Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Medea, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Medea, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 grudnia 2018

"Medea" Eurypidesa w The National Theatre of London /recenzja/

4 września 2014 roku byliśmy uczestnikami niecodziennego wydarzenia. Mieliśmy mianowicie okazję obejrzeć transmisję z The National Theatre w Londynie, gdzie wystawiono sztukę Eurypidesa ”Medea” z Helen McCrory w roli tytułowej.


Przedsięwzięcie samo w sobie godne podziwu. Nie tylko dlatego, że Teatr Narodowy w Londynie sięgnął po tę sztukę po pięćdziesięciu latach, ale także dlatego, że mogliśmy ją oglądać jednocześnie w wielu krajach. Wrocławskie Kino Nowe Horyzonty wyróżnia się tym, że można w nim oglądać nie tylko filmy, ale także wystawy, opery, a od tego roku – również spektakle. Tak więc nie ruszając się z kinowego fotela, staliśmy się uczestnikami różnych, często wybitnych, wydarzeń w europejskiej kulturze.

Tekst Eurypidesa adaptował Ben Power, a wyreżyserowała Carrie Cracknell. Ta propozycja teatralna budzi jednak mieszane uczucia. Twórcy postanowili uwspółcześnić starego mądrego Eurypidesa i efekty tego są raczej niezadowalające, ponieważ zaprezentowano nam sztukę płaską jak dolina mazowiecka, ze słabym aktorstwem (no, może jedynie Helen McCrory się wybroniła, choć kiedy widzimy ją zaniedbaną i ubraną w opadające spodnie, to nawet nas nie dziwi, dlaczego mąż ją porzucił) oraz mnogością planów i rekwizytów – podpórek.

Spektakl Medea, National Theatre of London, prasowe
Akcja rozgrywa się w zaniedbanym domu, którego umeblowanie i sprzęt kojarzy się z latami 70. Scena jest dwupoziomowa. Na piętrze rozgrywa się wesele Jazona z córką króla Koryntu, natomiast w głębi widzimy podświetlany las (?), który swoją grozą ma chyba symbolizować ciemną stronę ludzkiej natury. W nim też Medea zgładzi swoich synów, aby zadać Jazonowi ostateczny cios i skazać go na niewyobrażalne cierpienie.
Sztuka Eurypidesa nie da się odczytać bez znajomości światopoglądu starożytnych Greków. Dla wielkiego tragika to przede wszystkim dramat sprzeczności tkwiących w ludzkiej naturze. 
Ponadto bohaterka reprezentuje barbarzyński świat Wschodu, podczas gdy Jazon – cywilizację grecką. Jednakże można w tej sztuce zauważyć  nie tylko los kobiety, która na zawsze pozostanie obca dla społeczności, w której się znalazła, a jej cierpienie z powodu zdrady i odrzucenia jest tym większe. Można także odczytać sztukę Eurypidesa bardziej uniwersalnie – jako metaforyczne uogólnienie uniwersalnych problemów życia i losu ludzkiego. Ukazane zostały w ”Medei” wielkie namiętności i najbardziej dramatyczne ich konsekwencje.

spektakl Medea, National Theatre of London, prasowe

Tego jednak w sztuce wystawionej na deskach Teatru Narodowego w Londynie nie uświadczysz. Wszystko sprowadzono do feministycznego ujęcia Medei jako silnej kobiety, która potrafi przerwać więzi i zemścić się na mężczyźnie za to, że ją upokorzył i odrzucił. Całą swoją energię wykorzysta na to, aby przeprowadzić swój straszliwy plan. Wprawdzie przeczuwa, że zabijając dzieci zmarnuje w ten sposób również własne życie, ale potrafi zdusić wątpliwości w zarodku. Są jednak momenty w tym przedstawieniu, że aktorce udaje się pokazać także ludzką, pełną cierpienia twarz. I wtedy to jest poruszające.
spektakl Medea, National Theatre of London, prasowe
O wiele mniej przekonujący jest Michael Coel jako Jazon. Postać tę spłaszczył również ów niezbyt fortunnie uwspółcześniony tekst. Jazon w tej wersji jest zadowolonym z siebie, robiącym karierę biznesmenem, który na dodatek przechodzi kryzys wieku średniego i chętnie wymienia starszą kobietę na młodszą. W dodatku mało inteligentnie tłumaczy żonie, że robi to dla rodziny, aby jej zapewnić lepszy byt…
Na to wszystko nakłada się jeszcze tłum współcześnie, a zarazem ponadczasowo ubranych postaci stanowiących tzw. chór. Autorzy przedstawienia uznali widocznie, że będzie to poważniej wyglądało, jeśli główna bohaterka nie będzie mówiła sama do siebie, lecz toczyć będzie dialog z widocznymi tylko dla niej kobietami…

Reasumując, wypada cieszyć się, że mamy teraz takie możliwości uczestniczenia w tzw. kulturze wysokiej. Gdybyż jednak była ona nieco wyższych lotów… Nie mniej warto wybrać się nie tylko do teatru żywego, ale skorzystać od czasu do czasu z tego, co oferuje nam współczesne kino:  klasyczny repertuar teatralny w wykonaniu artystów uznanych scen światowych.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline 5  września 2014 roku.

wtorek, 12 marca 2019

"Medea" Eurypidesa we Wrocławskim Teatrze Pantomimy /zapowiedź/

22 marca, w Światowy Dzień Pantomimy, Wrocławski Teatr Pantomimy im. Henryka Tomaszewskiego zaprasza na premierę przedstawienia „Medea” w reżyserii Tomasza Szczepanka - laureata Konkursu na debiut reżyserski w Pantomimie.   


Kto się boi Medei?

"W przeciwieństwie do przeciętnej atenki, Medea zamiast dbać o życie – odbiera je, zamiast tworzyć dom – niszczy ten, w którym jest podejmowana. Przesłanie jest takie: nie bądź jak Medea. Jednak, jak wiemy, teatr grecki tworzony był przez mężczyzn i w głównej mierze dla mężczyzn. Stąd też wniosek może być następujący: panowie opowiadali sobie samym historie na temat tego, jakie powinny być ich panie – te, które bierze się za żonę i te, które wychowuje się w swoich domach. Jak daleko jesteśmy od tej sytuacji dziś w Polsce w XXI wieku? Czy dalej wierzymy w czarownice ze wschodu, które mordują własne dzieci w ramach zemsty na niewiernych mężach? Czy dalej trzeba bać się silnych, niezależnych kobiet?  Czy Medea musi nas jeszcze straszyć? A może lepiej dalibyśmy jej spokój i pozwolili zejść ze sceny. Po to, by mogła wybrać sama dla siebie: czy poskromi smoka, czy pokroi składniki na grecką sałatkę".
Tomasz Szczepanek 

Premiera przedstawienia odbędzie się 22 marca, o godz. 20:00 na Scenie na Świebodzkim. Kolejne przedstawienia 23, 24 marca oraz 5, 6 i 7 kwietnia, godz. 19:00. Rezerwacje biletów 71 337 21 03, mail a.paluch@pantomima.wroc.

Premiera "Medei" w reżyserii Tomasza Szczepanka powstaje w ramach Konkursu na debiut reżyserski w pantomimie. Przedstawienie dofinansowano ze środków MKiDN pochodzących z Funduszu Promocji Kultury oraz z budżetu UMWD.

informacja prasowa

środa, 29 maja 2024

Olśniewający "Teseo" G. F. Händla w Narodowym Forum Muzyki /relacja z koncertu/

26 maja dość nieoczekiwanie mogłam posłuchać rzadko prezentowanej opery Georga Friedricha  Händla: "Teseo" ("Tezeusz") w znakomitym wykonaniu Wrocławskiej Orkiestry Barokowej i doborowych solistów. Koncert poprowadził z wielkim sukcesem maestro Jarosław Thiel. Znaleźliśmy się niejako na Händel-Festspiele Halle, tam bowiem zmierzali artyści, robiąc we Wrocławiu coś w rodzaju próby generalnej. Tak nas zachwycili, że musieli bisować, choć – jak żartobliwie zauważył dyrygent – innej opery nie przygotowali.  

Fanny Lustaud jako Medea i Jarosław Thiel,
fot. Karol Sokołowski

"Teseo" - nietypowa opera Händla


Dramma tragico w pięciu aktach miała swoją prapremierę w Queen`s Theatre w Londynie w 1713 roku. Kompozytor miał już za sobą sukcesy, a najważniejszym z nich była opera seria: "Rinaldo", o czym świadczy liczba wykonań i jej wznowienia w kolejnych latach. To i dzisiaj jedna z najczęściej wystawianych i nagrywanych oper kompozytora  Z "Teseo" stało się inaczej, choć może to dziwić, zważywszy, ile w niej pięknych arii. Operą tą Händel powraca do gatunku heroiczno-magicznego, który tak się podobał publiczności "Rinalda". Libretto zostało zapożyczone z francuskiej tragedii muzycznej Philippe`a Quinault, co się nigdy przedtem nie zdarzyło, nietypowa jest też liczba aktów. Skutkiem tego zostały naruszone schematy obowiązujące w operze seria (np. aria "na wyjście", dająca możliwość oklaskiwania kończącego swój występ artysty). W przypadku "Teseo" arie przechodzą płynnie w recytatywy śpiewane przez tę samą postać, co jest typowe dla francuskiej tragedii muzycznej. Na początku Agilea śpiewa dwie kontrastujące ze sobą arie, natomiast akt II należy niepodzielnie do Medei. Również faktura orkiestrowa ma francuską proweniencję. W duecie Medei z Egeuszem słyszymy dwie grupy altówek, zaś pierwszej arii Agilei towarzyszy pięciogłosowy akompaniament smyczkowy. Te pozorne "niedoskonałości", będące próbą połączenia włoskiej opery i francuskiego dramatu muzycznego, sprawiają jednocześnie, że całość brzmi interesująco i mniej schematycznie. Całość charakteryzuje się wielością emocji, często skrajnych (jak u Medei), co błyskotliwie przekłada się na ekspresję muzyczną, oddziałując zarazem na odbiorców. Na koncercie w Narodowym Forum Muzyki brzmiało to znakomicie.

Suzanne Jerosme jako Agilea i Dennis Orellana - Tezeusz,
fot. Karol Sokołowski


Miłość, nienawiść i inne namiętności


Treść libretta odwołuje się do mitu o Tezeuszu, który – początkowo nierozpoznany jako syn króla Egeusza – walczy w obronie Aten z narażeniem życia. Jest prawdziwym herosem – walecznym i skromnym zarazem. Zakochuje się w nim z wzajemnością Agilea, a także Medea. Po zwycięstwie król Egeusz nie dotrzymuje słowa danego czarodziejce, która swoimi czarami wspomagała go w czasie walk, ale pragnie pojąć za żonę Agileę. Sytuację tę wykorzystuje zazdrosna Medea, która skłonna jest raczej poświęcić życie Tezeusza, aniżeli z niego zrezygnować. Za pomocą czarów zmusza więc nieszczęsną Agileę, by wyrzekła się ukochanego, bo tylko tak może uratować mu życie. Jest moment, w którym Medea, poruszona dozgonną miłością tych dwojga, skłonna jest ustąpić, ale to trwa tylko chwilę. Ta, która poświęciła własne dzieci, aby ukarać Jazona, tym bardziej zechce zniszczyć mężczyznę, który nie odwzajemnia jej uczuć. Król Egeusz tymczasem dochodzi do wniosku, że jako król powinien zachować dystans i nie dać się ponieść uczuciom, rezygnuje więc z ręki Agilei, by oddać ją Tezeuszowi. W momencie, gdy młodzi składają sobie przysięgę, ma zamiar (za poduszczeniem Medei) podać Tezeuszowi kielich z trucizną. Kiedy jednak poznaje miecz pozostawiony dla niego przed laty, rozpoznaje w nim syna i wszystko kończy się happy andem. Dodajmy, że w sztuce występuje jeszcze jedna, nieco żartobliwie zarysowana, para kochanków: Clizia i Arcane. Kochają się z wzajemnością, ale kobieta pragnie, aby jej ukochany był równie dzielny jak Tezeusz i pozbył zazdrości, wobec czego poddaje go próbie. Całość kończy się ślubem obu tych par i ogólną radością.

Fanny Lustaud jako Medea i Sonja Runje jako Egeusz,
fot. Karol Sokołowski



Händel po wrocławsku


Opera "Teseo" była wprawdzie zaprezentowana w wersji koncertowej, ale śpiewacy do tego stopnia wcielili się w swoje postaci: głosem, mimiką, gestami, że nie było to żadnym niedostatkiem. Dobrze zagrany i zaśpiewany koncert może być równie satysfakcjonujący, o czym mogłam się wielokrotnie przekonać słuchając m. in. koncertowej wersji "Wesela Figaro" pod dyr. Giovanniego Antoniniego, "Powrotu Ulissesa do ojczyzny" Claudia Moneverdiego pod sir Johnem Eliotem Gardinerem czy "La Clementa di Tito" Mozarta pod batutą Teodora Currentzisa. 

Wśród solistów przeważali młodzi, utalentowani artyści, którzy do tego stopnia bez reszty porwali publiczność, że ta nagradzała arie i duety gromkimi brawami, jak to się zwykło czynić w  operze. Znakomicie dobrane głosy i swoboda wykonawcza, świadcząca o nieprzeciętnych możliwościach i opanowanym warsztacie, cechowała właściwie wszystkich wykonawców. Zazwyczaj najdłużej pozostają w pamięci role wyraziste, tzw. czarne charaktery, toteż warto wyróżnić Fanny Lustaud w roli Medei – francuską mezzosopranistkę, która znakomicie wyśpiewała wszystkie skrajne emocje: od miłości do nienawiści, kiedy to np. daje upust zazdrości w arii "O stringero nel sen". Z kolei  Angielka Suzanne Jerosme (sopran) pięknie wcieliła się w postać Agilei, z jej wrażliwością, słodyczą, ale i determinacją. Wspaniała pierwsza aria, w której wyznaje swoją miłość i poleca ukochanego w modlitwie do Minerwy albo kiedy roztrzęsiona śpiewa pieśń, w której gotowa jest na wszystko, byle tylko ratować ukochanego ("Ombre soltite - Sybillando ululando"), żeby wymienić tylko te, a przecież trzeba by spojrzeć na tę postać w jej rozwoju, co przekłada się na bogactwo muzycznych możliwości. Pięknie i czysto brzmiał  sopran Dennisa Orellana  z Hondurasu – tytułowego bohatera opery. Podobała mi się także chorwacka kontralt/mezzosopranistka Sonja Runje w roli Egeusza. 

Wrocławska Orkiestra Barokowa towarzyszyła solistom tak wspaniale, jakby współpracowali ze sobą od dawna. Ten ze wszech miar udany koncert to także zasługa szefa orkiestry – Jarosława Thiela, który po raz kolejny (po Pasji wg św. Mateusza J. S. Bacha) znakomicie czuwał nad całością jako dyrygent. 

czwartek, 21 marca 2019

Dziś Światowy Dzień Pantomimy / "Medea" we Wrocławskim Teatrze Pantomimy

22 marca, w dniu rocznicy urodzin wybitnego mima Marcela Marceau, przypada Światowy Dzień Pantomimy. Wrocławska Pantomima świętować będzie premierą przedstawienia "Medea" w reżyserii Tomasza Szczepanka.

Henryk Tomaszewski i Mercel Marceau, foto, Stefan Arczynski
Początki pantomimy sięgają VI–IV w. p.n.e. W czasach nowożytnych w Europie pantomima obecna była w występach tancerzy, akrobatów oraz aktorów teatrów jarmarcznych i komedii dell’arte. Koniec XVII i XVIII w. to rozkwit pantomimy we Francji i Anglii, gdzie tworzono swobodne gatunkowo duże formy cyrkowo-teatralne i pantomimy w teatrach stacjonarnych.
W pierwszej połowie XIX w. Jean Gaspard Deburau skodyfikował pantomimę na nowo, tworząc oryginalną postać Pierrota, którego charakteryzował biały kostium, czarna czapka, wybielona twarz podkreślająca mimikę.  Popisy akrobatyczne i przerysowane sceny ustąpiły miejsca subtelniejszej formie pantomimiy przekazującej filozoficzną refleksję nad kondycją człowieka. Pantomima XX wieku była materiałem do eksperymentu zarówno od strony formalnej, ale też artystycznej i intelektualnej.

Henryk Tomaszewski jako Hamlet 1952, fot. S. Arczyński

Najważniejszymi twórcami pantomimy byli Jacques’a Copeau, Etienne’a Decroux i Marcel Marceau, jednak to Henryk Tomaszewski zmienił sposób myślenia o pantomimie tworząc ideę pantomimy zespołowej. W 1956 roku Tomaszewski podjął się pierwszych prób stworzenia nowego języka teatru ruchu, a powstały w 1958 Wrocławski Teatr Pantomimy do dzisiaj jest jedynym repertuarowym teatrem pantomimy w Polsce, który wciąż inspiruje kolejne pokolenia mimów.
W tym roku Wrocławski Teatr Pantomimy świętuje Światowy Dzień Pantomimy premierą przedstawienia „Medea” w reżyserii Tomasza Szczepanka. Premiera odbędzie się 22 marca, o godz. 20:00 na Scenie na Świebodzkim.
Premiera przedstawienia dofinansowana jest ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury oraz z budżetu Województwa Dolnośląskiego.


informacja prasowa

piątek, 5 kwietnia 2019

Rozmowa o debiutach we wrocławskiej Pantomimie

W sobotę, 6 kwietnia, po przedstawieniu „Medea” w reżyserii Tomasza Szczepanka, odbędzie się rozmowa o potrzebie debiutów we Wrocławskim Teatrze Pantomimy. 

"Medea" w reż. Tomasza Szczepanka, Wrocławski Teatr Pantomimy

Gośćmi rozmowy będą Martyna Majewska, laureatka pierwszego Konkursu na debiut reżyserski w Pantomimie, która zrealizowała w WTP przedstawienie „BATORY trans” oraz Tomasz Szczepanek, tegoroczny laureat konkursu. Dodatkowymi gośćmi spotkania będzie Zespół wrocławskiej Pantomimy, który pracował z debiutującymi reżyserami. Rozmowę poprowadzi Agnieszka Charkot.

Spotkanie rozpocznie się ok godz. 20:00 na Scenie na Świebodzkim, wstęp bezpłatny. 

informacja prasowa

poniedziałek, 2 października 2017

Blaski i cienie życia Marii Callas/recenzja książki "Maria Callas. Primadonna stulecia"/

Piękna i utalentowana, a zarazem pełna kompleksów i nieszczęśliwa. Polecam znakomitą biografię Marii Callas.

Anne Edwars, Maria Callas primadonna stulecia, Wyd. Znak

Piękność gruba i pryszczata


Z mężem Giovannim Battista Meneghinim, 1951, skan książki


Piękna i utalentowana Maria Callas przez całe życie zmagała się z kompleksami i samotnością. Oto jak wspomina ją znana śpiewaczka, nauczycielka Konserwatorium Ateńskiego - Elvira de Hidalgo:

Była gruba, pryszczata i nerwowo obgryzała paznokcie. Pomysł, że miałabym ją kształcić na śpiewaczkę, wydał mi się kompletnie niedorzeczny. (...) Kiedy zaczęła śpiewać, efekt był elektryzujący. (...) był w jej głosie wrodzony dramatyzm, muzykalność i pewna indywidualność, które mnie głęboko poruszyły. Prawdę mówiąc, uroniłam parę łez i odwróciłam się, żeby ona tego nie widziała. Od razu zrozumiałam, że będę jej nauczycielką, a gdy spojrzałam w jej pełne wyrazu oczy, zobaczyłam też, że mimo tych wszystkich rzeczy [otyłości, stanu skóry itd.], jest to piękna dziewczyna. 

Później zdarzało się to wielokrotnie - płakała nie tylko publiczność, ale również pracujący z nią dyrygenci, a Luchino Viscinti jeździł za nią po całych Włoszech, aby móc jej znowu posłuchać.

Callas i Onasis

Trudne i pracowite początki


Nie przyszło to jednak łatwo. Zakompleksiona dziewczynka, pozbawiona opieki ojca, którego matka nie kochała i właściwie porzuciła, wyjeżdżając z obiema córkami z Ameryki w czasach kryzysu do Grecji, gdzie, jak niesłusznie sądziła, będzie się żyło lżej. Ojciec był czuły, matka zaś zimna i chorobliwie ambitna, a przy tym depresyjna i kłótliwa. Maria była właściwie niekochanym dzieckiem. Była krótkowzroczna, otyła i nieśmiała. Dopiero kiedy matka odkryła że dziewczynka ładnie śpiewa i że jest obdarzona fenomenalnym słuchem, zainteresowała się nią - zaczęła posyłać na lekcje śpiewu, kazała ciągle ćwiczyć i ciągała na przesłuchania. Niewiele to dało, ale kiedy wróciły do Aten, Marią zajęła się prawdziwa śpiewaczka - madame Trivella, która nie tylko uczyła ją śpiewu za darmo (niepracująca matka nigdy nie miała pieniędzy i zawsze ktoś musiał ją utrzymywać), ale także odgrywała rolę zastępczej matki - troskliwej i serdecznej. Z czasem całe życie Marii obracało się wokół studiów i muzyki. Pracowała z tym większym zapałem, że w wolnych chwilach czuła się samotna i nikomu niepotrzebna. Wspomniana na wstępie nauczycielka śpiewu  w Konserwatorium Ateńskim - Elvira de Hidalgo - pracowała z nią po kilka godzin dziennie, doskonaląc wyczucie dźwięku, technikę legato, kontrolę oddechu i frazowanie. W domu zaś Maria ćwiczyła gamy i rulady na rozszerzenie skali głosu. Brała również lekcje z języków obcych i dykcji, kursy gry aktorskiej i lekcje fortepianu... 

Precz z kontraktem z Metropolitan Opera!


Zadebiutowała bardzo wcześnie, mając niespełna dziewiętnaście lat, w 1942 roku rolą Toski. Na koniec publiczność zgotowała jej owację na stojąco, a mimo to wróciła do domu przekonana, że ... jej występ był porażką. 

Jednak prawdziwą karierę postanowiła rozpocząć w miejscu swego urodzenia - w Nowym Jorku. Kiedy jednak udało się jej wreszcie dostać przed oblicze dyrektora Metropolitan Opera - Edwarda Johnsona, .. odrzuciła propozycję kontraktu, uznała bowiem, że zarówno proponowana rola, jak też warunki kontraktu są nie do przyjęcia. Nikt nie chciał w to uwierzyć, a Callas, której wyrzucano, że zmarnowała szanse na karierę - podobno odparła: "Bzdura! Pewnego dnia Met [tak w skrócie nazywano Metropolitan] przyjdzie do mnie na kolanach, błagając, żebym zaśpiewała". I nie myliła się. Powróciła do Ameryki po triumfach w Europie już jako uznana śpiewaczka - prawdziwa gwiazda.
Zanim to jednak nastąpiło, szczęśliwie zadebiutowała we Włoszech. Szczęśliwie - bo dzięki temu trafiła na wspaniałego włoskiego dyrygenta Tullia Serafina, który wcześniej przez dziesięć lat dyrygował w Metropolitan Opera i okazał się dla Callas człowiekiem opatrznościowym - przyjacielem i mentorem. Współpraca z nim, trwająca do końca życia artysty,  oznaczała rozwój talentu Marii, a poza tym Serafin - jak ona - żył muzyką. Śpiewając pod jego batutą tytułową rolę w "Giocondzie" Amilcare Ponchiellego, "wzniosła się na najwyższe szczyty dramatyzmu - jak pisał jeden z recenzentów - ze wspaniałą muzykalnością dobywała z siebie płynnie jak roztopiony metal i pełne liryzmu dźwięki, przechodząc od dramatycznego sopranu do głębokiego kontraltu". Podkreślał także to, co stało się znakiem rozpoznawczym Callas - jej dar ukazywania bogactwa emocji.


Maria Callas i włoski reżyser Pier Paolo Passolini

Splot życia osobistego i sztuki


Autorka biografii nie tylko interesująco i rzetelnie opisuje rozwój kariery słynnej śpiewaczki, ale od samego początku poddaje analizie jej życie osobiste, dając do zrozumienia, że właśnie ich tragiczny nierzadko splot owocował znakomitymi rolami, które przeszły do historii. Dodać trzeba, że nie popada przy tym w plotkarski ton, a jej narracja jest wyjątkowo interesująca. Zapewne to także zasługa tłumacza (Mieczysław Godyń), ale z pewnością talent Anne Edwards zdecydował, że dostaliśmy wreszcie do rąk biografię, na jaką Callas z pewnością zasłużyła. I nie jest to bynajmniej "pomnik ku czci". Callas jawi się bowiem jako osoba z krwi i kości: wywołuje podziw, ale także zdumienie, niekiedy irytację. 

Maria, jaką znamy z nielicznych nagrań wideo oraz filmu "Medea" Pasoliniego, jest piękna i hieratyczna. Edwards pokazuje także Marię wykorzystywaną przez męża, skłóconą z najbliższą rodziną, Marię beznadziejnie zakochaną z zdeklarowanym homoseksualiście - reżyserze Luchino Viscontim, a później romansującą z Onassisem w obecności jego żony... Marię, która wywołuje u publiczności głębokie wzruszenia, ale także staje się ofiarą pomówień i agresji.

Maria Callas jako Medea w filmie Passoliniego

Pławiła się w sławie - czytamy. Prywatność nie była już dobrem, którego mogłaby żądać. Była samotna jak nigdy przedtem. Została zdradzona przez matkę, nic jej tak naprawdę nie wiązało z ojcem ani siostrą.  (...) Sypiała kiepsko. Jadła bardzo niewiele, obsesyjnie obawiając się przybrania na wadze. Praca dawała jej siłę i była lekiem na wszystko. Pracując, potrafiła pokonać wszelkie przeszkody, niedogodności, rozczarowania i bolączki - z wyjątkiem samotności.

Na koniec utraciła również głos, co w jakiś sposób przyczyniło się do jej przedwczesnej śmierci, której okoliczności pozostają mroczną tajemnicą.

Znakomita biografia, którą można polecić każdemu, nie tylko wielbicielom opery i talentu Marii Callas.

Książka Anne Edwards "Maria Callas. Primadonna stulecia" ukazała się w Wydawnictwie Znak, w przekładzie Mieczysława Godynia.

Recenzja ukazała się na portalu Kulturaonline w 2015 roku.


piątek, 4 września 2026

Z Martą Niedźwiecką o „Burzach namiętności” podczas tegorocznego Festiwalu Wratislavia Cantans /wywiad/

O koncercie laureatów 50. Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej, organizowanym przez NFM i Akademię Muzyczną im. Karola Lipińskiego we Wrocławiu, rozmawiam z Martą Niedźwiecką – klawesynistką, wykładowczynią wrocławskiej Akademii Muzycznej.

Marta Niedźwiecka, fot. Łukasz Rajchert

Barbara Lekarczyk-Cisek: Podczas tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans poprowadzi Pani koncert pod elektryzującym tytułem: „Burze namiętności”. Czego możemy oczekiwać?

Marta Niedźwiecka: Tytuł istotnie frapujący, a to dlatego, że podczas koncertu wykonamy trzy kantaty Louis-Nicolasa Clérambault, mówiące o porywczych nastrojach i uczuciach: namiętnościach i zazdrości: „Polifem”, „Medea” i „Le Jaloux” („Zazdrosny”). Dla równowagi całość zwieńczymy kantatą o pokoju: „Le Triomphe de la Paix”. Utwory te są właściwie miniaturowymi dramatami muzycznymi, a o „Medei” mówi się nawet, że jest mini-operą, bo aż tak intensywnie operuje rozmaitymi emocjami i środkami retorycznymi.  Clérambault nie ogranicza się przy tym wyłącznie do stylu francuskiego, lecz łączy charakterystyczny francuski liryzm i deklamacyjność z wirtuozerią i ekspresją włoską, co sprawia, że jego kompozycje są tak atrakcyjne.

Brzmi interesująco, ale jednak jest to mało znany francuski kompozytor, skąd więc taki wybór?

Pracując w Akademii Muzycznej we Wrocławiu zaobserwowałam, że studenci mają zbyt mało do czynienia z muzyką francuską. Podobnie jest z koncertami, podczas których rzadko prezentuje się twórczość francuskich kompozytorów. Zdecydowaliśmy więc z dyrektorem Andrzejem Kosendiakiem wypełnić tę lukę i sięgnęliśmy do francuskiego kompozytora i organisty, który ma w swoim dorobku piękne kantaty: do Clérambault. Choć niełatwe, dają one wiele możliwości adeptom sztuki, którzy po raz pierwszy na ogół stykają się z francuską muzyką barokową. Mam nadzieję, że będą tego dobre efekty, bo pracujemy intensywnie już od tygodnia.

Jaki był klucz doboru wykonawców?

Od 50 lat odbywa się w Akademii Muzycznej we Wrocławiu Kurs Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej, którego zwieńczeniem są koncerty podczas Wratislavii Cantans. Na początku zazwyczaj trwają rozmowy, które dotyczą repertuaru festiwalu, po czym jest ogłaszany kurs, w którym udział mogą wziąć wszyscy zainteresowani: studenci i absolwenci uczelni, a nawet uczniowie średnich szkół muzycznych. O występie na koncercie festiwalu Wratislavia Cantans ostatecznie decyduje poziom artystyczny, który prezentuje uczestnik kursu. W tym roku poziom jest wyjątkowo wysoki. Być może dlatego, że już w czerwcu zaczęliśmy pracę nad tym repertuarem, a poza tym tegoroczni kursanci są niezwykle pracowici i poświęcili wiele czasu na zgłębienie językowych i muzycznych zawiłości opracowywanych kompozycji. Kurs, który organizuje Akademia, jest prowadzony głównie przez pedagogów śpiewu: Bogdana Makala, Piotra Łykowskiego, Agatę Stanisławską, Olgę Ksenicz i Annę Werecką. Ja jestem również wykładowcą na kursie, ale zajmuję się przede wszystkim interpretacją, której wspólnie poszukujemy, jestem też odpowiedzialna za pracę z zespołem.

Pozostaje mi więc życzyć, aby „Burze namiętności” pięknie wybrzmiały podczas Wratislavii i oczarowały słuchaczy. Dziękuję za rozmowę.


Koncert "Burze namiętności" będzie prezentowany 5 września o 19.00 w  Kościele ewangelicko-augsburskim pw. Świętego Krzyża w Myśliborzu oraz 6 września o 16.00 w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu.


Wykonawcy:

Marta Niedźwiecka – prowadzenie, klawesyn

Uczestnicy 50. Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej:

Klaudia Matlak – skrzypce

Karolina Zych – flet traverso

Julia Karpeta – viola da gamba

Anna Wiktoria Swoboda – teorba

Czas trwania: 70 minut


piątek, 14 kwietnia 2023

Sakura. II Wrocławskie dni japońskich inspiracji

Od 21 kwietnia do 1 maja Studio Kokyu i Fundacja Zarzewie zapraszają na festiwal „Sakura. II Wrocławskie dni japońskich inspiracji”. W tym roku po raz pierwszy festiwal został poszerzony o pozycje filmowe, dzięki nawiązaniu współpracy z Kinem Nowe Horyzonty. Wydarzenia nurtu głównego odbędą się w dniach 27-30 kwietnia 2023.

Studio Kokyu, działające od 2016 roku w Instytucie Grotowskiego, czerpie z japońskiej kultury a zwłaszcza z tradycyjnych sztuk walki, inspirację do swoich poszukiwań w domenie sztuki aktora i szeroko rozumianej praktyki teatralnej. 

Skupienie na tym, co ulotne i chwilowe w spotkaniu, wyznacza terytorium ich praktyki. Zarówno teatr, jak i sztuki walki – obydwie domeny równoprawnie obecne w ich codziennej pracy – dotykają tego, co nietrwałe a jednak ze wszech miar istotne. Tego co tu i teraz. 

Tradycja japońska jest źródłem, inspiracją i punktem odniesienia. Wiedza zawarta w praktyce aikido – ta dotycząca psychofizyczności, uwagi, kontaktu, jak i ta na poziomie etosu – niezmiennie pozostaje głównym horyzontem ich pracy. Stąd pomysł, aby zachwycić się kwiatem Sakury. Podczas festiwalu – święta kwitnących wiśni, zapraszamy do źródeł, do świata inspiracji. Studio Kokyu podzieli się owocami nie tylko swojej pracy, ale i innych zaprzyjaźnionych grup, które na poziomie tematyki, bądź wpływów praktycznych, pozostają w polu oddziaływania kultury Japonii. Łączą tradycję z nowoczesnością i dbałością o własną wyjątkową tożsamość. Organizatorzy zachęcają, aby co roku gałązka kwitnącej wiśni otwierała gościnne przestrzenie Instytutu Grotowskiego i zapraszała do wspólnego świętowania, poznawania oraz zadumy nad ulotnym pięknem chwili, którą możemy nazywać teatrem, sztuką lub po prostu życiem.

Program projektu:

Mistrzowie kina: Akira Kurosawa – przegląd filmów

21–24.04, Kino Nowe Horyzonty


„Welcome Inside”

Spektakl Gintarė Šmigelskytė pod opieką artystyczną Przemysława Błaszczaka

27.04, godz. 18.00, Instytut Grotowskiego, Studio Na Grobli

29.04, godz. 18.30, Instytut Grotowskiego, Studio Na Grobli


Warsztaty gry na shakuhachi z Maekawą Kōgetsu Shihan

27–29.04, godz. 9.00–15.00, Instytut Grotowskiego, Studio Na Grobli


Bronisław Piłsudski i jego spotkania z japońskimi kobietami

Spotkanie z prof. Kazuhiko Sawadą, prowadzenie amb. Jadwiga Rodowicz-Czechowska

28.04, godz. 18.00, Instytut Grotowskiego, Czytelnia im. Ludwika Flaszena


„Działanie Medea”

Premiera spektaklu Studia Kokyu

28.04, godz. 20.00, Instytut Grotowskiego, Sala Teatru Laboratorium

29.04, godz. 20.30, Instytut Grotowskiego, Sala Teatru Laboratorium


Budō

Prezentacje japońskich sztuk walki i spotkanie z przedstawicielami poszczególnych dyscyplin: Pawłem Czaplickim (judo), Wiesławem Bielem (kendo), Mirellą Stern (Iaido), Jackiem Lamotem (karate kyokushin), Piotrem Masztalerzem (aikido) i Andrzejem Zarzyckim (karate shotokan). Rozmowę poprowadzi Przemysław Błaszczak.

29.04, godz. 15.30, Instytut Grotowskiego, Centrum Sztuk Performatywnych Piekarnia


Sakura 

Wystawa prac Aleksandry Janik, Małgorzaty „Mauko” Korczak, Michała

Puszczyńskiego, Przemysława Pintala, Anny Kołodziejczyk, Dagmary

Tagowskiej i Kamila Moskowczenki

29.04, godz. 15.00–18.00, Instytut Grotowskiego, Centrum Sztuk Performatywnych Piekarnia

30.04, godz. 15.00–17.00, Instytut Grotowskiego, Centrum Sztuk Performatywnych Piekarnia


Trening otwarty Studia Kokyu

30.04, godz. 10.00–13.00, Instytut Grotowskiego, Studio Na Grobli


Kamienie Shodō Małgorzaty „Mauko” Korczak i Michała Puszczyńskiego

Wystawa ceramicznych rzeźb pokrytych kaligrafiami

30.04, godz. 12.00 wernisaż, Ogród Japoński

30.04–23.05 zwiedzanie indywidualne, Ogród Japoński


Koncert shakuhachi w wykonaniu Maekawą Kōgetsu Shihan oraz spotkanie 

30.04, godz. 17.00, Instytut Grotowskiego, Centrum Sztuk Performatywnych Piekarnia


Więcej informacji i program „Sakury 2023”: https://grotowski-institute.pl/projekty/sakura-2023/

Więcej informacji i program „Mistrzów kina: Akira Kurosawa”: https://www.kinonh.pl/cykl.s?id=916

Organizatorzy: Studio Kokyu, Fundacja Zarzewie

Partnerzy: Instytut im. Jerzego Grotowskiego, Kino Nowe Horyzonty, Akademia Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta we Wrocławiu, Muzeum im. Józefa Piłsudskiego w Sulejówku, Zarząd Zieleni Miejskiej we Wrocławiu

Patronat: Ambasada Japonii w Polsce, Wydział Kultury Miasta Wrocław 

informacja prasowa

niedziela, 6 lutego 2022

Kobieta demoniczna w literaturze i sztuce

Kobiety fatalne istniały w mitologii i literaturze od niepamiętnych czasów. Sprowadzały na mężczyzn nieszczęścia, prowokowały do występków i do zbrodni. W kręgu kultury chrześcijańskiej najbardziej znaną ikoną jest postać Ewy kuszącej Adama i sprowadzającej w ten sposób nieszczęście nie tylko na niego, ale na całe ludzkie plemię. 

Salome, 1526, Lucas Cranach, Szépmuvészeti Múzeum, Budapest

Na kartach Biblii znajdziemy także inne kobiety, które stają się przyczyną nieszczęść. Należy do nich Salome, córka Herodiady, która za namową matki zażąda głowy Jana Chrzciciela na tacy… 

Wczesnymi przykładami femme fatale są: sumeryjska bogini Isztar i biblijne Dalila i Salome oraz Lilith z tradycji judaistycznej. W mitologii greckiej funkcję femme fatale pełnią syreny, Sfinks, Skylla i Klitajmestra.W mitologii i tragedii greckiej pojawia się postać Klitajmestry, która zabija wraz z kochankiem swego męża Agamemnona – króla Sparty, zwycięskiego wodza spod Troi. Medea zaś uśmierca brata, aby pomóc Jazonowi w zdobyciu złotego runa, a potem zabija własne dzieci, aby go w ten sposób ukarać za zdradę… Najpiękniejsza zaś kobieta starożytności – Helena przyczynia się do upadku Troi. Ale i w czasach nam bliższych literatura roi się od postaci w rodzaju Lady Makbet, która popycha męża do zbrodni. 

Bogaty wybór kobiet fatalnych odnajdziemy w literaturze romantyzmu: cygankę Carmen Meriméego, do której w chwili pocałunku mówi Don Jose: „Jesteś diabłem”, Cecylię – satanistyczną Kreolkę z Tajemnic Paryża oraz liczne postacie wzięte wprost z kart Biblii i ze starożytności.

Jednak w sposób szczególnie intensywny zaroiło się od kobiet fatalnych w epoce modernizmu. Artyści – mężczyźni z upodobaniem ukazywali kobiety – niszczycielki, kobiety – modliszki, kobiety – wampiry.

Caravaggio, Salome z głową Jana Chrzciciela, ok. 1610, National Gallery of London

Jedną z najbardziej popularnych postaci biblijnych, która posłużyła artystom za prototyp kobiety fatalnej, jest Salome. Jej historię znamy  z Nowego Testamentu. Za namową matki Salome zażądała głowy Jana Chrzciciela, który rozgniewał i upokorzył Herodiadę, karcąc ją za niezgodne z prawem małżeństwo z Antypasem. W historii tej Salome jest naiwną młodą dziewczyną, która wypełnia polecenia matki, będąc przez nią zdominowana. 

Do najbardziej znanych literackich wersji opowieści o Salome należy dramat Oscara Wilde’ a, który ukazał się w 1894r w Anglii z ilustracjami Beardley’ a. Wilde przedstawia judejską księżniczkę jako równorzędną partnerkę Jana Chrzciciela- satanistyczny symbol rozkoszy. W jego interpretacji to nie Jan jest ofiarą, ale kusicielem. W centrum dramatu znajduje się Salome, której urodę i okrucieństwo pisarz celebruje. Klasyczny obraz okrutnej dziewicy, z którym mamy do czynienia, nie jest czymś nowym. Wywodzi się z mitologii greckiej, z legend o dziewicach - łowczyniach : Artemidzie czy Atalancie. Polowanie należy do pradawnych symbolów erotycznych. Salome nie brak cech tych mitologicznych dziewic. To ona pierwsza wyznaje miłość janowi, a kiedy zostaje odrzucona, ścigać go będzie aż do śmierci. Podczas gdy Wilde prezentuje obraz Salome przypominającą pogańską boginię, autor ilustracji przedstawia ją w sposób bardziej złożony. 

Na rysunkach Beardsley’ a odnajdziemy nawiązania do sztuki antycznej, a także do wizerunków kobiet orientalnych: bogini Izydy z księżycem we włosach i tańczących bóstw indyjskich. Znajdziemy także podobieństwo do postaci gejsz z japońskich drzeworytów oraz aluzje do obrazów Madonn i świętych w scenach miłości mistycznej. Rysunki te mają często świętokradczy charakter i są nasycone erotyzmem. Np. na rysunku zatytułowanym Klimaks Beardsley przedstawia klęczącą Salome, która trzyma oburącz głowę Jana Chrzciciela. Jej postać zdaje się unosić nad brzegiem wody, do której spadają krople krwi tworzące strumień o wężowym kształcie. Wężowy kształt mają także włosy Salome, również głowa Jana zdaje się być siedliskiem żmij. Ta wężowa forma jest aluzją do zapłodnienia. Dodajmy, że wąż w połączeniu z postacią kobiety i symboliką księżyca ma sugerować niezwykle intensywny czar. Piękna księżniczka porównana została w ten sposób do czarownicy, która uczestniczy w magicznej transformacji cyklu natury. Potwierdzałby to tytuł innej ilustracji: „Księżycowa kobieta”, która znajduje się na froncie dramatu Wilde’ a. 


Wild, podobnie jak Beradsley, był człowiekiem, który celowo prowokował zarówno w sposobie bycia, jak i w swoich utworach. Demonstrował zniewieściałość, nosił długie włosy drwił z męskich zawodów, a swoje pokoje przystrajał kobiecymi bibelotami. Wprawdzie ożenił się, ale przez cały okres trwania tego związku utrzymywał stosunki homoseksualne  i robił to w sposób ostentacyjny, za co został skazany na 2 lata ciężkich robót. Nigdy się już potem z tego nie podniósł i zmarł w biedzie w 46 roku życia. Kobiet nie lubił, ale eksponował w swoim wyglądzie i sposobie bycia cechy kobiece. Nic więc dziwnego, że przedstawił Salome w sposób groteskowy i prowokacyjny.

Gustav Klimt, Judyta z głową Holofernesa, 1901, olej na płótnie, 
Österreichische Galerie, Wiedeń
Z podobnego okresu pochodzi obraz Gustava Klimta zatytułowany Judyta, również nawiązujący do postaci biblijnej. Tym razem jest to postać ze Starego Testamentu. Judyta była wdową żyjącą w Betulii, która zasłynęła tym, że podczas oblężenia miasta przez jednego z wodzów Nabuchodonozora – Holofernesa, nie ulękła się go, ale dzięki podstępowi pokonała wroga i uwolniła swój lud od wroga. Udała przed nim, że opuściła nieżyczliwy jej naród i oddała się pod opiekę potężnego wodza. Ponieważ była bardzo piękna i wiarygodna, Holofernes uwierzył jej, nie przeczuwając podstępu. Kiedy upił się podczas uczty, którą wydał na jej cześć i pogrążył się we śnie, Judyta obcięła mu głowę jego własnym mieczem i zabrała ją z sobą jako trofeum i dowód. 
Historia ta zyskała wielką popularność wśród artystów, którzy wielokrotnie ją malowali, m. in.  Tintoretto, Caravaggio, Tycjan. Stała się ona również dzieł literackich, chętnie wystawiano ją w teatrze, a nawet komponowano opery. Do czasów modernizmu była ona symbolem odwagi i niezłomności w walce ze złem. Natomiast w czasach secesji zaczęto przedstawiać ją jako kobietę fatalną, która niszczy mężczyznę, wykorzystując jego słabość. 

Gustav Klimt, Judyta II (Salome), 1909
Powstały w 1909 r. obraz przedstawiający Judytę, jest drugą wersją tego tematu, podjętą przez  Klimta 8 lat wcześniej. Zaprezentowana na obrazie kobieta jest jeszcze bardziej agresywna i bezlitosna. Wyłania się z płaskiej powierzchni, uzyskanej dzięki nakładaniu się barwnych ornamentów, które wydają się ją jakby powstrzymywać przed wyjściem z obrazu. Głowa Jana Chrzciciela znajduje się w prawym dolnym rogu obrazu, prawie niewidoczna. Wygląda to tak, jakby sprawczyni, pełna jeszcze gniewu i nienawiści, pragnęła opuścić miejsce zbrodni. 

Klimt  wielokrotnie malował kobiety, przedstawiając je jako modliszki osaczające mężczyznę i niszczące go. Sam malarz wiódł dość swobodny tryb życia. Otaczały go liczne kobiety, ale do żadnej z nich nie był przywiązany. Miał z nimi co najmniej czternaścioro dzieci, którymi niespecjalnie się interesował. To raczej on był typem wampira, który wykorzystywał kobiety, a następnie porzucał je. 

Lucas Cranach Starszy, Adam i Ewa, 1526, Londyn, Courtauld Institute of Art
Wśród modernistycznych artystów przedstawiających kobiety w negatywnym świetle znajduje się również polski poeta Jan Kasprowicz. Zgodnie z ówczesną modą, nawiązuje on do tematów mitologicznych i przedstawia pramatkę Ewę podczas Sądu Ostatecznego. Jest ona ukazana jako ,,matka śmierci’’ , która ciągle grzeszy z szatanem. Jest rozpustna, zła, jest przyczyną grzechu i rozpaczy, a jednak nie spotyka jej kara, Boski gniew jej nie dosięga. 
Hymn Dies irae Kasprowicza jest przepełniony buntem przeciwko Bogu. Wynika z osobistego przeżycia poety, który doświadczył zdrady żony - Jadwigi. Porzuciła go dla Stanisława Przybyszewskiego - człowieka kontrowersyjnego, bohatera wielu romansów. 

Postać Stanisława Przybyszewskiego przybliża nam Tadeusz Żeleński w swoich wspomnieniach ,,Znaszli ten kraj ?’’ . Pojawił się on w Krakowie jako znana już postać berlińskiej bohemy artystycznej, ponieważ zaproponowano mu redakcję krakowskiego ,,Życia’’. Przyjechał wraz z żoną Dagny - Norweżką oraz dwojgiem małych dzieci. Polsko-norweski film biograficzny zatytułowany ,,Dagny’’, jest przede wszystkim portretem tej kobiety, która uznana została przez środowisko berlińskie za muzę artystów, a  jednocześnie za kobietę fatalną. W istocie Dagny pochodziła z porządnej mieszczańskiej rodziny i pojawiła się w Berlinie, aby studiować. Świat ówczesnej cyganerii szybko ją wchłonął i wykorzystał. Był to świat mężczyzn, w którym kobieta mogła funkcjonować wyłącznie jako towarzyszka mężczyzny. Wtedy też Dagny poznała Stanisława Przybyszewskiego, który związany był z zamężną kobietą i miał z nią czworo dzieci (sic!). Kiedy ożenił się z Dagny i porzucił kochankę, ta popełniła samobójstwo. Można by więc powiedzieć bez większej przesady, że to Przybyszewski okazał się człowiekiem niszczącym kobiety, a nie odwrotnie. Potwierdza to z resztą jego małżeństwo z Dagny. Pominąwszy fakt, że nie potrafił utrzymać rodziny, to jeszcze wikłał się w romanse z wieloma kobietami naraz, pozostawiając Dagny samą sobie. Kiedy próbowała naprawić relacje między nimi, prosząc go o powrót, wysłał ją do Tyfilisu pod opieką Władysława Emeryka, ale nigdy do niej  nie pojechał, choć jej to obiecał.  Dagny zaś została przez Emeryka zamordowana.

Kobiety fatalne są wytworem męskiej wyobraźni i właściwie do dziś taki ich portret przetrwał w filmie. Postać femme fatale często występowała w kinie gangsterskim oraz kinie noir. Wizerunek „kobiety fatalnej” utrwaliły Lauren Bacall w Wielkim śnie, Barbara Stanwyck w Podwójnym ubezpieczeniu i Rita Hayworth w Gildzie, czy Rebecca Romijn w Femme fatale. Miano femme fatale uzyskała także Mata Hari, egzotyczna tancerka, uznana za winną podwójnego szpiegostwa w okresie I wojny światowej. Można by do tego dorzucić Rebekę Alfreda Hitchcocka czy Ligeę Poego w adaptacji filmowej R. Cormana - lista to długa i znacząca... Dodajmy też, że we wszystkich przypadka autorami takiego wizerunku kobiety są mężczyźni.

sobota, 18 maja 2024

G.F. Händel: "Teseo" - opera w wersji koncertowej w Narodowym Forum Muzyki

26 maja będzie niebywała okazja wysłuchania koncertowej wersji rzadko wystawianej opery Georga Friedricha Händla w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu. Orkiestrę Barokową poprowadzi Jarosław Thiel, wystąpią znakomici soliści: Fanny Lustaud (mezzosopran) w roli Medei, młody sopran pochodzący z Hondurasu - Dennis Orellana jako Teseo czy pochodząca z Zagrzebia Sonja Runje (mezzosopran). Posłuchamy wielu pięknych arii, których - jak to u Händla - nie brakuje.

Wrocławska Orkiestra Barokowa, fot. Łukasz Rajchert

W historii przedstawionej przez Georga Friedricha Händla w "Teseo" za sznurki pociągają kobiety. To nie z tego powodu trzecią operę seria skomponowaną przez niego dla Londynu uznaje się za eksperyment (przecież wyrazistych postaci kobiecych w innych jego utworach też wcale nie brakuje). W zaprezentowanym po raz pierwszy w 1713 roku dziele ewenementem były wyraźne wpływy francuskie. Jest to właściwie połączenie opery włoskiej i tragédie lyrique.

Libretto Teseo autorstwa Nicoli Hayma bazuje luźno na wątkach mitologicznych. Sławny pogromca Minotaura – Tezeusz – znów ma kłopoty. Kiedy razem z Ateńczykami – poddanymi swojego ojca, króla Egeusza –  wyrusza na wojnę, ten postanawia poślubić jego ukochaną Agileę, a jego samego zmusić do ożenienia się z czarodziejką Medeą. Co gorsza, wracającego w glorii chwały syna oskarża o zawiązanie spisku mającego na celu przejęcie władzy. Kiedy Tezeusz oświadcza Medei, że wcale nie zamierza rezygnować z miłości do Agilei, ta postanawia się zemścić. Nasyła na kochanków demony, a królowi wręcza truciznę służącą do zabicia Tezeusza. W ostateczności bierze sprawy w swoje ręce, przybywa na rydwanie ciągniętym przez smoki i skórę herosa musi ratować sama Minerwa.

Haym tej zawiłej historii nie stworzył od podstaw, a jedynie zaadaptował akcję jednej z francuskich oper Jeana-Baptiste’a Lully’ego. To właśnie dlatego widowisko rozpisane jest na aż pięć aktów, a obok głównej pary kochanków – Tezeusza i Agilei, pojawia się druga – Arcane i Clizia. Zupełnie inna niż w typowej operze włoskiej jest tu też zazwyczaj funkcja arii – Händel nie przestrzega neapolitańskiej konwencji, zgodnie z którą postać po jej wykonaniu opuszcza scenę. W "Teseo" zdarza się nawet, że śpiewa się dwie takie arie z rzędu, a kolejnych duetów – też wbrew wzorcom włoskim – nie oddziela recytatyw.

Dzisiaj taka nietypowa forma intryguje; zachwyca orkiestracja, wirtuozeria partii wokalnych i znakomicie oddane w muzyce charaktery postaci. "Teseo" to kolejna, obok chociażby "Rinalda" czy "Alciny", opera Händla, w której pojawiają się wątki magiczne. Po ponad trzystu latach od ich powstania wciąż warto poddawać się ich czarowi.

Program:

G.F. Händel Teseo HWV 9 (opera w wersji koncertowej)

Koncert we współpracy z Händel-Festspiele w Halle

Wykonawcy:

Jarosław Thiel – dyrygent

Fanny Lustaud – Medea (mezzosopran)

Dennis Orellana – Teseo (sopran)

Suzanne Jerosme – Agilea (sopran)

Johanna Rosa Falkinger – Clizia (sopran)

Sonja Runje – Egeo (mezzosopran)

Franko Klisovic – Arcane (kontratenor )

Michał Pytlewski – Sacerdos di Minerva (bas)

Wrocławska Orkiestra Barokowa

Czas trwania:

150 minut

Lokalizacja:

NFM, Sala Główna, estrada w odwróceniu

plac Wolności 1, Wrocław

informacja prasowa

wtorek, 28 września 2021

Czy możliwy jest uśmiech bez kota, „Rosjanie” bez Rosjan, a świat bez miłości i współczucia? O (nie)widzeniu – relacja z pierwszego dnia VI Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Dialog Wrocław

Międzynarodowy Festiwal Teatralny Dialog Wrocław rozpoczęły dwie sztuki teatralne, które są mniej lub bardziej wiernymi adaptacjami utworów pisarzy rosyjskich : Mikołaja Gogola i Antoniego Czechowa. Poza tym zderzono ze sobą spektakle, które dzieli właściwie wszystko: problematyka, estetyka, forma teatralna. 

"Płaszcz" Mikołaja Gogola, Teatro Milagros, fot. materiały prasowe

„Płaszcz” Mikołaja Gogola A.D. 2007  – moralitet w obronie „szaraczka”


Znane opowiadanie Gogola o niewiele znaczącym urzędniku, który budzi śmiech i irytację otoczenia, ale żyje skromnie i nawet jest na swój sposób szczęśliwy, Paola Giannini (autorka scenariusza) uzupełniła o dzieciństwo – pełne nieudanych prób „bycia kimś” albo „bycia kochanym”. Naszemu bohaterowi nie udaje się ani jedno, ani drugie. Jego powołaniem jest kopiowanie dokumentów i czyni to rzetelnie i z upodobaniem. Można by nawet zaryzykować żartobliwe stwierdzenie, że taki żywot zdaje się być kopią prawdziwego życia.  Tymczasem  realizatorki chilijskiego Teatro Milagros wcale go nie wykpiwają, przeciwnie – krytycznie oceniają tych, którzy - mimo że mają się za inteligentniejszych i poniekąd lepszych od Akakiusza Akakiewicza Kamaszkina – wcale takimi nie są. W interpretacji chilijskich aktorek  łagodny i cichy bohater budzi u widza współczucie i sympatię. Punkt kulminacyjny sztuki, kiedy wzruszony przymierza uszyty za cenę wielu wyrzeczeń nowy płaszcz, wcale nie czyni go śmiesznym. Co więcej, płaszcz ten staje się jego pierwszym i jedynym sukcesem, jaki osiągnął w życiu. Tracąc go, traci właściwie wszystko, przekonując się jednocześnie, że nikogo to nie obchodzi. 

O ile Gogol przedstawił w swoim opowiadaniu nędznego urzędnika, którego monotonia życia i jego miałkość irytują i śmieszą zarówno otoczenie bohatera, jak i czytelnika, to autorki i zarazem aktorki przedstawienia spojrzały na niego z prawdziwie kobiecą czułością. Dostrzegły w nim mianowicie godnego współczucia człowieka. 

„Wybrałyśmy ten tekst – mówiły podczas spotkania z publicznością w Klubie Lewitacja, gdzie codziennie toczą się dyskusje wokół obejrzanych przedstawień -  ze względu na jego aktualność. Chile ma swoje obszary nędzy, dla których los bohatera nie jest żadną metaforą, ale czystym realizmem. Język teatru lalkowego pozwolił nam dotrzeć do emocji widza. My oddziałujemy  poprzez emocje i wrażliwość”  

Spektakl na podst. „Płaszcza” M. Gogola jest autorski w literalnym sensie tego słowa. Tworzące go chilijskie aktorki same wykonały laki i dekoracje. Skromnie określiły proces tworzenia jako „pracę  rzemieślniczą”, ale jeśli jest to rzemiosło, to w najlepszym stylu. Realistyczny szczegół, znakomita praca z lalką - to charakterystyczne cechy tego teatru. Na tę przestrzeń teatralną nakłada się druga, filmowa animacja, tworząc z nią spójną i bogatą znaczeniowo całość. 

„Płaszcz” Gogola w scenicznym opracowaniu Aline Kuppenheim i  Paola Giannini i w wykonaniu Teatro Milagros (Chile) jest moralitetem pełnym wdzięku, opowiedzianym z kobiecą wrażliwością i humorem.

„Rosjanie” bez Rosjan i uśmiech bez kota


Scena ze spektaklu ''Rosjanie!'' w reż. Ivo van Hove. (fot. materiały prasowe)
Spektakl „Rosjanie” w reżyserii znanego festiwalowej publiczności holenderskiego twórcy Ivo van Hove i w wykonaniu Toneelgroep Amsterdam powstał na kanwie dwóch wczesnych sztuk Antoniego Czechowa: „Płatonowa”(ok. 1881)  i „Iwanowa”(1987). Teksty te zostały jednak potraktowane dość radykalnie przez belgijskiego pisarza i poetę, autora m.in. zaprezentowanej na deskach Teatru Polskiego w Poznaniu sztuki „Mamma Medea” – o destrukcyjnych mechanizmach związku kobiety i mężczyzny. Powstał właściwie nowy tekst, z gotowym przesłaniem. 

Na spotkaniu z publicznością w Klubie Lewitacja reżyser stwierdził, że zbytnio upiększamy Czechowa i że dlatego sięgnął do jego wczesnych sztuk, ponieważ – jego zdaniem – ich bohaterowie mają „punkową wrażliwość” i buntują się dla samego buntu. Zapytany o charakterystyczną dla tego przedstawienia brutalność, odparł, że po „Tragediach rzymskich”, gdzie przedstawił polityków manipulujących społeczeństwem, pragnął w kolejnej sztuce spojrzeć na kondycję tego społeczeństwa. W jego przedstawieniu jest ono zbiorem samolubnych jednostek i egocentryków. „To egoiści – mówił van Hove – którzy nie dają miłości, tylko miłość biorą. Spośród bohaterów jedynie żona Iwanowa jest zdolna do poświęceń. Mamy zatem do czynienia z katastroficznym światem samolubnych egocentryków zajętych szukaniem kozła ofiarnego, który by zrekompensował ich własne niepowodzenia.”

W przedstawieniu „Rosjanie” obaj czechowowscy bohaterowie się spotykają. Ponadto akcję sztuki przeniesiono do współczesności i rozgrywa się ona w zachodnich realiach.  O ile pierwsza część spektaklu ma charakter realistyczny, a jej akcja toczy się na dachach miasta (co symbolizuje zawieszenie między niebem a piekłem), o tyle pozostałe części sztuki są próbą pokazania sytuacji duchowej bohaterów – ich frustracji i agresji. Zdaniem reżysera, „Rosjanie” są spektaklem o walorach uniwersalnych. Równie dobrze mogliby to być Amerykanie czy Francuzi.

Obecny na spotkaniu jego gość specjalny, prof. Cezary Wodziński – filozof, tłumacz i eseista - uznał takie dowolne potraktowanie tekstów Czechowa za nieporozumienie. „Dlaczego spektakl zatytułowany „Rosjanie” – pytał – odwołuje się do jakiegoś doświadczenia uniwersalnego? W takim razie, dlaczego Rosjanie, a nie np. Kaszubi czy Anglicy?” Przytoczył też smakowitą anegdotę wiele mówiącą o stosunku zachodnich intelektualistów do literatury rosyjskiej, po którą tak chętnie sięgają, nie zgłębiając jej specjalnie. Otóż przywołał scenę z „Alicji w Krainie Czarów”, której bohaterka przygląda się znikającemu kotu i mówi: „Tyle razy widziałam kota bez uśmiechu, ale uśmiech bez kota – nie, takiego nigdy nie widziałam” Prof. Wodziński konkludował: „To jest właśnie nasza sytuacja, kiedy próbujemy spojrzeć na Rosję przez zachodnie okulary i mówić o niej w naszych idiomach. Paradoks polega nie tylko na tym, że widzimy kota bez uśmiechu, ale na tym, że widzimy uśmiech bez kota. Ja tego uśmiechu bez kota w przedstawieniu Ivo van Hove nie widziałem”.

Jak to zaznaczyłam na wstępie, obie sztuki, które zaprezentowano pod hasłem „O (nie)widzeniu” są diametralnie różne, choć obie wywodzą się z tego samego matecznika rosyjskiej kultury. Przede wszystkim dzieli je przepaść, jeśli chodzi o stosunek do człowieka, o którego kondycji mówią.  Aktorki z Teatro Milagros pochylają się nad swoim bohaterem współczująco, podczas gdy tzw. świat nie zauważa go albo nim pomiata. Ivo van Hove  natomiast postrzega swoich bohaterów jako ludzi odrażających, których kochać się nie da.

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu PIK  Wrocław w październiku 2011 roku.


poniedziałek, 18 września 2023

Dziesięć oper, które trzeba zobaczyć w sezonie 2023–2024

U progu nowego sezonu nie można przeoczyć interesujących propozycji we Francji i innych krajach Europy. Wyboru dokonał Christophe Rizoud na podstawie nowego wydania przewodnika Music & Opera. Wśród prezentowanych znajdują się m. in. dzieła Zingarellego, Wagnera, Rossiniego, wśród inscenizatorów - David McVicar i  Romeo Castellucci, a wśród wykonawców - Franco Fagioli, Jakub Józef Orliński i Lea Desandre.



HALEVY, La Juive – Turyn, 21 września – 3 października 2023

Miłość, śmierć i tajemnica sprawiają, że La Juive jest fascynującą operą, która wstrząsa widzami do głębi. Skomponowany przez Fromentala Halévy'ego w 1835 roku, replikuje bogatą estetykę francuskiej wielkiej opery, prezentując ogromny fresk historyczny, z historią fanatyzmu religijnego osadzoną w XV-wiecznych Niemczech. Tytułową bohaterką jest Rachel, córka bogatego złotnika Éléazara: w jej przeszłości kryje się tajemnica, która może ją uratować, ale religijny obskurantyzm jej ojca i kontekst, w którym żyje, sprawiają, że ostatecznie spotyka ją tragiczny koniec. To nowe przedstawienie Stefano Pody ma być „otwartą refleksją nad uniwersalnymi pytaniami, wykraczającymi poza obszary geograficzne i okresy pierwotnej historii”.  Eléazara zaśpiewa Gregory Kunde – bardzo wyczekiwana rola. Uwaga dla fanów dzieła – cykl siedmiu występów we Frankfurcie od 16 czerwca do 14 lipca 2024 r. z Johnem Osbornem w roli głównej.

Halévy: La Juive / Act 1 - Finale: "Noël! Noël! Noël!",
René Massis · René Schirrer · Julia Varady · José Carreras · Dalmacio Gonzales · Ambrosian 
Opera Chorus · Philharmonia Orchestra · Antonio de Almeida

ZINGARELLI, Giulietta e Romeo – Wersal, 18-22 października 2023

Stworzona w La Scali w Mediolanie w 1796 roku "Giulietta e Romeo" była , jak się wydaje, ulubioną operą Napoleona I. Aby zaspokoić swój przesadny gust do muzyki włoskiej w ogóle, a do tego dzieła w szczególności, cesarz zaprosił do Paryża kontralt Giuseppinę Grassini i jedynego śpiewaka zdolnego poruszyć go do łez, kastrata Girolamo Crescentiniego. Na scenie Opery Wersalskiej, w przedstawieniu Gillesa Rico, zadaniem Franco Fagioli i Adèle Charvet będzie jednoczesne przywrócenie do życia tej legendarnej pary i historycznej ścieżki dźwiękowej. Przygotuj chusteczki!

Franco Fagioli - Giulietta e Romeo - NEW CD & DVD Château de Versailles Spectacles

WAGNER, Das Rheingold – Bruksela, 24 października – 9 listopada 2023 

"Pierścień Nibelungów" jest zawsze wydarzeniem. Premiera "Złota Renu" w 1876 roku otworzyła nowy, decydujący rozdział w historii opery. Z pojedynczego akordu otwierającego otwiera się cały kosmos: epicka tetralogia Richarda Wagnera "Der Ring des Nibelungen". Dzieło oparte na ideale Gesamtkunstwerk miało wywołać rewolucję estetyczną, filozoficzną, ale przede wszystkim artystyczną, której skutki odczuwalne są do dziś. Fakt, że reżyserię "Złota Renu" powierzono artyście wizualnemu Roméo Castellucciemu, znanemu z radykalizmu swoich inscenizacji teatralnych, jeszcze bardziej zwiększa zainteresowanie, jakie wzbudziła nowa produkcja w reżyserii dyrektora muzycznego Théâtre Royal de la Monnaie, Alaina Altinoglu, rozłożona na dwa lata sezony: po Das Rheingold jesienią, Die Walküre , od 21 stycznia do 11 lutego oraz dwa ostatnie dni cyklu w latach 2024-25.


ROSSINI, Maometto II – Neapol, 25 października-5 listopada

Powrót "Maometta II" do San Carlo, jednego z najpiękniejszych teatrów na świecie, w którym powstała ta opera 3 grudnia 1820 roku. Niczego nie zaniedbano, aby na nowo rozpalić płomień muzyki Rossiniego, zaczynając od zespołu doświadczonych w tym repertuarze śpiewaków : Roberto Tagliavini, Dmitry Korchak, Varduhi Abrahamyan i Vasilisa Berzhanskaya, (ta ostatnia nadal ukoronowana swoją potężną Sinaide w "Mojżeszu i faraonie" w 2021 r. w Pesaro, a następnie w następnym roku w Aix-en-Provence i Lyonie) . Na czele spektaklu stanie wbrew sobie dyrygent, któremu dano przydomek Rossinian - Michele Mariotti, a reżyserię powierzono Calixto Bieito. 


MOUSSORGSKI, Boris Godounov – Tuluza, 24 listopada – 3 grudnia 2023

Wspaniałe arcydzieło Musorgskiego zanurza nas w mroczne lata założycielskie imperium rosyjskiego. Car Borys, który wstąpił na tron ​​kosztem straszliwej zbrodni, słabnie i upada pod ciężarem wyrzutów sumienia. Muzyka, wspaniały zabytek chóralny i orkiestrowy z licznymi nawiązaniami do folkloru, zgłębia otchłanie rosyjskiej duszy. Nowa produkcja jest zarazem debiutem wielkiego niemieckiego barytona Matthiasa Goerne'a w tej legendarnej roli tytułowej, a reżyserem spektaklu jest Olivier Py.


PONCHIELLI, La Gioconda – Salzburg, 23 marca-6 kwietnia 2024

Opera z muzyką Amilcare Ponchiellego i librettem Arrigo BoitoGioconda jest trudna do wystawienia, gdyż wymaga aż sześciorga wybitnych śpiewaków dla obsadzenia wiodących partii: Enza, Laury, Alvisa, Ślepej i Barnaby. Wielkimi wykonawczyniami partii tytułowej były m.in. Lillian Nordica, Florence Easton, Eugenia Burzio, Giannina Arangi-Lombardi, Emmy Destinn, Rosa Raisa, Rosa Ponselle, Gina Cigna, Zinka Milanov, Maria Callas, Renata Tebaldi, Leonie Rysanek i Montserrat Caballé. Partię Enza wykonywali wielcy tenorzy, m.in. Enrico Caruso, Beniamino Gigli, Giovanni Zenatello, Francesco Merli., wystawiona po raz pierwszy w 1876 roku. Jedyna opera Ponchiellego stale utrzymująca się w repertuarze scenicznym.

Tym razem wystąpią: Anna Netrebko, Agnieszka Rehlis, Jonas Kaufmann, Ludovic Tézier, Luca Salsi... Artyści wystąpią z towarzyszeniem Orchestra dell’Accademia Nazionale di Santa Cecilia, Coro dell’Accademia Nazionale di Santa Cecilia, Bachchor Salzburg, Salzburger Festspiele und Theater Kinderchor.

CHARPENTIER, Médée – Paryż (Garnier), 10 kwietnia-11 maja 2024 


W 1693 roku Marc-Antoine Charpentier stworzył swoją jedyną tragedię liryczną w Królewskiej Akademii Muzycznej – przodku paryskiej Opery Narodowej – z librettem Thomasa Corneille’a. Trzy wieki po powstaniu barokowa partytura o wielkim bogactwie orkiestrowym powraca po raz pierwszy na scenę Paryskiej Opery Narodowej, prowadzona pod kierownictwem muzycznym Williama Christie,  z Leą Desandre w tytułowej roli. David McVicar przenosi akcję do czasów II wojny światowej, ale Opera Narodowa w Paryżu pragnie uspokoić zwolenników tradycji: reżyser „słynie z bardzo czytelnych lektur”.. 


Charpentier: Médée. wykonawcy: Lorraine Hunt (Medea), M. Padmore (Jazon), M. Zanetti, Les Arts Florissants, dyr. William Christie, maj 2016


MAGNARD, Guercœur – Strasburg, 28 kwietnia – 7 maja 2024 

W eterycznym zaświatach czas i przestrzeń zostają zniesione. Cienie, uwolnione od ziemskich trosk, celebrują wielkość bogini Prawdy. Przepojona wieczną chwałą, siedzi triumfalnie, otoczona Pięknem i Dobrocią; u jej stóp leży cierpienie w jego płaszczu krwi. Pośród tego chóru pochwał wznosi się niezgodna skarga: „Żyjcie! Kto przywróci mi radość życia? » To historia Guercœura, który zmarł w kwiecie wieku po tym, jak odnalazł miłość w Giselle i uwolnił swój lud od tyrana wraz ze swoim przyjacielem Heurtalem. Nie mogąc znaleźć odpoczynku, Guercœur błaga, aby zwrócono mu jego fizyczne ciało. Prawda go ostrzega: minęły już dwa lata na tej ziemi, gdzie nic nie trwa. Jego upadek z Raju może być brutalny...

Opéra National du Rhin po raz kolejny wykazała się śmiałością i wyobraźnią. Guercœur Albérica Magnarda nie był wystawiany na francuskiej scenie operowej od czasu jego pośmiertnego powstania w 1931 roku w Palais Garnier. Nazwiska Stéphane’a Degouta i Catherine Hunold, reżyserowanych przez Ingo Metzmachera w Strasburgu (oraz Anthony’ego Fourniera w Miluzie) w przedstawieniu Christofa Loya, potęgują niecierpliwość związaną z odkryciem tego „zapomnianego arcydzieła” inaczej niż na płycie (Guercœur został nagrany w 1986 r. ) . Michela Plassona z José van Damem w roli tytułowej ).

Guercoeur, Op. 12, Act 1: Introduction symphonique. Large,  Orchestre Du Capitole De Toulouse - Michel Plasson, ℗ 1986 Parlophone / Warner Music France, a Warner Music Group Company


LOUATI, Wings of Desire – Nantes, 6-7 maja 2024


Film Wima Wendersa zainspirował kompozytora Othmana Louatiego, znanego z adaptacji wielkich dzieł z repertuaru ze swoim zespołem Miroirs Etendus: Faust według Berlioza w 2017 r., Orphée według Glucka w 2018 r., Les Vêpres według Monteverdiego w 2020 r. Z librettem w języku francuskim Gwendoline Soublin, jej pierwsza opera zbudowana jest wokół autorskiego systemu: siedmiu śpiewaków solowych, sześciu lalkarzy, dwanaście lalek inspirowanych bunraku (japońskim teatrem lalek) i trzynastu instrumentalistów dźwiękowych. Po Nantes opera będzie gościć w Rennes od 14 do 18 maja 2024 r.


VIVALDI, L’Olimpiade – Paryż (TCE), 20-29 czerwca 2024


L'Olimpiade powstała w Wenecji w 1734 roku, w Teatro Sant'Angelo, do libretta poety Metastazjusza według Herodota. Był to spektakularny i natychmiastowy sukces. Akcja rozgrywa się w pobliżu miasta Olimpia, w dniu igrzysk. Ale libretto jest przede wszystkim pretekstem do ogromnej melodyjnej eksplozji, w której rywalizują zdradzone przyjaźnie i udaremnione miłości. To jedna z najpiękniejszych oper Vivaldiego, w której kompozytor wykorzystał ogromną różnorodność sytuacji dramatycznych. Arie różnych postaci są wspaniałe, a muzyka posiada niezwykle bogatą i kolorystyczną  melodykę. Prowadzeni przez mistrza Vivaldian, Jeana-Christophe'a Spinosi, z radością odkryli, że wysportowany Jakub Józef Orliński czuje się równie swobodnie w wokalu, jak i w breakdance . 

 Aby zademonstrować sceniczną żywotność oper Rudego Księdza, żywiołowy dyrygent będzie mógł liczyć na inscenizację Emmanuela Daumasa i  śpiewaków, którzy rozpalą widownię: Jakuba Józefa Orlińskiego, Marinę Viotti, Jodie Devos ...




informacja prasowa


czwartek, 20 kwietnia 2023

Od losu nie ma ucieczki. "Idomeneo" W. A. Mozarta w Staatsoper w Berlinie /recenzja opery/

"Idomeneo" W. A. Mozarta w Staatsoper Unter den Linden w Berlinie jest spełnieniem marzeń każdego melomana. Sądzę, że przydarzyła mi się rzecz zgoła niezwykła - miałam szczęście zobaczyć i usłyszeć spektakl operowy, który nie był banalny, podejmował tematy ponadczasowe, a przy tym serwował słuchaczom prawdziwą ucztę muzyczno-wizualną. To jednak rzadkość, ale i nie przypadek, zważywszy, jacy stworzyli go artyści. 

"Idomeneo" W. A. Mozarta w Staatsoper Berlin, fot. Bernd Uhlig

"Idomeneo" - zagadkowa opera Mozarta

"Idomeneo" Wolfganga Amadeusza Mozarta jest bodaj najmniej znaną operą tego kompozytora, co może dziwić, zważywszy, jak jest znakomita. Okoliczności jej powstania wskazują, że  Mozart napisał ją na zamówienie elektora palatyńskiego, Karola Teodora, dysponującego najlepszą orkiestrą w ówczesnej Europie, kierowaną przez Christiana Cannabicha. W jej skład wchodzili wybitni wirtuozi, m. in.  Johann Baptista Wendling, którego żona Dorothea zagrała Ilię, a szwagierka Elisabeth została pierwszą Elektrą. Mozart miał wówczas 25 lat i był już dojrzałym twórcą (pierwszą operę: "Mitrydate" skomponował mając 14 lat!), więc toczył boje z librecistą ks. Giambattistą Varesco, aby postacie nie były papierowe, a role "przegadane|", o czym wiemy z jego listów do ojca. Kompozytor tworzy tę operę z wielkim zaangażowaniem - troszczy się o najdrobniejsze szczegóły, ale zarazem dba o ogólny efekt sceniczny. Narzeka na wykonawców męskich ról - Anton Raaff, tenor, grający tytułową rolę, jest dobrze po sześćdziesiątce i niektóre arie są dla niego za trudne, zaś Idamante, którego gra włoski kastrat-sopran - Vincenzo dal Prato, był podobno sztywny jak kołek i w ogóle nie umiał grać (zresztą podobnie jak Raaff). "Nie ma za grosz metody" - pisze Mozart do ojca. Trzeba więc było indywidualnie z nimi pracować, a nawet przerabiać finałową arię Idomeneo. 

 Włoskie i niemieckie strony tytułowe oryginalnego libretta opery Mozarta Idomeneo,
źródło: Wikipedia
Za to wykonawczynie ról kobiecych były świetne. Mimo wszystko Mozart był bardzo szczęśliwy, ponieważ tworzył muzykę dla wspaniałej orkiestry, a poza tym współpracował z nim znakomity choreograf i scenograf. Był także otoczony  troską i życzliwością swojego protektora. Prapremiera odbyła się w Monachium 26 stycznia 1781 roku, lecz pomimo zachwytów nad pięknem muzyki,  operę zagrano tylko trzy razy. Potem Mozart ją jeszcze poprawiał i próbował wystawiać, ale bez większego powodzenia. Także w XIX w. wystawiano ją rzadko. 

Dopiero w 1951 roku na Festiwalu w Glyndebourne Fritz Busch po raz pierwszy poprowadził "Idomeneo" według oryginalnej partytury, a także zaprosił znakomitych solistów. Niewiele to jednak zmieniło, bo w praktyce wykonawczej opery nadal stosowano skróty, a wykonawcy byli często gęsto marni. Dopiero w 1973 roku austriacki dyrygent Karl Böhm ponownie powrócił do oryginału. Upłynęło sporo czasu i dopiero w latach 2000 pojawiły się interesujące interpretacje "Idomeneo", m. in. spektakl pod dyr. Marca Minkowskiego w reżyserii Davida McVicara (tego samego, który stworzył inscenizację, o której piszę), w którym wystąpiła, podobnie jak w berlińskiej adaptacji, Magdalena Kožená. Po operę Mozarta sięgali także: Nicolaus Harnoncourt (1982), z Pavarottim w roli tytułowej czy John Eliot Gardiner, który w 1993 r. nagrał płytę z Anthonym Rolfe Johnsonem jako Idomeneuszem. W Polsce zaś po raz pierwszy zaprezentowano tę operę dopiero w 1991 roku w warszawskiej Operze Kameralnej i na tym poprzestano... 

Rozbitkowie w berlińskiej wersji "Idomeneo", fot. Bernd Uhlig

Od losu nie ma ucieczki...

Zgoda na tragiczność życia - w tym się wyraża cała nasza godność 
i nasza duma. Na pokorze wobec tego, co jest nieuchronne.
Wiesław Myśliwski

    "Idomeneo" jest operą przypominającą tragedię grecką, z jej fatalistyczną wizją świata i ludzkiego losu. Poza jednym wyjątkiem - szczęśliwym zakończeniem. Akcja rozgrywa się na Krecie, po wygranej przez Greków wojnie trojańskiej. Idomeneusz - król wyspy nie powrócił jeszcze spod Troi, ale wysłał statki z niewolnikami, wśród których znajduje się córka króla Priama - Ilia. Pod nieobecność ojca rządy sprawuje młody i wielkoduszny Idamante, który zakochuje się w Ilii, ona jednak pozostaje pogrążona w głębokiej żałobie, a odwzajemnienie uczuć "wrogowi" uważa za swoistą zdradę wobec tych, którzy zginęli z ręki Greków, w tym swojego ojca i brata ("Padre, germani, addio"). Kiedy jednak Idamante uwalnia z niewoli jej rodaków, nie potrafi pozostać obojętna, nadal czując się rozdarta pomiędzy pamięcią bliskich a miłością do szlachetnego Idamante (piękne partie chóru "Godiam la pace" o zwycięstwie Amora). Tymczasem wieść niesie, że statek, którym podróżował Idomeneusz, zatonął. Istotnie, Neptun, chcąc wystawić bohatera na próbę, ratuje mu życie pod warunkiem, że poświęci on życie pierwszej napotkanej na brzegu osoby w ofierze. Brawurowe sceny przedstawiające walkę o życie marynarzy Idomeneusza, walczących z żywiołem, są szalenie interesujące tak pod względem scenograficznym, jak i muzycznym ("Pietà, numi, pietà!"). Jak się nietrudno domyślić, pierwszym napotkanym człowiekiem okazuje się - ku przerażeniu Idomeneusza - jego jedyny syn. Następuje dramatyczna scena, w której kochający, dobry syn zostaje przez ojca odepchnięty, co sprawia mu ogromny ból. 

Andrew Staples jako Idomeneo i Magdalena Kožená jako Idamante
fot. Bernd Uhlig

    O tym, jakie są prawdziwe przyczyny zachowania Idomeusza dowiaduje się doradca króla - Arbace i doradza mu, aby odesłał syna jak najdalej. Także król sądzi, że pozbywając się syna, ukrywając go, uniknie spełnienia obietnicy danej Neptunowi. Ponadto na jego dworze przebywa księżniczka mykieńska Elektra, która po tym, jak skłoniła brata Orestesa do zamordowania matki (Klitajmestra wraz z kochankiem skrytobójczo zamordowała powracającego spod Troi Agamemnona), schroniła się przed wyrzutami sumienia (Erynie) na Krecie. Poznawszy delikatnego i dobrego Idamante, zakochuje się w nim i marzy o nowym, szczęśliwym życiu. Ona również pragnie uciec od swego losu, co koniec końców okaże się niemożliwe. Tylko Idamante i Ilia, pod wpływem wzajemnej miłości, gotowi są stawić czoła losowi i poświęcić się w imię wyższych uczuć, nie myśląc o sobie. I to oni wychodzą zwycięsko z opresji. Ostatecznie Neptun wynosi Idamante na tron (mówiąc, że miłość zwyciężyła) i dając mu za żonę Ilię. Ci, którzy buntowali się przeciwko losowi, uosobionemu w postaci Neptuna, przegrali i muszą odejść. Odchodzą więc - Idomeneusz w pokorze, Elektra zaś w zapiekłej wściekłości (wspaniała dramatyczna aria "O smanie! D`Oreste, d`Aiace"). Całość kończy jednak duet nowych panujących oraz chóru. Można by powtórzyć za Wiesławem Myśliwskim, że nie wykazali pokory wobec nieuchronności swojego losu i na skutek tego poniekąd przegrali swoje życie. 
    25-letni geniusz stworzył więc prawdziwą operę seria, w której temat mitologiczny nie pozostał czystą konwencją, za którą nie skrywa się żadna treść. Przeciwnie - mamy do czynienia z prawdziwym dramatem ludzkiego losu, który dotyczy nie tylko pojedynczych osób, ale także kładzie się cieniem na życiu całej zbiorowości. Służy temu także pogłębiona psychologia postaci. Jeśli tak na to spojrzymy, nie będziemy się zastanawiać, skąd i po co wzięła się na Krecie Elektra.

"Idomeneo", scena zbiorowa, fot. Bernd Uhlig

  "Idomeneo" w Staatsoper Unter den Linden    

       Inscenizacja operowa "Idomeneo" w Staatsoper Unter den Linden w Berlinie była moją pierwszą widzianą na żywo, wcześniej jednak poznałam dwie inne, bardziej oszczędne, jeśli chodzi o środki scenicznego wyrazu, ale zaśpiewane znakomicie. W szczególności dotyczy to nagranej na żywo w La Scali w Mediolanie wersji "Idomeneo" z 2006 roku, którą poprowadził brytyjski dyrygent Daniel Harding, a wyreżyserował wybitny, urodzony w Zurychu, reżyser teatralny Luc Bondy, dyrektor paryskiego teatru Odeon. W rolę tytułową wcielił się w obu wersjach (także późniejszej, z 2016 roku, z tym samym dyrygentem) urodzony w Malezji znakomity tenor Steve Davislim. 
    Wyznać muszę, że berlińska wersja była bardzo interesująca koncepcyjnie, co nie dziwi, jeśli zważyć, jakie przygotowały ją tuzy, nota bene sami Brytyjczycy. Inscenizatorem jest David McVicar, twórca mający ogromne doświadczenie (także w realizacji znanych oper Mozarta) i od lat współpracujący z wielkimi teatrami operowymi. Autorką scenografii jest brytyjska scenografka i kostiumolog - Vicki Mortimer, która zaprojektowała kostiumy i scenografię do ponad 30 spektakli, w tym do "Good" i "Medea" (West End Theatre w Londynie), a także wieczoru baletowego "AfteRite/Lore" (Teatro alla Scala di Milano). Piękne kostiumy stylizowane na wschodnie (w tym nieco kontrowersyjny, ale jakże dramaturgiczny strój dla Medei i jej służących) zaprojektowała inna Brytyjka - Gabrielle Dalton, która we współpracy z Davidem McVicarem zrealizowała wiele wcześniejszych projektów, m. in.do opery "Falstaff", kilkakrotnie w Grange Park Opera ("Don Kichot", "Idomeneo", "Don Carlos"), także w Opéra National de Lorraine w De Nederlandse Reisopera ("Don Giovanni" i "Turandot"). 

"Idomeneo", scena zbiorowa, fot. Bernd Uhlig

Efekty tej wieloletniej współpracy okazały się i w Staatsoper Unter den Linden znakomite! Powstała inscenizacja najwyższej próby, interesująca plastycznie, pełna ukrytych znaczeń, w której ogromną rolę odgrywa także światło (brawa dla Paule Constable, która pracowała dla wielu renomowanych zespołów teatralnych w Wielkiej Brytanii). Przez niemal cały spektakl nad bohaterami ciąży fatum pod postacią trupiej czaszki z zakneblowanymi ustami - zmienia kąt nachylenia, barwy, a nawet bywa zasłaniana, kiedy to bohaterowie sądzą, że udało się im uniknąć swego przeznaczenia. Znika zaś, gdy się z nim pogodzili. Piękna jest też choreografia widowiska (Colm Seery, który od lat współpracuje z McVidalem), dzięki której bohaterowie - pojedynczo i zbiorowo - poruszają się w scenicznym świecie, wspomagani strojami i rekwizytami, a także światłem, tworząc pełnowymiarowe ludzkie postaci. Sceny są skomponowane niczym obrazy - jak w teatrze plastycznym.

Olga Peretyatko - Elektra, fot. Bernd Uhlig
    Dopiero kiedy sobie uzmysłowimy, jak wiele czynników składa się na kreację postaci, warto przyjrzeć się wykonawcom głównych ról.
Otóż w obejrzanej przeze mnie 26 marca 2023 r. wersji rolę Idomeneo wcielił się Andrew Staples - uważany za jednego z najbardziej wszechstronnych tenorów swojego pokolenia, regularnie występujący z Simonem Rattle, Harding, Haïm, Davis, Salonen i Nézet-Séguin, a także z Filharmonikami Berlińskimi i wielu innymi. Bardzo dobry śpiewak i interpretator, słabszy aktor, choć w niektórych scenach, oddających jego bunt przeciw bogom, poczucie zagubienia, a wreszcie zgody na swój los był wiarygodny. Brakowało mi w tej interpretacji dramatyzmu Steve`a Davislima. Znakomicie zaśpiewała rolę Idamante  Magdalena Kožená, wyróżniał się także Linard Vrielink w roli powiernika Idomeneo - Arsace. Mistrzowski występ Koženy miał to silne, szlachetne i jasne mezzo. Śpiewaczka doskonale wyczuwa retoryczną energię muzyki, zawsze kierując się typem ekspresji i logicznym uzasadnieniem prowadzenia roli. W Ilię wcieliła się Anna Prohaska - sopran koloraturowy, predystynowana do ról lirycznych śpiewaczka, która współpracowała z takimi dyrygentami, jak  Claudio Abbado i Daniel Barenboim. W sposób wiarygodny wyśpiewała swoje dramatyczne rozterki postaci rozdartej pomiędzy żałobą a niespodzianą miłością do syna wroga. W pamięci pozostanie zwłaszcza piękna scena, w której śpiewa o swojej miłości i tęsknocie wśród spadających płatków kwiatów, zjawiskowo oświetlona, jakby przez to uczucie przemieniona. Wielkie wrażenie zrobiła również Olga Peretyatko jako Elektra. Posągowo piękna, co podkreślało jeszcze bardziej kimono, szczególnie, że choreografia i światło dawały możliwość "ogrania" kostiumu, co się znakomicie udało. Peretyatko była fascynująca, zupełnie odmienna od szlachetnej Ilii, która gotowa jest poświęcić życie dla ukochanego. Drapuieżna , ale i liryczna ("Idol mio"), zwłaszcza w partiach dramatycznych, gdy śpiewała arię "D`Oreste, d`Aiace", pragnąc już tylko śmierci i potępienia. 

Anna Prohaska jako Ilia, Magdalena Kozena jako Idamante, Olga Peretyatko jako Elektra,
w tle Andrew Staples - Idomeneo, ot. Bernd Uhlig
Piękne są też sceny zbiorowe, np. dość realistyczna scena pomoru, którym Neptun każe miasto: bohaterowie wrzucają owinięte w całun zwłoki do wspólnego grobu, a w tle płonie ogień... 
Mocną stroną spektaklu była muzyka orkiestrowa w wykonaniu znakomitej Staatskapelle Berlin, którą poprowadził Simon Rattle - genialny brytyjski dyrygent, który w 2002 roku zastąpił Claudio Abbado na stanowisku głównego dyrygenta Berliner Philharmoniker. Rattle był niewątpliwie jedną z gwiazd tego wieczoru. Stając za pulpitem, z charakterystyczną burzą siwych włosów, wyglądał jak czarodziej i istotnie wyczarował z niezwykłą subtelnością zarówno liryczne nastroje, jak i sceny pełne dramatyzmu. Po prostu mistrz!

A to już ja - szczęściara, w obiektywie Marka Ciska 
    Sądzę, że przydarzyła mi się rzecz zgoła niezwykła - miałam szczęście zobaczyć i usłyszeć spektakl operowy, który nie był banalny, bo podejmował tematy ponadczasowe, a przy tym serwował słuchaczom prawdziwą ucztę muzyczno-wizualną. To jednak rzadkość, ale i nie przypadek, zważywszy, jacy stworzyli go artyści. 


IDOMENEO I Staatsoper Unter den Linden 


Mozart – "Requiem" w Narodowym Forum Muzyki /zapowiedź/

6 listopada o 19.00 w Narodowym Forum Muzyki angielski dyrygent Jonathan Nott, uznawany za wybitnego interpretatora muzyki współczesnej, pod...

Popularne posty