Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Tadeusz Kantor, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Tadeusz Kantor, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

środa, 23 października 2019

Tadeusz Kantor w Nowym Jorku. Spotkanie z Czesławem Czaplińskim w Muzeum Śląskim

Muzeum Śląskie zaprasza na spotkanie z Czesławem Czaplińskim – artystą fotografem, którego wyjazd do Nowego Jorku w 1979 roku zbiegł się w czasie z obecnością Tadeusza Kantora w teatrze La MaMa.

Tadeusz Kantor, fot. Czesław Czapliński

Historia światowego tournée Cricot 2- teatru Tadeusza Kantora, zostanie przywołana w rozmowie z naszym gościem, której towarzyszyć będzie pokaz cyklu fotografii z tego okresu. Prace Czesława Czapińskiego dokumentują wystawienia Umarłej klasy w 1979 roku, Wielopola, Wielopola w 1982 roku, Niech sczezną artyści w 1985 roku oraz Nigdy tu już nie powrócę w 1988 roku w Nowym Jorku, które zachwyciły publiczność i krytyków. Tadeusz Kantor trzykrotnie został za swoje spektakle uhonorowany OBIE Award nagrodą przyznawaną przez nowojorski tygodnik The Village Voice dla najlepszych artystów Off-Broadway i Off-Off-Broadway.


Tadeusz Kantor, Wielopole, Wielopole, fot. Czesław Czapliński


Fotografie Czesława Czaplińskiego znajdują się w kolekcjach: Library of Congress w Waszyngtonie, TIME Inc. Picture Collection w Nowym Jorku, New York Public Library, Spertus Institute of Jewish Studies w Chicago, Muzeów Narodowych w Warszawie i Wrocławiu, a także  Muzeum Sztuki w Łodzi. Artysta tworzy w Nowym Jorku i Warszawie, jego prace są eksponowane na wystawach, publikowane w albumach i międzynarodowej prasie.



23.10 / środa / godz. 18:00

Muzeum Śląskie, Katowice, ul. T. Dobrowolskiego 1 / p. -4, sala H

wstęp 1 zł / bilety do nabycia przed wydarzeniem

informacja prasowa

poniedziałek, 19 lipca 2021

Niewinni czarodzieje. Prace artystek i artystów II Grupy Krakowskiej z kolekcji Muzeum Narodowego w Szczecinie

W 1960 roku Andrzej Wajda nakręcił film „Niewinni czarodzieje” według scenariusza Jerzego Andrzejewskiego i Jerzego Skolimowskiego. Reżyser w latach 1946–1949 studiował na krakowskiej ASP rozpoczynając swoją artystyczną karierę od malarstwa. Wystawa „Niewinni czarodzieje”, eksponując kilkadziesiąt dzieł z tamtego okresu – obrazy, rysunki, grafiki i reliefy – przypomina artystycznie wyjątkową formację, tworzoną przez wybitne indywidualności w szczególnym politycznym kontekście. 


W tym samym czasie w Krakowie na podstawie licznych przed– i powojennych inicjatyw artystycznych powstała jedna z bardziej rozpoznawalnych współczesnych formacji twórczych – II Grupa Krakowska, którą kreowali wybitni polscy artyści m.in. Tadeusz Kantor, Maria Jarema, Jonasz Stern, Jerzy Nowosielski i Tadeusz Brzozowski. Tytuł wystawy, zaczerpnięty z wyjątkowego w dorobku Andrzeja Wajdy filmu, jest metaforą wspólnoty doświadczenia pokolenia powojennej inteligencji, która w sztuce i w muzyce (w filmie Wajdy jazz jest jednym z protagonistów) poszukiwała wolności i możliwości autoekspresji. W twórczości Wajdy „Niewinni czarodzieje” są obrazem nietypowym. W tytule reżyser nawiązał co prawda do bliskiej mu tradycji romantycznej (fraza pochodzi z pierwszej części „DziadówAdama Mickiewicza), jednak akcja filmu opiera się na innym pomyśle fabularnym i odwołuje do innych problemów, dylematów niż wcześniejsze jego filmy, takie jak „Pokolenie”, „Popiół i diament” czy „Lotna”. Niewinni czarodzieje to młodzi inteligenci, artyści, którzy nie mogąc pogodzić się z szarą rzeczywistością uciekają przed nią w autokreację. Relacje pomiędzy nimi oparte są na swoistej grze i bezustannej konfabulacji w zamkniętym kręgu towarzyskim. Zaczarowują rzeczywistość, symulują inny, lepszy świat, w którym istnieje wybór i wolność, możliwość spełnienia marzeń. 

Artyści funkcjonujący w rzeczywistości realnego socjalizmu, w tak kreowanym sztucznym świecie, tworzyli namiastkę nieskrępowanej wolności. Życie artystyczne w Polsce ewoluowało w latach 50. i 60. ubiegłego wieku od systemu totalitarnego do postaci „miękkiej dyktatury”. Odmrożona polityka kulturalna uznawała prawo twórcy do ekspresjonistycznej emocji i artystycznego eksperymentu pod warunkiem, że nie naruszał on politycznych dogmatów. Znamienna dla ówczesnej sztuki polskiej jest niechęć do praktyk jawnie kontestatorskich, zwłaszcza dotyczących sfery społeczno-politycznej i krytyki systemu władzy. Polska formuła nowoczesności bardziej estetycznie traktowała nowe kierunki artystyczne, które na Zachodzie związane były z próbą zmiany sposobu rozumienia sztuki i roli artysty. Przedstawiciele polskiego modernizmu w malarstwie, po odwilży wybrali autonomię sztuki, stroniąc od tematów zaangażowanych społecznie. 

Wystawa „Niewinni czarodzieje”, eksponując kilkadziesiąt dzieł z tamtego okresu – obrazy, rysunki, grafiki i reliefy – przypomina artystycznie wyjątkową formację, tworzoną przez wybitne indywidualności w szczególnym politycznym kontekście. 

Niewinni czarodzieje. 
Prace artystek i artystów II Grupy Krakowskiej z kolekcji Muzeum Narodowego w Szczecinie

Muzeum Narodowe w Szczecinie – Muzeum Sztuki Współczesnej

17 lipca – 29 sierpnia 2021

Artyści: Tadeusz Brzozowski, Maria Jarema, Tadeusz Kantor, Alfred Lenica, Jadwiga Maziarska, Adam Marczyński, Kazimierz Mikulski, Jerzy Nowosielski, Karol Pustelnik, Erna Rosenstein, Janina Kraupe-Świderska, Jerzy Skarżyński, Jonasz Stern, Bogusław Szwacz, Jan Tarasin, Jerzy Tchórzewski, Marian Warzecha, Jerzy Wroński

Kuratorka: Marlena Chybowska-Butler

informacja prasowa

poniedziałek, 20 czerwca 2022

Osobiste. Kostiumy teatralne Kantora - wystawa w Cricotece

"Przedmioty i kostiumy muszą być dziełami sztuki, a nie dekoracją wyrzucaną po użyciu na złom. Są to cechy, które czynią Teatr Cricot 2 unikalnym i czysto artystycznym zjawiskiem" – Tadeusz Kantor. „Osobiste” to niekonwencjonalna, wielkoformatowa instalacja kolekcji kostiumów teatralnych Tadeusza Kantora ze zbiorów Cricoteki. Wystawa proponuje ujęcie kontekstowe, przedstawiające Kantora jako twórcę totalnego, kreującego sytuacje teatralne przez budowanie napięć, indywidualne podejście do postaci, form i znaczeń.

Punktem wyjścia prezentacji jest próba nowego spojrzenia na kostiumy – jako na autonomiczne dzieła sztuki, które zasługują na status swoistych rzeźb, a jednocześnie są nierozerwalnie złączone z cielesnością aktora. Dynamiczna, autorska aranżacja sprawia, że kostiumy staną się bohaterami żyjącymi własnym życiem. To one przejmą rolę narratorów opowiadających historię i sposób funkcjonowania będącego w ciągłym ruchu teatru Tadeusza Kantora.

Tytułowe „osobiste” kostiumy kurator wystawy a jednocześnie aktor Cricot 2, Bogdan Renczyński definiuje jako najbliższe ciału narzędzie działania aktorów, a swą pracę z kolekcją zamienia w intymną, emocjonalną opowieść. Częścią kuratorskiego założenia jest też stworzenie dla widzów przestrzeni umożliwiającej im wejście w osobiste relacje z obiektami.

Kostiumy są częścią kolekcji Cricoteki i nie były nigdy dotąd tematem ekspozycji. Stroje sumują się w przegląd idei artysty realizowanych w Teatrze Cricot 2 – od spektakli inspirowanych Witkacym, przez realizacje Teatru Śmierci, aż po kostiumy z ostatniego przedstawienia Kantora, „Dziś są moje urodziny”. Częścią instalacji staną się obiekty, które zrywają z tradycyjną formą kostiumu – manekiny z „Umarłej Klasy”, autorska rekonstrukcja Goplany z „Balladyny” czy realizujące ideę bioobiektów „Buty Millionera” ze spektaklu „Nadobnisie i Koczkodany”. Na pokaz złożą się także unikatowe materiały archiwalne oraz zrekonstruowana garderoba aktorska, dzięki którym widzowie będą mogli poznać sposoby funkcjonowania kostiumów w zespole Cricot 2.

Prezentacji towarzyszyć będzie interdyscyplinarny program edukacyjny kierowany do szerokiego grona odbiorców, w tym także do osób z niepełnosprawnościami. W przestrzeni ekspozycji powstanie szwalnia wolnych interpretacji i twórczych działań warsztatowych.

Sąsiedztwo dwóch wystaw – stałej „Tadeusz Kantor. Widma” oraz czasowej „Osobiste. Kostiumy teatralne Kantora” będzie unikalną możliwością tak wielowymiarowego poznania twórczości reżysera.

Osobiste. Kostiumy teatralne Kantora, Fot. Mirosław Żak


„Osobiste. Kostiumy teatralne Kantora”

Kuratorzy: Justyna Droń, Bogdan Renczyński

Wernisaż: 6 lipca, godzina 18:00

Godziny otwarcia: czwartek – niedziela, 11:00 – 19:00

Miejsce: CRICOTEKA, ul. Nadwiślańska 2–4, Kraków. Sala wystaw czasowych.

Bilety: 15zł ulgowy / 20zł normalny

informacja prasowa


środa, 5 sierpnia 2026

Piotr Tomaszuk – cicerone teatralnych podróży /wywiad/

„W teatrze najpiękniejsze jest to, że czasem zabiera nas w podróż z takim cicerone, bez którego nigdy byśmy sami tej podróży nie odbyli. A ponadto nie miałaby ona takiego charakteru”. Rozmawiam z Piotrem Tomaszukiem – reżyserem i dramaturgiem teatralnym, scenarzystą, współzałożycielem działającego już 35 lat unikalnego autorskiego Teatru Wierszalin w Supraślu, wielokrotnie nagradzanym w Polsce i na świecie.

Piotr Tomaszuk, fot. Magdalena Rybij

Barbara Lekarczyk-Cisek: Podziwiam Pańskie dokonania od dawna, nigdy jednak nie miałam okazji porozmawiać o Pańskim niezwykłym teatrze. Uznałam, że jest teraz dobra do tego okazja: Teatr Wierszalin świętuje w tym roku 35-lecie istnienia, Pana zaś uhonorowano tytułem doktora honoris causa Uniwersytetu w Białymstoku. Wszystko to skłania do rozmaitych refleksji, przede wszystkim nad tym, jak te lata poświęcone intensywnej pracy nad spektaklami wpłynęły na Pańskie postrzeganie teatru i życia. Bo w Pańskim przypadku są to sfery nierozłączne…

Piotr Tomaszuk: Teatrem zacząłem się interesować ponad pięćdziesiąt lat temu. W czasach mojej młodości, chłonnej i kształtującej, miałem okazję zetknąć się w Teatrze Dramatycznym im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku z interesującymi reżyserami, począwszy od Jerzego Zegalskiego, a skończywszy na Andrzeju Witkowskim czy Wojciechu Pisarku. To była ekipa, która przyjechała do Białegostoku w latach 70. I realizowała ambitny repertuar. Działał też znakomity Białostocki Teatr Lalek, który prowadził od końca lat 60. Krzysztof Rau i gdzie ciekawe przedstawienia reżyserował również Jan Wilkowski. Wtedy właśnie zaczęła się moja fascynacja teatrem, dzięki której zdecydowałem się na studia na Wydziale Wiedzy o Teatrze w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie. Erudycję zawdzięczam znakomitym wykładowcom, począwszy od prof. Zbigniewa Raszewskiego, poprzez Stefana Mellera, Martę Fik, Zbigniewa Wilskiego, Andrzeja Wanata, po Jerzego Koeniga i Aleksandrę Okopień-Sławińską. To byli wspaniali pedagodzy, którzy potrafili rozżarzyć moją fascynację teatrem w sposób sensowny i wzbogacający. Cała moja młodość była fascynacją teatrem kogoś, kto ogląda i opisuje, ale potem zacząłem się nim zajmować praktycznie. Zdałem egzaminy na reżyserię teatru lalek w Białymstoku i właściwie jej nie ukończyłem, bo wcześniej zacząłem reżyserować. W tamtym czasie klasyka miała jeszcze mocną pozycję i był to okres, który nie pozwalał zwątpić w teatr. A 35 lat tworzenia teatru na scenie zmienił mój ogląd: zacząłem patrzeć na teatr od środka, a to zupełnie co innego. 

Różnic jest wiele, ale na szczęście początek z końcem się spotykają: ciągle uważam, że teatr jest czymś fascynującym – oddałem mu całe swoje życie. 

Zanim znalazł się Pan w teatrze i pojął, że jest to dziedzina sztuki, w której najpełniej się odnajduje, to „na początku było słowo”. Pan nie tylko adaptuje teksty, które potem stają się osobistymi wypowiedziami, ale również sam pisze, czego przykładem może być „Traktat o manekinach” Bruno Schulza. Chciałabym zapytać o Pańskie inspiracje literackie. Co sprawia, że przemawia do Pana taki, a nie inny tekst?

Inspiracje są bardzo różne. Do Mickiewicza doszedłem bardzo późno. Na początku swojej działalności reżyserskiej nie śmiałem po niego sięgnąć – uważałem, że jest to literatura, do której nie dorosłem. I chyba dobrze się stało. Mickiewicza warto tworzyć z aktorami na scenie wówczas, kiedy człowiek pozbył się tych ambicji, które każą mu myśleć, że wie więcej niż autor. Bardzo wielu młodych reżyserów wychodzi z tego właśnie założenia. Próbują więc autora zmienić i niejako „przerobić pod siebie”. Powstają dzieła często nawet interesujące formalnie, ale nie przyczyniają się do zrozumienia tekstu. A ja jestem jednak wychowany w tradycji reżyserii interpretującej. Sztuka interpretacji jest jedną z podstawowych umiejętności reżyserskich, ale ta umiejętność obecnie zanika. Pojawiła się za to tendencja do narzucania autorom myśli zupełnie im obcych, aberracyjnych w stosunku do nich. Rodzaj lektury, by tak rzec, skromnej i ostrożnej wypadł z mody. Tymczasem po Mickiewicza warto sięgnąć, gdy człowiek się pozbył tych nadmiernych ambicji osobistych i szuka prawdy w autorze.

Inspiracje literackie były dla mnie zawsze punktem wyjścia, bo teatr jest domem literatury. Nie wierzę w teatr, który powstaje z pominięciem tekstu. Oczywiście, teatr może sięgać po takie środki wyrazu, upodobnić się do pantomimy czy do moving theatre, gdzie ważny jest głównie wyraźny i plastyczny ruch, ale wszystko, co dotyczy literatury, znika przygniecione tą wizją. Taki teatr nigdy mnie nie pociągał. Uważałem go zawsze za miejsce, gdzie literatura obleka się w ciało. I fascynujące jest, że teatr pozwala zmaterializować to, co na poziomie tekstu jest tylko „marą bladą”, jakby powiedział Mickiewicz. Zawsze fascynowało mnie odkrywanie tego backgroundu, który drzemie w dobrym tekście dramatycznym napisanym przez Ibsena czy Czechowa. Wszędzie tam są pewne okoliczności i elementy rzeczywistości obiektywnej otaczającej bohaterów. I ta rzeczywistość musi zaistnieć, aby tekst miał sens. Odkrywanie świata, który stoi za słowami, zawsze mi się szalenie podobało jako działalność poniekąd detektywistyczna. Kiedy wraz z aktorami zaczynamy się zastanawiać, co jest podstawą takiego, a nie innego zdania, takiej, a nie innej uwagi odautorskiej zawartej w didaskaliach. To praca analityczna, pozwalająca zrekonstruować wizję autora. Ten rodzaj reżyserii zawsze był mi bliski. Oczywiście, nie rezygnowałem też z wymogu wyrazistości formalnej. Teatr Wierszalin od początku różnił się od innych także tym, że myśmy zawsze wykorzystywali fizyczność aktora, wprowadzając m. in. doświadczenia i metodę ćwiczeń Jerzego Grotowskiego czy też po prostu dbając o pewną wyrazistość, którą do teatru polskiego wprowadził swoimi spektaklami Tadeusz Kantor. Podzielam założenie kantorowskie, że teatr opracowuje zasady istnienia sam dla siebie, na rzecz jednego przedstawienia i że ten świat od początku do końca jest spójny albo rozlatuje się w odbiorze widza i nie zostaje z niego nic. Pierwsze przedstawienia Kantora zobaczyłem będąc na studiach w Warszawie i od tego momentu wiedziałem, że to jest dla mnie niedościgły wzór. Natomiast przedstawień Grotowskiego nie widziałem na żywo. Jednak dużo na ten temat czytałem i sam praktykowałem wiele ćwiczeń, które Grotowski i jemu podobni proponowali aktorom. Myślę, że ten rodzaj treningu aktorskiego dał mi bardzo dużo w sensie rozumienia tego, o co chodzi na scenie i czego potrzebuje aktor, aby wiarygodnie zaistnieć. 

Miałam szczęście zobaczyć wszystkie przedstawienia Tadeusza Kantora w ramach Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych, odbywającego się przez wiele lat w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Spektakle Cricot 2 były zachwycające i niepowtarzalne, niepodobne do żadnych innych i bardzo poruszające, np. „Wielopole, Wielopole”… Natomiast Grotowskiego widziałam na żywo kilkakrotnie „Apocalypsis cum figuris” i było to także szczególne doświadczenie. Kantor jednak poruszał mnie bardziej, zarówno podejmowanymi tematami, jak i formą.


Z perspektywy czasu uważam, że Kantor był artystą znacznie istotniejszym dla polskiego teatru niż Grotowski, który był przede wszystkim bardzo interesującym eksperymentatorem poszukującym środków wyrazu aktorskiego. Jeśli jednak chodzi o całościową wizję i dzieło teatralne, sądzę, że Kantor go przewyższa. 

Do tych niewątpliwie wybitnych artystów teatru dodałabym jeszcze Jerzego Grzegorzewskiego, którego przedstawienia miałam okazję oglądać  w z końcem lat 70. podczas jego pracy we wrocławskim Teatrze Polskim, m.in. niezwykle piękny poetycki „Sen nocy letniej” Szekspira i inspirującą inscenizację opowiadania Tadeusza Różewicza: „Śmierć w starych dekoracjach”, dzięki której przekonałam się, że nie istnieją tzw. dzieła niesceniczne. Od tamtej pory w Grzegorzewskim widziałam również wizjonera teatru.

W tamtym czasie Grzegorzewski wydawał mi się reżyserem bardzo hermetycznym i właściwie unikałem jego przedstawień. Miałem do niego „pretensję”, że za bardzo skupia się na sobie i niszczy materię tekstu. Ale po latach chyba zmieniłbym swoją ocenę. Z wiekiem uświadomiłem sobie, że Grzegorzewski był reżyserem bardzo indywidualnym, osobnym, a w związku z tym autorzy, po których sięgał, zyskiwali jakiś odrębny znaczeniowy odcień. Ten rodzaj zanurzenia w literaturze, który cechował Grzegorzewskiego, jest mi obecnie coraz bliższy. To jest rodzaj „błądzenia” po tekstach i wewnątrz tekstu zgodnie ze swoimi przeczuciami, marzeniami, wizjami. Grzegorzewski przeniósł potem do Teatru Narodowego w Warszawie ten rodzaj opowiadania własnego świata wyobraźni, który uruchamia się na styku indywidualności i wielkiej literatury. To jest właśnie najciekawsze w teatrze, kiedy możemy podążać za autorem, ale mając takiego przewodnika, jak interesujący reżyser. W teatrze najpiękniejsze jest to, że czasem zabiera nas w podróż taki cicerone, bez którego nigdy byśmy sami tej podróży nie odbyli. A ponadto nie miałaby ona takiego charakteru, gdybyśmy podróżowali sami. 

Rafał Gąsowski w spektaklu Piotra Tomaszuka: "Bóg Niżyński"
fot. Bartek Siejwa
W moim odczuciu Pan także jest takim cicerone, dzięki któremu przeżyłam pasjonujące teatralne przygody i dotyczy to wszystkich bez wyjątku spektakli, które mogłam obejrzeć na żywo. Dla mnie ważne jest, że swoim teatrem dotyka Pan spraw istotnych. Od dłuższego czasu tkwię po uszy w prozie Sandora Marai`ego, o którym można by powiedzieć (on sam to zresztą tak określał), że w swoich powieściach i dziennikach dotykał spraw fundamentalnych: badał mianowicie ludzką duszę, ale także dusze poszczególnych narodów: Francuzów, Niemców… Pan poprzez teatr robi w gruncie rzeczy coś podobnego, bada duszę człowieka poddanego ekstremalnym doświadczeniom. Taką tendencję dostrzegłam w „Bogu Niżyńskim”, „Reportażu o końcu świata” czy w „Traktacie o manekinach”. A człowiekiem nie można zajmować się w sposób płaski, pozbawiony sfery transcendencji, tajemnicy… 

Rzeczywistość, którą pokazujemy widzom, musi być bogata, a jej bogactwo zależy od tego, jak głęboko sami jesteśmy w stanie zrozumieć rzeczywistość. Człowieka łatwo jest sprowadzić do jednego wymiaru, ale cała sztuka polega na tym, aby przy pomocy wehikułu, jakim jest teatr, ukazywała całe bogactwo człowieka, jego wielowymiarowość. Ważny jest także wybór tematów. „Reportaż o końcu świata” adaptowałem właśnie dlatego, że wydawał mi się bogaty wewnętrznie. Temat poruszony przez Włodzimierza Pawluczuka w jego książce był wielokrotnie podejmowany przez różnych autorów. Tadeusz Słobodzianek napisał aż trzy sztuki poświęcone sekcie grzybowskiej, której przewodził prorok Ilja, ale żadna z tych sztuk nie jest bogata i do pięt nie dorasta książce Pawluczuka. Ludzie, którzy zaludniają świat dramatów Słobodzianka, są prymitywni, jednowymiarowi w taki sposób, jak on sam rozumie człowieka. Ja natomiast zawsze wolałem zakładać istnienie w człowieku jakiejś tajemnicy, która ujawnia się, gdy bohater nie jest tylko poważny, ale potrafi być czasem śmieszny, ma swoje małości, ale one nie przeszkadzają temu, aby mógł istnieć także w swoich wielkościach. Może nie jest to tak widoczne w przedstawieniach mickiewiczowskich, bo tam człowiek funkcjonuje w zupełnie innej perspektywie.

Ale u Szekspira także współistnieją te dwie rzeczywistości…

Tak, u Szekspira to jest. W wielkiej literaturze dramatycznej zawsze jest to podejrzenie wielkości człowieka.

Czy temat szaleństwa w spektaklu „Bóg Niżyński” nie służy także odsłonięciu tajemnicy człowieka? Tam z kolei punktem wyjścia stał się dziennik słynnego tancerza.

Inspiracją była dla mnie sama postać Niżyńskiego, ale także jego dziennik, który ukazał się w języku polskim, bez cenzury, na początku lat 2000. Dla mnie to było olśnienie, bo zrozumiałem, że ten zapis, będący na pozór dokumentem, jest z drugiej strony rodzajem pułapki. Traktując tekst jako coś, czemu mielibyśmy uwierzyć do końca, zrobilibyśmy krzywdę jego autorowi. Widziałem w Łodzi realistyczne przedstawienie Kamila Maćkowiaka na podstawie „Dziennika” Wacława Niżyńskiego i zobaczyłem klęskę tego aktora. Zrozumiałem wtedy, że muszę to zrobić inaczej, niż adaptując sam tekst. Dochodzenie do świadomości, jak uczynić bohatera prawdziwie pojemnym w teatrze, było procesem, który najlepiej zaowocował „Bogiem Niżyńskim” i „Ofiarą Wilgefortis”. Spektakle te są najlepszym przykładem na to, że to, co jest pierwowzorem, pozwala zbudować tę głębię w odbiorze widza, której ja sam bym oczekiwał. Nigdy nie zadawalałem się powierzchowną, najłatwiej dostępną warstewką. Sam tytuł „Bóg Niżyński” pokazuje z jednej strony skalę wzniosłości, a z drugiej – skalę upadku. To jest najlepszy przykład na to, czego oczekuję od swoich bohaterów. Muszą streścić także kawałek naszego życia – nas samych. Niżyński był z jednej strony bożyszczem tysięcy, z drugiej – został skazany na dobrą lub złą wolę swoich opiekunów, kiedy popadł w obłęd. Sens teatru polega m. in. na przypomnieniu takich ludzi, pokazaniu ich wielkości i upadku. Ku przestrodze, do przemyślenia, wejścia w samych siebie. Pokazujemy w naszym teatrze historię, która jest ciekawsza i bogatsza niż świat na zewnątrz, bardziej symboliczna, otwierająca. 
Wspaniałym tego przykładem są przedstawienia mickiewiczowskie, bo jego słowa – te światy, które otwiera przed nami swoją poezją, są oczyszczające – to prawdziwa katharsis. W teatrze zawsze poszukiwałem takiego oddziaływania. Wzruszenie było dla mnie podstawą relacji z widzem. Widz, którego nie udało mi się wzruszyć, był dla mnie stracony przez mój nieumiejętny wysiłek.

Teatr to nie tylko reżyser, ale także aktorzy, którzy go współtworzą. Czy zrobiłby Pan „Boga Niżyńskiego” bez tak utalentowanego aktora jak Rafał Gąsowski?

Oczywiście, że nie! Całe to myślenie o bohaterze wynikało też stąd, że moim aktorem i przyjacielem zarazem jest wspaniały artysta Rafał Gąsowski, który był w stanie udźwignąć tę postać, m. in. dlatego, że nie jest tancerzem. Gdyby, jak Maćkowiak, miał za sobą szkołę baletową, być może ta cała praca by nam nie wyszła. Myśmy poszli w kierunku dramatu człowieka, który nie jest już w stanie tańczyć, a jednak buduje „taneczną mszę”. Rozwijaliśmy tę postać w rozmowach, pokazywałem Rafałowi napisane wcześniej fragmenty scenariusza, bo było dla mnie istotne, czy odnajduje się w tych tekstach. „Bóg Niżyński” jest pisany dwoma językami: językiem dokumentu, a także językiem poematu. Dialogi mają charakter utworu poetyckiego. To, że mogłem konfrontować swój tekst z wykonawcą, było szalenie ważne. 

Rafał Gąsowski w spektaklu Piotra Tomaszuka: "Bóg Niżyński",
fot. Bartek Siejwa
Czy tego rodzaju praca z aktorem jest w Pana wypadku regułą?

Nie zawsze, bo nie każdy artysta jest gotowy na taką współpracę. Jeśli wyczuwam w aktorze coś w rodzaju wulkanu, który nie musi dymić, ale jest, to tak z nim pracuję. Często jednak mamy do czynienia z artystami, którzy tylko udają, że coś się w nich gotuje, ale kiedy dochodzi do konieczności pokazania emocji czy zbudowania relacji, to się okazuje, że w środku mają wystygłą lawę i nic z tego nie wynika. Nie ma gotowości stawania się. W przypadku aktorów, a także reżyserów, najbardziej twórcza jest gotowość do zdrady samego siebie, porzucenia wszystkiego, co się wie. Jeżeli w aktorze nie ma gotowości, żeby spróbować od początku, wejść w coś, co pociąga, a czego jeszcze nie zna, bo można w teatrze dowiedzieć się czegoś o sobie samym, to taki aktor jest jak wypalona świeca. Często używam takiego porównania, że jeśli reżyser jest jak słońce, to aktor musi być jak księżyc – odbić światło słoneczne i świecić tam, gdzie słońce nie dosięga. To odbite światło jest często jeszcze wzmacniane przez aktora. Ta zdolność soczewkowania, przez osobowość aktora skumulowana, zwielokrotniona – to jest w aktorze najcenniejsze. Do tego trzeba gotowości, słuchania, setek godzin rozmów, a także rozeznania samego siebie, swoich pragnień, oczekiwań… Jeżeli tego nie ma, to nie ma współpracy ani twórczości. Jeśli jednak udaje się zgrać potencjał aktora z potencjałem reżysera,  jest szansa na prawdziwy wielki teatr. 

Przywiódł mi Pan na myśl Konrada Swinarskiego, który taki właśnie teatr uprawiał i przebywał stale ze swoimi aktorami, aby ich lepiej poznać.

Tak, to jest dobry przykład na to, że ten rodzaj bliskości, nieustannego dialogu, który prowadził Swinarski ze swoimi aktorami, są drogą do prawdziwego teatru. Gdyby tego nie było, nie byłoby też Teatru Starego. Teatr rodzi się z przecięcia osobowości reżysera, który jest pierwszym widzem i który bierze odpowiedzialność za całość. 

Piotr Tomaszuk w "Dziadach" we własnej reżyserii,
fot. Magdalena Rybij
Pan przekroczył jednak tę barierę, w „Dziadach” zaczął Pan także grać...

Chciałem po prostu spróbować tej sfery teatru, która była wyzwaniem, ale bałem się tam wkroczyć. Kierowała mną ciekawość, ale także śmiałość wynikająca z tego, że Guślarz, który jest reżyserem obrzędu, jest w moim przypadku wiarygodny. Bardzo dobrze wspominam ten moment, bo dzięki temu zrozumiałem do końca, czego potrzebuje aktor w teatrze. Myślę, że dzięki temu doświadczeniu więcej się dowiedziałem o aktorstwie wchodząc na scenę, niż reżyserując aktorów przez kilkadziesiąt lat. W każdym razie już nie próbuję dorównać Gąsowskiemu, co najwyżej mogę mu udatnie partnerować, kiedy potrzebuje jakiegoś starszego kolegi (śmiech). 

Nawiązując do etymologii nazwy Teatru Wierszalin, mogę wprost powiedzieć, że osiągnęliście szczyty tego, co można zdobyć w teatrze, realizując przez lata znakomite spektakle, doceniane nie tylko w Polsce, ale i na świecie, o czym świadczą liczne znaczące nagrody. Jak Pan sobie radzi z tyloma sukcesami?
 
Odpowiem na to trochę przewrotnie: ja mam na ten temat wiedzę wynikającą z długiego zawodowego życia. Wkraczam w ostatni etap ze świadomością tego, co mi się udało zrobić. Otóż ten sukces, który przychodzi z jednym przedstawieniem, potem z drugim, trzecim, jest jak cukier – uzależnia. Ten rodzaj uzależnienia od sukcesu, chęć powtórzenia go, doznania tych samych emocji, tej słodyczy – jest oczywiście przemożny. Powstaje pytanie, jak go powtórzyć, jak przebiec sto metrów szybciej. Problem polega na tym, że coraz szybciej się nie da. W pewnym momencie człowiek orientuje się, że szybciej już było i teraz jest coraz wolniej. Jak sobie z tym poradzić? Ja znalazłem taką receptę: od kilku lat sięgamy po przedstawienia, które już zaistniały na naszej scenie i były wielkimi wydarzeniami. W ubiegłym roku wróciłem do „Turlajgroszka”, w tym – do „Ofiary Wilgefortis” i mam zamiar robić to nadal. Można by nieco żartobliwie powiedzieć, że jest to lista przebojów Teatru Wierszalin, przedstawień, które chciałbym zawsze mieć w naszym teatrze. „Reportaż o końcu świata”, „Bóg Niżyński”, „Turlajgroszek”, „Ofiara Wilgefortis”, „Święty Edyp”, „Dziady”… Okazuje się, że jest to taki zbiór tytułów, które podobały się ludziom 25-30 lat temu i nadal bardzo się podobają, mimo że widownia się zmieniła. Mam do Teatru Wierszalin taki sam stosunek jak do zespołu rockowego: jak się już zaśpiewało kiedyś przebój stulecia, to warto go nadal mieć w repertuarze i wykonywać. Póki starczy życia. To nie byłoby możliwe w tradycyjnym teatrze repertuarowym, ale my w naszym Królestwie Wierszalin możemy sobie na ten luksus pozwolić. Dzięki temu nasze hity będą wiecznie żywe. I to jest, myślę, odpowiedź na pytanie, jak być na fali. Nie obawiałem się sprawdzić, czy to, co zrobiłem kiedyś wartościowego, zachowało coś ważnego do dziś. Polecałbym również innym reżyserom ten rodzaj wędrówki ku własnym nieprzemijającym hitom, bo zamiast robić, pardon, nowe shity, lepiej sięgnąć po stare hity.

Bardzo Panu dziękuję za interesującą refleksję dotyczącą teatru, pracy z aktorem, a także za poradę, jak sobie radzić z sukcesem. Życzę kolejnych pięknych powrotów do zrealizowanych w przeszłości przedstawień. Mam nadzieję, że będzie mi jeszcze dane uczestniczyć w prezentacji hitów Teatru Wierszalin.



Piotr Tomaszuk
urodził się 17 czerwca 1961 roku w Białymstoku. Jest reżyserem teatralnym, dramatopisarzem i scenarzystą, założycielem oraz dyrektorem Teatru Wierszalin w Supraślu.

Ukończył Wydział Wiedzy o Teatrze w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie (1984) oraz reżyserię teatru lalek w Białymstoku. Swoją karierę rozpoczął w 1986 roku w Białostockim Teatrze Lalek spektaklem "O medyku Feliksie". Kolejny spektakl, "Turlajgroszek", przyniósł mu ogólnopolskie uznanie i doprowadził do założenia w 1991 roku — wspólnie z Tadeuszem Słobodziankiem — istniejącego do dziś Teatru Wierszalin w Supraślu.

Prowadzony przez Tomaszuka teatr stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych i uznanych polskich teatrów alternatywnych, zdobywając trzykrotnie nagrodę Fringe First na Festiwalu w Edynburgu za spektakle: "Turlajgroszek" (1993), "Merlin" (1994) oraz "Medyk" (1997). Tomaszuk wypracował unikalny styl, łączący wybitne aktorstwo z perfekcyjnym wykorzystaniem lalek oraz form plastycznych. Przez polską krytykę Teatr Wierszalin uznawany jest za kontynuatora tradycji Teatru Reduta Juliusza Osterwy, Teatru Laboratorium Jerzego Grotowskiego oraz Teatru Cricot 2 Tadeusza Kantora.

Tomaszuk jest laureatem licznych nagród, w tym Nagrody im. Konrada Swinarskiego (1993), Nagrody im. Leona Schillera (1995) oraz Srebrnego (2006) i Złotego Medalu „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2023). Za swoją działalność został również odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2023).

Do najważniejszych spektakli autorskich należą: "Turlajgroszek", "Głup", "Ofiara Wilgefortis", "Święty Edyp", "Bóg Niżyński", "Wierszalin. Reportaż o końcu świata" oraz komedia "Wziołowstąpienie". Do najważniejszych realizacji innych autorów należą: "Merlin" Tadeusza Słobodzianka, "Klątwa" oraz "Wyzwolenie" Stanisława Wyspiańskiego, a także inscenizacje tekstów Adama Mickiewicza: "Dziady", "Ballady i romanse", "Liryki lozańskie".

Teatr Wierszalin w swojej historii występował kilkakrotnie w Tokio (Japonia), Stanach Zjednoczonych, Indiach, Meksyku oraz w większości krajów europejskich, w tym na Wystawie Światowej w Hanowerze (Niemcy) w 2000 roku.
(biogram ze strony internetowej Teatru Wierszalin)



poniedziałek, 20 lipca 2026

Księga ziół według Ewy Benesz /wywiad/

Rozmawiam z Ewą Benesz – aktorką poszukującą, prowadzącą doświadczenia parateatralne, medytującą i dzielącą się z ludźmi swoimi doświadczeniami, bohaterką filmu "Ewa – ostatnia lekcja" w reż. Andrea Mura i Federico Savonitto. A dla mnie – przede wszystkim fenomenalną interpretatorką "Pana Tadeusza" Adama Mickiewicza, którego zna na pamięć.

Ewa Benesz, zdjęcie ze strony Artystki na FB

Barbara Lekarczyk-Cisek: Film, który zaprezentowano podczas Millennium Docs Aganst Gravity, a którego jesteś bohaterką, nosi znaczący tytuł „Ostatnia lekcja”. Stał się dla mnie punktem wyjścia do refleksji nad różnymi aspektami Twojego życia, ale także życia każdego z nas. Nie chciałabym jednak powtarzać tego wszystkiego, czego dowiedziałam się przygotowując do wywiadu. Z pomocą przyszedł mi Sandor Marai, którego książki czytam od dłuższego czasu. Pomyślałam mianowicie, aby wykorzystać zamysł „Księgi ziół”, która jest zbiorem refleksji dojrzałego pisarza na tematy istotne dla każdego człowieka. Przypomina dawne zielniki, które próbowały odpowiedzieć na pytania, co należy jeść, aby być zdrowym albo co zrobić, gdy kogoś (w jego mniemaniu) Bóg opuścił. Będzie to poniekąd lekcja o tym, co w życiu ważne, ale z pewnością nie ostatnia taka lekcja. Powiedz zatem, Ewo... 

Co jest prawdziwym życiowym doświadczeniem.

Ewa Benesz: Co jest prawdziwym życiowym doświadczenie… Boże mój! Hmm… To jest tak, że człowiek wzrasta, studiuje, poszukuje ludzi, od których może się czegoś nauczyć – chce dużo wiedzieć.  I taki był pierwszy okres mojego życia: dużo czytałam, potem poszukiwałam ludzi, od których chciałam się czegoś ważnego dowiedzieć. Los pozwolił mi zbliżyć się do ludzi, którzy byli znaczącymi postaciami w sztuce.

A czego od nich oczekiwałaś, jakie to miało być doświadczenie?

Jeszcze tego nie wiem… Po prostu wiedzieli coś, czego ja nie wiedziałam. To był Jerzy Ludwiński, który zamieszkał we Wrocławiu, a którego znałam niemal od dziecka, to był także Jerzy Grotowski, Tadeusz Kantor, Irena i Tadeusz Byrscy, którzy tyle mi opowiedzieli o teatrze, że żadne studia by mi tego nie dały. Oboje związani z Redutą, ona – uczennica Zelwerowicza… Potem przyszedł drugi okres, który rozpoczął się od Teatru Źródeł Jerzego Grotowskiego, gdzie zetknęłam się z filozofią Wschodu. Przy czym nie jest to wiedza wyczytana, zasłyszana, lecz są to praktyki pozwalające odczuć, że człowiek jest częścią Wszechistnienia. To były cztery podstawowe techniki: człowiek, który idzie, siedzi, leży i który porusza się w różne strony świata. I masz takie doświadczenie, że siadasz i oddychasz, ale to nie ty oddychasz, tylko tobą oddycha. Potem robisz pozycję jogi śavāsanę, która kończy zazwyczaj sesję Hatha Jogi. To jest tzw. pozycja umarłego. Praktykowana w Teatrze Źródeł, zbliżała się do swojej nazwy.  Ciało rozlewa się jak ocean i  czujesz tylko rodzaj sznura, który cię wiąże z czymś, nie wiadomo z czym… Potem robisz Motions, czyli ruchy w sześć stron świata (także góra i dół). Pozwalają doświadczyć w końcowej fazie, że wyłaniasz się z ciepłego jaja, które jest niewidoczne, ale czujesz je. Także medytacja w ruchu, w chodzeniu, kiedy zachowujesz rytm, a twoje oczy widzą wszystko. Doświadczyłam tego wszystkiego osobiście i otworzyło mi to nową drogę do poszukiwań. Cała wiedza wyuczona i zasłyszana zeszła na drugi plan. Wedanta – starożytna indyjska filozofia uczy, że te same zmysły, którymi poznajemy świat, zwrócone do wewnątrz, dają poczucie jedności ze światem. Zetknęłam się potem w Indiach z medytacją Vipassanę, którą praktykują mnisi z Kambodży. Było to jedno z moich najważniejszych doświadczeń: przeżyłam swoją śmierć. Każde z tych ekstremalnych doświadczeń było związane z kryzysem. Musisz odnaleźć siłę, by móc go przeżyć i dalej być. W Polsce był to stan wojenny. A we Włoszech pokochałam człowieka, który okazał się narkomanem. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Vipassana uczy być mistrzem samego siebie. Doznałam, co znaczy Maja w  niedualistycznej filozofii Wschodu. Ten świat, który widzimy, jest snem, za nim kryje się inny świat. I ja tego doświadczyłam! Kiedy zamieszkałam na Sardynii, ograniczyłam samotną medytację, ale doznałam  fizycznie, czym jest anatomia człowieka Wschodu – że są trzy energie, np. siedzisz i czujesz, że dokoła ciebie jest wiatr, że on cię tworzy. Śpiewałam samotnie hymny Wed. Do ognia,  do wiatru… Pewnego dnia zrozumiałam, dlaczego nagle, znienacka muszę przerwać jakąkolwiek robotę i wybiec na zewnątrz domu. Przychodził wiatr. Nawet na koniec mojego tam pobytu, kiedy poszliśmy z pożegnać drzewo z kolegami filmowcami, nagle powiał wiatr i spadło parę kropli deszczu. 

W hymnach Wed jest tajemnica. Jeżeli mają 30 tysięcy lat, jak twierdzą niektórzy, to musi być w nich zachowane jakieś doświadczenie ludzkości. 

A moją miłość zamieniłam w przyjaźń i zrobiłam wszystko, żeby temu człowiekowi pomóc. Został moim asystentem i okazał się w tej roli wspaniały, niezastąpiony w pracy. Jego śmierć, pandemia i mój wiek spowodowały, że ostatecznie opuściłam Sardynię. 

Podobną myśl – że stanowimy jedność z otaczającą nas naturą, wyraził w filmowej formie Werner Herzog w swoim ostatnim filmie „Sny o słoniach”… 

To są doświadczenia nie tylko praktyk medytacyjnych, do moich najcenniejszych doświadczeń należy  współżycie z naturą. Lata samotności i pracy w górach na Sardynii były moim wielkim doświadczeniem. Początkowo byłam jak dziecko. Nie wiedziałam, czym jest wiatr, burza w górach, cyklon, który odcina cię od świata, czym są wschody słońca. A tych wschodów przeżyłam setki, samotnie i z ludźmi, którzy uczestniczyli w doświadczeniach, które tam prowadziłam. „Czuwaj – kiedy światło na górach daje znak – wstań i idź” pisał Herbert. I ja tak robiłam. Czekaliśmy pod tysiącletnim prawie drzewem na wschód słońca i praktykowaliśmy potem medytację w drodze. Praktyka ta była stosowana w poszukiwaniach parateatralnych Jerzego Grotowskiego. I wtedy to właśnie, kiedy słońce wyłaniało się zza horyzontu gór, zdarzała mi się ta niezapomniana chwila, kiedy czułam, że oddycha mną, że to nie ja oddycham. Natura czasem zsyła nam dary, szkoda że tak rzadko. Wszystko, cokolwiek człowiek wie, jest tajemnicą wydartą naturze. Prawdziwa wiedza przychodzi w okolicznościach skrajnych i ja siebie w jakiś sposób poddałam temu doświadczeniu. Były to lata czuwania. Pokochałam tam zresztą każdy kamyk, każdą roślinę, śpiewającego ptaka… 
Kiedy zrobisz coś dobrego, natura ci odpowie tym samym. Ale naturze trzeba się poddać, być jak liść, być jej częścią. Te moje doświadczenia przekładałam potem na doświadczenia z ludźmi – chciałam, aby nauczyli się słyszeć  i widzieć. Żeby nie pragnęli jakiegoś szybkiego rezultatu. Umieć nie chcieć jest mądrością, która przychodzi po latach pracy. Można mieć nadzieję, tak, ale nie można chcieć.  Proces zaczyna się zazwyczaj od wrażliwych osób, a potem, kiedy zawiąże się wspólnota, przychodni prawdziwe doświadczenie. 

O przyjaźni


Zapewne spotykając się z ludźmi robiłaś to nie tylko dlatego, aby im przekazać swoje doświadczenia, ale rodziły się więzi.

Moja współpraca z Reną Mirecką zaczęła się od przyjaźni. Początki sięgają 1968 roku. Rena przyjeżdżała do Kazimierza Dolnego nad Wisłą, gdzie wspólnie spędzałyśmy wakacje, potem ja jeździłam do Wrocławia. Była w niej niezwykła fantazja i wielkie poświęcenie dla pracy! Oczywiście mam też wielu przyjaciół spośród moich byłych studentów, współpracowników, samodzielnych teraz, bo moje przyjaźnie zawiązywały się w pracy. Przyjaźń jest czymś praktycznym. 

O szczęściu


Szczęście znajduję w pracy. Długo uczyłam się akceptować niepewność i delikatność ludzkiego istnienia. Miałam ogromną cierpliwość w tworzeniu działań, w poszukiwaniu materiałów do pracy… I wszystko to, co robiłam, rodziło się jakby samo. Niczego nie wymyślałam – inspirowali mnie ludzie i małe zdarzenia. Przykładem niech będzie praca z lentyszkiem – rośliną, która w czasach głodu pomagała ludziom na Sardynii przeżyć i która była olejem służącym do oświetlenia od czasów neolitu. Na Boże Narodzenie przyjechał na Sardynię mój asystent Alfred, muzyk i botanik z wykształcenia. Dowiedział się od sąsiadki, że ludzie zbierali owoce lentyszka, z którego wytłaczało się olej. Zrobił ten olej, ale potrącił karafkę, olej wylał się, a parę kropel spadło na ogarek świecy. I świeca zajaśniała innym płomieniem, kiedy zapaliłam ją wieczorem przed snem. Tak odkryłam, do czego służył lentyszek. Potem znalazłam w pismach Plutarcha informacje o znaczeniu lentyszka w starożytnym Egipcie. W jakiś sposób wiedza o lentyszku przyszła do mnie sama. 

Czyli ten rodzaj pracy, który dla Ciebie jest szczęściem, jest także rozwijaniem intuicji, nawiązaniem więzi z samą sobą?

Ja myślę, że my mamy wiedzę, że doświadczenie naszych przodków jest w nas zapisane, tylko nie zawsze umiemy to odkryć. Często decyduje przypadek. Nigdy bym nie przypuszczała, że zajmę się lentyszkiem, ale mnie zainteresowało światło. A Boże Narodzenie to święto Światła.

 O miłości


Ale o jakiej miłości?

A to już sama zdecyduj. Można kochać człowieka, można kochać słowo, przyrodę…

Miłość jest połączona ze strachem. Szukam jej w pracy. Pragnę przeżyć coś, aby potem dać z siebie wszystko, co potrafię dać, jakoś się tym podzielić. Latem ubiegłego roku w Hiszpanii, w ramach praktyk wokalnych, zaproponowałam ćwiczenie, w którym człowiek wstaje z ziemi i niesie go jego śpiew. Dosłownie, z pozycji leżącej do pozycji wertykalnej. W ostatniej chwili przyszła decyzja, że będę śpiewać Ojcze nasz w języku aramejskim, a było to połączone z wielkim strachem. Nie wiem dlaczego. Myślałam, że może nie dojrzałam do tego, by to śpiewać… Ale kiedy skończyłam, ogarnęła mnie miłość. Tak, doświadczam w pracy czegoś na kształt miłości, jeśli zdarzy się głęboki kontakt pomiędzy ludźmi. Wtedy już nie potrzebujesz słów, czujesz, że to miłość. Przekracza się wtedy potoczność. Może poeta doświadcza tego samego, gdy pisze wiersz, może muzyk, gdy komponuje…To jest rodzaj uniesienia. Widzisz małe rzeczy, które ogromnieją. I wtedy kochasz cały świat. 

O życiu i o śmierci


Podczas medytacji wydawało mi się, że przeżyłam śmierć: mnie nie było, było tylko światło, iskierka nade mną. Niematerialny świat i absolutna tego świadomość. To rodzaj niesamowitej Obecności. 
A w pracy życie i śmierć objawiały się w symbolach. Symbolem życia i śmierci jest ziarno, które, zakopane, daje plon. Inspiracją był mit o Demeter i Korze. W okresie, gdy pracowałyśmy z Reną, zasiewałyśmy ziarno w misie i w czasie paru dni wspólnych śpiewów, ziarno rosło. Z obumarłego ziarna rodziło się nowe życie. Nie ma końca: wszystko ulega transformacji, przemianie. W naturze to niekończący się proces. 

Fragment filmu "Ewa - ostatnia lekcja", zdjęcie ze strony Artystki


O sobie


Myślę, że zawsze żyłam poezją. To bardzo trudne dla mnie, że nie potrafię dostrzec w codzienności jej sakralności… A przecież jest! 

Czy zawsze tak było?

W górach na Sardynii bywały dni, które bez żadnego powodu wydawały mi się odświętne, inne, i to w najprostszych czynnościach, ale nie trwało to długo. Zaledwie chwilę… I może dlatego szukam czegoś świętego w spotkaniu z ludźmi, bo jest możliwe obcowanie z ludźmi jakby w innym wymiarze. Zdarzają się momenty, gdy jesteśmy od środka rozświetleni – to jest podobne do zakochania. I właśnie w pracy z ludźmi zdarzają się takie chwile. Nigdy nie umiałam zaakceptować codzienności, może dlatego, że była trudna, począwszy od dzieciństwa w niełatwych powojennych czasach.. Matka pracowała, siostry szły do szkoły, a ja zostawałam z babcią, która robiła wszystko, aby utrzymać cały dom. Wieczorami, kiedy nie było jeszcze matki i sióstr, babcia śpiewała nieszpory, a ja, wówczas małe dziecko, stałam i patrzyłam na chmury i wydawało mi się, że one płyną razem z głosem mojej babci. Nigdy nie umiałam zaakceptować codzienności, a przecież mogła być piękna…

Cóż, każdy inaczej odczuwa świat: poprzez swoją wrażliwość, możliwości, ograniczenia, doświadczenia i w rezultacie poszukuje czegoś, czego mu brakuje, za czym tęskni. Sądzę, że Twoja wrażliwość w zetknięciu z trudną rzeczywistością, kazała Ci ją odrzucić i stworzyć sobie własną.

Może tak robi każdy poeta, każdy twórca! Tak, nie umiałam tej rzeczywistości zaakceptować. Będąc dzieckiem uczyłam się grać na cytrze, a także na skrzypcach, ale za często zawadzałam smyczkiem o klamkę od drzwi, trzeba było naprawiać smyczek, więc matka kupiła mi mandolinę. Potem dojeżdżałam do szkoły muzycznej na lekcje fortepianu, ale edukacji muzycznej nie ukończyłam, bo przenieśliśmy się do Lublina i nie było już możliwości. Ale cały czas grałam na gitarze, studiowałam też teorię muzyki. 
Moi dziadkowie i pradziadkowie prowadzili od 1853 roku Teatr Stary w Lublinie, który po II wojnie został upaństwowiony. W domu jednak przetrwała legenda tego teatru. Tuż po wojnie pozwolono rodzinie prowadzić kino i mój wujek przyjeżdżał z kinem objazdowym do miasteczka pod Krasnymstawem, gdzie wówczas mieszkałyśmy. Filmy pokazywane były na ścianie w kuchni naszego mieszkania. Wujek odjeżdżał, a ja jeszcze długo miałam te filmy przed oczami. Matkę to niepokoiło i dopytywała, co też jeszcze widzę. Jako dziecko miałam często taką wizję: korowód ludzi kolorowo ubranych, tańczących wokół studni. I zobacz, co ja dziś robię? Jest korowód ludzi, taniec i śpiew wokół misy. Jest w niej woda i kamień w corocznej pracy w Neapolu, są winogrona w sierpniowych spotkaniach na Sardynii i oleista substancja lentyszka w noworocznym świętowaniu w Umbrii. Jest coś takiego, że człowiek realizuje swoje pierwsze wizje. 

Byłam dumna, kiedy Jurek Ludwiński, który prowadził we Wrocławiu galerię Mona Lisa i miał niezwykłe plany, których nie pozwolono mu urzeczywistnić (podobnie jak w Lublinie), zaprosił mnie na plener. Znaczyło to, że coś we mnie zobaczył. Poza tym robiłam rzeczy, które były poza schematami, np. spektakl na podstawie „Elegii duinejskich” Rilkego , który trwał od rana do wieczora, z przerwami na posiłki. Zawsze wyłamywałam się z istniejących struktur, bo dawało mi to wolność tworzenia. Wielkim doświadczeniem było także zetknięcie z różnymi kulturami świata. Poznawałam ludzi i pracowałam z nimi: w Ameryce Południowej, w Indiach… Oczywiście, wymagało to wyrzeczeń: latami nie miałam domu. 

Teraz również jesteś wolna, niezależnie od tego, gdzie mieszkasz, w sobie nosisz ten świat. Dziękuję za spotkanie i rozmowę, a nade wszystko za tego „Pana Tadeusza”, który tak mnie poruszył, gdy mówiłaś Księgę XII w Instytucie Grotowskiego w 2014 roku.

środa, 15 marca 2023

Artyści z Krakowa. II Grupa Krakowska - nowa wystawa w MOCAK-u

30 marca 2023 roku w Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie zostanie otwarta wystawa "Artyści z Krakowa. II Grupa Krakowska". Wśród zaprezentowanych artystów znajdą się m. in. prace Tadeusza Kantora, Jerzego Nowosielskiego, Alfreda Lenicy i Jerzego Tchórzewskiego.



Grupa Krakowska – mit założycielski polskiej sztuki współczesnej

W 1957 roku powstała II Grupa Krakowska – stowarzyszenie niezależnych artystów, myślących każdy inaczej, ale tak samo oddanych sztuce. Byli indywidualistami, jednak łączyło ich zainteresowanie nowoczesnością. Podstawowym warunkiem zaproszenia do Grupy była „nerwica” twórcza – wyczucie narkotyku związanego z uprawianiem sztuki. Takim podejściem II Grupa Krakowska o kilka lat wyprzedziła Fluxus. Stała się polską awangardą postmodernizmu. Wbrew nazwie członkami mogli być również artyści z innych miast.

W 1958 roku Grupa wystąpiła do urzędu miejskiego z prośbą o przyznanie im lokalu na galerię. Kraków zawsze był odważny w takich sprawach[1]. Otrzymała piwnicę w Pałacu Krzysztoforskim. Ta odważna decyzja urzędników była zarówno gestem politycznym, jak i kulturowym. Na fali resztek odwilży ofiarowano artystom przestrzeń do uprawiania sztuki – a przy okazji i niechcący – miejsce do ćwiczenia niezależności artystycznej. Grupa Krakowska wykorzystała obie możliwości. Galeria Krzysztofory była pierwszym w historii Polski miejscem ekspozycyjnym ofiarowanym artystom.

Każdy członek Grupy miał prawo do wystawiania w Krzysztoforach. To wynikało z jej demokratycznych założeń. Jednak w pewnym momencie pojawiła się dyktatura. Zasady krzysztoforskie uległy osobowości Tadeusza Kantora, którego talent i ego były nie do przebicia i nie do przegadania. To był drapieżnik o ekspansywnej naturze, który z łatwością zmieniał „skóry mentalne”. Malował ekspresyjne obrazy, wymyślał dowcipne happeningi, tworzył patetyczny teatr oraz pisał wnikliwe i prorocze manifesty. Zniewalał, ale jeszcze bardziej fascynował i inspirował.

Dominacja Kantorowska skończyła się wraz z powstaniem Cricoteki. Galeria Krzysztofory powróciła do dawnej otwartości i demokracji. Oczywiście kontrolowanej jakością artystyczną. Przez 52 lata istnienia zorganizowano w Krzysztoforach kilkaset wystaw, performansów, spotkań, wykładów i przedstawień teatralnych. Oprócz członków Grupy wystawiali artyści z całego świata.

Po Stanisławie Balewiczu dyrektorem Krzysztoforów został Józef Chrobak. Ten detektyw kultury i demaskator jej ukrytych mechanizmów zebrał wszystkie dokumenty i plotki związane z funkcjonowaniem Galerii i Grupy, po czym wydał je w wielotomowej serii Grupa Krakowska (dokumenty i materiały). Dzięki jego dociekliwości i pracy działanie tej najważniejszej formacji artystów w Polsce powojennej zyskało trwały i profesjonalny obraz w historii sztuki.

W pewnym momencie – po połowie lat 90. – Grupa Krakowska „przestała się rozmnażać”. Najprawdopodobniej uznano, że wyczerpał się sens tego typu inicjatyw. Na pewno tak uważał Józik Chrobak. W każdym razie Grupa Krakowska postanowiła popełnić indiańskie samobójstwo. Dzisiaj żyje jeszcze tylko kilku członków: Janusz Tarabuła, Andrzej Kostołowski i Zbigniew Warpechowski.

Ale pamięć o tym imperium artystów wydaje się bezpieczna.

[1] 14 lat później, w 1972 roku, zwróciłam się do Wydziału Kultury Urzędu Miasta o zgodę na prowadzenie prywatnej galerii w moim mieszkaniu. I zgodę otrzymałam!

Maria Anna Potocka

Artyści z Krakowa. II Grupa Krakowska
30.03.2023 - 24.09.2023

Wernisaż:

30.03.2023 godz. 18

Artyści:

Jerzy Bereś

Tadeusz Brzozowski

Józef Chrobak

Maria Jarema

Julian Jończyk

Jerzy Kałucki

Tadeusz Kantor

Janina Kraupe-Świderska

Alfred Lenica

Adam Marczyński

Jadwiga Maziarska

Kazimierz Mikulski

Daniel Mróz

Jerzy Nowosielski

Jan Pamuła

Andrzej Pawłowski

Marek Piasecki

Maria Pinińska-Bereś

Mieczysław Porębski

Karol Pustelnik

Erna Rosenstein

Teresa Rudowicz

Bogusław Schaeffer

Jerzy Skarżyński

Maria Stangret

Jonasz Stern

Janusz Tarabuła

Jan Tarasin

Jerzy Tchórzewski

Danuta Urbanowicz

Witold Urbanowicz

Adam Walaciński

Zbigniew Warpechowski

Marian Warzecha

Jerzy Wroński

Kurator:

Maria Anna Potocka

Koordynatorzy:

Betina Fekser

Anna Jeznach

informacja prasowa

sobota, 18 stycznia 2020

Od zaklinaczy czasu po collage. Co zobaczymy Muzeum Narodowym we Wrocławiu w 2020 roku?

W 2020 roku Muzeum Narodowe we Wrocławiu przygotowało kilka interesujących wystaw. W gmachu głównym zostanie m. in. zaprezentowana secesja, chińska porcelana oraz obrazy Jana Lebensteina. W Pawilonie Czterech Kopuł podziwiać będziemy instalacje amerykańskie Ewy Kuryluk, a w Muzeum Etnograficznym, oprócz dorocznej ekspozycji wielkanocnej, zobaczymy "Makatkę wywrotową" (tak, tak!), a także "Zaklinaczy czasu. Kolędniczy teatr obrzędowy". 

Gmach główny MN we Wrocławiu, fot. ze strony Muzeum

Secesja / Art Nouveau / Jugendstil
18.02–19.04.2020
Kurator wystawy: Jacek Witecki
Kameralna prezentacja secesyjnych wyrobów ze srebra, cyny i innych metali projektu takich artystów jak Hugo Leven, Theo Blum, Friedrich Adler czy Ernest Sanglan.

Materiały prasowe MN we Wrocławiu

Wiosna w seladonowej wazie. Chińska porcelana z manufaktury Mistrza Jiang
23.03–31.05.2020
Kuratorka wystawy: Dorota Róż-Mielecka
Współpraca: Instytut Sun Keng yao w Longquan i Stowarzyszenie Polsko-Chińskie na Rzecz Kultury i Sztuki
Longquan, położone pośród gór niewielkie miasto w prowincji Zhejiang, jest kolebką chińskiej ceramiki. W tutejszych manufakturach wytwarza się nieprzerwanie od dziesięciu stuleci porcelanowe przedmioty pokryte charakterystycznym szkliwem w różnych odcieniach zieleni, błękitu i szarości. Tak zwane seladony są od wieków symbolem chińskiej kultury. Współczesne seladony z Longquan nadal wytwarza się tradycyjnymi metodami, a tutejsza technologia wypału została wpisana na Światową Listwę Dziedzictwa Narodowego UNESCO w 2007 roku.
Na wystawie pokazanych zostanie prawie 100 prac Jiang Tongleia, jednego z najbardziej znanych ceramików z Longquan, oraz jego syna, który kontynuuje rodzinne tradycje ceramiczne. W swojej manufakturze artysta wykonuje zarówno artystyczne obiekty unikatowe, jak i użytkowe. Powiela klasyczne formy z epoki Song (960–1279 ) i tworzy własne.

Chińska porcelana, Materiały prasowe MN we Wrocławiu

Panorama Siedmiogrodzka, czyli bitwa pod Sybinem w 1849 r.
11.05–30.08. 2020
Kurator wystawy: dr Romuald Nowak
Prezentacja 38 fragmentów monumentalnej „Panoramy Siedmiogrodzkiej” namalowanej we lwowskiej rotundzie od kwietnia 1897 do marca 1898 r. przez Jana Stykę i jego węgierskich współpracowników. Obraz pokazywany był m.in. we Lwowie, Budapeszcie i Warszawie, a następnie Styka zdecydował się podzielić go na części, które były potem sprzedawane lub rozdawane jako podarunki. Prezentowane na wystawie fragmenty pochodzą ze zbiorów polskich muzeów, przede wszystkim z Muzeum Okręgowego w Tarnowie. Wystawa zorganizowana z okazji jubileuszu 35-lecia udostępnienia „Panoramy Racławickiej” we Wrocławiu.


Panorama Siedmiogrodzka, Materiały prasowe MN we Wrocławiu

Płaszczyzna porozumienia. Stoły w XVIII i XIX wieku
29.06–27.10.2020
Kuratorka wystawy: Małgorzata Korżel-Kraśna
Prezentacja różnych typów stołów i stolików, bogactwa kształtów i dekoracji oraz, co najważniejsze, spełniających przez nie funkcji. Celem wystawy jest zwrócenie uwagi na niezwykłą rolę, jaką ten mebel odgrywał w historii, jak jednoczył użytkowników przy zabawie, pracy, posiłkach oraz był pomocny w rozwiązywaniu wszelkich konfliktów; a także pokazanie przemian, jakim podlegał od XVIII do XIX wieku, czyli w czasie kiedy królował w salonach i jadalniach.
Zabytki pochodzić będą głównie ze zbiorów własnych Muzeum Narodowego we Wrocławiu, które szczyci się jedną z większych kolekcji zabytkowych mebli w Polsce.

Płaszczyzna porozumienia. Stoły XVIII i XIX wieku, Materiały prasowe MN we Wrocławiu

Marek Oberländer i Jan Lebenstein. Totemiczny znak ludzkiej figury
26.10.2020–21.02.2021
Kuratorka wystawy: Magdalena Szafkowska

Prawie 150 prac wybitnych polskich artystów Marka Oberländera (1922–1978) i Jana Lebensteina (1930–1999) można będzie zobaczyć na tej wystawie.
Pokazywane dzieła oscylują wokół zagadnienia obrazowania postaci ludzkiej po doświadczeniach II wojny   światowej i Zagłady, kiedy tradycyjny sposób przedstawienia okazał się niestosowny, niemoralny i niemożliwy. Wobec niewyobrażalnego zła Oberländer i Lebenstein, dotkliwie nim doświadczeni, w podobnym czasie podjęli poprzez sztukę próbę konfrontacji z rozpaczą, samotnością, degradacją istoty człowieczeństwa. Podobnie jak wielu innych artystów, przedstawicieli tzw. nowej figuracji (jak Moore, Wróblewski, Kantor, Szapocznikow czy Abakanowicz), zastąpili ludzki kształt swoistym znakiem, totemem, symbolem.


Marek Oberländer i Jan Lebenstein. Totemiczny znak ludzkiej figury,
materiały prasowe MN we Wrocławiu

Pawilon Czterech Kopuł Muzeum Sztuki Współczesnej



Biel i cień. Instalacje amerykańskie Ewy Kuryluk
6.06–30.08.2020
Kuratorki wystawy: dr Barbara Banaś i Zofia Gebhard

Monograficzna wystawa kolekcji prac Ewy Kuryluk ukazująca po raz pierwszy polskiej publiczności obszerny wybór instalacji realizowanych przez artystkę w latach 80. i 90. XX w. w Ameryce – od pierwszego pokazu w 1981 roku w Medellin (Kolumbia) po Edmonton (Kanada, 2001).
Aktywnie wystawiająca w Polsce artystka znana jest odbiorcom przede wszystkim jako autorka przejmującej rodzinnej opowieści zamkniętej w książkach: Goldi, Frascati i Feluni. Historia rodzinna stała się także impulsem do powstania cyklów kolażowych instalacji artystki Lecą żółte ptaki (2001–2003), Tabuś (2005), Statek (2006), Kraków 1946 – ostatnia żółta instalacja (2019).
Ewa Kuryluk po latach zdecydowała się na pokazanie w kraju swoich wczesnych malowanych i drapowanych tkanin, określanych przez nią wspólnym mianownikiem „instalacji amerykańskich”.
Jeszcze w latach siedemdziesiątych wpisująca się w nurt malarstwa hiperrealistycznego, lekko surrealizującego odrzuciła ten język artystycznej ekspresji. Niemożność malowania, narastająca po dramatycznych doświadczeniach osobistych (próby samobójcze brata Piotra) sprawiła, że Kuryluk odkryła dla siebie nową przestrzeń, nową płaszczyznę „rozmowy”. Stała się nią biała połać tkaniny, na której czerwonym tuszem kreśliła kontury – twarzy, fragmentów ciała, ludzkiej sylwetki. Działania te ewoluowały w przestrzeni, gdy artystka zaczęła nadawać malowanym tkaninom kształty, drapując je, upinając, osadzając na krzesłach, sofach, wyprowadzając w plener. Wiele z powstałych wówczas prac ma szalenie intymny, zmysłowy, niekiedy wręcz erotyczny charakter.
Na wystawie pokazanych zostanie kilkanaście instalacji, m.in. materie pokryte tekstami, nazwane przez artystkę Rysopisami, o których mówiła: „Rysuję, czego nie mogę napisać. Piszę, czego nie mogę narysować”.


Collage – klejone światy
10.10.2020–10.01.2021
Kuratorka wystawy: Anna Chmielarz


Wystawa jest próbą pokazania ewolucji oraz różnorodności kolażu (form, technik, materiałów), który przez lata był i nadal jest używany przez artystów do rozmaitych celów. Za pomocą kolażu artyści tworzą nową, surrealną rzeczywistość obrazu, ocalają fragmenty świata, który już przeminął. Sztuka kolażu w przewrotny sposób kontestuje rzeczywistość i wciąż odgrywa ważną rolę w kontrkulturze. Kolaż nadal pełni istotną funkcję w ilustracji prasowej, ale też służy dokumentacji działań performatywnych, konceptualnych. Znalazł swoje miejsce również w muzyce w postaci kompozycji opartych na samplingu.
Na wystawie można będzie zobaczyć powstałe na przestrzeni ostatnich stu lat prace wybitnych polskich i zagranicznych twórców takich jak: Kurt Schwitters, Max Ernst, Aleksander Krzywobłocki, Margit Sielska, Henryk Stażewski, Mieczysław Berman, Tadeusz Kantor, Jerzy Skarżyński, Jonasz Stern, Władysław Hasior, Zbigniew Makowski, Kazimierz Mikulski, Jiři Kolář, Krzesława Maliszewska, Zofia Rydet, Zdzisław Beksiński, Eugeniusz Get-Stankiewicz, Izabella Gustowska, Zofia Kulik, Lech Twardowski, Grupa Luxus i inni.



Muzeum Etnograficzne



Podlwowska wieś Sokolniki na dawnej fotografii
31.01–9.04.2020 
Kuratorki: Hanna Golla (ME) i dr Małgorzata Michalska (Katedra Etnologii i Antropologii Kulturowej we Wrocławiu)

Sokolniki to duża wieś leżąca zaledwie kilka kilometrów na południe od Lwowa. Do II wojny światowej żyła tu prawie wyłącznie ludność polska. Po wojnie zaś tylko nieliczni zostali w rodzinnej miejscowości, a zdecydowana większość została przesiedlona na tzw. Ziemie Odzyskane. Pierwsze wzmianki o Sokolnikach pochodzą z 1397 r. jako o wsi królewskiej, której nazwa pochodzi od zajęcia osadników, hodujących sokoły dla dworu. Na wystawie pokazane zostaną pamiątki (strój ludowy charakterystyczny dla wsi Sokolniki, święte obrazy, przedmioty codziennego użytku itp.) oraz fotografie, na których można zobaczyć obrzędy weselne, obrzędy religijne, działalność organizacji, życie codzienne.

informacja prasowa


środa, 7 kwietnia 2021

Muzeum Narodowe we Wrocławiu i oddziały - wydarzenia online 10-16 kwietnia 2021

W najbliższym tygodniu Muzeum Narodowe we Wrocławiu poleca: wykład poświęcony twórczości m.in. Claude’a Moneta, Augusta Renoira, Edgara Degasa oraz pracom polskich impresjonistów; warsztaty plastyczne dla dzieci, warsztaty tańca intuicyjnego dla dorosłych. Rozpoczęto również nowy cykl dla młodzieży zatytułowany „Powtórka do matury”.

Wystawa "W głębi obrazu", fot. Muzeum Narodowe we Wrocławiu

Dawne zaułki Wrocławia w grafice

10.04, g. 12:00 

Wykład Magdaleny Szafkowskiej w ramach cyklu „Mój Śląsk. Fascynacje”

„Dawne zaułki wrocławskie” to temat wystawy sprzed 20 lat, zorganizowanej w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Obejmowała ikonografię w większości nieistniejących już ulic w obrębie ścisłego dawnego centrum miasta, których zabudowa powstawała głównie wzdłuż dawnej wewnętrznej fosy miejskiej, zwanej Oławą Miejską.

Na wąskich działkach w tym obszarze budowano wysokie domu z poddaszami, wykorzystując najczęściej konstrukcję szkieletową z drewna, wypełnianą najtańszym materiałem. Rejon ten zamieszkiwała w większości uboższa ludność rzemieślnicza. Po zasypaniu wewnętrznej fosy miejskiej w 1869 roku powstał ciąg malowniczych zaułków, które z czasem stały się atrakcją dla odwiedzających Wrocław. Po II wojnie światowej wiele z tych malowniczych uliczek pozostawało w stanie ruiny do lat 50.–60. XX wieku, w latach 70. część z zabudowań została wyburzona pod budowę Trasy W-Z.

Bezpłatne spotkanie online transmitowane będzie na profilu FB:

https://www.facebook.com/Muzeum.Narodowe.Wroclaw


Wystawa "Cudo-Twórcy", fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Szkło i ceramika współczesna w zbiorach Muzeum Narodowego we Wrocławiu

10.04, g. 16:00 

Wykład Iwony Gołaj w ramach cyklu „Alfabet kolekcji”

Muzeum Narodowe we Wrocławiu ma jedną z najbardziej reprezentatywnych kolekcji ceramiki i szkła XX i XXI wieku w Polsce. Już od lat pięćdziesiątych systematycznie gromadzono prace z dziedziny sztuki użytkowej i organizowano ogólnopolskie wystawy, z których najbardziej interesujące eksponaty trafiały do tutejszych zbiorów.

W kolekcji  znajdują się m.in. tradycyjne formy ceramiczne o charakterze użytkowym autorstwa Rudolfa Krzywca, Julii Kotarbińskiej i Krystyny Cybińskiej, gliniane obiekty przestrzenne Ireny Lipskiej-Zworskiej czy prace szklane Zbigniewa Horbowego, Ludwika Kiczury, Tasiosa Kiriazopoulosa, Henryka Wilkowskiego, Sylwestra Drosta, Reginy i Aleksandra Puchałów – najważniejszych przedstawicieli wrocławskiej szkoły szkła.

Spośród prac artystów wywodzących się spoza tutejszego ośrodka na szczególną uwagę zasługują ceramiczne formy naczyniowe Wandy Golakowskiej czy unikatowe w skali światowej rzeźby szklane najwybitniejszego polskiego twórcy szkła Henryka Albina Tomaszewskiego.

Wykład będzie próbą prześledzenia  przemian stylowych, jakim podlegały obie te dyscypliny od okresu międzywojennego aż do początku XXI wieku.

Bezpłatne spotkanie online transmitowane będzie na profilu FB:

https://www.facebook.com/Muzeum.Narodowe.Wroclaw

Muzeum Narodowe we Wrocławiu, materiały prasowe

Relacje

10.04, g. 16:00

Warsztaty tańca intuicyjnego dla dorosłych, w ramach cyklu Barbary Przerwy: „Co mnie porusza w sztuce współczesnej?”

„W sztuce współczesnej pociągają mnie relacje między artystą a tworzywem, z którego powstało dzieło sztuki. Inna energia uwalnia się przy malarstwie monochromatycznym, a inna przy pracy nad rzeźbą odlewaną w metalu. Fascynują mnie także relacje pomiędzy różnymi materiałami: szkło i sznur, szamot i szkliwo, papier i tusz. A co mają sobie do zaoferowania wiszące po sąsiedzku obrazy Magdaleny Heydy-Usarewicz i Aleksandry Jachtomy? I jak zaskakujące są powiązania pomiędzy bohaterami prac Krzesławy Maliszewskiej-Mazurkiewicz… Trzeba to sprawdzić, wszystkie zaś relacje przekształcić w taniec intuicyjny – spójny lub pełen dynamicznych impulsów, oparty na kontrastach lub przepływie. Poszukamy relacji pomiędzy poszczególnymi partiami ciała. Autentyczny ruch w relacji z dziełem sztuki. Zapraszam!” – Barbara Przerwa.

Kameralne spotkanie dla 10 osób (z zachowaniem reżimu sanitarnego) w przestrzeni Pawilonu Czterech Kopuł.

Wydarzenie płatne – bilet w cenie 7 zł do nabycia w kasie muzeum. Obowiązują zapisy: edukacja.pawilon@mnwr.pl lub 71 712 71 81.

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł Muzeum Sztuki Współczesnej

Z uwagi na zmienną sytuację związaną z pandemią wydarzenie może zostać przeniesione na inny termin.

Władysław Podkowiński, Spotkanie, 1892

Impresjonizm

11.04, g. 11:00 

Wykład Grzegorza Wojturskiego w ramach cyklu „Kurs historii sztuki”.

Wrażeniowość to polskie tłumaczenie nazwy rewolucyjnego kierunku, który współcześnie cieszy się dużym powodzeniem. Jednak jego początki wcale nie były łatwe i dopiero z czasem entuzjaści impresjonizmu zdobyli zdecydowaną przewagę.

Prelegent przedstawi założenia, metody oraz realizacje malarskie i rzeźbiarskie wspomnianego kierunku. Zaprezentuje twórczość m.in. Claude’a Moneta, Augusta Renoira, Edgara Degasa oraz prace polskich impresjonistów: Władysława Podkowińskiego, Józefa Pankiewicza oraz tych, dla których impresjonizm stał się tylko chwilowym epizodem artystycznym.

Wydarzenie online na platformie Teams. 

Płatne – bilet w cenie 8 zł do nabycia online. Więcej: mnwr.pl


Cytrynek na wiosnę

11.04, g. 12:00

Warsztaty plastyczne Pauliny Sucheckiej dla dzieci w wieku 5–12 lat, w ramach cyklu „ETNO w południe”.

Na zajęciach spróbujemy przywołać wiosnę. Tym razem wykonamy papierowe motyle. Motyle kolorowe, bajkowe, radosne. Będące wprawdzie symbolem ulotności, nietrwałości, ale także odrodzenia przyrody po zastoju zimowym. Wiosno, przybywaj na skrzydłach motylich!

Materiały potrzebne na warsztaty: ołówek, kolorowy papier, nożyczki, klej i płaskie drewniane patyczki (mieszadełka).

Wydarzenie na platformie Zoom. Płatne – bilet w cenie 3 zł do nabycia online. 

Więcej: mnwr.pl

 

Powtórka do matury II

15.04, g. 15:00 

Prowadzenie: wykładowcy w Dziale Edukacji w Pawilonie Czterech Kopuł Muzeum Sztuki Współczesnej

Kolejne spotkanie powtórkowe dla maturzystów dotyczyć będzie sztuki socrealistycznej oraz Pierwszej Wystawy Sztuki Nowoczesnej z 1948 roku. Omówiona zostanie działalność artystyczna w latach 40. i 50. XX w. takich twórców jak: Aleksander Kobzdej, Maria Jarema, Tadeusz Brzozowski, Tadeusz Kantor, Alina Szapocznikow i Andrzej Wróblewski. Przypomniana zostanie twórczość Władysława Hasiora oraz przywołany termin assamblage.

Spotkania online w czwartki o godz. 15:00 na platformie Teams.

Wydarzenie płatne – bilet w cenie 3 zł. Więcej: mnwr.pl

 

BYpass. Wystawa pandemiczna, fot. materiały prasowe

W piątek o piątej

BYpass. Wystawa pandemiczna

16.04, g. 17:00 

oprowadzanie po wystawie 

Spotkanie wokół prac artystów, których dzieła odsłaniają niezwykłą różnorodność kolekcji polskiej sztuki współczesnej zgromadzonej w Pawilonie Czterech Kopuł. Od ceramiki, przez rzeźbę, malarstwo, na instalacji kończąc. Do prezentacji wybrano prace według klucza alfabetycznego oraz parytetowego, bo na równi prezentowane są dzieła artystek i artystów, którzy nie znaleźli się w narracji wystawy stałej. 

Bilety w cenie 25 zł (20 zł ulgowy) należy wcześniej zakupić przez Internet (dostępne od 4.04) lub w kasie Pawilonu Czterech Kopuł, liczba miejsc ograniczona (5 osób).

Z uwagi na zmienną sytuację związaną z pandemią wydarzenie może zostać przeniesione na inny termin.

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł Muzeum Sztuki Współczesnej 

informacja prasowa

piątek, 18 maja 2018

„PANORAMICZNY HAPPENING MORSKI” TADEUSZA KANTORA W FOTOGRAFII EUSTACHEGO KOSSAKOWSKIEGO w Muzeum Narodowym Szczecina

Centrum wystawy tworzy trzydzieści fotografii autorstwa Eustachego Kossakowskiego, wykonanych na bałtyckiej plaży w Łazach podczas happeningu Tadeusza Kantora w 1967 roku. 

Panoramiczny happening morski, Koncert morski, 1967, fotografia Eustachy Kossakowski,
© Anka Ptaszkowska — kopia
 „Panoramiczny happening morski”, wykonany w sierpniu 1967 r. przez artystów uczestniczących
w V Plenerze w Osiekach (m.in. Jerzego Beresia, Edwarda Krasińskiego, Stanisława Fijałkowskiego), jest drugim plenerowym happeningiem Tadeusza Kantora (poprzedził go „List” , który odbył się
w Warszawie w styczniu tego samego roku) i jedną z pierwszych akcji performatywnych w Polsce
w latach 60. XX wieku.

Bez wątpienia jest także największym i najbardziej złożonym widowiskiem tego typu, zrealizowanym w plenerze. Obrosły legendą oraz licznymi anegdotami pozostaje niekwestionowanie kluczowym wydarzeniem polskiej sztuki nowoczesnej po 1945 r. W cyklu fotografii utrwalił go Eustachy Kossakowski, a słynna scena dyrygowania falami morskimi stała się już ikoną sztuki europejskiej.

Życie w sztuce

„Życie w sztuce” i poprzez sztukę, cechujące prezentowanych na wystawie twórców, to poszukiwanie przez nich granicy, po przekroczeniu której powtarzalność artystycznego gestu staje się świadomością biologicznego procesu. Oczywiście artysta zliczający „nieskończoność”, świadom nieuniknionej klęski własnego zamiaru, podejmuje takie wyzwanie. Spełnia się bowiem w wierności sobie
i konsekwentnym poszukiwaniu ontologicznego sensu, ukrytego w codzienności. Powtarzalność, nieustanność narastania, ale też tracenia, zmusza artystę do gestu niezgody, wyboru idei „godnego życia” „człowieka zbuntowanego”, który akceptuje nieuchronność przemijania i sam podejmuje dzieło dokumentacji tego procesu, przejmując nad nim władzę. Tak można scharakteryzować zasadę twórczości Tadeusza Kantora, Edwarda Krasińskiego, Jerzego Beresia czy Stanisława Fijałkowskiego.

Święte ciało prowincji i idea dyrygowania morzem

Święte ciało prowincji”, Pomorze Zachodnie, pozbawione dominujących elementów sztuki
i z wykształcającą się zaledwie świadomością własnej formy, jest odpowiednim miejscem dla działań neoawangardy polskiej w latach 60. i 70. XX wieku. Nadmorska osada Łazy to przestrzeń balansująca na granicy, wyznaczanej z jednej strony przez naturę, a z drugiej ideologię i fizyczność opresyjnego państwa. Przecież „Łazy” to miejsca po wykarczowanym lub wypalonym lesie, przeznaczone dla nowego. 

Przypadkowa semantyczna zbieżność z nazwą miejsca, gdzie wydarzył się gest intelektualnej wolności, jakim niewątpliwie była idea dyrygowania morzem, podkreśla akt niezależności i kreacji, w którym
jednostka jest podmiotem a nie przedmiotem. Przestrzeń, oddalona od twardego państwowego jądra, stworzyła możliwość nieustannej transgresji, będącej w przypadku Kantora zasadą życia, ale jest także jedyną zasadą awangardy. A dla nas jest dowodem, że i na "granicach" możliwe są wydarzenia właśnie te granice znoszące.

Bohaterowie zdarzenia

Tadeusz Kantor – demiurg, reżyser, twórca happeningów, malarz, scenograf, pisarz, teoretyk sztuki, aktor we własnych przedstawieniach, wykładowca krakowskiej ASP. Urodzony w 1915 r., zmarł w 1990 r.w Krakowie. Znany jako wybitna, oryginalna osobowość teatru XX wieku i twórca własnej grupy teatralnej (Teatr Konspiracyjny, Cricot 2) oraz spektakli wynikających ze złożonej osobowości, poruszających niezmienne dylematy rzeczywistości. Jeden z najważniejszych twórców polskiej sztuki.

Panoramiczny happening morski, Koncert morski, 1967,
fotografia Eustachy Kossakowski,© Anka Ptaszkowska — kopia

Eustachy Kossakowski, z archiwum artysty
Eustachy Kossakowski (właśc. Eustachy Kazimierz hr. Korwin-Kossakowski z Kossaków h. Ślepowron) - fotograf, autor zdjęć. Urodzony w 1925 r., zmarł w 2001 r.
w Paryżu. Jego twórczość dzieli się na dwa okresy: "okres polski" (lata 50. i 60.) oraz "okres paryski" (od 1970 r. do śmierci artysty). Zasłynął między innymi wybitną serią fotografii pejzażu przemysłowego lat 50. i 60. Jest również autorem unikalnej dokumentacji polskiej awangardy artystycznej lat 60. – twórczości artystów związanych z Galerią Krzywego Koła i Galerią Foksal, między innymi Henryka Stażewskiego i Edwarda Krasińskiego, oraz teatrów Tadeusza Kantora i Jerzego Grotowskiego. Okres paryski Kossakowskiego to czas własnych poszukiwań fotograficznych, z których wielki sukces odniosła seria 159. fotografii "obiektywnych" pt. "6 metrów przed Paryżem", uwieńczone albumami cykle zdjęć pt. "Światła w Chartres", "Pompeje, mieszkania tajemne" oraz "12 Apostołów" sfotografowanych od tyłu na frontonie Bazyliki Świętego Piotra w Rzymie.

Edward Krasiński, fot. organizatorów wystawy
Edward Krasiński – rzeźbiarz, malarz, autor form przestrzennych, instalacji i sytuacji artystycznych, jedna z głównych postaci neoawangardy polskiej lat 60. i 70. XX wieku. Urodzony w 1925 r.w Łucku, zmarł w 2004 r. w Warszawie. Brał udział w pierwszych happeningach Tadeusza Kantora. W "Panoramicznym happeningu morskim", stojąc we fraku na drabince zanurzonej w wodzie, zwrócony twarzą w kierunku linii horyzontu, dyrygował morskimi falami. Od 1968 r. Krasiński zaczął oznaczać przestrzeń, ciągłą linią, przylepiając na wysokości 130 cm niebieską taśmę (blue scotch szerokości 19 mm), która stała się znakiem rozpoznawczym jego sztuki. Niebieski pasek mógł przebiegać wszędzie, po ścianach, przedmiotach, nawet ludziach. Opisywać przestrzeń publiczną ale i prywatną. W trakcie późniejszych wystaw, w latach 80. i 90., niebieska linia prowadziła widza poprzez labirynt zaaranżowanych przez Krasińskiego korytarzy, urealniając przestrzeń. Krytyk Andrzej Kostołowski pisał: „gdyby szukać leitmotivu działalności Krasińskiego, to określenie nieskończoność wydaje się szczególnie użyteczne. Artysta pragnie bowiem rzeczy niemożliwej: chce nieskończoność zasugerować w sposób uchwytny wizualnie. Krasiński łączył w swoich pracach tradycję konstruktywistyczną z dadaistycznym żartem. Do opinii teoretyków wiążących jego działania ze sztuką konceptualną odnosił się z dystansem. Twierdził: To, co robię, jest jak najbardziej realne, aż do obrzydzenia!". Niebieski pasek "ujawnia" ścianę – nie buduje jej i nie tworzy, ale ujawnia, demaskuje realność "nie dostrzeganego" muru.

Jerzy Bereś, „Pomnik artysty”, 1978
(Galeria Monopol w Warszawie)
Jerzy Bereś – rzeźbiarz, autor akcji, używający swojego ciała jako jednego z podstawowych elementów w twórczym procesie. urodzony w 1930 r., zmarł w 2012 r. w Krakowie. Pisała o nim krytyczka Anka Ptaszkowska, stwierdzając, że Bereś operuje głównie "samym sobą": [...] dokonało się tu [...] przesunięcie. Tym razem przedmiotem stał się sam artysta, jego dzieło, jego "akt twórczy". 
Z drugiej strony przedmiotem stała się publiczność skonsolidowana w biernej izolacji. Jego prace 
i manifestacje często mają charakter wypowiedzi etycznej. Głosił postulat prymatu wartości „aktu twórczego” nad przedmiotem. Sformułował swój własny i niepowtarzalny styl „życia w sztuce”, poruszając się w obszarach pokrewnych: happeningu i performansu, chociaż nigdy nie zgadzał się na utożsamianie swoich działań z tymi kierunkami, nazywając je manifestacjami, akcjami, „mszami”.  W 1968 zaprezentował w Galerii Foksal w Warszawie pierwszą manifestację artystyczną „Przepowiednia I”. Otwiera ona cały cykl wystąpień, będących komentarzem do polityki, religii, sztuki i filozofii, w których często posługiwał się własnym ciałem łączonym z obiektem. Następnie realizował akcje określone „mszami”, poruszające najważniejsze polskie dylematy, m.in.: „Msza romantyczna”, „Msza polityczna”, „Msza polska”. Podejmował również artystyczny dialog z wybitnymi indywidualnościami sztuki XX wieku. Krytyk Jerzy Hanusek tak o nim pisał:
Akcje i manifestacje Beresia poruszają wyobraźnię. Jego celem nie jest jednak samo poruszenie wyobraźni, ale nadanie temu ruchowi określonego kierunku. [...] Artysta wie, że w swoich przesłaniach odwołuje się do wartości, które w dzisiejszym świecie, pełnym cynizmu i pragmatyzmu, stają się wartościami wstydliwymi, narażone są na szyderstwo, lekceważenie i kpinę. [...] Artysta penetrujący te szczególne rejony poznania, w których intelekt okazuje się wrogiem mądrości, płaci
za zuchwałość wysoką cenę: granica pomiędzy pozycją wieszcza i pozycją pożałowania godnej ofiary staje się niezwykle cienka. Artysta nie tylko ofiarowuje, ale również godzi się na rolę ofiary. Jest to cena, której nie można uniknąć.

Stanisław Fijałkowski,
fot. archiwum Muzeum Sztuki w Łodzi
Stanisław Fijałkowski– jeden z przedstawicieli grupy łódzkich awangardzistów należących do tzw. "Kręgu Strzemińskiego", inspirujących się twórczością łódzkiego unisty. Malarz i grafik, urodzony 
w 1922 r.. Twórczość Fijałkowskiego to sztuka afirmacji symbolu, będącego sublimacją rzeczywistości. W tworzonych przez siebie pracach sugeruje, że poza nią kryje się inny, ezoteryczny świat. Z czasem artysta ogranicza ikonografię swoich obrazów, które sprowadzone do jednolitych niemal powierzchni, nieznacznie tylko zróżnicowanych kolorem, nabierają wartości kontemplacyjnych. Stanisław Fijałkowski mówi o tym tak: Coraz śmielej starałem się dochodzić do formy nienarzucającej jednej interpretacji, lecz pozostawiającej widzowi pełną swobodę sięgania do jego własnego świata nieuświadomionych lub przygłuszonych prawdziwych treści jego osobowości. Starałem się i staram się nadal stworzyć formę, która jest tylko początkiem kreowania przez widza dzieła, za każdym razem w innej postaci...
______________________________

Krytyczka Anka Ptaszkowska, opisując happening Kantora w części zatytułowanej „Tratwa Meduzy”, wspomina: W „Happeningu morskim” znany krytyk Janusz Bogucki wygłasza więc uczone frazy, Stanisław Fijałkowski, malarz, profesor Łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych, koryguje każdy gest i każdą pozycję „rozbitków”. Pod ich czujnym okiem publiczność buduje tratwę z naniesionych przez morze kawałków drzewa, a następnie plasuje się na niej w pozach „żywcem” wziętych z obrazu.

Zdjęcia przygotowano we współpracy z Anką Ptaszkowską, krytyczką i historyczką sztuki, współzałożycielką Galerii Foksal, i w koprodukcji z Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, Galerią BWA w Bielsku Białej, Galerią ms44 w Świnoujściu oraz Galerią Scena/Fundacja Kultura
w Koszalinie.

Wystawa czasowa "Panoramiczny happening morski" trwa do 10 czerwca 2018.
Muzeum Narodowe w Szczecinie | ul. Wały Chrobrego 3

informacja prasowa

„Feliks Janiewicz – Complete Violin Concertos” – nowy album wydany przez Narodowe Forum Muzyki

7 sierpnia 2026 roku premierę będzie miał nowy album Narodowego Forum Muzyki im. Witolda Lutosławskiego we Wrocławiu, nagrany przez Bartłomi...

Popularne posty