Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania pan tadeusz, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania pan tadeusz, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty

środa, 7 października 2026

„Dzwonił do mnie Różewicz, żebym przyszedł z aparatem...” – wystawa fotografii Janusza Stankiewicza w Muzeum Pana Tadeusza

 9 października 2026 Muzeum Pana Tadeusza zaprasza na wystawę fotografii Janusza Stankiewicza: "Dzwonił do mnie Różewicz, żebym przyszedł z aparatem...”. Wernisaż w piątek o 17.00. Ekspozycję można oglądać do 28 marca 2027.

Choć początki znajomości Janusza Stankiewicza z Tadeuszem Różewiczem sięgają wczesnych lat dziewięćdziesiątych XX wieku, a twórczość poety zawsze była dla fotografa bardzo ważna, to ich znajomość zacieśniła się dopiero wtedy, gdy Różewicz zaczął bywać u Eugeniusza Geta Stankiewicza, brata Janusza. Get, wrocławski grafik i rzeźbiarz, autor Miedziorytu towarzyskiego znajdującego się w zbiorach Ossolineum, miał pracownię w tak zwanym Domku Miedziorytnika przy wrocławskim Rynku. Na spotkania Różewicz często przynosił ze sobą skarby znalezione podczas spacerów w parku, takie jak szyszki, piórka, kasztany czy plastikową żabkę kupioną w sklepie z pamiątkami. Efektem tych wizyt stał się cykl Zabawy przyjemne i pożyteczne prezentowany w Muzeum Narodowym we Wrocławiu w 2003 r., a także cd. Nauki chodzenia, do którego inspiracją był styropianowy model w kształcie litery „Y” autorstwa Jana Jaromira Aleksiuna. Z kolei w 2009 r. powstała jeszcze Teka zawierająca plansze z grafikami Geta Stankiewicza zestawione z wierszami Różewicza i rysunkami obu twórców.

Janusz Stankiewicz jako drukarz prac swojego brata często uczestniczył w tych spotkaniach, a jego fotografie stały się wyjątkową dokumentacją wspólnej pracy. Zdjęcia wykonane przez Stankiewicza znalazły się później na okładkach tomików Wyjście oraz nauka chodzenia. Każda z fotografii jest na odwrocie dokładnie opisana, z miejscem, czasem, datą, a nawet godziną spotkania lub opisem okoliczności, tematem rozmów czy cytatem –  zawsze eleganckim, kaligraficznym stylem. Po przeprowadzce poety na Biskupin wizyty Janusza stopniowo przenosiły się do domu Różewicza. Do domu i przede wszystkim do ogrodu, który był dla Różewicza szczególnie ważny. Na wykonanych w ciągu kilkunastu lat zdjęciach widać autora Niepokoju w prywatnym, zacisznym otoczeniu. To Różewicz nieoficjalny i pozbawiony pozy: siedzi przy stole z ciasteczkami i nalewką, w zamyśleniu wpatruje się w kwiaty, prezentuje bibeloty w „pracowni” – tak nazywał pokój, w którym powstawały wiersze – spaceruje po ogrodzie w kapciach i ulubionej niebieskiej bluzie, chowa się za drzewem jak dziecko i zmęczony wspiera się o ulubioną jarzębinę. 

Czasem czytał jakiś wiersz i pytał fotografa, co o nim sądzi. „A co ja miałem na to odpowiedzieć?” – komentuje dzisiaj Stankiewicz. Te zdjęcia powstały niejako przy okazji spotkań, w sposób naturalny, ale raz było inaczej. Różewicz zadzwonił do Stankiewicza – bo to on zawsze dzwonił – poprosił, żeby przyszedł z aparatem i dodał, że zdjęcia mogą być nieostre, ale nie wyjaśnił nic więcej. Włożył na siebie obszerny, gruby sweter, usiadł na stołku, Stankiewicz zaczął robić zdjęcia. Z przejęcia zapomniał, że w aparacie nie ma jeszcze filmu. Ta zamówiona przez poetę sesja, która powstała w styczniu 2012, była zarazem ostatnią: „Więcej zdjęć nie będzie… Ogród może pan dalej fotografować” – powiedział po jej zakończeniu Różewicz. Później, gdy oglądał odbitki, zdjęcia bardzo mu się podobały. Rozmawiali wtedy o Van Goghu. Stankiewicz dopiero po czasie znalazł w albumie z malarstwem wizerunek Starego człowieka w smutku przedstawiający mężczyznę siedzącego na krześle i prawdopodobnie to tym obrazem zainspirował się Różewicz. Portret Różewicza z twarzą w dłoniach znalazł się w książce – poeta zestawił go ze zdjęciem z pierwszej komunii i komentarzem: „jak szybko mija czas”. 

Ostatnie dwa lata tej znajomości to głównie dokumentacja ogrodu Różewicza. Widzimy, jak mijają kolejne pory roku, czas płynie. Jarzębina rośnie, kwitnie, owocuje, „Niech pan przyjedzie, został ostatni listek”, a potem znów przychodzi wiosna. Czasem gdzieś w tle widać też malutkiego Różewicza. Lubił później oglądać te zdjęcia, wołał żonę i mówił: „Wiesławo, popatrz, jakie piękne zdjęcia zrobił pan Janusz!”. Stankiewicz wspomina: „Cały czas myślał o drzewach. Wskazywał na jedno i mówił mi, że są z nim w tym ogrodzie najstarsi. Kiedy poprosiłem, żeby stanął przy drzewie do zdjęcia, skrył się za gałęziami i liśćmi. Otulał się nim, podobnie jak na zdjęciu z dzieciństwa z matką, przy kwitnącej jabłoni”. Spotkali się jeszcze 25 marca 2014 r. Przebieg tego spotkania widzimy niemal klatka po klatce: wczesna wiosna, kwitną pierwsze kwiaty, poeta spaceruje po ogrodzie z laską, a jego żona wzmacnia trawę. Zaczyna padać, Różewicz idzie do domu, prosi, aby po zakończeniu fotografowania Stankiewicz przyszedł na czekoladową Pliskę. Siądą, jak zwykle, przy stole w salonie, wypiją likier, będą rozmawiać. Gdy Różewicz na chwilę wyjdzie, Stankiewicz zrobi jeszcze zdjęcie pustego krzesła, a przez okno widok ogrodu w deszczu. I to będzie ich ostatnie spotkanie. Tadeusz Różewicz zmarł miesiąc później, 24 kwietnia 2014 r., nie zdążył zobaczyć wiosennych zdjęć z ogrodu, choć były już wywołane.

Janusz Stankiewicz powiedział niedawno, że dla niego to nie tyle wystawa, co opowieść o spotkaniach: „Nigdy nie wiedziałem, czy będą kolejne, każde mogło być ostatnie, dlatego starałem się uchwycić jak najwięcej”. 


Biogram

Janusz Stankiewicz – współtwórca, aktor i przez wiele lat szef Teatru Mimu „Gest” we Wrocławiu, fotograf, drukarz, miłośnik kaligrafii, z wykształcenia historyk. Urodził się w 1944 roku w Oszmianie na Wileńszczyźnie. Od 1962 roku mieszka we Wrocławiu. Brat i współpracownik Eugeniusza Geta Stankiewicza, drukarz oraz dokumentalista jego prac, między innymi zrealizowanych wspólnie z Tadeuszem Różewiczem Zabaw przyjemnych i pożytecznych oraz cd. Nauki chodzenia. Autor wystaw fotograficznych, między innymi Oszmiański aparat’czik i Ogrody R. Najbardziej znanym cyklem jego prac jest Epitafium i wiatr…, seria fotografii kilkuset osób na tle epitafium Melchiora Brichsela na ścianie kościoła pw. św. Elżbiety we Wrocławiu, zebranych w albumie pod tym samym tytułem. Janusz Stankiewicz przez kilkanaście lat fotografował poetę Tadeusza Różewicza.


„Dzwonił do mnie Różewicz, żebym przyszedł z aparatem…”
wystawa fotografii Janusza Stankiewicza
9 października 2026–28 marca 2027


kuratorka: Ewelina Wypchło

produkcja: Ewelina Wypchło i zespół Działu Technicznego

współpraca multimedialna: Magdalena Sozańska, Dział Technologii Informatycznych

opieka konserwatorska: Dział Konserwacji i Aleksandra Kuklewska

identyfikacja wizualna: Magdalena Subocz

promocja: Marek Paś i zespół Działu Projektów Muzealnych

opracowanie tekstów: Dobromiła Jankowska

użyczenie obiektów ze zbiorów Zakładu Narodowego im. Ossolińskich: Dział Rękopisów

wykonanie skanów fotografii: Pracownia Reprograficzna


informacja prasowa

piątek, 2 października 2026

Monoteatr Wiesława Gerasa /wywiad/

Rozmawiam z Wiesławem Gerasem  – cenionym animatorem kultury, dziennikarzem i działaczem społecznym, związanym przede wszystkim z Wrocławiem oraz ruchem teatrów jednego aktora. Przez 50 lat z sukcesem organizował w stolicy Dolnego Śląska przeglądy monodramów, które na stałe wpisały się w kulturalny pejzaż miasta. Próbując odpowiedzieć na pytanie, czym jest teatr jednego aktora, Piotr Konrad nazwał go trafnie i dowcipnie ”teatrem jednego Gerasa”. Wkrótce czeka nas jubileuszowy 60. przegląd!

Wiesław Geras uhonorowany złotym medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis,
fot. z archiwum Wiesława Gerasa

Barbara Lekarczyk-Cisek: Spotykamy się z powodu dwóch ważnych wydarzeń, których jest Pan bohaterem. Po pierwsze, w tym roku został Pan uhonorowany złotym medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” za swoje dokonania na niwie teatralnej. Po wtóre, 17 października tego roku mija 60 lat od otwarcia w Piwnicy Świdnickiej pierwszego przeglądu monodramów, którego jest Pan prawdziwym spiritus movens. Dzięki Panu odbędzie się we Wrocławiu ponownie prezentacja monodramów w wykonaniu aktorów uczestniczących w początkach przeglądu. Historia zatoczyła koło… Zanim w naszej rozmowie poddamy refleksji minione „teatralne lata” i Pański w nich udział, proszę nam przybliżyć program jubileuszu.

Wiesław Geras: Przygotowując program jubileuszu zdecydowałem się na to, by wystąpili w nim aktorzy wrocławscy. W gronie tym znalazł się również Wiesław Komasa, który zadebiutował we Wrocławiu 55 lat temu spektaklem „Wołający”. Na jubileusz, który jednocześnie będzie zamknięciem jego kariery scenicznej, przygotował spektakl autobiograficzny, dziesiąty w swojej karierze. Chciałbym też zaprosić Zdzisława Kuźniara, 95-letniego wrocławskiego aktora, który ciągle jest w znakomitej formie. Zrobił w swoim życiu cztery monodramy, m. in. genialnego „Feuerbacha” na podst. Tankreda Dorsta, a także „Dwa dni z synem”, inspirowany sztuką Edmunda Morrisa „Drewniany talerz” – niezwykle poruszający monodram, w którym zawarł osobiste wspomnienia. Chciałbym też, aby wystąpiła Agata Kucińska, która zaprezentowała przed laty monodram zatytułowany „Sny” na podst. Iwana Wyrypajewa, za który otrzymała Nagrodę Dziennikarzy. Zrealizowała też słynne „Żywoty świętych osiedlowych” na podst. tekstu Lidii Amiejko. Może uda się zaprosić wybitnego wrocławskiego aktora i poetę Bogusława Kierca, który także prezentował swoje monodramy podczas WROSTJA, m. in. „Mojego trupa” na podst. tekstów Adama Mickiewicza.

Na WROSTJA bywałam już od lat 70., a był to czas szczególnego rozkwitu teatru. Można było obejrzeć wspaniałe przedstawienia zarówno w teatrach zawodowych, jak też teatr eksperymentalny Jerzego Grotowskiego. Ponadto co 4 lata odbywały się Festiwale Teatru Otwartego, na których pojawiły się grupy teatralne z całego świata, od amerykańskiego The Bread and Puppet Theatre po japoński teatr kabuki. Na te spektakle, podobnie jak na Pańskie przeglądy monodramów, waliły tłumy. WROSTJA przetrwały rozmaite burze i udało się w 2016 roku osiągnąć niebywały wprost jubileusz 50-lecia. I to w wielkim stylu! Począwszy od 2010 towarzyszyłam przeglądowi monodramów regularnie, recenzując spektakle i przeprowadzając wywiady z aktorami. Na początku nowego wieku przegląd stał się przedsięwzięciem międzynarodowym. Jak do tego doszło?

Zaczęło się to od roku 2000, kiedy to Międzynarodowy Instytut Teatralny, którego jestem członkiem do dziś, zorganizował spotkanie dyrektorów – organizatorów festiwali. Odbyło się w Moskwie, gdzie przewodniczył mu Walery Kazanow. Mnie uczestnictwo zaproponował rektor Akademii Teatralnej w Warszawie – Lech Śliwonik, a prócz mnie pojechał także ówczesny dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie – Jarosław Kilian. Podczas naszego pobytu w Moskwie trwał czwarty festiwal teatrów jednego aktora. Spotykaliśmy się nie tylko na przedstawieniach, ale także w pięknym budynku domu kultury, gdzie spożywaliśmy posiłki, rozmawiali i słuchali koncertów na żywo. Wziąłem ze sobą do Moskwy plakat WROSTJA i podczas jednego z tych spotkań pochwaliłem się, że organizuję właśnie 43 festiwal monodramów. Wywołałem zdumienie i wielki aplauz. Na kolejnym spotkaniu zaprosiłem dyrektorów na następny festiwal do Wrocławia. Od tej pory zaczęła się wymiana, a mnie ustanowiono przewodniczącym rady dyrektorów.

W rezultacie do Wrocławia (i nie tylko!) zawitali tak znakomici aktorzy, jak Wsiewołod Czubenko czy Birute Mar. Litewska aktorka miała nawet swój benefis, podczas którego prezentowała – w trzech językach! – swoje wspaniałe monodramy, a ponadto promowała swoją monografię wydaną w serii „Czarna książeczka z Hamletem”. Jest to niezwykła twórczyni w pełnym tego słowa znaczeniu: pisze, gra, reżyseruje…W Polsce występowała wielokrotnie i wszystkich nas zachwyciła. Czy miał Pan realny wpływ na to, kogo zaprasza?

Oczywiście! Jeździłem na festiwale i oglądałem przedstawienia. Byłem na około stu międzynarodowych festiwalach! Odkryłem w ten sposób także Lidię Danylczuk, a z Birute Mar zaprzyjaźniłem się w Moskwie. Od razu powstała między nami jakaś więź porozumienia i potem artystka przyjeżdżała do Polski 5 czy nawet 6 razy, nie tylko do Wrocławia, ale także do Warszawy i Torunia. Gdy dyrektorem Teatru Polskiego im. Arnolda Szyfmana w Warszawie został po powrocie z Paryża Andrzej Seweryn, zaprosił mnie do współpracy i dzięki temu mogliśmy tam również prezentować monodramy. 

Z kolei Larysę Kadyrową, pamiętną odtwórczynię tytułowej roli w spektaklu Tadeusza Różewicza „Stara kobieta wysiaduje”, poznałem w Kijowie. Starsza, poważna aktorka, wykładowczyni w szkole teatralnej. Kiedy poznaliśmy się lepiej, zdradziła mi, że jej marzeniem jest przyjechać do Polski, do Wrocławia, aby zobaczyć salę Grotowskiego. Po kilku latach przyjechała na moje zaproszenie z monodramem na podst. dramatu Różewicza i zaprezentowała go właśnie w Instytucie Grotowskiego. Widziałem też, jak Lidia Danylczuk uklękła w sali Grotowskiego i przez nikogo niezauważona, poza mną, ucałowała drewnianą podłogę… Okazało się potem, że była wielką admiratorką sztuki aktorskiej Ryszarda Cieślaka. Wielu aktorów pragnęło zobaczyć tę salę i myśmy im to umożliwiali. Takie to były mocne przeżycia! 

Dodam, bo Panu pewno byłoby niezręcznie, że aktorzy Pana uwielbiają i darzą wielką atencją, co mogłam nie tylko wyczytać w jubileuszowej książce wydanej przez Klub Krytyki Teatralnej, ale także wielokrotnie sama byłam tego świadkiem. Wspomniana już Lidia Danylczuk nazwała Pana „Rycerzem jednego aktora”, Birute Mar napisała, że jest Pan jednym z nielicznych ludzi, który całym sobą poświęca się teatrowi i że „geras” w języku litewskim znaczy „dobry”… A Krzysztof Gordon zauważył, że daje Pan aktorom poczucie bezpieczeństwa. Myślę, że ta płynąca od ludzi dobra energia i serdeczność dają Panu wiele sił do walki o to, aby teatr jednego aktora trwał...

To prawda, że dzięki teatrowi poznałem wielu przyjaciół i życzliwych mi ludzi.  Dawało mi to zresztą siłę i motywację do organizowania kolejnych festiwali teatru jednego aktora, także poza Wrocławiem. Robiłem festiwale w dziesięciu miastach, m. in. w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim, przez 40 lat w Toruniu – mieście z którego pochodzę. Robię to z pasji, a nie dla pieniędzy.

Monodram jest dla mnie prezentacją sztuki wielkiego aktorstwa, często bardzo oszczędną – kiedy aktor nie tyle gra, co JEST na scenie, w dodatku blisko widza. To robi ogromne wrażenie! Do dziś pamiętam wybitne kreacje Birute Mar, Ewy Błaszczyk, Aleksandra Rubinovasa czy Wsiewołoda Czubenki.

Zawsze preferowałem monodram z jego czystej, oszczędnej postaci. Liczy się przede wszystkim osobowość aktora. Już na pierwszym przeglądzie wystąpiła Danuta Michałowska, słynna aktorka Teatru Rapsodycznego, która przygotowała „Bramy raju” Jerzego Andrzejewskiego we własnej adaptacji i reżyserii, z muzyką Krzysztofa Pendereckiego. Ubrana była w czarną suknię i ciemnobrązowy płaszcz z kapturem, przypominający mnisi habit, który wykorzystała na różne sposoby, grając postacie uczestników krucjaty. To był jedyny rekwizyt! Po tym występie publiczność wprost szalała – takie zrobiła wrażenie. To był prawdziwy wielki teatr!

Po pierwszym przeglądzie, w 1966 roku, obejrzałem w telewizji Zofię Rysiównę w spektaklu „Życie”, opartym na tekstach poetyckich Ernesta Brylla i wyreżyserowanym przez Adama Hanuszkiewicza. Spektakl mną wstrząsnął i już następnego dnia starałem się skontaktować z aktorką, by ją zaprosić do Wrocławia. Jej jedynym rekwizytem było jabłko. Grała z chustą narzuconą na ramiona, które kurczyły się pod nawałą cierpień, to znowu się prostowały. Wyraz oczu, wyrazista dykcja – wszystko to robiło niesamowite wrażenie. Do dziś ją pamiętam. Podobnie jak Wojciecha Siemiona, który pojawił się we Wrocławiu już na pierwszym festiwalu – ze „Zdradą” Izaaka Babla. Wspaniały aktor, który potrafił zawładnąć publicznością całkowicie! Znakomitą wykonawczynią monodramów była także Irena Jun, która zrealizowała około dwudziestu monodramów i bywała we Wrocławiu wielokrotnie.  Podobnie Tadeusz Malak, Janusz Gajos, Kalina Jędrusik – listę wspaniałych aktorów prezentujących monodramy można by ciągnąć bez końca...

Nurtuje mnie, skąd czerpie Pan siły na tak absorbujące zajęcie, jakim jest organizacja dziesiątków festiwali, w dodatku od tylu lat. Domyślam się, że powoduje Panem wielka, nieustająca pasja, której źródeł należy zapewne poszukiwać w Pańskiej biografii…

Poniekąd tak jest, choć trudno mi to zracjonalizować. Moja długowieczna ciotka, której zabrakło zaledwie kilku miesięcy do ukończenia 105 lat życia, darzyła mnie szczególną sympatią. Namówiona przez bliskich spisała wspomnienia, w których przywołała również historię mojego ojca, zamordowanego przez Niemców 20 października 1939 roku. Moja matka tak bardzo przeżyła tę śmierć, że w ogóle nic o ojcu nie mówiła. Natomiast ciotka napisała, że zanim ojca rozstrzelano, spisał na karteczce i podał komuś słowa skierowane do mojej matki, aby wychowała mnie na porządnego człowieka... To był rodzaj testamentu, który starałem się wypełnić swoim życiem. Po śmierci ojca matkę wyrzucono z domu i udała się wraz ze mną, wówczas niemowlęciem w wózeczku, do Torunia. Po jakimś czasie aresztowano ją i skierowano na roboty przymusowe do fabryki broni, która znajdowała się pod Toruniem. Mną zaopiekowała się w tym czasie siostra matki. Po wojnie, z powodu biedy, znalazłem się w domu dziecka, który w Chełmnie prowadziły siostry zakonne. W 1954 roku poszedłem do technikum mechanicznego, bo tam posłała mnie siostra matki, choć nie miałem żadnych dyspozycji w tym kierunku. Będąc w drugiej klasie założyłem tam koło PTTK, bo pragnąłem być blisko ludzi. Z technikum ostatecznie zrezygnowałem. Jednak w 1957 roku wydarzyło się coś, co znacząco wpłynęło na moje losy. Otóż „Gazeta Toruńska” ogłosiła konkurs – ankietę: „Co interesuje młodzież?”. I ja ten konkurs wygrałem! Napisałem wtedy, że należy kultywować kulturę. Co więcej, polecono mi stworzyć taki klub. Do dziś nie rozumiem, skąd ja to wiedziałem… Dzięki pracy w klubie zostałem wysłany na kurs do Warszawy i wtedy po prostu oszalałem: spotkania z pisarzami, muzea, teatry… Wróciłem stamtąd zupełnie odmieniony. Nawiązałem nowe kontakty i zacząłem zapraszać do Torunia pisarzy i aktorów. A że mój klub znajdował się vis a vis teatru, to ciągle tam przesiadywałem wieczorami. W Toruniu odbywał się Festiwal Teatrów Polski Północnej, więc oglądałem także gościnne przedstawienia. Takie były moje początki. A ponieważ mój klub działał bardzo prężnie, zaproszono mnie do Wrocławia, abym poprowadził Piwnicę Świdnicką. To, że do dziś funkcjonuję w teatrze, zawdzięczam także mojej córce Kasi, która jest dla mnie wielką pomocą i wsparciem. Podobnie jak ja, lubi robić coś dobrego. 

Bez wątpienia zrobił Pan wiele dobrego organizując przez dziesięciolecia przeglądy teatrów jednego aktora – są to lata dla kultury ważne i niezapomniane. Bardzo Panu gratuluję i dziękuję za rozmowę.

środa, 5 sierpnia 2026

Piotr Tomaszuk – cicerone teatralnych podróży /wywiad/

„W teatrze najpiękniejsze jest to, że czasem zabiera nas w podróż z takim cicerone, bez którego nigdy byśmy sami tej podróży nie odbyli. A ponadto nie miałaby ona takiego charakteru”. Rozmawiam z Piotrem Tomaszukiem – reżyserem i dramaturgiem teatralnym, scenarzystą, współzałożycielem działającego już 35 lat unikalnego autorskiego Teatru Wierszalin w Supraślu, wielokrotnie nagradzanym w Polsce i na świecie.

Piotr Tomaszuk, fot. Magdalena Rybij

Barbara Lekarczyk-Cisek: Podziwiam Pańskie dokonania od dawna, nigdy jednak nie miałam okazji porozmawiać o Pańskim niezwykłym teatrze. Uznałam, że jest teraz dobra do tego okazja: Teatr Wierszalin świętuje w tym roku 35-lecie istnienia, Pana zaś uhonorowano tytułem doktora honoris causa Uniwersytetu w Białymstoku. Wszystko to skłania do rozmaitych refleksji, przede wszystkim nad tym, jak te lata poświęcone intensywnej pracy nad spektaklami wpłynęły na Pańskie postrzeganie teatru i życia. Bo w Pańskim przypadku są to sfery nierozłączne…

Piotr Tomaszuk: Teatrem zacząłem się interesować ponad pięćdziesiąt lat temu. W czasach mojej młodości, chłonnej i kształtującej, miałem okazję zetknąć się w Teatrze Dramatycznym im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku z interesującymi reżyserami, począwszy od Jerzego Zegalskiego, a skończywszy na Andrzeju Witkowskim czy Wojciechu Pisarku. To była ekipa, która przyjechała do Białegostoku w latach 70. I realizowała ambitny repertuar. Działał też znakomity Białostocki Teatr Lalek, który prowadził od końca lat 60. Krzysztof Rau i gdzie ciekawe przedstawienia reżyserował również Jan Wilkowski. Wtedy właśnie zaczęła się moja fascynacja teatrem, dzięki której zdecydowałem się na studia na Wydziale Wiedzy o Teatrze w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie. Erudycję zawdzięczam znakomitym wykładowcom, począwszy od prof. Zbigniewa Raszewskiego, poprzez Stefana Mellera, Martę Fik, Zbigniewa Wilskiego, Andrzeja Wanata, po Jerzego Koeniga i Aleksandrę Okopień-Sławińską. To byli wspaniali pedagodzy, którzy potrafili rozżarzyć moją fascynację teatrem w sposób sensowny i wzbogacający. Cała moja młodość była fascynacją teatrem kogoś, kto ogląda i opisuje, ale potem zacząłem się nim zajmować praktycznie. Zdałem egzaminy na reżyserię teatru lalek w Białymstoku i właściwie jej nie ukończyłem, bo wcześniej zacząłem reżyserować. W tamtym czasie klasyka miała jeszcze mocną pozycję i był to okres, który nie pozwalał zwątpić w teatr. A 35 lat tworzenia teatru na scenie zmienił mój ogląd: zacząłem patrzeć na teatr od środka, a to zupełnie co innego. 

Różnic jest wiele, ale na szczęście początek z końcem się spotykają: ciągle uważam, że teatr jest czymś fascynującym – oddałem mu całe swoje życie. 

Zanim znalazł się Pan w teatrze i pojął, że jest to dziedzina sztuki, w której najpełniej się odnajduje, to „na początku było słowo”. Pan nie tylko adaptuje teksty, które potem stają się osobistymi wypowiedziami, ale również sam pisze, czego przykładem może być „Traktat o manekinach” Bruno Schulza. Chciałabym zapytać o Pańskie inspiracje literackie. Co sprawia, że przemawia do Pana taki, a nie inny tekst?

Inspiracje są bardzo różne. Do Mickiewicza doszedłem bardzo późno. Na początku swojej działalności reżyserskiej nie śmiałem po niego sięgnąć – uważałem, że jest to literatura, do której nie dorosłem. I chyba dobrze się stało. Mickiewicza warto tworzyć z aktorami na scenie wówczas, kiedy człowiek pozbył się tych ambicji, które każą mu myśleć, że wie więcej niż autor. Bardzo wielu młodych reżyserów wychodzi z tego właśnie założenia. Próbują więc autora zmienić i niejako „przerobić pod siebie”. Powstają dzieła często nawet interesujące formalnie, ale nie przyczyniają się do zrozumienia tekstu. A ja jestem jednak wychowany w tradycji reżyserii interpretującej. Sztuka interpretacji jest jedną z podstawowych umiejętności reżyserskich, ale ta umiejętność obecnie zanika. Pojawiła się za to tendencja do narzucania autorom myśli zupełnie im obcych, aberracyjnych w stosunku do nich. Rodzaj lektury, by tak rzec, skromnej i ostrożnej wypadł z mody. Tymczasem po Mickiewicza warto sięgnąć, gdy człowiek się pozbył tych nadmiernych ambicji osobistych i szuka prawdy w autorze.

Inspiracje literackie były dla mnie zawsze punktem wyjścia, bo teatr jest domem literatury. Nie wierzę w teatr, który powstaje z pominięciem tekstu. Oczywiście, teatr może sięgać po takie środki wyrazu, upodobnić się do pantomimy czy do moving theatre, gdzie ważny jest głównie wyraźny i plastyczny ruch, ale wszystko, co dotyczy literatury, znika przygniecione tą wizją. Taki teatr nigdy mnie nie pociągał. Uważałem go zawsze za miejsce, gdzie literatura obleka się w ciało. I fascynujące jest, że teatr pozwala zmaterializować to, co na poziomie tekstu jest tylko „marą bladą”, jakby powiedział Mickiewicz. Zawsze fascynowało mnie odkrywanie tego backgroundu, który drzemie w dobrym tekście dramatycznym napisanym przez Ibsena czy Czechowa. Wszędzie tam są pewne okoliczności i elementy rzeczywistości obiektywnej otaczającej bohaterów. I ta rzeczywistość musi zaistnieć, aby tekst miał sens. Odkrywanie świata, który stoi za słowami, zawsze mi się szalenie podobało jako działalność poniekąd detektywistyczna. Kiedy wraz z aktorami zaczynamy się zastanawiać, co jest podstawą takiego, a nie innego zdania, takiej, a nie innej uwagi odautorskiej zawartej w didaskaliach. To praca analityczna, pozwalająca zrekonstruować wizję autora. Ten rodzaj reżyserii zawsze był mi bliski. Oczywiście, nie rezygnowałem też z wymogu wyrazistości formalnej. Teatr Wierszalin od początku różnił się od innych także tym, że myśmy zawsze wykorzystywali fizyczność aktora, wprowadzając m. in. doświadczenia i metodę ćwiczeń Jerzego Grotowskiego czy też po prostu dbając o pewną wyrazistość, którą do teatru polskiego wprowadził swoimi spektaklami Tadeusz Kantor. Podzielam założenie kantorowskie, że teatr opracowuje zasady istnienia sam dla siebie, na rzecz jednego przedstawienia i że ten świat od początku do końca jest spójny albo rozlatuje się w odbiorze widza i nie zostaje z niego nic. Pierwsze przedstawienia Kantora zobaczyłem będąc na studiach w Warszawie i od tego momentu wiedziałem, że to jest dla mnie niedościgły wzór. Natomiast przedstawień Grotowskiego nie widziałem na żywo. Jednak dużo na ten temat czytałem i sam praktykowałem wiele ćwiczeń, które Grotowski i jemu podobni proponowali aktorom. Myślę, że ten rodzaj treningu aktorskiego dał mi bardzo dużo w sensie rozumienia tego, o co chodzi na scenie i czego potrzebuje aktor, aby wiarygodnie zaistnieć. 

Miałam szczęście zobaczyć wszystkie przedstawienia Tadeusza Kantora w ramach Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych, odbywającego się przez wiele lat w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Spektakle Cricot 2 były zachwycające i niepowtarzalne, niepodobne do żadnych innych i bardzo poruszające, np. „Wielopole, Wielopole”… Natomiast Grotowskiego widziałam na żywo kilkakrotnie „Apocalypsis cum figuris” i było to także szczególne doświadczenie. Kantor jednak poruszał mnie bardziej, zarówno podejmowanymi tematami, jak i formą.


Z perspektywy czasu uważam, że Kantor był artystą znacznie istotniejszym dla polskiego teatru niż Grotowski, który był przede wszystkim bardzo interesującym eksperymentatorem poszukującym środków wyrazu aktorskiego. Jeśli jednak chodzi o całościową wizję i dzieło teatralne, sądzę, że Kantor go przewyższa. 

Do tych niewątpliwie wybitnych artystów teatru dodałabym jeszcze Jerzego Grzegorzewskiego, którego przedstawienia miałam okazję oglądać  w z końcem lat 70. podczas jego pracy we wrocławskim Teatrze Polskim, m.in. niezwykle piękny poetycki „Sen nocy letniej” Szekspira i inspirującą inscenizację opowiadania Tadeusza Różewicza: „Śmierć w starych dekoracjach”, dzięki której przekonałam się, że nie istnieją tzw. dzieła niesceniczne. Od tamtej pory w Grzegorzewskim widziałam również wizjonera teatru.

W tamtym czasie Grzegorzewski wydawał mi się reżyserem bardzo hermetycznym i właściwie unikałem jego przedstawień. Miałem do niego „pretensję”, że za bardzo skupia się na sobie i niszczy materię tekstu. Ale po latach chyba zmieniłbym swoją ocenę. Z wiekiem uświadomiłem sobie, że Grzegorzewski był reżyserem bardzo indywidualnym, osobnym, a w związku z tym autorzy, po których sięgał, zyskiwali jakiś odrębny znaczeniowy odcień. Ten rodzaj zanurzenia w literaturze, który cechował Grzegorzewskiego, jest mi obecnie coraz bliższy. To jest rodzaj „błądzenia” po tekstach i wewnątrz tekstu zgodnie ze swoimi przeczuciami, marzeniami, wizjami. Grzegorzewski przeniósł potem do Teatru Narodowego w Warszawie ten rodzaj opowiadania własnego świata wyobraźni, który uruchamia się na styku indywidualności i wielkiej literatury. To jest właśnie najciekawsze w teatrze, kiedy możemy podążać za autorem, ale mając takiego przewodnika, jak interesujący reżyser. W teatrze najpiękniejsze jest to, że czasem zabiera nas w podróż taki cicerone, bez którego nigdy byśmy sami tej podróży nie odbyli. A ponadto nie miałaby ona takiego charakteru, gdybyśmy podróżowali sami. 

Rafał Gąsowski w spektaklu Piotra Tomaszuka: "Bóg Niżyński"
fot. Bartek Siejwa
W moim odczuciu Pan także jest takim cicerone, dzięki któremu przeżyłam pasjonujące teatralne przygody i dotyczy to wszystkich bez wyjątku spektakli, które mogłam obejrzeć na żywo. Dla mnie ważne jest, że swoim teatrem dotyka Pan spraw istotnych. Od dłuższego czasu tkwię po uszy w prozie Sandora Marai`ego, o którym można by powiedzieć (on sam to zresztą tak określał), że w swoich powieściach i dziennikach dotykał spraw fundamentalnych: badał mianowicie ludzką duszę, ale także dusze poszczególnych narodów: Francuzów, Niemców… Pan poprzez teatr robi w gruncie rzeczy coś podobnego, bada duszę człowieka poddanego ekstremalnym doświadczeniom. Taką tendencję dostrzegłam w „Bogu Niżyńskim”, „Reportażu o końcu świata” czy w „Traktacie o manekinach”. A człowiekiem nie można zajmować się w sposób płaski, pozbawiony sfery transcendencji, tajemnicy… 

Rzeczywistość, którą pokazujemy widzom, musi być bogata, a jej bogactwo zależy od tego, jak głęboko sami jesteśmy w stanie zrozumieć rzeczywistość. Człowieka łatwo jest sprowadzić do jednego wymiaru, ale cała sztuka polega na tym, aby przy pomocy wehikułu, jakim jest teatr, ukazywała całe bogactwo człowieka, jego wielowymiarowość. Ważny jest także wybór tematów. „Reportaż o końcu świata” adaptowałem właśnie dlatego, że wydawał mi się bogaty wewnętrznie. Temat poruszony przez Włodzimierza Pawluczuka w jego książce był wielokrotnie podejmowany przez różnych autorów. Tadeusz Słobodzianek napisał aż trzy sztuki poświęcone sekcie grzybowskiej, której przewodził prorok Ilja, ale żadna z tych sztuk nie jest bogata i do pięt nie dorasta książce Pawluczuka. Ludzie, którzy zaludniają świat dramatów Słobodzianka, są prymitywni, jednowymiarowi w taki sposób, jak on sam rozumie człowieka. Ja natomiast zawsze wolałem zakładać istnienie w człowieku jakiejś tajemnicy, która ujawnia się, gdy bohater nie jest tylko poważny, ale potrafi być czasem śmieszny, ma swoje małości, ale one nie przeszkadzają temu, aby mógł istnieć także w swoich wielkościach. Może nie jest to tak widoczne w przedstawieniach mickiewiczowskich, bo tam człowiek funkcjonuje w zupełnie innej perspektywie.

Ale u Szekspira także współistnieją te dwie rzeczywistości…

Tak, u Szekspira to jest. W wielkiej literaturze dramatycznej zawsze jest to podejrzenie wielkości człowieka.

Czy temat szaleństwa w spektaklu „Bóg Niżyński” nie służy także odsłonięciu tajemnicy człowieka? Tam z kolei punktem wyjścia stał się dziennik słynnego tancerza.

Inspiracją była dla mnie sama postać Niżyńskiego, ale także jego dziennik, który ukazał się w języku polskim, bez cenzury, na początku lat 2000. Dla mnie to było olśnienie, bo zrozumiałem, że ten zapis, będący na pozór dokumentem, jest z drugiej strony rodzajem pułapki. Traktując tekst jako coś, czemu mielibyśmy uwierzyć do końca, zrobilibyśmy krzywdę jego autorowi. Widziałem w Łodzi realistyczne przedstawienie Kamila Maćkowiaka na podstawie „Dziennika” Wacława Niżyńskiego i zobaczyłem klęskę tego aktora. Zrozumiałem wtedy, że muszę to zrobić inaczej, niż adaptując sam tekst. Dochodzenie do świadomości, jak uczynić bohatera prawdziwie pojemnym w teatrze, było procesem, który najlepiej zaowocował „Bogiem Niżyńskim” i „Ofiarą Wilgefortis”. Spektakle te są najlepszym przykładem na to, że to, co jest pierwowzorem, pozwala zbudować tę głębię w odbiorze widza, której ja sam bym oczekiwał. Nigdy nie zadawalałem się powierzchowną, najłatwiej dostępną warstewką. Sam tytuł „Bóg Niżyński” pokazuje z jednej strony skalę wzniosłości, a z drugiej – skalę upadku. To jest najlepszy przykład na to, czego oczekuję od swoich bohaterów. Muszą streścić także kawałek naszego życia – nas samych. Niżyński był z jednej strony bożyszczem tysięcy, z drugiej – został skazany na dobrą lub złą wolę swoich opiekunów, kiedy popadł w obłęd. Sens teatru polega m. in. na przypomnieniu takich ludzi, pokazaniu ich wielkości i upadku. Ku przestrodze, do przemyślenia, wejścia w samych siebie. Pokazujemy w naszym teatrze historię, która jest ciekawsza i bogatsza niż świat na zewnątrz, bardziej symboliczna, otwierająca. 
Wspaniałym tego przykładem są przedstawienia mickiewiczowskie, bo jego słowa – te światy, które otwiera przed nami swoją poezją, są oczyszczające – to prawdziwa katharsis. W teatrze zawsze poszukiwałem takiego oddziaływania. Wzruszenie było dla mnie podstawą relacji z widzem. Widz, którego nie udało mi się wzruszyć, był dla mnie stracony przez mój nieumiejętny wysiłek.

Teatr to nie tylko reżyser, ale także aktorzy, którzy go współtworzą. Czy zrobiłby Pan „Boga Niżyńskiego” bez tak utalentowanego aktora jak Rafał Gąsowski?

Oczywiście, że nie! Całe to myślenie o bohaterze wynikało też stąd, że moim aktorem i przyjacielem zarazem jest wspaniały artysta Rafał Gąsowski, który był w stanie udźwignąć tę postać, m. in. dlatego, że nie jest tancerzem. Gdyby, jak Maćkowiak, miał za sobą szkołę baletową, być może ta cała praca by nam nie wyszła. Myśmy poszli w kierunku dramatu człowieka, który nie jest już w stanie tańczyć, a jednak buduje „taneczną mszę”. Rozwijaliśmy tę postać w rozmowach, pokazywałem Rafałowi napisane wcześniej fragmenty scenariusza, bo było dla mnie istotne, czy odnajduje się w tych tekstach. „Bóg Niżyński” jest pisany dwoma językami: językiem dokumentu, a także językiem poematu. Dialogi mają charakter utworu poetyckiego. To, że mogłem konfrontować swój tekst z wykonawcą, było szalenie ważne. 

Rafał Gąsowski w spektaklu Piotra Tomaszuka: "Bóg Niżyński",
fot. Bartek Siejwa
Czy tego rodzaju praca z aktorem jest w Pana wypadku regułą?

Nie zawsze, bo nie każdy artysta jest gotowy na taką współpracę. Jeśli wyczuwam w aktorze coś w rodzaju wulkanu, który nie musi dymić, ale jest, to tak z nim pracuję. Często jednak mamy do czynienia z artystami, którzy tylko udają, że coś się w nich gotuje, ale kiedy dochodzi do konieczności pokazania emocji czy zbudowania relacji, to się okazuje, że w środku mają wystygłą lawę i nic z tego nie wynika. Nie ma gotowości stawania się. W przypadku aktorów, a także reżyserów, najbardziej twórcza jest gotowość do zdrady samego siebie, porzucenia wszystkiego, co się wie. Jeżeli w aktorze nie ma gotowości, żeby spróbować od początku, wejść w coś, co pociąga, a czego jeszcze nie zna, bo można w teatrze dowiedzieć się czegoś o sobie samym, to taki aktor jest jak wypalona świeca. Często używam takiego porównania, że jeśli reżyser jest jak słońce, to aktor musi być jak księżyc – odbić światło słoneczne i świecić tam, gdzie słońce nie dosięga. To odbite światło jest często jeszcze wzmacniane przez aktora. Ta zdolność soczewkowania, przez osobowość aktora skumulowana, zwielokrotniona – to jest w aktorze najcenniejsze. Do tego trzeba gotowości, słuchania, setek godzin rozmów, a także rozeznania samego siebie, swoich pragnień, oczekiwań… Jeżeli tego nie ma, to nie ma współpracy ani twórczości. Jeśli jednak udaje się zgrać potencjał aktora z potencjałem reżysera,  jest szansa na prawdziwy wielki teatr. 

Przywiódł mi Pan na myśl Konrada Swinarskiego, który taki właśnie teatr uprawiał i przebywał stale ze swoimi aktorami, aby ich lepiej poznać.

Tak, to jest dobry przykład na to, że ten rodzaj bliskości, nieustannego dialogu, który prowadził Swinarski ze swoimi aktorami, są drogą do prawdziwego teatru. Gdyby tego nie było, nie byłoby też Teatru Starego. Teatr rodzi się z przecięcia osobowości reżysera, który jest pierwszym widzem i który bierze odpowiedzialność za całość. 

Piotr Tomaszuk w "Dziadach" we własnej reżyserii,
fot. Magdalena Rybij
Pan przekroczył jednak tę barierę, w „Dziadach” zaczął Pan także grać...

Chciałem po prostu spróbować tej sfery teatru, która była wyzwaniem, ale bałem się tam wkroczyć. Kierowała mną ciekawość, ale także śmiałość wynikająca z tego, że Guślarz, który jest reżyserem obrzędu, jest w moim przypadku wiarygodny. Bardzo dobrze wspominam ten moment, bo dzięki temu zrozumiałem do końca, czego potrzebuje aktor w teatrze. Myślę, że dzięki temu doświadczeniu więcej się dowiedziałem o aktorstwie wchodząc na scenę, niż reżyserując aktorów przez kilkadziesiąt lat. W każdym razie już nie próbuję dorównać Gąsowskiemu, co najwyżej mogę mu udatnie partnerować, kiedy potrzebuje jakiegoś starszego kolegi (śmiech). 

Nawiązując do etymologii nazwy Teatru Wierszalin, mogę wprost powiedzieć, że osiągnęliście szczyty tego, co można zdobyć w teatrze, realizując przez lata znakomite spektakle, doceniane nie tylko w Polsce, ale i na świecie, o czym świadczą liczne znaczące nagrody. Jak Pan sobie radzi z tyloma sukcesami?
 
Odpowiem na to trochę przewrotnie: ja mam na ten temat wiedzę wynikającą z długiego zawodowego życia. Wkraczam w ostatni etap ze świadomością tego, co mi się udało zrobić. Otóż ten sukces, który przychodzi z jednym przedstawieniem, potem z drugim, trzecim, jest jak cukier – uzależnia. Ten rodzaj uzależnienia od sukcesu, chęć powtórzenia go, doznania tych samych emocji, tej słodyczy – jest oczywiście przemożny. Powstaje pytanie, jak go powtórzyć, jak przebiec sto metrów szybciej. Problem polega na tym, że coraz szybciej się nie da. W pewnym momencie człowiek orientuje się, że szybciej już było i teraz jest coraz wolniej. Jak sobie z tym poradzić? Ja znalazłem taką receptę: od kilku lat sięgamy po przedstawienia, które już zaistniały na naszej scenie i były wielkimi wydarzeniami. W ubiegłym roku wróciłem do „Turlajgroszka”, w tym – do „Ofiary Wilgefortis” i mam zamiar robić to nadal. Można by nieco żartobliwie powiedzieć, że jest to lista przebojów Teatru Wierszalin, przedstawień, które chciałbym zawsze mieć w naszym teatrze. „Reportaż o końcu świata”, „Bóg Niżyński”, „Turlajgroszek”, „Ofiara Wilgefortis”, „Święty Edyp”, „Dziady”… Okazuje się, że jest to taki zbiór tytułów, które podobały się ludziom 25-30 lat temu i nadal bardzo się podobają, mimo że widownia się zmieniła. Mam do Teatru Wierszalin taki sam stosunek jak do zespołu rockowego: jak się już zaśpiewało kiedyś przebój stulecia, to warto go nadal mieć w repertuarze i wykonywać. Póki starczy życia. To nie byłoby możliwe w tradycyjnym teatrze repertuarowym, ale my w naszym Królestwie Wierszalin możemy sobie na ten luksus pozwolić. Dzięki temu nasze hity będą wiecznie żywe. I to jest, myślę, odpowiedź na pytanie, jak być na fali. Nie obawiałem się sprawdzić, czy to, co zrobiłem kiedyś wartościowego, zachowało coś ważnego do dziś. Polecałbym również innym reżyserom ten rodzaj wędrówki ku własnym nieprzemijającym hitom, bo zamiast robić, pardon, nowe shity, lepiej sięgnąć po stare hity.

Bardzo Panu dziękuję za interesującą refleksję dotyczącą teatru, pracy z aktorem, a także za poradę, jak sobie radzić z sukcesem. Życzę kolejnych pięknych powrotów do zrealizowanych w przeszłości przedstawień. Mam nadzieję, że będzie mi jeszcze dane uczestniczyć w prezentacji hitów Teatru Wierszalin.



Piotr Tomaszuk
urodził się 17 czerwca 1961 roku w Białymstoku. Jest reżyserem teatralnym, dramatopisarzem i scenarzystą, założycielem oraz dyrektorem Teatru Wierszalin w Supraślu.

Ukończył Wydział Wiedzy o Teatrze w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie (1984) oraz reżyserię teatru lalek w Białymstoku. Swoją karierę rozpoczął w 1986 roku w Białostockim Teatrze Lalek spektaklem "O medyku Feliksie". Kolejny spektakl, "Turlajgroszek", przyniósł mu ogólnopolskie uznanie i doprowadził do założenia w 1991 roku — wspólnie z Tadeuszem Słobodziankiem — istniejącego do dziś Teatru Wierszalin w Supraślu.

Prowadzony przez Tomaszuka teatr stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych i uznanych polskich teatrów alternatywnych, zdobywając trzykrotnie nagrodę Fringe First na Festiwalu w Edynburgu za spektakle: "Turlajgroszek" (1993), "Merlin" (1994) oraz "Medyk" (1997). Tomaszuk wypracował unikalny styl, łączący wybitne aktorstwo z perfekcyjnym wykorzystaniem lalek oraz form plastycznych. Przez polską krytykę Teatr Wierszalin uznawany jest za kontynuatora tradycji Teatru Reduta Juliusza Osterwy, Teatru Laboratorium Jerzego Grotowskiego oraz Teatru Cricot 2 Tadeusza Kantora.

Tomaszuk jest laureatem licznych nagród, w tym Nagrody im. Konrada Swinarskiego (1993), Nagrody im. Leona Schillera (1995) oraz Srebrnego (2006) i Złotego Medalu „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2023). Za swoją działalność został również odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2023).

Do najważniejszych spektakli autorskich należą: "Turlajgroszek", "Głup", "Ofiara Wilgefortis", "Święty Edyp", "Bóg Niżyński", "Wierszalin. Reportaż o końcu świata" oraz komedia "Wziołowstąpienie". Do najważniejszych realizacji innych autorów należą: "Merlin" Tadeusza Słobodzianka, "Klątwa" oraz "Wyzwolenie" Stanisława Wyspiańskiego, a także inscenizacje tekstów Adama Mickiewicza: "Dziady", "Ballady i romanse", "Liryki lozańskie".

Teatr Wierszalin w swojej historii występował kilkakrotnie w Tokio (Japonia), Stanach Zjednoczonych, Indiach, Meksyku oraz w większości krajów europejskich, w tym na Wystawie Światowej w Hanowerze (Niemcy) w 2000 roku.
(biogram ze strony internetowej Teatru Wierszalin)



sobota, 23 maja 2026

Refleksje o wystawie "Zanim stał się epopeją" w Muzeum Pana Tadeusza

Tylko do końca maja można zwiedzać unikalną wystawę zatytułowaną "Zanim "Pan Tadeusz" stał się epopeją". Wprawdzie "rękopisy nie płoną", ale nie można ich zbyt długo naświetlać. I to takie rękopisy! Oprócz manuskryptu mickiewiczowskiego arcydzieła, na wystawie w Muzeum Pana Tadeusza zgromadzono cenne eksponaty, które wypożyczono z Muzeum Narodowego w Krakowie, Biblioteki Polskiej w Paryżu, Ośrodka Dokumentacji i Studium Pontyfikatu Jana Pawła II oraz z Centralnego Archiwum Historycznego Ukrainy we Lwowie. Rękopisom poematu oraz listom poety i przyjaciół Adama Mickiewicza towarzyszą osobiste pamiątki, m. in. tabakierka, szkło powiększające, kałamarz, pierścień i zegarek, który poeta miał ze sobą w chwili śmierci. TAKĄ ekspozycję trzeba odwiedzić obowiązkowo!

Hebanowa szkatuła, w której rodzina Tarnowskich przechowywała manuskrypt "Pana Tadeusza" w Dzikowie, oprawa wykonana w 1940 przez Aleksandra Semkowicza, manuskrypt epopei ze zbiorów Biblioteki Ossolineum, Oddziału ZNiO, fot. Piotr Jamski

Wystawa, będąca częścią stałej ekspozycji Muzeum Pana Tadeusza, opowiada przede wszystkim o okolicznościach, w jakich powstawał poemat. Dowiadujemy się o tym z listów poety do i od przyjaciół, a także z ich relacji spisanych po latach. Dzięki listom Adama Mickiewicza do Antoniego Edwarda Odyńca, brata Franciszka, Bohdana Zaleskiego do syna poety czy wspomnieniom Ignacego Domeyki możemy odtworzyć atmosferę i proces powstawania epopei, a także źródła inspiracji. Rękopisom towarzyszą zdjęcia i portrety.

Adam Mickiewicz pisał „Pana Tadeusza” w latach 1932-34. Początkowo zakładał, że będzie to dziełko niewielkie, rodzaj sielanki. W liście do przyjaciela Antoniego Edwarda Odyńca oznajmia w grudniu 1832:

Piszę teraz poema szlacheckie w rodzaju „Herman i Dorothea”, już ukropiłem tysiąc wierszy. Podoba  się bardzo szlachcie powstańskiej. Duch poetycki czuję w sobie. 

Duch poetycki nieprędko go opuścił, skoro w liście z maja 1833 roku,   adresowanym do poety i przyjaciela Stefana Garczyńskiego, napisze żartobliwie:

Skończyłem trzecią pieśń „Pana Tadeusza”. Zanosi się na długą chryję; dotąd dosyć dobrze udaje się.

Fragm. autografu Księgi I "Pana Tadeusza" z kolekcji Ambrożego Grabowskiego ze zbiorów Centralnego Państwowego Historycznego Archiwum Ukrainy we Lwowie, fot.-Mirek-Koch

W lipcu zaś  informuje swego brata Franciszka, że sprzedał rękopis nowego poematu za 4 tys. franków swemu wydawcy Aleksandrowi Jełowieckiemu, choć poemat był dopiero częściowo napisany.  W tym czasie Mickiewicz jedzie do  Bex w Szwajcarii i opiekuje się umierającym na suchoty Garczyńskim. Nie jest to z pewnością czas sprzyjający pisaniu. Wątek związany z tym nieco już zapomnianym poetą również odnajdziemy na wystawie. 

Roboty moje całkiem teraz przerwane. Łatwo zgadniesz, iż przy odgłosie kaszlu i patrząc ciągle na cierpienia Stefana nie podobna myślić o pisaniu, a nawet czytaniu  – donosi w liście do Ignacego Domejki. Po śmierci Stefana Garczyńskiego we wrześniu 1833 r. równie trudno mu było powrócić do pisania, odchorował bowiem cierpienia i śmierć przyjaciela:

Byłem od przyjazdu z Szwajcarii często chory. Wiesz smutek wielki, który mię spotkał  – napisze w liście do brata Franciszka. Ale już wkrótce wraca do pracy pisarskiej, która ma błogosławiony wpływ na jego samopoczucie:

Przybyłem do Paryża z chorobą – napisze do Antoniego Edwarda Odyńca w liście z 13 listopada 1833 r. – która mi przez kilka miesięcy dokuczała (…) jestem znowu zdrów i świeży. Wziąłem się do roboty, wychodzę rzadko, piszę a piszę. Piątą pieśń „Tadeusza” skończyłem.

Kałamarz z brązu należący do Adama Mickiewicza. Własność: Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie, fot. Piotr Jamski

I tak, obcując z oryginałami listów i relacji oraz towarzyszącym im portretami i osobistymi pamiątkami, wchodzimy głębiej w świat, w którym powstawało arcydzieło. Oczywiście, wtedy tak o "Panu Tadeuszu" nie myślano. Świadczą o tym historie związane z korektą dzieła. Otóż zanim dotarł do rąk oficjalnego korektora Bogdana Jańskiego, był odczytywany w obecności przyjaciół. Przywołajmy znowu Zaleskiego:

Adam z piórem w ręku sam czytał „Pana Tadeusza”, księgę po księdze, a kiedy uczuwał zmęczenie, odsuwał rękopis ku Witwickiemu albo ku mnie do czytania. Z początku branie inicjatywy tej cenzorskiej szło twardo; ten to ów bąkał jednak uwagi, które Adam po krótkim namyśle, uznawał za niesłuszne lub też słuszne i natychmiast własnoręcznie mazał lub podkreślał poprawki: a czynił to z nieocenioną skromnością i nawet z pokorą. Nieraz w czasie czytania, wyrywał mi rękopis i przekreślał piękne wiersze bezlitośnie. Wypraszaliśmy je jak najwymowniej od śmierci.

Podczas pisania epopei Mickiewicz pomieszkiwał u Ignacego Domeyki, który widząc, że część autografu została przepisana „na czysto”, brudnopis „odkradł Adamowi”. Co więcej, część tej wersji brudnopisu rozdał przyjaciołom...

Książka-kucharska, którą Adam Mickiewicz zabrał z sobą na emigrację,własność ZNiO,
fot.-Karolina-Okrzesik

Wystawa prezentuje także dzieje rękopisu "Pana Tadeusza", w szczególności wątek dzikowski, ponieważ manuskrypt na dłużej znalazł się w posiadaniu rodziny Tarnowskich. W roku 1871 został sprzedany przez syna Poety Stanisławowi Tarnowskiemu, profesorowi i rektorowi Uniwersytetu Jagiellońskiego, historykowi literatury. Pod jego pieczołowitą opieką rękopis zyskał ozdobną szkatułkę, w której go przechowywano. Została wykonana na zamówienie w 1873 roku przez lwowskiego artystę Józefa Brzostowskiego, a na wystawie znajduje się obecnie jej oryginał w towarzystwie samego manuskryptu (na co dzień w Muzeum udostępnia się kopie). We wrześniu 1939 roku autograf „Pana Tadeusza” przekazał jako depozyt Zakładowi Narodowemu im. Ossolińskich we Lwowie syn Zdzisława - Artur, ostatni właściciel kolekcji dzikowskiej. 

Rękopis przyszedł do Lwowa w bardzo ciężkim momencie, w momencie walk i ostrzeliwań, kiedy do Biblioteki trafiło szereg rozmaitych przesyłek (…) – wspomina Janina Kelles-Krauz, kierowniczka Działu Czasopism Biblioteki ZNiO. Między innymi przybyła i paczka dzikowska, niepozorna, rękopis opakowany był w poduszki pokryte skórą, tak że nie wiedziało się, co się w niej znajduje.

W ten sposób rękopis znalazł się we Wrocławiu. Jeszcze wcześniej, w styczniu 1940 roku został poddany konserwacji i oprawiony przez Aleksandra Semkowicza. Ponadto władze sowieckie rękopis znacjonalizowały i przekazały na własność Zakładowi Narodowemu. Pod koniec 1949 roku, kiedy znajdujące się już we Wrocławiu Ossolineum zostało podporządkowane bezpośrednio Urzędowi Rady Ministrów, Pełnomocnikiem Rządu do Spraw Ossolineum został ponownie Jerzy Borejsza.

Srebrna tabakiera należąca do Adama Mickiewicza, własność: Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie, fot. Piotr Jamski

Antoni Knot – dyrektor Zakładu Narodowego im. Ossolińskich od 1947 roku – wspomina, że w momencie odnalezienia autografu jego sytuacja prawna była dość skomplikowana, toteż nie od razu podano fakt jego odnalezienia do publicznej wiadomości. Stało się tak dlatego, że zbiory dzikowskie zostały przyznane Bibliotece Jagiellońskiej. Prof. Knot rozpoczął starania, skutkiem których Decyzją Rady Ministrów autograf „Pana Tadeusza” został przyznany Ossolineum. 

Sprawa rękopisu „Pana Tadeusza” ożyła 5 listopada 1999 roku. Tego dnia bowiem Jan Artur Tarnowski – prawowity właściciel rękopisu – podpisał akt notarialny, na mocy którego rękopis został sprzedany miastu Wrocław, a następnie przekazany na własność Zakładowi Narodowemu im. Ossolińskich. Jan Tarnowski wycenił bezcenny rękopis za sumę 600 tysięcy dolarów, z czego miasto zapłaciło 200 tysięcy, resztę rodzina Tarnowskich potraktowała jako darowiznę.

Wędrując po wystawie w towarzystwie Ewy Benesz, od lat 70. recytującą "Pana Tadeusza", którego zna na pamięć (robiła to także we Włoszech – po włosku!), jej asystenta Vincenzo Pennella, który napisał o jej "Panu Tadeuszu" pracę magisterską oraz pracującej w Muzeum adiunkt Magdy Sudoł, która była naszym cicerone, czułam, że uczestniczę w czymś, co można by nazwać spełnieniem losu. Wszystko było "tak jak trzeba": rękopis, mimo burzliwych dziejów, spoczywał bezpiecznie w gablocie muzeum, które stało się jego nowym domem. 

Album Jadwigi Wolskiej z wpisami znanych pisarzy z lat 1849-1858, z wklejoną kartą "Pana Tadeusza", Zbiory Muzeum Literatury, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

P.S. Wystawa została przygotowana z okazji ogłoszenia przez Sejm Rzeczypospolitej Polskiej Roku Józefa Maksymiliana Ossolińskiego oraz Roku Ossolineum ogłoszonego przez Radę Miasta Wrocławia.

Zanim "Pan Tadeusz" stał się epopeją
30 kwietnia 2026–31 maja 2026

wernisaż: 30 kwietnia 2026, godzina 17.00

kuratorka: Justyna Zimna

aranżacja i scenografia: Magdalena Subocz

poniedziałek, 9 marca 2026

Wydarzenia w Muzeum Narodowym we Wrocławiu i jego oddziałach /13-15.03.2026/

W nadchodzący weekend w Muzeum Narodowym we Wrocławiu odbędą się cztery inspirujące wykłady. Opowieść dr Marii Nitki poświęcona będzie podróżom malowniczym do Italii i narodzinom nowej konwencji pejzażu al naturale. Dr Dorota Miłkowska przybliży postać Albrechta Dürera, jednego z najwybitniejszych artystów renesansu. Tematem wykładu Magdaleny Szafkowskiej będzie życie i twórczość Małgorzaty Mirgi-Tas, artystki pogranicza kultur. Aleksandra Tęgowska zaś zabierze słuchaczy w podróż do świata jednej z najbardziej fascynujących, a jednocześnie niedocenianych cywilizacji starożytności – Etrusków.

Albrecht Dürer, Adam i Ewa, 1504, miedzioryt, 25x19,3 cm, MN Wr.

W Muzeum Etnograficznym zaplanowano dwa warsztaty o tematyce wielkanocnej. Warsztaty dla dorosłych z Julią Datchenko poświęcone będą najstarszej z technik zdobienia jaj – metodzie batikowej, która pozwoli na uzyskanie wielokolorowej, wzorzystej skorupki. Natomiast dzieci pod okiem Olgi Budzan poznają różne typy palm wielkanocnych i samodzielnie wykonają małą palmę z bibuły.

Pawilon Czterech Kopuł Muzeum Sztuki Współczesnej spotkaniem z Andą Rottenberg rozpoczyna świętowanie 10-lecia swojego istnienia. Z kuratorką wystaw, historyczką i historyczką sztuki, wieloletnią dyrektorką warszawskiej Zachęty oraz postacią niezwykłą dla współczesnego dialogu o sztuce rozmawiać będzie Iwona Dorota Bigos. Odbędzie się także oprowadzanie po wystawie stałej, a dla dzieci zajęcia plastyczno-ruchowe inspirowane wystawą „Wschód słońca na Zachodzie.


Muzeum Narodowe we Wrocławiu


14.03, g. 12:00

W podróży malarskiej do „ojczyzny pejzażów”. Szlaki, motywy, materiały malarza pejzażysty w Italii w XIX w. Wykład dr Marii Nitki (z ASP we Wrocławiu) towarzyszący wystawie „Mikroświaty. Obrazy w małych formatach ze zbiorów MNWr”

Dlaczego hrabia Horeszko z naszej narodowej epopei „Pan Tadeusz” chciał malować właśnie „pod włoskim niebem”, przestawi wykład o zjawisku pleneryzmu w historii malarstwa. Opowieść poświęcona będzie przede wszystkim podróżom malowniczym do Italii i narodzinom nowej konwencji pejzażu al naturale. Rozwój tego fenomenu związany jest z małymi formatami, co doskonale ukazuje prezentowana wystawa. Przedstawieni zostaną twórcy i najważniejsi przedstawiciele tego nurtu, także ich trasy wędrówek po Włoszech (a czasem stamtąd w świat) oraz narzędzia i techniki pracy. Nie zabraknie również ukazania recepcji tego zjawiska w dziewiętnastowiecznej kulturze, czego przykładem jest właśnie postać hrabiego Horeszki.

Wstęp wolny

Miejsce: Muzeum Narodowe we Wrocławiu, s. 116


14.03, g. 15:00

Albrecht Dürer. Wykład dr Doroty Miłkowskiej w ramach cyklu „Czarna sztuka. Historia grafiki artystycznej”

Albrecht Dürer – jeden z najwybitniejszych artystów renesansu do dzisiaj zachwyca miłośników sztuki. Jego graficzne prace cechuje innowacyjność w zakresie zastosowanych technik, śmiałość kompozycji i niezwykła dbałość o detal. Wykład poświęcony drzeworytom i miedziorytom niemieckiego mistrza będzie okazją, by poznać historyczny kontekst ich powstania, zbliżyć się do świata w nich przedstawionego, zgłębić ukryte symbole, a także zobaczyć, w jaki sposób artysta łączył w swoich dziełach wpływy włoskiego renesansu z tradycją sztuki północnoeuropejskiej. To propozycja dla wszystkich, którzy chcą patrzeć na sztukę bardziej uważnie.

Wstęp wolny

Miejsce: Muzeum Narodowe we Wrocławiu, s. 116


15.03, g. 12:00

Małgorzata Mirga-Tas – artystka pogranicza kultur. Wykład Magdaleny Szafkowskiej w ramach cyklu „Kobieta w świecie sztuki”

Artystka polsko-romska, urodzona w Zakopanem, mieszkająca w Czarnej Górze na Spiszu. Ukończyła słynną zakopiańską szkołę im. Kenara oraz krakowską Akademię Sztuk Pięknych w pracowni rzeźby. Wykonuje wielkoformatowe patchworki ze scenami z życia polskich Romów. Odtwarza je na podstawie rodzinnych oraz należących do przyjaciół i znajomych fotografii. Wykorzystuje materiały ze starych ubrań rodziny i przyjaciół oraz kupionych w tzw. secoundhandach, pod warunkiem, że zostały wykonane w Indiach lub Chinach. Jeden z cykli, które wyszły spod jej ręki, nosi tytuł „Przeczarowując świat”. Był pokazywany m.in. na weneckim Biennale w 2023 roku, a ostatnio wraz z innymi pracami w krakowskim Centrum Sztuki Europejskiej oraz w Henie Onstad Kultursenter w Oslo.

Wstęp wolny

Miejsce: Muzeum Narodowe we Wrocławiu, s. 116


15.03, g. 13:00

Uczty, grobowce i wolne kobiety: historia Etrusków, której nie opowiadają podręczniki. Wykład Aleksandry Tęgowskiej w ramach cyklu „Oblicza starożytności”

Będzie to opowieść o świecie, który nie był jedynie „przedsionkiem Rzymu”, lecz pełnoprawną, oryginalną kulturą — barwną, nowoczesną obyczajowo i zaskakująco wpływową. Wykład zabierze słuchaczy w podróż do świata jednej z najbardziej fascynujących, a jednocześnie niedocenianych cywilizacji starożytności – Etrusków. Słuchacze przyjrzą się niezwykłej pozycji kobiet w społeczeństwie etruskim – widocznych w sztuce, obecnych na ucztach. Dowiedzą się też, jak etruskie nekropolie – miasta umarłych  – stały się dla archeologów kluczem do zrozumienia ich życia oraz jak wiele elementów uznawanych za typowo rzymskie wywodzi się właśnie z kultury etruskiej. Wspólnie zastanowimy się nad tym, dlaczego cywilizacja ta została niemal całkowicie przysłonięta przez historię swoich zdobywców.

Wstęp wolny

Miejsce: Muzeum Narodowe we Wrocławiu, s. 116

Pisanki, fot. J. Szot

Muzeum Etnograficzne


15.03, g. 12:00

Mała palma na wielkie święto. Warsztaty rodzinne dla dzieci w wieku 6–12 lat w ramach cyklu „Etno w południe”, prowadzenie: Olga Budzan

Palmy wielkanocne to bardzo ważny element polskiej plastyki obrzędowej. Ich obecność podczas obchodów Niedzieli Palmowej przypomina wiernym o uroczystym przywitaniu, jakie przygotowali mieszkańcy Jerozolimy Jezusowi. Zanim zabierzemy się za wykonanie palmy, wspólnie zwiedzimy wystawę „Pisanki i palmy wielkanocne” i przyjrzymy się palmom wykonanym przez najzdolniejszych artystów ludowych regionu. Obejrzymy palmy wileńskie, wykonane z zasuszonych kwiatów i traw, palmy robione z kolorowych bibuł, współczesne interpretacje palm wykonane z egzotycznych roślin i barwionych piórek oraz palmę niespodziankę. Podczas warsztatów będzie można samodzielnie wykonać małą palmę z bibuły. Dla starannych.

Bilety w cenie 10 zł

Zapisy: edukacja@muzeumetnograficzne.pl lub 71 344 33 13

Miejsce: Muzeum Etnograficzne we Wrocławiu


15.03, g. 15:00

Pisanki tradycyjne. Warsztaty dla dorosłych towarzyszące wystawie „Pisanki i palmy wielkanocne”, prowadzenie: Julia Datchenko

Symbol życia i odrodzenia, jakim jest jajko, jednoznacznie kojarzymy z czasem wiosny i świętami Wielkanocy. Warsztaty poświęcimy najstarszej z technik zdobniczych – metodzie batikowej, która pozwoli na uzyskanie wielokolorowej, wzorzystej skorupki. Używać będziemy wosku i różnorodnych barwników. Dla cierpliwych!

Bilety w cenie 20 zł

Zapisy: edukacja@muzeumetnograficzne.pl lub 71 344 33 13

Miejsce: Muzeum Etnograficzne we Wrocławiu


Pawilon Czterech Kopuł Muzeum Sztuki Współczesnej


13.03, g. 16:00

O czwartej pod Kopułami. Oprowadzanie po wystawie kolekcji w Pawilonie Czterech Kopuł Muzeum Sztuki Współczesnej

A może by tak zacząć weekend od spotkania ze sztuką? Pawilon Czterech Kopuł zaprasza na oprowadzanie po ekspozycji stałej prezentującej kolekcję sztuki polskiej II połowy XX i XXI wieku. Spotkanie zawsze o tej samej porze – w piątek o czwartej – pod Kopułami.

Wstęp z biletem na wystawę stałą

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł


14.03, g. 11:00

Kropki i plamy – chlapać zaczynamy! Zajęcia plastyczno-ruchowe Barbary Przerwy dla dzieci w wieku 6–10 lat w ramach cyklu „Muzealne poruszenie”

Inspirując się twórczością słynnego japońskiego artysty Yoshio Nakajimy będziemy tworzyć wielkoformatowe obrazy pełne kropek, kropeczek i różnej wielkości plam i plamek. Będziemy tańczyć z pędzlami w rękach i chlapać farbą w różnych rytmach. Będzie też zabawa z kolorowymi włóczkami jako liniami łączącymi twórcę dzieła, czyli dzieci z widzami – opiekunami!

Bilety w cenie 10 zł

Zapisy: edukacja.pawilon@mnwr.pl lub tel. 71 712 71 81

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł


14.03, g. 16:00

Ambasadorzy Pawilonu: spotkanie z Andą Rottenberg. Prowadzenie: Iwona D. Bigos

Świętowanie 10-lecia istnienia Pawilonu Czterech Kopuł jako Muzeum Sztuki Współczesnej rozpoczynamy spotkaniem z wyjątkową gościnią – kuratorką wystaw, historyczką i historyczką sztuki, wieloletnią dyrektorką warszawskiej Zachęty oraz postacią niezwykłą dla współczesnego dialogu o sztuce – Andą Rottenberg, która zgodziła się ambasadorować Pawilonowi w roku okrągłego jubileuszu!

Wstęp wolny

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł

informacja prasowa

piątek, 20 lutego 2026

46. Przegląd Piosenki Aktorskiej - znamy program

W dniach od 20 do 29 maja odbędzie się we Wrocławiu 46. Przegląd Piosenki Aktorskiej. Oto jego program.


20 marca, piątek

17:00

II etap Konkursu Aktorskiej Interpretacji Piosenki:

Radio Wrocław

Bilety: 75, 85 zł

12:00 i 15:00

OFF: Slavic Year Wiosna 2026, reż. Michalina Walusiak

Przyszła siedziba BWA Wrocław, ul. Kolejowa 63

Bilety: 10 zł

18:00 i 20:30

OFF: What is love, reż. Anna Wojtkowiak Williams, Jacek Timingeriu

Teatr Muzyczny Capitol, Scena Ciśnień

Bilety: 10 zł

22:30

Klub Festiwalowy: Tantfreaky

Teatr Muzyczny Capitol, Scena Restauracja

Bilety: 25 zł


21 marca, sobota

16:30 i 19:00

Koncert Galowy: Nie-Boska-Gala, reż. Mateusz Pakuła

Teatr Muzyczny Capitol, Duża Scena

Bilety: 120, 170, 200 zł

14:00

Panel: Jubileusz…istota współczesnej sceny offowej

Teatr Muzyczny Capitol, Scena Restauracja

Bilety: 10 zł

12:00, 15:00, 18:00 i 21:00

OFF: Kongres XR, reż. Łukasz Pospieszalski

Bulvary

Bilety: 10 zł

18:00 i 20:30

OFF: Msza, reż. Maciej Ćwieluch

Teatr Muzyczny Capitol, Scena Ciśnień

Bilety: 10 zł

23:00

Klub Festiwalowy: Daj Ognia

Teatr Muzyczny Capitol, Scena Restauracja

Bilety: 25 zł


22 marca, niedziela

16:30 i 19:00

Koncert Galowy: Nie-Boska-Gala, reż. Mateusz Pakuła

Teatr Muzyczny Capitol, Duża Scena

Bilety: 120, 170, 200 zł

17:00

Maja Kleszcz: Nieklikalność

Radio Wrocław

Bilety: 60, 70 zł

20:00

Filip Cembala: MyLove

Piekarnia Żywa Kultura

Bilety: 70 zł

12:00, 15:00, 18:00 I 21:00

OFF: Kongres XR

Bulvary

Bilety: 10 zł

18:00 i 21:00

OFF: Oksytocyna, reż. Maciej Walter

Teatr Muzyczny Capitol, Scena Ciśnień

Bilety: 10 zł

22:30

Klub Festiwalowy: Czerwie grają do filmu „Cyrk” Charliego Chaplina

Teatr Muzyczny Capitol, Scena Restauracja

Bilety: 25 zł


23 marca, poniedziałek

19:00

CocoRosie: Little Death Wishes Live

A2

Bilety: 120 zł

18:00 i 20:30

OFF: La Vida del Pedro, reż. Ewa Kaim

Teatr Muzyczny Capitol, Scena Ciśnień

Bilety: 10 zł

22:30

Klub Festiwalowy: Moon Hoax

Teatr Muzyczny Capitol, Scena Restauracja

Bilety: 25 zł


24 marca, wtorek

18:00

Paprykarz szczeciński, reż. Marcin Liber (Teatr Współczesny w Szczecinie)

Teatr Muzyczny Capitol, Duża Scena

Bilety: 60, 70, 80 zł

18:00 i 20:30

Kosmiczny Dom, reż. Lina Lapelytė (TR Warszawa)

Piekarnia Żywa Kultura

Bilety: 90 zł

20:30

Arek Jakubik: Romeo i Julia żyją

Impart Centrum

Bilety: 80 zł

18:00 i 20:30

OFF: Rozczarowujący epizod, reż. Ewa Platt

Bilety: 10 zł

22:30

Klub Festiwalowy: Molar

Teatr Muzyczny Capitol, Scena Restauracja

Bilety: 25 zł


25 marca, środa

17:30

Don Giovanni, reż. Cezary Tomaszewski (Akademia Teatralna w Warszawie)

Akademia Sztuk Teatralnych, Duża Scena

Bilety: 35 zł

18:00

Paweł Mykietyn, Maja Laura: Nightfall (Nowy Teatr w Warszawie)

Radio Wrocław

Bilety: 40, 50 zł

20:00

Kasia Lins: Obywatelka K.L.

Teatr Muzyczny Capitol, Duża Scena

Bilety: 80 zł

18:00 i 20:30

OFF: Pieśni ciszy, reż. Bartłomiej Kalinowski

Teatr Muzyczny Capitol, Scena Ciśnień

Bilety: 10 zł

22:30

Klub Festiwalowy: Royber Trio

Teatr Muzyczny Capitol, Scena Restauracja

Bilety: 25 zł


26 marca, czwartek

18:00 i 21:30

Straszny dwór, reż. Anna Obszańska (Narodowy Stary Teatr w Krakowie)

Muzeum Narodowe

Bilety: 90 zł

17:00 i 20:00

Nowy PAN TADEUSZ, tylko że rapowy, reż. Kamil Białaszek (Teatr Polski w Poznaniu)

Piekarnia Żywa Kultura

Bilety: 90 zł

19:00

Jay-Jay Johanson

Radio Wrocław

Bilety: 70, 80 zł

18:00 i 20:00

OFF: Szum, matka, szklanka, system

Teatr Muzyczny Capitol, Scena Ciśnień

Bilety: 10 zł

22:30

Klub Festiwalowy: Afro Kolektyw

Teatr Muzyczny Capitol, Scena Restauracja

Bilety: 25 zł


27 marca, piątek

18:00 i 20:30

Karbido: Stolik (spektakl zdobył Tukana Off na 27. PPA)

Teatr Muzyczny Capitol, Scena Ciśnień

Bilety: 60 zł

20:00

Daniel Melingo

Piekarnia Żywa Kultura

Bilety: 70 zł

22:30

Klub Festiwalowy: Tercet Imperial

Teatr Muzyczny Capitol, Scena Restauracja

Bilety: 25 zł


28 marca, sobota

15:00 i 19:30

Koncert Finałowy

I część: Koncert finalistek i finalistów Konkursu Aktorskiej Interpretacji Piosenki

II część: GORĄCZKA ŻYCIA. Sanatorium, reż. Milena Czarnik, Marcin Czarnik

Teatr Muzyczny Capitol, Duża Scena

Bilety: 120, 160, 190 zł


29 marca, niedziela

16:00 i 19:00

Zofia Sofinka Imiela: Confluence (koncert laureatki Złotego Tukana na 45. PPA)

Teatr Muzyczny Capitol, Scena Ciśnień

Bilety: 40 zł

informacja prasowa

poniedziałek, 9 lutego 2026

Wydarzenia w Muzeum Narodowym we Wrocławiu i jego oddziałach /10-15.02.2026/

Tylko do 15 lutego oglądać można wystawę „Ogólnopolski Przegląd Sztuki Książki. II Wrocławskie Triennale” prezentowaną w Pawilonie Czterech Kopuł Muzeum Sztuki Współczesnej. W finisażowy weekend zaplanowano atrakcje: slam poetycki inspirowany wystawą, który poprzedzą warsztaty tworzenia i prezentacji tekstu slamowego; maraton czytelniczy, którego uczestnicy przeczytają „Książkę o (nie)czytaniu” Justyny Sobolewskiej oraz przygotowane przez Teatr Czterech performatywne zamykanie książek na wystawie w ostatniej godzinie jej trwania. Odbędą się także oprowadzanie po ekspozycji, wykład Karola Pęcherza i Karoliny M. Wiśniewskiej o poezji i designie, a także ciekawe warsztaty artystyczne.

OPSK, fot. A. Podstawka 

Ponadto w nadchodzący weekend Muzeum Narodowe zaprasza do Gmachu Głównego na walentynkowe atrakcje. Zaplanowano wykłady: Jadwigi Jasińskiej-Sadury nt. dzieł sztuki przedstawiających różne rodzaje miłości, Jakuba M. Łubockiego o książkach miniaturowych oraz Piotra Wargana o Feliksie „Manggha” Jasieńskim, niezwykłym kolekcjonerze sztuki polskiej i japońskiej. Można też wziąć udział w oprowadzaniu kuratorskim po wystawie „Mikroświaty”, a dzieci zabrać na podchody na tej wystawie albo na warsztaty plastyczne w poszukiwaniu miłości na obrazach.

Muzeum Narodowe we Wrocławiu


11.02, g. 12:00 i 14:00

Śladem nart, sanek i pędzla. Warsztaty plastyczne dla dzieci w wieku 6-12 lat w ramach cyklu „Ferie w Muzeum”, prowadzenie: Karolina Rzepka

Może być surowa i trudna, odmrażając nam nosy i policzki, delikatna i ulotna, kiedy padający śnieg rozpływa się już w locie, lub otulająca puchatymi zaspami, z których mamy tak wiele radości… Spotkajmy się w muzeum, aby odkryć wszystkie oblicza zimy! Prześledzimy różnorodne pomysły artystów na przedstawienia tej mroźnej damy i porozmawiamy o tym, co w zimie lubimy najbardziej. Zajęcia zakończą się aktywnością plastyczną.

Bilety w cenie 10 zł

Zapisy: edukacja@mnwr.pl lub 71 372 51 48

Miejsce: Muzeum Narodowe we Wrocławiu


13.02, g. 12:00 i 14:00

Małe jest piękne. Warsztaty plastyczne dla dzieci w wieku 6-12 lat w ramach cyklu „Ferie w Muzeum”, prowadzenie: Grzegorz Wojturski

Ustalony z góry mały format obrazków mających ozdobić przypinki, znaczki pocztowe lub książeczki wymaga dyscypliny w komponowaniu i staranności w wykonaniu szczegółów. Mistrzem w tym był francuski malarz i grafik Jan Piotr Norblin, którego miniaturowe akwaforty można oglądać na wystawie „Mikroświaty…”. Uczestnicy warsztatów będą mieli okazję wykonać i powielić malutkie obrazki z wyobrażeniami roślin lub zwierząt, korzystając z prostej techniki graficznej. Następnie umieszczą je na przypinkach zrobionych na specjalnej maszynie.

Bilety w cenie 10 zł

Zapisy: edukacja@mnwr.pl lub 71 372 51 48

Miejsce: Muzeum Narodowe we Wrocławiu


14.02, g. 11:00

Meandry miłości. Wykład Jadwigi Jasińskiej-Sadury dla młodzieży i dorosłych z okazji walentynek, czyli Dnia Zakochanych

Warto przyjść i poznać dzieła sztuki przedstawiające różne rodzaje miłości – te opisane w mitologii czy Biblii, literaturze i historii. Zaprezentowane zostaną przykłady par szczęśliwych – Zosia i pan Tadeusz – i niefortunnych miłości – Narcyz i nimfa Echo. Uczestnicy wykładu dowiedzą się również, czy św. Walenty miał jakiś wpływ na związki uczuciowe…

Wstęp wolny

Miejsce: Muzeum Narodowe we Wrocławiu


14.02, g. 12:00

Kolibry księgozbiorów. Rzecz o książkach miniaturowych. Wykład dr. Jakuba M. Łubockiego w ramach wydarzeń towarzyszących wystawie „Mikroświaty. Obrazy w małych formatach ze zbiorów MNWr”

Kolibry. Karły. Liliputy. W różnych językach różnie określa się książki nieprzeciętnie małych rozmiarów. Rywalizacja między wydawcami o stworzenie jak najmniejszej książki nieustannie trwa, więc co chwilę pobijany jest rekord w tej dziedzinie. Spróbujmy razem przyjrzeć się temu bogactwu, ustalić, gdzie go szukać i jak znajdować, oraz określić, gdzie zaczyna się książka miniaturowa, jakie teksty najczęściej prowokują nas do ich miniaturyzacji, a także jakie wówczas są ich postaci – często zmuszające do uzbrojenia oka w przyrządy optyczne.

Wstęp wolny

Miejsce: Muzeum Narodowe we Wrocławiu


14.02, g. 13:00

„Mikroświaty. Obrazy w małych formatach ze zbiorów MNWr” – oprowadzanie kuratorskie. Prowadzenie: Anna Jezierska, Małgorzata Macura

Niewielki format – to cecha, która łączy wszystkie obrazy pokazywane na wystawie „Mikroświaty…” – żaden nie przekracza wymiarów 40 × 40 cm! Zazwyczaj ukryte przed okiem widzów, w większości przechowywane są w magazynach ze względu na swoiste „niedopasowanie” do koncepcji galerii wystaw stałych. Jednocześnie wiele z tych dzieł prezentuje doskonały poziom artystyczny oraz zaskakuje rozbudowaną, a nawet monumentalną kompozycją zamkniętą w niewielkim formacie.

Wstęp z biletem na wystawę czasową

Zapisy: edukacja@mnwr.pl lub 71 372 51 48

Miejsce: Muzeum Narodowe we Wrocławiu


14.02, g. 15:00

O miłości, co mieszka w obrazach. Warsztaty plastyczne dla dzieci i młodzieży w wieku 7–14 lat, prowadzenie: Aleksandra Tęgowska

Czy miłość mieszka w obrazach? A może można ją zobaczyć w rzeźbach? Jak artyści przedstawiali zakochanych? To tylko kilka pytań, na które razem poszukamy odpowiedzi podczas wspólnego zwiedzania muzealnych sal. W części plastycznej stworzymy razem walentynkowe kartki inspirowane muzealnymi opowieściami.

Bilety w cenie 10 zł

Zapisy: edukacja@mnwr.pl lub 71 372 51 48

Miejsce: Muzeum Narodowe we Wrocławiu


15.02, g. 12:00

„Manggha” Jasieński – niezwykły kolekcjoner sztuki polskiej i japońskiej. Wykład Piotra Wargana, członka Stowarzyszenia Przyjaciół Muzeum Narodowego we Wrocławiu

Żyjący na przełomie XIX i XX w. znawca i krytyk sztuki Feliks „Manggha” Jasieński wpisał się na karty historii jako kolekcjoner malarstwa i rzeźby współczesnych mu artystów polskich, a także sztuki japońskiej, której był zapalonym propagatorem. Dziś pamiętany jest jako mecenas i przyjaciel artystów oraz organizator wystaw i prekursor edukacji muzealnej.

Słuchacze poznają sylwetkę tego współtwórcy Młodej Polski, kolekcjonera i darczyńcy Muzeum Narodowego w Krakowie (dzięki Jasieńskiemu podziwiać można w Sukiennicach m.in. sławny „Szał” Podkowińskiego) oraz wyruszą tropem innych krakowskich miejsc związanych z bohaterem wykładu – na szlaku nie zabraknie oczywiście pewnego muzeum, które nie powstałoby, gdyby z kolekcją sztuki japońskiej ze zbiorów Jasieńskiego nie zetknął się Andrzej Wajda…

Wstęp wolny

Miejsce: Muzeum Narodowe we Wrocławiu


15.02, g. 15:00

Zagrajmy w zwiedzanie. Gra na wystawie „Mikroświaty”. Podchody dla dzieci w wieku 6–12 lat, prowadzenie: Małgorzata Lewińska

Co kryje się na wystawie przedstawiającej najmniejsze eksponaty w naszym muzeum? Jaka jest najmniejsza praca w naszych zbiorach?

O tym, że wartościowe dzieła sztuki nie muszą mieć ogromnych gabarytów, przekonają się uczestnicy zajęć, biorąc udział w alternatywnej formie zwiedzania, jaką będą podchody po wystawie. Zapraszam do gry!

Bilety w cenie 10 zł

Zapisy: edukacja@mnwr.pl lub 71 372 51 48

Miejsce: Muzeum Narodowe we Wrocławiu

Tadeusz Kościuszko, fragm. Panoramy Racławickiej, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Muzeum „Panorama Racławicka”


12.02, g. 10:15

Ferie z Panoramą. Rodzinny spacer edukacyjny w ramach cyklu „Ferie z Panoramą”, prowadzenie: Izabela Trembałowicz-Chęć

Uczestnicy spaceru będą mogli przed wejściem na platformę widokową zapoznać się z okolicznościami powstania malowidła, przybliżone zostaną sylwetki jego głównych bohaterów oraz anegdoty wiele mówiące o charakterze twórców. Dzieci obejrzą też jeden z filmów edukacyjnych w Małej Rotundzie.

Wstęp z biletem rodzinnym na seans (35 zł/os.)

Zapisy: edukacja@mnwr.pl lub 71 372 51 48

Miejsce: Muzeum Narodowe we Wrocławiu



Muzeum Etnograficzne


10.02, g. 12:00

Nie taki wilk straszny. Feryjne warsztaty rodzinne dla dzieci w wieku 6–12 lat towarzyszące wystawie „Kazanie do ptaków. Wizerunki św. Franciszka z kolekcji prof. Franciszka Kusiaka”, prowadzenie: Julia Szot

Na wtorkowych zajęciach spróbujemy połączyć czas zapustów – okres zimowych zabaw i maskarad – z naszą wystawą czasową. Dowiemy się, kto obchodził zapusty, jak je świętowano i co mają wspólnego z karnawałem. Wspólnie udamy się też na wystawę, gdzie prześledzimy, jakie zwierzęta pojawiają się w legendach o św. Franciszku, patronie ekologów. W części warsztatowej wykonamy maski nawiązujące do zwierzaków z obejrzanych dzieł.

Bilety w cenie 10 zł

Zapisy: edukacja@muzeumetnograficzne.pl lub 71 344 33 13

Miejsce: Muzeum Etnograficzne we Wrocławiu


13.02, g. 12:00

Szyjemy rybki z filcu. Feryjne warsztaty rodzinne dla dzieci w wieku 6–12 lat towarzyszące wystawie „Kazanie do ptaków. Wizerunki św. Franciszka z kolekcji prof. Franciszka Kusiaka”, prowadzenie: Olga Budzan

Święty Franciszek przedstawiany jest w otoczeniu zwierząt. Dziś moglibyśmy nazwać go ekologiem. Nazywał on rośliny i zwierzęta „braćmi mniejszymi”. Istnieje wiele opowieści na temat jego relacji z przyrodą. Święty Franciszek wygłosił nawet kazanie do ryb, gdy rybacy nie byli na tyle roztropni, by go wysłuchać. Podczas warsztatów przyjrzymy się przedstawieniom ukazującym świętego w otoczeniu różnych zwierząt. W części praktycznej będzie można wykonać małą rybkę z filcu. Będziemy naszywać cekiny i koraliki, haftować, wypychać i szyć, tak by powstała trójwymiarowa ryba. Będzie to wspaniała okazja do oswojenia się z igłą i nitką. Podczas zajęć niezbędna będzie pomoc opiekunów. Dla cierpliwych!

Bilety w cenie 10 zł

Zapisy: edukacja@muzeumetnograficzne.pl lub 71 344 33 13

Miejsce: Muzeum Etnograficzne we Wrocławiu

OPSK, fot. A. Podstawka 

Pawilon Czterech Kopuł Muzeum Sztuki Współczesnej


12.02, g. 11:00

Ruchome opowieści. Warsztaty dla dzieci w wieku 6–12 lat w ramach cyklu „Ferie w Pawilonie”, prowadzenie: Julia Czerwińska

Podczas kreatywnych zajęć stworzymy ruchome publikacje – książki, tomiki i zeszyty artystyczne z elementami, które będziemy mogli wprawić w ruch, rozkładać oraz przesuwać. Użyjemy w tym celu prostych technik introligatorskich i papierowych konstrukcji przestrzennych. Dzięki temu nasze książki i ich zawartość staną się żywe i wymiarowe.

Bilety w cenie 10 zł

Zapisy: edukacja.pawilon@mnwr.pl lub 71 712 71 81

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł


13.02, g. 16:00

O czwartej pod Kopułami. Oprowadzanie po wystawie „Ogólnopolski Przegląd Sztuki Książki. II Wrocławskie Triennale”

A może by tak zacząć weekend od spotkania ze sztuką? Pawilon Czterech Kopuł zaprasza na oprowadzanie po wystawie, na którą złożyły się najnowsze realizacje polskich twórców książek artystycznych, uczestników II Wrocławskiego Triennale. Obok tradycyjnych kodeksów, harmonijek i zwojów, zwiedzający obejrzeć tu mogą np. książkę-budowlę, „rękopis” wyszyty nićmi, a nawet przestrzenny ogród zen…

Wstęp z biletem na wystawę czasową

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł


14.02, g. 11:00

Kryształowy Szum. Warsztat ZINZIN. Warsztaty artystyczne w ramach weekendu finisażowego wystawy „Ogólnopolski Przegląd Sztuki Książki. II Wrocławskie Triennale”, prowadzenie: Karolina M. Wiśniewska

Będzie to swobodne spotkanie skoncentrowane na uwolnieniu procesu twórczego – w pełni analogowe doświadczenie prowadzone w duchu DIY i otwartości na kreację. W takiej przestrzeni uczestnicy uczą się pracy z różnymi technikami ilustracyjnymi oraz eksplorują działania z tekstem w formach kolażu i blackout poetry. Motywem przewodnim będzie Kryształowy Szum. To punkt wyjścia i inspiracja do rozpoczęcia dyskusji i wymieniany pomysłów. Spróbujemy zbudować spójną narrację opartą na indywidualnych interpretacjach. A efektem będzie kolektywny art book – ZIN, którego egzemplarz otrzyma każdy z uczestników.

Spotkanie w Pawilonie Czterech Kopuł we Wrocławiu, bilety w cenie 20 zł do nabycia w kasie muzeum. Ze względu na komfort uczestniczek i uczestników liczba miejsc bardzo ograniczona. Obowiązują zapisy mailowe pod adresem: edukacja.pawilon@mnwr.pl, zapisy startują 9.02.2026 – wcześniejsze zgłoszenia nie będą brane pod uwagę. Prosimy o informację w przypadku rezygnacji z uczestnictwa w spotkaniu.

Karolina M. Wiśniewska – projektantka graficzna, animatorka kultury. Zawodowo związana z grafiką projektową i edukacją wizualną.

Bilety w cenie 20 zł

Zapisy: edukacja.pawilon@mnwr.pl lub 71 712 71 81

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł


14.02, g. 12:00

Bauhaus – pierwsza awangardowa szkoła sztuki. Wykład Iwony Gołaj w ramach cyklu „Kurs historii sztuki. Klasycy nowoczesności”

Ascetyczny design, prostota i wydajność – to właśnie te idee przyświecały pierwszej awangardowej szkole sztuki, jaką był Bauhaus. W trakcie wykładu uczestnicy poznają podstawowe założenia grupy „artystów pięknoduchów”, a także dowiedzą się, jakie koncepcje estetyczne promował Walter Gropius oraz dlaczego Bauhaus zrewolucjonizował kształcenie koedukacyjne.

Bilety w cenie 15 zł

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł


14.02, g. 14:00

Gdzie mieszka pamięć? Integracyjne warsztaty rodzinne dostosowane do potrzeb osób w spektrum, prowadzenie: Marta Bańkowska

W języku polskim uczymy się czegoś na pamięć, a po angielsku: „by heart” – „przez serce”. Na tej zabawnej różnicy językowej zbudujemy własne obrazy-wspomnienia. Praca Agaty Kosmacz stanie się punktem wyjścia do namysłu nad tym, jak zapisywane jest doświadczenie. Wspólnie odkryjemy, jak wygląda pamięć zapisująca się w ciele – w geście, ruchu, rytmie, i jak ciało staje się archiwum doświadczeń. Będziemy odkrywać, jak wspomnienia można zapisać kolorem, rytmem, linią i ruchem. Z akwareli, cyjanotypii, suszonych roślin i papierowych warstw powstaną delikatne wielowarstwowe prace – osobiste mapy pamięci. Będziemy badać pamięć jako ślad, wzór, rytm – coś, co można w sobie poczuć, zanim się to zrozumie.

Bilety w cenie 3 zł

Zapisy: edukacja.pawilon@mnwr.pl lub 71 712 71 81

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł


14.02, g. 16:30

„Zasięgi książki – zasięgi głosu” – warsztaty slamowe. Wydarzenie w ramach weekendu finisażowego wystawy „Ogólnopolski Przegląd Sztuki Książki. II Wrocławskie Triennale”, prowadzenie: BroCat (Weronika Zwierzyńska)

W trakcie spotkania skupimy się na nieoczywistych pomysłach i prostych źródłach inspiracji do tworzenia tekstu slamowego. Przyjrzymy się znaczeniu głosu jako nośnika informacji, historii i emocji oraz temu, jak może on pełnić funkcję podobną do książki artystycznej. Poszukamy nieoczywistych sposobów budowania tekstu i jego przekazu oralnego. Inspiracją będą prezentowane na wystawie czasowej książki – ich materiały, konstrukcje i eksperymentalne strategie opowiadania – które wykorzystamy w tworzeniu własnych form slamerskich.

W trakcie warsztatów uczestnicy:

— zapoznają się ze strukturą zawodów slamowych (3 minuty, brak rekwizytów, ocena jury-publiczności),

— poznają krótką historię slamu poetyckiego,

— omówią dostępne strategie slamerskie,

— wezmą udział w performatywnej pracy nad oratoryką tekstu poetyckiego: rytmem, głosem, pauzą i obecnością sceniczną.

Warsztaty łączą eksperyment literacki, pracę z głosem i performans, traktując slam jako żywą, cielesną formę książki.

Na spotkanie prosimy zabrać autorskie utwory – poezja, manifest, proza, lista zakupów, instrukcja od mebla/elektroniki itp.

Bilety w cenie 20 zł

Zapisy: edukacja.pawilon@mnwr.pl lub 71 712 71 81

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł


14.02, g. 18:00

„Zasięgi książki – zasięgi głosu” – slam poetycki. Wydarzenie w ramach weekendu finisażowego wystawy „Ogólnopolski Przegląd Sztuki Książki. II Wrocławskie Triennale”, prowadzenie: BroCat (Weronika Zwierzyńska)

Slam inspirowany wystawą!

Wejdź w świat książek, które łamią zasady – i głosów, które robią to samo.

Czy slamerzy się wydają? Czy publikują swoje teksty slamowe?

Czy każde wydarzenie slamowe nie tworzy swoistej antologii wieczoru, chwili, spotkania, rywalizacji?

Czy książką może być odsłuchanie wiersza i dokonanie wyboru poprzez uczestnictwo w wydarzeniu?

Sprawdźmy to!

Zapraszamy na eksperymentalny slam. Stworzymy eksperymentalną oralną książkę, której fabuła zostanie napisana podczas wydarzenia – przez uczestników i widzów. Przypadkowość, los, kolejność zgłoszeń oraz własne autorskie teksty, które stworzą jedyną niepowtarzalną książkę. Podczas slamowego spotkania wśród niezwykłych form książki artystycznej sprawdzimy, jak daleko sięga słowo mówione, jakich obszarów dotyka i jakich emocji dostarcza.

Wstęp wolny

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł


15.02, g. 11:00

Poezja i design. Magazyn Materiałów Literackich Cegła 2001–2026. Wykład Karola Pęcherza i Karoliny M. Wiśniewskiej w ramach weekendu finisażowego wystawy „Ogólnopolski Przegląd Sztuki Książki. II Wrocławskie Triennale”

Będzie to opowieść o dekonstruowaniu formy czasopisma literackiego, o tym, jak przenieść wiersze na obiekt oraz o tym, jak to się stało, że kostka do jogi otrzymała numer ISSN nadawany czasopismom.

Wstęp wolny

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł


15.02, g. 12:00–18:00

Epilog. Czytanie na zakończenie – performatywny finisaż wystawy „Ogólnopolski Przegląd Sztuki Książki. II Wrocławskie Triennale” 

Na finisaż wystawy złożą się: maraton czytelniczy oraz performatywne zamykanie książek na wystawie w ostatniej godzinie jej trwania.

Lektura została wybrana nieprzypadkowo. „Książka o (nie)czytaniu” Justyny Sobolewskiej to czuła opowieść o traktowaniu książek – zarówno w warstwie treściowej, jak i postrzeganiu książki jako przedmiotu. Gromadzenie, gładzenie, strach przed spadającymi książkami, wąchanie, zapominanie się w lekturze.

Na wystawie w Pawilonie Czterech Kopuł zwiedzający także doświadczają różnych wrażeń. Niektóre książki można dotknąć, przewertować, zanurzyć w nich dłonie, a nawet podlać, patrzeć, jak rosną, posłuchać, odciąć, poczuć ciepło papieru lub chłód metalu – niektóre z nich są wręcz rzeźbiarskimi instalacjami.

Po lekturze odbędzie się performatywne, włączające działanie Teatru Czterech. Książki zostaną zamknięte, zakładki pozostawione na ostatniej stronie, leporella złożone. 

Wstęp wolny

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł

informacja prasowa

Między bólem a zachwytem. Między życiem a śmiercią - Bernini na Wawelu

Od 6 listopada 2026 roku do 6 stycznia 2027 roku Zamek Królewski na Wawelu zaprasza na wystawę Ekstazy. Bernini na Wawelu - trzecią odsłonę ...

Popularne posty