Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Tadeusz Malak,, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Tadeusz Malak,, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

środa, 11 października 2017

WROSTJA 2016 - Tadeusz Malak: Z Różewiczem jest mi po drodze /wywiad/

O sposobach czytania poezji Różewicza, dojrzewaniu myśli i wspólnocie doświadczeń rozmawiam z Tadeuszem Malakiem - b. aktorem Teatru Rapsodycznego, reżyserem i pedagogiem PWST im. L. Solskiego w Krakowie, zmarłym w styczniu tego roku.

Tadeusz Malak, fot. Krzysztof Zatycki



Barbara Lekarczyk-Cisek: Przedstawiał Pan Profesor monodram na podstawie tekstów Tadeusza Różewicza pięćdziesiąt lat temu, następnie, po latach ponownie – w 2001 i 2011 roku. A teraz, otwierając 50. WROSTJA, sięgnął po tę poezję po raz czwarty. I są to z pewnością różne monodramy. Domyślam się, że zupełnie inaczej traktował Pan teksty Różewicza pół wieku temu, niż obecnie, bo sam zmieniał się z upływem lat. Czyż nie tak?

Tadeusz Malak: Wyjątkowo ten temat i ten autor w moich realizacjach teatralnych jednoosobowych przechodził szczególną metamorfozę. Gdyby każda z nich została zapisana, to byłby zupełnie nieprawdopodobny – nawet dla mnie samego – cykl takiego dziwnego rozumienia czasowych odniesień. Różewicza czytałem zawsze w kontekście pytania: Gdzie jesteśmy?

A kiedy zetknął się Pan z tym poetą po raz pierwszy?

Pierwszy raz czytałem wiersz Różewicza, gdy miałem szesnaście lat. Nosił tytuł ”Pierwsza miłość”. Szedłem wtedy przez park, oparłem czoło o pień drzewa, głęboko wzruszony. Byłem z pokolenia powojennego, dobrze wojnę pamiętałem i teksty Różewicza stały się ”moje”, bo mówiły także o doświadczeniu mojego pokolenia, o tym, co nas bolało. ”Pierwsza miłość”, ale także inne wiersze poety z tego okresu odnosiłem do mojego czasu – lat 50. To stało się powodem, dla którego uznałem za konieczne przygotować ”List do ludożerców”, który oddawał problemy tamtego czasu. Na ten monodram złożyły się także wiersze innych poetów współczesnych. Kiedy okazało się, że ma to znaczenie także dla innych, zacząłem zaglądać do nowych publikacji Różewicza i znajdowałem w nich to, co było odpowiednie do mojego programu. Nie pamiętam już dziś, jak to się dokonywało, ale pozostała mi pamięć o tym, jak tym wszystkim żyłem. Otóż ilość tych prezentacji, na które było wówczas wielkie zapotrzebowanie, była ogromna!

Zapewne odnajdywał Pan u tego poety nowe, ”własne” problemy?

Tak, Inne też były pointy moich monodramów. Kiedy realizowałem Różewicza po raz pierwszy, wierzyłem, że mimo wielu nieszczęść, wszystko kończy się jednak pozytywnie. Tym razem doszedłem do takiego przesłania, w którym rozliczam się ostatecznie ze wszystkim i które jest pewną przestrogą. Usunęliśmy wszystkie autorytety, stąd wołanie ”Dlaczego mnie opuściłeś? Dlaczego ja opuściłem ciebie?”. W obecnym zakończeniu  doprowadziłem do takiej sytuacji, do przesłania zawartego w wierszu ”Ręce w kajdanach”. Chciałem to zanucić, jak niegdyś na melodię ”Bywaj dziewczę zdrowe” nuciłem ”Bywali szczęśliwi dawniejsi poeci, świat był jak drzewo, a oni jak dzieci. Cóż ci powieszę na gałęzi drzewa, na które spadła żelazna ulewa…”. Chodziło mi o takie odwołanie muzyczne, choć poezji Różewicza za bardzo się nie da śpiewać.

Czy trudne było ponowne przygotowanie monodramu z tekstów Różewicza?
Przygotowanie nowego scenariusza, po długim czasie niegrania jest bardzo trudne, w sensie wysiłku emocjonalnego i czasowego – wymaga poszukiwań. Ostatni okres twórczości Różewicza już w mniejszym stopniu odpowiadał na moje pytania. Mimo to uważam, że w jego twórczości są teksty bardzo gęste i ważne. Równie ważne, jak mojego ulubionego poety Zbigniewa Herberta, po którego utwory także sięgałem wielokrotnie. Przygotowałem m.in. w latach 80., ze Stanisławem Radwanem, ”Powrót Pana Cogito”. Pieśń lepiej przemawia do ludzkiej wyobraźni. Następne pokolenia będą już śpiewać tegorocznego noblistę, Boba Dylana.

Czy grając monodram, mówił Pan także o sobie, o własnych przeżywaniu świata?

Tak! Wiedząc o tym, że to będzie monodram jubileuszowy, że po Różewicza sięgali także inni aktorzy, mówiłem także jak to jest ze mną. To wszystko, co zrobiłem ze swoim monodramem  jest prawdą o Różewiczu, ale zarazem, że nasze myślenie się gdzieś spotyka, że jest nam po drodze, gdy mowa o sprawach, na które napotykamy w życiu.

Dziękuję za rozmowę.

sobota, 14 października 2017

50. WROSTJA – Jubileusz niezwykłego festiwalu monodramów (relacja)

O początkach festiwalu monodramów, ich charyzmatycznym pomysłodawcy i organizatorze – Wiesławie Gerasie, jubileuszowych publikacjach i najciekawszych monodramach tegorocznej edycji.

plakat ubiegłorocznych WROSTJA

W dniach od 17 do 24 października odbyły się Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora. Ten wyjątkowy w skali światowej festiwal monodramów święcił w tym roku swoje 50-lecie.

Na początku był … Geras


Jubileuszowe wydawnictwo, Klub Krytyki Teatralnej/ Polska Sekcja IATC : Wydawnictwo Skorpion


Nie byłoby to zapewne możliwe bez pomysłodawcy i niestrudzonego organizatora – dyrektora festiwalu, Wiesława Gerasa. Temu niezwykłemu człowiekowi, który nie tylko czuwał nad organizacją festiwali, ale także je programował, jeżdżąc po świecie i zapraszając do Wrocławia (i nie tylko) wybitnych artystów, wielokrotnie też inspirował wielu aktorów do zagrania monodramów, została poświęcona jubileuszowa książka o znamiennym tytule: ”50 lat WROSTJA. Po teatrze jednego aktora oprowadza Wiesław Geras”. Została wydana przez Klub Krytyki Teatralnej/Polska Sekcja IATC, pod redakcją Tomasza Miłkowskiego i zawiera – oprócz rozmowy z twórcą festiwalu – wspomnienia aktorów, teatrologów, dziennikarzy, którzy w kolejnych edycjach uczestniczyli ”od zawsze”. Dzięki temu historia tego niezwykłego festiwalu opowiedziana jest barwnie i polifonicznie.

Siemion ojcem założycielem


Początków trzeba szukać w połowie lat 60., które prof. Janusz Degler określa złotym okresem w kulturze Wrocławia. Jego zdaniem, ten rodzaj teatru stwarzał nie tylko szansę  na ujawnienie siebie – własnego warsztatu i sił twórczych. 17 października 1966 roku Danuta Michałowska zaprezentowała w Piwnicy Świdnickiej monodram na podstawie powieści ”Komu bije dzwon” Ernesta Hemnigwaya. Tak rozpoczął się trwający do 23 października Ogólnopolski Przegląd Teatrów Jednego Aktora. Jednakże za ”ojca założyciela” Tomasz Miłkowski uznał Wojciecha Siemiona, który wystąpił z monodramem ”Zdrada” według Izaaka Babla.

W ”Zdradzie” – twierdzi autor ”Impulsu, czyli jak to się zaczęło” – demonstrował Siemion swoje odkrycie estetyczne – wykazywał, że nie dość powołać na scenie postać, trzeba ją jeszcze skomentować, nie tyle być nią, ile być obok niej, opowiadać ją w taki sposób, jakby się nią było. Trudna to sztuka (…), jak zachować bliskość i dystans jednocześnie, ale aktor umiał odnaleźć ten właściwy ton. Stąd aplauz, z jakim spotkał się na festiwalu jego spektakl.

Poza spektaklami, w których wystąpili aktorzy tak znani i wybitni, jak Ryszarda Hanin, Kalina Jędrusik, Andrzej Łapicki i inni, odbywały się także spotkania z aktorami i gośćmi festiwalu, wśród których były takie nazwiska, jak Tadeusz Różewicz czy wspomniany Wojciech Siemion… Codziennie dyskutowano o obejrzanych monodramach, a na spektakle ”waliły tłumy”, jak pisał nieżyjący, znany wrocławski dziennikarz Tadeusz Burzyński. Kolejne przeglądy miały już charakter konkursu, a laureatem pierwszej nagrody – Nagrody Głównej Ministra Kultury i Sztuki – został Tadeusz Malak -  za monodram ”W środku życia” na podstawie tekstów Tadeusza Różewicza. On też otworzył tegoroczne jubileuszowe WROSTJA, odwołując się do tamtego przedstawienia: "Powrót do źródeł... od Różewicza... i dalej...”.

 Tadeusz Malak w monodramie "Powrót do źródeł...", Wrocław 2016

Hamlet Geta


W kolejnym roku Eugeniusz Get-Stankiewicz zaprojektował grafikę zatytułowaną ”Hamlet”, która stała się oficjalnym logo festiwalu, a także znalazła się na okładkach serii wydawniczej poświęconej monodramom – ”Czarnej książeczce z Hamletem”.  Serii, dodajmy, zupełnie unikalnej. Ukazało się w niej 17 publikacji, z czego trzy w tym roku: ”166 monodramów” Tomasza Miłkowskiego, ”Wypowiedzieć człowieka. Poezjoteatr Tadeusza Malaka” Katarzyny Flader-Rzeszowskiej oraz ”Lidii Danylczuk droga ku sobie” Iryny Wołyćka-Zubko. Dodajmy, że każda taka książeczka miała swoją promocję, podczas której nie tylko o niej dyskutowano. Zazwyczaj aktor, który był jej bohaterem, prezentował również swoje monodramy – we fragmentach i w całości.


Ukraińska aktorka Lidia Danylczuk – jedno  z wielu odkryć Wiesława Gerasa – gościła w Polsce wielokrotnie ze swoim ”Teatrem w Koszyku”, który charakteryzuje się nowatorską syntezą słowa, obrazu i dźwięku. W tym roku zaprezentowała monodram "Do źródeł. Głos cichego odmętu", na podstawie tekstu Nedy Neżdany, poruszającego historię głodu na Ukrainie w latach 30.

Geras znaczy dobry


Wielkim atutem jubileuszowego wydawnictwa ”50 lat WROSTJA” jest nie tylko zebranie i uporządkowanie informacji na temat wrocławskiego festiwalu monodramów, ale – a może dla czytelnika przede wszystkim – głosy aktorów, którzy bywali we Wrocławiu ze swoimi spektaklami, a także osób aktywnie uczestniczących w festiwalu w różnych rolach. Dzięki nim poznajemy też trochę ten festiwal od kulis.

Birutė Mar odkrywa dla nas, że słowo ”geras” znaczy po litewsku ”dobry”.
Teraz, po prawie dwudziestu latach  - wspomina aktorka – rozumiem, że Pan Wiesław Geras był wówczas tym dobrym człowiekiem, litewskim ”Gerasem” przysłanym mi przez los, który inspirował do tworzenia, rozwoju, doskonalenia się. (…) Wrocław stał się moim miastem rodzinnym tak jak WROSTJA moim rodzinnym festiwalem, gdzie zagrałam wszystkie swoje spektakle, gdzie chce się powrócić i spotkać starych dobrych przyjaciół, gdzie zawsze ktoś na mnie czeka.

Lidia Danylczuk nazywa Wiesława Gerasa żartobliwie ”rycerzem jednego aktora”, a Katarzyna Flader-Rzeszowska ”człowiekiem z pasją”. Z kolei Krzysztof Gordon podziwia jego świeżość patrzenia na teatr, na aktora, na spektakl, zaś  Krzysztof Grabowski – kompetencje  i szybkość działania: 

Byłem wielokrotnie świadkiem – pisze żartobliwie – jak Wiesław Geras, znany wszystkim służbom w Polsce jako szef mono mafii, zapytany, czy ma jakiś pomysł, kogo można by zaprosić ze spektaklem, odpowiadał, że zaraz coś napisze. Wracał po 30 minutach z pełnym programem na najbliższe dwie edycje festiwalu.

Bogusław Kierc określa Wiesława Gerasa mianem ”jasnoksiężnika”, a Wiesław Komasa nazywa ”Sir Wiesławem” i jedną z najbarwniejszych postaci w historii Teatru Jednego Aktora. Zaś Piotr Konrad, próbując odpowiedzieć na pytanie, czym jest teatr jednego aktora, dochodzi do wniosku, iż jest to ”teatr jednego Gerasa”.

Wiesław Geras, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Tych wypowiedzi i przemyśleń, nie stroniących od anegdoty i błyskotliwych bon motów, jest we wspomnianej  publikacji o wiele więcej. Zachęcam gorąco wszystkich, którzy lubią monodramy i są ciekawi takich charyzmatycznych postaci, jak pan Wiesław Geras, aby sięgnęli do niej. Osobiście zawdzięczam dyrektorowi festiwalu nie tylko możliwość obejrzenia wielu wspaniałych spektakli, których bez Niego nie miałabym szansy zobaczyć, a w konsekwencji – doznać  wielu niezapomnianych wrażeń. Chylę również czoła przed Jego pasją, determinacją i wrażliwością, dzięki którym stworzył zjawisko tak niebywałe, a zarazem tak trwałe.

WROSTJA A.D. 2016


W tym roku spektakle celowo były prezentowane w różnych miejscach, które przypominały historię festiwalu – począwszy od Piwnicy Świdnickiej, gdzie wszystko się zaczęło, poprzez scenę PWST, Teatru Lalek, Biura Festiwalowego IMPART, Teatr Polski, Teatr Muzyczny Capitol, po miejsca zupełnie nowe, ale znaczące,  jak nowo powstałe Muzeum Teatru im. Henryka Tomaszewskiego, gdzie odbyła się sesja o stanie i kondycji teatru jednego aktora, zaprezentowano wystawę fotografii oraz nowe publikacje.

Spośród wielu interesujących monodramów, obejrzanych podczas jubileuszowego festiwalu, chciałabym więcej miejsca poświęcić szczególnie dwóm. Pierwszym jest ”Żmija” - według prozy Aleksandra Tołstoja i w wykonaniu Doroty Stalińskiej, drugim zaś ”Anioły Dostojewskiego”, które zaprezentowała litewska aktorka Birutė Mar. 

”Żmija” – jubileuszowy monodram Doroty Stalińskiej


”Żmija” to spektakl, który jest swoistym fenomenem. Powstał w 1978 roku (sic!), a więc blisko czterdzieści lat temu i najpierw otrzymał I Nagrodę na 13. OFTJA w Toruniu, a następnie Grand Prix na 11. WROSTJA w 1987 roku.  Jednakże prawdziwym zdumieniem napawa fakt, iż grany był przez wiele lat, a liczba przedstawień przekroczyła cztery tysiące!  Kiedy aktorka wznowiła go, prezentując ponownie podczas festiwalu ”W remizie” na Helu, w 2015 roku, nie mogła wejść do środka, tak wielu chętnych usiłowało bezskutecznie dostać się na widownię. To dowodzi, że są spektakle, które się nie starzeją. We Wrocławiu Stalińska zaprezentowała ”Żmiję” w ramach festiwalu po raz czwarty – przy wypełnionej sali. W ten sposób uczciła jubileusz WROSTJA, ale również własny jubileusz 40-lecia pracy artystycznej.

Monodram ten jest autorski w pełnym tego słowa znaczeniu – aktorka wybrała tekst, opracowała go, wyreżyserowała, stworzyła scenografię oraz kostium i własnoręcznie je wykonała (poza wojskowym płaszczem i butami). Jej bohaterka – Olga Wiaczesławowna Zołotowa jest rodzajem Kandyda w spódnicy (w spodniach także). Urodzona w inteligenckiej rodzinie, traci najbliższych w wyniku Rewolucji Październikowej, a sama – mimo ran i uwięzienia – przeżywa i próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Zakochana w poznanym podczas pobytu w szpitalu dowódcy o sokolich oczach, wstępuje do armii i robi wszystko, co on każe. Uczy się jeździć konno, strzelać, znosi wszelkie trudy, bo on jest teraz jej ”rodziną”. Dowódca jest  przy tym powściągliwy i traktuje ją początkowo po ojcowsku, by z czasem zauważyć w niej kobietę, ale nigdy tego nie wykorzystuje. Przed samobójczym, nakazanym przez dowództwo atakiem, wyznaje jej miłość, po czym... ginie. Dziewczyna niczego poza walką nie umie i kiedy nastaje czas pokoju, nie potrafi odnaleźć się w tzw. zwyczajnym życiu. Jest samotna, zamknięta w sobie i staje się łatwą ofiarą pomówień i intryg. Pełne determinacji próby zademonstrowania otoczeniu, że jest normalną kobietą, pragnącą kochać i być kochaną, kończą się tragicznie.

Dorota Stalińska w monodramie "Żmija", WROSTJA 2016

Dorota Stalińska znakomicie pokazuje dramat swojej bohaterki, opowiadając jej historię w formie retrospekcji, od momentu, kiedy to kobieta znajduje się w więzieniu i jest przesłuchiwana, a jednocześnie przygląda się swojemu życiu, próbując zrozumieć, jak to się stało, że zabiła człowieka. Nawiązuje kontakt z publicznością, jakby w oczekiwaniu, że ktoś jednak zrozumie jej dramat. Gra zarówno naznaczoną dramatycznymi przejściami bohaterkę – doświadczoną i nieufną, by za chwilę zmienić się w młodą, niewinną dziewczynę, jaką była na początku. Czasami tragiczna, niekiedy tragikomiczna, zabawna – zawsze prawdziwa i wiarygodna. Taka jest Olga Doroty Stalińskiej: komiczna, gdy uczy się konnej jazdy (wszystko rozgrywa się na naszych oczach), liryczna i trochę zabawna, gdy jesteśmy świadkami jej pierwszej rozkwitającej miłości, tragiczna – gdy  rozpacza po śmierci ukochanego. Piękna jest scena, w której zakochani spędzają ostatnią noc przy ognisku, a mężczyzna śpiewa miłosną pieśń po ukraińsku. Stalińska wyczarowuje przed nami tę scenę tak znakomicie, że ”widzimy” dwoje zakochanych, czujemy atmosferę tej chwili… Prawdziwa mistrzyni! Pod koniec spektaklu, kiedy emocje sięgają zenitu, właściwie bez zastrzeżeń stajemy po stronie ”skrzywdzonej i poniżonej” bohaterki tej opowieści.

Sądzę, że ponadczasowość tego monodramu wynika nie tylko z przesłania utworu, w którym ukazano, jak historia i ludzka podłość mogą zniszczyć życie człowieka. To także, a może przede wszystkim zasługa aktorki, która potrafiła tę prawdę w sposób wiarygodny przekazać środkami scenicznymi, z upływem lat robiąc to coraz bardziej świadomie i dojrzale. 

Wywiad z Dorotą Stalińską - pod tym linkiem.


”Anioły  Dostojewskiego” i Birutė Mar


Prawdziwym brylantem 50. WROSTJA była litewska aktorka Birutė Mar, która tym razem zaprezentowała monodram na kanwie prozy Fiodora Dostojewskiego. Tytuł został zaczerpnięty z opowiadania "Chłopczyk na gwiazdce u Pana Jezusa", bo też dziecko – niewinne, skrzywdzone, poniżone, cierpiące biedę i głód – jest bohaterem tego spektaklu. Tacy ”niewinni aniołowie” pojawiają się w różnych tekstach Dostojewskiego.

Dziatki kochajcie szczególnie – naucza starzec Zosima w ”Braciach Karamazow – albowiem również i one są bezgrzeszne jako anioły i żyją ku rozrzewnieniu, ku oczyszczeniu serc naszych, niejako będąc dla nas wskazówką. Biada temu, kto skrzywdził dziecko.
Tymczasem dzieci są krzywdzone nieustannie: uwiedzione, naiwne nieletnie dziewczęta, marzące o miłości, które wykorzystano cynicznie, nigdy już nie będą potrafiły kochać, będą tylko ranić innych, jak Gruszeńka z ”Z braci Karamazow” czy naiwna dziewczyna z ”Białych nocy”. 
Birutė Mar wchodzi w rolę każdej z postaci w sposób tak naturalny, że to aż zdumiewające. Wkłada męski płaszcz i jest Stawroginem opowiadającym, jak doprowadził do samobójczej śmierci małą dziewczynkę Matrioszę, która nie umiała żyć po tym, jak ją skrzywdził. Cyniczny i mający niejedno na sumieniu, ciągle widzi jej postać wygrażającą mu maleńką piąstką.  Biada temu, kto skrzywdził dziecko… Za skrzywdzonym dzieckiem ujmuje się także inny bohater Dostojewskiego – książę Myszkin, który doskonale wie, że dzieci potrafią być także okrutne w stosunku do siebie, ale nigdy w takim stopniu jak dorośli. Zresztą sam Myszkin ma wrażliwość i ”anielskość” dziecka – i pozostaje bezbronny jak one.

Birute Mar w monodramie "Anioły Dostojewskiego", WROSTJA 2016

Birutė wchodzi także w rolę sześcioletniego chłopczyka i robi to jak nikt inny – wkłada rozczłapane buty, twarz jej się zmienia, oczy nabierają takiego wyrazu, że można o nic powiedzieć: ”oczy dziecka”… Przypomina mi w tym Giuliettę Masinę. Chłopczyk opuszcza suterenę, w której leży ciało zmarłej matki i usiłuje znaleźć coś do jedzenia. Jest mały, bezbronny, przemarznięty. Właśnie zbliża się Wigilia Bożego Narodzenia i za szybami sklepów i oknami widać stosy jedzenia, ale nikt nie chce chłopcu dać się pożywić. W końcu malec zamarza za stosem drewna i ktoś nazajutrz odnajduje jego zwłoki. Tymczasem – mówi Dostojewski, a za nim Birutė – chłopiec trafia na Wigilię do Pana Jezusa, bo u Niego  jest zawsze w Wigilię gwiazdka dla małych dzieci, które nie mają własnej gwiazdki. Ale pointa monodramu jest zupełnie inna niż w opowiadaniu. Narrator Dostojewskiego dystansuje się do tej historii, mówiąc, że jest zmyślona. Birutė zaś przytacza na koniec słowa starca Zosimy i to one stają się pointą spektaklu. Otóż w kontrze do myśli "jeśli Boga nie ma, wszystko wolno”, starzec Zosima uważa, że całe zło, a w szczególności cierpienie niewinnych, bierze się z faktu zerwania przez człowieka więzi z Bogiem.

Spektakl litewskiej mistrzyni monodramu to przykład coraz rzadszego we współczesnej sztuce zjawiska, kiedy to teatr przekracza swoje własne granice, stając się czymś więcej niż scenicznym działaniem. Jak w starożytnej Grecji, przynosi rodzaj katharsis i sprawia, że widz będący współuczestnikiem spektaklu (bo powiedzieć: widzem - to za mało), przeżywa rodzaj duchowego wstrząsu, po którym nic już nie jest takie samo.

Gdyby na WROSTJA  zaprezentowano tylko to przedstawienie, byłoby to i tak wielkim sukcesem tego zasłużonego festiwalu. Jednak takich przeżyć doświadczyłam w ciągu minionych lat więcej, toteż ogromnie żałuję, że 50. przegląd monodramów był zarazem ostatnim.

Wywiad aktorką - pod tym linkiem


Relacja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.

poniedziałek, 12 października 2020

Wiesław Geras o programie jubileuszowych WROSTJA /wywiad/

 W dniach od 17 do 24 października, a naprawdę do 19 listopada 2016 roku odbędą się jubileuszowe, 50. Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora. Program festiwalu monodramów prezentuje jego dyrektor – Wiesław Geras.

Wiesław Geras, fot. B. Lekarczyk-Cisek

Barbara lekarczyk-Cisek: Trzymam w ręku wydaną właśnie z okazji jubileuszu książeczkę Tomasza Miłkowskiego: ”166 monodramów”. Jakie to uczucie, gdy przychodzi taki wspaniały, liczący pół wieku, jubileusz?

Wiesław Geras: To będzie rzeczywiście wyjątkowy festiwal nie tylko dlatego, że liczy sobie już pięćdziesiąt lat. Także ze względu na program, zaproszonych gości, wydawnictwa, które mu towarzyszą, a nawet ze względu na miejsca, w których będą prezentowane spektakle.

W tym roku monodramy będą prezentowane w różnych miejscach.

Ten ruch festiwali monodramów zrodził się w Piwnicy Świdnickiej i jesteśmy bardzo przywiązani do tego miejsca. Pierwszy dzień WROSTJA, jego inauguracja, odbędzie się właśnie tam. Wprawdzie  nie pojawi się pani Irena Jun, jak to było w planach, uległa bowiem wypadkowi. Jesteśmy tym bardzo poruszeni. 87-letnia aktorka przygotowała specjalnie na ten jubileusz monodram ”Matka Makryna” na podst. powieści Jacka Dehnela. Mamy jednak nadzieję, że zaprezentuje go w przyszłości, kiedy poczuje się na siłach. 

Podczas inauguracji wystąpi za to Tadeusz Malak, który jako pierwszy  otrzymał na festiwalu nagrodę. Przypomnę, że pierwszy festiwal w 1964 roku miał charakter spotkań i odbył się bez nagród. Dopiero rok później odbył się konkurs i pierwszą nagrodę zdobył wówczas Tadeusz Malak za spektakl na podst. tekstów T. Różewicza, zatytułowany ”W środku życia”. Zmodyfikowany, uzupełniony przemyśleniami aktora monodram pod tytułem "Powrót do źródeł... od Różewicza... i dalej..." zostanie powtórzony w tym roku. Po nim odbędzie się promocja książki poświęconej artyście: "Wypowiedzieć człowieka. Poezjoteatr Tadeusza Malaka" Katarzyny Flader-Rzeszowskiej, co będzie także okazją do rozmowy. Wieczór jubileuszowy poprowadzi nasz prezes honorowy – prof. Janusz Degler. Będzie to także okazja do promocji książki monograficznej poświęconej WROSTJA, a wydanej przez Klub Krytyki Teatralnej i Instytut Teatralny. Jest to dla mnie zaszczyt i powód do satysfakcji, że nasz festiwal został doceniony i opisany. 

Oprócz miejsc, w których odbywały się w przeszłości festiwale, monodramy zostaną zaprezentowane także w miejscach zupełnie nowych.

Tak, drugi dzień festiwalu odbędzie się częściowo w nowo powstałym Muzeum Teatru im. Henryka Tomaszewskiego. Muzeum to powstało m.in. z inicjatywy Wrocławskiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru, w czym specjalne zasługi ma nieżyjąca Irena Rzeszowska, wieloletni prezes Towarzystwa. Miłośnicy teatru pamiętają zapewne ogromne wystawy organizowane przez Towarzystwo. Otóż wszystkie te eksponaty, pieczołowicie przez Rzeszowską gromadzone, zostały przekazane do Muzeum Miejskiego. Również ja przekazałem całą posiadaną dokumentację. Tak więc kolejny dzień WROSTJA odbędzie się w Muzeum Teatru, gdzie przed południem zaplanowano sesję o stanie i kondycji teatru jednego aktora, a jednocześnie na temat jubileuszu. Pokażemy m.in. wyniki naszej pięcioosobowej komisji, składającej się z dwóch profesorów: J. Deglera i R. Śliwonika, dwóch krytyków: T. Miłkowskiego K. Kucharskiego i mnie, którzyśmy oglądali wszystkie festiwale we Wrocławiu. Wybraliśmy mianowicie te spektakle, które okazały się znaczące dla rozwoju monodramu. 

W Muzeum Teatru zostanie także zaprezentowana wystawa fotografii oraz publikacji WROSTJA oraz odbędzie się promocja książki z serii ”Czarna książeczka z Hamletem” - ”166 monodramów” Tomasza Miłkowskiego.

A po południu, w Ratuszu, zaprezentujemy spektakle wrocławskie, chcemy bowiem pokazać, że WROSTJA przyczyniły się  także do powstania wielu spektakli z udziałem wrocławskich artystów. Według naszego rozeznania, przez tych pięćdziesiąt lat istnienia festiwalu, wzięło w nim udział około dziewięćdziesięciu aktorów wrocławskich. Pokażemy trzy pokolenia artystów związanych z wrocławską PWST: Agatę Kucińską z monodramem "Dziewczyny jak złoto” wg Tomasza Mana, Annę Skubik, która zaprezentuje "Złamane paznokcie. Rzecz o Marlenie Dietrich” oraz Bogusława Kierca z monodramem ”Mój trup”. 

Kolejny dzień festiwalu odbędzie się w nowo otwartym Wrocławskim Domu Literatury, gdzie pokażemy trzy spektakle, które są dla nas bardzo ważne. Zazwyczaj prezentowaliśmy także aktorów nieprofesjonalnych, którzy wyróżnili się na różnych konkursach. I tym razem mamy dwie młode osoby, które są laureatkami konkursu Turniej Teatrów Aktora "Sam na scenie" w Słupsku. Jedna zaprezentuje tekst Leszka Kołakowskiego, a druga – Dostojewskiego.

Na festiwalu pojawią się także wybitne aktorki zagraniczne, które wielokrotnie gościły we Wrocławiu…

Tego samego dnia wieczorem  wystąpi Lidia Danylczuk ze Lwowa – aktorka związana z nami od piętnastu lat, przez nas wypromowana. Bywała w Polsce na różnych festiwalach kilkanaście razy. Poświęciliśmy jej także monografię z serii ”Czarna książeczka z Hamletem” -  "Lidii Danylczuk droga ku sobie” autorstwa Iryny Wołyćkiej-Zubko, która będzie promowana tego dnia. 

Dzień ten zakończymy we Wrocławskim Teatrze Lalek, gdzie wystąpi ulubienica naszej publiczności – Biruté Mar, która zaprezentuje premierowy spektakl "Anioły Dostojewskiego”. 

Poza tym wystąpią także wybitni polscy aktorzy…

Chcemy także pokazać polskich mistrzów monodramu. 20 października wystąpi w Imparcie Janusz Gajos z monodramem ”Msza za miasto Arras”. A następnego dnia nasza ulubienica – Dorota Stalińska będzie świętowała swój jubileusz, podczas którego pokaże monodram ”Żmija”. Pokaże go zresztą później w innych miastach.

Monodramy zaprezentują także wrocławscy aktorzy…

Dzień poświęcony monodramom we wrocławskich teatrach miał być bardziej rozbudowany. Chcieliśmy pokazać, że dzięki naszemu festiwalowi aktorzy zostali zainspirowani do pracy nad monodramami. Niestety, nie wszystkie teatry zgodziły się na udział w tej prezentacji. Ostatecznie zobaczymy więc trzy monodramy: Anny Kramarczyk, Wiesława Cichego i Błażeja Wójcika. 

Szczególne znaczenie ma dla nas także jubileusz 85-lecia urodzin Zdzisława Kuźniara, którego ”Ja, Feuerbach” zostanie zaprezentowany 18 i 19 listopada w Instytucie Grotowskiego. Patronowaliśmy też przygotowanej z tej okazji wystawie fotografii tego wybitnego aktora. 

Festiwal kończymy tradycyjnie etiudami PWST. Tradycyjnie już pokażemy także nasze spektakle w sześciu miastach Dolnego Śląska.

Jesteśmy dumni, że udało się nam w tym roku przygotować jubileuszowy festiwal, mimo braku zainteresowania ze strony miasta. Władze Wrocławia w ogóle tego festiwalu nie uznają. Będzie to więc ostatni festiwal prezentowany w tej formule. Od przyszłego roku będziemy organizowali w październiku WROSTJA-mono (autor albo aktor). W tej formule będą prezentowane trzy spektakle jednego autora lub trzy monodramy w wykonaniu jednego aktora. Pierwsze spotkanie będzie dotyczyło T. Różewicza. Pokażemy trzy jego spektakle, które powstały z naszej inspiracji za granicą. W Armenii przygotowano ”Śmiesznego staruszka”, w Kijowie ”Starą kobietę…”, a w Odessie – spektakl na podst. poezji autora ”Ocalonego”.

Dziękuję za rozmowę.

środa, 11 października 2017

50. WROSTJA: Tadeusza Malaka mówienie Różewiczem (refleksja na temat spektaklu)

Monodram Tadeusza Malaka – ascetyczny, prawdziwy i poruszający, choć nie podlegający opisowi. Domagający się współuczestnictwa i dopełnienia.

Tadeusz Malak w monodramie Powrót do źródeł… od Różewicza… i dalej…

Od środka do źródeł z Różewiczem

Na 50. Wrocławskich Spotkaniach Jednego Aktora nie mogło zabraknąć aktora, który przed laty, w 1965 roku, przygotował z tekstów Tadeusza Różewicza autorski monodram zatytułowany ”W środku życia”. Otrzymał zań Nagrodę Główną na 2 OFTJA (Ogólnopolski Festiwal Teatrów Jednego Aktora) w 1967 roku. Tytuł nawiązywał do ”Boskiej Komedii” Dantego (”W życia wędrówce, na połowie czasu”), zaś monodram był jeszcze prezentowany we Wrocławiu dwukrotnie: w 2001 oraz 2011 roku, uzupełniony i zmieniony, co zostało zasugerowane już w tytule, który tym razem brzmiał: ”W środku życia - ciąg dalszy”. I oto Mistrz Słowa pojawił się we Wrocławiu po raz czwarty. Tym razem rozpoczął 50. Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora  monodramem ”Powrót do źródeł… od Różewicza… i dalej…”.

Powrót do źródeł słowa

Jak przed laty – w Piwnicy Świdnickiej, na niewielkiej scenie ustawiono stół i krzesło, a Tadeusz Malak rozpoczął swój dialog z widzami od refleksji na temat podróży pociągiem, w którym pasażerowie – co wydało mu się znaczące – siedzieli tyłem do kierunku jazdy. Wspominał też o błądzeniu po słabo rozpoznawalnych ulicach, gdy zmierzał do Piwnicy, jakby chciał nam powiedzieć, że przestrzeń, w której się porusza już nie jest taka sama, a i on sam zmienił się i nie jest tym samym aktorem, którym był przed laty. Że wreszcie teksty Tadeusza Różewicza także interpretuje inaczej, zmieniając akcenty, wybierając nowe fragmenty. A przecież, choć mówi  do nas Różewiczem, pozostaje sobą – artystą, który mierzył się z tymi tekstami przez tyle lat, że stały się częścią jego samego i że tak naprawdę mówi do nas on sam: o tym, co ważne, ale także o zalewie banałem, o miłości i utracie, o przemijaniu. O tym, że trzeba sobie stawiać pytania, tylko dlaczego pytamy o sprawy nieistotne albo unikamy odpowiedzi na ważne pytania. Pytania filozoficzne i  pytania banalne.
”Powrót do źródeł” oznacza w tym kontekście nie tylko powrót do owego pierwszego monodramu. To także powrót do źródeł słowa, do źródeł poezji. Artysta bacznie się słowom przygląda, wydobywa ich brzmienie i sens, a wreszcie – wypowiadając je w tej szczególnej, niedużej przestrzeni – wobec zgromadzonych i zasłuchanych widzów, nawiązuje z nimi nieustanny dialog, uruchamiający wyobraźnię, refleksję, energię. Zaczyna się od Różewicza, ale na nim nie kończy, nie kończy w ogóle…

Kilka czystych taktów

Trzeba bowiem dodać, że swoistym uzupełnieniem monodramu był wiersz innego wybitnego poety tego samego pokolenia – Zbigniewa Herberta: ”Tarnina” z tomu ”Elegia na odejście”. Został dedykowany przez Tadeusza Malaka człowiekowi będącemu spiritus movens trwających od 50. lat  prezentacji monodramów – Wiesławowi Gerasowi, od którego wszystko się zaczęło i nadal rozwija:

Ktoś jednak musi mieć odwagę
Ktoś musi zacząć
tak tarnino
kilka czystych taktów
to bardzo dużo
to wszystko

Monodram Tadeusza Malaka – ascetyczny, prawdziwy i poruszający. Słowo odgrywa w nim rolę najważniejszą: łączy artystę z widzami, rodząc twórczą wymianę. Czy to się poddaje słownemu opisowi? Niestety, nie – wymaga współobecności.


Wywiad z Tadeuszem Malakiem - pod tym linkiem

poniedziałek, 30 października 2017

WROSTJA 2011: Jubileusz 45-lecia /relacja/

Jubileuszowe 45. WROSTJA to przede wszystkim spektakle poświęcone Tadeuszowi Różewiczowi z okazji 90. rocznicy jego urodzin, występy mistrzowskie Larysy Kadyrowej, Milki Zimkovej i zjawiskowej Biruté Mar. Wydano trzy kolejne tomiki  z serii „Czarna Książeczka z Hamletem”. Dyskutowano nad istotą monodramu Tadeusza Łomnickiego oraz monodramów studenckich. Nagrodzono młodych adeptów sztuki teatru jednego aktora.


45 jubileuszowe spotkania Wrocławskich Teatrów Jednego Aktora miały w tym roku szczególny charakter. Po pierwsze dlatego, że z okazji 90. rocznicy urodzin Tadeusza Różewicza poświęcono cały pierwszy dzień święta monodramów czcigodnemu Jubilatowi, po drugie - wydarzeniem tegorocznego przeglądu była obecność litewskiej aktorki, poetki i reżyserki w jednej osobie – Biruté Mar.

24 listopada, po uroczystym otwarciu WROSTJA, mogliśmy wysłuchać pełnych humoru wspomnień wydawcy „Kartoteki”, red. Jana Stolarczyka, dotyczących jego ponad dwudziestoletniej współpracy z Różewiczem. Zaprezentowano też dwa monodramy na kanwie tekstów poety: pierwszy wykonał Tadeusz Malak, którego spektakl „W środku życia” był prezentowany we Wrocławiu przed wielu laty, na II OPTJA (Ogólnopolski Przegląd Teatrów Jednego Aktora) w 1967 roku. Wówczas to został pierwszym laureatem wrocławskiego konkursu.

Krakowski aktor zaprezentował spektakl, który powstał przed 44 laty, co było zarówno dla niego, jak i dla wytrwałych, wiernych uczestników monodramowych festiwali doświadczeniem szczególnym, skłaniającym do refleksji. Przedstawienie zostało uhonorowane Nagrodą Prezydenta Wrocławia.

WROSTJA 2011


Drugą niespodzianką tego dnia był występ Larysy Kadyrowej z Ukrainy, która zaprezentowała monodram na podstawie dramatu Różewicza „Stara kobieta wysiaduje” w swoim ojczystym języku. Należy dodać, że aktorka przyjechała do Wrocławia z Toruńskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora (również dziecko Wiesława Gerasa, dyrektora artystycznego WROSTJA i OFTJA - przyp. B.L-C.) z nagrodą ZASP-u  za kreację aktorską w tym spektaklu. W istocie, był to monodram poruszający. Kadyrowa zagrała nie tyle i nie tylko starą kobietę, ale kobietę w ogóle. Monolog najpierw pełen ironii, dowcipny, z aluzjami do współczesności, staje się z czasem coraz bardziej „gęsty” i tragiczny. Samotna matka, „kobieta na śmietniku” – przez nikogo niekochana, nikomu niepotrzebna, tragiczna.

Larysa Kadyrowa w monodramie "Stara kobieta wysiaduje"
Aktorka pozbywa się kolejno wszystkich atutów swojej kobiecości: kapelusza, rękawiczek, sukni, peruki, sztucznych rzęs, makijażu. Na koniec staje przed widzem siwa, postarzała, w białej koszuli, która podkreśla workowaty kształt ciała, nikogo już nie pociągającego.  Wstrząsający akt ogołocenia… Za swoją rolę w tym spektaklu Larysa Kadyrowa została uhonorowana Nagrodą Publiczności im. Lidii Zamkow i Leszka Herdegena, ufundowaną przez Prezydenta Wrocławia, Nagrodą Dziennikarzy oraz GRAND PRIX GERAS.

40. Ogólnopolski Festiwal Teatrów Jednego Aktora


25 i 26 listopada odbywały się przesłuchania konkursowe 40. Ogólnopolskiego Festiwalu Teatrów Jednego Aktora, zaś w niedzielę, 27. – studenci Filii PWST we Wrocławiu zaprezentowali swoje etiudy. Spośród obejrzanych spektakli najbardziej podobał mi się monodram Mateusza Nowaka „Teatralność”.  Na wyróżnienie zasłużył również jako autor scenariusza, będącego kompilacją błyskotliwych tekstów Bernarda-Marie Koltèsa, Łukasza Rippera i Michała Walczaka, oraz jako ich interpretator. Był wirtuozowski i nieprzewidywalny.

Najciekawsze, że Nowak jest amatorem, a  zdystansował „zawodowców” i zdobył tzw. „Szczebel do kariery” oraz 2 tys. złotych od Bogusława Kierca, jednego z jurorów. Mnie zaś wynagrodził nieobecność na tegorocznych WROSTJA znakomitego rosyjskiego aktora Wsiewołoda Czubenki.

Ponadto, Nagrodę Ośrodka Kultury i Sztuki dla najlepszego aktora Dolnego Śląska oraz 2 tys. zł. od jurora Janusza Deglera otrzymała Monika Bolly za monodram „Sachem” – teatralną opowieść o Holocauście. Nagrodzono również Krzysztofa Grabowskiego za monodram „Patryk K.” według prozy Jerzego Pilcha oraz Paulinę Raczyło za spektakl „Dobre ciało?".

Biruté Mar. Bez maski 


WROSTJA to nie tylko przegląd najciekawszych monodramów, ale również występy mistrzowskie, dyskusje, spotkania autorskie organizowane przy okazji wydania kolejnych tomików „Czarnej Książeczki z Hamletem”. W tym roku zaprezentowano aż trzy takie wydawnictwa, a mianowicie „Wrocławskie rozmowy, czy teatr jednego aktora jest teatrem ubogim?” pod red. Tomasza Miłkowskiego i Marii Lubienieckiej, „Sam był teatrem. O sztuce monodramu Tadeusza Łomnickiego” Jolanty Betkowskiej i Andrzeja Żurowskiego.

Dla mnie największym wydarzeniem było spotkanie z Biruté Mar, której monografia „Biruté Mar. Bez maski” została zaprezentowana z udziałem samej aktorki, opowiadającej o swoim życiu. Wykonała też fragmenty czterech swoich spektakli. Krucha i drobna, na scenie sprawia wrażenie silnej osobowości. Na początku swej kariery zaprezentowała się w roli starej kobiety w monodramie „Słowa na piasku”(1998) na motywach „Szczęśliwych dni” Becketta. Mogliśmy zobaczyć fragment tego spektaklu, utrwalony na taśmie wideo. Aktorka grała rolę Winnie w niezwykłym kostiumie – sukni przypominającej kulę ziemską.

Biruté Mar w "Słowach na piasku"
"Ta sztuka jest piękna jak wiersz. Jest prawdziwą poezją, tajemnicą" – powiedziała poetka, aktorka i reżyserka w jednej osobie. Kolejną, której fragment zobaczyliśmy, był „Kochanek”(2001) na podstawie wspomnień Marquerite Duras, gdzie dla odmiany zagrała czternastolatkę. Byliśmy świadkami tej metamorfozy – dojrzała kobieta stała się na naszych oczach naiwnym podlotkiem –  i była w tym wiarygodna!

Największe wrażenie zrobił na mnie jednak fragment spektaklu „Antygony” Sofoklesa (2003), w którym Biruté Mar gra wszystkie postaci, posługując się jedynie skrawkiem materiału, a wspomaga ją tylna projekcja filmu z nagranym chórem. Widzieliśmy, jak Biruté mistrzowskim sposobem przechodzi od jednej postaci do drugiej, a w scenie śmierci Antygony, śpiewa po grecku żałobną pieśń. Trzeba bowiem podkreślić, że aktorka gra swoje spektakle swobodnie posługując się litewskim, rosyjskim, angielskim, wplata także teksty oryginalne.

Biruté Mar w "UNE"
W niedzielę 28 listopada Biruté Mar zaprezentowała jeszcze jeden spektakl –  o wybitnej litewskiej aktorce Unė Baye-Babickaitė (1897-1961), zatytułowany „UNĖ” (2010). Kanwą sztuki są dramatyczne dzieje nieprzeciętnej artystki, która po powrocie z Paryża do ojczyzny przed II wojną światową, została wraz z mężem zesłana na Syberię. Spektakl ten jest zarazem refleksją na temat teatru, sztuki aktorskiej, dramatycznego splotu ludzkich losów. Wszyscy możemy się jakoś w tej biografii odnaleźć, a to za sprawą niezwykłej aktorki, jaką jest Birute.

Mar gościła już w Polsce kilkakrotnie – w Toruniu i we Wrocławiu, na zaproszenie dyr. Wiesława Gerasa, ale wymienioną sztukę zaprezentowała tu po raz pierwszy. Otrzymała we Wrocławiu Nagrodę Wojewody Dolnośląskiego oraz Nagrodę TVP Wrocław. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejny spektakl, który Biruté Mar przygotowuje według prozy Fiodora Dostojewskiego, również będziemy mieli okazję zobaczyć.

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu PIK Wrocław.



piątek, 2 października 2026

Monoteatr Wiesława Gerasa /wywiad/

Rozmawiam z Wiesławem Gerasem  – cenionym animatorem kultury, dziennikarzem i działaczem społecznym, związanym przede wszystkim z Wrocławiem oraz ruchem teatrów jednego aktora. Przez 50 lat z sukcesem organizował w stolicy Dolnego Śląska przeglądy monodramów, które na stałe wpisały się w kulturalny pejzaż miasta. Próbując odpowiedzieć na pytanie, czym jest teatr jednego aktora, Piotr Konrad nazwał go trafnie i dowcipnie ”teatrem jednego Gerasa”. Wkrótce czeka nas jubileuszowy 60. przegląd!

Wiesław Geras uhonorowany złotym medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis,
fot. z archiwum Wiesława Gerasa

Barbara Lekarczyk-Cisek: Spotykamy się z powodu dwóch ważnych wydarzeń, których jest Pan bohaterem. Po pierwsze, w tym roku został Pan uhonorowany złotym medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” za swoje dokonania na niwie teatralnej. Po wtóre, 17 października tego roku mija 60 lat od otwarcia w Piwnicy Świdnickiej pierwszego przeglądu monodramów, którego jest Pan prawdziwym spiritus movens. Dzięki Panu odbędzie się we Wrocławiu ponownie prezentacja monodramów w wykonaniu aktorów uczestniczących w początkach przeglądu. Historia zatoczyła koło… Zanim w naszej rozmowie poddamy refleksji minione „teatralne lata” i Pański w nich udział, proszę nam przybliżyć program jubileuszu.

Wiesław Geras: Przygotowując program jubileuszu zdecydowałem się na to, by wystąpili w nim aktorzy wrocławscy. W gronie tym znalazł się również Wiesław Komasa, który zadebiutował we Wrocławiu 55 lat temu spektaklem „Wołający”. Na jubileusz, który jednocześnie będzie zamknięciem jego kariery scenicznej, przygotował spektakl autobiograficzny, dziesiąty w swojej karierze. Chciałbym też zaprosić Zdzisława Kuźniara, 95-letniego wrocławskiego aktora, który ciągle jest w znakomitej formie. Zrobił w swoim życiu cztery monodramy, m. in. genialnego „Feuerbacha” na podst. Tankreda Dorsta, a także „Dwa dni z synem”, inspirowany sztuką Edmunda Morrisa „Drewniany talerz” – niezwykle poruszający monodram, w którym zawarł osobiste wspomnienia. Chciałbym też, aby wystąpiła Agata Kucińska, która zaprezentowała przed laty monodram zatytułowany „Sny” na podst. Iwana Wyrypajewa, za który otrzymała Nagrodę Dziennikarzy. Zrealizowała też słynne „Żywoty świętych osiedlowych” na podst. tekstu Lidii Amiejko. Może uda się zaprosić wybitnego wrocławskiego aktora i poetę Bogusława Kierca, który także prezentował swoje monodramy podczas WROSTJA, m. in. „Mojego trupa” na podst. tekstów Adama Mickiewicza.

Na WROSTJA bywałam już od lat 70., a był to czas szczególnego rozkwitu teatru. Można było obejrzeć wspaniałe przedstawienia zarówno w teatrach zawodowych, jak też teatr eksperymentalny Jerzego Grotowskiego. Ponadto co 4 lata odbywały się Festiwale Teatru Otwartego, na których pojawiły się grupy teatralne z całego świata, od amerykańskiego The Bread and Puppet Theatre po japoński teatr kabuki. Na te spektakle, podobnie jak na Pańskie przeglądy monodramów, waliły tłumy. WROSTJA przetrwały rozmaite burze i udało się w 2016 roku osiągnąć niebywały wprost jubileusz 50-lecia. I to w wielkim stylu! Począwszy od 2010 towarzyszyłam przeglądowi monodramów regularnie, recenzując spektakle i przeprowadzając wywiady z aktorami. Na początku nowego wieku przegląd stał się przedsięwzięciem międzynarodowym. Jak do tego doszło?

Zaczęło się to od roku 2000, kiedy to Międzynarodowy Instytut Teatralny, którego jestem członkiem do dziś, zorganizował spotkanie dyrektorów – organizatorów festiwali. Odbyło się w Moskwie, gdzie przewodniczył mu Walery Kazanow. Mnie uczestnictwo zaproponował rektor Akademii Teatralnej w Warszawie – Lech Śliwonik, a prócz mnie pojechał także ówczesny dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie – Jarosław Kilian. Podczas naszego pobytu w Moskwie trwał czwarty festiwal teatrów jednego aktora. Spotykaliśmy się nie tylko na przedstawieniach, ale także w pięknym budynku domu kultury, gdzie spożywaliśmy posiłki, rozmawiali i słuchali koncertów na żywo. Wziąłem ze sobą do Moskwy plakat WROSTJA i podczas jednego z tych spotkań pochwaliłem się, że organizuję właśnie 43 festiwal monodramów. Wywołałem zdumienie i wielki aplauz. Na kolejnym spotkaniu zaprosiłem dyrektorów na następny festiwal do Wrocławia. Od tej pory zaczęła się wymiana, a mnie ustanowiono przewodniczącym rady dyrektorów.

W rezultacie do Wrocławia (i nie tylko!) zawitali tak znakomici aktorzy, jak Wsiewołod Czubenko czy Birute Mar. Litewska aktorka miała nawet swój benefis, podczas którego prezentowała – w trzech językach! – swoje wspaniałe monodramy, a ponadto promowała swoją monografię wydaną w serii „Czarna książeczka z Hamletem”. Jest to niezwykła twórczyni w pełnym tego słowa znaczeniu: pisze, gra, reżyseruje…W Polsce występowała wielokrotnie i wszystkich nas zachwyciła. Czy miał Pan realny wpływ na to, kogo zaprasza?

Oczywiście! Jeździłem na festiwale i oglądałem przedstawienia. Byłem na około stu międzynarodowych festiwalach! Odkryłem w ten sposób także Lidię Danylczuk, a z Birute Mar zaprzyjaźniłem się w Moskwie. Od razu powstała między nami jakaś więź porozumienia i potem artystka przyjeżdżała do Polski 5 czy nawet 6 razy, nie tylko do Wrocławia, ale także do Warszawy i Torunia. Gdy dyrektorem Teatru Polskiego im. Arnolda Szyfmana w Warszawie został po powrocie z Paryża Andrzej Seweryn, zaprosił mnie do współpracy i dzięki temu mogliśmy tam również prezentować monodramy. 

Z kolei Larysę Kadyrową, pamiętną odtwórczynię tytułowej roli w spektaklu Tadeusza Różewicza „Stara kobieta wysiaduje”, poznałem w Kijowie. Starsza, poważna aktorka, wykładowczyni w szkole teatralnej. Kiedy poznaliśmy się lepiej, zdradziła mi, że jej marzeniem jest przyjechać do Polski, do Wrocławia, aby zobaczyć salę Grotowskiego. Po kilku latach przyjechała na moje zaproszenie z monodramem na podst. dramatu Różewicza i zaprezentowała go właśnie w Instytucie Grotowskiego. Widziałem też, jak Lidia Danylczuk uklękła w sali Grotowskiego i przez nikogo niezauważona, poza mną, ucałowała drewnianą podłogę… Okazało się potem, że była wielką admiratorką sztuki aktorskiej Ryszarda Cieślaka. Wielu aktorów pragnęło zobaczyć tę salę i myśmy im to umożliwiali. Takie to były mocne przeżycia! 

Dodam, bo Panu pewno byłoby niezręcznie, że aktorzy Pana uwielbiają i darzą wielką atencją, co mogłam nie tylko wyczytać w jubileuszowej książce wydanej przez Klub Krytyki Teatralnej, ale także wielokrotnie sama byłam tego świadkiem. Wspomniana już Lidia Danylczuk nazwała Pana „Rycerzem jednego aktora”, Birute Mar napisała, że jest Pan jednym z nielicznych ludzi, który całym sobą poświęca się teatrowi i że „geras” w języku litewskim znaczy „dobry”… A Krzysztof Gordon zauważył, że daje Pan aktorom poczucie bezpieczeństwa. Myślę, że ta płynąca od ludzi dobra energia i serdeczność dają Panu wiele sił do walki o to, aby teatr jednego aktora trwał...

To prawda, że dzięki teatrowi poznałem wielu przyjaciół i życzliwych mi ludzi.  Dawało mi to zresztą siłę i motywację do organizowania kolejnych festiwali teatru jednego aktora, także poza Wrocławiem. Robiłem festiwale w dziesięciu miastach, m. in. w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim, przez 40 lat w Toruniu – mieście z którego pochodzę. Robię to z pasji, a nie dla pieniędzy.

Monodram jest dla mnie prezentacją sztuki wielkiego aktorstwa, często bardzo oszczędną – kiedy aktor nie tyle gra, co JEST na scenie, w dodatku blisko widza. To robi ogromne wrażenie! Do dziś pamiętam wybitne kreacje Birute Mar, Ewy Błaszczyk, Aleksandra Rubinovasa czy Wsiewołoda Czubenki.

Zawsze preferowałem monodram z jego czystej, oszczędnej postaci. Liczy się przede wszystkim osobowość aktora. Już na pierwszym przeglądzie wystąpiła Danuta Michałowska, słynna aktorka Teatru Rapsodycznego, która przygotowała „Bramy raju” Jerzego Andrzejewskiego we własnej adaptacji i reżyserii, z muzyką Krzysztofa Pendereckiego. Ubrana była w czarną suknię i ciemnobrązowy płaszcz z kapturem, przypominający mnisi habit, który wykorzystała na różne sposoby, grając postacie uczestników krucjaty. To był jedyny rekwizyt! Po tym występie publiczność wprost szalała – takie zrobiła wrażenie. To był prawdziwy wielki teatr!

Po pierwszym przeglądzie, w 1966 roku, obejrzałem w telewizji Zofię Rysiównę w spektaklu „Życie”, opartym na tekstach poetyckich Ernesta Brylla i wyreżyserowanym przez Adama Hanuszkiewicza. Spektakl mną wstrząsnął i już następnego dnia starałem się skontaktować z aktorką, by ją zaprosić do Wrocławia. Jej jedynym rekwizytem było jabłko. Grała z chustą narzuconą na ramiona, które kurczyły się pod nawałą cierpień, to znowu się prostowały. Wyraz oczu, wyrazista dykcja – wszystko to robiło niesamowite wrażenie. Do dziś ją pamiętam. Podobnie jak Wojciecha Siemiona, który pojawił się we Wrocławiu już na pierwszym festiwalu – ze „Zdradą” Izaaka Babla. Wspaniały aktor, który potrafił zawładnąć publicznością całkowicie! Znakomitą wykonawczynią monodramów była także Irena Jun, która zrealizowała około dwudziestu monodramów i bywała we Wrocławiu wielokrotnie.  Podobnie Tadeusz Malak, Janusz Gajos, Kalina Jędrusik – listę wspaniałych aktorów prezentujących monodramy można by ciągnąć bez końca...

Nurtuje mnie, skąd czerpie Pan siły na tak absorbujące zajęcie, jakim jest organizacja dziesiątków festiwali, w dodatku od tylu lat. Domyślam się, że powoduje Panem wielka, nieustająca pasja, której źródeł należy zapewne poszukiwać w Pańskiej biografii…

Poniekąd tak jest, choć trudno mi to zracjonalizować. Moja długowieczna ciotka, której zabrakło zaledwie kilku miesięcy do ukończenia 105 lat życia, darzyła mnie szczególną sympatią. Namówiona przez bliskich spisała wspomnienia, w których przywołała również historię mojego ojca, zamordowanego przez Niemców 20 października 1939 roku. Moja matka tak bardzo przeżyła tę śmierć, że w ogóle nic o ojcu nie mówiła. Natomiast ciotka napisała, że zanim ojca rozstrzelano, spisał na karteczce i podał komuś słowa skierowane do mojej matki, aby wychowała mnie na porządnego człowieka... To był rodzaj testamentu, który starałem się wypełnić swoim życiem. Po śmierci ojca matkę wyrzucono z domu i udała się wraz ze mną, wówczas niemowlęciem w wózeczku, do Torunia. Po jakimś czasie aresztowano ją i skierowano na roboty przymusowe do fabryki broni, która znajdowała się pod Toruniem. Mną zaopiekowała się w tym czasie siostra matki. Po wojnie, z powodu biedy, znalazłem się w domu dziecka, który w Chełmnie prowadziły siostry zakonne. W 1954 roku poszedłem do technikum mechanicznego, bo tam posłała mnie siostra matki, choć nie miałem żadnych dyspozycji w tym kierunku. Będąc w drugiej klasie założyłem tam koło PTTK, bo pragnąłem być blisko ludzi. Z technikum ostatecznie zrezygnowałem. Jednak w 1957 roku wydarzyło się coś, co znacząco wpłynęło na moje losy. Otóż „Gazeta Toruńska” ogłosiła konkurs – ankietę: „Co interesuje młodzież?”. I ja ten konkurs wygrałem! Napisałem wtedy, że należy kultywować kulturę. Co więcej, polecono mi stworzyć taki klub. Do dziś nie rozumiem, skąd ja to wiedziałem… Dzięki pracy w klubie zostałem wysłany na kurs do Warszawy i wtedy po prostu oszalałem: spotkania z pisarzami, muzea, teatry… Wróciłem stamtąd zupełnie odmieniony. Nawiązałem nowe kontakty i zacząłem zapraszać do Torunia pisarzy i aktorów. A że mój klub znajdował się vis a vis teatru, to ciągle tam przesiadywałem wieczorami. W Toruniu odbywał się Festiwal Teatrów Polski Północnej, więc oglądałem także gościnne przedstawienia. Takie były moje początki. A ponieważ mój klub działał bardzo prężnie, zaproszono mnie do Wrocławia, abym poprowadził Piwnicę Świdnicką. To, że do dziś funkcjonuję w teatrze, zawdzięczam także mojej córce Kasi, która jest dla mnie wielką pomocą i wsparciem. Podobnie jak ja, lubi robić coś dobrego. 

Bez wątpienia zrobił Pan wiele dobrego organizując przez dziesięciolecia przeglądy teatrów jednego aktora – są to lata dla kultury ważne i niezapomniane. Bardzo Panu gratuluję i dziękuję za rozmowę.

Monoteatr Wiesława Gerasa /wywiad/

Rozmawiam z Wiesławem Gerasem  – cenionym animatorem kultury, dziennikarzem i działaczem społecznym, związanym przede wszystkim z Wrocławiem...

Popularne posty