![]() |
| Wydawnictwo Sic! |
Tytuł bloga powstał z inspiracji prozą Brunona Schulza, w której wielokrotnie, w różnych kontekstach, pada to tajemniczo brzmiące słowo, znaczące o wiele więcej niż „składniki”, bo mające rangę metafory, symbolu… Kulturalne Ingrediencje nie jest blogiem monotematycznym, np. książkowym czy filmowym. Łączę w nim wszystkie moje pasje w jedną całość. Znajdują się tu teksty dotyczące literatury, filmu, muzyki i sztuk plastycznych. Ponadto rozmowy z artystami i własne zapiski.To także moje archiwum.
czwartek, 26 października 2017
Renata Lis: "Ręka Flauberta". Zdejmowanie maski /recenzja książki/
Renata Lis: "W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu"
![]() |
| Wydawnictwo Sic!
Trup przeszłości, czyli rozważania na
temat losu
Opowieść
o życiu rosyjskiego noblisty nie rozwija się w porządku chronologicznym, ale -
by tak rzec - w rytmie istotnych wydarzeń i miejsc, które są tej biografii
esencją. Niekiedy przypomina ona bardziej narrację filmową niż
literacki dyskurs (może dlatego, że pamiętamy obrazami?), o czym świadczy już
pierwsza scena, której akcja rozwija się we wspomnieniu Bunina z 1918 roku. Oto
upalny dzień nad Dnieprem. Ludzie kąpią się, śmieją rozpalają ogniska i pieką
kiełbaski. Nagle tę atmosferę pikniku zakłóca ... napęczniały trup w
garniturze. Ów trup zabitego w wojnie domowej mężczyzny jest zarazem trupem
przeszłości, od którego Bunin całe życie próbuje się bezskutecznie
uwolnić.
Renata Lis podejmuje równocześnie z opowieścią o losach swojego bohatera ("często
patrzę na postaci oczami Bunina, trzymając jego stronę"), refleksje na
temat "losów równoległych", przywołując polskich emigrantów:
Andrzeja Bobkowskiego we Francji, a także Olę i Aleksandra Watów, którzy
w tym samym czasie mieszkali w Kazachstanie w lepiance z gliny i krowiego
łajna, cierpiąc straszliwy głód i zimno. Owe "losy równoległe" służą
autorce do snucia refleksji nad meandrami ludzkiego losu, są też próbą jego
zrozumienia:
(...) nie
jesteśmy w stanie wyobrazić sobie takiego zła, którego sami nigdy nie
doświadczyliśmy, albo którego nie doświadczyli nasi bliscy lub nasi
przodkowie, i zawsze ratujemy się wtedy jakąś protezą z zasobu własnych
wspomnień lub rodzinnych opowieści, która wydaje się być temu wielkiemu złu
najbliższa.
Los
Bunina na emigracji był z pewnością obiektywnie łatwiejszy. Przede wszystkim
zachował życie (jego brat Jurij pozostał w Moskwie, gdzie umarł z głodu i
zimna), ale jednocześnie nigdy nie zakorzenił się na obcej ziemi. Przez
trzydzieści lat nie nauczył się mówić swobodnie po francusku, nie zawarł
przyjaźni z Francuzami. Istniał tam - pisze Renata Lis
- jak istnieje ktoś, kto życie zostawił w innym miejscu globu.
W
kontekście rozważań na temat losu jawi się także problem emigracji. Czy
emigracja jest tylko i zawsze odchyleniem od linii losu - pyta autorka
- czy też jest lub bywa losem samym? Czy Bunin napisałby to,
co napisał, gdyby pozostał w Rosji? Czy miałby podobne fantazje? Czy poznałby
te same ciemne aleje? I nie chodzi o to, aby dać jednoznaczną odpowiedź. Rzecz
w tym, aby się zastanowić, także nad kolejami własnego losu.
Nomen est Omen - imię jest przewodnią
wróżbą, przeznaczeniem
Jeżeli imię
jest przeznaczeniem człowieka, jak pisał w Prawosławiu Paul
Evdokimov, to nie mniej ważny jest akt nadania imienia, gdyż wydobywa
na jaw istotę człowieka - jak pisze Renata Lis - oraz jego
zadania, a tym samym określa jego dalszą drogę.
Otóż
Bunin miał zostać pierwotnie ochrzczony jako Filip, jak sam o tym opowiedział
po latach, ale sprzeciwiła się temu z całą mocą jego niania. Nadano mu
więc pośpiesznie imię Iwan, a jego imieniny przypadły na święto przeniesienia
relikwii św. Jana Chrzciciela z Gatczyny do Petersburga.
Autorka
opowiada historię relikwii, by w charakterystyczny dla siebie sposób powiązać
jej losy z losami innych ludzi, przede wszystkim Bunina. Poza wszystkim
opowieść sama w sobie jest fascynująca i niezwykła, a przy tym okazuje się, że
ma ona silne związki ze współczesnością.
Ową
relikwią była ręka świętego - prawica, którą kładł na głowie Jezusa, kiedy
chrzcił Go w rzece Jordan. Podobno oddzielił ją od ciała święty
Łukasz Ewangelista, kiedy wracał do rodzinnej Antiochii. Tam - ukryta w wieży -
przetrwała prześladowania chrześcijan, a wydobyta z kryjówki - zaczęła czynić
cuda. Koleje losu relikwii są bardzo burzliwe. Wykradana, zmieniała ciągle
miejsca pobytu, aż wreszcie trafiła na wyspę Rodos, do siedziby joannitów - w
dowód uznania dla waleczności rycerzy - zakonników, którzy bronili Konstantynopola.
Kiedy w XVI w. zakonnicy uciekli na Maltę, wzięli relikwię ze sobą i wznieśli
tam świątynię ku czci swego patrona. Kiedy jednak wyspę podbił Napoleon,
rycerze maltańscy postanowili poszukać opieki w Rosji. Tak trafiła ona do
carskiej rezydencji w Gatczynie. A ponieważ było to 12 października 1799 roku
(25 października nowego obrządku), toteż ten dzień został ustanowiony świętem.
Po przewrocie bolszewickim relikwie zostały wywiezione za granicę i równie
dramatyczne były losy kolejnych patriarchów, którzy się nimi opiekowali.
Rosjanie odkryli miejsce pobytu świętych szczątków dopiero w 1993 roku, a w
2006 - w czasie drugiej kadencji Władimira Putina, na prośbę Cerkwi rosyjskiej,
prawica Jana Chrzciciela została oddana Rosji. Być może - konstatuje autorka -
nowi władcy Rosji użyli relikwii do symbolicznego utrwalania władzy.
Sam Bunin
nie umiał dostrzec w niej sacrum - była dla niego groźna i śmieszna. Była
także wyrazem aktualizującego się wciąż od nowa azjatyckiego obłędu
" naszych przodków". Mimo że pisarz długo żył w przekonaniu,
iż wiara nie jest mu do niczego potrzebna, to jednak jego stosunek do religii
uległ zmianie w czasie rewolucji, kiedy to wypowiedziano wojnę duchowości we
wszystkich jej przejawach. Kiedy zniszczono człowieka w człowieku, Bunin
zrozumiał, że nie był i nie będzie ateistą, że nie potrafi żyć bez świątyni -
bez transcendencji. Bez niej bowiem człowiek zdolny jest do rzeczy strasznych.
Janem
nazwała Bunina jego żona Wiera Nikołajewna. Dała mu je na pamiątkę jego
polskich korzeni. Ród Buninów wywodził się bowiem od Symeona Bunkowskiego,
który wyjechał z Polski do wielkiego księcia Wasyla Wasiljewicza. Gestem tym
żona odsunęła od niego Rosję na bezpieczną odległość polskiego imienia.
Coś nieskończenie pięknego -
kobiety Bunina
O życiu
miłosnym Bunina pisze autorka w sposób subtelny i wnikliwy. Interesują
ją skomplikowane relacje międzyludzkie, a zarazem pozostawia dla nich pewną
sferę tajemnicy.
O pisarzu
można powiedzieć, że był kochliwy, ale w jego życiu były ważne przede wszystkim
dwie kobiety: druga żona - Wiera i kochanka Galina. Pierwsza kochała go
bezgranicznie i dawała tego dowody do końca życia pisarza (była od niego o
dziesięć lat młodsza). Należała do tych bezgranicznie oddanych kobiet
rosyjskich - cytuje autorka Wasilija Janowskiego - (...) które
bez wahania idą za mężem na Sybir, gotowe na każdą ofiarę.
Ślub
wzięli dopiero po latach, w Paryżu. O miłości do Wiery mówił Bunin:
Ona jest
składową, niezastępowalną częścią mnie. (...) Rozłąki z nią przeżyć bym nie
umiał. (...) Zawsze dziękuję Bogu, do ostatniego mojego oddechu będę Mu
dziękował za to, że zesłał mi Wierę Nikołajewnę.
Wiera
doskonale wiedziała, że mąż lubi towarzystwo młodych i pięknych kobiet, że musi
być trochę zakochany, że pragnie być przez kobiety adorowany. Jeśli miewał
romanse, to były one dobrze ukrywane. Do czasu, gdy poznał Galinę... Nigdy nie
przestał jej kochać, nawet, gdy od niego odeszła. Nie traktował związku z nią
jako romansu. Galina była dla niego danym od Boga dobrem. Udało mu się nawet
przekonać żonę do tego, aby zgodziła się na zamieszkanie Galiny pod ich dachem.
W swoim dzienniku Wiera zapisała:
Idąc na
dworzec [w Nicei], nagle zrozumiałam, że nie mam prawa przeszkadzać Janowi
kochać, kogo chce, skoro jego miłość ma źródło w Bogu. Niechaj kocha Galinę,
Kapitana, Żurowa - byle od tej miłości było mu dobrze na duszy.
Oczywiście,
do takiej refleksji dochodzi się po dłuższym czasie i nie bez nieodłącznego od
tej relacji cierpienia.
Ogromnie
ciekawa jest także lektura dzienników Galiny, która w tym związku również nie
czuła się komfortowo. A jednak zdecydowała się towarzyszyć temu mężczyźnie. Z
pewnością była wrażliwa, oczytana i utalentowana. W swoim dzienniku pisała:
W
ostatnim czasie najczęściej przebywam z Wierą Nikołajewną. (...) Wczoraj
wieczorem obie zostałyśmy w domu, leżałyśmy u niej na łóżku i rozmawiałyśmy o
ludzkim szczęściu i o mylnym jego wyobrażeniu. Ludzkie szczęście polega na tym,
żeby nie pragnąć niczego dla siebie, Wtedy dusza się uspokaja i zaczyna
znajdować dobro tam, gdzie zupełnie się tego nie spodziewała.
Dzieje
tego "trójkąta" (a później "czworokąta") miały zresztą
swoją dramaturgię i zaskakujący koniec, ale po szczegóły radzę sięgnąć do tej
znakomitej książki.
Warto
jednak przytoczyć, co sam Bunin sądził o kobietach. Otóż uważał on, że
istnieje fascynująca tajemnicza istota kobiecości, którą mężczyzna - jako
rodzaj Jungowskiej animy - odkrywa także u siebie:
To coś
dziwnego, niewypowiedzianie pięknego, skończona osobliwość wśród wszystkich
rzeczy ziemskich, którą jest ciało kobiety - pisał - n i g d y
nie została przez nikogo opisana. Trzeba, trzeba spróbować. Próbowałem -
wychodzi świństwo, banał. Trzeba znaleźć jakieś inne słowa.
Pisząc o
"W lodach Prowansji", wybrałam zaledwie trzy istotne wątki. Książka
Renaty Lis nie tylko przybliża postać wybitnego, niezbyt w Polsce znanego
pisarza - noblisty. Sięgając do różnych oryginalnych źródeł, w tym do
dzienników Bunina i jego dwóch ukochanych kobiet, autorka tworzy
barwną, mozaikową opowieść o człowieku "z historią w tle", snując
jednocześnie rozważania o sprawach ważnych dla każdego. Kogóż bowiem nie
interesują problemy związane z miłością, samotnością, relacjami międzyludzkimi...
Z całą pewnością jest to lektura godna polecenia, znakomicie napisana,
pasjonująca.
Książka Renaty Lis: "W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu" ukazała się w Wydawnictwie Sic!
Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.
|
sobota, 30 września 2017
Renata Lis: Ukazać człowieka poprzez jego tajemnicę /wywiad/
![]() |
| Renata Lis, prasowe |
Barbara Lekarczyk-Cisek: Pani najnowsza książka – „W lodach Prowansji” - nie jest pierwszą poświęconą Buninowi. W 2013 roku ukazały się w Pani tłumaczeniu jego opowiadania emigracyjne, a także dziennik z okresu rewolucji i wojny domowej. Czy to właśnie wtedy zdecydowała się Pani napisać jego biografię?
środa, 26 lipca 2023
Magdalena Abakanowicz (prawie) bez tajemnic /recenzja biografii Pawła Kowala: "Abakanowicz. Trauma i sława"/
Liczącą blisko pięćset stron biografię Magdaleny Abakanowicz przeczytałam od deski do deski, niczego nie pomijając, począwszy od zachęty do czytania autorstwa innego wybitnego artysty, Leona Tarasewicza, a na Posłowiu kończąc. Jej autor, Paweł Kowal, nakreślił portret artystki nie tylko rzetelnie, odwołując się do licznych źródeł (w tym do niepublikowanych dzienników), ale nadał swojej pracy osobisty ton. To jest w jakimś sensie JEGO Abakanowicz, w takim znaczeniu, jaki ma tytuł filmu Joanny i Krzysztofa Krauze "Mój Nikifor". Czy bowiem w ogóle możliwa jest biografia obiektywna?
![]() |
| Mój egzemplarz biografii, Wyd. Agora |
Dotknęłam kiedyś tego tematu w rozmowie z Renatą Lis, w związku z jej biografią "W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu". Powiedziała wówczas coś, co znakomicie przystaje także do książki Pawła Kowala:
"Nie proponuję czytelnikom obiektywnej biografii Bunina, ponieważ taka biografia jest niemożliwa. Opowiadam o tym, jak ta biografia złożyła się we mnie tu i teraz. Przecież każda taka opowieść jest kreacją - nawet w opowieści o własnym życiu, nawet przeznaczonej na użytek prywatny, jedne "fakty" wybieramy, inne pomijamy, wymyślamy albo przekręcamy (często bezwiednie), o jeszcze innych w ogóle nie pamiętamy, pełnymi garściami czerpiemy za to z cudzych wspomnień, coś nam się śni i marzy, dwoi się i troi, a twarze ze zdjęć plenią się w naszej pamięci, podając się za twarze z rzeczywistości. Z takiego szemranego materiału lepimy swoją opowieść o "prawdziwym" życiu, odpowiednio je naświetlając, wydobywając lub naddając znaczenia".
Celowo przytoczyłam obszerny fragment tej wypowiedzi na temat pisania biografii, ponieważ to, o czym mówiła Renata Lis, oświetla w jakiś sposób metodę tworzenia biografii Abakanowicz. Również Paweł Kowal nie ukrywa swojego osobistego stosunku do artystki, rozpoczynając swoją opowieść dedykacją poświęconą żonie i przywołując dzień oraz miejsce ich wesela, które odbyło się w Falentach, gdzie Magdalena przyszła na świat 20 czerwca 1930 roku i gdzie spędziła pierwsze lata życia. Ale to nie wszystko! Autor deklaruje wprawdzie, że patrzy na życie artystki z punktu widzenia historyka czasów współczesnych oraz politologa, ale - podobnie jak Renata Lis - próbuje też spojrzeć na bohaterkę swojej biografii przez jej tajemnicę. W pewnym momencie swego życia Bunin doświadczył głębokiego rozdwojenia - kochał dwie kobiety jednocześnie i z żadnej nie umiał zrezygnować. Podobnie było z Magdaleną Abakanowicz, która będąc zamężna z Janem Kosmowskim, miała jednocześnie głęboką relację z Arturem Starewiczem - partyjnym notablem (poznali się, gdy artystka wystawiała swoje prace w Londynie, gdzie był ambasadorem), a jednocześnie człowiekiem nietuzinkowym, erudytą o szerokich horyzontach. Przy czym obaj mężczyźni byli jej absolutnie podporządkowani i jakoś znosili siebie wzajemnie. Jak pisze Paweł Kowal:
"Po pewnym czasie ich wspólne w dużej mierze życie znalazło ustalone formy. W Warszawie - wspólne obiady, święta. Każdego roku artystka spędzała część wakacji z Janem, część z Arturem, część spędzali we troje. I tak przez lata".
Jak wyglądały te wspólne wakacje, dowiadujemy się z dowcipnej relacji jednego z pasierbów Starewicza, Gabriela Michalika. Otóż będąc ok. ośmioletnim chłopcem był świadkiem przywiezienia przez Artura tkaniny wartej podobno 20 tysięcy dolarów.
"Wyobrażałem sobie, że to jest na przykład latający dywan - wspomina. (...) Tkaninę zobaczyłem bodaj dopiero następnego dnia. Pani Magda rozpostarła ją na stole. Przypominała duży dziurawy worek na ziemniaki (...). Potem przed domem powstała "polowa" pracownia rzeźbiarska Magdaleny Abakanowicz". Opisuje też artystkę przy pracy, kiedy to znalazła właściwy pień drzewa i wobec bezradnego traktorzysty ("Nie puszcza, jeszcze ten skurwysyn nie puszcza, pani profesor!") osobiście odrąbała go siekierą, aby przez następne dni pieczołowi obrabiać. Tak powstawały "Gry wojenne"... Ze wspomnień małoletniego wówczas Gabriela wyłania się portret kobiety zdecydowanej, silnej, chciałoby się rzec: męskiej.
| Magdalena Abakanowicz, Lipsis z cyklu "Gry wojenne", wystawa "Abakanowicz.Totalma" w Muzeum Narodowym we Wrocławiu, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek |
Paweł Kowal przygląda się nie tylko samej artystce, widzianej oczami wielu osób, które się z nią zetknęły, ale bada również genealogię rodzinną, odwołując się zarówno do wspomnień Abakanowicz, jak też do własnych ustaleń co do jej tatarskich korzeni. Opisuje zjawisko osadnictwa tatarskiego na przełomie XIV i XV wieku, a także przygląda się dziejom rodu żyjącego na Kresach i niejako "wrośniętego" już w polską historię (przejście na katolicyzm, szlachectwo, udział w powstaniach itd.). Niektórym członkom rodu, np. Brunonowi Abakanowiczowi - wynalazcy i matematykowi czy też Konstantemu i Piotrowi, czyli ojcu i stryjowi ("skrzydlatym braciom", jak ich nazywa) poświęca więcej uwagi. Interesująca jest także opowieść o rodzinie matki Magdaleny - bogatego ziemiaństwa o niemieckich korzeniach.
Powojenne dzieje braci i ich rodzin tworzą symboliczny obraz polskiego społeczeństwa, które różnie sobie radziło w zniewolonym przez komunistów kraju. A jednak, mimo "niewłaściwego" pochodzenia, artystka odniosła spektakularny sukces. Oczywiście, był to proces, u początków którego znajduje się "apolityczna" tkanina, a także kreatywność, która nierzadko bierze się z rozmaitych braków, ale również niezwykła pracowitość i ambicja artystki oraz splot rozmaitych okoliczności.
| Magdalena Abakanowicz, Abakan żółty, 1970-75, wystawa "Abakanowicz.Totalna", Muzeum Narodowe we Wrocławiu, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek |
Autor prezentuje Magdalenę Abakanowicz jako piękną kobietę, świadomą swoich walorów, a przy tym artystkę osobną, postać nieco tajemniczą. Widzimy ją w całym tym skomplikowaniu: z jednej strony władcza i jakby wycofana z codziennego życia, z drugiej - dobrze w tym życiu zakorzeniona, niebojąca się wyzwań. Zachowująca dystans do otoczenia, a zarazem serdeczna i charyzmatyczna dla swoich studentów. Pozornie krucha i delikatna, a jednak silna i władcza. Słowem - złożona, intrygująca osobowość.
Oczywiście, pisząc o artystce, autor nie pomija jej dzieł, które interpretuje odwołując się zarówno do jej doświadczeń związanych z historią (owe tytułowe traumy), innym razem próbuje odnaleźć ich genezę zarówno w sferze osobistej (abakany będące symbolem kobiecości, erotyzmu), jak też historycznej i społecznej ("Plecy" zaprojektowane i wykonane dla Japończyków, a kojarzące się z bezradnością i strachem, których sama doznała podczas wojny). Przywołuje także wypowiedzi kuratorów wystaw, osób zawodowo zajmujących się sztuką, m. in. Ady Rottenberg czy Iwony Bigos, nie pomijając też deklaracji samej artystki.
Dzięki tej znakomicie napisanej biografii możemy wreszcie zobaczyć artystyczny rozwój Magdaleny Abakanowicz jako pewien proces, którego początkiem jest tkanina, po niej rzeźba, wreszcie formy architektoniczne, a nawet... choreografia, którą zaprojektowała do własnej wystawy. To artystka, która w jakiś tajemniczy sposób ciągle zmienia się, poszukuje nowych form ekspresji. Jej monumentalne dzieła są eksponowane nie tylko w muzeach całego świata, ale także w przestrzeniach publicznych. Ich wymowa również się zmienia - żyją swoim życiem i nabierają nowych znaczeń pod każdą szerokością geograficzną.
![]() |
| Magdalena Abakanowicz, "Plecy", 1976, wystawa "Abakanowicz. Totalna" Muzeum Narodowe we Wrocławiu, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek |
Kiedy czytałam Posłowie, uświadomiłam sobie z całą mocą, ile pracy i wysiłku włożył autor w jej napisanie, a zarazem, jak wspaniałą przeżył przygodę, spotykając na swojej drodze tylu wspaniałych rozmówców, którzy wpłynęli na kształt tej biograficznej opowieści. Poruszyło mnie także końcowe wyznanie, w którym Paweł Kowal zwierza się z wątpliwości przeżywanych w związku z podjęciem się tak monumentalnego wyzwania, a także snuje refleksje na temat pisania biografii w ogóle:
"Pisanie biografii - powiada - jest szczególnym zajęciem: prawie zawsze - okazją do przefiltrowania czyichś losów przez doświadczenia własne i przyjaciół. Wątki życia, które się opisuje, choć czasami dotyczą zgoła innej epoki, skłaniają nieraz do refleksji nad własnymi wyborami, motywacjami i decyzjami".
Zawsze jednak, gdy rodzą się wątpliwości i pojawiają kryzysy, można się udać z pielgrzymką do Santiago de Composteli, jak to w pewnym momencie uczynił autor i co sprawiło, że zdecydował się jednak pisać.
Z pewnością warto sięgnąć po tę znakomitą opowieść o życiu Magdaleny Abakanowicz, wejść w jej świat, po którym oprowadzi nas tak znakomity cicerone. Można także na jej kanwie snuć własne refleksje, jak czyni to autor.
"Książka Pawła Kowala "Magdalena Abakanowicz. trauma i sława" ukazała się w 2023 roku w Wydawnictwie Agora.
„Feliks Janiewicz – Complete Violin Concertos” – nowy album wydany przez Narodowe Forum Muzyki
7 sierpnia 2026 roku premierę będzie miał nowy album Narodowego Forum Muzyki im. Witolda Lutosławskiego we Wrocławiu, nagrany przez Bartłomi...
Popularne posty
-
"Szczególnie zapadł mi w serce niepozorny obraz, na który natknęliśmy się w skromnej salce parafialnej kościoła w Gliwicach – Łabędach....
-
Anioły na obrazach dawnych malarzy są piękne, dlatego często zapominamy, że są niematerialne i że ich piękno ma charakter duchowy. Sztuka pr...
-
W dniach od 7 do 15 lutego 2015 roku odbędzie się we Wrocławiu Akademia Händlowska. Wystąpi fenomenalna Julia Lezhneva, znakomici brytyjscy...





