Rozmawiam z Ewą Benesz – aktorką poszukującą, prowadzącą doświadczenia parateatralne, medytującą i dzielącą się z ludźmi swoimi doświadczeniami, bohaterką filmu "Ewa – ostatnia lekcja" w reż. Andrea Mura i Federico Savonitto. A dla mnie – przede wszystkim fenomenalną interpretatorką "Pana Tadeusza" Adama Mickiewicza, którego zna na pamięć.
 |
| Ewa Benesz, zdjęcie ze strony Artystki na FB |
Barbara Lekarczyk-Cisek: Film, który zaprezentowano podczas Millennium Docs Aganst Gravity, a którego jesteś bohaterką, nosi znaczący tytuł „Ostatnia lekcja”. Stał się dla mnie punktem wyjścia do refleksji nad różnymi aspektami Twojego życia, ale także życia każdego z nas. Nie chciałabym jednak powtarzać tego wszystkiego, czego dowiedziałam się przygotowując do wywiadu. Z pomocą przyszedł mi Sandor Marai, którego książki czytam od dłuższego czasu. Pomyślałam mianowicie, aby wykorzystać zamysł „Księgi ziół”, która jest zbiorem refleksji dojrzałego pisarza na tematy istotne dla każdego człowieka. Przypomina dawne zielniki, które próbowały odpowiedzieć na pytania, co należy jeść, aby być zdrowym albo co zrobić, gdy kogoś (w jego mniemaniu) Bóg opuścił. Będzie to poniekąd lekcja o tym, co w życiu ważne, ale z pewnością nie ostatnia taka lekcja. Powiedz zatem, Ewo...
Co jest prawdziwym życiowym doświadczeniem.
Ewa Benesz: Co jest prawdziwym życiowym doświadczenie… Boże mój! Hmm… To jest tak, że człowiek wzrasta, studiuje, poszukuje ludzi, od których może się czegoś nauczyć – chce dużo wiedzieć. I taki był pierwszy okres mojego życia: dużo czytałam, potem poszukiwałam ludzi, od których chciałam się czegoś ważnego dowiedzieć. Los pozwolił mi zbliżyć się do ludzi, którzy byli znaczącymi postaciami w sztuce.
A czego od nich oczekiwałaś, jakie to miało być doświadczenie?
Jeszcze tego nie wiem… Po prostu wiedzieli coś, czego ja nie wiedziałam. To był Jerzy Ludwiński, który zamieszkał we Wrocławiu, a którego znałam niemal od dziecka, to był także Jerzy Grotowski, Tadeusz Kantor, Irena i Tadeusz Byrscy, którzy tyle mi opowiedzieli o teatrze, że żadne studia by mi tego nie dały. Oboje związani z Redutą, ona – uczennica Zelwerowicza… Potem przyszedł drugi okres, który rozpoczął się od Teatru Źródeł Jerzego Grotowskiego, gdzie zetknęłam się z filozofią Wschodu. Przy czym nie jest to wiedza wyczytana, zasłyszana, lecz są to praktyki pozwalające odczuć, że człowiek jest częścią Wszechistnienia. To były cztery podstawowe techniki: człowiek, który idzie, siedzi, leży i który porusza się w różne strony świata. I masz takie doświadczenie, że siadasz i oddychasz, ale to nie ty oddychasz, tylko tobą oddycha. Potem robisz pozycję jogi śavāsanę, która kończy zazwyczaj sesję Hatha Jogi. To jest tzw. pozycja umarłego. Praktykowana w Teatrze Źródeł, zbliżała się do swojej nazwy. Ciało rozlewa się jak ocean i czujesz tylko rodzaj sznura, który cię wiąże z czymś, nie wiadomo z czym… Potem robisz Motions, czyli ruchy w sześć stron świata (także góra i dół). Pozwalają doświadczyć w końcowej fazie, że wyłaniasz się z ciepłego jaja, które jest niewidoczne, ale czujesz je. Także medytacja w ruchu, w chodzeniu, kiedy zachowujesz rytm, a twoje oczy widzą wszystko. Doświadczyłam tego wszystkiego osobiście i otworzyło mi to nową drogę do poszukiwań. Cała wiedza wyuczona i zasłyszana zeszła na drugi plan. Wedanta – starożytna indyjska filozofia uczy, że te same zmysły, którymi poznajemy świat, zwrócone do wewnątrz, dają poczucie jedności ze światem. Zetknęłam się potem w Indiach z medytacją Vipassanę, którą praktykują mnisi z Kambodży. Było to jedno z moich najważniejszych doświadczeń: przeżyłam swoją śmierć. Każde z tych ekstremalnych doświadczeń było związane z kryzysem. Musisz odnaleźć siłę, by móc go przeżyć i dalej być. W Polsce był to stan wojenny. A we Włoszech pokochałam człowieka, który okazał się narkomanem. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Vipassana uczy być mistrzem samego siebie. Doznałam, co znaczy Maja w niedualistycznej filozofii Wschodu. Ten świat, który widzimy, jest snem, za nim kryje się inny świat. I ja tego doświadczyłam! Kiedy zamieszkałam na Sardynii, ograniczyłam samotną medytację, ale doznałam fizycznie, czym jest anatomia człowieka Wschodu – że są trzy energie, np. siedzisz i czujesz, że dokoła ciebie jest wiatr, że on cię tworzy. Śpiewałam samotnie hymny Wed. Do ognia, do wiatru… Pewnego dnia zrozumiałam, dlaczego nagle, znienacka muszę przerwać jakąkolwiek robotę i wybiec na zewnątrz domu. Przychodził wiatr. Nawet na koniec mojego tam pobytu, kiedy poszliśmy z pożegnać drzewo z kolegami filmowcami, nagle powiał wiatr i spadło parę kropli deszczu.
W hymnach Wed jest tajemnica. Jeżeli mają 30 tysięcy lat, jak twierdzą niektórzy, to musi być w nich zachowane jakieś doświadczenie ludzkości.
A moją miłość zamieniłam w przyjaźń i zrobiłam wszystko, żeby temu człowiekowi pomóc. Został moim asystentem i okazał się w tej roli wspaniały, niezastąpiony w pracy. Jego śmierć, pandemia i mój wiek spowodowały, że ostatecznie opuściłam Sardynię.
Podobną myśl – że stanowimy jedność z otaczającą nas naturą, wyraził w filmowej formie Werner Herzog w swoim ostatnim filmie „Sny o słoniach”…
To są doświadczenia nie tylko praktyk medytacyjnych, do moich najcenniejszych doświadczeń należy współżycie z naturą. Lata samotności i pracy w górach na Sardynii były moim wielkim doświadczeniem. Początkowo byłam jak dziecko. Nie wiedziałam, czym jest wiatr, burza w górach, cyklon, który odcina cię od świata, czym są wschody słońca. A tych wschodów przeżyłam setki, samotnie i z ludźmi, którzy uczestniczyli w doświadczeniach, które tam prowadziłam. „Czuwaj – kiedy światło na górach daje znak – wstań i idź” pisał Herbert. I ja tak robiłam. Czekaliśmy pod tysiącletnim prawie drzewem na wschód słońca i praktykowaliśmy potem medytację w drodze. Praktyka ta była stosowana w poszukiwaniach parateatralnych Jerzego Grotowskiego. I wtedy to właśnie, kiedy słońce wyłaniało się zza horyzontu gór, zdarzała mi się ta niezapomniana chwila, kiedy czułam, że oddycha mną, że to nie ja oddycham. Natura czasem zsyła nam dary, szkoda że tak rzadko. Wszystko, cokolwiek człowiek wie, jest tajemnicą wydartą naturze. Prawdziwa wiedza przychodzi w okolicznościach skrajnych i ja siebie w jakiś sposób poddałam temu doświadczeniu. Były to lata czuwania. Pokochałam tam zresztą każdy kamyk, każdą roślinę, śpiewającego ptaka…
Kiedy zrobisz coś dobrego, natura ci odpowie tym samym. Ale naturze trzeba się poddać, być jak liść, być jej częścią. Te moje doświadczenia przekładałam potem na doświadczenia z ludźmi – chciałam, aby nauczyli się słyszeć i widzieć. Żeby nie pragnęli jakiegoś szybkiego rezultatu. Umieć nie chcieć jest mądrością, która przychodzi po latach pracy. Można mieć nadzieję, tak, ale nie można chcieć. Proces zaczyna się zazwyczaj od wrażliwych osób, a potem, kiedy zawiąże się wspólnota, przychodni prawdziwe doświadczenie.
O przyjaźni
Zapewne spotykając się z ludźmi robiłaś to nie tylko dlatego, aby im przekazać swoje doświadczenia, ale rodziły się więzi.
Moja współpraca z Reną Mirecką zaczęła się od przyjaźni. Początki sięgają 1968 roku. Rena przyjeżdżała do Kazimierza Dolnego nad Wisłą, gdzie wspólnie spędzałyśmy wakacje, potem ja jeździłam do Wrocławia. Była w niej niezwykła fantazja i wielkie poświęcenie dla pracy! Oczywiście mam też wielu przyjaciół spośród moich byłych studentów, współpracowników, samodzielnych teraz, bo moje przyjaźnie zawiązywały się w pracy. Przyjaźń jest czymś praktycznym.
O szczęściu
Szczęście znajduję w pracy. Długo uczyłam się akceptować niepewność i delikatność ludzkiego istnienia. Miałam ogromną cierpliwość w tworzeniu działań, w poszukiwaniu materiałów do pracy… I wszystko to, co robiłam, rodziło się jakby samo. Niczego nie wymyślałam – inspirowali mnie ludzie i małe zdarzenia. Przykładem niech będzie praca z lentyszkiem – rośliną, która w czasach głodu pomagała ludziom na Sardynii przeżyć i która była olejem służącym do oświetlenia od czasów neolitu. Na Boże Narodzenie przyjechał na Sardynię mój asystent Alfred, muzyk i botanik z wykształcenia. Dowiedział się od sąsiadki, że ludzie zbierali owoce lentyszka, z którego wytłaczało się olej. Zrobił ten olej, ale potrącił karafkę, olej wylał się, a parę kropel spadło na ogarek świecy. I świeca zajaśniała innym płomieniem, kiedy zapaliłam ją wieczorem przed snem. Tak odkryłam, do czego służył lentyszek. Potem znalazłam w pismach Plutarcha informacje o znaczeniu lentyszka w starożytnym Egipcie. W jakiś sposób wiedza o lentyszku przyszła do mnie sama.
Czyli ten rodzaj pracy, który dla Ciebie jest szczęściem, jest także rozwijaniem intuicji, nawiązaniem więzi z samą sobą?
Ja myślę, że my mamy wiedzę, że doświadczenie naszych przodków jest w nas zapisane, tylko nie zawsze umiemy to odkryć. Często decyduje przypadek. Nigdy bym nie przypuszczała, że zajmę się lentyszkiem, ale mnie zainteresowało światło. A Boże Narodzenie to święto Światła.
O miłości
Ale o jakiej miłości?
A to już sama zdecyduj. Można kochać człowieka, można kochać słowo, przyrodę…
Miłość jest połączona ze strachem. Szukam jej w pracy. Pragnę przeżyć coś, aby potem dać z siebie wszystko, co potrafię dać, jakoś się tym podzielić. Latem ubiegłego roku w Hiszpanii, w ramach praktyk wokalnych, zaproponowałam ćwiczenie, w którym człowiek wstaje z ziemi i niesie go jego śpiew. Dosłownie, z pozycji leżącej do pozycji wertykalnej. W ostatniej chwili przyszła decyzja, że będę śpiewać Ojcze nasz w języku aramejskim, a było to połączone z wielkim strachem. Nie wiem dlaczego. Myślałam, że może nie dojrzałam do tego, by to śpiewać… Ale kiedy skończyłam, ogarnęła mnie miłość. Tak, doświadczam w pracy czegoś na kształt miłości, jeśli zdarzy się głęboki kontakt pomiędzy ludźmi. Wtedy już nie potrzebujesz słów, czujesz, że to miłość. Przekracza się wtedy potoczność. Może poeta doświadcza tego samego, gdy pisze wiersz, może muzyk, gdy komponuje…To jest rodzaj uniesienia. Widzisz małe rzeczy, które ogromnieją. I wtedy kochasz cały świat.
O życiu i o śmierci
Podczas medytacji wydawało mi się, że przeżyłam śmierć: mnie nie było, było tylko światło, iskierka nade mną. Niematerialny świat i absolutna tego świadomość. To rodzaj niesamowitej Obecności.
A w pracy życie i śmierć objawiały się w symbolach. Symbolem życia i śmierci jest ziarno, które, zakopane, daje plon. Inspiracją był mit o Demeter i Korze. W okresie, gdy pracowałyśmy z Reną, zasiewałyśmy ziarno w misie i w czasie paru dni wspólnych śpiewów, ziarno rosło. Z obumarłego ziarna rodziło się nowe życie. Nie ma końca: wszystko ulega transformacji, przemianie. W naturze to niekończący się proces.
 |
| Fragment filmu "Ewa - ostatnia lekcja", zdjęcie ze strony Artystki |
O sobie
Myślę, że zawsze żyłam poezją. To bardzo trudne dla mnie, że nie potrafię dostrzec w codzienności jej sakralności… A przecież jest!
Czy zawsze tak było?
W górach na Sardynii bywały dni, które bez żadnego powodu wydawały mi się odświętne, inne, i to w najprostszych czynnościach, ale nie trwało to długo. Zaledwie chwilę… I może dlatego szukam czegoś świętego w spotkaniu z ludźmi, bo jest możliwe obcowanie z ludźmi jakby w innym wymiarze. Zdarzają się momenty, gdy jesteśmy od środka rozświetleni – to jest podobne do zakochania. I właśnie w pracy z ludźmi zdarzają się takie chwile. Nigdy nie umiałam zaakceptować codzienności, może dlatego, że była trudna, począwszy od dzieciństwa w niełatwych powojennych czasach.. Matka pracowała, siostry szły do szkoły, a ja zostawałam z babcią, która robiła wszystko, aby utrzymać cały dom. Wieczorami, kiedy nie było jeszcze matki i sióstr, babcia śpiewała nieszpory, a ja, wówczas małe dziecko, stałam i patrzyłam na chmury i wydawało mi się, że one płyną razem z głosem mojej babci. Nigdy nie umiałam zaakceptować codzienności, a przecież mogła być piękna…
Cóż, każdy inaczej odczuwa świat: poprzez swoją wrażliwość, możliwości, ograniczenia, doświadczenia i w rezultacie poszukuje czegoś, czego mu brakuje, za czym tęskni. Sądzę, że Twoja wrażliwość w zetknięciu z trudną rzeczywistością, kazała Ci ją odrzucić i stworzyć sobie własną.
Może tak robi każdy poeta, każdy twórca! Tak, nie umiałam tej rzeczywistości zaakceptować. Będąc dzieckiem uczyłam się grać na cytrze, a także na skrzypcach, ale za często zawadzałam smyczkiem o klamkę od drzwi, trzeba było naprawiać smyczek, więc matka kupiła mi mandolinę. Potem dojeżdżałam do szkoły muzycznej na lekcje fortepianu, ale edukacji muzycznej nie ukończyłam, bo przenieśliśmy się do Lublina i nie było już możliwości. Ale cały czas grałam na gitarze, studiowałam też teorię muzyki.
Moi dziadkowie i pradziadkowie prowadzili od 1853 roku Teatr Stary w Lublinie, który po II wojnie został upaństwowiony. W domu jednak przetrwała legenda tego teatru. Tuż po wojnie pozwolono rodzinie prowadzić kino i mój wujek przyjeżdżał z kinem objazdowym do miasteczka pod Krasnymstawem, gdzie wówczas mieszkałyśmy. Filmy pokazywane były na ścianie w kuchni naszego mieszkania. Wujek odjeżdżał, a ja jeszcze długo miałam te filmy przed oczami. Matkę to niepokoiło i dopytywała, co też jeszcze widzę. Jako dziecko miałam często taką wizję: korowód ludzi kolorowo ubranych, tańczących wokół studni. I zobacz, co ja dziś robię? Jest korowód ludzi, taniec i śpiew wokół misy. Jest w niej woda i kamień w corocznej pracy w Neapolu, są winogrona w sierpniowych spotkaniach na Sardynii i oleista substancja lentyszka w noworocznym świętowaniu w Umbrii. Jest coś takiego, że człowiek realizuje swoje pierwsze wizje.
Byłam dumna, kiedy Jurek Ludwiński, który prowadził we Wrocławiu galerię Mona Lisa i miał niezwykłe plany, których nie pozwolono mu urzeczywistnić (podobnie jak w Lublinie), zaprosił mnie na plener. Znaczyło to, że coś we mnie zobaczył. Poza tym robiłam rzeczy, które były poza schematami, np. spektakl na podstawie „Elegii duinejskich” Rilkego , który trwał od rana do wieczora, z przerwami na posiłki. Zawsze wyłamywałam się z istniejących struktur, bo dawało mi to wolność tworzenia. Wielkim doświadczeniem było także zetknięcie z różnymi kulturami świata. Poznawałam ludzi i pracowałam z nimi: w Ameryce Południowej, w Indiach… Oczywiście, wymagało to wyrzeczeń: latami nie miałam domu.
Teraz również jesteś wolna, niezależnie od tego, gdzie mieszkasz, w sobie nosisz ten świat. Dziękuję za spotkanie i rozmowę, a nade wszystko za tego „Pana Tadeusza”, który tak mnie poruszył, gdy mówiłaś Księgę XII w Instytucie Grotowskiego w 2014 roku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz