Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Herling grudziński, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Herling grudziński, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 czerwca 2018

Gustaw Herling-Grudziński. Intymny portret pisarza w "Dzienniku 1957-1958" /recenzja/

"Dziennik 1957-1958" Gustawa Herlinga-Grudzińskiego pozwala nie tylko wniknąć w skrywane uczucia i myśli pisarza. Staje się także punktem wyjścia do refleksji na temat tragicznych i niezmiernie zawikłanych losów polskich emigrantów, częstokroć głęboko zranionych i nieszczęśliwych z powodu oddalenia od "kraju lat dziecinnych". 

Mój egzemplarz "Dziennika 1957-1958", Wydawnictwo Literackie,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Dzienniki pisarzy, opublikowane po ich śmierci, zawsze budzą uzasadnione emocje. "Dziennik 1957-1958" Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, który miał niedawno premierę w Wydawnictwie Literackim, jest dla jego wiernych czytelników pozycją szczególną. Trochę jak zamknięte drzwi zamku Sinobrodego - ekscytuje i rodzi pytania, co też ujrzymy, skoro pisarz nie miał zamiaru tego tekstu publikować. Z "Dziennika 57-58" wyłania się portret prywatny autora "Dziennika pisanego nocą" - człowieka skomplikowanego i niełatwego w relacjach.

Włodzimierz Bolecki, który opracował odnaleziony tekst dziennika (wraz z Martą Herling, córką pisarza), nazywa go nie bez kozery "Dziennikiem sekretnym", znajdziemy w nim bowiem przemyślenia bardzo osobiste, takie, o których się głośno nie mówi, poznamy proces pracy pisarza, jego rozterki, kryzysy i wątpliwości. Autor wstępu wyraża także nadzieję, że być może czekają nas jeszcze kolejne niespodzianki. Gdyby jednak nic więcej nie odnaleziono, to i tak portret psychologiczny pisarza, wyłaniający się z kart "Dziennika 57-58", jest w jakiś szczególny sposób pełny i pasjonujący - od pierwszej strony do ostatniej. Dopełnia go wspomnienie Lidii Croce, żony pisarza oraz jego córki, Marty Herling. Tom zawiera również wywiad z nią, przeprowadzony przez Annę Morawską w 2009 roku dla "Dużego Formatu". Osobną narrację stanowią liczne, czarno-białe zdjęcia, na których (w tym na okładce) widzimy Gustawa Herlinga-Grudzińskiego jako szczęśliwego męża i ojca, często w pięknym entourage`u. Wszystkie te opowieści, składające się na całość "Dziennika 1957-1958", sprawiają, że portret pisarza staje się pełniejszy - wielowymiarowy.

Dziennik rozpoczyna data 1 stycznia 1957 roku. Autor jest już od trzech lat żonaty z Lidią Croce, córką znanego włoskiego filozofa, Benedetta. Mają dwuletniego syna, a wkrótce urodzi się córka.. Właśnie wrócili do hotelu we Florencji, gdzie spędzili Nowy Rok. Ale zapis w dzienniku nie dotyczy bynajmniej nocy sylwestrowej. Herling-Grudziński powraca myślami do ... pierwszej żony, Krystyny, która pięć lat temu popełniła samobójstwo. Pisze, że myśli o niej coraz rzadziej, jednak - jak na to wskazują kolejne zapisy w dzienniku - zajmuje ona nadal ważne miejsca w jego życiu. Myśli o niej, śni... O wiele rzadziej i bez tych emocji wspomina w dzienniku o najbliższych: żonie, synu i córce. Żyje jakby obok, we własnym świecie, do którego oni nie mają dostępu. Ten pierwszy wpis dość gwałtownie wprowadza nas w skomplikowany stan ducha pisarza, który mimo miłości i ofiarności żony, pisze takie oto straszne słowa:

Co ze mną będzie? Co ze mną będzie? Czy potrafię tak żyć, nie pisząc i nie kochając, interesując się tym, co mnie niegdyś obchodziło, raczej z przyzwyczajenia niż z prawdziwej ciekawości?

Tych pytań i wątpliwości jest znacznie więcej. Ostatecznie zasypia przed północą, choć to noc noworoczna, a po przebudzeniu jak Mickiewiczowski Gustaw/Konrad zastanawia się nad zagadką snu - ten motyw pojawia się w dzienniku jeszcze wielokrotnie i wiele nam mówi o "życiu duszy" jego autora.
Nazajutrz Herling pisze o zwiedzaniu muzeów, oglądaniu dzieł sztuki w Galerii Uffizzich oraz w Palazzo Pitti. Ponownie jednak staje się to pretekstem do rozważań na temat własnej kondycji duchowej, zdaniem pisarza, niedobrej:

Kiedyś naprawdę oglądałem malarstwo, teraz chodzę po galeriach bez czucia w oku - narzeka. Oczywiście, najdłużej stoi przed Pietą i zastanawia się, czy można żyć bez litości. Próbuje także znaleźć ukojenie w modlitwie - w Bazylice San Miniato, ale bez powodzenia:

Wyszedłem z bazyliki jak ślepiec, który dotknął czegoś dłońmi i już, już miał się domyślić kształtu, gdy nagle wszystko stało się gładkie, płaskie i bezkształtne - opisuje obrazowo swój stan. Podobnie czuje się nazajutrz - podczas wizyty w Rzymie, w Pinakotece watykańskiej, trochę lepiej w Kaplicy Sykstyńskiej (ale tylko boczne freski, a nie Sąd Ostateczny Michała Anioła). Również potrawy straciły swój smak:

Kiedyś takie obiady były dla mnie źródłem nieopisanej radości - widok zasłuchanej naprzeciwko Krystyny podniecał mnie do ciągłego mówienia. 

I konstatuje: Jest to już prawie banalne to odkrywanie codziennie, że człowiek skazany jest tylko na swoją samotność, a przecież za każdym razem, kiedy sobie to uprzytamniam, ogarnia nie przerażenie.

Taki depresyjny nastrój towarzyszy mu nieustannie. Wytchnienie i radość dają jedynie spotkania z rodziną, głównie z siostrą Łucją, którą nazywa pieszczotliwie Lusią. Z pozostałym rodzeństwem ma skomplikowane relacje, ponieważ uważa, że ich życie w Polsce komunistycznej i wspieranie wrogiego ustroju (jeden z jego braci, Maurycy Herling-Grudziński, został nawet ministrem) są rodzajem zdrady. W związku z tym izoluje swoje dzieci zarówno od języka polskiego, jak też od mieszkającej za żelazną kurtyną rodziny. Spotyka się także z Polakami mieszkającymi za granicą, m.in. z Reną Jeleńską, matką Konstantego, oraz z przyjaciółmi, Lidią i Adamem Ciołkoszami. Odnotowuje w dzienniku także spotkania z będącymi we Włoszech przejazdem polskimi pisarzami, m.in. z Aleksandrem Watem, Adolfem Rudnickim, a nawet z niezbyt lubianym Arturem Sandauerem. Po jednym z takich spotkań napisze sarkastycznie:

Głowa mi spuchła i miałem w ustach niesmak. Taka porcja działa jak środek przeczyszczający: emigrant ma przynajmniej to minimum zadowolenia, że nie był zmuszony brać w tym wszystkim udziału.

Najczęściej jednak pisze, zamknięty z swoim gabinecie jak bohater "Wieży", nie dopuszczając tam nikogo z rodziny. Jedynie z gośćmi z Polski potrafi przegadać całą noc, najczęściej poza domem. Możliwość wymiany myśli w ojczystym języku jest dla niego czymś niezbędnym, wręcz życiodajnym, ekscytującym. Z drugiej strony wizyty te utwierdzają go w przekonaniu, że dobrze zrobił, wybierając emigrację. Wprawdzie doskonale zna włoski (czasami "dopuszcza" żonę do pomocy w przekładach) i pisze artykuły do włoskiej prasy, ale literaturę piękną tworzy konsekwentnie w języku polskim. Może ją publikować w Kulturze Paryskiej.

Dzięki "Dziennikowi 1957-1958" mamy także niezwykłą możliwość obserwowania Herlinga-Grudzińskiego jako pisarza, ponieważ swoje rozważania na temat rozwoju powieści, tworzonych postaci itd. zamieszcza w dzienniku. Podczas pisania do tego stopnia żyje życiem bohaterów, że zapomina o sobie. Pisarstwo daje mu więc pewien rodzaj wytchnienia od własnych problemów, kiedy próbuje zrozumieć zachowania i motywacje bohaterów, jakby byli żywymi ludźmi. Niezmiernie rzadko zadowolony jest ze swojej pracy - nie uznaje żadnych kompromisów i bezwzględnie odrzuca to, co słabsze, bo obawia się, że ulegnie pokusie i wykorzysta jednak ten tekst. Czyta dużo dobrej literatury, bo uważa, że mu to pomaga w pisaniu. Czytuje także z powodów stricte zawodowych, np. Franza Kafkę czy J. Conrada i pisze o nich artykuły.

Kiedy nie pisze, chodzi do kina, ale najchętniej - do teatru i na koncerty. Kiedy jest pogrążony w depresji - pije:

Nie mogłem ani pisać, ani myśleć, ani czytać. Zacząłem przed chwilą pić i pewnie nie skończę, aż mnie nie zwali z nóg. Ile bym dał za to, żeby móc z kimś pić! Żeby móc przynajmniej mówić! Nie po włosku, nie... - pisze z brutalną szczerością pod datą 16 stycznia 1958 roku. Nazajutrz przyśni mu się Krystyna szalenie jasna i blada, z długimi, rozpuszczonymi włosami, jakie nosiła w Warszawie (...). Chce rozwodu, ale na jego błagania odpowiada, że jeszcze się namyśli. O innym śnie z Krystyną (odwróconą i nieobecną jak Eurydyka) napisze:

Nigdy jeszcze we śnie nie miałem tak wyraźnego odczucia dwóch rzeczy: ogromnej bliskości i nieskończonego oddalenia życia i śmierci oraz męki niesłyszanego krzyku.

Przy tym Herling-Grudziński jest także wrażliwym obserwatorem otaczających go kobiet - podobają mu się, a poza tym łaknie intensywnych uczuć. Pod datą 8 stycznia 1958 roku zapisze:

Siedząc dziś na ławce nad morzem, poczułem tak ostry głód nowej miłości, że musiałem na siłę zająć myśli czymś innym.

Tak powściągliwy w okazywaniu uczuć żonie, miał - jak wspomina Lidia Croce - łatwość kontaktu w płcią piękną i szybko zawierał przyjaźnie z kobietami.

Wbrew temu, co czytamy w "Dzienniku 57-58" o licznych towarzyskich spotkaniach, żona zachowała go w pamięci zupełnie inaczej:

W Neapolu był pustelnikiem, a w Polsce królem życia, innym człowiekiem. Ale kiedy pracował w domu, jego obecność była dla nas czymś nadzwyczajnym. Miał energiczny, całkowicie polski sposób bycia. Zawsze nas to podtrzymywało na duchu. On może nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo potrzebowaliśmy obecności takiej osoby.

Tymczasem córka Marta przyznaje w wywiadzie:

Ojciec był surowy i nieprzystępny. Był zamknięty w gabinecie, zamknięty w sobie, zamknięty w pisarstwie. I dodaje: W całej swojej surowości i niedostępności mój ojciec potrafił być cudowny: wesoły, rozbawiony, kochający. Właśnie gdy przyjeżdżała Luchna. Albo gdy jeździliśmy nad morze.

Wszystko się zmienia, gdy Marta odwiedza wraz z ciotką polską rodzinę. Ta podróż sprawiła, że odzyskała wreszcie ojca, z którym zaczęła rozmawiać i czytać mu swój dziennik z pobytu w Polsce. Ona czytała, a on płakał...

"Dziennik 1957-1958" Gustawa Herlinga-Grudzińskiego pozwala nie tylko wniknąć w skrywane uczucia i myśli pisarza. Staje się także punktem wyjścia do refleksji na temat tragicznych i niezmiernie zawikłanych losów polskich emigrantów, często głęboko zranionych i nieszczęśliwych z powodu oddalenia od "kraju lat dziecinnych" - polskiej kultury i języka, od swego naturalnego środowiska.

"Dziennik 1957-1958" Gustawa Herlinga-Grudzińskiego ukazał się w Wydawnictwie Literackim w maju 2018 roku.


piątek, 17 maja 2019

Radiowa Dwójka zaprasza na audycje z okazji 100. rocznicy urodzin Gustawa Herlinga-Grudzińskiego

20 maja minie setna rocznica urodzin Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Z tej okazji Program 2 Polskiego Radia przygotował specjalne audycje o życiu i twórczości wybitnego pisarza, eseisty, krytyka literackiego, dziennikarza, ale również żołnierza i więźnia Gułagu.



– Różnie bowiem próbowano określić, czym jest literatura. Ale z całą pewnością udało się dotąd jedynie ustalić, czym ona nie jest: że nie jest i nie może nigdy być obojętna na wszystko, co ludzkiepowiedział w 1951 roku Gustaw Herling-Grudziński odbierając Nagrodę Pisarską Stowarzyszenia Polskich Kombatantów, przyznaną mu za angielską wersje książki „Inny świat”. – 20 maja obchodzimy setną rocznice urodzin pisarza. W przeddzień tej okrągłej rocznicy w „Strefie Literatury” przedstawimy audycję poświęconą działalności krytycznoliterackiej pisarza. Porozmawiamy także o jego mistrzach, także o mistrzach właśnie działalności krytycznej – o pisarzach, którym pozostawał wierny, o tym jak rozumiał rolę pisarza we współczesnym świecie, jaki był jego stosunek do literatury powstającej w kraju po roku 1945. Opowiedzą o tym: prof. Włodzimierz Bolecki, prof. Maciej Urbanowski i prof. Zdzisław Kudelski. Fragmenty szkiców literackich i recenzji Gustawa Herlinga-Grudzińskiego przeczyta Andrzej Mastalerz – mówi Dorota Gacek zapraszając na premierową audycję „Gustaw Herling-Grudziński w świecie literatury”. Emisja w niedzielę 19 maja w „Strefie literatury” o godz. 20.00.

W dniu setnej rocznicy urodzin pisarza w „Poranku Dwójki” o godz. 8.10 Jacek Puciato z Portalu Polskieradio.pl opowie o serwisie specjalnym poświęconym Gustawowi Herlingowi-Grudzińskiemu. Z kolei w paśmie „Wybieram Dwójkę” – począwszy od poniedziałku – przez cały tydzień słuchacze będą mogli wziąć udział w konkursie wiedzy o autorze „Innego świata”, gdzie do wygrania będą atrakcyjne upominki z wizerunkiem pisarza, jakie na Rok Herlinga-Grudzińskiego przygotował Instytut Książki.

Z kolei w piątek 24 maja radiowa Dwójka wyemituje – w cyklu „Światy Gustawa Herlinga-Grudzińskiego” – audycję Anny Lisieckiej „Herling w Londynie” (godz. 14.45). – Porozmawiamy o krótkim, mało znanym, a ważnym – bo tam powstawał „Inny Świat” – pobycie pisarza wraz z żoną Krystyną na Wyspach Brytyjskich – opowiada dziennikarka.

W audycji również: dlaczego bohater nie skierował się z Giedroyciem, Czapskim i Hertzami z Italii pod Paryż, a zdecydował się na wyjazd do Londynu; jaki wpływ na to miała żona Krystyna, a w jakim stopniu zadecydowały ambicjonalne napięcia pomiędzy Herlingiem-Grudzińskim, a Giedroyciem? – Opowiemy również o powstawaniu „Innego Świata” i jego pierwszym wydaniu, które ukazało się najpierw po angielsku  (w 1951 roku) w przekładzie tłumacza i erudyty Andrzeja Ciołkosza, a także o pięknym geście malarza Tadeusza Piotra Potworowskiego, który na czas pisania książki udzielił małżeństwu Grudzińskich gościny i dyskutował z pisarzem o tropach i kluczach literackich, które pozwoliłyby przełożyć doświadczenie gułagu na język literatury – dodaje Anna Lisiecka. Gościem jej audycji będzie profesor Zdzisław Kudelski – wybitny herlingoznawca z KUL w Lublinie.

Ponadto na stronie Programu 2 Polskiego Radia (dwojka.polskieradio.pl) wciąż można słuchać „Dziennika pisanego nocą” w interpretacji Mariusza Benoit.

Więcej o pisarzu, w tym archiwalne nagrania, dokumenty, artykuły i  fotografie w serwisie: polskieradio.pl/142,Gustaw-HerlingGrudzinski.


informacja prasowa i materiały: PR Dwójka

piątek, 15 marca 2019

25. Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych: prapremiera spektaklu „Ferragosto” - o Gustawie Herlingu-Grudzińskim

Przed nami kolejne wydarzenia w ramach 25. Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. W niedzielę 17 marca o godzinie 19.15 na Małej Scenie Teatr Powszechny w Łodzi zaprezentuje prapremierę „Ferragosto”. Sztuka Radosława Paczochy opowiada losy i przywołuje kluczowe myśli Gustawa Herlinga-Grudzińskiego – jednego z patronów roku 2019. Spektakl poprzedzony będzie o godzinie 15:00 panelem dyskusyjny poświęconym życiu i twórczości tego jednego z najważniejszych polskich pisarzy XX wieku. 

fot. Justyna Tomczak 

W związku z setną rocznicą urodzin (obchodzoną w maju), Sejm ogłosił rok 2019 rokiem Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. „To fascynująca postać. Kiedy ogłoszono Rok Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, wiedziałam, że mamy obowiązek przypomnieć, kim był i jak ważna jest jego twórczość” – mówi Ewa Pilawska, dyrektor Teatru Powszechnego w Łodzi i dyrektor artystyczny Festiwalu. Już dużo wcześniej zaprosiłam Adama Orzechowskiego do współpracy w tym sezonie. Adam Orzechowski kilka lat temu wyreżyserował u nas spektakl o łódzkich włókniarkach - „Tango Łódź”. Prapremiera odbyła się podczas Festiwalu, a w Plebiscycie Publiczności widzowie zdecydowali, że to Najlepszy Spektakl tamtej edycji. W tym roku chcieliśmy dalej zagłębiać się w historię Łodzi, ale postać Herlinga-Grudzińskiego przyniosła nową i bardzo silną inspirację – dodaje Pilawska.

Spektakl jest twórczą rekonstrukcją życia Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, wybitnego pisarza, autora m.in. „Innego świata”, więźnia Gułagu, kawalera Orderu Orła Białego. Jak mówi autor sztuki Radosław Paczocha: „Herling-Grudziński był świadkiem i ofiarą jednej z największych totalitarnych zbrodni minionego stulecia, pisarzem, dla którego sztuka musiała posiadać przede wszystkim istotny wymiar etyczny.”

fot. Kasia Chmura

Tytuł sztuki Radosława Paczochy „Ferragosto” nawiązuje do obchodzonego 15 sierpnia włoskiego święta, które zbiega się z datą kilku obchodzonych tego dnia w Polsce – ze świętem Wniebowzięcia Matki Boskiej, z Dniem Wojska Polskiego i rocznicą Cudu nad Wisłą. To dla Włochów - podobnie jak dla nas - dzień wolny od pracy i kulminacja upałów; czas, który sam Herling-Grudziński opisywał jako psychologicznie nieznośny. „Ferragosto” pokazuje wojenne i powojenne losy pisarza.

Bohaterowie spektaklu pochodzą z książek Herlinga lub są jego bliskimi i rodziną. Zamknęliśmy pisarza w jego gabinecie. Na tym niewielkim obszarze pokazujemy widzom relacje z innymi ludźmi. W spektaklu przenikają się historia i życie prywatne – zapowiada Adam Orzechowski. To nie będzie laurka, to spektakl o myślącym i cierpiącym mężczyźnie, intelektualiście nie godzącym się na układy, trudnym, ale niezaprzeczalnie zdolnym i prawdziwym – dodaje reżyser.

W spektaklu zobaczymy: Przemysława Chojętę, Jarosława Dziedzica, Karolinę Krawczyńską, Dianę Krupę, Michała Lachetę, Karolinę Łukaszewicz, Paulinę Nadel, Angelikę Olszewską, Arkadiusza Wójcika, Magdalenę Zając-Zawadzką oraz Artura Zawadzkiego. Autorem scenografii i kostiumów jest Magdalena Gajewska, a muzykę do spektaklu skomponował Marcin Nenko.
Prapremiera „Ferragosto” objęta jest honorowym patronatem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Prapremierze „Ferragosto” towarzyszyć będzie panel dyskusyjny, w którym udział wezmą badacze zajmujący się twórczością pisarza: dr Magdalena Śniedziewska, prof. dr hab. Józef Opalski, dr hab. prof. nadzw. Arkadiusz Morawiec oraz autor sztuki „Ferragosto” Radosław Paczocha. Spotkanie, które moderować będzie dr. hab Zdzisław Kudelski z KUL-u – redaktor dwudziestu trzech tomów prac Herlinga-Grudzińskiego i autor wielu książek mu poświęconych, odbędzie się w niedziele na Małej Scenie Teatru Powszechnego o godz. 15.00. 

Wstęp na panel dyskusyjny: na podstawie biletów na festiwalowe spektakle lub na podstawie biletu za złotówkę.

Spektakl „Ferragosto” odbywa się w ramach 25. Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych współfinansowanego przez Miasto Łódź (dotacja celowa w wysokości 1 miliona złotych) oraz dofinansowanego ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury (400 tysięcy złotych).

informacja prasowa

poniedziałek, 24 czerwca 2019

Imieniny Jana Kochanowskiego już w najbliższą sobotę!

Trzy sceny, a na nich nie tylko kilkanaście spotkań z pisarkami i pisarzami, ale również koncerty, spektakle i mecz poetycki, podczas którego dwie drużyny aktorów będą konkurować w interpretowaniu wierszy. Literacki piknik Biblioteki Narodowej odbędzie się już w najbliższą sobotę (29.06), tradycyjnie w warszawskim Ogrodzie Krasińskich. 



Bohaterem tegorocznej edycji wydarzenia jest Gustaw Herling-Grudziński. Z tej okazji prosto z rodzinnego Neapolu przyleci do Warszawy Marta Herling – i w rozmowie z Jerzym Kisielewskim opowie o dzieciństwie u boku ojca-pisarza. Postać autora Innego świata stanie się pretekstem do rozmowy z Joanną Bator i Iloną Wiśniewską o pisaniu daleko poza granicami Polski, a Stefan Chwin i Tadeusz Sobolewski opowiedzą, jakie to uczucie oddać w ręce czytelników swój dziennik. Podczas Imienin będzie można również poznać fragmenty korespondencji Gustawa Herlinga-Grudzińskiego i Jerzego Giedroycia. Listy przeczyta Jarosław Gajewski, a porozmawiają o nich Włodzimierz Bolecki i Rafał Habielski.

Imieniny Jana Kochanowskiego to też kiermasz książki. Jak co roku, w Ogrodzie Krasińskich będzie można znaleźć kilkadziesiąt stoisk najciekawszych polskich wydawnictw – także tych specjalizujących się w literaturze dziecięcej, które z myślą o najmłodszych uczestnikach pikniku zaplanowały warsztaty z pisarzami i ilustratorami. Dla młodych czytelników przygotowano również koncert zespołu Jerz Igor, czytanie performatywne Mirabelki Cezarego Harasimowicza (z muzyką wykonywaną na żywo przez Janusza Prusinowskiego) czy rodzinną grę terenową.

Imieniny Jana Kochanowskiego, fot. materiały organizatorów

Nie ma Imienin Jana Kochanowskiego bez meczu poetyckiego – dwie drużyny aktorów, z Bożeną Dykiel i Jadwigą Jankowską-Cieślak w roli kapitanek, zmierzą się na interpretacje wierszy, tym razem autorstwa poetów emigracyjnych. Stałym punktem programu imprezy jest Pieśń świętojańska o Sobótce, którą w tym roku wykonają Wojtek Urbański & Kwiat Jabłoni, łącząc elektronikę z akustycznymi instrumentami. Fraszki Jana Kochanowskiego zinterpretuje na nowo Teatr Improwizowany Klancyk, a w Ogrodzie pojawi się literacka poradnia „dla niezdecydowanych, nieczytających i tych, którzy już wszystko przeczytali”.

Nie zabraknie również akcentów związanych z samym Ogrodem Krasińskich, z przyrodą i jej ochroną. O drzewach i przemijaniu w świecie natury opowie Urszula Zajączkowska, o wodzie – Aleksandra Kardaś, a o zamieszkujących Warszawę zwierzętach – Arkadiusz Szaraniec. Cały dzień świętowania zakończy tradycyjny już dansing pod gołym niebem – zagra Jazz Band Młynarski-Masecki.

Imieniny Jana Kochanowskiego, fot. materiały organizatorów

PROGRAM IMIENIN JANA KOCHANOWSKIEGO 2019 


SOBOTA (29.06)

SCENA ZIELONA

11:30-12:30
Licz się ze słowami, czyli co wolno pisarzowi 
Dyskusja z udziałem Mirosława Bańki, Natalii Fiedorczuk i Wita Szostaka
Prowadzi Grzegorz Chlasta

12:45-14:15
Trzy tysiące listów. O korespondencji Gustawa Herlinga-Grudzińskiego i Jerzego Giedroycia 
Dyskusja z udziałem Włodzimierza Boleckiego i Rafała Habielskiego
Listy czyta Jarosław Gajewski
Prowadzi Jakub Moroz

14:15-15:15
Z szuflady w ręce czytelników. O pisaniu (i wydawaniu) dzienników
Dyskusja z udziałem Stefana Chwina i Tadeusza Sobolewskiego 
Prowadzi Dorota Gacek (Program 2 Polskiego Radia)

15:30-16:30
Pisarz za granicą, czyli jak się tworzy z dala od domu
Dyskusja z udziałem Joanny Bator i Ilony Wiśniewskiej
Prowadzi Bartosz Sadulski

16:45-17:45
Ojciec, pisarz i jego dziedzictwo. O Gustawie Herlingu-Grudzińskim opowiada córka, Marta Herling
Prowadzi Jerzy Kisielewski
Tłumaczy Anna Wasilewska

18:00-20:00
Mecz poetycki: napisane na emigracji
Drużyna Jadwigi Jankowskiej-Cieślak: Artur Barciś, Katarzyna Maciąg, Mateusz Kościukiewicz, Krzysztof Zarzecki
Drużyna Bożeny Dykiel: Dobromir Dymecki, Adam Ferency, Maria Pakulnis, Rafał Zawierucha

20:00-21:00
Pieśń świętojańska o Sobótce 
Muzyka i wykonanie: Wojtek Urbański & Kwiat Jabłoni

21:00
Dansing: noc w wielkim mieście 
Graz Jazz Band Młynarski-Masecki

SCENA NIEBIESKA

11:30-12:15
Całe mnóstwo instrumentów
Koncert zespołu Jerz Igor

12:45-13:45
Mirabelka. Czytanie performatywne dla dzieci i młodzieży
Tekst: Cezary Harasimowicz, adaptacja i reżyseria: Tomasz Cyz, muzyka: Janusz Prusinowski

14:00-15:00
Literatura na językach. Gdy o pisarzach i książkach robi się głośno
Dyskusja z udziałem Macieja Buchwalda i Przemysława Czaplińskiego 
Prowadzi Grzegorz Markowski

15:15-16:45
Slam poetycki
Rejestracja uczestników: slam@worekkosci.pl

17:00-18:00
Klancyk feat. Jan Kochanowski
Fraszki na nowo. Improwizowany spektakl teatralny

SCENA ŻÓŁTA

11:30-12:30
Spotkanie z Kazimierzem Orłosiem, laureatem Nagrody Literackiej m.st. Warszawy w kategorii Warszawski Twórca
Prowadzi Janusz Drzewucki


12:30-14:00
Nowy Klub Czytelniczy
Najłatwiejszy quiz literacki (z nagrodami)


14:00-15:0
Klub z Kawą nad Książką
Spotkanie z Aleksandrą Kardaś, autorką Książki o wodzie
Prowadzi Tomasz Pawlik

15:00-16:00
Co w warszawskiej trawie piszczy
Spotkanie z Arkadiuszem Szarańcem, autorem książki Warszawa dzika
Prowadzi Wiesław Uchański

16:00-17:00
Literackie biuro podróży poleca: Italia 
Dyskusja z udziałem Anny Osmólskiej-Mętrak i Leonarda Masiego
Prowadzi Bartosz Panek

17:00-18:00
Spotkanie z Rafałem Wojasińskim, laureatem Nagrody Literackiej im. Marka Nowakowskiego
Prowadzi Mariusz Cieślik

PONADTO W PROGRAMIE:

od 11:30
• Kiermasz książek
• Spotkania z autorami przy ogrodowych stolikach


12:00-16:00
Co czytać? Literacka poradnia dla niezdecydowanych, nieczytających i tych, którzy już wszystko przeczytali
Doradzają Olga Wróbel (Kurzojady) i Anna Karczewska (Warszawski Weekend Księgarń Kameralnych)

13:00-14:00
Pod dębem – spotkanie i ekologiczna instalacja architektoniczna
O życiu i śmierci w świecie roślin opowiada Urszula Zajączkowska
Prowadzi Adam Pluszka
Współorganizują Fundacja alter eko i Zarząd Zieleni m.st. Warszawy

11:30-17:30
Gra terenowa: literackie kung-fu – wędrówka przez style i epoki
/ rejestracja uczestników do 16:00

NIEDZIELA (30.06)

ODPRAWA POSŁÓW GRECKICH W SZEŚCIU MIASTACH ŚWIATA

Jazdów – Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego

17:00
Odprawa posłów greckich Jana Kochanowskiego. Czytanie performatywne
Reżyseria: Waldemar Raźniak, scenografia: Joanna Załęska, oprawa muzyczna: Wojciech Błażejczyk
Obsada: Mariusz Benoit, Paweł Brzeszcz, Ewa Bułhak, Jarosław Gajewski, Krzysztof Majchrzak, Wojciech Malajkat, Jakub Mikołajczak, Marcin Perchuć, Anna Seniuk, Katarzyna Skarżanka, Andrzej Strzelecki, Maciej Wierzbicki, chór studentów Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza

Streaming czytania z Warszawy, Londynu, Nowego Jorku, Los Angeles, Madrytu i Aten: https://howlround.com/

18:30
Debata na temat dzieła Jana Kochanowskiego w kontekście realizacji czytań Odprawy posłów greckich w sześciu miejscach świata


Plac Defilad – Bar Studio

21:30
Odprawa posłów greckich Jana Kochanowskiego. Występ chóru studentów Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza i skrót czytań ze wszystkich miast


informacja prasowa

środa, 18 marca 2026

Dwójka na miejscu z Wrocławia

 Program 2 Polskiego Radia zaprasza na specjalną audycję „Dwójka na miejscu” z Wrocławia. W sobotę, 21 marca wydanie poświęcone będzie jubileuszowi 65-lecia miesięcznika „Odra”. Zapraszają Monika Zając i Małgorzata Szymankiewicz.

21 marca, w specjalnym wydaniu „Dwójki na miejscu" z Wrocławia będzie można usłyszeć archiwalia, które opowiadają o przeszłości „Odry”, czyli pisma kulturalno-społecznego, które od kilku dekad jest ważnym forum debat, miejscem dyskusji i polemik z udziałem najwybitniejszych krajowych i zagranicznych badaczy, pisarzy, artystów i publicystów. Dziennikarki Programu 2 Polskiego Radia porozmawiają m. in. o tym, jakie znaczenie dla współczesnych twórców i czytelników ma dziś „Odra", której pierwszy numer ukazał się 65 lat temu, w marcu 1961 roku. 

To na jego łamach swoje wiersze, opowiadania, reportaże i teksty filozoficzne publikowali najważniejsi twórcy powojennej Polski: wrocławianie Jerzy Grotowski, Tadeusz Różewicz, Urszula Kozioł, a także Stanisław Lem, Wisława Szymborska, Czesław Miłosz, Zbigniew Herbert, Gustaw Herling-Grudziński, Ryszard Kapuściński, Hanna Krall, Józef Hen i Jarosław Marek Rymkiewicz.

informacja prasowa

wtorek, 6 sierpnia 2019

Zbigniew Zapasiewicz czyta eseje Herberta w radiowej Dwójce

Program 2 Polskiego Radia przez cały sierpień – w cyklu „Książka do słuchania” – przypomina fragmenty esejów Zbigniewa Herberta z tomu „Barbarzyńca w ogrodzie”. Tekstów poświęconych przede wszystkim kulturze Włoch i Francji można słuchać w radiowej Dwójce w mistrzowskiej interpretacji Zbigniewa Zapasiewicza.



– Czym jest ta książka w moim pojęciu? Zbiorem szkiców. Sprawozdaniem z podróży  Pierwsza podróż realna po miastach, muzeach i ruinach. Druga – poprzez książki dotyczące widzianych miejsc – tak sam Zbigniew Herbert wyjaśniał czytelnikom,  czym jest „Barbarzyńca w ogrodzie”.

Pierwszy pomysł napisania takiej książki przyszedł poecie do głowy na przełomie roku 1959 i 1960. Wyjaśniał to w liście do Józefa Czapskiego, podając już przyszły tytuł planowanego dzieła. Było to jeszcze podczas pobytu Herberta na Zachodzie. Od czasu wyjazdu w maju 1958 roku na stypendium do Francji dużo podróżował. Zwiedzał nie tylko Paryż oraz katedry romańskie i gotyckie: w Rouen, Reims i Chartres. Był także na południu Francji m. in. w Marsylii, Arles, Nicei, Awinionie, odwiedzał groty w Lascaux. Podróżując robił notatki, szkicował krajobrazy, zabytki architektoniczne oraz obrazy. Odwiedził też w tym czasie Anglię, spędzając czas głównie w Londynie, zachwycając się zbiorami British Muzeum. O wiele bardziej intensywna była jego podróż po Włoszech. Zobaczył m.in. Rzym, Paestum, Arezzo, Asyż, Florencję, Wenecję. Także tam robił notatki i zaczął planować książkę o swojej fascynacji kulturą śródziemnomorską. Będąc jeszcze w Paryżu napisał w liście do Krystyny Podgóreckiej o swoich planach: Myślę, że ta praca poszłaby mi najłatwiej i stosunkowo szybko. W Polsce nie było zbyt wielu reportaży artystycznych (to znaczy mówiących o sztuce) z domieszką jakiejś literaturki (żeby zwilżyć).

„Barbarzyńca w ogrodzie” ukazał się po raz pierwszy pod koniec 1962 roku, dwa i pół roku po powrocie Herberta do Polski. Od razu zyskał uznanie wielu znaczących krytyków. Eseje Herberta chwalili m.in. Jerzy Turowicz, Paweł Hertz, Andrzej Kijowski, Jerzy Kwiatkowski oraz pisarze i krytycy emigracyjni m.in. Kazimierz Wierzyński, Tymon Terlecki, Gustaw Herling-Grudziński. W plebiscycie Radia Wolna Europa uznano „Barbarzyńcę” za najlepszą książkę krajową. Wisława Szymborska pisała w liście do Herberta: Pożywcze to, gęste, faktów pełne, napisane gdzie trzeba z dowcipną miłością, a gdzie trzeba z powściągliwą grozą. Książka ma jednak tę wadę, że się kończy.

Z podobnym uznaniem dzieło spotkało się wśród czytelników. Nakład wynoszący 15 tys. egz. szybko się rozszedł. Także dlatego, że była to jedna z pierwszych – po popaździernikowej odwilży – książek opisujących zamknięty dla większości Polaków świat.

Nawiązując do niedawnej, 10. rocznicy śmierci Zbigniewa Zapasiewicza (14 lipca 2009 r.), radiowa Dwójka przypomina fragmenty tych esejów w mistrzowskiej interpretacji znakomitego aktora, który nagrał „Barbarzyńcę w ogrodzie” dla Polskiego Radia w 1994 roku.

Emisja w 21 odcinkach w „Książce do słuchania” codziennie od poniedziałku do piątku w godzinach 22.40-23.00.

Więcej w serwisie specjalnym:

herbert.polskieradio.pl

informacja prasowa


środa, 6 lutego 2019

Wkrótce 25. Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych

8 marca 2019 roku rozpocznie się jubileuszowa, 25. edycja Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych, jednego z najstarszych festiwali teatru zawodowego w Polsce.



 Jak co roku, Festiwal otworzy kalendarz teatralnych festiwali w Polsce. Temat tej edycji to „Publiczność”. Na Festiwalu widzowie zobaczą między innymi spektakle z dwóch teatrów narodowych, spektakl z Deutsches Theater w Berlinie oraz dwie prapremiery Teatru Powszechnego w Łodzi – „Ferragosto” Radosława Paczochy w reżyserii Adama Orzechowskiego oraz „Wracaj” Przemysława Pilarskiego w reżyserii Anny Augustynowicz (koprodukcja z Teatrem Współczesnym w Szczecinie).


Program:

8 marca 2019 o 18:30
"Teatr i jego widz" - otwarcie wystawy
Miejsce: Teatr Powszechny w Łodzi, foyer


Rok z życia codziennego... w reż. Moniki Strzępki

8 marca 2019 o 19:00
"Rok z życia codziennego w Europie Środkowo-Wschodniej", reż. Monika Strzępka (Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej)
Miejsce prezentacji: Teatr Powszechny w Łodzi, Duża Scena



10 marca 2019 o 19:00
"Alte Meister" ("Dawni mistrzowie"), reż. Thom Luz (Deutsches Theater w Berlinie)
Miejsce prezentacji: Teatr Powszechny w Łodzi, Duża Scena


Instytut Goethego, reż Cezary Tomaszewski, fot. Bartek Warzecha

15 marca 2019 o 19:00
"Instytut Goethego", reż. Cezary Tomaszewski (Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu)
Miejsce prezentacji: Teatr Powszechny w Łodzi, Duża Scena


16 marca 2019 o 19:00
Czerwone świnie - koncert
Miejsce: DOM, Off Piotrkowska



17 marca 2019 o 15:00
"Herling-Grudziński" - panel dyskusyjny (prowadzenie: prof. Józef Opalski)
Miejsce: Teatr Powszechny w Łodzi, Mała Scena


17 marca 2019 o 19:15
"Ferragosto", reż. Adam Orzechowski, Prapremiera (Teatr Powszechny w Łodzi)
Miejsce prezentacji: Teatr Powszechny w Łodzi, Mała Scena

 18 marca 2019 o 19:15
"Ferragosto", reż. Adam Orzechowski (Teatr Powszechny w Łodzi)
Miejsce prezentacji: Teatr Powszechny w Łodzi, Mała Scena

 23 marca 2019 o 19:00
"Pod presją", reż. Maja Kleczewska (Teatr Śląski w Katowicach)
Miejsce prezentacji: Hala EXPO-Łódź, al. Politechniki 4

 24 marca 2019 o 15:00
"Publiczność" - panel dyskusyjny (prowadzenie: Katarzyna Janowska)
Miejsce: Teatr Powszechny w Łodzi, Mała Scena


Hymn do miłości, reż. Marta Górnicka 

24 marca 2019 o 20:30
"Hymn do miłości", reż. Marta Górnicka (Teatr Polski w Poznaniu)
Miejsce: Teatr Powszechny w Łodzi, Mała Scena

25 marca 2019 o 19:00
"Trojanki", reż. Jan Klata (Teatr Wybrzeże w Gdańsku)
Miejsce prezentacji: Hala EXPO-Łódź, al. Politechniki 4


29 marca 2019 o 19:15
"Wracaj", reż. Anna Augustynowicz, Prapremiera
(Koprodukcja Teatru Powszechnego w Łodzi i Teatru Współczesnego w Szczecinie)
Miejsce prezentacji: Teatr Powszechny w Łodzi, Mała Scena


30 marca 2019 o 16:00
"Wracaj", reż. Anna Augustynowicz
(Koprodukcja Teatru Powszechnego w Łodzi i Teatru Współczesnego w Szczecinie)
Miejsce prezentacji: Teatr Powszechny w Łodzi, Mała Scena


30 marca 2019 o 19:15
"Popiół i diament. Zagadka nieśmiertelności", reż. Marcin Liber (Teatr Modrzejewskiej w Legnicy)
Miejsce prezentacji: Teatr Powszechny w Łodzi, Duża Scena

2 kwietnia 2019 o 19:15
"Ułani", reż. Piotr Cieplak, (Teatr Narodowy w Warszawie) - Pokaz Mistrzowski
Meijsce: Teatr Powszechny w Łodzi, Mała Scena

 informacja prasowa

środa, 2 października 2019

Zło | Festiwal Herlinga-Grudzińskiego

Pod hasłem "Herling-Grudziński. Zło/Piękno/Słowo" odbędzie się 3. Warszawski Festiwal Teologii Politycznej. Rozpocznie się 2 października w siedzibie FINA dyskusją i pokazem filmu "Dziennik pisany pod wulkanem". W tym roku przypada 100-lecie urodzin pisarza.



Temat spotkania

Urodzony w spolonizowanej rodzinie żydowskiej, przed wybuchem II wojny światowej student warszawskiej polonistyki, w marcu 1940 ujęty przez NKWD, a następnie osadzony w łagrze w Jercewie – to pierwszych dwadzieścia lat życia Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Radziecką Rosję opuścił z armią generała Andersa, z którą przeszedł kampanię włoską. Historia dzieciństwa, młodości i wojennych doświadczeń przyszłego współzałożyciela paryskiej „Kultury" i autora Innego świata stanowią klucz do zrozumienia jego późniejszych losów i twórczości.

Program

Dyskusja

W spotkaniu wezmą udział:

prof. dr hab. Włodzimierz Bolecki – Teoretyk i historyk literatury polskiej, krytyk literacki, edytor i autor opracowań dotyczących życia i twórczości Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, profesor zwyczajny Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk.

dr hab. Dariusz Gawin – Historyk idei, filozof i publicysta; podejmuje badania nad historią polskiej myśli politycznej i społecznej oraz związkami literatury i filozofii, profesor Instytutu Filozofii i Socjologii PAN.

prof. dr hab. Zofia Zarębianka – Poetka, eseistka, profesor zwyczajny w zakresie literaturoznawstwa w Katedrze Literatury XX wieku na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Członek Polskiego PEN Clubu, Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i Komisji Historycznoliterackiej PAN, Towarzystwa Naukowego KUL oraz Polskiego Towarzystwa Etycznego.

Fragmenty prozy

Wybrane fragmenty prozy Herlinga–Grudzińskiego przeczyta Piotr Cyrwus.

"Dziennik pisany pod wulkanem", reż. Andrzej Titkow, 1995, 59 minut
Dokumentalny portret Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Przedstawia historię jego życia i poglądy na współczesne mu problemy i literaturę. Narracja oparta jest na jego obszernych wypowiedziach i przeplatana fragmentami utworów, zdjęć  oraz nagrań współczesnych i archiwalnych.

O festiwalu

Tegoroczna edycja festiwalu Teologii Politycznej skupia się na myśli i twórczości Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, które konfrontuje z kluczowymi dla pisarza wartościami. Podczas każdego spotkania odbędzie się panel dyskusyjny z udziałem wybitnych znawców życia i twórczości pisarza, edytorów, historyków idei i ludzi kultury, wzbogacona aktorską lekturą fragmentów jego prozy oraz pokaz filmu poświęconego pisarzowi. Spotkania poprowadzą Natalia Szerszeń i Barbara Schabowska-Maszeńda oraz Jakub Moroz.

Organizator: Teologia Polityczna we współpracy z FINA.

Partnerzy: Rzeczpospolita, Polska Agencja Prasowa, TVP Kultura, Instytut Tomistyczny.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Wstęp

Szczegóły i formularz rejestracyjny na stronie organizatora.

informacja prasowa



niedziela, 27 maja 2018

"Książę i dybuk": Michała Waszyńskiego życie w filmie /recenzja/

Autorom filmu udało się stworzyć dzieło wybitne. Nie tylko fascynującą opowieść o tajemniczych losach Michała Waszyńskiego, człowieka, który całe życie uciekał od swojej przeszłości i tożsamości. To także film o roli kina, które nie tylko "jest snem", ale także utrwala ludzkie twarze, historie, a nawet chwile ulotne. To również opowieść o tym, że od siebie uciec nie można. 

Michał Waszyński, kadr z filmu "Książę i dybuk"

Jak "Obywatel Kane"


Konstrukcja filmu "Książę i dybuk" wywołuje skojarzenia z "Obywatelem Kane" Orsona Wellesa i nie sądzę, aby było to przypadkowe, ponieważ nie ma w tym dokumencie nic przypadkowego - to precyzyjnie skonstruowana opowieść o wieloznacznym przesłaniu. Rozpoczyna ją, jak we wspomnianym arcydziele Wellesa, fragment kroniki filmowej, z którego dowiadujemy się, że zmarł książę Michael Waszynsky i że został pochowany z honorami w rodzinnym grobowcu włoskich arystokratów. Od członków rodziny Dikeman zaczynają autorzy filmu swoje  hm.., śledztwo. I podobnie jak w "Obywatelu Kane", niczego prawdziwego się o swoim bohaterze nie dowiadują. Bohater jest i pozostaje tajemnicą.
"Nawet człowiek nie wie nic o sobie - pisze Gustaw Herling-Grudziński w wydanym ostatnio "Dzienniku 1957-1958" - i wystarczy, że stanie przed lustrem, by zacząć mieć wątpliwości". Charakterystyczne, że Waszyński także prowadzi dziennik - to jego lustro.

Waszyński, ostatni po prawej, obok Orsona Wellesa, podczas kręcenia "Otella"

Rozmówców, którzy próbują nam coś powiedzieć o Waszyńskim, jest wielu. Włoscy arystokraci twierdzą, że był księciem, a wskazywały na to jego maniery i elegancja. Od operatora pracującego z Wellesem przy "Otellu" dowiadujemy się, że Waszyński współpracował przy tym filmie, ale co tam robił poza tym, że grał z nim w karty - nie pamięta. Jednym z ważniejszych narratorów jest prywatny kierowca, który wprowadza nas w klimat Rzymu lat 50., podobnie jak muzyka Nino Roty i obrazy ulic, ludzi, nocnych klubów.
"Nigdy nie mówiło się o przeszłości" - podkreśla. A przecież wiemy, że reżyser ją posiadał, i to bardzo bogatą!

Film jako "druga realność"


Zmiana realiów - cofamy się w czasie i widzimy Warszawę końca lat 20. ubiegłego wieku, kiedy to nieznany nikomu młody człowiek realizuje swój pierwszy film. Zachowały się archiwalne zapisy, do których dotarli twórcy filmu i oto widzimy naszego bohatera, który nieco piskliwym głosem deklaruje, że robi to, co kocha. Dodaje też może banalnie dziś brzmiące słowa o magii kina, o tym, że film to, jak się wyraża, to "druga realność".
Patrząc na życie Waszyńskiego w pewnej perspektywie odnosimy wrażenie, iż słowa te trafiają w sedno - jego życie to niekończący się film, w którym wszystko jest możliwe i wszystko jest fantazją, ekscytującą fantazją.
Mosze Waks, bo tak brzmiało jego prawdziwe nazwisko, skromny chłopiec z małego miasteczka na Wschodzie, może zamienić się we wziętego reżysera Michała Waszyńskiego, w bon vivanta, w księcia, producenta filmowego, który za miliony (cudzych) dolarów buduje w Hiszpanii "drugi Rzym", aby sfilmować upadek Wiecznego Miasta, a potem znika bez śladu i konsekwencji...

"Dybuk" w reż. M. Waszyńskiego

Po raz pierwszy ucieka z Kowla, bo czuje się odrzucony przez innego żydowskiego chłopca. Do tego wątku powraca obsesyjnie przez całe życie, zarówno w dzienniku, jak też w swoim słynnym filmie "Dybuk", a wreszcie w życiu - kiedy każe kierowcy wozić się po całym mieście w poszukiwaniu dybuka... Wyjeżdżając z Kowla porzuca jednocześnie swoją żydowską tożsamość, nie tylko z powodu chłopca. Jedyny syn Mosze Waksa (prócz niego miał pięć czy sześć córek) jest homoseksualistą, a to wystarczający powód, aby uciec.

Książę Waszyński?


Kiedy pojawi się w Warszawie jako początkujący reżyser, jest już Michałem Waszyńskim - Polakiem wyznania rzymsko-katolickiego. Po przybyciu do Włoch wraz z armią Andersa (w której pełni głównie rolę operatora filmowego), mianuje się księciem i to także nikogo to nie zdziwi. Był miłym w obejściu, wiarygodnie zachowującym się człowiekiem. Bohater jego pierwszego włoskiego filmu pokazuje człowieka znikąd, który urodził się "dziś", jak sam powiada, i jest nim poniekąd sam Waszyński. Nie przyznaje się do tego, że odnosił w Polsce sukcesy jako reżyser. Woli grać rolę księcia, ewentualnie producenta - to robi lepsze wrażenie i bardziej odpowiada mu ta nowa rola. Po wojnie życie wielu zaczyna się od nowa, więc nie budzi podejrzeń. Imponują poza tym jego powiązania z rodami arystokratycznymi, co zawdzięcza swojej żonie, zmarłej krótko po ślubie, ale chyba przede wszystkim temu, że znakomicie odgrywa rolę księcia.

Aby dotrzeć do prawdy o swoim bohaterze, twórcy filmu: Elwira Niewiera i Piotr Rosołowski, zjechali właściwie cały świat. Dotarli także do Kowla oraz do Tel Avivu, gdzie żyją dalsi krewni Waszyńskiego, którym udało się ujść zagładzie. Na zdjęciu zrobionym w 1922 roku w Kowlu widzimy młodego mężczyznę w towarzystwie kobiety, ale nie udaje się ustalić, kim ona jest. Matką?

Kadr z filmu "Książę i dybuk"

Starzy mieszkańcy Kowla rozpoznają zapisane na odwrocie prawdziwe nazwisko reżysera: Waks - to już jest jakiś trop. Podobnie - krewni w Tel Avivie. W Kowlu nie zachował się nawet cmentarz, a w pięknym, odnowionym budynku dawnej synagogi mieści się magazyn... Jeden z nielicznych ocalonych opowiada, że Niemcy spędzili tam kilkaset osób, w tym rodzinę bohatera filmu, z których nieomal wszyscy umierali w straszliwych męczarniach. Zapisanym na ścianach głosom ("Tyle cierpienia! Nikt nie stawia oporu. Nasze głosy wzywają Boga") towarzyszą utrwalone na taśmie filmowej ludzkie twarze... To częsty zabieg w tym filmie: obrazom opustoszałych miasteczek i cmentarzy odpowiada zapis utrwalony na taśmie filmowej: bawiące się dzieci, tętniące życiem miasteczka, cmentarze, gdzie spoczywają przodkowie.


Film - fresk naszych czasów


Wielką wartością filmu "Książę i dybuk" jest także i to, że rekonstruując los głównego bohatera, autorzy ukazują zarazem tamten miniony bezpowrotnie świat - żydowskie sztetle, przedwojenną Warszawę... To pokazuje, że film jest nie tylko ucieczką od rzeczywistości, ale także jej odbiciem, sugestywnym zapisem, rodzajem współczesnego fresku z Pompejów naszych czasów. 

Niezwykle poruszające był dla mnie obraz Warszawy z 1937 roku: poranek, służby porządkowe zmywają ulice, mleczarz rozwozi mleko w wielkich kadziach, gołębie podrywają się do lotu... Za chwilę ten świat przestanie istnieć...
Artyści pokazują jednocześnie, że także ów zapis bywa ulotny - taśma filmowa podlega destrukcji, stąd "rozmywające się" obrazy, utrwalone przypadkowe chwile: mały kotek w kieszeni płaszcza, Waszyński przechadzający się brzegiem morza z papierosem w ręku ...

Dybuk


Zachowując chronologię wydarzeń, twórcy filmu inkrustują archiwalia nie tylko współczesnymi rozmowami o bohaterze, ale - od początku - wplatają weń sceny z "Dybuka" Waszyńskiego, traktując ten film jako rodzaj najbardziej osobistej wypowiedzi artystycznej reżysera. I choć twierdził on, kręcąc "Dybuka", że nie zna jidysz, swój intymny dziennik, będący zwięzłym komentarzem do wielu wydarzeń, pisze właśnie w tym języku.

"Dybuk" w reż. M. Waszyńskiego
Autorom filmu udało się stworzyć dzieło wybitne. Nie tylko opowiedzieli w sposób niebanalny historię tajemniczych losów Michała Waszyńskiego - samozwańczego księcia, hollywoodzkiego producenta, a zarazem jednego z najbardziej znanych i popularnych polskich reżyserów okresu dwudziestolecia międzywojennego. Próbowali dociec tajemnicy człowieka, który całe życie uciekał od swojej przeszłości i tożsamości w świat filmowych fantazji.

Michał Waszyński w swoim rzymskim mieszkaniu
Jest to także film o roli kina, które nie tylko "jest snem", ale utrwala ludzkie twarze, historie, również chwile ulotne. To również dramatyczna jak w tragedii greckiej opowieść o tym, że od siebie uciec nie można. 
Uroda tego filmu, precyzja montażu, dobór archiwaliów i zawarte w nim głębokie przemyślenia na temat "życia w sztuce" pozwalają na określenie go mianem wybitnego. Równie wybitnego, jak podziwiany w ubiegłym roku "Dawson City - czas zatrzymany" Billa Morrisona.

sobota, 23 czerwca 2018

"Zimna wojna": Polskie "Parasolki z Cherbourga" z historią w tle /recenzja filmu/

Zimna wojna" byłaby banalna, gdyby nie piękne zdjęcia - ta jakaś niezwykła prawda obrazu. Piękne są nie tylko czarno-białe obrazy ukazujące ludzi, ale także przyrodę, ruiny, a nawet błoto. Nieśpieszny rytm narracji pozwala je kontemplować, pozostawiając miejsce na refleksję. Znakomity okazał się też pomysł spięcia całego filmu muzycznym leimotiwem - to takie polskie "Parasolki z Cherbourga".


Oglądając najnowszy, nagrodzony Złotą Palmą w Cannes, film Pawła Pawlikowskiego, skonstatowałam, że istotny wpływ na odbiór dzieła sztuki mają nasze osobiste doświadczenia. Zobaczyłam mianowicie (w jakimś stopniu) ten obraz w kontekście czytanego ostatnio "Dziennika 1957-1958" Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, w którym pisze on m.in. o trudnościach życia emigranta, ale ożyły także - pod wpływem muzyki - czasy mojego dzieciństwa. Umiałam wówczas na pamięć utwory Mazowsza, bo stale je słyszałam w radiu i na płytach rodziców. I oczywiście śpiewałam je komu tylko się dało :-) Cała ścieżka dźwiękowa filmu, a przede wszystkim jego muzyczny leitmotyw: piosenka "Dwa serduszka, cztery oczy", stanowią niejako dźwiękową opowieść. Bez nich byłby to inny film. Ta ludowa piosenka o "zakazanej" miłości, która trwa "póki się żyje", przewija się przez cały film w różnych aranżacjach, ukazując upływ czasu, a zarazem niosąc oczywiste przesłanie o sile miłości.

Pawlikowski opowiada tę melodramatyczną historię miłosną, rozgrywającą się w latach 50. i 60., osadzając ją w realiach powojennej, komunistycznej Polski, choć jest w filmie także epizod paryski, berliński  i jugosłowiański. W czasach zimnej wojny, zdaje się mówić, miłość nie ma szans na happy and, ale czy to nie jest uproszczenie...

Agata Kulesza i Tomasz Kot w filmie "Zimna wojna"
Akcja filmu rozpoczyna się zimą  1949 roku. W hasłach komunistycznej propagandy Polska stała się "krajem robotników i chłopów", toteż dwoje przedwojennych inteligentów: Irena Bielecka (Agata Kulesza) i Wiktor Warski (Tomasz Kot) przemierza polskie wsie i rejestruje ludowe pieśni. Wzorowani są na postaciach Tadeusza Sygietyńskiego i Miry Zimińskiej-Sygietyńskiej, twórców Mazowsza. Ich zespół nosi zresztą znaczącą nazwę: Mazurek. Artystom towarzyszy "opiekun ideologiczny", czyli "wtyczka" SB, Lech Kaczmarek (Borys Szyc). Paradoksalnie, to on ma wątpliwości, czy cała ta akcja nagrywania "prymitywnych", jak sam je określa, piosenek, ma sens. Kiedy zatrzymują się na chwilę w ruinach kościoła, Kaczmarek żegna się odruchowo, gdy dostrzega wzrok Madonny - wspaniałego fresku, po którym zostały tylko oczy i fragment twarzy. Nieistniejąca kopuła kościoła, który powróci z całą mocą w ostatniej scenie filmu,  każe patrzeć wprost na niebo. Ruina symbolizuje "nowe czasy", w których religia i tradycja zostały zniszczone, podobnie jak w filmie Andrieja Zwiagincewa: "Lewiatan". 

Tomasz Kot i Borys Szyc w filmie "Zimna wojna"
Podczas przesłuchań kandydatów do zespołu pojawia się młoda dziewczyna, Zula Lichoń (Joanna Kulig), która nie wyróżnia się wprawdzie talentem czy urodą, ale spodoba się Wiktorowi Warskiemu i to zdecyduje o jej przyjęciu do zespołu i dalszej karierze. Przy okazji dowiadujemy się, że kierownik administracyjny Mazurka - Lech Kaczmarek (do tej pory kierowca) - doskonale orientuje się w przeszłości wszystkich członków zespołu i potrafi tę wiedzę wykorzystać. Mazurek odnosi niezwykły sukces, co oznacza możliwość występów zagranicznych, oczywiście, początkowo w bloku sowieckim.

kadr z filmu: występ zespołu pod portretem Stalina
Wiktor wykorzystuje ten fakt, aby podczas pobytu w Berlinie przejść na zachodnią stronę. Zula waha się i nie decyduje się na emigrację. Spotykają się po latach w Paryżu - nadal się kochają, ale choć bez siebie żyć nie mogą, nie są również w stanie być razem. Ich dramatyczne rozstania i powroty znaczą kolejne wersje piosenki "Dwa serduszka", które zmieniają się wraz z sytuacją, w jakiej znajdują się bohaterowie.
Joanna Kulig w filmie "Zimna wojna"
W finale, w ostatniej, romantycznej scenie filmu, rozgrywającej się w ruinach starego kościoła, tego samego, który widzieliśmy na początku, biorą "ślub", przysięgając sobie wierność aż po grób, po czym siadają na ławeczce i czekają na śmierć. "Chodźmy na drugą stronę, stamtąd widok jest lepszy" - mówi na koniec bohaterka i oczywiście brzmi to jak przesłanie. Budzi ono jednak mój opór, a to dlatego, że postaci głównych bohaterów szeleszczą nieco papierem. Może dlatego, że tragiczne losy ich związku składa się na karb "zimnej wojny", odejmując im tym samym podmiotowość. Przywołany przeze mnie na początku Herling-Grudziński jest najlepszym przykładem tragizmu ludzkich losów uwikłanych w trudną polską historię. Emigracja, samobójcza śmierć pierwszej żony, samotność, mimo posiadania rodziny, tłumiona tęsknota - wszystko to złożyło się na ten tragiczny los. Nie znajdziesz tam banału, czego nie można powiedzieć o filmie Pawlikowskiego. Wymowa ostatniej sceny - mocno niechrześcijańska, a nawet obrazoburcza. Bohaterowie zbierają z ołtarza (przy którym ślubowali sobie miłość) środki nasenne i połykają je niczym hostię... Nic dziwnego, że Pawlikowskiego usunięto kiedyś ze szkoły katolickiej...

Joanna Kulig i Tomasz Kot w filmie "Zimna wojna" Pawła Pawlikowskiego
"Zimna wojna" byłaby może zupełnie banalna, gdyby nie piękne zdjęcia - ta jakaś niezwykła prawda obrazu, która uderza od pierwszej sceny, kiedy obserwujemy w długiej sekwencji śpiewających i grających amatorów. Są źle ubrani, zabiedzeni, często bezzębni, a w ich muzyce jest piękno i prawda. "Dwa serduszka" śpiewa w filmie po raz pierwszy czarnowłosa dziewczynka, której twarz i surowy jeszcze, ale czysty głos pozostaje w pamięci. Piękne są nie tylko czarno-białe zdjęcia ludzi, ale także przyrody, ruin. Nieśpieszny rytm obrazów pozwala je kontemplować. W pewnym momencie przestaje się zauważać, że trawa nie jest zielona, a stroje Mazurka - kolorowe. Znamy taki sposób opowiadania o świecie z poprzedniego filmu Pawlikowskiego - "Idy", ale w "Zimnej wojnie" osiągnął, dzięki współpracy z Łukaszem Żalem, prawdziwe mistrzostwo. Sądzę, że właśnie obraz stanowi o wartości tego filmu. Chociaż... może to być także źródłem zarzutów, że forma ważniejsza jest od treści. Znakomity okazał się też pomysł spięcia całego filmu muzycznym leimotivem - to takie polskie "Parasolki z Cherbourga". Muzyka pozostaje z widzem najdłużej. Trzeba też zaznaczyć, że Joanna Kulig nie tylko gra, ale również znakomicie śpiewa. Nie jest to jednak film wybitny, czego można by się spodziewać po prestiżowej nagrodzie.

.trailer filmu

poniedziałek, 28 maja 2018

15. Millennium Docs Against Gravity - relacja z festiwalu

20 maja 2018 r. zakończył się 15. Millennium Docs Against Gravity Film Festival. Dla wrocławian, w tym dla mnie, była to 7. odsłona festiwalu filmów dokumentalnych. Jak co roku, udało mi się obejrzeć kilka znakomitych obrazów - pięknych i poruszających.



Z roku na rok festiwal jest bogatszy o ilość filmów oraz o dodatkowe atrakcje w postaci spotkań z twórcami, warsztaty, projekcje z wykorzystaniem nowych technologii. Często filmy stają się także pretekstem do dyskusji, wymiany myśli - nie tylko w kuluarach, ale także w postaci debat. Specjalnym adresatem festiwalu były w tym roku dzieci, dla których przygotowano nie tylko specjalny repertuar, ale również warsztaty.

Nie udało mi się obejrzeć wszystkich filmów, które sobie zaplanowałam, ani też uczestniczyć w spotkaniach, na których miałam ochotę zostać, ale i tak zobaczyłam 16 filmów, co - zważywszy, że festiwal trwał 10 dni - nie jest  liczbą małą. Jednak ważniejsze od cyfr są doznania, których doświadczyłam, refleksje, które się nasunęły, wymiana myśli z innymi widzami. Niektóre filmy tak mną wstrząsnęły, że nie mogłam już nic oglądać, bo trzeba było złapać oddech. Tak było m.in. w przypadku filmu pozornie skromnego: "Można kochać ziemniaki". Czasami opis filmu nie zapowiadał całego bogactwa znaczeń, a podczas projekcji pozorny banał zamieniał się w głębokie studium psychologiczno-socjologiczne, jak to było w przypadku "Współczesnego mężczyzny", o którym już pisałam. Niektóre filmy przerażały pesymistycznym oglądem świata, który zdaje się zmierzać donikąd ("Genesis 2.0"), inne poruszały problemami społecznymi ("Eldorado", "Rok nadziei"). Wszystkie niemal ukazywały niezmiernie ciekawe i skomplikowane ludzkie portrety, które głęboko poruszały. Takim filmem był bez wątpienia "Lubow - miłość po rosyjsku" czy portrety artystów, m.in. "Graces Jones" czy Charlie Siema, a już bodaj najbardziej - opowieść o Michale Waszyńskim ("Książę i dybuk"). Trzeba bowiem dodać, że w większości przypadków interesująca opowieść była zarazem znakomitym artystycznie kinem.

Moja relacja z festiwalu będzie, jak co roku, subiektywna, co w moim odczuciu jest raczej zaletą, nie wadą :-)
Opowiem o filmach, które zrobiły na mnie największe wrażenie, bo przy tej okazji będę miała możliwość choć trochę zrozumieć, dlaczego tak się stało.

"Można kochać ziemniaki": opowieść o rodzinnych traumach


Filmem, który ogromnie mnie poruszył, był dokument holenderskiej reżyserki Aliony van der Horst: "Można kochać ziemniaki". Podczas 9. odsłony festiwalu mieliśmy okazję zobaczyć inny jej interesujący film: "Wodne dzieci". Tym razem jest to obraz bardzo osobisty. Reżyserka, córka Rosjanki i Holendra, urodzona w Moskwie i znakomicie władająca rosyjskim, przyjeżdża na wieś, gdzie urodziła się jej matka, aby zrozumieć jej trudną, bolesną historię. Matka jest wówczas po wylewie i nie może już opowiedzieć o sobie, ponieważ utraciła zdolność mówienia. Nie jest to zresztą pierwsza wizyta w tym miejscu, o czym świadczy pewna zażyłość z kuzynostwem, a także nagranie wspomnienia babki, które udało się Alionie zarejestrować przed laty.

siostry pod jabłonią - jak z Czechowa, w środku matka reżyserki
Niektóre siostry matki już nie żyją, jedna w ogóle nie chce się spotkać z siostrzenicą, o czym mówi otwarcie w rozmowie telefonicznej. Wszystkie wyparły wspomnienia z przeszłości i nie chcą o niej mówić lub mówią komunały, chwaląc Stalina. Babka jako jedyna opowiada o straszliwym głodzie tuż po wojnie, o ciężkiej całodniowej pracy w kołchozie, którą musiała wykonywać, choć w tym czasie umierały jej dzieci. Wspomina także męża - alkoholika, który po powrocie z wojny pił notorycznie aż do śmierci.

fragm. animacji w filmie

Reżyserka cierpliwie namawia krewnych, aby opowiedzieli swoje historie, ogląda nieliczne zachowane zdjęcia, przedmioty (m.in. dziesiątki butów, które były w domu przechowywane z jakimś obsesyjnym uporem - po latach biedy, kiedy ich brakowało). Jak opowiedzieć historię rodziny, której opowiedzieć się nie da? Okazuje się, że to jest możliwe, jeśli się jest silnie zmotywowanym i konsekwentnym. Aliona jest właśnie taka. Ponadto wrażliwa, cierpliwa i empatyczna. A przy tym to uzdolniona artystka, która tka swoją opowieść z zachowanych strzępów wspomnień, z drobiazgów pozornie, a kiedy nie ma nic materialnego - wprowadza czarno-białe animacje Włocha Simone Massiego, przypominające poetyką filmy Lenicy. Pokazuje w nich swoją matkę jeszcze nienarodzoną, a już głodującą w łonie babki. Jej bezgłośny krzyk...

Znaczącą część tej historii "dopowiada" nieoczekiwania sama matka, kiedy to kuzynce Aliony udaje się odnaleźć jej listy do siostry. To właśnie ona wypowiada słowa, które stały się tytułem filmu: Można kochać ziemniaki, kiedy zaznało się straszliwego głodu. I oto ta, która uciekła przed ojcem, przed biedą i opresyjnym systemem aż do Holandii, na starość nieustannie wspomina swoją przeszłość: dzieciństwo, młodość... Okazuje się, że nie można od tego uciec - od swojej przeszłości. W listach odsłania się ze swoimi myślami, choć nigdy dotąd o tym nie mówiła i starała się trudne doświadczenia wyprzeć z pamięci. Zrozumienie przeszłości staje się dla Aliony kluczem do zrozumienia matki, a w konsekwencji - siebie samej.

Aliona z ciotką, kadr z filmu

Jest w tym filmie piękna scena, w której ojciec Aliony opiekuje się przykutą do łóżka matką. Głaszcze ją czule po głowie i mówi do córki:

Wiesz, że właśnie teraz, kiedy stała się ode mnie zależna, zakochałem się w niej po raz drugi? Bo wcześnie była taka chłodna i nie lubiła dotyku...

Pointa filmu jest znacząca. Dom, w którym urodziły się i dorastały siostry, dziedziczy jeden z kuzynów, który wraz z synem dobudowuje do niego nowy budynek. Wygląda to dość cudacznie, ale solidnie. Aliona chwali ich za ten wysiłek. Idzie nowe.

scena z butami
"Można kochać ziemniaki" jest filmem bolesnym - o tym, jak trudne może być życie w opresyjnym systemie, w owym "tu i teraz", którego sobie przecież nie wybieramy. A jednak w obrazach domu i jego otoczenia, a także na starej czarno-białej fotografii, na której siostry stoją w cieniu wielkiej jabłoni, tej grozy nie widać. Siostry bardziej przypominają postacie z "Wiśniowego sadu" Czechowa, aniżeli ofiary stalinowskich opresji czy rodzinnych traum. Jest w tym filmie wiele ciepła, a nawet poezji, które stanowią rodzaj przeciwwagi i pozwalają kontemplować niełatwe przecież ludzkie losy.

rodzinny dom matki Aliony



trailer filmu


"Książę i dybuk". Michała Waszyńskiego życie w filmie

Chociaż film Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego jest próbą zrekonstruowania biografii jednego z najbardziej znanych reżyserów dwudziestolecia międzywojennego, to jednak na tym nie wyczerpuje się ta ekscytująca opowieść. 
To także film o roli kina, które nie tylko "jest snem", ale utrwala ludzkie twarze, historie, a nawet chwile ulotne. To również opowieść o tym, że od siebie uciec nie można. 

Michał Waszyński, kadr z filmu :Książę i dybuk"

Konstrukcja filmu "Książę i dybuk" wywołuje skojarzenia z "Obywatelem Kane" Orsona Wellesa i nie sądzę, aby było to przypadkowe, ponieważ nie ma w tym dokumencie nic przypadkowego - to precyzyjnie skonstruowana opowieść o wieloznacznym przesłaniu. Rozpoczyna ją, jak we wspomnianym arcydziele Wellesa, fragment kroniki filmowej, z którego dowiadujemy się, że zmarł książę Michael Waszynsky i że został pochowany z honorami w rodzinnym grobowcu włoskich arystokratów. Od członków rodziny Dikeman zaczynają autorzy filmu swoje  hm.., śledztwo. I podobnie jak w "Obywatelu Kane", niczego prawdziwego się o swoim bohaterze nie dowiadują. Bohater jest i pozostaje tajemnicą.
"Nawet człowiek nie wie nic o sobie - pisze Gustaw Herling-Grudziński w wydanym ostatnio "Dzienniku 1957-1958" - i wystarczy, że stanie przed lustrem, by zacząć mieć wątpliwości". Charakterystyczne, że Waszyński także prowadzi dziennik - to jego lustro.

Waszyński, ostatni po prawej, obok Orsona Wellesa, podczas kręcenia "Otella"

Rozmówców, którzy próbują nam coś powiedzieć o Waszyńskim, jest wielu. Włoscy arystokraci twierdzą, że był księciem, a wskazywały na to jego maniery i elegancja. Od operatora pracującego z Wellesem przy "Otellu" dowiadujemy się, że Waszyński współpracował przy tym filmie, ale co tam robił poza tym, że grał z nim w karty - nie pamięta. Jednym z ważniejszych narratorów jest prywatny kierowca, który wprowadza nas w klimat Rzymu lat 50., podobnie jak muzyka Nino Roty i obrazy ulic, ludzi, nocnych klubów.
"Nigdy nie mówiło się o przeszłości" - podkreśla. A przecież wiemy, że reżyser ją posiadał, i to bardzo bogatą!

Film jako "druga realność"

Zmiana realiów - cofamy się w czasie i widzimy Warszawę końca lat 20. ubiegłego wieku, kiedy to nieznany nikomu młody człowiek realizuje swój pierwszy film. Zachowały się archiwalne zapisy, do których dotarli twórcy filmu i oto widzimy naszego bohatera, który nieco piskliwym głosem deklaruje, że robi to, co kocha. Dodaje też może banalnie dziś brzmiące słowa o magii kina, o tym, że film to, jak się wyraża, to "druga realność".
Patrząc na życie Waszyńskiego w pewnej perspektywie odnosimy wrażenie, iż słowa te trafiają w sedno - jego życie to niekończący się film, w którym wszystko jest możliwe i wszystko jest fantazją, ekscytującą fantazją.
Mosze Waks, skromny chłopiec z małego miasteczka na Wschodzie, może zamienić się we wziętego reżysera, bon vivanta, w księcia, producenta filmowego, który za miliony (cudzych) dolarów buduje w Hiszpanii "drugi Rzym", aby sfilmować upadek Wiecznego Miasta, a potem znika bez śladu i konsekwencji...

"Dybuk" w reż M. Waszyńskiego

Po raz pierwszy ucieka z Kowla, bo czuje się odrzucony przez innego żydowskiego chłopca. Do tego wątku powraca obsesyjnie przez całe życie, zarówno w dzienniku, jak też w swoim słynnym filmie "Dybuk", a wreszcie w życiu - kiedy każe kierowcy wozić się po całym mieście w poszukiwaniu dybuka... Wyjeżdżając z Kowla porzuca jednocześnie swoją żydowską tożsamość, nie tylko z powodu chłopca. Jedyny syn Mosze Waksa (prócz niego miał pięć czy sześć córek) jest homoseksualistą, a to wystarczający powód, aby uciec.

Książę Waszyński?

Kiedy pojawi się w Warszawie jako początkujący reżyser, jest już Michałem Waszyńskim - Polakiem wyznania rzymsko-katolickiego. Po przybyciu do Włoch wraz z armią Andersa (w której pełni głównie rolę operatora filmowego), mianuje się księciem i to także nikogo to nie zdziwi. Był miłym w obejściu, wiarygodnie zachowującym się człowiekiem. Bohater jego pierwszego włoskiego filmu pokazuje człowieka znikąd, który urodził się "dziś", jak sam powiada, i jest nim poniekąd sam Waszyński. Nie przyznaje się do tego, że odnosił w Polsce sukcesy jako reżyser. Woli grać rolę księcia, ewentualnie producenta - to robi lepsze wrażenie. Po wojnie życie wielu zaczyna się od nowa, więc nie budzi podejrzeń. Imponują poza tym jego powiązania z rodami arystokratycznymi, co zawdzięcza swojej żonie, zmarłej krótko po ślubie, ale chyba przede wszystkim temu, że znakomicie odgrywa rolę księcia.

Aby dotrzeć do prawdy o swoim bohaterze, twórcy filmu: Elwira Niewiera i Piotr Rosołowski, zjechali właściwie cały świat. Dotarli także do Kowla oraz do Tel Avivu, gdzie żyją dalsi krewni Waszyńskiego, którym udało się ujść zagładzie. Na zdjęciu zrobionym w 1922 roku w Kowlu widzimy młodego mężczyznę w towarzystwie kobiety, ale nie udaje się ustalić, kim ona jest: matką?

kadr z filmu "Książę i dybuk"
Starzy mieszkańcy Kowla rozpoznają zapisane na odwrocie prawdziwe nazwisko reżysera: Waks - to już jest jakiś trop. Podobnie - krewni w Tel Avivie. W Kowlu nie zachował się nawet cmentarz, a w pięknym, odnowionym budynku dawnej synagogi mieści się magazyn... Jeden z nielicznych ocalonych opowiada, że Niemcy spędzili tam kilkaset osób, w tym rodzinę bohatera filmu, z których nieomal wszyscy umierali w straszliwych męczarniach. Zapisanym na ścianach głosom ("Tyle cierpienia! Nikt nie stawia oporu. Nasze głosy wzywają Boga") towarzyszą utrwalone na taśmie filmowej ludzkie twarze... To częsty zabieg w tym filmie: obrazom opustoszałych miasteczek i cmentarzy odpowiada zapis utrwalony na taśmie filmowej: bawiące się dzieci, tętniące życiem miasteczka, cmentarze, gdzie spoczywają przodkowie.


Film - fresk naszych czasów


Wielką wartością filmu "Książę i dybuk" jest także i to, że rekonstruując los głównego bohatera, ukazują zarazem tamten miniony bezpowrotnie świat - żydowskie sztetle, przedwojenną Warszawę... To pokazuje, że film jest nie tylko ucieczką od rzeczywistości, ale także jej odbiciem, sugestywnym zapisem, rodzajem współczesnego fresku z Pompejów naszych czasów. 

Niezwykle poruszające był dla mnie obraz Warszawy z 1937 roku: poranek, służby porządkowe zmywają ulice, mleczarz rozwozi mleko w wielkich kadziach, gołębie podrywają się do lotu... Za chwilę ten świat przestanie istnieć...
Artyści pokazują jednocześnie, że także ów zapis bywa ulotny - taśma filmowa podlega destrukcji, stąd "rozmywające się" obrazy, utrwalone przypadkowe chwile: mały kotek w kieszeni płaszcza, Waszyński przechadzający się z papierosem brzegiem morza...

Dybuk


Zachowując chronologię wydarzeń, twórcy filmu inkrustują archiwalia nie tylko współczesnymi rozmowami o bohaterze, ale - od początku - wplatają weń sceny z "Dybuka" Waszyńskiego, traktując ten film jako rodzaj najbardziej osobistej wypowiedzi artystycznej reżysera. I choć twierdził on, kręcąc "Dybuka", że nie zna jidysz, swój intymny dziennik, będący zwięzłym komentarzem do wielu wydarzeń, pisze właśnie w tym języku.

"Dybuk" Waszyńskiego
Autorom filmu udało się stworzyć dzieło wybitne. Nie tylko opowiedzieli w sposób niebanalny historię tajemniczych losów Michała Waszyńskiego - samozwańczego księcia, hollywoodzkiego producenta, a zarazem jednego z najbardziej znanych i popularnych polskich reżyserów okresu dwudziestolecia międzywojennego. Próbowali dociec tajemnicy człowieka, który całe życie uciekał od swojej przeszłości i tożsamości w świat filmowych fantazji.


Michał Waszyński w swoim rzymskim mieszkaniu
Zachowując chronologię wydarzeń, twórcy filmu inkrustują archiwalia nie tylko współczesnymi rozmowami o bohaterze, ale - od początku - wplatają weń sceny z "Dybuka" Waszyńskiego, traktując ten film jako rodzaj najbardziej osobistej wypowiedzi artystycznej reżysera. I choć twierdził on, kręcąc "Dybuka", że nie zna jidysz, swój intymny dziennik, będący zwięzłym komentarzem do wielu wydarzeń, pisze właśnie w tym języku.

Jest to także film o roli kina, które nie tylko "jest snem", ale utrwala ludzkie twarze, historie, również chwile ulotne. To również opowieść o tym, że od siebie uciec nie można. 
Uroda tego filmu, precyzja montażu, dobór archiwaliów i zawarte w nim głębokie przemyślenia na temat "życia w sztuce" pozwalają na określenie go mianem wybitnego. Równie wybitny, jak podziwiany w ubiegłym roku "Dawson City - czas zatrzymany" Billa Morrisona.

"Książę i dybuk", trailer

"Twarze, plaże": o pamięci i przemijaniu


Niejako na antypodach tamtych sytuuje się film pary francuskich artystów: Agnes Vardy i  fotografa JR-a, zatytułowany "Twarze, plaże". Kino pogodne, a przy tym mądre i dające do myślenia.

Agnes Varda i JR, kadr z filmu "Twarze, plaże"
Pomysł na film przypomina "Dziennik z podróżyPiotra Stasika, którego bohaterem jest wybitny polski artysta fotografik, Tadeusz Rolke. We francuskim filmie wiekowa już, bo blisko 90-letnia, Varda wyrusza z 33-letnim artystą fotografii samochodem - ciemnią, by utrwalać w różnych miejscach Francji ludzkie oblicza. Fotografie ozdobią potem ściany, mury i inne mniej oczywiste miejsca, nadając im szczególne znaczenie. Przede wszystkim jednak to fotografowani ludzie nabierają nowego znaczenia, często ku ich zaskoczeniu, a nawet wzruszeniu. 

Varda jest często pomysłodawczynią tego, kto i gdzie ma był fotografowany, bo - jak się okazuje - w większości są to miejsca znane jej z młodości. Sama jest nie tylko kultową reżyserką, której filmy mieliśmy okazję oglądać na retrospektywie 80-letniej wówczas artystki, podczas festiwalu Nowe Horyzonty w 2006 roku, Varda jest również fotografem. Jeden z jej pięknych poetyckich filmów, które wówczas zaprezentowano, nosił tytuł "Plaże Agnes" i to do niego nawiązują "Twarze, plaże"

Ciąg dalszy recenzji znajdziecie pod tym linkiem: https://kulturalneingrediencje.blogspot.com/2018/05/twarze-plaze-o-pamieci-i-przemijaniu.html


W swojej relacji z 15. Millennium Docs Against Film Festival przyjrzałam się głębiej kilku filmom, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Zarówno ich problematyka, jak i forma artystyczna pozwalają dostrzec istotne problemy współczesnego człowieka w sposób daleki od banału, operujący metaforą i symbolem. To piękne, wartościowe kino, dajże widzowi wiele satysfakcji i niezapomnianych przeżyć.

Wszystko jest poezją. O wystawie Ewy Rossano w Muzeum Pana Tadeusza

10 kwietnia w Muzeum Pana Tadeusza we Wrocławiu otwarto wystawę "Ogród wypowiedzianych słów", której autorką jest malarka i rzeźbi...

Popularne posty