Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Rattle, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Rattle, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 stycznia 2019

ICE Classic i Narodowe Forum Muzyki: Sir Simon Rattle i muzyka polska

W styczniu do Polski zawita sir Simon Rattle, jeden z czołowych dyrygentów świata, od niedawna kierujący najstarszą orkiestrą stolicy Zjednoczonego Królestwa – London Symphony Orchestra. Od 15 do 17 stycznia wraz z londyńskimi muzykami odwiedzi kolejno Teatr Wielki – Operę Narodową w Warszawie, Narodowe Forum Muzyki we Wrocławiu oraz Centrum Kongresowe ICE Kraków, gdzie zadyryguje w ramach cyklu gwiazdorskich koncertów ICE Classic.



W kwietniu ubiegłego roku można było posłuchać świetnych londyńczyków w Warszawie, jednak wówczas zespół poprowadził główny dyrygent gościnny LSO – Gianandrea Noseda. Ze swoim nowym szefem orkiestra jeszcze w Polsce nie koncertowała.
Drugi sezon Simona Rattle'a z brytyjską orkiestrą jest znakomitą okazją, aby dyrygent pojawił się w ojczyźnie Karola Szymanowskiego. W sezonie, który dla LSO przebiega pod hasłem Roots & Origins, muzyka Europy Środkowej zajmuje szczególne miejsce, a w programach koncertów przeplatają się nazwiska trzech kompozytorów inspirujących się muzyką ludową: Béli Bartóka, Leoša Janáčka oraz Karola Szymanowskiego, z którego twórczością wiążą Rattle'a szczególne emocje.

Mój pierwszy kontakt z muzyką polską to właśnie Szymanowski, wyłączywszy rzecz jasna Chopina, którego grywałem jako bardzo młody i zły pianista – mówił w 1994 roku sir Simon Rattle, realizując z City Of Birmingham Symphony Orchestra pierwszy w swoim ogromnym dorobku nagraniowym album z muzyką Szymanowskiego. Wiedziałem, że to miłość od pierwszego wejrzenia – wspominał.

Jeszcze z Filharmonikami Berlińskimi Rattle otwierał sezon 2012/2013 wykonaniem III Symfonii Witolda Lutosławskiego, a w związku z 100. rocznicą urodzin kompozytora luty 2013 roku poświęcili jego twórczości. Co ciekawe, to właśnie Lutosławski zachęcił Rattle'a do nagrania III Symfonii Pieśń o nocy Karola Szymanowskiego, którą brytyjski dyrygent początkowo uważał za zbyt emocjonalną.
Rattle nagrał także komplet dzieł orkiestrowych Szymanowskiego i doprowadził do tego, że polskie arcydzieło operowe Król Roger zagościło na deskach światowych teatrów. Lutosławskiego znał osobiście i był propagatorem jego twórczości, wspominał go jako patrycjusza, arystokratę, dżentelmena. W 2015 roku ukazała się płyta wytwórni Deutsche Grammophon z Koncertem fortepianowym i II Symfonią kompozytora. Solistą był Krystian Zimmerman, którego wkład w popularyzację dzieł Lutosławskiego również jest nie do przecenienia.

Za swoje ogromne zasługi na rzecz popularyzacji muzyki polskiej sir Simon Rattle w 1999 roku otrzymał nagrodę Fundacji im. Karola Szymanowskiego, dziesięć lat później został uhonorowany Złotym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis, a w 2013 roku przyznano mu medal Roku Lutosławskiego. W roku 2018 dyrygent przyjął zaproszenie do komitetu honorowego Międzynarodowego Konkursu Muzycznego im. Karola Szymanowskiego w Katowicach (zasiadł w nim wraz z Krzysztofem Pendereckim).

Gorąco zapraszamy na koncert 17 stycznia 2019 roku w Centrum Kongresowym ICE Kraków. Choć w programie znalazły się Muzyka na instrumenty strunowe, perkusję i czelestę Béli Bartóka oraz VI Symfonia A-dur Antona Brucknera, to znając zamiłowanie Rattle'a do polskiej muzyki, można też oczekiwać polskiego akcentu. O tym, czy taki się pojawi, przekonajmy się osobiście w pierwszym w 2019 roku koncercie cyklu ICE Classic w Krakowie.

Dla KBF Mateusz Ciupka, autor bloga „Szafa melomana”.

........................................................................................................................................................

Simon Rattle,  fot. Sheila Rock

We wrocławskim Narodowym Forum Muzyki sir Simon Rattle da koncert 16 stycznia o godz. 19.00. Oto zapowiedź koncertu:

"W wykonaniu Brytyjczyków usłyszymy tym razem dwa kontrastujące ze sobą dzieła. Pierwszym z nich będzie słynna Muzyka na instrumenty strunowe, perkusję i czelestę autorstwa Béli Bartóka. Utwór ten zajmuje szczególne miejsce w twórczości jednego z najsłynniejszych kompozytorów XX wieku. Powstał w 1936 roku na zamówienie Paula Sachera (szwajcarskiego dyrygenta i mecenasa sztuki) z okazji jubileuszu dziesięciolecia istnienia Kammerorchester Basel. W tamtym czasie Bartók odnalazł już swoją artystyczną drogę – tworzył dzieła znacznie wykraczające poza stylistykę kompozycji z końca XIX wieku, łącząc inspiracje węgierską muzyką ludową z odważnymi eksperymentami brzmieniowymi i rytmicznymi. W finale koncertu za sprawą VI Symfonii Antona Brucknera powrócimy do wielkiej symfoniki późnego romantyzmu. To jedyna symfonia kompozytora, której nie poddał żadnym poprawkom (zazwyczaj był bardzo podatny na sugestie przyjaciół). Dzieło to urzeka charakterystyczną dla Brucknera pełnią kontrastów i nietypową narracją muzyczną. Zaskakującym jest, że w imponującym dorobku symfonicznym kompozytora jest to dzieło najmniej znane."

informacja prasowa

czwartek, 20 kwietnia 2023

Od losu nie ma ucieczki. "Idomeneo" W. A. Mozarta w Staatsoper w Berlinie /recenzja opery/

"Idomeneo" W. A. Mozarta w Staatsoper Unter den Linden w Berlinie jest spełnieniem marzeń każdego melomana. Sądzę, że przydarzyła mi się rzecz zgoła niezwykła - miałam szczęście zobaczyć i usłyszeć spektakl operowy, który nie był banalny, podejmował tematy ponadczasowe, a przy tym serwował słuchaczom prawdziwą ucztę muzyczno-wizualną. To jednak rzadkość, ale i nie przypadek, zważywszy, jacy stworzyli go artyści. 

"Idomeneo" W. A. Mozarta w Staatsoper Berlin, fot. Bernd Uhlig

"Idomeneo" - zagadkowa opera Mozarta

"Idomeneo" Wolfganga Amadeusza Mozarta jest bodaj najmniej znaną operą tego kompozytora, co może dziwić, zważywszy, jak jest znakomita. Okoliczności jej powstania wskazują, że  Mozart napisał ją na zamówienie elektora palatyńskiego, Karola Teodora, dysponującego najlepszą orkiestrą w ówczesnej Europie, kierowaną przez Christiana Cannabicha. W jej skład wchodzili wybitni wirtuozi, m. in.  Johann Baptista Wendling, którego żona Dorothea zagrała Ilię, a szwagierka Elisabeth została pierwszą Elektrą. Mozart miał wówczas 25 lat i był już dojrzałym twórcą (pierwszą operę: "Mitrydate" skomponował mając 14 lat!), więc toczył boje z librecistą ks. Giambattistą Varesco, aby postacie nie były papierowe, a role "przegadane|", o czym wiemy z jego listów do ojca. Kompozytor tworzy tę operę z wielkim zaangażowaniem - troszczy się o najdrobniejsze szczegóły, ale zarazem dba o ogólny efekt sceniczny. Narzeka na wykonawców męskich ról - Anton Raaff, tenor, grający tytułową rolę, jest dobrze po sześćdziesiątce i niektóre arie są dla niego za trudne, zaś Idamante, którego gra włoski kastrat-sopran - Vincenzo dal Prato, był podobno sztywny jak kołek i w ogóle nie umiał grać (zresztą podobnie jak Raaff). "Nie ma za grosz metody" - pisze Mozart do ojca. Trzeba więc było indywidualnie z nimi pracować, a nawet przerabiać finałową arię Idomeneo. 

 Włoskie i niemieckie strony tytułowe oryginalnego libretta opery Mozarta Idomeneo,
źródło: Wikipedia
Za to wykonawczynie ról kobiecych były świetne. Mimo wszystko Mozart był bardzo szczęśliwy, ponieważ tworzył muzykę dla wspaniałej orkiestry, a poza tym współpracował z nim znakomity choreograf i scenograf. Był także otoczony  troską i życzliwością swojego protektora. Prapremiera odbyła się w Monachium 26 stycznia 1781 roku, lecz pomimo zachwytów nad pięknem muzyki,  operę zagrano tylko trzy razy. Potem Mozart ją jeszcze poprawiał i próbował wystawiać, ale bez większego powodzenia. Także w XIX w. wystawiano ją rzadko. 

Dopiero w 1951 roku na Festiwalu w Glyndebourne Fritz Busch po raz pierwszy poprowadził "Idomeneo" według oryginalnej partytury, a także zaprosił znakomitych solistów. Niewiele to jednak zmieniło, bo w praktyce wykonawczej opery nadal stosowano skróty, a wykonawcy byli często gęsto marni. Dopiero w 1973 roku austriacki dyrygent Karl Böhm ponownie powrócił do oryginału. Upłynęło sporo czasu i dopiero w latach 2000 pojawiły się interesujące interpretacje "Idomeneo", m. in. spektakl pod dyr. Marca Minkowskiego w reżyserii Davida McVicara (tego samego, który stworzył inscenizację, o której piszę), w którym wystąpiła, podobnie jak w berlińskiej adaptacji, Magdalena Kožená. Po operę Mozarta sięgali także: Nicolaus Harnoncourt (1982), z Pavarottim w roli tytułowej czy John Eliot Gardiner, który w 1993 r. nagrał płytę z Anthonym Rolfe Johnsonem jako Idomeneuszem. W Polsce zaś po raz pierwszy zaprezentowano tę operę dopiero w 1991 roku w warszawskiej Operze Kameralnej i na tym poprzestano... 

Rozbitkowie w berlińskiej wersji "Idomeneo", fot. Bernd Uhlig

Od losu nie ma ucieczki...

Zgoda na tragiczność życia - w tym się wyraża cała nasza godność 
i nasza duma. Na pokorze wobec tego, co jest nieuchronne.
Wiesław Myśliwski

    "Idomeneo" jest operą przypominającą tragedię grecką, z jej fatalistyczną wizją świata i ludzkiego losu. Poza jednym wyjątkiem - szczęśliwym zakończeniem. Akcja rozgrywa się na Krecie, po wygranej przez Greków wojnie trojańskiej. Idomeneusz - król wyspy nie powrócił jeszcze spod Troi, ale wysłał statki z niewolnikami, wśród których znajduje się córka króla Priama - Ilia. Pod nieobecność ojca rządy sprawuje młody i wielkoduszny Idamante, który zakochuje się w Ilii, ona jednak pozostaje pogrążona w głębokiej żałobie, a odwzajemnienie uczuć "wrogowi" uważa za swoistą zdradę wobec tych, którzy zginęli z ręki Greków, w tym swojego ojca i brata ("Padre, germani, addio"). Kiedy jednak Idamante uwalnia z niewoli jej rodaków, nie potrafi pozostać obojętna, nadal czując się rozdarta pomiędzy pamięcią bliskich a miłością do szlachetnego Idamante (piękne partie chóru "Godiam la pace" o zwycięstwie Amora). Tymczasem wieść niesie, że statek, którym podróżował Idomeneusz, zatonął. Istotnie, Neptun, chcąc wystawić bohatera na próbę, ratuje mu życie pod warunkiem, że poświęci on życie pierwszej napotkanej na brzegu osoby w ofierze. Brawurowe sceny przedstawiające walkę o życie marynarzy Idomeneusza, walczących z żywiołem, są szalenie interesujące tak pod względem scenograficznym, jak i muzycznym ("Pietà, numi, pietà!"). Jak się nietrudno domyślić, pierwszym napotkanym człowiekiem okazuje się - ku przerażeniu Idomeneusza - jego jedyny syn. Następuje dramatyczna scena, w której kochający, dobry syn zostaje przez ojca odepchnięty, co sprawia mu ogromny ból. 

Andrew Staples jako Idomeneo i Magdalena Kožená jako Idamante
fot. Bernd Uhlig

    O tym, jakie są prawdziwe przyczyny zachowania Idomeusza dowiaduje się doradca króla - Arbace i doradza mu, aby odesłał syna jak najdalej. Także król sądzi, że pozbywając się syna, ukrywając go, uniknie spełnienia obietnicy danej Neptunowi. Ponadto na jego dworze przebywa księżniczka mykieńska Elektra, która po tym, jak skłoniła brata Orestesa do zamordowania matki (Klitajmestra wraz z kochankiem skrytobójczo zamordowała powracającego spod Troi Agamemnona), schroniła się przed wyrzutami sumienia (Erynie) na Krecie. Poznawszy delikatnego i dobrego Idamante, zakochuje się w nim i marzy o nowym, szczęśliwym życiu. Ona również pragnie uciec od swego losu, co koniec końców okaże się niemożliwe. Tylko Idamante i Ilia, pod wpływem wzajemnej miłości, gotowi są stawić czoła losowi i poświęcić się w imię wyższych uczuć, nie myśląc o sobie. I to oni wychodzą zwycięsko z opresji. Ostatecznie Neptun wynosi Idamante na tron (mówiąc, że miłość zwyciężyła) i dając mu za żonę Ilię. Ci, którzy buntowali się przeciwko losowi, uosobionemu w postaci Neptuna, przegrali i muszą odejść. Odchodzą więc - Idomeneusz w pokorze, Elektra zaś w zapiekłej wściekłości (wspaniała dramatyczna aria "O smanie! D`Oreste, d`Aiace"). Całość kończy jednak duet nowych panujących oraz chóru. Można by powtórzyć za Wiesławem Myśliwskim, że nie wykazali pokory wobec nieuchronności swojego losu i na skutek tego poniekąd przegrali swoje życie. 
    25-letni geniusz stworzył więc prawdziwą operę seria, w której temat mitologiczny nie pozostał czystą konwencją, za którą nie skrywa się żadna treść. Przeciwnie - mamy do czynienia z prawdziwym dramatem ludzkiego losu, który dotyczy nie tylko pojedynczych osób, ale także kładzie się cieniem na życiu całej zbiorowości. Służy temu także pogłębiona psychologia postaci. Jeśli tak na to spojrzymy, nie będziemy się zastanawiać, skąd i po co wzięła się na Krecie Elektra.

"Idomeneo", scena zbiorowa, fot. Bernd Uhlig

  "Idomeneo" w Staatsoper Unter den Linden    

       Inscenizacja operowa "Idomeneo" w Staatsoper Unter den Linden w Berlinie była moją pierwszą widzianą na żywo, wcześniej jednak poznałam dwie inne, bardziej oszczędne, jeśli chodzi o środki scenicznego wyrazu, ale zaśpiewane znakomicie. W szczególności dotyczy to nagranej na żywo w La Scali w Mediolanie wersji "Idomeneo" z 2006 roku, którą poprowadził brytyjski dyrygent Daniel Harding, a wyreżyserował wybitny, urodzony w Zurychu, reżyser teatralny Luc Bondy, dyrektor paryskiego teatru Odeon. W rolę tytułową wcielił się w obu wersjach (także późniejszej, z 2016 roku, z tym samym dyrygentem) urodzony w Malezji znakomity tenor Steve Davislim
    Wyznać muszę, że berlińska wersja była bardzo interesująca koncepcyjnie, co nie dziwi, jeśli zważyć, jakie przygotowały ją tuzy, nota bene sami Brytyjczycy. Inscenizatorem jest David McVicar, twórca mający ogromne doświadczenie (także w realizacji znanych oper Mozarta) i od lat współpracujący z wielkimi teatrami operowymi. Autorką scenografii jest brytyjska scenografka i kostiumolog - Vicki Mortimer, która zaprojektowała kostiumy i scenografię do ponad 30 spektakli, w tym do "Good" i "Medea" (West End Theatre w Londynie), a także wieczoru baletowego "AfteRite/Lore" (Teatro alla Scala di Milano). Piękne kostiumy stylizowane na wschodnie (w tym nieco kontrowersyjny, ale jakże dramaturgiczny strój dla Medei i jej służących) zaprojektowała inna Brytyjka - Gabrielle Dalton, która we współpracy z Davidem McVicarem zrealizowała wiele wcześniejszych projektów, m. in.do opery "Falstaff", kilkakrotnie w Grange Park Opera ("Don Kichot", "Idomeneo", "Don Carlos"), także w Opéra National de Lorraine w De Nederlandse Reisopera ("Don Giovanni" i "Turandot"). 

"Idomeneo", scena zbiorowa, fot. Bernd Uhlig

Efekty tej wieloletniej współpracy okazały się i w Staatsoper Unter den Linden znakomite! Powstała inscenizacja najwyższej próby, interesująca plastycznie, pełna ukrytych znaczeń, w której ogromną rolę odgrywa także światło (brawa dla Paule Constable, która pracowała dla wielu renomowanych zespołów teatralnych w Wielkiej Brytanii). Przez niemal cały spektakl nad bohaterami ciąży fatum pod postacią trupiej czaszki z zakneblowanymi ustami - zmienia kąt nachylenia, barwy, a nawet bywa zasłaniana, kiedy to bohaterowie sądzą, że udało się im uniknąć swego przeznaczenia. Znika zaś, gdy się z nim pogodzili. Piękna jest też choreografia widowiska (Colm Seery, który od lat współpracuje z McVidalem), dzięki której bohaterowie - pojedynczo i zbiorowo - poruszają się w scenicznym świecie, wspomagani strojami i rekwizytami, a także światłem, tworząc pełnowymiarowe ludzkie postaci. Sceny są skomponowane niczym obrazy - jak w teatrze plastycznym.

Olga Peretyatko - Elektra, fot. Bernd Uhlig
    Dopiero kiedy sobie uzmysłowimy, jak wiele czynników składa się na kreację postaci, warto przyjrzeć się wykonawcom głównych ról.
Otóż w obejrzanej przeze mnie 26 marca 2023 r. wersji rolę Idomeneo wcielił się Andrew Staples - uważany za jednego z najbardziej wszechstronnych tenorów swojego pokolenia, regularnie występujący z Simonem Rattle, Harding, Haïm, Davis, Salonen i Nézet-Séguin, a także z Filharmonikami Berlińskimi i wielu innymi. Bardzo dobry śpiewak i interpretator, słabszy aktor, choć w niektórych scenach, oddających jego bunt przeciw bogom, poczucie zagubienia, a wreszcie zgody na swój los był wiarygodny. Brakowało mi w tej interpretacji dramatyzmu Steve`a Davislima. Znakomicie zaśpiewała rolę Idamante  Magdalena Kožená, wyróżniał się także Linard Vrielink w roli powiernika Idomeneo - Arsace. Mistrzowski występ Koženy miał to silne, szlachetne i jasne mezzo. Śpiewaczka doskonale wyczuwa retoryczną energię muzyki, zawsze kierując się typem ekspresji i logicznym uzasadnieniem prowadzenia roli. W Ilię wcieliła się Anna Prohaska - sopran koloraturowy, predystynowana do ról lirycznych śpiewaczka, która współpracowała z takimi dyrygentami, jak  Claudio Abbado i Daniel Barenboim. W sposób wiarygodny wyśpiewała swoje dramatyczne rozterki postaci rozdartej pomiędzy żałobą a niespodzianą miłością do syna wroga. W pamięci pozostanie zwłaszcza piękna scena, w której śpiewa o swojej miłości i tęsknocie wśród spadających płatków kwiatów, zjawiskowo oświetlona, jakby przez to uczucie przemieniona. Wielkie wrażenie zrobiła również Olga Peretyatko jako Elektra. Posągowo piękna, co podkreślało jeszcze bardziej kimono, szczególnie, że choreografia i światło dawały możliwość "ogrania" kostiumu, co się znakomicie udało. Peretyatko była fascynująca, zupełnie odmienna od szlachetnej Ilii, która gotowa jest poświęcić życie dla ukochanego. Drapuieżna , ale i liryczna ("Idol mio"), zwłaszcza w partiach dramatycznych, gdy śpiewała arię "D`Oreste, d`Aiace", pragnąc już tylko śmierci i potępienia. 

Anna Prohaska jako Ilia, Magdalena Kozena jako Idamante, Olga Peretyatko jako Elektra,
w tle Andrew Staples - Idomeneo, ot. Bernd Uhlig
Piękne są też sceny zbiorowe, np. dość realistyczna scena pomoru, którym Neptun każe miasto: bohaterowie wrzucają owinięte w całun zwłoki do wspólnego grobu, a w tle płonie ogień... 
Mocną stroną spektaklu była muzyka orkiestrowa w wykonaniu znakomitej Staatskapelle Berlin, którą poprowadził Simon Rattle - genialny brytyjski dyrygent, który w 2002 roku zastąpił Claudio Abbado na stanowisku głównego dyrygenta Berliner Philharmoniker. Rattle był niewątpliwie jedną z gwiazd tego wieczoru. Stając za pulpitem, z charakterystyczną burzą siwych włosów, wyglądał jak czarodziej i istotnie wyczarował z niezwykłą subtelnością zarówno liryczne nastroje, jak i sceny pełne dramatyzmu. Po prostu mistrz!

A to już ja - szczęściara, w obiektywie Marka Ciska 
    Sądzę, że przydarzyła mi się rzecz zgoła niezwykła - miałam szczęście zobaczyć i usłyszeć spektakl operowy, który nie był banalny, bo podejmował tematy ponadczasowe, a przy tym serwował słuchaczom prawdziwą ucztę muzyczno-wizualną. To jednak rzadkość, ale i nie przypadek, zważywszy, jacy stworzyli go artyści. 


IDOMENEO I Staatsoper Unter den Linden 


poniedziałek, 5 lipca 2021

Danuta Gwizdalanka: "Lutosławski" - rówieśnik nowoczesności i dobry człowiek /recenzja książki/

Biografia Witolda Lutosławskiego to znakomity przykład, w jaki sposób można popularyzować muzykę i jej twórców: interesująca narracja, humor, trafny dobór cytatów są walorami, które towarzyszą rzetelnemu warsztatowi muzykologa. Dzięki pasjonującej narracji czytelnik nagle znajduje się w zupełnie innym świecie. To doprawdy sztuka pomieścić tyle treści w tak zwięzłych ramach i na dodatek zachować swobodę stylu, nie stroniąc od anegdot i własnych przemyśleń.


Wkrótce po lekturze biografii Karola Szymanowskiego, która wyszła spod znakomitego pióra Danuty Gwizdalanki, miałam przyjemność sięgnąć po raz wtóry do książki tej autorki, tym razem do skromnej rozmiarami, ale nie mniej wspaniałej biografii Witolda Lutosławskiego. Książeczka ukazała się w serii "Małe monografie", poświęconej znanym kompozytorom, która od pewnego czasu ukazuje się w Polskim Wydawnictwie Muzycznym. Już sama forma sprawia, że z przyjemnością sięga się po tę pozycję: przyjazny, nieduży format, zmieści się do torebki i można ją podczytywać wszędzie - w tramwaju, pociągu, autobusie. Dzięki pasjonującej narracji czytelnik nagle znajduje się w zupełnie innym świecie. To doprawdy sztuka pomieścić tyle treści w tak zwięzłych ramach i na dodatek zachować swobodę stylu, nie stroniąc od anegdot i własnych przemyśleń.

Taka refleksja pojawia się już na wstępie, kiedy autorka stwierdza, że w Polsce z edukacją muzyczną i zainteresowaniem muzyką tzw. poważną jest krucho, to jednak istnieje jakaś tajemnicza tendencja do nazywania lotnisk nazwiskami znanych kompozytorów. Widocznie mają oni - - jak stwierdza nieco żartobliwie Gwizdalanka - "skuteczne lobby - i to nie tylko w gremiach decydujących o patronatach węzłów komunikacyjnych". Otóż większości Polaków Witold Lutosławski kojarzy się z nazwą Studia Koncertowego Polskiego Radia. Dla wrocławian natomiast jest przede wszystkim patronem Narodowego Forum Muzyki. Jaki portret  kompozytora wyłania się z lektury książki Danuty Gwizdalanki?

Rówieśnik nowoczesności i ... dobry człowiek

Autorka nazywa Lutosławskiego "rówieśnikiem nowoczesności", ponieważ rok jego urodzenia (1903) zbiega się z symbolicznym rokiem narodzin nowoczesnej muzyki (Schönberg, Strawiński, Prokofiew). Symboliczne jest również miejsce narodzin przyszłego kompozytora: warszawski szpital przy ulicy Stanisława Moniuszki, do którego przez całe swoje życie nie był przekonany (wcale się temu nie dziwię). Jeśli dodamy, że obok szpitala mieścił się gmach filharmonii, gdzie prezentowano koncerty symfoniczne - ulubiony gatunek Lutosławskiego - to nic dziwnego, że było mu pisane zostać twórcą muzyki. 

Poznajemy dramatyczne losy rodziny Lutosławskich, którzy - podobnie jak Szymanowscy - pochodzili z kresowego ziemiaństwa. Jednakże Witold diametralnie różnił się od twórcy Króla Rogera: powściągliwy, zdystansowany, dla niektórych "zimny", był w gruncie rzeczy człowiekiem niezwykle szlachetnym i dobrym. Takim go wspomina Ryszard Kapuściński ("Dobre serce, ogromna życzliwość"... Ktoś taki, kto wnosił dobry nastrój, sympatyczne odnoszenie się do siebie. Bardzo pozytywna postać"). "Nie było ludzi bardziej gościnnych i serdecznych niż tych dwoje" - ocenia małżonków Lutosławskich poetka Julia Hartwig, zaś dyrygent Simon Rattle, który pod wpływem Lutosławskiego postanowił zostać muzykiem, twierdzi: "Niewielu mógłbym wymienić kompozytorów, którzy byliby bardziej przyjacielscy, bardziej ciepli dla ludzi, a w swoim stylu bycia mniej egocentryczni". Był też człowiekiem bardzo opanowanym, precyzyjnym, pedantem. 

Był zatem człowiekiem sprzeczności. Bardzo trafnie oddaje to Jan Ekiert, twierdząc, że "niesamowita naturalność i prostolinijność mieszały się z kolosalną komplikacją". Cenił fundamentalne wartości i nie wstydził się o tym mówić. W wywiadzie udzielonym Irinie Nikolskiej nie krył swego chrześcijańskiego światopoglądu: " Wpływ Kościoła odczuwałem dosyć długo, a i obecnie nie mogę powiedzieć, bym oddalił się od katolickiego światopoglądu. [...] Bazuję na tym fundamencie do dzisiaj, wierząc w to, że najważniejsze w życiu człowieka jest czynienie dobra". I nie są to bynajmniej czcze słowa. Lutosławski wspomagał potrzebujących, zafundował wielu dzieciom kuracje zagraniczne, udzielał pomocy finansowej warszawskiej Klinice Otolaryngologicznej, której sam był pacjentem. Wspomagał także Fundację Jacka Kuronia na rzecz najuboższych. 

Artysta i ... pedant

Witold Lutosławski bardzo wcześnie odkrył swoje powołanie: kiedy zaczął improwizować, mając dziewięć lat. Ułożył wówczas Preludium na fortepian. W Warszawie szybko poznano się na jego talencie. Kiedy Witold Maliszewski, dyrektor szkoły muzycznej, kompozytor i postać bardzo znana i szanowana w środowisku muzycznym przedwojennej Warszawy, poznał talent swego 14-letnie ucznia, zaczął uczyć go kompozycji. Ponieważ rodziny nie było stać na opłacanie lekcji, uczył bez wynagrodzenia, pokonując opór ambitnego podopiecznego stwierdzeniem, że to rodzaj "długu", który spłaci w przyszłości wobec młodszych od siebie. I tak się stało.

Śledząc z autorką losy kompozytora, dowiadujemy się, w jaki sposób pracował i jak powstawały kolejne dzieła. "Rozpoczynając komponowanie czegokolwiek, muszę mieć dwie rzeczy - twierdził: zespół tego, co nazwałem kluczowymi ideami czy pomysłami i pojęcie całości utworu". Pracował przy biurku, a niekiedy przy fortepianie. Uważał, że bez kontaktu z żywym dźwiękiem, który stymuluje wyobraźnie, nic by nie powstało. Miał bardzo precyzyjny plan dnia. Pracował przed południem, punktualnie o 11.00 robił przerwę na kawę, którą sam parzył sobie i żonie, uprzednio sprawdziwszy jej ciśnienie. 😀 Po południu odpowiadał na wszystkie listy, bo uważał, że nakazuje to elementarna kultura. W jego pracowni panował absolutny porządek. Ryszard Kapuściński wspomina, że  wnętrze to było oszczędnie eleganckie, a zarazem "wszystko wyglądało jak na sali operacyjnej - czyściutkie, odkurzone, aseptyczne". Żaden artystyczny nieład.

Uwielbiany dyrygent

Witold Lutosławski cieszył się opinią wyjątkowego dyrygenta. Także jego własne nagrania skomponowanych utworów uchodzą do dziś za najlepsze. W stosunku do członków orkiestry był zawsze cierpliwy i uprzejmy. A jeśli nawet zdarzyło mu się stracić cierpliwość na jedną minutę, przepraszał za to przez niemal pół godziny. Muzycy go wręcz uwielbiali! Jednak - jak to się zdarzyło Filharmonikom Berlińskim - na początku uważali, że to, co napisał, jest pozbawione sensu 😀. Lutosławski zaś uważał orkiestrę za swój ulubiony instrument, a stało się tak, kiedy miał zaledwie siedem lat! Matka zabrała go wówczas na koncert do filharmonii - na IX Symfonię Beethovena. Później nauczył się władać tym instrumentem jak prawdziwy wirtuoz. Simon Rattle przyznaje, że mając 13 lat usłyszał pierwszą w swoim życiu kompozycję Lutosławskiego - jego II Symfonię i że pochłonęło go brzmienie tego utworu. 

Lutosławski stworzył własny niepowtarzalny świat dźwięków. Nikt oprócz Messiaena nie wyczarował z orkiestry tylu barw. Z upływem czasu w jego kompozycja zaczęły dominować liryzm i wyrazista  ekspresja. Jako kompozytor przypominał poniekąd reżysera, planującego reakcje swoich odbiorców. Stworzył własny typ formy muzycznej. Twierdził, że sam nie lubi kompozycji, po których  wysłuchaniu ma poczucie bliskie "przejedzeniu". Jego kompozycje miały być - by użyć tej kulinarnej metafory - lekkostrawne. Danuta Gwizdalanka omawia chronologicznie kompozycje Lutosławskiego, czyniąc to merytorycznie i z wdziękiem, dzięki czemu są one zrozumiałe i interesujące dla zwykłego zjadacza chleba.

Witold Lutosławski był zaangażowany w polski Sierpień, a zarazem był obywatelem świata. Miał pozycję jednego z najwybitniejszych symfoników europejskich, występował też często w Ameryce. Dyrygował najlepszymi orkiestrami i solistami. Miał niezwykle wrażliwy słuch, co stało się asumptem do anegdot, ale także z jego inicjatywy Rada Muzyczna UNESCO przyjęła w 1969 roku ustawę "potępiającą niedopuszczalne pogwałcenie wolności osobistej i prawa każdego człowieka do ciszy". Dziś, kiedy dźwięki zewsząd nas atakują, wydaje się, że troska kompozytora była prorocza. Hałas powoduje także stępienie wrażliwości na muzykę. A bez niej jakże ubożeje nasze życie...

Biografia Witolda Lutosławskiego to znakomity przykład, w jaki sposób można popularyzować muzykę i jej twórców: interesująca narracja, humor, trafny dobór cytatów są walorami, które towarzyszą rzetelnemu warsztatowi muzykologa. Czyta się jednym tchem.


Książka Danuty Gwizdalanki "Lutosławski" ukazała się w ołowie 2021 roku w Polskim Wydawnictwie Muzycznym.

piątek, 19 kwietnia 2024

Bach Pasjami... /relacja z koncertów "Pasji wg św. Mateusza w NOSPR i w Narodowym Forum Muzyki/

Okres przedświąteczny był dla mnie w tym roku szczególny, miałam bowiem okazję dwukrotnego wysłuchania Pasji według św. Mateusza Johanna Sebastiana Bacha w dwóch różnych interpretacjach: Philippe'a Herreweghe w katowickim NOSPR oraz Jarosława Thiela w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu. Dwie różne koncepcje, inne składy chórów i różni soliści, a jednak obydwa koncerty były niezwykle poruszające...

Philippe Herreweghe dyryguje Pasją według św. Mateusza J. S. Bacha
w katowickim NOSPR, fot. materiały prasowe NOSPR

Pasja według św. Mateusza - genialne dzieło Johanna Sebastiana Bacha

Swoją kompozycją Pasji według św. Mateusza, której premiera odbyła się w Wielki Piątek 11 kwietnia 1727 roku w kościele św. Tomasza w Lipsku, Bach stworzył arcydzieło, które było i jest nadal wyjątkowe w historii muzyki. Dobór środków muzycznych, niezwykle śmiały język harmoniczny - aż do otwartego dysonansu, zawsze z intencją interpretacji teologicznej, ma również dziś wyjątkowy charakter. Bezprecedensowe połączenie trzech chórów, dwóch organów, dwóch orkiestr i ośmiu solistów wychodzących z chórów, by w w ariach i recytatywach podejmować refleksję nad tym, że odkupienie ludzkości odbyło się przez cierpienie i śmierć Chrystusa na krzyżu i że po dziś dzień wszyscy mamy w tym udział... Już druga, przejmująca aria: "Blute nur" wskazuje na związek pomiędzy niewinnym cierpieniem Jezusa a człowiekiem, który go zdradził, co jest nie tylko aluzją do Judasza, ale do nas wszystkich. 

Johann Sebastian Bach skomponował Pasję według św. Mateusza jako kantor kościoła św. Tomasza w Lipsku. Była to istotna część liturgii Wielkiego Piątku. Nabożeństwo trwało w sumie pięć godzin i przy użyciu niezwykle skomplikowanych środków muzycznych było w istocie refleksją nad historią Męki Pańskiej według Ewangelii św. Mateusza. Po pierwszej części nastąpiło około godzinne kazanie, po którym przedstawiono dłuższą część drugą. 

Pasji według św. Mateusza słucham od lat w różnych wykonaniach: zarówno na żywo, zazwyczaj podczas corocznych koncertów przed Wielkanocą, posiadam też w swojej fonotece kilka jej znakomitych wersji, z których najwyżej cenię sobie nagranie z 1999 roku w wykonaniu Collegium Vocale Gent pod Philippe Herreweghe, z Ianem Bostridgem jako Ewangelistą, Dietrichem Henschelem w roli Jezusa, z udziałem Andreasa Scholla, którego aria "Erbarme Dich, mein Gott" przeszła do historii. W ubiegłym roku, przy okazji pobytu w Amsterdamie, dokąd udałam się na wystawę Vermeera, wysłuchałam w Concertgebouw obu Pasji Bacha: Janowej - w interpretacji René Jacobsa oraz Mateuszowej, którą poprowadził John Butt, z Nicholasem Mulroy`em jako Ewangelistą i Matthew Brookiem jako Chrystusem. Mimo tych wieloletnich spotkań z Pasjami Bacha, ich ponowne wysłuchanie jest dla mnie zawsze mocnym przeżyciem. Tak było i tym razem. 

John Eliot Gardiner w swojej książce "Muzyka w Zamku Niebios. Portret Johanna Sebastiana Bacha" próbuje wyjaśnić to silne oddziaływanie Pasji wg św. Mateusza, porównując ją do greckiej tragedii o królu Edypie. Mimo że Grecy doskonale znali tę historię, z jej brutalnością, moralnym zgorszeniem, cierpieniem i poniżeniem jej bohatera, to jednak dawali się porwać relacji Sofoklesa, jakby ją słyszeli po raz pierwszy, przeżywając litość i trwogę (katharsis). Podobnie było zapewne z wiernymi zgromadzonymi w Wielki Piątek, 11 kwietnia 1709 roku w Kościele św. Tomasza w Lipsku, choć znali doskonale zapisaną w Ewangelii św. Mateusza historię Męki Pańskiej. Podobnie jest także z nami, ponieważ emocje wypływające z towarzyszenia ludzkiemu dramatowi są ponadczasowe i ciągle na nas oddziałują. A cóż dopiero wtedy, gdy tym człowiekiem, który niewinnie cierpi, jest sam Zbawiciel... 

Muzyka Bacha ma strukturę dramatyczną, a jej założeniem było oddziaływanie na zmysły, wyobraźnię i duchowość słuchaczy. Bach zrównoważył relację Ewangelisty refleksjami zatroskanych świadków wydarzeń, zawartymi w komentarzach (arioso) i w modlitwie (arie). Widać to szczególnie dobrze w wersji Sir Simona Rattle z Orkiestrą Filharmonii Berlińskiej i Chórem Radia Berlińskiego z 2010 roku, mającej częściowo teatralny charakter, ale bardziej w duchu teatru greckiego, w znaczeniu, o którym pisałam w związku z tragedią Edypa. Reżyser Peter Sellars zaprzeczał zresztą próbom nazwania tego teatrem, twierdząc, że jest to rodzaj modlitwy, medytacji. 

Pasja według św. Mateusza w NOSPR, 23 marca 2024,
fot. materiały prasowe NOSPR


Pasja według św. Mateusza w katowickim NOSPR

Prezentacją Pasji w katowickim NOSPR – sali słynnej ze wspaniałej akustyki – Philippe Herreweghe rozpoczął realizację swojego nowego projektu, będącego kolejną próbą zmierzenia się z tym genialnym dziełem, co dowodzi, że Maestro jest ciągle w pełni sił twórczych, pomimo ukończenia osiemdziesięciu lat. Siedząc blisko i nieco z boku sceny, miałam tym razem niebywałą okazję przyglądać się, jak pracuje z orkiestrą, chórem i solistami. Herreweghe nie jest bynajmniej typowym dyrygentem – ze swoimi muzykami porozumiewał się za pomocą spojrzeń, dyskretnych gestów, przybliżając się często do wykonawców, którzy akurat śpiewali swoje arie albo wykonywali sola na instrumentach. To silna, charyzmatyczna osobowość: znakomicie panuje nad całością, a jednocześnie ma dar współtworzenia, współbycia z członkami zespołu. Czasami jednak, w partiach solowych z akompaniamentem jednego instrumentu, siadywał z boku – jakby chciał dać do zrozumienia, że pozostawia przestrzeń wykonawcom, do których ma absolutne zaufanie.

Philippe Herreweghe podczas koncertu, fot. Marek Cisek

Nic zresztą dziwnego, bo w projekcie znaleźli się wykonawcy znakomici, a przy tym odniosłam wrażenie, że Maestro dobierał ich wedle barwy głosu, co sprawiło, że całość zabrzmiała inaczej. Wystąpiło trzech tenorów (w tym Julian Prégardien, który "odziedziczył" tę rolę po swoim słynnym ojcu, ale wykonał ją zupełnie  inaczej, bardziej dramatycznie), z których każdy śpiewał w sposób wyjątkowy: Hugo Hymas, dysponujący ciepłym tenorem, podobnym nieco do głosu słynnego angielskiego śpiewaka: Anthony Rolfe Johnsona, brzmiał inaczej niż  Benedict Hymas, współpracujący z Maestro już wcześniej, chwalony za rolę Ewangelisty i dysponujący inną barwą głosu, choć równie piękną, liryczną. Podobnie było z kontratenorami, których również było dwóch i obaj dysponowali innymi barwami głosów, jednak zdecydowanym faworytem tego koncertu okazał się Hugh Cutting – artysta o niepowtarzalnej barwie i skali głosu, który już kończąc studia w Royal College of Music otrzymał z rąk Króla Karola III Złoty medal im. Sourindry Mohun Tagore. Mimo młodego wieku, z Pasją wg św. Mateusza wystąpił w Carnegie Hall, śpiewał także kantaty, a w sezonie 2023/24 ponownie pracuje z Les Arts Florissants i Williamem Christie, przygotowując niejeden wspólny projekt. Głos ma doprawdy niepowtarzalny – po koncercie w NOSPR zasłużenie otrzymał gorącą owację. Arią "Erbarme Dich" poruszył nas dogłębnie. 

Hugh Cutting, fot. materiały prasowe NOSPR

Nie mogę również nie wspomnieć o wykonawcy roli Jezusa - austriackim śpiewaku operowym Florianie Boeschu, współpracującym m. in. z Giovannim Antoninim czy z sir Simonem Rattle. Głęboki, piękny baryton – kreował postać Jezusa wspaniale, z dostojeństwem, a także przejmująco dramatycznie w scenie, kiedy Zbawiciel umiera na Krzyżu ze słowami "Boże mój, czemuś mnie opuścił?".

Dwa pozostałe barytony o męskiej sile i pięknych konturach zaprezentowali: Philipp Kaven jako Piłat i Konstantin Krimmel jako Piotr. Istotny w interpretacji Pasji Mateuszowej był również podział na dwa niewielkie składem chóry (po sześć osób z lewej i prawej strony), z których wyłaniali się soliści. To, co napisałam o wybranych solistach, można by odnieść do instrumentalistów, którzy im pięknie towarzyszyli, ale w ten sposób moja relacja rozrosłaby się do niebywałych rozmiarów...

Dość powiedzieć, że w swojej najnowszej wersji Pasji według św. Mateusza Philippe Herreweghe  zdaje się zmierzać do  klarownej interpretacji stworzonej przez Bacha genialnej kompozycji, stosując tym razem oszczędne środki, niejako upraszczając się. Skład orkiestry i chórów jest skromniejszy, nie ma też chóru chłopięcego ani organów. Prostota, szlachetny umiar i pięknie brzmiące głosy w towarzystwie pojedynczych instrumentów nadają tej interpretacji jakiś intymny, sprzyjający skupieniu i osobistemu przeżyciu, wymiar. O tym, że tak wykonana Pasja Mateuszowa poruszyła serca i wyobraźnię słuchaczy, świadczył aplauz tak głośny, że można by go porównać z widownią koncertów zespołów rockowych. Maestro Herreweghe zdawał się być nim tak oszołomiony, że zapomniał podziękować za występ wykonawcy roli Jezusa, centralnej postaci Pasji...

Florian Boesch w roli Jezusa, fot. materiały prasowe NOSPR


Pasja według św. Mateusza we wrocławskim Narodowym Forum Muzyki


Pasja według św. św. Mateusza w NFM we Wrocławiu,
fot. Joanna Stoga
Wrocławski koncert odbył się 27 marca i poprowadził go Jarosław Thiel – dyrektor Wrocławskiej Orkiestry Barokowej, a także wiolonczelista. Zważywszy, że wystąpiły dwa chóry: Chór NFM oraz Chór Chłopięcy NFM, a ponadto soliści – zadanie miał niełatwe. Thiel również nie jest typowym dyrygentem, choć w innym tego słowa znaczeniu niż Herreweghe. W wywiadzie udzielonym mi przed paru laty stwierdził, że czuje się bardziej wiolonczelistą ("Bardziej wiolonczelista niż dyrygent"), a jednak w perspektywie tego koncertu można to uznać za rodzaj kokieterii. Jarosław Thiel prowadzi ponadto Akademie Muzyki Dawnej (zanim stanął za pulpitem dyrygenckim, był świeżo po Akademii Francuskiej, która wypadła doskonale). Z pewnością jest dyrygentem bardziej od Herreweghe ekspresyjnym i zaprezentował melomanom Pasję Mateuszową inaczej, porywając bez reszty wrocławską publiczność, o czym świadczyła owacja na stojąco. Bo też była to wspaniała Pasja!

W centrum: Jarosław Thiel, fot. Joanna Stoga
Już sam początek Pasji Mateuszowej: "Kommt, Ihr Tochter" wywołuje dreszcz emocji. Potężny wielogłosowy chór przenosi nas niejako do centrum wydarzeń. We wrocławskiej Pasji 24-osobowy chór (po 12 chórzystów po lewej i prawej stronie) zabrzmiał mocno – to głos społeczności, która uczestniczy w wydarzeniach, jest ich narratorem i komentatorem, a jednocześnie głosami wiernych i (w scenach Męki) i wściekłego, agresywnego tłumu krzyczącego "Ukrzyżuj!". Chóru NFM słuchałam wielokrotnie, także w Pasjach i śmiem twierdzić, że potrafi zaśpiewać WSZYSTKO i znakomicie odnajduje się zarówno w wielkim repertuarze, jak i wówczas, gdy śpiewa a capella angielskie pieśni ludowe (koncert "W Anglii zielonej, kraju łąk" pod P. McCreeshem). I tym razem interpretował Bacha wspaniale, zaś od czasu do czasu wyłaniały się z chóru pojedyncze głosy śpiewające drugoplanowe postaci, jak choćby Judasza. W pierwszej części Pasji usłyszeliśmy także głosy dziecięce, będące symbolem niewinnego Baranka. Chór Chłopięcy NFM wystąpił w nieco pomniejszonym składzie siedemnastu głosów, ale zabrzmiał czysto i pięknie. 

Chór NFM, fot. Joanna Stoga
Wielkim atutem zaprezentowanej we Wrocławiu Pasji Mateuszowej byli także soliści. Jarosław Thiel zaprosił do współpracy prawdziwe tuzy. W roli Ewangelisty wystąpił James Gilchrist - angielski tenor znany ze znakomitych interpretacji utworów J. S. Bacha. Współpracował m. in. z sir Johnem Eliotem Gardinerem przy realizacji projektu tzw. kantat pielgrzymkowych, a także w projekcie Tona Koopmana i Amsterdam Baroque Orchestra & Choir, aby nagrać wszystkie dzieła wokalne Bacha. Śpiewał też Pasję według św. Mateusza w Concertgebouw. Czy można było znaleźć lepszego wykonawcę do tej roli... Był znakomity: dramatyczny, ale inaczej niż Prégardien, na sposób bardziej zniuansowany i dojrzały. W moim odczuciu był tego koncertu niekwestionowanym faworytem. 

James Gilchrist jako Ewangelista, fot. Joanna Stoga
Drugi zaproszony angielski tenor Ian Bostridge, bardziej może od Gilchrista znany, a to za sprawą spektakularnych sukcesów nie tylko w nagraniach Bacha (śpiewał m. in. rolę Ewangelisty w wymienionym przeze mnie nagraniu z Ph. Herreweghe), ale także jako "specjalista od Schuberta" (napisał interesującą pracę o jego "Podróży zimowej") i nagrodzony wykonawca "Pięknej młynareczki". Z pewnością niezwykle utalentowany i mimo upływu lat – dysponujący pięknym, mocnym głosem, a jego interpretacje utworów muzycznych są zwykle najwyższej próby. Tak było i tym razem. Był wspaniały, ale, jak sądzę, niedostatecznie wykorzystano jego udział w Pasji. 

Ian Bostridge, fot. Joanna Stoga
W roli Jezusa wystąpił Yannick Debus – baryton znany z wielu ról operowych, wielokrotnie współpracujący z René Jacobsem i Freiburg Baroque Orchestra. Przejmujący głos o wspaniałej barwie i nieprzenikniona twarz, co może dziwić, zważywszy, że jest przede wszystkim śpiewakiem operowym. Nie rozczarował mnie również amerykański kontratenor Terry Wey, który pięknie zaśpiewał "Erbarme dich, mein Gott". I nie tylko, ale ta aria zawsze najbardziej mnie porusza... Towarzyszył mu wspaniały skrzypek barokowy - Zbigniew Pilch. Nie sposób wymienić wszystkich solistów i muzyków, dość powiedzieć, że podczas tego szczególnego koncertu dali popis swojego kunsztu. Porwali publiczność, która nagrodziła ich gromkimi brawami.  

sobota, 27 września 2025

London Symphony Orchestra w Narodowym Forum Muzyki! /zapowiedź/

29 września o 19.00 w Narodowym Forum Muzyki wystąpi London Symphony Orchestra, która zaliczana jest do najlepszych zespołów symfonicznych na świecie. Jej szefami byli artyści tej miary, co Edward Elgar, Arthur Nikisch, Thomas Beecham, Pierre Monteux, André Previn, Claudio Abbado, Michael Tilson Thomas czy Simon Rattle. Od 2024 roku prowadzi ją Sir Antonio Pappano – urodzony w 1959 roku brytyjski dyrygent i pianista o włoskich korzeniach. Podczas koncertu we Wrocławiu w roli solisty wystąpi koreański pianista Seong-Jin Cho, triumfator Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w 2015 roku. W programie znajdą się utwory Gioacchina Rossiniego, Fryderyka Chopina i Ludwiga van Beethovena.

London Symphony Orchestra, fot. 2022 C John Davis-min

Napisany na przełomie 1829 i 1830 roku II Koncert f-moll Fryderyka Chopina reprezentuje wczesny etap twórczości artysty, w którym to pisał on jeszcze w wirtuozowskim, śpiewnym i efektownym stylu brillant. Choć dzieło powstało pod wpływem uczucia do śpiewaczki Konstancji Gładkowskiej, to ostatecznie zadedykowane zostało Delfinie Potockiej. Jego prawykonanie miało miejsce w 1830 roku w Teatrze Wielkim w Warszawie. Przy fortepianie zasiadł sam twórca, a Koncert okazał się wielkim sukcesem. Niewątpliwie przyczyniło się do niego to, że dla Chopina efektowność jego muzyki nie była ostatecznym celem. Pisząc, chciał wyrazić siebie, co przyznał w liście do Tytusa Wojciechowskiego: „Fortepianowi gadam to, co bym Tobie nieraz powiedział”. Stwierdzenie to odnosi się zwłaszcza do onirycznej, rozmarzonej części wolnej mającej charakter śpiewnego nokturnu. W finale zaś pojawia się stylizacji polskiego tańca ludowego – kujawiaka. Utwór ten poprzedzi wykonanie kompozycji włoskiego twórcy –  z początku przepełnionej patosem, nabierającej jednak coraz więcej lekkości uwertury do Semiramidy Gioacchina Rossiniego. Teatralne dzieło należące do gatunku opera seria premierowo zaprezentowano w 1823 roku. Libretto pióra Gaetano Rossiego oparte zostało na jednej z tragedii Woltera.

W drugiej części wieczoru zabrzmi ukończona w 1808 roku V Symfonia c-moll Ludwiga van Beethovena. Dzięki sile dramatycznego wyrazu, oszczędności zastosowanych środków oraz chwytliwej (choć raczej nieprawdziwej) historii głównego motywu przedstawianego przez biografów jako „motyw losu” dzieło to niemal od razu weszło do kanonu muzyki symfonicznej. Piąta pozostaje jednym z najpopularniejszych utworów orkiestrowych w repertuarze, nic więc dziwnego, że bywa bardzo często nagrywana. Jedną z jej pierwszych rejestracji fonograficznych zawdzięczamy Arthurowi Nikischowi – dyrygentowi London Symphony Orchestra, który utrwalił ten utwór już w 1913 roku w Berlinie. Londyńska orkiestra ma na koncie znakomite interpretacje tej symfonii pod batutą Josefa Kripsa, Pierre’a Monteux, Eugena Jochuma, Antala Doratiego, Andrégo Previna i Bernarda Haitinka.

Program:

G. Rossini Uwertura do opery "Semiramide"

F. Chopin II Koncert fortepianowy f-moll op. 21

***

L. van Beethoven V Symfonia c-moll op. 67   


Wykonawcy:

Sir Antonio Pappano – dyrygent  

Seong-Jin Cho – fortepian 

London Symphony Orchestra


Czas trwania:

120 minut

informacja prasowa

środa, 20 marca 2019

Isabelle Faust i Philippe Herreweghe w Krakowie – niemiecki romantyzm w gwiazdorskim wydaniu

Wielki interpretator muzyki Bacha, jedna z czołowych skrzypaczek świata grająca na instrumencie Antonia Stradivariego i orkiestra, która głęboko wnika w język muzyczny XIX wieku – tak w skrócie zapowiada się drugi w 2019 roku koncert cyklu ICE Classic, w którym spotkają się Philippe Herreweghe, Isabelle Faust i Orchestre des Champs-Élysées. Ich jedyny tegoroczny koncert w Polsce odbędzie się 28 marca w Centrum Kongresowym ICE Kraków.


Philippe Herreweghe, fot. Michiel Hendryckx

Program poprzedniego koncertu ICE Classic, w którym sir Simon Rattle poprowadził London Symphony Orchestra, łączył muzykę orkiestrową XIX (Bruckner) i XX wieku (Bartók). Tym razem koncert przebiegnie pod znakiem niemieckiej symfoniki romantycznej – dzięki dziełom Johannesa Brahmsa i Roberta Schumanna. Wybór II Symfonii C-dur Op. 61 Schumanna jest nieprzypadkowy – kompozycję zaprezentowaną w 1846 roku w lipskim Gewandhausie charakteryzują nawiązania do muzyki Jana Sebastiana Bacha, której Herreweghe jest jednym z najwybitniejszych interpretatorów. Chorałowy początek, cytaty z Musikalisches Opfer są tym, co twórca Collegium Vocale Gent bezbłędnie odczytuje w muzycznej narracji Schumanna, pełnej iście beethovenowskiego rozmachu, choć snutej przez kompozytora w okresie choroby.


Orchestre des Champs Elysees

Założona w 1991 roku Orchestre des Champs-Élysées realizuje ambitne zadanie, jakie postawił przed zespołem jego szef – Philippe Herreweghe. Jest nim zbliżenie się do brzmienia z epoki i jak najwierniejsze oddanie intencji kompozytora. Wierność historyczna, ale i głębokie zrozumienie dzieła towarzyszą występom zespołu w najważniejszych salach koncertowych świata – wiedeńskiej Musikverein, amsterdamskiej sali Concertgebouw, londyńskim Barbican Centre, frankfurckiej Alte Oper, Filharmonii Berlińskiej i Monachijskiej, a także współczesnej sali Gewandhaus.

W pierwotnym Gewandhausie, tym samym, który gościł pierwsze wykonanie Schumannowskiej symfonii, odbyła się w 1879 roku premiera Koncertu skrzypcowego D-dur op. 77 Johannesa Brahmsa, którą kompozytor poprowadził osobiście. Partię solową wykonał Józef Joachim, jeden z największych skrzypków XIX wieku, u którego Brahms zasięgał licznych wskazówek podczas komponowania i któremu dzieło zadedykował.

Isabelle Faust, credit Felix Bröde

Isabelle Faust, jedna z czołowych skrzypaczek świata, uważnie te wskazówki przestudiowała. Podobnie jak Józef Joachim, Faust zagra na legendarnych skrzypcach Antonia Stradivariego. Określenie „legendarny”, a może wręcz „baśniowy” pasuje jak ulał do instrumentu artystki, a to za sprawą nazwy, jaką mu nadano – „Śpiąca królewna” (podobnie jak stradivariusowi innej wielkiej skrzypaczki, Idy Haendel). Skrzypce mistrza z Cremony zyskały to miano z powodu trwającego blisko półtora wieku „uśpienia” na strychu zamku Höllinghofen. Były rodowym skarbem rodu Boeselagerów, którego członkowie o nich... zapomnieli.

Isabelle Faust, credit Felix Bröde

Instrument na moment „ożył” w początku XX wieku w rękach Wilmy von Boeselager, później przetrwał burzliwy okres II wojny światowej w jednym ze szwajcarskich banków, a w 1995 roku został wykupiony przez Landeskreditbank w Badenii-Wirtembergii. Rok później bank udostępnił skrzypce młodej, świetnie się zapowiadającej niemieckiej skrzypaczce Isabelle Faust, której kariera potoczyła się w zawrotnym tempie. Ze „Śpiącą królewną” Faust zdobyła w kolejnym roku nagrodę Gramophone w kategorii „Młody artysta roku”, później posypały się kolejne laury – Diapason d'Or (2010), nagroda Echo Klassik (2012) i znów Gramophone (2012). W 2017 roku artystka po raz trzeci została uhonorowana nagrodą brytyjskiego magazynu, tym razem w kategorii „Nagranie roku” za koncerty skrzypcowe Wolfganga Amadeusza Mozarta wykonane z Il Giardino Armonico.
Zarówno Isabelle Faust, jak i Philippe Herreweghe w Polsce już koncertowali. Oboje pojawili się na Festiwalu Chopin i Jego Europa. Szef Collegium Vocale Gent ze swoim zespołem wykonał Pasję Mateuszową Jana Sebastiana Bacha w 1998 roku w Krakowie podczas Festiwalu Beethovenowskiego (organizowanego wówczas przez Biuro Festiwalowe Kraków 2000 – protoplastę KBF). Faust w 2016 roku występowała na Akademii Mozartowskiej we Wrocławiu. Ponadto Herreweghe w marcu 2018 roku dyrygował Pasją według św. Mateusza Jana Sebastiana Bacha w siedzibie NOSPR, a w listopadzie z Królewską Orkiestrą Concertgebouw wykonał utwory Webera, Beethovena i Brahmsa w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu. Dorota Szwarcman pisała wówczas na swoim blogu: „Brahms, wydaje mi się, bardzo pasuje do charakteru jego sztuki dyrygenckiej, do spokojnej refleksyjności i głębi”.

Philippe Herreweghe, fot. Michiel Hendryckx

Robert Piaskowski, dyrektor KBF ds. programowych, zapowiada: W ramach cyklu ICE Classic gościmy coraz częściej w Krakowie gigantów muzyki klasycznej. To zarówno wybitni śpiewacy i śpiewaczki, cenieni instrumentaliści, sławni dyrygenci, jak i rozpoznawalne zespoły orkiestrowe. Cykl pozwala nam odkrywać fascynujące oblicze muzyki klasycznej: ciekawy repertuar, niecodzienne interpretacje, osobowości twórców. Najbliższy koncert to spotkanie z muzyką romantyczną, ale wykonywaną na dawnych instrumentach. Do Krakowa wraca jeden z najwyżej cenionych dyrygentów w świecie muzyki dawnej, legendarny założyciel Collegium Vocale Gent - Philippe’a Herreweghe. Niejeden meloman wychował się na jego interpretacjach i nagraniach kanonu światowej muzyki, melomani mogą pamiętać jego wykonanie Pasji wg św. Mateusza prezentowaną pod koniec lat 90.tych, w ramach Cyklu Wielkich Wykonań, albo jego Pieśni Brahmsa zaprezentowane w Krakowie w 2005 r. Tym razem wystąpi z założoną przez siebie Orchestre des Champs-Élysées i jedną z cenioną skrzypaczką Isabelle Faust.  Niezapomniane wrażenia gwarantowane.
Dla KBF Mateusz Ciupka, autor bloga „Szafa melomana”

informacja prasowa

poniedziałek, 1 października 2018

Porywające koncerty na inaugurację sezonu w NFM. Co nas jeszcze czeka?

Koncertem "Dziedzictwo Beethovena" pod batutą Giancarla Guerrero zainaugurowany został 28 września nowy sezon NFM Filharmonii Wrocławskiej. Dzień później, koncertem "Wiedeńska klasyka – Mozart", nastąpiła inauguracja sezonu NFM Orkiestry Leopoldinum i Chóru NFM. Co czeka nas jeszcze w tak znakomicie rozpoczętym sezonie? 


Nikolaj Znaider, fot. Lars Gundersen


Koncerty inauguracyjne w Narodowym Forum Muzyki


W piątek, 28 września, koncertem "Dziedzictwo Beethovena" pod batutą  Giancarla Guerrero rozpoczęła nowy sezon muzyczny NFM Filharmonia Wrocławska. Jak sugerował tytuł, zaprezentowano utwory kompozytorów, których fascynacja Beethovenem znalazła odzwierciedlenie w ich własnej twórczości. "Beethoven - czytamy w programie - zrewolucjonizował muzykę, łamiąc osiemnastowieczne zasady kształtowania formy, wprowadzając treści pozamuzyczne, którym podporządkował przebieg dzieła, i walcząc o wyzwolenie artysty zależnego do tej pory od swoich protektorów i mecenasów".

Koncert Dziedzictwo Beethovena, fot. Bogusław Beszlej

W pierwszej części koncertu usłyszeliśmy radosną i pełną energii uwerturę koncertową "Karnawał" Antonina Dvořáka, po niej zaś wybitny skrzypek Nikolaj Znajder wykonał z towarzyszeniem orkiestry II Koncert skrzypcowy op. 61 Karola Szymanowskiego.  Utwór powstał w 1933 roku na prośbę  przyjaciela artysty, wybitnego skrzypka, Pawła Kochańskiego. Z właściwym sobie poczuciem humoru pisał kompozytor po jego ukończeniu do Pawła Mycielskiego:

„Paweł sprowokował i wprost wydusił ze mnie cały (drugi) koncert skrzypcowy (oczywiście dotychczas tylko w szkicu). Napisałem go niespełna w 4 tyg. — możesz więc sobie wyobrazić, jak musiałem pracować i jak bardzo jestem zmęczony”.


Giancarlo Gurrero, fot. Bogusław Beszlej

To kompozycja na wskroś oryginalna, powstała jakby w opozycji do niemieckich wzorów, w tym do Beethovena. Mało tego, trudno znaleźć wśród dotychczasowych koncertów skrzypcowych jakikolwiek wzór - czy to w pod względem estetyki, czy to formy. Kolorytem brzmienia muzyka ta nie przypomina żadnego innego stylu, jest "szymanowska” :-) W wykonaniu Nikolaja Znajdera muzyka ta znalazła znakomitego interpretatora: wygrał na skrzypcach wszystkie niuanse, nawiązania do góralszczyzny, klimat - od pastelowego, lirycznego początku, poprzez żywe wariacje o rosnącej energii i napięciu, wymyślną kolorystykę kolejnych fragmentów, po olśniewającą, radosną kodę. Grał doprawdy zachwycająco, toteż długo i gorąco oklaskiwany, zagrał na bis solowy utwór J.S. Bacha.


Koncert Dziedzictwo Beethovena, fot. Bogusław Beszlej

Drugą część koncertu wypełniła I Symfonia c-moll Johannesa Brahmsa. Napisał ją w 1876 r. mając trzydzieści lat, ale pracował nad nią kolejnych piętnaście lat. Krytyk Eduard Hanslick uważał, że istnieje głębokie duchowe pokrewieństwo Brahmsa z Beethovenem. I rzeczywiście, pobrzmiewa w tej kompozycji IX Beethovena... W wykonaniu NFM Filharmonii Wrocławskiej utwór zabrzmiał fantastycznie.

Koncert Wiedeńska klasyka - Mozart, fot. Adam Sokołowski

Nazajutrz miałam okazję wysłuchać kolejnego koncertu inauguracyjnego - tym razem NFM Orkiestry Leopoldinum i Chóru NFM pod batutą Josepha Swensena, dyrygenta o norwesko-japońskich korzeniach. Gwiazdą tego wieczoru był pianista Adam Golka, który wystąpił w drugiej części wieczoru, grając Koncert fortepianowy C-moll nr 24 (KV491).


Koncert Wiedeńska klasyka - Mozart, fot. Adam Sokołowski

Repertuar znakomity: różne kompozycje W.A. Mozarta. Na początek zabrzmiała 29. Symfonia A-dur (KV 201), jedna z wcześniejszych kompozycji z okresu salzburskiego, ale czuje się w niej dojrzałego twórcę, mimo że Mozart miał wówczas zaledwie osiemnaście lat. Jednakże prawdziwym wydarzeniem tego wieczoru była cudowna, napisana w 1779 roku,  Msza C-dur "Koronacyjna". Wspaniale brzmiący chór i cudowne arie, szczególnie sopran (Paulina Boreczko-Wilczyńska) w "Agnus Dei" sprawiły, że choć słuchałam tego utworu wielokrotnie, po raz kolejny dałam mu się uwieść bez reszty. Adam Golka natomiast wprawdzie nie śpiewał :-), ale za to zagrał wspaniale. Muzyk dysponuje bardzo dobrym warsztatem i potrafi swoją interpretację subtelnie niuansować. Brawo! Szkoda, że nie dał się namówić na bis :-)...


Adam Golka, fot. Adam Sokołowski


Koncerty te były błyskotliwym początkiem sezonu w Narodowym Forum Muzyki. A przed nami jeszcze niejedno wspaniałe przeżycie.

Program sezonu 2018/2019


To już czwarty sezon artystyczny w nowym budynku Filharmonii Wrocławskiej, ale jeśli policzyć od 29 czerwca 1945 roku, to tych sezonów jest o wiele więcej - powiedział podczas konferencji prasowej Andrzej Kosendiak, Dyrektor NFM. Myślę jednak, że mamy przed sobą wiele koncertów równie atrakcyjnych. NFM stało się miejscem znanym na całym świecie i wielu najwybitniejszych artystów chce tutaj przyjeżdżać i występować. W bieżącym sezonie będziemy gościć trzy czołowe orkiestry świata: Berliner Philharmoniker pod batutą Yannicka Nézeta-Séguina, Royal Concertgebouw Orchestra z Amsterdamu z Daniele Gattim i London Symphony Orchestra pod kierownictwem sir Simona Rattle`a. Wystąpi także wielu znakomitych dyrygentów i solistów.

Dyrektor Artystyczny NFM, Jarosław Thiel zapowiedział, że układ koncertów pozostaje bez zmian: w piątki odbywać się będą koncerty symfoniczne. Coraz większą popularnością i uznaniem cieszą się koncerty kameralne, które odbywać się będą w czwartki. Soboty i niedziele natomiast wypełnią koncerty NFM Orkiestry Leopoldinum, Wrocławskiej Orkiestry Barokowej, Chóru NFM. Wśród nadchodzących wydarzeń warto wymienić "Muzykę filmową" (14 grudnia 2018), "Tylko Vivaldi" (15 grudnia 2018 r.), wspomniany już Berliner Philharmoniker (19 lutego 2019), "Mozart & Dreamers` Circus (16 marca 2019) czy "Romans z Beethovenem" (30 marca 2019).

Spośród koncertów Wrocławskiej Orkiestry Barokowej nie można przeoczyć "Koncertu Bożonarodzeniowego" (21 grudnia 2018), "Stabat Mater" (21 marca 2019), "Pasji wg św. Łukasza" Telemanna (24 marca 2019), "Pasji wg św. Mateusza" J.S. Bacha (16 kwietnia 2019) oraz Mszy h-moll tego kompozytora (22 maja 2019) czy "Missa brevis C-dur" Mozarta (15 maja 2019). Są to często równocześnie koncerty chóralne.

Jak co roku, muzyka zabrzmi także na festiwalach, z których pierwszy, Jazztopad Festival, odbędzie się już po raz 15. w listopadzie i będzie gościł takie gwiazdy, jak Chick Corea. W styczniu odbędzie się czwarty Festiwal Noworoczny, a na przełomie lutego i marca - kolejna Akademia, poświęcona tym razem barokowi latynoamerykańskiemu.

Cały sezon ukierunkowany jest na obchody rocznicy Niepodległości - zaznaczył Jarosław Thiel. Głównym punktem tego programu będzie koncert 11 listopada, w którym znajdą się kompozycje Krzysztofa Pendereckiego, Witolda Lutosławskiego i Fryderyka Chopina. Koncert pod batutą Giancarla Guerrero będzie częścią programu "Dekady wolności" - projektu, w którym NFM uczestniczy od dwóch lat. Przygotowywany jest box z nagraniami najwybitniejszych utworów muzyki polskiej, który niebawem się ukaże. Sam koncert będzie transmitowany przez Polskie Radio i TVP.Rocznicę Niepodległości obchodzimy wspólnie z innymi państwami, które również ją świętują, toteż do Wrocławia przyjadą na koncerty. W ub. tygodniu gościliśmy Filharmonię Lwowską, przyjedzie także orkiestra z Ostrawy i inne, które będą prezentować swoje narodowe, niepodległościowe programy. Gościć także będą wybitni wykonawcy. Poza już wymienionymi, przyjedzie do Wrocławia Gabrieli Consort & Players Paula McCreesha. Mamy także w zanadrzu niespodzianki. Będzie się działo naprawdę dużo.

Podczas konferencji zabrał głos także Dyrektor NMF Filharmonia Wrocławska,  Giancarla Guerrero, który poza zapowiedzią koncertu inauguracyjnego, ogłosił, że w piątki będzie odbywał spotkania z publicznością przed koncertami i chętnie odpowie na każde pytanie.

Przyjeżdżając do Wrocławia odczuwam niezwykłą radość nie tylko z powodu ciepłego przyjęcia, ale również dlatego, że poznałem wiele utworów wspaniałej  muzyki polskich kompozytorów - powiedział Maestro. Nikolaj Znajder specjalnie nauczył się Koncertu skrzypcowego Karola Szymanowskiego i obaj byliśmy pod wielkim jego wrażeniem. Obecny sezon wypełni w tym pięknym wnętrzu muzyka najlepszych artystów.

„Feliks Janiewicz – Complete Violin Concertos” – nowy album wydany przez Narodowe Forum Muzyki

7 sierpnia 2026 roku premierę będzie miał nowy album Narodowego Forum Muzyki im. Witolda Lutosławskiego we Wrocławiu, nagrany przez Bartłomi...

Popularne posty