Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania myśliwski, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania myśliwski, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 maja 2022

Wojciech Bonowicz: Myśliwskiego wewnętrzna kipiąca baśń jeszcze ożywi /wywiad/

"Któż z nas nie tęskni za tym, aby żyć własnym i jeszcze innym życiem? - pyta w rozmowie o pisarstwie Wiesława Myśliwskiego redaktor, poeta i publicysta Wojciech Bonowicz. Jest w tej powieści zapisane głębokie doświadczenie egzystencjalne – życie w nas kipi po prostu, a im człowiek wrażliwszy, głębszy, kipi ono nawet w późnym wieku. I to kipiące życie wyłania nowe pokusy, impulsy. Dlatego mam nadzieję, że Myśliwskiego ta wewnętrzna kipiąca baśń jeszcze ożywi".

Wojciech Bonowicz, fot. Adam Walanus

Barbara Lekarczyk-Cisek: Jestem świeżo po lekturze tomu wypowiedzi i wywiadów z Wiesławem Myśliwskim: "W środku jesteśmy baśnią". To niezwykle fortunny pomysł, że wraz z red. Jerzym Ilgiem zdecydowali się Panowie na takie właśnie uczczenie 90. urodzin tego wybitnego pisarza i myśliciela. Co zdecydowało o takiej formule publikacji oraz o wyborze tych właśnie tekstów?

Wojciech Bonowicz: Książka powstawała przez kilka lat. Pierwotnie staraliśmy się z Jerzym Illgiem namówić Wiesława Myśliwskiego na wywiad – rzekę, opowieść o jego życiu i o literaturze, którą tworzy, ale bardzo się przed tym wzbraniał. Jak wiadomo, niechętnie udziela wywiadów. Niemniej jednak przez lata trochę tych wywiadów udzielił i w związku z tym wyszliśmy z drugą propozycją: aby zrobić wybór tych rozmów, a także jego wystąpień publicznych. Ten pomysł spodobał się pisarzowi bardziej. Dokonał pierwszego wyboru tekstów, a myśmy zgłosili pewne uzupełnienia, zasugerowaliśmy zmiany. Ostateczny układ jest dziełem Myśliwskiego, chociaż podział na mowy i rozmowy jest naszą propozycją. Uznaliśmy, że dla czytelników będzie to wygodniejsze. Te pozornie techniczne sprawy zdecydowały ostatecznie, jakie teksty w książce się znalazły. Myślę, że decydowały dwie sprawy: po pierwsze, poczucie, że w danym wystąpieniu czy wywiadzie jest wątek istotny dla czegoś, co bym nazwał filozofią literatury Wiesława Myśliwskiego. Po drugie, chcieliśmy, aby zgromadzone teksty tworzyły rodzaj zastępczej autobiografii. Choć nie ma wśród nich jednego wywiadu poświęconego wyłącznie biografii pisarza, to jednak można z fragmentów różnych rozmów i wystąpień zbudować sobie obraz jego życia. Myśliwski to wybitny pisarz, nic zatem dziwnego, że chcielibyśmy wiedzieć o nim nieco więcej, wręcz oczekujemy większej niedyskrecji. I to się udało – w książce jest całkiem sporo konkretów z jego życia. W niektórych wywiadach są opisane rzeczywiste zdarzenia, które potem pojawiły się w jego utworach, oczywiście przetworzone. 

Czytając wywiady zawarte w tym tomie, doszłam do wniosku, że Wiesław Myśliwski jest niełatwym rozmówcą i to nie ze względu na brak otwartości, ale raczej dlatego, że jest człowiekiem myślącym oryginalnie, mędrcem, któremu trudno sprostać. Dowodzą tego zwłaszcza rozmowy, w których udziela wywiadu dwóm, a nawet trzem rozmówcom. Najciekawsze są wywiady z zaprzyjaźnionymi osobami, bo pisarz bardziej jest na nie otwarty. A jakie są Pańskie doświadczenia z rozmów z Myśliwskim – jaki jest prywatnie? 

Niewątpliwie jest rozmówcą bardzo wymagającym. Wymagającym z dwóch powodów: z jednej strony trzeba być do wywiadu bardzo dobrze przygotowanym, a zarazem trzeba umieć weryfikować nastawienia, z którymi się przyszło na rozmowę. Z drugiej strony, rozmowy bywają trudne, bo pisarz stawia niekiedy między sobą a rozmówcami taką ścianę, za którą trudno się przedostać. A jednocześnie zgromadzone w książce wywiady dowodzą, że można go zapytać o wszystko, nawet o sprawy osobiste, jak miłość, która ponad siedemdziesiąt lat temu połączyła go z Wacławą i trwa do dziś, albo o trudne lata młodości, kiedy wydawało mu się, że życie jest przed nim zamknięte. Warunkiem jest jednak, aby w rozmówcy było coś, co wzbudzi zaufanie pisarza. Kiedy łączy go z rozmawiającym coś więcej, to i tego prywatnego Myśliwskiego jest w rozmowie więcej. Takie są właśnie wywiady z Bogdanem Toszą czy Heleną Zaworską. Ale interesujący jest też wywiad z Michałem Nogasiem, który ma charakter rozmowy młodego, zaciekawionego dziennikarza z mędrcem. Prywatne rozmowy nie różnią się aż tak bardzo od publicznych, bo Myśliwski nie lubi rozmawiać o rzeczach błahych. Anegdoty, dowcipy niezbyt go pociągają, chyba że są niesłychanie barwne albo dają się uogólnić w coś interesującego. Kiedy rozmawiamy na jakiś temat, to bardzo szybko wchodzimy na taki poziom, który wymaga większego skupienia, przenikliwości – to go ciekawi. Niedawno rozmawialiśmy o snach i zapytałem, jakie sny miewa teraz. Nawiązałem w ten sposób do naszego wywiadu zatytułowanego „Język potrzebuje snów”. Nie zdradzę, co mi odpowiedział, bo było to zbyt osobiste. Wyznał mi natomiast, że w dzieciństwie mama ostrzegała go, żeby po przebudzeniu nie patrzeć od razu w okno, bo wtedy sny uciekają i ich nie pamiętamy (śmiech). „A ja - dodał smutno Wiesław – sypiam na przeciwko okna...”. Spotkania z Myśliwskim nie są wyłącznie towarzyskie, zawsze jest to rozmowa o czymś. 

Ten dialog toczy się również z czytelnikiem. Wiesław Myśliwski powiada, że jego powieści dopiero w kontakcie z czytelnikami stają się pełnią. We mnie najdłużej rezonowały dwie: „Kamień na kamieniu” i „Ucho Igielne”. Tę pierwszą czytałam ostatnio na głos, aby usłyszeć, jak to brzmi i przyznam, że ta głośna lektura otworzyła przede mną nowe perspektywy. Tę powieść pamiętam obrazami, podczas gdy „Ucho Igielne” zachwyciło mnie na wielu poziomach. To wspaniały zbiór rozmaitych narracji, równorzędnych wobec siebie, a zarazem tworzących spójną całość. Którą z powieści Myśliwskiego uważa Pan za najbliższą swojej wrażliwości i wyobraźni?

Pierwszą powieścią Myśliwskiego, jaką przeczytałem, był „Pałac” i w zasadzie do dzisiaj jest to moje największe przeżycie lekturowe. Czytam ją obecnie po raz kolejny. Jest to proza, która próbuje czytelnikiem zawładnąć. Nazywam ją „powieścią transową”, bo rzeczywiście wprowadza czytelnika w pewien rodzaj transu, obsesji – głównie dlatego, że obsesyjny jest monolog jej bohatera, na granicy szaleństwa. Jest to książka pod pewnymi względami nietypowa na tle całej twórczości Myśliwskiego, mam wrażenie, że „gorętsza” niż pozostałe, ale typowe jest w niej to, że – podobnie jak w innych jego powieściach – jesteśmy we wnętrzu monologu. Lubię „Pałac” dlatego, że pamiętam swoją pierwszą lekturę i wrażenie, jakie ta powieść na mnie zrobiła. I chyba zdecydowała o tym, że później interesowałem się tym, co Myśliwski pisał, i interesuję do dziś. Zgodzę się jednak z Panią, że jego najwybitniejszą powieścią jest „Kamień na kamieniu”. Przeżyłem ją bardzo głęboko, także dlatego, że moje dzieciństwo (choć pochodzę z małego miasta, a dorastałem w Krakowie) w dużej części związane było z wsią. Jako małe dziecko spędzałem wakacje w domach moich wiejskich babć i dziadków. Świat polskiej wsi – charakterystyczny sposób przeżywania czasu, organizowania życia i tak dalej – tak bardzo się nie różni, niezależnie od regionu. Koloryt „Kamienia na kamieniu” był mi więc bliski, był dla mnie czytelny. Poza tym ta powieść wydaje mi się doskonała kompozycyjnie. Myśliwski doprowadził w niej do mistrzostwa metodę, którą posługuje się we wszystkich swoich powieściach: snuje historie nielinearne, krążące wokół pewnych motywów, czasami zaskakująco przerwane. Z jednej strony mamy bogatą opowieść, pełną szczegółów, zmysłowych momentów, intensywnych obrazów, które zapamiętujemy. A z drugiej strony, jest wiele miejsc pustych, tajemniczych, ocienionych, co do których my, czytelnicy, musimy rozstrzygnąć, co się właściwie stało. Ten świat nie jest domknięty, trzeba go sobie w trakcie lektury uzupełniać. Dzięki takiemu ustawieniu narracji, wielu czytelników, jak mówi sam autor, odnajdywało się w tej książce, nawet takich, którzy nie czuli więzi z wsią, bo nie mieli takich doświadczeń. A jednak i tak czytali tę prozę jako opowieść o sobie, o ludzkim losie. 

Największy problem miałem z „Ostatnim rozdaniem” – trudno mi było w tę książkę się zaangażować, jej bohater mnie irytował, a niektóre fragmenty wydawały mi się przegadane. Co ciekawe, Myśliwski powiedział mi niedawno, w prywatnej rozmowie, że tę właśnie powieść uważa za najciekawszą, bo z punktu widzenia ściśle literackiej roboty udało mu się w niej najwięcej osiągnąć. Rozumiem więc, że ma to być dla nas, czytających, największe wyzwanie: spróbować zapanować nad tymi wszystkimi wątkami, które są tam posplatane, nie dać się uwieść narratorowi, nauczyć czytać się między wierszami… Podsumowując, nie ma takiej powieści Myśliwskiego, której bym nie chciał przeczytać raz jeszcze, a to jest dla mnie kryterium wielkości literatury.

A jak to jest z przekładami Myśliwskiego i odbiorem jego utworów za granicą? To przede wszystkim pisarz słowa – ilu bohaterów, tyle rozmaitych narracji. Pewien Holender z wdzięczności za "Kamień na kamieniu", która to powieść pomagała mu umierać, zapisał pisarzowi swój majątek. A to już dowodzi czegoś więcej – że  odnajdujemy w literaturze coś więcej niż tylko jakąś opowieść. Zdumiewa mnie fakt, że to się udaje przełożyć na inne języki, kulturę, mentalność – jak to możliwe?

To, że przekłady otrzymują nagrody – np. przekład Billa Jonstona na język angielski czy przekłady holenderskie, francuskie – dowodzi, że również czytelnicy w innych językach dostrzegają w powieściach Myśliwskiego coś z tych wartości, o których mówimy. Nie znam odpowiedzi na pytanie, jak specyficzny styl powieści Myśliwskiego oddać w angielszczyźnie czy innych językach, ale domyślam się, że tłumaczącym udaje się to zrobić. Chętnie wziąłbym udział w seminarium dotyczącym przekładu np. „Widnokręgu”, który jest napisany stosunkowo prostą polszczyzną, ale co jakiś czas autor pozwala sobie na pęknięcia, szczeliny, pojawiają się regionalizmy, sformułowania charakterystyczne dla języka mówionego i tak dalej – dopiero z tych wszystkich przypraw powstaje ta literacka zupa Myśliwskiego. Na przykład w opisie mostu w „Widnokręgu” mowa jest o „wybulałych przęsłach”... Jak to teraz przetłumaczyć? Jak się domyślam, tłumacze szukają dla tego barwnego, niespokojnego momentami języka jakichś adekwatnych odpowiedników. Jedna z tłumaczek mówiła mi, że właśnie dlatego zaczęła przekładać prozę Myśliwskiego – bo jego język nie jest płaski, przewidywalny. 

Premiera Ucha igielnego, z Wojciechem Bonowiczem w Sandomierzu 2019,
fot. Archiwum prywatne WM

Cechą charakterystyczną prozy Myśliwskiego jest także towarzyszący różnym dramatycznym wydarzeniom subtelny humor.  Zapada w pamięć rozdział o fryzjerze z "Ucha Igielnego", który snuł opowieści soczyście i obrazowo, a którego historie pochodziły – jak twierdził – nie od niego samego, lecz od klientów, przy czym z głowy gestapowca woli nie wydobywać żadnej opowieści. Mnie się wydaje, że humor także jest trudny do przełożenia, zwłaszcza humor tego rodzaju...

W „Uchu Igielnym” w ogóle humoru jest więcej niż w innych powieściach. Jest tam sporo autoironicznych fragmentów, jak choćby rozdział poświęcony nieudanemu powrotowi bohatera do miejsc dzieciństwa, który kończy się jego ucieczką… Humor rzeczywiście przenika całą twórczość Myśliwskiego. Weźmy choćby „teatr domowy” na początku „Widnokręgu”. Wyraźnie widać, że w tym wspomnieniu zmagają się dwa żywioły: żywioł wzruszenia, które zawsze towarzyszy powrotom do dzieciństwa i bliskich osób, a z drugiej strony żywioł zabawy, który ma to wzruszenie równoważyć. Przenikanie się śmiechu i sentymentu jest bardzo dla „Widnokręgu” charakterystyczne. Myśliwski w ogóle nie lubi sentymentalizmu i humor pełni w jego utworach rolę bezpiecznika. Z drugiej strony, ciągle jest postrzegany jako pisarz poważny, pisarz przez duże P: publiczne rozmowy z nim i cała atmosfera wokół jego osoby dobrze to pokazują. I to jest czymś trochę mylącym, bo ma Pani rację, że jest to pisarz, któremu humor jest bardzo potrzebny również jako narzędzie poznania. Dla niego literatura w ogóle jest narzędziem poznawania siebie, świata, innych ludzi.  Humor sprawdza, do czego jesteśmy przywiązani i w jakim stopniu. Wprowadzenie do fabuły „Widnokręgu” takich postaci jak panny Ponckie ma w jakimś stopniu zrównoważyć tragizm, jakim jest utrata ojca, i nie tylko zresztą. 

Mimo ukończenia dziewięćdziesięciu lat, Wiesław Myśliwski jest nieustająco twórczy – w słowie i w piśmie. Myślę, że to wielki dar. Zarówno jego ulubiony poeta Jan Kochanowski, jak i mistrz Jana z Czarnolasu – Horacy prosili o to, by ich starość nie była brzydka i "bez lutni". Jak Pan sądzi, czy pisarz jeszcze na niej zagra? Bo jednak po cichu wszyscy tego oczekujemy...

Wiesław Myśliwski napisał swoje literackie pożegnanie, jakim było „Ostatnie rozdanie”, a potem jednak pojawiło się „Ucho Igielne”… Po „Uchu…” zapowiedział, że nic już nie napisze. Ja jednak bałbym się orzekać, że nic już nie będzie. Sądzę, że pokusy mogą się pojawić. Trzeba jednak pamiętać, że pisanie jest także czynnością fizyczną – pomijając wysiłek intelektualny, pisarz musi książkę „wysiedzieć”, a to wymaga niemałego fizycznego wysiłku. Mogę zdradzić, że w planach jest wydanie zbioru dramatów. Często zapomina się o tym, że Myśliwski jest także autorem czterech dramatów, które były wystawiane w teatrach, a jeden z nich stał się nawet kanwą filmu. Przygotowujemy wspólnie taką edycję, nad którą pisarz jeszcze pracuje. Przynajmniej w dwóch przypadkach będą to utwory w jakimś sensie nowe, bo dopracowane, z większymi lub mniejszymi uzupełnieniami. A zatem dzieło Myśliwskiego nie jest zakończone choćby z tego powodu. Czy nie pojawi się pokusa napisania czegoś innego, jakiejś mniejszej formy, tego też nie można przesądzać. Może – jak w przypadku „Ucha Igielnego” – pojawi się nowy pomysł. Jak Pani słusznie zauważyła, Kochanowski jest dla niego arcypoetą – polskim wzorem pisarza (i stosunku do literatury), kimś, kto potrafił mowę potoczną wyprowadzić na wyżyny. Zdaniem Myśliwskiego, obowiązkiem pisarza nie jest czerpanie z literatury, z innych autorów, ale szukanie źródła twórczości w mowie. Pokusa napisania czegoś jeszcze może przyjść w każdej chwili, ale czy pisarz będzie chciał tę pokusę „wysiedzieć”, to już inna sprawa. Nie sądzę jednak, że ta głowa będzie spokojnie spała, myślę, że raczej będzie jeszcze długo pracować.

Wiesław Myśliwski stale podkreśla, że poprzez pisanie dowiaduje się czegoś o sobie, powstaje więc pytanie, czy zechce się jeszcze o sobie czegoś nowego dowiedzieć.

Ma Pani rację, sądzę, że pytań nie brakuje. Tytuł tomu brzmi „W środku jesteśmy baśnią", ale kiedy zajrzymy do wywiadu, z którego te słowa pochodzą, natkniemy się na pełne sformułowanie: „w środku jesteśmy kipiącą baśnią”. Myślę, że słowo „kipiącą” wiele mówi o samym pisarzu. My go postrzegamy jako spokojnego, zrównoważonego, pewnego tego, o czym mówi. Ale gdzieś w głębi jest to kipiące wnętrze i na tym polega m.in. ów proces nieustannego poznawania siebie za pomocą literatury: że człowiek pragnie zobaczyć, co się w tym wnętrzu ze sobą miesza, dlaczego to wnętrze formuje takiego, a nie innego człowieka. Zaczęliśmy naszą rozmowę od „Pałacu”, toteż na tej powieści zakończę. Otóż „Pałac” daje, moim zdaniem, pewien wgląd we wnętrze pisarza. Powieściowy Jakub tęskni za tym, aby być wszystkim, być każdym, pragnie sprawdzić siebie w każdej roli. Któż z nas nie tęskni za tym, aby żyć własnym i jeszcze innym życiem? Jest w tej powieści zapisane głębokie doświadczenie egzystencjalne – życie w nas kipi po prostu, a im człowiek wrażliwszy, głębszy, kipi ono nawet w późnym wieku. I to kipiące życie wyłania nowe pokusy, impulsy. Dlatego mam nadzieję, że Myśliwskiego ta wewnętrzna kipiąca baśń jeszcze ożywi.

Taki pisarz z pewnością nie ostygnie. Dziękuję za rozmowę.


poniedziałek, 4 kwietnia 2022

Wiesław Myśliwski w kopcu narracji: "W środku jesteśmy baśnią" /recenzja książki/

Książka Wiesława Myśliwskiego "W środku jesteśmy baśnią. Mowy i rozmowy" ukazała się w kwietniu z okazji 90 urodzin pisarza. Dobór tekstów, zdjęcia, a także oryginalny portret pisarza autorstwa Stanisława Baja, pozwalają lepiej poznać przemyślenia i sylwetkę Jubilata. To książka, do której można powracać wielokrotnie. Mój zaczytany egzemplarz z wypisami interesujących refleksji, które nierzadko przybierają postać aforyzmów, świadczy o tym najlepiej.

Mój egzemplarz książki Wiesława Myśliwskiego: "Wszyscy jesteśmy baśnią", Wyd. Znak

Jest taki wiersz Zbigniewa Herberta, zatytułowany "Język snu", z którego zaczerpnęłam metaforę "kopca narracji", kojarzy mi się bowiem z wypowiedziami Wiesława Myśliwskiego na temat czerpania inspiracji z kultury chłopskiej. I tu, i tam mamy do czynienia z tajemnicą twórczości i uwolnieniem słowa od stereotypowych kontekstów. 

"Każde słowo - twierdził Myśliwski podczas uroczystości wręczenia mu Nagrody Klubu Kultury Chłopskiej za Kamień na kamieniu w grudniu 1985 roku - jest wydarciem z siebie cząstki tajemnicy, każde zdanie poszerzeniem granic swojej wyobraźni, swojej wrażliwości". Dla pisarza literatura jest poszukiwaniem prawdy o sobie i o świecie. 

25 marca tego roku Wiesław Myśliwski ukończył 90. rok życia. Z tej okazji Jerzy Illg - redaktor naczelny Społecznego Instytutu Wydawniczego „Znak” wraz z Wojciechem Bonowiczem - poetą i publicystą, przygotowali tom zawierający mowy autora "Widnokręgu" oraz wywiady z Jubilatem. 

"Może w środku jesteśmy kipiącą baśnią, bo jak inaczej wytłumaczyć nasze pragnienie nieustającego mówienia i kreacji?" - pyta retorycznie autor Ucha Igielnego w rozmowie z Andrzejem Franaszkiem i Janem Strzałką. Pytanie to posłużyło autorom wydawnictwa jako wiele mówiący tytuł. 

Wyznam, że rozważania Myśliwskiego na temat języka, a w szczególności języka kultury chłopskiej, są dla mnie szczególnie ważne. Otóż w dzieciństwie każde wakacje spędzałam u Dziadków na wsi pod Tarnowem i zafascynowana byłam opowieściami mojego Dziadka Stanisława. Chodziłam za nim wszędzie, a on snuł rozmaite historie - głównie o ziemi, o ptakach, o drzewach, a w jego opowieściach wszystko żyło i stanowiło harmonijną całość. Babcia i ciotka, mimo że dużo czytały, takiego talentu narracyjnego nie posiadały. Dopiero po latach to właśnie Wiesław Myśliwski uświadomił mi, że Dziadek był twórczy i utalentowany właśnie dlatego, że ukształtowała go kultura chłopska, w której słowo, pamięć i wyobraźnia odgrywały rolę najistotniejszą. Niestety, nie ma już ani Dziadka, ani tamtej wsi... W tomie W środku jesteśmy baśnią  przeczytałam znamienne słowa, że: "był to świat afirmacji ludzkiego losu, jakikolwiek ten los był. (...) Bramą do tego świata stał się twórczy duch mowy żywej. Mowy żywej, a więc prawdziwie wolnego języka". To był także język mojego Dziadka...

Wiesław Myśliwski, fot. archiwum prywatne Pisarza

Nie istnieje już tamta kultura, która ukształtowała Dziadka Stanisława, szczęśliwie jednak można sięgnąć po książki Myśliwskiego - pisarza, a także myśliciela, który tę kulturę uczynił swoim źródłem inspiracji. Wszystkie one niezwykle silnie we mnie rezonują. Ucho Igielne zachwyciło mnie na wielu poziomach. To wspaniały zbiór rozmaitych narracji, równorzędnych wobec siebie, a zarazem tworzących spójną całość. Opowieść mężczyzny piszącego mowy pogrzebowe jest nie tylko refleksją nad językiem, ale także demonstracją rozmaitych stylów. Uważa, że spełnia szczególną misję, ponieważ "większość ludzkich głów jest zachwaszczona przez gazety, radio, telewizję, internet. I słów jest coraz mniej w ludziach. (...) To i słowom ktoś musi przyjść z pomocą". Dręczą go jednak wyrzuty sumienia, "bo każde życie niby inne, a każdego muszę zmieścić w jakimś wzorze". 

Interesujące i tajemnicze jest czerpanie opowieści od innych (fryzjer), a także "bycie w czyjejś opowieści". Myślę, że wszystkie te refleksje można odnieść do całości pisarstwa Myśliwskiego. A przy tym zawierają one głębokie przemyślenia autora na temat różnych aspektów ludzkiego życia, będąc - by użyć określenia jednego z bohaterów - "wielobarwnym malowidłem", w którym dostrzega się także i własną historię. Po latach powróciłam też do powieści Kamień na kamieniu, którą tym razem czytałam na głos, odkrywając ją na nowo i skłonna jestem uznać ją za ulubioną powieść tego pisarza. Tę z kolei zapamiętałam obrazami: główny bohater Szymek ukrywający się przed Niemcami w pustym grobowcu podczas wojny, niszczący w rozpaczy chmary ptactwa po powrocie ze szpitala, wygłaszający poruszające mowy ślubne jako "świecki ksiądz", a wszystko to zaczyna się od "Zbudować grób", jakby autor zamierzał już na początku nadać życiu bohatera eschatologiczny sens, ustawić jego (i każde) życie w takiej perspektywie, bo to daje przestrzeń do rozważań na temat ludzkiego losu... To taka książka, która pozostaje z człowiekiem na zawsze.

Z przemówień i wywiadów autora Ostatniego rozdania wyłania się portret Pisarza przez duże P, mówiącego, że pisze, aby poznać siebie i świat, że powołaniem literatury jest dążenie do zrozumienia człowieka, który jednak zawsze pozostanie tajemnicą. Myśliwski - pisarz niechętnie bierze udział w życiu publicznym, nie bywa, nie zabiega o popularność - jego książki bronią się same: są niezwykle popularne zarówno wśród młodych, jak i starszych czytelników. 

Zamieszczone w tomie wywiady uświadamiają, że Myśliwskiemu nie jest łatwo sprostać. Najlepiej wypadają ci rozmówcy, którzy są z pisarzem zaprzyjaźnieni, dobrze znają jego twórczość i mówią "swoim głosem", np. Barbara Kazimierczyk. Jednak i w tych rozmowach, w których padają pytania sztampowe i odsłaniające schematyzm myślenia zarówno o tym, jak powinna wyglądać rozmowa, jak też świadczące o słabej znajomości lub wręcz niezrozumieniu tej literatury, otóż i w takich rozmowach autor cierpliwie wyjaśnia, naprowadza, nie mówi niczego uszczypliwego. Hojnie obdarza każdego swoimi bezcennymi refleksjami. Dzięki temu i my, czytelnicy, czujemy się obdzieleni.

Dobór tekstów, zdjęć, a także oryginalny portret pisarza autorstwa Stanisława Baja któremu Myśliwski poświęca jeden z rozdziałów książki), pozwalają lepiej poznać przemyślenia i sylwetkę Jubilata. To książka, do której można - a nawet należy - powracać wielokrotnie. Mój "zaczytany" egzemplarz z podkreśleniami i wypisami interesujących refleksji, które nierzadko przybierają postać aforyzmów, świadczy o tym najlepiej. 

Premiera Ucha igielnego, z Wojciechem Bonowiczem w Sandomierzu 2019,
 fot. Archiwum prywatne WM

Książka Wiesława Myśliwskiego "W środku jesteśmy baśnią. Mowy i rozmowy" ukazała się w kwietniu 2022 roku w Wydawnictwie Znak z okazji 90 urodzin Pisarza.

Wywiad o Wiesławie Myśliwskim z jednym z redaktorów tomu - Wojciechem Bonowiczem znajdziecie pod tym linkiem.

poniedziałek, 31 lipca 2023

Prapremiera "Dramatów" Wiesława Myśliwskiego /zapowiedź/

W najbliższy wtorek, 1 sierpnia o godz. 20.15, podczas Festiwalu Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie będzie miała miejsce przedpremiera "Dramatów" Wiesława Myśliwskiego. Fenomenalnego "Złodzieja" przeczytają: Grażyna Barszczewska, Adam Ferency, Jerzy Radziwiłowicz, Michał Wójtowicz oraz Robert Więckiewicz.

Każda powieść Wiesława Myśliwskiego – niekwestionowanego Mistrza polskiej prozy – to wydarzenie. Jego dramaty tymczasem pozostają w cieniu. A są to teksty, które przenika charakterystyczna dla Myśliwskiego uniwersalna i głęboka mądrość. W tych opowieściach powracają ważne dla autora tematy: odpowiedzialności człowieka za zło, spotkania nowego świata ze starym, nieuchronności historii, kresu kultury chłopskiej i jego konsekwencji.

"Złodziej", "Klucznik", "Drzewo" i "Requiem dla gospodyni" do tej pory rozproszone, po raz pierwszy zostały wydane w jednym tomie. Specjalnie na potrzeby niniejszego wydania Autor jeszcze raz przejrzał wszystkie teksty, wprowadzając poprawki, skracając lub dopisując, a w dwóch przypadkach – nawet zmieniając zakończenia. Dzięki temu czytelnik ma możliwość odkryć nowe literackie oblicze Wiesława Myśliwskiego.

Ogólnopolska premiera "Dramatów" nastąpi 27 września 2023. 

.....................................................................................................................................................

Wiesław Myśliwski, fot. z archiwum pisarza

Fragmenty rozmowy Katarzyny Janowskiej z Wiesławem Myśliwskim, która ukazała się w „Newsweeku” (28/2023) 10 lipca 2023 pt. "Nie piszę dla władzy"


Katarzyna Janowska: Oglądam w telewizji zdjęcia z Ukrainy i czytam w Złodzieju, że w czasie wojny grzechy stają się cięższe, bo łatwiej je popełniać, że wojna nie rozgrzesza ze złych uczynków.

Wiesław Myśliwski: Słyszałem takie opinie, że ten dramat brzmi, jakbym go dzisiaj napisał. 

K.J.: Tak, to uderzające! Pomyślałam, że ten tekst powinien być teraz wystawiony. Zresztą na festiwalu literackim w Szczebrzeszynie odbędzie się czytanie dramatu.

W.M.: Uznałem, że tekst zyska na tym, jeśli będą go czytać wielcy aktorzy. Robert Więckiewicz od razu się zgodził. Jurek Radziwiłowicz wahał się, bo miał, zdaje się, zaplanowany urlop w tym czasie, ale w końcu też się zgodził. Adam Ferency poprosił, żeby dać mu tekst – przeczytał i powiedział, że będzie. No i pani Barszczewska się zgodziła.

Katarzyna Janowska: No to już wiem, czemu z naszym światem nie jest najlepiej. Myślę, że współcześnie być człowiekiem, w takim głębokim sensie trwania po stronie wartości, jest bardzo trudno. Jesteśmy poddawani tak wielu manipulacjom, że ciężko ustać przy swoim. Łatwiej biec za innymi.

Wiesław Myśliwski: Zbiorowość zawsze budziła we mnie nieufność. Człowiek zresztą chętnie kryje się w zbiorowości. A to, jaki jest świat i co jest źródłem człowieczeństwa, zależy od jednostki. Kiedy pani patrzy na zbiorowości, to przecież musi pani dostrzec, jak wsysają człowieka w siebie, jak go zmieniają, kształtują, jak narzucają mu jednorodną wrażliwość.

Katarzyna Janowska: Jak powstało pańskie Drzewo i o co w nim chodzi?

Wiesław Myśliwski: Kazimierz Dejmek (reżyser "Dziadów", od których zaczęły się wydarzenia 1968 roku w Polsce) przeczytał moją powieść "Kamień na kamieniu", zaprosił mnie do siebie i zapytał, czybym dla niego czegoś nie napisał. Odpowiedziałem mu, że mam pomysł. Jest wielkie stare drzewo, na którym siedzi chłop, a pod drzewem dzieje się Polska. „A co to znaczy Polska?” – pyta Dejmek. „Nie wiem”. „A kiedy pan będzie wiedział?” „Jak napiszę”. „To niech pan pisze”.

Katarzyna Janowska: Przemija postać świata. Świetnie oddaje to dramat "Requiem dla gospodyni". Gospodarz zaprasza sąsiadów na czuwanie przy zmarłej żonie. Nikt nie przychodzi. Ludzie we wsi już nie pamiętają, co to jest czuwanie. Gospodarz ściąga przypadkowych turystów, grajków. Mieszają się czasy, porządki, obyczaje. Czy pan kiedyś brał udział w czuwaniu przy zmarłym?

Wiesław Myśliwski: Tak, stąd się właśnie zrodził ten dramat. Przez wiele lat jeździliśmy na urlopy na Suwalszczyznę, tam gdzie Miłosz miał rodzinę, w Krasnogrudzie. Mieszkaliśmy u gajowego. I kiedyś gajowina mówi, że idzie na czuwanie. A może i my byśmy z panią poszli? A proszę bardzo. I poszliśmy. To była litewska rodzina. Najpierw siedzieliśmy przy zmarłej. Przyszli śpiewacy, chłopi w białych koszulach, i śpiewają różaniec. Wspaniale. A w drugiej izbie odbywała się stypa. Gospodarz raz po raz prosił nas, żebyśmy coś zjedli, myśmy nie chcieli. Ale w końcu poszliśmy, a tam stół zastawiony różnymi mięsiwami – wokół stołu siedzą gospodarze i gadają, jak się żniwa udały, a co u tego, a co u kogoś tam. O zmarłej niewiele. To było coś wyjątkowego, ale ten obyczaj znikł. W Requiem gospodarz próbuje go odtworzyć.

informacja prasowa

wtorek, 27 października 2020

Październikowy "ZNAK": Pamięć i Wiesława Myśliwskiego słuch absolutny

Ukazał się 785 numer miesięcznika "ZNAK", tym razem poświęcony pamięci i opowieści. A ponieważ są to główne tematy jednego z najwybitniejszych pisarzy współczesnych – Wiesława Myśliwskiego, toteż jest on pierwszoplanowym bohaterem tego numeru pisma. Interesujących tekstów znaleźć można w numerze znacznie więcej.

Jak pisze we wstępie red. naczelna pisma, Dominika Kozłowska, pamięć nie jest linearna, "(...) nie jest pudełkiem, do którego odkładamy wspomnienia-zdjęcia. Nie służy przechowywaniu przeszłości, lecz raczej – paradoksalnie – do jej ukrywania. (...) to, czego nie pamiętamy, może nieraz silniej wpływać na nasze życie aniżeli to, co świadomie wydobywamy z naszej pamięci. Co więcej, my sami (na różnych etapach życia) możemy w inny sposób pamiętać to samo zdarzenie". Nie mniej jednak na skutek doświadczeń totalitaryzmów istnieje obowiązek etyczny pamiętania, także po to, by ustrzec się przed powtórzeniem tego, co było. 


Wiesław Myśliwski, 2014 r. fot. Włodzimierz Wasyluk/Forum

Numer otwiera wywiad z Wiesławem Myśliwskim, przeprowadzony przez Wojciecha Bonowicza podczas VI edycji Festiwalu Stolica Języka Polskiego, zatytułowany zagadkowo "Literatura potrzebuje snów". Pisarz rozważa w nim zagadnienia czasu i literatury ("istnieje tylko czas przeszły"), wyraża przekonanie, że każdy człowiek inaczej przeżywa historię i że to "historia przepływa przez człowieka", a nie odwrotnie. Wychodząc z założenia, że żyje się w żywiole mowy, Myśliwski uważa, że w istocie jego rola polega na nasłuchiwaniu. "Bardzo często nastawiam ucha w stronę umarłych. Słyszę ich bezgłośną mowę w swoim uchu" - przyznaje. Podczas pisania powieści "Kamień na kamieniu" słuchał, jak powiedziałby jego dziadek lub babcia. "Mowa mówi o wszystkim, również o tym, czego nie mówi" – dodaje. Zapytany przez Bonowicza o wysokie kompetencje językowe bohaterów powieści, pisarz nie dostrzega w tym nic nadzwyczajnego. "W języku chłopów nie ma nic nienazwanego. Język chłopski spełniał wiele funkcji, nie tylko komunikacyjną. Obłaskawiał świat, ustanawiał relacje między człowiekiem a światem. Ten język wyrastał nie tylko z dokuczliwej rzeczywistości, ale nawet ze snów. Język potrzebuje snów. Nasz inteligencki język jest ubogi w stosunku do chłopskiego języka".

Autor "Ucha igielnego" uważa też, że to "język kształtuje myśli, nie odwrotnie". Natomiast nielinearność jego opowieści wynika stąd, że taka właśnie jest natura ludzkich opowieści, ponieważ "pamięć fragmentaryzuje nasze przeżycia. (...) wszystko w pamięci komponuje się z fragmentów".

Pisarz odnosi się także do czasów pandemii (z dystansem) i zdradza, że mimo izolacji, nigdy się z żoną nie nudzą. Na koniec, na pytanie, czy literatura może być domem, odpowiada skromnie:

"Nie, to ciężka robota, a nie dom. Żeby mogła być domem, musiałbym zakochać się w sobie. A tego uczucia nie znam".

Wiesław Myśliwski, 1993 r. fot. Wojciech Plewiński/Forum

W kolejnym interesującym artykule Tomasz Bocheński snuje refleksje o "Myśliwskim wizyjnym" - o tym, jak trudno wyplątać się z życia bohatera jego książki. "Z łatwością – pisze – wydobyłbym się z "Ucha Igielnego", gdyby nie nitki sieci, którą stworzył autor". A jakie to sieci, przekonajcie się sami :-)

Interesujących tekstów znaleźć można w numerze znacznie więcej. W dziale "Społeczeństwo–Świat" pojawia się historia zaginionych uchodźców. Pytania, jak pamiętać pojawiają się także w stosunku do tych, którzy niedawno odeszli: Józefy Hennelowej i Henryka Wujca. W "Publicystyce" znaleźć mozna rozmowę o topografii i jej znaczeniach w życiu oraz w prozie Myśliwskiego. W "Ideach" zaś powraca temat mitu. "Być może każda wielka opowieść, każdy mit jest opowieścią o początku i o rdzeniu naszej tożsamości" – podsumowuje ten temat Dominika Kozłowska.

Te i wiele innych interesujących artykułów, które można poddać refleksji, znajdziecie Państwo na łamach październikowego numeru "ZNAKU". Zachęcam do lektury.

poniedziałek, 19 czerwca 2023

"Stworzeni jesteśmy przez pamięć" – o wystawie "Nie zapomnisz. Pamięć, pamiątka, pamiętnik" w Muzeum Etnograficznym we Wrocławiu

Wystawa "Nie zapomnisz. Pamięć, pamiątka, pamiętnik" w Muzeum Etnograficznym we Wrocławiu jest ze wszech miar godna obejrzenia. Zaprezentowane na niej obiekty, teksty i zdjęcia nie są wyłącznie muzealną ciekawostką, ale stanowią inspirację do refleksji nad zagadnieniem pamięci, także naszej, bo – jak słusznie zauważa Wiesław Myśliwski – "stworzeni jesteśmy przez pamięć".

Wystawa "Nie zapomnisz." - widok ogólny, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek


Zresztą czymże jest pamięć, jeśli nie udawaniem, że pamięta się.

A to przecież jedyny nasz świadek, że byliśmy.

Zależymy od pamięci jak las od drzew, a rzeka od brzegów.

Powiem więcej, według mnie, stworzeni jesteśmy przez pamięć.

Nie tylko my, świat w ogóle. 

Wiesław Myśliwski, "Traktat o łuskaniu fasoli"

Stworzeni przez pamięć

Ta refleksja Wiesława Myśliwskiego, która stawia pamięć w randze niejako jedynego i najważniejszego świadka naszego życia, skojarzyła mi się z tą wielce interesującą wystawą, która temat pamięci odważnie podejmuje. Miałam szczęście wędrować po niej z jej autorką i kuratorką – panią Elżbietą Berendt, mogłam zatem poznać jej zamysł i refleksje, które jej towarzyszyły  podczas przygotowywania tak frapującej ekspozycji.  

Oprowadzając mnie po wystawie, Elżbieta Berendt, zapytana o genezę jej powstania, zauważyła, że temat pamięci jest przedmiotem rozważań wielu różnych dziedzin, m. in. antropologii, etnologii, socjologii, kulturoznawstwa... Nie mniej pamięć – tak ulotna i trudna niekiedy do uchwycenia – posiada jednakże swoją materialną reprezentację. Zaprezentowane na wystawie przedmioty są rezultatem wyboru kilku wątków, na które zdecydowała się autorka ekspozycji. Są one jednak elementami powiązanymi ze sobą, bowiem – jak twierdzi autorka ekspozycji: "Po wystawie prowadzi myśl, że potrzeba pamiętania i upamiętniania jest ponadczasowa i za nic ma stworzone przez człowieka podziały". Zobaczymy zatem obiekty pochodzące z różnych okresów historycznych, z których większość pochodzi z kultury popularnej. Są to także przedmioty o wartości przede wszystkim sentymentalnej, czasami drobiazgi, których obecność na wystawie muzealnej może zdziwić, ale cechą tej ekspozycji jest również odejście od stereotypów, bo jeśli chodzi o pamięć, wartościowe może być wszystko, jak wiemy z własnego doświadczenia. 

Leonhard David Hermann, Maslographia, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

"Dla mnie bardzo ważnym było także upamiętnianie tego, co dolnośląskie i co ma swoją osobistą historię. Bo cóż jest ważniejszego niż ludzki los? Pamięć o każdym człowieku jest ważna – snuła refleksje Elżbieta Berendt. Dotyczy do także przedwojennej pamięci Dolnego Śląska i Wrocławia, jak również tego, co przywieźli ze sobą nowi mieszkańcy". 

Od narodzin po śmierć

Eksponatom znajdującym na wystawie towarzyszą teksty i zdjęcia. Ponadto, w ramach tzw. "Interwencji muzealnych" studenci kulturoznawstwa dodali do wystawy własne eksponaty i organizują warsztaty podczas trwania ekspozycji. 

Zasadniczą część wystawy stanowią tzw. pamiątki z życia: rozmaite fotografie i pamiątki dotyczące narodzin, chrztu, I Komunii Świętej (konfirmacji), lat szkolnych, ślubu i jego rocznic, pracy (i jej zakończenia), wycieczek, jubileuszy  – na śmierci i pogrzebie kończąc. Rodzaj swoistego preludium stanowią odręcznie pisane pamiętniki, kroniki,  kapsuła czasu (a właściwie jej część), której początek jest datowany na rok 1809, a także pięknie wykonana szafka-mauzoleum w kształcie  piramidki, należąca  ongiś do pastora Leonharda Davida Hermanna, autora pierwszej na Śląsku monografii stanowiska archeologicznego: "Maslographia oder des schlesischen Massel im Oelss-Bernstäditischen Fürstenthum mit seinen Schauwürdigkeiten", która znajduje się na wystawie. Przyniosła autorowi taką sławę, że kazał zbudować drewnianą konstrukcję (szafę), służącą do przechowywania znalezisk archeologicznych.

Pamiętniki, kroniki, drzewa genealogiczne

Podczas zwiedzania ekspozycji natkniemy się na sporo ciekawostek i obiektów nieoczywistych, np. na ilustrowany pamiętnik znanego rzeźbiarza Władysława Chajca i jego kodeks obyczajowy. "To jest prawdziwa perełka – przekonywała podczas oprowadzania po wystawie Elżbieta Berendt, bo to jest pamięć Chajca i jego wizja świata".

Pamiętnik Władysława Chajca, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Obok tej ekspozycji znajdziemy także sztambuchy, pamiętniki, pamiętniczki dziecięce i młodzieżowe, będące zapisem indywidualnej historii, ale też historii wspólnej, np. Światowego Kongresu Intelektualistów... 

Dzięki pracownicy Muzeum Etnograficznego, Magdalenie Roztworowskiej, zobaczymy także jej osobistą pamiątkę (tych osobistych wątków na wystawie jest zresztą więcej): świetnie rozrysowane drzewo genealogiczne hrabiostwa Roztworowskich. W tej części ekspozycji znajduje się także drzewo genealogiczne Piastów w postaci kopii fotograficznej. Obok niego zaś  – drzewo genealogiczne śląskiego rodu arystokratycznego Schaffgotschów, ale także inne, inaczej rozrysowane genealogie zwykłych rodzin.

Interesujące są także kroniki miejscowości, będące zapisem historycznej przeszłości w wymiarze lokalnym – zarówno niemieckiej (kronika Romnowa), jak i przywiezione ze Wschodu przez ludzi wygnanych z Kresów, ale także podobne kroniki współczesne, obficie ilustrowane. 

Kroniki miejscowości, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Koło życia

Najobszerniejszą część ekspozycji stanowią eksponaty upamiętniające koło życia, od narodzin począwszy. Przedmiotom z bardziej odległej przeszłości towarzyszą współczesne akcenty, podkreślające niejako trwałość pamięci, tradycji, rytuałów. 

Może warto się dłużej zatrzymać przy pamiątkach z podróży i pielgrzymek, wśród których znajduje się rzadko obecnie dostępny kolorowy ekran przedstawiający Klasztor Jasnogórski, na tle którego się ongiś fotografowano. Otaczają go rozmaite pamiątki: obrazy Matki Bożej i inne. Obok nich – pamiątki z miejscowości wczasowych lub uzdrowiskowych, wśród których zobaczymy m. in. "Pamiątkę z Polanicy Zdroju", przedstawiającą ... słonie. Przykład ten pokazuje jeszcze inne, często humorystyczne oblicze owych pamiątek. Ale także wzruszające, jak choćby klucz przywieziony z Kresów i przechowywany pieczołowicie przez kolejne pokolenia. 

Elżbieta Berendt (kuratorka wystawy) na tle panoramy Jasnej Góry,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

W części ekspozycji nazwanej przez kuratorkę "Prace i pasje" zobaczymy ozdobne listy gratulacyjne, zaproszenia, liczne fotografie, np. ze strajku w stanie wojennym, zakończenia pracy itp. Prócz tego liczne pamiątkowe przedmioty: kufle, filiżanki, talerze, kryształy, proporczyki, komplety porcelany, na ogół z intencjonalnymi napisami.  A obok tych – banalnych właściwie pamiątek –  warkocz i dredy pracowników Muzeum Etnograficznego 😉 Bo i takie bardzo osobiste hm...  przedmioty zwykliśmy przechowywać na pamiątkę. Towarzyszą im pisemne wspomnienia. 

Powitanie księżnej Daisy i telegramy patriotyczne


List powitalny z okazji przybycia do Książa pary książęcej Hansa Heinricha XV Hochberga
księcia von Pless i Mary (Daisy) von Pless, Książ 1872, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Obok tych "zwykłych" przedmiotów znajdziemy na wystawie prawdziwe cymelium – pamiątkowe, piękne graficznie powitanie księżnej Daisy  von Pless z okazji jej przybycia do Książa. 

Interesującą pamiątkę historyczną stanowią także tzw. telegramy patriotyczne, powstałe w stuletnią rocznicę Powstania Kościuszkowskiego, a następnie wydawane przy różnych okazjach: ślubu, imienin, kondolencyjne... Ich wydawanie miało cele charytatywne – w ten sposób zbierano pieniądze na Ojczyznę, czego władze pruskie nie mogły zabronić, ale starały się utrudniać. 

Choroba i śmierć

Na końcu ekspozycji znajdziemy pamiątki związane z chorobą i śmiercią, m. in. księgę pogrzebową z parafii Kryniczno i sycowską księgę cmentarną. Towarzyszy im pamiątkowa rzeźba przedstawiająca ks. Wincentego Rudy, wielkiego patrioty, który jawnie opowiadał się za przejęciem powiatu sycowskiego przez Polskę (Mąkoszyce należały wówczas do powiatu sycowskiego) i został skrytobójczo zamordowany podczas powstania wielkopolskiego. W tej części wystawy znajdują się także zdjęcia z pogrzebów, pamiątki po zmarłych.

Choroby, śmierć, pogrzeb; ks. W. Ruda,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Wystawie towarzyszy niewielki katalog zawierający teksty autorki ekspozycji – Elżbiety Berendt, ilustrowany zdjęciami obiektów.

Ekspozycja "Nie zapomnisz. Pamięć, pamiątka, pamiętnik" w Muzeum Etnograficznym we Wrocławiu jest ze wszech miar godna obejrzenia. Zaprezentowane na niej obiekty, teksty i zdjęcia nie są wyłącznie muzealną ciekawostką, ale stanowią inspirację do refleksji nad zagadnieniem pamięci, także naszej, bo – jak słusznie zauważa Wiesław Myśliwski – "stworzeni jesteśmy przez pamięć".

Ekspozycja dostępna dla zwiedzających do 8 października 2023 roku.  


poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Święto literatury na Roztoczu – na żywo i online. VI edycja Festiwalu Stolica Języka Polskiego

Od 2 do 8 sierpnia 2020 r. trwa Festiwal Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie, a jego gośćmi, podobnie jak w latach ubiegłych, są znakomici pisarze, krytycy, językoznawcy, artyści i gwiazdy estrady. W programie szóstej edycji przedsięwzięcia przeważają liczne dyskusje o literaturze, ale nie zabraknie też spektakli, wieczorów poetyckich, koncertów czy wystaw.



Jest również bogata oferta wartościowej rozrywki dla najmłodszych, m.in. spotkania z autorami książek dla dzieci, warsztaty muzyczne i plastyczne. W tym roku program Małej Stolicy Języka Polskiego rozdzielono terminami od programu głównego, a kilka z propozycji będzie dostępnych jedynie online, ale zasadniczo Festiwal odbywa się w tradycyjnej, plenerowej formie z bezpośrednim udziałem publiczności. Wszystkie wydarzenia są całkowicie bezpłatne, jednak ze względu na procedury sanitarne każdy z uczestników zobowiązany jest do wypełnienia oświadczenia o stanie zdrowia

Na początek organizatorzy zapraszają do Zamościa (Niedziela w Zamościu na Rynku Wodnym), a potem do urokliwego, festiwalowego miasteczka nad brzegami Wieprza - Szczebrzeszyna. Tradycyjnie, w harmonogramie imprezy uwzględniono nie tylko spotkania autorskie, ale też atrakcje rekreacyjne np. literacką wyprawę rowerową do okolicznych wąwozów. Będzie również „Mecz poetycki”, gra literacka „Pierwsze zdanie” , instalacja dźwiękowa o komunikacji drzew „Usłyszane”
.

Wiesław Myśliwski, fot. Rafał Siderski

W ramach Festiwalu przyznana zostanie Nagroda „Człowiek Słowa” (laureaci poprzednich edycji to Urszula Kozioł, Wiesław Myśliwski, Maja Komorowska), Nagroda Wielkiego Redaktora (w 2018 roku otrzymała ją Marianna Sokołowska, a w 2019 – Małgorzata Szczurek), ogłoszony zostanie kolejny Apel Szczebrzeski, zainicjowany w trosce o ochronę bogactwa polszczyzny.

Patronem tegorocznej edycji Festiwalu Stolica Języka Polskiego jest Cyprian Kamil Norwid, 
a lista zaproszonych gości obejmuje ponad 70 nazwisk. Do Szczebrzeszyna i Zamościa przyjadą m.in.: Justyna Bargielska, Justyna Bednarek, Edwin Bendyk, Wojciech Bonowicz, Jerzy Bralczyk, Elżbieta Cherezińska, Sylwia Chutnik, Stefan Chwin, Grzegorz Gauden, Mikołaj Grynberg, Grzegorz Kasdepke, Izolda Kiec, Wawrzyniec Konarski, Maja Komorowska, Ryszard Koziołek, Janusz Kukuła, Mikołaj Łoziński, Leszek Mądzik, Mira Marcinów, Zygmunt Miłoszewski, Michał Ogórek, Michał Rusinek, Barbara Sadurska, Dominika Słowik, Paweł Śpiewak, Filip Springer, Nula Stankiewicz, Mariusz Szczygieł, Jerzy Trela, Adam Woronowicz,Adam Wajrak, Marcel Woźniak, Jakub Żulczyk i wielu innych twórców.

Maja komorowska, fot. Rafał Siderski

Pełny harmonogram Festiwalu można znaleźć na stronie www.stolicajezykapolskiego.pl.
Kuratorką programu głównego jest Justyna Sobolewska, a kuratorkami sekcji dziecięcej: Magdalena Kłos - Podsiadło i Katarzyna Stoparczyk.

Przygotowany przez organizatorów zestaw wydarzeń to doskonała propozycja nie tylko dla miłośników książek. Festiwal w Szczebrzeszynie przyciąga też pięknem roztoczańskich krajobrazów i wyjątkowym, wakacyjnym klimatem.

Więcej informacji na:
www.stolicajezykapolskiego.pl
Film z Festiwalu 2018:
https://www.youtube.com/watch?v=LJLO5pPQhtg&t

informacja prasowa

piątek, 15 lipca 2022

Joanna Stoga: Ciągle jestem „niedokończona” /wywiad/

Z Joanną Stogą  znaną wrocławską fotografką – rozmawiamy o przyjemnościach płynących z fotografowania muzyków podczas koncertów, ekwilibrystyce towarzyszącej robieniu zdjęć kwiatom w Ogrodzie Botanicznym, o tajemnicach powstawania powieści, a przede wszystkim o tym, że warto być w życiu "niedokończonym" i wiecznie poszukiwać...

Joanna Stoga, fot. Andrzej Olechnowski

Barbara Lekarczyk-Cisek: Widuję Panią od lat na koncertach w NFM-ie. Podczas gdy ja siedzę wygodnie w fotelu i słucham, Pani pojawia się w różnych miejscach widowni i utrwala coś tak pięknego i ulotnego jak muzyka. W jakiś sposób kojarzy mi się to z pięknym filmem szwedzkiego reżysera Jana Troella: „Uwiecznione chwile Marii Larsson”. Tytułowa bohaterka ma szczególną wrażliwość w odbiorze świata i w pewnym momencie – mimo niesprzyjających okoliczności życiowych – zaczyna fotografować, dając w ten sposób upust swojej wyobraźni i emocjom. A jak było w Pani przypadku?

Joanna Stoga: Raczej nie daje upustu własnym emocjom, bardziej szukam ich w tym, co widzę. Nie kreuję obrazu, jestem wyczulonym obserwatorem i dotyczy to każdego rodzaju fotografii, jaki uprawiam, również botanicznej. W wypadku fotografii koncertowej skupiam się na emocjach artystów, a te najłatwiej uchwycić, gdy ma się z muzykami dłuższy kontakt, na przykład podczas prób. W trakcie koncertu organizatorzy na ogół ograniczają obecność fotografów do pierwszych trzech utworów, co jest zrozumiałe przez wzgląd na komfort publiczności. Jednakże muzycy dopiero się wówczas rozkręcają i próbują nawiązać kontakt z widzami. Dlatego najlepsze zdjęcia powstają po tym czasie, a zwłaszcza w trakcie bisów. Oczywiście zdarzają się artyści na tyle świadomi siebie i tak charyzmatyczni, że już od pierwszych sekund przejmują władzę nad publicznością. Fotografowanie ich jest prawdziwą przyjemnością.

Przyznam, że podziwiam także Pani zdjęcia przyrody, bo mają klimat tajemnicy, a duże zbliżenia dają złudzenie bliskiego kontaktu… Poza tą „niemożliwą” bliskością, urokliwe jest też malarskie tło – takie swoiste sfumato. Skąd u Pani zapał do fotografowania kwiatów?

Myślę, że z ogrodu dziadków… Dorastałam w otoczeniu przyrody, była plenerem dla moich dziecięcych zabaw. Dziś jest miejscem, gdzie odpoczywam i szukam inspiracji. Natomiast malarskie tło jest efektem obiektywów, których używam. Portretując daną roślinę, staram się skupić na niej całą uwagę, reszta ma być dopełnieniem, nie przeszkadzać. Nieraz wymaga to ode mnie pewnej ekwilibrystyki, zwłaszcza gdy pracuję w Ogrodzie Botanicznym, gdzie prócz roślin widać towarzyszące im tabliczki z nazwami. Lubię pokazywać naturę jako przestrzeń pełną tajemnic, a tabliczki do tego nie pasują. Z tego też względu potrzebuję sporo czasu, by znaleźć odpowiedni kadr. Krążę wokół rośliny, oglądam ją pod wieloma kątami. To bardzo nieśpieszny rodzaj fotografii.

Koniec końców okazało się, że fotografowanie nie jest Pani wyłączną pasją, skoro zaczęła Pani także pisać. Dwa lata temu ukazała się debiutancka książka: "Las, pole, dwa sobole", składająca się z krótkich opowiadań, układających się jednakże w pewną całość. Na tym jednak Pani nie poprzestała, bo oto niedawno opublikowała sporych rozmiarów powieść pod zagadkowym tytułem "Słoń z Étretat"...

To prawda. Mogę nawet powiedzieć, że ostatnio więcej zaangażowania wkładam w pisanie, niż w fotografowanie, które jest już nie tylko moją pasją, lecz przede wszystkim zawodem. Mam wrażenie, że nigdy nie przestanę szukać dla siebie nowych form wyrazu. Coraz mocniej pociąga mnie na przykład malarstwo, którym zajmował się mój dziadek.

Dotąd zazdrościłam ludziom, którzy od dziecka wiedzieli, co chcą robić w życiu. Ja próbowałam wielu zawodów i zawsze zmieniałam je z pewnym poczuciem winy. Czułam żal, że wciąż jestem „niedokończona”. Dopiero ostatnio przestałam się tym zadręczać. Poczułam się wręcz usprawiedliwiona, gdy w swoim niedawnym wystąpieniu Olga Tokarczuk stwierdziła, że takie wieczne poszukiwanie siebie daje nam przestrzeń do nieustannego rozwoju.

A wracając do literatury, dodam może, że zawsze lubiłam zapisywać przemyślenia. Będąc w wieku szkolnym prowadziłam pamiętnik, pisałam wiersze... Wróciłam do tego, gdy poczułam, że fotografia nie wystarcza mi już jako sposób opowiadania o świecie.  

Wiesław Myśliwski, mój ulubiony pisarz, powiada, że pisze się po to, aby poznać samego siebie. Proces pisania jest więc bardzo trudny i żmudny. Czy pisząc swoją pierwszą powieść doświadczyła Pani podobnych przeżyć i przemyśleń?

Podczas pisania z pewnością wiele się o sobie dowiaduję, ale nie jest to moją główną motywacją. Odkąd pamiętam, tworzyłam w głowie różne historie. Mogę nawet powiedzieć, że żyję jednocześnie w trzech światach: tym realnym, tym, który znajduję w książkach i tym, który sobie wyobrażam. Naturalną konsekwencją była więc potrzeba spisania tych wymyślonych opowieści.

Sam proces jest rzeczywiście żmudny i wymaga kondycji długodystansowca, szczególnie w wypadku powieści. To jest zadanie rozpisane na długie miesiące, podczas których codziennie trzeba się mobilizować i zachowywać żelazną dyscyplinę. Nie jest to łatwe zadanie, gdy trzeba jeszcze godzić pasję z życiem rodzinnym i codziennymi obowiązkami. Mimo trudności,  nie potrafię już sobie wyobrazić życia bez pisania. Fascynuje mnie proces tworzenia i bywa, że daję mu się bez reszty pochłonąć.

Interesuje mnie Pani warsztat pracy, o ile to nie tajemnica. Czytelnicy lubią wiedzieć takie rzeczy. Wspomniany już Wiesław Myśliwski ma zwyczaj pisania swoich powieści ołówkiem, w ogóle nie korzysta z komputera. Czy Pani również pisze najpierw odręcznie?

Zazwyczaj robię odręczne notatki, ale piszę na komputerze. Bywa, że nie wracam do zapisków, choć doceniam ich rolę, bo dzięki nim przepracowuję i pogłębiam przemyślenia. Na ogół mam określony długi łuk fabularny, jednak nie trzymam się go kurczowo, bo i mnie – podobnie jak Myśliwskiego – prowadzą słowa. Zanurzam się w proces tworzenia i zdarza się, że nie wiem, dlaczego podejmuję takie, a nie inne decyzje. To rodzaj tajemnicy. Nagle coś się pojawia w trakcie pisania – zaczynam podążać za słowem albo za bohaterem, który miał być w założeniu drugoplanowy, a nabiera istotnych cech, rozrasta się związany z nim wątek. W pisaniu istnieje więc duże pole do odkryć. Gdybym z góry miała wymyśloną każdą scenę, każdy dialog, spisywanie tego byłoby po prostu nudne i pewnie porzuciłabym taki zamysł.

Pisanie okazało się więc dla Pani ekscytującą, twórczą przygodą. Bardzo dziękuję za spotkanie i rozmowę.


niedziela, 30 maja 2021

28 maja - Gala Poznańskiej Nagrody Literackiej 0 godz. 18.00 - online

Zapraszamy na Galę wręczenia Poznańskiej Nagrody Literackiej! Spotkajmy się online dziś (28.05.) g. 18 na fb Zamek Czyta, CK ZAMEK oraz UAM.



W programie wieczoru pokaz filmów o laureatach i nominowanych zrealizowanych przez Irka Bednorza, a także minirecital Hani Rani, która dzień później wystąpi w CK ZAMEK z programem „Home”.

Jan Gondowicz, 2013, fot. Wikipedia

Laureatem Poznańskiej Nagrody Literackiej – Nagrody im. Adama Mickiewicza 2021 został Jan Gondowicz (ur. 1950) – literaturoznawca bardzo niezależny, tłumacz, wydawca. Autor książek eseistycznych, a także licznych opracowań i przekładów. Za przekład „Ćwiczeń stylistycznych” Raymonda Queneau otrzymał Nagrodę „Literatury na Świecie”. Był nominowany do Nagrody im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego (2015) oraz do Nagrody Literackiej Gdynia (2015) w kategorii esej.

Jan Gondowicz ucieleśnia żywioł zabawnego, lecz niebłahego słowa, zaskakującej interpretacji, błyskotliwych skojarzeń, rozległej i głębokiej, wręcz podziemnej erudycji. Można by rzec, że żyje literaturą, ale to za mało – on jest życiem literatury.  Czytelnikiem i pisarzem, któremu nigdy dość nowych wrażeń i wyzwań, szafarzem widzialnej i niewidzialnej biblioteki zachwyceń, do której wpuszcza nas chętnie, wszelako pod jednym warunkiem, a mianowicie, że porzucimy przed drzwiami rutynę i zniechęcenie.

Jednak wystarczy zajrzeć np. do słownika „Polscy pisarze i badacze literatury przełomu XX i XXI wieku”, by przekonać się, że ów pasjonat i entuzjasta jest przede wszystkim człowiekiem niezwykłej, gorączkowej pracowitości. Gdzież to nie pisał! Czego nie redagował! Jak wiele przetłumaczył!

Głównie interesuje go literatura, ale także teatr, film, malarstwo i – sport, szczególnie taternictwo. Nie jest wybredny co do gatunku, pisze recenzje, eseje, felietony, hasła encyklopedyczne, opracowuje katalogi, no i oczywiście książki.

Wyliczmy niektóre książki Jana Gondowicza: „Zoologia fantastyczna uzupełniona (z dodaniem układu systematycznego Adama Pisarka)” (1995), „Schulz” (2006), „Nowosielski” (2006), „Duda-Gracz” (2006), „Zoologia Fantastyczna Uzupełniona” (2007), „Paradoks o autorze” (2011), „Pan tu nie stał” (2011), „Duch opowieści” (2014), „Trans-Autentyk. Nie-czyste formy Brunona Schulza” (2014).

Przedłużeniem tej żywiołowej pasji czytania w poprzek głównych nurtów, na złość hierarchiom i kanonom, bez liczenia się z literaturoznawczą etykietą jest książka ostatnia – „Czekając na Golema” (Wydawnictwo Nisza 2019).

fot. materiały prasowe

Dziś dowiemy się także, który z nominowanych autorów otrzyma Nagrodę-Stypendium im. Stanisława Barańczaka. A są to:

Urszula Honek – autorka książek poetyckich za tom „Pod wezwaniem” (WBPiCAK 2018),

Igor Jarek – poeta, prozaik, dramatopisarz, autor scenariuszy do komiksów, za książkę „Halny” (Nisza 2020),

Katarzyna Szweda – poetka i fotografka za tom „Bosorka” (Biuro Literackie 2020).

https://www.facebook.com/ckzamek,

https://www.facebook.com/ZamekCzyta,

https://www.facebook.com/amupoznan

.......................................................................................................................................................


Poznańską Nagrodę Literacką ustanowili wspólnie w 2015, po śmierci Stanisława Barańczaka, Prezydent Miasta Poznania Jacek Jaśkowiak oraz prof. Bronisław Marciniak, ówczesny Rektor UAM. Składa się ona z dwóch części. Nagroda im. Adama Mickiewicza (60 tys. zł) przyznawana jest za całokształt twórczości, natomiast nagroda im. Stanisława Barańczaka (40 tys. zł) trafia do twórcy, który nie ukończył 35. roku życia.

W skład kapituły Nagrody wchodzą: przewodniczący prof. Piotr Śliwiński (UAM) oraz prof. Inga Iwasiów (Uniwersytet Szczeciński), Jarosław Mikołajewski (poeta, pisarz),

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki (poeta, prozaik), prof. Sławomira Wronkowska-Jaśkiewicz (UAM), prof. Szymon Wróbel (PAN, Uniwersytet Warszawski), prof. Marcin Jaworski (UAM) oraz Karol Francuzik (krytyk literacki) – od września 2020 sekretarz Poznańskiej Nagrody Literackiej.

W latach ubiegłych laureatami Nagrody im. Adama Mickiewicza byli: Krystyna Miłobędzka, Wiesław Myśliwski, Zbigniew Kruszyński, Erwin Kruk, Tadeusz Sławek oraz Anna Bikont, a laureatami Nagrody-Stypendium im. Stanisława Barańczaka: Monika Glosowitz, Kira Pietrek, Magdalena Kicińska, Małgorzata Lebda, Szczepan Kopyt i Tomasz Bąk.

informacja prasowa

środa, 15 maja 2019

Poznańska Nagroda Literacka 2019. Znamy laureatów!

To już piąta edycja Poznańskiej Nagrody Literackiej, która została powołana do życia
w 2015 roku przez Miasto Poznań oraz Uniwersytet im. Adama Mickiewicza. 



Nagroda przyznawana jest w dwóch kategoriach: za wybitne zasługi dla polskiej literatury
i kultury (Nagroda im. Adama Mickiewicza) oraz za znaczący, innowacyjny dorobek w dziedzinie literatury, humanistyki, popularyzacji kultury literackiej dla twórcy, który nie ukończył 35. roku życia (Nagroda-Stypendium im. Stanisława Barańczaka).

Miło nam ogłosić, że Nagrodę-Stypendium im. Stanisława Barańczaka otrzymał Tomasz Bąk za książkę „Utylizacja. Pęta miast”, o laureacie i jego zwycięskiej książce pisze na blogu Zamek Czyta Marcin Jaworski: Miłość w czasach końca kapitalizmu

Nagrodę im. Adama Mickiewicza, za wybitne zasługi dla polskiej literatury i kultury, otrzymał Wiesław Myśliwski.

Nagrodzonym i nominowanym serdecznie gratulujemy!

W tym roku do Poznańskiej Nagrody Literackiej byli nominowani: Tomasz Bąk, Mira Marcinów oraz Dawid Szkoła.

informacja prasowa

czwartek, 20 kwietnia 2023

Od losu nie ma ucieczki. "Idomeneo" W. A. Mozarta w Staatsoper w Berlinie /recenzja opery/

"Idomeneo" W. A. Mozarta w Staatsoper Unter den Linden w Berlinie jest spełnieniem marzeń każdego melomana. Sądzę, że przydarzyła mi się rzecz zgoła niezwykła - miałam szczęście zobaczyć i usłyszeć spektakl operowy, który nie był banalny, podejmował tematy ponadczasowe, a przy tym serwował słuchaczom prawdziwą ucztę muzyczno-wizualną. To jednak rzadkość, ale i nie przypadek, zważywszy, jacy stworzyli go artyści. 

"Idomeneo" W. A. Mozarta w Staatsoper Berlin, fot. Bernd Uhlig

"Idomeneo" - zagadkowa opera Mozarta

"Idomeneo" Wolfganga Amadeusza Mozarta jest bodaj najmniej znaną operą tego kompozytora, co może dziwić, zważywszy, jak jest znakomita. Okoliczności jej powstania wskazują, że  Mozart napisał ją na zamówienie elektora palatyńskiego, Karola Teodora, dysponującego najlepszą orkiestrą w ówczesnej Europie, kierowaną przez Christiana Cannabicha. W jej skład wchodzili wybitni wirtuozi, m. in.  Johann Baptista Wendling, którego żona Dorothea zagrała Ilię, a szwagierka Elisabeth została pierwszą Elektrą. Mozart miał wówczas 25 lat i był już dojrzałym twórcą (pierwszą operę: "Mitrydate" skomponował mając 14 lat!), więc toczył boje z librecistą ks. Giambattistą Varesco, aby postacie nie były papierowe, a role "przegadane|", o czym wiemy z jego listów do ojca. Kompozytor tworzy tę operę z wielkim zaangażowaniem - troszczy się o najdrobniejsze szczegóły, ale zarazem dba o ogólny efekt sceniczny. Narzeka na wykonawców męskich ról - Anton Raaff, tenor, grający tytułową rolę, jest dobrze po sześćdziesiątce i niektóre arie są dla niego za trudne, zaś Idamante, którego gra włoski kastrat-sopran - Vincenzo dal Prato, był podobno sztywny jak kołek i w ogóle nie umiał grać (zresztą podobnie jak Raaff). "Nie ma za grosz metody" - pisze Mozart do ojca. Trzeba więc było indywidualnie z nimi pracować, a nawet przerabiać finałową arię Idomeneo. 

 Włoskie i niemieckie strony tytułowe oryginalnego libretta opery Mozarta Idomeneo,
źródło: Wikipedia
Za to wykonawczynie ról kobiecych były świetne. Mimo wszystko Mozart był bardzo szczęśliwy, ponieważ tworzył muzykę dla wspaniałej orkiestry, a poza tym współpracował z nim znakomity choreograf i scenograf. Był także otoczony  troską i życzliwością swojego protektora. Prapremiera odbyła się w Monachium 26 stycznia 1781 roku, lecz pomimo zachwytów nad pięknem muzyki,  operę zagrano tylko trzy razy. Potem Mozart ją jeszcze poprawiał i próbował wystawiać, ale bez większego powodzenia. Także w XIX w. wystawiano ją rzadko. 

Dopiero w 1951 roku na Festiwalu w Glyndebourne Fritz Busch po raz pierwszy poprowadził "Idomeneo" według oryginalnej partytury, a także zaprosił znakomitych solistów. Niewiele to jednak zmieniło, bo w praktyce wykonawczej opery nadal stosowano skróty, a wykonawcy byli często gęsto marni. Dopiero w 1973 roku austriacki dyrygent Karl Böhm ponownie powrócił do oryginału. Upłynęło sporo czasu i dopiero w latach 2000 pojawiły się interesujące interpretacje "Idomeneo", m. in. spektakl pod dyr. Marca Minkowskiego w reżyserii Davida McVicara (tego samego, który stworzył inscenizację, o której piszę), w którym wystąpiła, podobnie jak w berlińskiej adaptacji, Magdalena Kožená. Po operę Mozarta sięgali także: Nicolaus Harnoncourt (1982), z Pavarottim w roli tytułowej czy John Eliot Gardiner, który w 1993 r. nagrał płytę z Anthonym Rolfe Johnsonem jako Idomeneuszem. W Polsce zaś po raz pierwszy zaprezentowano tę operę dopiero w 1991 roku w warszawskiej Operze Kameralnej i na tym poprzestano... 

Rozbitkowie w berlińskiej wersji "Idomeneo", fot. Bernd Uhlig

Od losu nie ma ucieczki...

Zgoda na tragiczność życia - w tym się wyraża cała nasza godność 
i nasza duma. Na pokorze wobec tego, co jest nieuchronne.
Wiesław Myśliwski

    "Idomeneo" jest operą przypominającą tragedię grecką, z jej fatalistyczną wizją świata i ludzkiego losu. Poza jednym wyjątkiem - szczęśliwym zakończeniem. Akcja rozgrywa się na Krecie, po wygranej przez Greków wojnie trojańskiej. Idomeneusz - król wyspy nie powrócił jeszcze spod Troi, ale wysłał statki z niewolnikami, wśród których znajduje się córka króla Priama - Ilia. Pod nieobecność ojca rządy sprawuje młody i wielkoduszny Idamante, który zakochuje się w Ilii, ona jednak pozostaje pogrążona w głębokiej żałobie, a odwzajemnienie uczuć "wrogowi" uważa za swoistą zdradę wobec tych, którzy zginęli z ręki Greków, w tym swojego ojca i brata ("Padre, germani, addio"). Kiedy jednak Idamante uwalnia z niewoli jej rodaków, nie potrafi pozostać obojętna, nadal czując się rozdarta pomiędzy pamięcią bliskich a miłością do szlachetnego Idamante (piękne partie chóru "Godiam la pace" o zwycięstwie Amora). Tymczasem wieść niesie, że statek, którym podróżował Idomeneusz, zatonął. Istotnie, Neptun, chcąc wystawić bohatera na próbę, ratuje mu życie pod warunkiem, że poświęci on życie pierwszej napotkanej na brzegu osoby w ofierze. Brawurowe sceny przedstawiające walkę o życie marynarzy Idomeneusza, walczących z żywiołem, są szalenie interesujące tak pod względem scenograficznym, jak i muzycznym ("Pietà, numi, pietà!"). Jak się nietrudno domyślić, pierwszym napotkanym człowiekiem okazuje się - ku przerażeniu Idomeneusza - jego jedyny syn. Następuje dramatyczna scena, w której kochający, dobry syn zostaje przez ojca odepchnięty, co sprawia mu ogromny ból. 

Andrew Staples jako Idomeneo i Magdalena Kožená jako Idamante
fot. Bernd Uhlig

    O tym, jakie są prawdziwe przyczyny zachowania Idomeusza dowiaduje się doradca króla - Arbace i doradza mu, aby odesłał syna jak najdalej. Także król sądzi, że pozbywając się syna, ukrywając go, uniknie spełnienia obietnicy danej Neptunowi. Ponadto na jego dworze przebywa księżniczka mykieńska Elektra, która po tym, jak skłoniła brata Orestesa do zamordowania matki (Klitajmestra wraz z kochankiem skrytobójczo zamordowała powracającego spod Troi Agamemnona), schroniła się przed wyrzutami sumienia (Erynie) na Krecie. Poznawszy delikatnego i dobrego Idamante, zakochuje się w nim i marzy o nowym, szczęśliwym życiu. Ona również pragnie uciec od swego losu, co koniec końców okaże się niemożliwe. Tylko Idamante i Ilia, pod wpływem wzajemnej miłości, gotowi są stawić czoła losowi i poświęcić się w imię wyższych uczuć, nie myśląc o sobie. I to oni wychodzą zwycięsko z opresji. Ostatecznie Neptun wynosi Idamante na tron (mówiąc, że miłość zwyciężyła) i dając mu za żonę Ilię. Ci, którzy buntowali się przeciwko losowi, uosobionemu w postaci Neptuna, przegrali i muszą odejść. Odchodzą więc - Idomeneusz w pokorze, Elektra zaś w zapiekłej wściekłości (wspaniała dramatyczna aria "O smanie! D`Oreste, d`Aiace"). Całość kończy jednak duet nowych panujących oraz chóru. Można by powtórzyć za Wiesławem Myśliwskim, że nie wykazali pokory wobec nieuchronności swojego losu i na skutek tego poniekąd przegrali swoje życie. 
    25-letni geniusz stworzył więc prawdziwą operę seria, w której temat mitologiczny nie pozostał czystą konwencją, za którą nie skrywa się żadna treść. Przeciwnie - mamy do czynienia z prawdziwym dramatem ludzkiego losu, który dotyczy nie tylko pojedynczych osób, ale także kładzie się cieniem na życiu całej zbiorowości. Służy temu także pogłębiona psychologia postaci. Jeśli tak na to spojrzymy, nie będziemy się zastanawiać, skąd i po co wzięła się na Krecie Elektra.

"Idomeneo", scena zbiorowa, fot. Bernd Uhlig

  "Idomeneo" w Staatsoper Unter den Linden    

       Inscenizacja operowa "Idomeneo" w Staatsoper Unter den Linden w Berlinie była moją pierwszą widzianą na żywo, wcześniej jednak poznałam dwie inne, bardziej oszczędne, jeśli chodzi o środki scenicznego wyrazu, ale zaśpiewane znakomicie. W szczególności dotyczy to nagranej na żywo w La Scali w Mediolanie wersji "Idomeneo" z 2006 roku, którą poprowadził brytyjski dyrygent Daniel Harding, a wyreżyserował wybitny, urodzony w Zurychu, reżyser teatralny Luc Bondy, dyrektor paryskiego teatru Odeon. W rolę tytułową wcielił się w obu wersjach (także późniejszej, z 2016 roku, z tym samym dyrygentem) urodzony w Malezji znakomity tenor Steve Davislim
    Wyznać muszę, że berlińska wersja była bardzo interesująca koncepcyjnie, co nie dziwi, jeśli zważyć, jakie przygotowały ją tuzy, nota bene sami Brytyjczycy. Inscenizatorem jest David McVicar, twórca mający ogromne doświadczenie (także w realizacji znanych oper Mozarta) i od lat współpracujący z wielkimi teatrami operowymi. Autorką scenografii jest brytyjska scenografka i kostiumolog - Vicki Mortimer, która zaprojektowała kostiumy i scenografię do ponad 30 spektakli, w tym do "Good" i "Medea" (West End Theatre w Londynie), a także wieczoru baletowego "AfteRite/Lore" (Teatro alla Scala di Milano). Piękne kostiumy stylizowane na wschodnie (w tym nieco kontrowersyjny, ale jakże dramaturgiczny strój dla Medei i jej służących) zaprojektowała inna Brytyjka - Gabrielle Dalton, która we współpracy z Davidem McVicarem zrealizowała wiele wcześniejszych projektów, m. in.do opery "Falstaff", kilkakrotnie w Grange Park Opera ("Don Kichot", "Idomeneo", "Don Carlos"), także w Opéra National de Lorraine w De Nederlandse Reisopera ("Don Giovanni" i "Turandot"). 

"Idomeneo", scena zbiorowa, fot. Bernd Uhlig

Efekty tej wieloletniej współpracy okazały się i w Staatsoper Unter den Linden znakomite! Powstała inscenizacja najwyższej próby, interesująca plastycznie, pełna ukrytych znaczeń, w której ogromną rolę odgrywa także światło (brawa dla Paule Constable, która pracowała dla wielu renomowanych zespołów teatralnych w Wielkiej Brytanii). Przez niemal cały spektakl nad bohaterami ciąży fatum pod postacią trupiej czaszki z zakneblowanymi ustami - zmienia kąt nachylenia, barwy, a nawet bywa zasłaniana, kiedy to bohaterowie sądzą, że udało się im uniknąć swego przeznaczenia. Znika zaś, gdy się z nim pogodzili. Piękna jest też choreografia widowiska (Colm Seery, który od lat współpracuje z McVidalem), dzięki której bohaterowie - pojedynczo i zbiorowo - poruszają się w scenicznym świecie, wspomagani strojami i rekwizytami, a także światłem, tworząc pełnowymiarowe ludzkie postaci. Sceny są skomponowane niczym obrazy - jak w teatrze plastycznym.

Olga Peretyatko - Elektra, fot. Bernd Uhlig
    Dopiero kiedy sobie uzmysłowimy, jak wiele czynników składa się na kreację postaci, warto przyjrzeć się wykonawcom głównych ról.
Otóż w obejrzanej przeze mnie 26 marca 2023 r. wersji rolę Idomeneo wcielił się Andrew Staples - uważany za jednego z najbardziej wszechstronnych tenorów swojego pokolenia, regularnie występujący z Simonem Rattle, Harding, Haïm, Davis, Salonen i Nézet-Séguin, a także z Filharmonikami Berlińskimi i wielu innymi. Bardzo dobry śpiewak i interpretator, słabszy aktor, choć w niektórych scenach, oddających jego bunt przeciw bogom, poczucie zagubienia, a wreszcie zgody na swój los był wiarygodny. Brakowało mi w tej interpretacji dramatyzmu Steve`a Davislima. Znakomicie zaśpiewała rolę Idamante  Magdalena Kožená, wyróżniał się także Linard Vrielink w roli powiernika Idomeneo - Arsace. Mistrzowski występ Koženy miał to silne, szlachetne i jasne mezzo. Śpiewaczka doskonale wyczuwa retoryczną energię muzyki, zawsze kierując się typem ekspresji i logicznym uzasadnieniem prowadzenia roli. W Ilię wcieliła się Anna Prohaska - sopran koloraturowy, predystynowana do ról lirycznych śpiewaczka, która współpracowała z takimi dyrygentami, jak  Claudio Abbado i Daniel Barenboim. W sposób wiarygodny wyśpiewała swoje dramatyczne rozterki postaci rozdartej pomiędzy żałobą a niespodzianą miłością do syna wroga. W pamięci pozostanie zwłaszcza piękna scena, w której śpiewa o swojej miłości i tęsknocie wśród spadających płatków kwiatów, zjawiskowo oświetlona, jakby przez to uczucie przemieniona. Wielkie wrażenie zrobiła również Olga Peretyatko jako Elektra. Posągowo piękna, co podkreślało jeszcze bardziej kimono, szczególnie, że choreografia i światło dawały możliwość "ogrania" kostiumu, co się znakomicie udało. Peretyatko była fascynująca, zupełnie odmienna od szlachetnej Ilii, która gotowa jest poświęcić życie dla ukochanego. Drapuieżna , ale i liryczna ("Idol mio"), zwłaszcza w partiach dramatycznych, gdy śpiewała arię "D`Oreste, d`Aiace", pragnąc już tylko śmierci i potępienia. 

Anna Prohaska jako Ilia, Magdalena Kozena jako Idamante, Olga Peretyatko jako Elektra,
w tle Andrew Staples - Idomeneo, ot. Bernd Uhlig
Piękne są też sceny zbiorowe, np. dość realistyczna scena pomoru, którym Neptun każe miasto: bohaterowie wrzucają owinięte w całun zwłoki do wspólnego grobu, a w tle płonie ogień... 
Mocną stroną spektaklu była muzyka orkiestrowa w wykonaniu znakomitej Staatskapelle Berlin, którą poprowadził Simon Rattle - genialny brytyjski dyrygent, który w 2002 roku zastąpił Claudio Abbado na stanowisku głównego dyrygenta Berliner Philharmoniker. Rattle był niewątpliwie jedną z gwiazd tego wieczoru. Stając za pulpitem, z charakterystyczną burzą siwych włosów, wyglądał jak czarodziej i istotnie wyczarował z niezwykłą subtelnością zarówno liryczne nastroje, jak i sceny pełne dramatyzmu. Po prostu mistrz!

A to już ja - szczęściara, w obiektywie Marka Ciska 
    Sądzę, że przydarzyła mi się rzecz zgoła niezwykła - miałam szczęście zobaczyć i usłyszeć spektakl operowy, który nie był banalny, bo podejmował tematy ponadczasowe, a przy tym serwował słuchaczom prawdziwą ucztę muzyczno-wizualną. To jednak rzadkość, ale i nie przypadek, zważywszy, jacy stworzyli go artyści. 


IDOMENEO I Staatsoper Unter den Linden 


Urodziny Zofii Kossak w Górkach Wielkich

9 i 10 sierpnia w ruinach Dworu Kossaków znów będzie gwarno, jak dawniej, kiedy do Górek Wielkich zjeżdżali się m.in.: Maria Dąbrowska, Wańk...

Popularne posty