.wroclaw.pl/
 
informacja prasowa

środa, 12 października 2022

"Sen nocy letniej" we Wrocławskim Teatrze Lalek /zapowiedź/

15 października Wrocławski Teatr Lalek zaprasza na premierę "Snu nocy letniej" Williama Shakespeare` a w przekładzie Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i w reżyserii Jakuba Kofty oraz Marii Wojtyszko. Spektakl otwiera sezon artystyczny 2022/2023 tego teatru.

Spektakl otwierający sezon 2022/2023 we Wrocławskim Teatrze Lalek i jednocześnie inaugurujący trzecią kadencję dyrektorów Janusza Jasińskiego i Jakuba Krofty. Twórcy przedstawienia to autorzy flagowych przedstawień WTL w ostatniej dekadzie: „Sam, czyli przygotowanie do życia w rodzinie”, „Piekło – niebo” oraz „Ojeja, albo o dziewczynce, która nie znała własnego imienia”, a w obsadzie po raz pierwszy pojawi się cały zespół artystyczny teatru.

„Sen nocy letniej” to nie tylko jedna z najbardziej znanych i najczęściej wystawianych sztuk Williama Shakespeare’a, ale też jedna z najzabawniejszych. W tej wiktoriańskiej komedii romantycznej najważniejsza jest nie fabuła, pełna tak zwanych „plot holes” (czyli braków, niespójności fabularnych), i nie dramaturgia, ale nastrój i przekaz. 

Sen nocy letniej, próba, fot. Natalia Kabanow

Spektakl duetu krofta/wojtyszko będzie kolejnym w repertuarze WTL tytułem, którego twórcy mierzą się z wielką klasyką i reinterpretują ją w teatrze dla dzieci. Poprzednie przedstawienia w tym nurcie: „Czarodziejski flet”, „Lalka Kafki” i „Burza” są do dziś z powodzeniem grane dla szerokiej dziecięcej widowni. „Sen nocy letniej” to dla najmłodszych doskonałe wprowadzenie do twórczości Williama Shakespeare’a i wspaniały początek przygody z „dorosłą” teatralną klasyką. 

„Bo miłość duszą patrzy, a nie okiem,

Dlatego Amor jako ślepy słynie.

Ani też miłość nie bywa rozsądna,

Skrzydła bez oczu to pęd lekkomyślny,

Przeto malują miłość jako dziecko,

Bowiem się złudą kieruje w wyborze”.

„Sen nocy letniej” jest opowieścią o tym, jak bezradni jesteśmy wobec emocji – miłości, zazdrości, zranionej ambicji. Przez scenę przetacza się korowód bohaterów, a każdy jest równie zabawny, co tragiczny. Wyjątkowość Shakespeare’a kryje się w tym, że jego postaci, nieważne jak bajkowe, zawsze są ludźmi z krwi i kości. Nikt nie jest całkowicie zły ani całkowicie dobry, nikt nie jest wolny od wad i śmieszności. W obliczu uczuć wszyscy zachowują się jak dzieci. 

„Wolą mężczyzny rozum rządzi przecie, a rozum mówi, że ty jesteś lepsza”  - tłumaczy Helenie omamiony magicznym zielem Lizander.  To jedno zdanie jest kwintesencją ironicznego humoru  Stradfordczyka i mówi o naturze ludzkiej tyle, co cały rozdział ze współczesnego podręcznika psychologii. Lizander nie tylko nie widzi sprzeczności w tym, że przed snem kochał Hermię, a po obudzeniu Helenę, ale na dodatek tłumaczy to sobie „męską logiką”.  Shakespeare widzi ludzi w całej ich głupocie, czasem podłości, a mimo to wcale ich nie osądza.

Sen nocy letniej, próba, fot. Natalia Kabanow

Nasza metoda na Shakespeare’a to czytanie dramatu i wydobywanie ukrytych w nim sensów. Niczego nie dodajemy, nie naginamy sztuki do własnych tez i światopoglądu. W przypadku wątpliwości pracujemy z oryginałem i zaglądamy do różnych przekładów, ale bardziej niż dokładność tłumaczenia interesuje nas, czy właściwie rozczytaliśmy intencje postaci i dramaturgię sytuacji.  

Shakespeare patronuje całej naszej wizji teatru, w którym ufamy tekstowi i polegamy na znajomości zespołu aktorskiego. Poszczególne elementy spektaklu nie są wykwitami indywidualnej ekspresji artystycznej scenografki czy muzyka, ale kawałkami materii, z której wszyscy razem lepimy przedstawienie. Nie przychodzimy na próby z gotowymi pomysłami, pozwalamy, żeby pomysły rodziły się w konkretnej przestrzeni i w unikalnej energii międzyludzkiej. Inaczej mówiąc – nie projektujemy wizji totalnej, teatru idealnego, ale idziemy za tym, co jest na wyciągnięcie ręki. 

Sen nocy letniej, próba, fot. Natalia Kabanow

Zawsze pamiętamy, że wielki dramatopisarz miał poczucie humoru. Pisał sztuki, które bawiły i londyńską biedotę, i dwór. Dla arystokracji przeznaczał wyrafinowane gry słowne, dla ludu fragmenty takie jak opowieść Puka:

„Czasem się zamieniam w stołek na trzech nogach,

A kiedy babsztyl siądzie, ja umykam

I gruby tyłek leci na podłogę.

Babsztyl się krztusi i klnie – a kompania

Piszczy i kwiczy, i mówi, że nigdy

Jeszcze tak świetnie się nie zabawiła”.

Jednym słowem, Shakespeare nie czuł obciachu. I w tym jesteśmy do niego podobni. 

krofta/wojtyszko

....................................................................................................................................................

Sen nocy letniej

Premiera: 15.10.2022 | godz. 17:00 | Duża Scena

Przekład: KONSTANTY ILDEFONS GAŁCZYŃSKI

Reżyseria: krofta/wojtyszko (JAKUB KROFTA i MARIA WOJTYSZKO)

Scenografia, kostiumy: MATYLDA KOTLIŃSKA

Muzyka: GRZEGORZ MAZOŃ

Choreografia: MILENA CZARNIK

Reżyseria światła: DAMIAN PAWELLA 

Obsada: 

TEZEUSZ - książę Aten - KONRAD KUJAWSKI 

EGEUSZ - ojciec Hermii - JOLANTA GÓRALCZYK 

LIZANDER - PIOTR STARCZAK 

DEMETRIUSZ - GRZEGORZ MAZOŃ 

FILOSTRATES - mistrz zabaw i ceremonii u Tezeusza - MAREK TATKO 

PIGWA - cieśla/PROLOG/KSIĘŻYC - RADOSŁAW KASIUKIEWICZ 

SPODEK - tkacz - TOMASZ MAŚLĄKOWSKI 

DUDA - miechownik/TYZBE - SŁAWOMIR PRZEPIÓRKA 

RYJEK - kotlarz/LEW/ŚCIANA - MAREK KOZIARCZYK 

HIPOLITA - królowa Amazonek zaręczona z Tezeuszem - KAMILA CHRUŚCIEL 

HERMIA - córka Egeusza zakochana w Lizandrze - ANNA MAKOWSKA-KOWALCZYK 

HELENA - zakochana w Demetriuszu - AGATA CEJBA 

OBERON - król elfów - KRZYSZTOF GRĘBSKI 

TYTANIA - królowa elfów - MARTA KWIEK 

PUK - czyli Robin-Koleżka, elf - AGATA KUCIŃSKA 

ELFY - IRMINA PRASZYŃSKA, PATRYCJA ŁACINA-MIARKA, ANETA GŁUCH-KLUCZNIK, ANNA BAJER

LUBCZYK - magiczny kwiat - EDYTA SKARŻYŃSKA 

Czas trwania: 120 min. z przerwą

Kolejne spektakle:  16 – 25.10.2022

Ceny biletów: N: 35 zł U: 32 zł, G: 30 zł

informacja prasowa

23. Jazztopad Festival /13–22.11.2026/

W dniach 13–22 listopada 2026 roku odbędzie się w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu 23. Jazztopad Festival.  Jazztopad od ponad dwudziest...

Popularne posty