Prawdziwym brylantem 50. WROSTJA była litewska aktorka Birutė Mar, która tym razem zaprezentowała monodram na kanwie prozy Fiodora Dostojewskiego.
Tytuł bloga powstał z inspiracji prozą Brunona Schulza, w której wielokrotnie, w różnych kontekstach, pada to tajemniczo brzmiące słowo, znaczące o wiele więcej niż „składniki”, bo mające rangę metafory, symbolu… Kulturalne Ingrediencje nie jest blogiem monotematycznym, np. książkowym czy filmowym. Łączę w nim wszystkie moje pasje w jedną całość. Znajdują się tu teksty dotyczące literatury, filmu, muzyki i sztuk plastycznych. Ponadto rozmowy z artystami i własne zapiski.To także moje archiwum.
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Birutė Mar, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Birutė Mar, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
środa, 20 września 2017
sobota, 14 października 2017
50. WROSTJA – Jubileusz niezwykłego festiwalu monodramów (relacja)
O początkach festiwalu monodramów,
ich charyzmatycznym pomysłodawcy i organizatorze – Wiesławie Gerasie,
jubileuszowych publikacjach i najciekawszych monodramach tegorocznej edycji.
![]() |
| plakat ubiegłorocznych WROSTJA
W dniach od
17 do 24 października odbyły się Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora.
Ten wyjątkowy w skali światowej festiwal monodramów święcił w tym roku swoje
50-lecie. Na początku był … GerasJubileuszowe wydawnictwo, Klub Krytyki Teatralnej/ Polska Sekcja IATC : Wydawnictwo Skorpion
Nie byłoby
to zapewne możliwe bez pomysłodawcy i niestrudzonego organizatora – dyrektora
festiwalu, Wiesława Gerasa. Temu
niezwykłemu człowiekowi, który nie tylko czuwał nad organizacją festiwali, ale
także je programował, jeżdżąc po świecie i zapraszając do Wrocławia (i nie
tylko) wybitnych artystów, wielokrotnie też inspirował wielu aktorów do
zagrania monodramów, została poświęcona jubileuszowa książka o znamiennym
tytule: ”50 lat WROSTJA. Po teatrze
jednego aktora oprowadza Wiesław Geras”. Została wydana przez Klub Krytyki
Teatralnej/Polska Sekcja IATC, pod redakcją Tomasza Miłkowskiego i zawiera –
oprócz rozmowy z twórcą festiwalu – wspomnienia aktorów, teatrologów,
dziennikarzy, którzy w kolejnych edycjach uczestniczyli ”od zawsze”. Dzięki
temu historia tego niezwykłego festiwalu opowiedziana jest barwnie i polifonicznie.
Siemion ojcem założycielem
Początków
trzeba szukać w połowie lat 60., które prof. Janusz Degler określa złotym okresem w kulturze Wrocławia. Jego
zdaniem, ten rodzaj teatru stwarzał nie tylko szansę na ujawnienie siebie – własnego warsztatu i
sił twórczych. 17 października 1966 roku
Danuta Michałowska zaprezentowała w Piwnicy Świdnickiej monodram na podstawie
powieści ”Komu bije dzwon” Ernesta Hemnigwaya. Tak rozpoczął się trwający
do 23 października Ogólnopolski Przegląd Teatrów Jednego Aktora. Jednakże za
”ojca założyciela” Tomasz Miłkowski uznał Wojciecha
Siemiona, który wystąpił z monodramem ”Zdrada”
według Izaaka Babla.
W ”Zdradzie” – twierdzi autor ”Impulsu, czyli jak
to się zaczęło” – demonstrował Siemion
swoje odkrycie estetyczne – wykazywał, że nie dość powołać na scenie postać,
trzeba ją jeszcze skomentować, nie tyle być nią, ile być obok niej, opowiadać
ją w taki sposób, jakby się nią było. Trudna to sztuka (…), jak zachować
bliskość i dystans jednocześnie, ale aktor umiał odnaleźć ten właściwy ton.
Stąd aplauz, z jakim spotkał się na festiwalu jego spektakl.
Poza
spektaklami, w których wystąpili aktorzy tak znani i wybitni, jak Ryszarda
Hanin, Kalina Jędrusik, Andrzej Łapicki i inni, odbywały się także spotkania z
aktorami i gośćmi festiwalu, wśród których były takie nazwiska, jak Tadeusz
Różewicz czy wspomniany Wojciech Siemion… Codziennie dyskutowano o obejrzanych
monodramach, a na spektakle ”waliły tłumy”, jak pisał nieżyjący, znany
wrocławski dziennikarz Tadeusz Burzyński. Kolejne przeglądy miały już charakter
konkursu, a laureatem pierwszej nagrody – Nagrody Głównej Ministra Kultury i
Sztuki – został Tadeusz Malak - za monodram
”W środku życia” na podstawie tekstów Tadeusza Różewicza. On też otworzył
tegoroczne jubileuszowe WROSTJA, odwołując się do tamtego przedstawienia: "Powrót
do źródeł... od Różewicza... i dalej...”.
Tadeusz Malak w monodramie "Powrót do źródeł...", Wrocław 2016
|
Hamlet Geta
W kolejnym
roku Eugeniusz Get-Stankiewicz
zaprojektował grafikę zatytułowaną ”Hamlet”, która stała się oficjalnym logo
festiwalu, a także znalazła się na okładkach serii wydawniczej poświęconej
monodramom – ”Czarnej książeczce z
Hamletem”. Serii, dodajmy, zupełnie
unikalnej. Ukazało się w niej 17 publikacji, z czego trzy w tym roku: ”166
monodramów” Tomasza Miłkowskiego, ”Wypowiedzieć człowieka. Poezjoteatr Tadeusza
Malaka” Katarzyny Flader-Rzeszowskiej oraz ”Lidii Danylczuk droga ku sobie”
Iryny Wołyćka-Zubko. Dodajmy, że każda taka książeczka miała swoją promocję,
podczas której nie tylko o niej dyskutowano. Zazwyczaj aktor, który był jej
bohaterem, prezentował również swoje monodramy – we fragmentach i w całości.
Ukraińska
aktorka Lidia Danylczuk – jedno z wielu odkryć Wiesława Gerasa – gościła w
Polsce wielokrotnie ze swoim ”Teatrem w Koszyku”, który charakteryzuje się
nowatorską syntezą słowa, obrazu i dźwięku. W tym roku zaprezentowała monodram "Do źródeł. Głos cichego odmętu", na
podstawie tekstu Nedy Neżdany, poruszającego historię głodu na Ukrainie w
latach 30.
Geras znaczy dobry
Wielkim
atutem jubileuszowego wydawnictwa ”50 lat WROSTJA” jest nie tylko zebranie i
uporządkowanie informacji na temat wrocławskiego festiwalu monodramów, ale – a
może dla czytelnika przede wszystkim – głosy aktorów, którzy bywali we
Wrocławiu ze swoimi spektaklami, a także osób aktywnie uczestniczących w
festiwalu w różnych rolach. Dzięki nim poznajemy też trochę ten festiwal od
kulis.
Birutė Mar odkrywa dla nas, że słowo ”geras” znaczy po litewsku ”dobry”.
Teraz, po prawie dwudziestu
latach - wspomina aktorka – rozumiem, że Pan Wiesław Geras był wówczas tym dobrym człowiekiem,
litewskim ”Gerasem” przysłanym mi przez los, który inspirował do tworzenia,
rozwoju, doskonalenia się. (…) Wrocław stał się moim miastem rodzinnym tak jak
WROSTJA moim rodzinnym festiwalem, gdzie zagrałam wszystkie swoje spektakle,
gdzie chce się powrócić i spotkać starych dobrych przyjaciół, gdzie zawsze ktoś
na mnie czeka.
Lidia Danylczuk nazywa Wiesława Gerasa żartobliwie ”rycerzem jednego aktora”, a Katarzyna Flader-Rzeszowska
”człowiekiem z pasją”. Z kolei Krzysztof
Gordon podziwia jego świeżość patrzenia na teatr, na aktora, na
spektakl, zaś Krzysztof Grabowski – kompetencje i szybkość działania:
Byłem wielokrotnie świadkiem – pisze żartobliwie – jak Wiesław Geras, znany wszystkim służbom w
Polsce jako szef mono mafii,
zapytany, czy ma jakiś pomysł, kogo można by zaprosić ze spektaklem,
odpowiadał, że zaraz coś napisze. Wracał po 30 minutach z pełnym programem na
najbliższe dwie edycje festiwalu.
Bogusław Kierc określa Wiesława Gerasa mianem ”jasnoksiężnika”, a Wiesław Komasa nazywa ”Sir
Wiesławem” i jedną z najbarwniejszych postaci w historii Teatru Jednego
Aktora. Zaś Piotr Konrad, próbując odpowiedzieć na
pytanie, czym jest teatr jednego aktora, dochodzi do wniosku, iż jest to ”teatr jednego Gerasa”.
Wiesław Geras, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Tych
wypowiedzi i przemyśleń, nie stroniących od anegdoty i błyskotliwych bon motów, jest we wspomnianej publikacji o wiele więcej. Zachęcam gorąco
wszystkich, którzy lubią monodramy i są ciekawi takich charyzmatycznych
postaci, jak pan Wiesław Geras, aby sięgnęli do niej. Osobiście zawdzięczam
dyrektorowi festiwalu nie tylko możliwość obejrzenia wielu wspaniałych
spektakli, których bez Niego nie miałabym szansy zobaczyć, a w konsekwencji – doznać
wielu niezapomnianych wrażeń. Chylę również
czoła przed Jego pasją, determinacją i wrażliwością, dzięki którym stworzył
zjawisko tak niebywałe, a zarazem tak trwałe.
WROSTJA A.D. 2016
W tym roku
spektakle celowo były prezentowane w różnych miejscach, które przypominały
historię festiwalu – począwszy od Piwnicy Świdnickiej, gdzie wszystko się
zaczęło, poprzez scenę PWST, Teatru Lalek, Biura Festiwalowego IMPART, Teatr
Polski, Teatr Muzyczny Capitol, po miejsca zupełnie nowe, ale znaczące, jak nowo powstałe Muzeum Teatru im. Henryka
Tomaszewskiego, gdzie odbyła się sesja o stanie i kondycji teatru jednego
aktora, zaprezentowano wystawę fotografii oraz nowe publikacje.
Spośród
wielu interesujących monodramów, obejrzanych podczas jubileuszowego festiwalu,
chciałabym więcej miejsca poświęcić szczególnie dwóm. Pierwszym jest ”Żmija” - według prozy Aleksandra
Tołstoja i w wykonaniu Doroty Stalińskiej, drugim zaś ”Anioły Dostojewskiego”, które
zaprezentowała litewska aktorka Birutė
Mar.
”Żmija” – jubileuszowy monodram Doroty Stalińskiej
”Żmija” to spektakl,
który jest swoistym fenomenem. Powstał w 1978 roku (sic!), a więc blisko
czterdzieści lat temu i najpierw otrzymał I Nagrodę na 13. OFTJA w Toruniu, a
następnie Grand Prix na 11. WROSTJA w 1987 roku. Jednakże prawdziwym zdumieniem napawa fakt, iż
grany był przez wiele lat, a liczba przedstawień przekroczyła cztery tysiące! Kiedy aktorka wznowiła go, prezentując
ponownie podczas festiwalu ”W remizie” na Helu, w 2015 roku, nie mogła wejść do
środka, tak wielu chętnych usiłowało bezskutecznie dostać się na widownię. To
dowodzi, że są spektakle, które się nie starzeją. We Wrocławiu Stalińska
zaprezentowała ”Żmiję” w ramach festiwalu po raz czwarty – przy wypełnionej
sali. W ten sposób uczciła jubileusz WROSTJA, ale również własny jubileusz
40-lecia pracy artystycznej.
Monodram ten
jest autorski w pełnym tego słowa znaczeniu – aktorka wybrała tekst, opracowała
go, wyreżyserowała, stworzyła scenografię oraz kostium i własnoręcznie je
wykonała (poza wojskowym płaszczem i butami). Jej bohaterka – Olga Wiaczesławowna
Zołotowa jest rodzajem Kandyda w spódnicy (w spodniach także). Urodzona w
inteligenckiej rodzinie, traci najbliższych w wyniku Rewolucji Październikowej,
a sama – mimo ran i uwięzienia – przeżywa i próbuje odnaleźć się w nowej
rzeczywistości. Zakochana w poznanym podczas pobytu w szpitalu dowódcy o
sokolich oczach, wstępuje do armii i robi wszystko, co on każe. Uczy się
jeździć konno, strzelać, znosi wszelkie trudy, bo on jest teraz jej ”rodziną”. Dowódca
jest przy tym powściągliwy i traktuje ją
początkowo po ojcowsku, by z czasem zauważyć w niej kobietę, ale nigdy tego nie
wykorzystuje. Przed samobójczym, nakazanym przez dowództwo atakiem, wyznaje jej
miłość, po czym... ginie. Dziewczyna niczego poza walką nie umie i kiedy nastaje
czas pokoju, nie potrafi odnaleźć się w tzw. zwyczajnym życiu. Jest samotna,
zamknięta w sobie i staje się łatwą ofiarą pomówień i intryg. Pełne
determinacji próby zademonstrowania otoczeniu, że jest normalną kobietą,
pragnącą kochać i być kochaną, kończą się tragicznie.
Dorota Stalińska w monodramie "Żmija", WROSTJA 2016
Dorota Stalińska znakomicie pokazuje dramat swojej
bohaterki, opowiadając jej historię w formie retrospekcji, od momentu, kiedy to
kobieta znajduje się w więzieniu i jest przesłuchiwana, a jednocześnie
przygląda się swojemu życiu, próbując zrozumieć, jak to się stało, że zabiła
człowieka. Nawiązuje kontakt z publicznością, jakby w oczekiwaniu, że ktoś
jednak zrozumie jej dramat. Gra zarówno naznaczoną dramatycznymi przejściami
bohaterkę – doświadczoną i nieufną, by za chwilę zmienić się w młodą,
niewinną dziewczynę, jaką była na początku. Czasami tragiczna, niekiedy
tragikomiczna, zabawna – zawsze prawdziwa i wiarygodna. Taka jest Olga Doroty
Stalińskiej: komiczna, gdy uczy się konnej jazdy (wszystko rozgrywa się na
naszych oczach), liryczna i trochę zabawna, gdy jesteśmy świadkami jej
pierwszej rozkwitającej miłości, tragiczna – gdy rozpacza po śmierci ukochanego. Piękna jest
scena, w której zakochani spędzają ostatnią noc przy ognisku, a mężczyzna
śpiewa miłosną pieśń po ukraińsku. Stalińska wyczarowuje przed nami tę scenę
tak znakomicie, że ”widzimy” dwoje zakochanych, czujemy atmosferę tej chwili…
Prawdziwa mistrzyni! Pod koniec spektaklu, kiedy emocje sięgają zenitu,
właściwie bez zastrzeżeń stajemy po stronie ”skrzywdzonej i poniżonej” bohaterki
tej opowieści.
Sądzę, że
ponadczasowość tego monodramu wynika nie tylko z przesłania utworu, w którym ukazano,
jak historia i ludzka podłość mogą zniszczyć życie człowieka. To także, a może
przede wszystkim zasługa aktorki, która potrafiła tę prawdę w sposób wiarygodny
przekazać środkami scenicznymi, z upływem lat robiąc to coraz bardziej
świadomie i dojrzale.
Wywiad z Dorotą Stalińską - pod tym linkiem.
”Anioły Dostojewskiego” i Birutė Mar
Prawdziwym
brylantem 50. WROSTJA była litewska aktorka Birutė Mar, która tym razem zaprezentowała monodram na kanwie prozy
Fiodora Dostojewskiego. Tytuł został zaczerpnięty z opowiadania "Chłopczyk
na gwiazdce u Pana Jezusa", bo też dziecko – niewinne, skrzywdzone,
poniżone, cierpiące biedę i głód – jest bohaterem tego spektaklu. Tacy
”niewinni aniołowie” pojawiają się w różnych tekstach Dostojewskiego.
Dziatki kochajcie
szczególnie –
naucza starzec Zosima w ”Braciach Karamazow – albowiem również i one są
bezgrzeszne jako anioły i żyją ku rozrzewnieniu, ku oczyszczeniu serc
naszych, niejako będąc dla nas wskazówką. Biada
temu, kto skrzywdził dziecko.
Tymczasem
dzieci są krzywdzone nieustannie: uwiedzione, naiwne nieletnie dziewczęta, marzące
o miłości, które wykorzystano cynicznie, nigdy już nie będą potrafiły kochać,
będą tylko ranić innych, jak Gruszeńka z ”Z braci Karamazow” czy naiwna
dziewczyna z ”Białych nocy”.
Birutė Mar wchodzi
w rolę każdej z postaci w sposób tak naturalny, że to aż zdumiewające. Wkłada
męski płaszcz i jest Stawroginem
opowiadającym, jak doprowadził do samobójczej śmierci małą dziewczynkę
Matrioszę, która nie umiała żyć po tym, jak ją skrzywdził. Cyniczny i mający
niejedno na sumieniu, ciągle widzi jej postać wygrażającą mu maleńką piąstką. Biada temu, kto skrzywdził dziecko… Za skrzywdzonym dzieckiem ujmuje się
także inny bohater Dostojewskiego – książę Myszkin, który doskonale wie, że
dzieci potrafią być także okrutne w stosunku do siebie, ale nigdy w takim
stopniu jak dorośli. Zresztą sam Myszkin ma wrażliwość i ”anielskość” dziecka –
i pozostaje bezbronny jak one.
Birute Mar w monodramie "Anioły Dostojewskiego", WROSTJA 2016
Birutė wchodzi
także w rolę sześcioletniego chłopczyka i robi to jak nikt inny – wkłada
rozczłapane buty, twarz jej się zmienia, oczy nabierają takiego wyrazu, że
można o nic powiedzieć: ”oczy dziecka”… Przypomina mi w tym Giuliettę Masinę. Chłopczyk
opuszcza suterenę, w której leży ciało zmarłej matki i usiłuje znaleźć coś do
jedzenia. Jest mały, bezbronny, przemarznięty. Właśnie zbliża się Wigilia
Bożego Narodzenia i za szybami sklepów i oknami widać stosy jedzenia, ale nikt
nie chce chłopcu dać się pożywić. W końcu malec zamarza za stosem drewna i ktoś
nazajutrz odnajduje jego zwłoki. Tymczasem – mówi Dostojewski, a za nim Birutė
– chłopiec trafia na Wigilię do Pana Jezusa, bo u Niego jest
zawsze w Wigilię gwiazdka dla małych dzieci, które nie mają własnej gwiazdki. Ale
pointa monodramu jest zupełnie inna niż w opowiadaniu. Narrator Dostojewskiego
dystansuje się do tej historii, mówiąc, że jest zmyślona. Birutė zaś przytacza
na koniec słowa starca Zosimy i to one stają się pointą spektaklu. Otóż w
kontrze do myśli "jeśli Boga nie ma, wszystko wolno”, starzec Zosima
uważa, że całe zło, a w szczególności
cierpienie niewinnych, bierze się z faktu zerwania przez człowieka więzi z
Bogiem.
Spektakl
litewskiej mistrzyni monodramu to przykład coraz rzadszego we współczesnej
sztuce zjawiska, kiedy to teatr przekracza
swoje własne granice, stając się czymś więcej niż scenicznym działaniem. Jak
w starożytnej Grecji, przynosi rodzaj katharsis i sprawia, że widz będący
współuczestnikiem spektaklu (bo powiedzieć: widzem - to za mało), przeżywa
rodzaj duchowego wstrząsu, po którym nic już nie jest takie samo.
Gdyby na
WROSTJA zaprezentowano tylko to
przedstawienie, byłoby to i tak wielkim sukcesem tego zasłużonego festiwalu.
Jednak takich przeżyć doświadczyłam w ciągu minionych lat więcej, toteż
ogromnie żałuję, że 50. przegląd monodramów był zarazem ostatnim.
Wywiad aktorką - pod tym linkiem
Relacja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.
środa, 31 stycznia 2018
Ewelina Ciszewska: Dotknąć tajemnicy /wywiad/
Rozmawiam z Eweliną
Ciszewską – aktorką i pedagogiem PWST – o jej drodze do teatru, eksperymentach
i możliwości dotknięcia... tajemnicy.
| Ewelina Ciszewska, fot. z archiwum aktorki |
Barbara Lekarczyk-Cisek: Obejrzałam niedawno ”Eurydykę” na scenie PWST, ale wyznam, że moją uwagę zwróciłaś już spektaklem ”maria s.”, który wyróżniał się na tle innych znakomitym pomysłem wykorzystania sukni jako scenografii. Przywiodło mi to na myśl Birutė Mar i jej suknię ze ”Słów na piasku” na podstawie "Radosnych dni" Becketta, ale Twój pomysł był jednak inny, oryginalny. Myślę, że obu Wam wspólna jest także pasja w podejściu do sztuki teatru. Jak to wszystko się zaczęło, zanim stworzyłaś tę suknię – scenę?
Ewelina Ciszewska: Potrzebę kreacji od zawsze podsycali
we mnie rodzice, choć sami nie są aktorami. Ta "domowa twórczość” pojawiała
się zupełnie naturalnie, nienachalnie. Mama, która jest lekarzem weterynarii,
rysowała mi np. układ oddechowy człowieka, aby wyjaśnić, co się ze mną dzieje,
kiedy choruję, a rysunki te podsycały moją wyobraźnię. Początkowo marzyła mi
się medycyna, w szczególności chirurgia, ale ze względu na słaby wzrok musiałam
z tych planów zrezygnować. Uczestniczyłam jednak w warsztatach teatralnych,
prowadzonych przez człowieka, którego interesowała teatralna alternatywa, jak
poznańskie Ósemki czy Biuro Podróży, a przy tym był pod ogromnym wpływem
Grotowskiego. Te fascynacje przelewał na nas – dyskutowaliśmy, jeździliśmy na
spektakle, teatralnie eksperymentowaliśmy. Otaczali mnie ludzie z pasją... a to
zaraźliwe.
Zdecydowałaś się zdawać
do szkoły teatralnej?
Tak, ale nie zdawałam od razu. Stchórzyłam. Wybrałam historię
sztuki we Wrocławiu. Z perspektywy czasu rozumiem, że to był dobry i potrzebny etap
mojego życia, choć wypełniony godzinami spędzonymi w bibliotekach, archiwach...
Na swój sposób fascynujące, ale mnie rozsadzało od środka. Miałam potrzebę
tworzenia, dlatego już podczas studiów związałam się z Teatrem Formy i od tego
czasu zaczęła się moja przygoda z pantomimą. Słowo wydawało mi się wówczas
zbędne i na swój sposób stałam się "małomówna". Po kilku latach zdałam
egzamin przed komisją ZASP-u i zostałam aktorką pantomimy. Czegoś jednak
brakowało, więc pomimo posiadanego dyplomu, postanowiłam jednak zdawać do
szkoły teatralnej. Poza tym po ukończeniu historii sztuki sądziłam, że nic ciekawego
mnie w tym zawodzie nie spotka, że będę siedziała w muzeum, pilnowała eksponatów,
oprowadzała wycieczki, a w najlepszym przypadku pracowała przy organizacji
wystaw. Nie było wówczas tak kreatywnego podejścia do stanowiska kuratora jak
dziś. Zawód kuratora – kreatywnego współtwórcy wystawy – dopiero kiełkował.
Zresztą i tak sercem byłam już gdzie indziej.
| maria s., fot. Robert Baliński |
Jednak bez historii sztuki nie byłoby ”marii s.”?
Tak, pewne obrazy wrosły podskórnie w moją tkankę. Przyznaję,
że suknia mi się przyśniła – wielka, biała, lewitująca, w której chodzę po
krętych schodach. Tak powstał wizualny pomysł spektaklu. Powrócił też dylemat,
co można robić po historii sztuki – tym razem jako temat monodramu. Moja
bohaterka siedzi sfrustrowana w muzeum i pilnuje ekspozycji. Ta frustracja nie
wynika jednak tylko z zawodowego niespełnienia...
Bohaterka ”marii s.”
jest dodatkowo silnie związana z matką, która cały czas ją kontroluje i tylko w
tej królewskiej sukni ma w sobie siłę, aby się przeciwstawić.
Dotknęłam trudnego tematu toksycznej relacji między matką a
córką. Dotarło do mnie, że manipulacja pierwszej (w odruchu zaspokojenia
ambicji czy też wypełnienia emocjonalnej luki) i jednoczesna bierność drugiej (tzw.
święty spokój) zostawiają niewidoczne rysy, które nieświadomie powielamy. Wypieramy
ze strachu to, co bolesne, tym samym oddalając się od siebie, od swojej
kobiecości, zamiast ją poznawać i rozwijać.
Mimo ważkich problemów,
przedstawienie miało też dużo subtelnego humoru… Wracając jednak do formy tego
spektaklu, wyróżnia go przede wszystkim plastyka sceniczna…
| maria s., fot. Robert Baliński |
W „marii s.” chciałam, żeby suknia spełniała różne funkcje; była łóżkiem, szafotem, ekranem projekcyjnym, schronieniem, brzuchem matki, scenką teatralną dla tańczących nóg, a na końcu kostiumem. To fascynujące, kiedy jeden przedmiot zmienia swoje znaczenie w zależności od kontekstu i okoliczności. To pobudza wyobraźnię. Takie multimedialne myślenie o scenografii czy rekwizycie wyniosłam ze szkoły teatralnej (Wydział Lalkarski PWST we Wrocławiu). Chciałam się w tej sukni gubić i odnajdywać, tak jak w moim śnie i tak jak główna bohaterka mojego monodramu w relacji z matką. Ponieważ miałam statyczną, dekorację na scenie, musiałam zintensyfikować swoje działania; stąd różne konfiguracje mojego ciała, rola stóp, personifikacja rąk, rola podwieszonego nas suknią czepca.
Dostrzegam tu pokrewieństwo
z teatrem Leszka Mądzika czy Tadeusza Kantora. Czy to Twoi mistrzowie? Jakie są
źródła inspiracji?
Źródła? Inspiracji jest wiele. Inspirować może wszystko.
Banał, błąd, dźwięk, słowo, ale też jakaś fraza z Schulza, egzaltacja czy
poczucie zagrożenia. Inspirująca jest także codzienność. Pociągają mnie cyrk i
klaunada. Wcale nie muszą to być od razu odkrycia na skalę światową, artystyczne
skandale czy kategorie sztuki wysokiej. Choć z całą pewnością Kantor jest moim mistrzem, nie tylko ze
względu na treści, symbolikę i uniwersalność, które niosą jego przedstawienia,
ale także ze względu na formę; użycie rekwizytu, rytmiczność, zapętlenia akcji, a przede wszystkim ze względu na wizyjność
i prostotę. Pisałam zresztą pracę magisterską na temat ”Teatru Kantorowskiej
lalki”. Oglądałam nie tylko spektakle, ale też miałam niebywałą okazję
przyjrzeć się z bliska manekinom, starym dekoracjom, rekwizytom, atrapom w
magazynach Cricoteki, jeszcze przed przenosinami.
Jeśli chodzi o wizualność – na pewno bliski mi jest Robert Wilson, z jego mocno wyestetyzowanym teatrem, scenografią, kostiumem, choreografią i całym zamysłem inscenizacyjnym. To teatr bardzo mi bliski ze względu na połączenie różnych form. Sięgam do różnych źródeł. Jestem pod wrażeniem teatru Romea Castellucci i Jana Fabrè z jego 24-godzinnym spektaklem ”Mount Olympus". Inspiruje mnie też współczesny dizajn i sztuka użytkowa. Bardzo cenię instalacje Olafura Elliasona za rozmach i odwagę artystyczną. Nasiąkam różnymi światami, ale nie kopiuję. Sygnałem, że coś jest dobre i ważne dla mnie, jest moje wewnętrzne rozdrażnienie. Tak się u mnie zaczyna proces twórczy. Pociąga mnie zestawianie różnych sztuk. To idea, którą wspólnie z Robertem Balińskim staramy się realizować w Teatrze Sztuk. W takim celu powstał – by łączyć na wspólnym gruncie różne oblicza sztuki, badać jej granice i wzajemne przenikanie. To daje twórczą wolność.
Jeśli chodzi o wizualność – na pewno bliski mi jest Robert Wilson, z jego mocno wyestetyzowanym teatrem, scenografią, kostiumem, choreografią i całym zamysłem inscenizacyjnym. To teatr bardzo mi bliski ze względu na połączenie różnych form. Sięgam do różnych źródeł. Jestem pod wrażeniem teatru Romea Castellucci i Jana Fabrè z jego 24-godzinnym spektaklem ”Mount Olympus". Inspiruje mnie też współczesny dizajn i sztuka użytkowa. Bardzo cenię instalacje Olafura Elliasona za rozmach i odwagę artystyczną. Nasiąkam różnymi światami, ale nie kopiuję. Sygnałem, że coś jest dobre i ważne dla mnie, jest moje wewnętrzne rozdrażnienie. Tak się u mnie zaczyna proces twórczy. Pociąga mnie zestawianie różnych sztuk. To idea, którą wspólnie z Robertem Balińskim staramy się realizować w Teatrze Sztuk. W takim celu powstał – by łączyć na wspólnym gruncie różne oblicza sztuki, badać jej granice i wzajemne przenikanie. To daje twórczą wolność.
A jakie były
okoliczności powstania ”Eurydyki”?
| maria s., fot. Robert Baliński |
Nie przyśniła mi się! Zatęskniłam za lalką. Chciałam połączyć
ciało i lalkę. Stworzyć dwa zależne od siebie byty i zbadać przenikanie się obu
tych form. Stąd pomysł na projekt badawczy ”Eurydyka”. Bazą stał się mit o
Orfeuszu i Eurydyce. Zadałam sobie pytanie, co działo się z Eurydyką pod
ziemią. Zastanawiało mnie okrucieństwo bogów i nieprzemijająca obecność mitu w
naszej kulturze. Podeszłam do tego mitu inaczej, zupełnie marginalnie traktując
Orfeusza i wyciągając na pierwszy plan stan ducha Eurydyki. Zbudowałam laboratoryjny
Hades, a w nim konflikt pomiędzy Eurydyką a Persefoną, która także padła ofiarą
boskiego kompromisu. Konflikt potęguje dodatkowo różny wiek obu bohaterek i
inaczej traktowane życiowe niespełnienie. Eurydyka, wbrew oczekiwaniom i
zwyczajom panującym w podziemiu, nie zapomina o Orfeuszu, wręcz przeciwnie – pielęgnuje
swoje życie wewnętrzne. Starzejąca się Persefona, żeby je wydobyć i poznać,
urządza rozmaite prowokacje. Organizuje jej np. kolejne urodziny w podziemiu, a
w ramach prezentu serwuje możliwość spotkania z Orfeuszem, a może i ucieczki...Dość
okrutne, biorąc pod uwagę, że mit musi się wypełnić...
| Eurydyka, fot. Robert Baliński |
Jednak w pewnym
momencie spektaklu, w scenie miłosnej, udaje się jej na chwilę uwolnić i jest
szczęśliwa. To jakby powiedzieć, że można być wolnym dzięki miłości.
Ładnie powiedziane. Mamy zakorzenione w naszej naturze
dążenie do szczęścia. A odwieczne dążenie człowieka do szczęścia i harmonii, złamane
niepowodzeniem brzmi niezwykle współcześnie. Ten mit jest, w moim przekonaniu,
wiecznie żywy, a jego siła rażenia ogromna. Rzeczywiście na stole odbywa się ”taniec miłości”, ale w
założeniu mocno "zawiesisty" i zwolniony w ruchu, swoim tempem
przypominający marzenie senne. Wydaje się przez moment, że – jak w micie –
marzenie ma szansę się spełnić. Ostatecznie Hades okazuje się jedną, wielką
mistyfikacją.
W porównaniu do ”marii
s.” to przedstawienie nie jest już autorskim monodramem. Tekst napisał Karol
Mroziński, występuje trzech aktorów będących przedstawicielami trzech pokoleń, muzykę
na żywo gra Marcin Krzyżanowski…
|
Zaprosiłam tym razem innych twórców, w tym genialną prof.
Mirosławę Lombardo oraz studenta – Łukasza Staniewskiego. Spotkanie trzech
pokoleń na jednej scenie okazało się bardzo twórcze. Tym bardziej, że każdy z
nas miał coś innego do zaoferowania, inną wrażliwość, inne talenty, inny sposób
myślenia. Mirosława Lombardo jest
aktorką słowa, więc bez obaw oddałam jej wszystkie litery, choć jako milcząca
Persefona jest na scenie równie porażająca. Łukasz Staniewski ma w sobie rzadki rodzaj naturalności i prostoty,
a z drugiej strony jako ”beatboxujący” Orfeusz miał wiele do powiedzenia. Ja
pozostałam niema. Autora tekstu poznałam rok temu na Turnieju Jednego Wiersza w
Oleśnicy. Karol Mroziński ten
konkurs wygrał. Tekst do "Eurydyki" pisał na zamówienie. Konsultowaliśmy
go tylko wirtualnie, na fejsbuku, zwykle po północy, i tak aż do premiery. Jego
obecność na próbach nie była konieczna. Wiedziałam, w którą stronę zmierzam.
Miałam też dużą swobodę w traktowaniu tekstu – mogłam go skracać, przestawiać,
coś dodać. Sporo wykreśliłam. Wolałam zostawić przestrzeń dla dźwięku granego
na żywo i dla niemych sytuacji. Spektakl
w założeniu jest performatywny. Wiedzieliśmy, że owszem, pewne założenia
realizujemy, ale pozostawiamy sobie miejsce na improwizację. Zwłaszcza w
przestrzeni poza\hadesowej, ale widocznej dla widza, po obu stronach sceny. To
pozwalało zachować świeżość i czujność zarazem. Marcin Krzyżanowski większość dzięków improwizował, co dodatkowo
wzmagało naszą uważność.
Ciekawy jest też sposób
wykorzystania głowy i rąk lalki. To dzięki nim Eurydyka ożywa. Mnie się to
skojarzyło w bohaterem powieści ”Matei Brunul” Luciana dan Teodorovici, który w
jakiś sposób żyje dzięki nieodłącznej marionetce. Bohater traci duszę, ponieważ
traci pamięć i to właśnie marionetka ”przywraca” mu życie.
|
Nigdy dotąd nie animowałam lalki w ten sposób, choć zawsze
podświadomie czułam taką potrzebę. Moje myślenie o ciele przeniosłam na lalkę.
Stało się to dość naturalnie. Chciałam, żeby żyła, ”oddychała” własnym
powietrzem, po swojemu ”wątpiła” i po swojemu ”rejestrowała” świat. Miałam
wcześniej do czynienia z różnymi technikami lalkowymi, ale w ”Eurydyce” poszłam
dużo dalej. Ponieważ nie była kompletna (tylko głowa i dłonie), musiałam ją ”uzupełnić”
sobą i stworzyć jej inną motorykę. To zespolenie odczułam najpełniej, kiedy
głowę lalki animowałam ustami. Aleksandra Stawik zaprojektowała lalkę, która była
dopasowana do mojej dłoni ciężarem i gabarytami. Pod wpływem prób pojawiały się
również nowe rozwiązania. Chciałam, aby relacja z lalką była oparta na
przenikaniu. Raz ja ożywam, a za chwilę ożywa lalka. Po chwili tę granice
trudno wyczuć, bo żyją i odczuwają obie jednocześnie. Ale lalka to nie tylko mój kontakt ze światem, to przede wszystkim obudzona dusza Eurydyki. Chciałam dotknąć tajemnicy życia i śmierci. Brzmi to może
patetycznie, ale lalka znosi godnie taką metaforę. Lalka dała mi więc możliwość
metaforycznego spojrzenia na tematykę śmierci.
Działalność artystyczną
łączysz z sukcesem z pracą pedagogiczną. Uprawianie pedagogiki artystycznej
jest dużym wyzwaniem, bo też jak tu kogoś nauczyć, aby ”był twórczy”?
Nieodżałowanej pamięci prof. Jan Berdyszak twierdził, że to niewykonalne, choć
sam także wychował wielu artystów.
Wydaje mi się, ze każdy jest artystą, tylko trzeba umieć to z
siebie wydobyć. Do szkoły teatralnej przychodzą ludzie, którzy albo są już
twórczo rozbudzeni, albo ich potencjał został dostrzeżony na egzaminach
wstępnych. Są tacy, którzy ujawniają swoje talenty już na pierwszych zajęciach,
a inni dopiero po jakimś czasie, bywa nawet, że na roku dyplomowym. Dłużej też
trwa u nich proces nabierania wiary we własne umiejętności. Z jednej strony
poznają warsztat i zawodową dyscyplinę, z drugiej jako pedagog muszę mieć
świadomość, że cały czas obcuję z cudzą wrażliwością i emocjami. Można
podpowiadać, sugerować, nakłaniać do eksperymentów, bo studia są takim czasem,
kiedy można jeszcze sobie pozwolić na błędy. Potem kompromitacja może być bardziej
bolesna. Ten zawód nie istnieje bez widza, trzeba więc nabrać także odporności
na krytykę.
Prowadzę zajęcia na obu wydziałach z plastyki ruchu scenicznego, z elementami pantomimy. Próbuję studentom zaszczepić miłość do pantomimy, co jest trudne, bo to forma z założenia bardzo sztuczna, wymagająca dużej dyscypliny. Kolejne pokolenia, które przychodzą do szkoły teatralnej z reguły nie pamiętają już wspaniałych przedstawień Henryka Tomaszewskiego: jego syntezy sztuk, tej wyjątkowej kompozycji na scenie, maestrii w ruchu i w geście. Człowiek wychodził z kolejnych premier głęboko poruszony. To było zjawisko na skalę światową, pod każdym względem. I jak to przenieść na grunt szkoły..? Oczywiście pantomima ewoluuje. Trzeba pokazać, że pantomima jest formą, w którą trzeba tchnąć własnego ducha, swoją osobowość, swoją odwagę. Kopiowanie jest złudne i nie daje satysfakcji.
Prowadzę zajęcia na obu wydziałach z plastyki ruchu scenicznego, z elementami pantomimy. Próbuję studentom zaszczepić miłość do pantomimy, co jest trudne, bo to forma z założenia bardzo sztuczna, wymagająca dużej dyscypliny. Kolejne pokolenia, które przychodzą do szkoły teatralnej z reguły nie pamiętają już wspaniałych przedstawień Henryka Tomaszewskiego: jego syntezy sztuk, tej wyjątkowej kompozycji na scenie, maestrii w ruchu i w geście. Człowiek wychodził z kolejnych premier głęboko poruszony. To było zjawisko na skalę światową, pod każdym względem. I jak to przenieść na grunt szkoły..? Oczywiście pantomima ewoluuje. Trzeba pokazać, że pantomima jest formą, w którą trzeba tchnąć własnego ducha, swoją osobowość, swoją odwagę. Kopiowanie jest złudne i nie daje satysfakcji.
|
Co teraz? Czy masz
pomysł na kolejną sztukę, czy zamierzasz jeszcze trochę poeksperymentować przy
”Eurydyce”?
Zmieniać jej nie chcę, bo konstrukcyjnie jest, wydaje mi się,
przemyślana i zamknięta. Żyje juz swoim życiem. Chciałabym ją grać. Planów mam
sporo, w różnych przestrzeniach. Za chwilę czekają mnie prezentacje festiwalowe
"marii s." i "Sekretów Szekspira", potem intensywny
warsztat pantomimy w Berlinie. Jako Teatr Sztuk organizujemy razem z Oleśnicą
festiwal monodramów MONO ART i właśnie
rozpoczęliśmy towarzyszącą mu rezydencję teatralną. Jednocześnie pracujemy nad
najnowszą, wrześniową premierą. W najbliższych planach mam również pracę nad
monodramem pod okiem Tomasza Mana do jego tekstu "Miłości". Będę też pracowała
nad choreografią do ”Piotrusia Pana” w reż. Karoliny Maciejaszek, w Teatrze
Lalki i Aktora w Wałbrzychu.
Bardzo bogate plany –
powodzenia! Dziękuję za rozmowę.
Wywiad ukazał się pierwotnie na portalu Kulturaonline w lipcu 2016 roku.
Wywiad ukazał się pierwotnie na portalu Kulturaonline w lipcu 2016 roku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Noc Muzeów 2026 w Muzeum Narodowym we Wrocławiu i Oddziałach
Spacer śladem obrazów Michaela Willmanna i wykład o tajemnicach nocy w twórczości mistrzów malarstwa w Muzeum Narodowym, uroczyste otwarcie ...
Popularne posty
-
"Szczególnie zapadł mi w serce niepozorny obraz, na który natknęliśmy się w skromnej salce parafialnej kościoła w Gliwicach – Łabędach....
-
Rozmawiam z Joanną Gerigk, teatrologiem i reżyserką teatralną – o jej teatrze, który dotyka istotnych ludzkich spraw, nie unikając przy tym ...
-
Anioły na obrazach dawnych malarzy są piękne, dlatego często zapominamy, że są niematerialne i że ich piękno ma charakter duchowy. Sztuka pr...







