Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania WROSTJA, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania WROSTJA, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 października 2017

50. WROSTJA – Jubileusz niezwykłego festiwalu monodramów (relacja)

O początkach festiwalu monodramów, ich charyzmatycznym pomysłodawcy i organizatorze – Wiesławie Gerasie, jubileuszowych publikacjach i najciekawszych monodramach tegorocznej edycji.

plakat ubiegłorocznych WROSTJA

W dniach od 17 do 24 października odbyły się Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora. Ten wyjątkowy w skali światowej festiwal monodramów święcił w tym roku swoje 50-lecie.

Na początku był … Geras


Jubileuszowe wydawnictwo, Klub Krytyki Teatralnej/ Polska Sekcja IATC : Wydawnictwo Skorpion


Nie byłoby to zapewne możliwe bez pomysłodawcy i niestrudzonego organizatora – dyrektora festiwalu, Wiesława Gerasa. Temu niezwykłemu człowiekowi, który nie tylko czuwał nad organizacją festiwali, ale także je programował, jeżdżąc po świecie i zapraszając do Wrocławia (i nie tylko) wybitnych artystów, wielokrotnie też inspirował wielu aktorów do zagrania monodramów, została poświęcona jubileuszowa książka o znamiennym tytule: ”50 lat WROSTJA. Po teatrze jednego aktora oprowadza Wiesław Geras”. Została wydana przez Klub Krytyki Teatralnej/Polska Sekcja IATC, pod redakcją Tomasza Miłkowskiego i zawiera – oprócz rozmowy z twórcą festiwalu – wspomnienia aktorów, teatrologów, dziennikarzy, którzy w kolejnych edycjach uczestniczyli ”od zawsze”. Dzięki temu historia tego niezwykłego festiwalu opowiedziana jest barwnie i polifonicznie.

Siemion ojcem założycielem


Początków trzeba szukać w połowie lat 60., które prof. Janusz Degler określa złotym okresem w kulturze Wrocławia. Jego zdaniem, ten rodzaj teatru stwarzał nie tylko szansę  na ujawnienie siebie – własnego warsztatu i sił twórczych. 17 października 1966 roku Danuta Michałowska zaprezentowała w Piwnicy Świdnickiej monodram na podstawie powieści ”Komu bije dzwon” Ernesta Hemnigwaya. Tak rozpoczął się trwający do 23 października Ogólnopolski Przegląd Teatrów Jednego Aktora. Jednakże za ”ojca założyciela” Tomasz Miłkowski uznał Wojciecha Siemiona, który wystąpił z monodramem ”Zdrada” według Izaaka Babla.

W ”Zdradzie” – twierdzi autor ”Impulsu, czyli jak to się zaczęło” – demonstrował Siemion swoje odkrycie estetyczne – wykazywał, że nie dość powołać na scenie postać, trzeba ją jeszcze skomentować, nie tyle być nią, ile być obok niej, opowiadać ją w taki sposób, jakby się nią było. Trudna to sztuka (…), jak zachować bliskość i dystans jednocześnie, ale aktor umiał odnaleźć ten właściwy ton. Stąd aplauz, z jakim spotkał się na festiwalu jego spektakl.

Poza spektaklami, w których wystąpili aktorzy tak znani i wybitni, jak Ryszarda Hanin, Kalina Jędrusik, Andrzej Łapicki i inni, odbywały się także spotkania z aktorami i gośćmi festiwalu, wśród których były takie nazwiska, jak Tadeusz Różewicz czy wspomniany Wojciech Siemion… Codziennie dyskutowano o obejrzanych monodramach, a na spektakle ”waliły tłumy”, jak pisał nieżyjący, znany wrocławski dziennikarz Tadeusz Burzyński. Kolejne przeglądy miały już charakter konkursu, a laureatem pierwszej nagrody – Nagrody Głównej Ministra Kultury i Sztuki – został Tadeusz Malak -  za monodram ”W środku życia” na podstawie tekstów Tadeusza Różewicza. On też otworzył tegoroczne jubileuszowe WROSTJA, odwołując się do tamtego przedstawienia: "Powrót do źródeł... od Różewicza... i dalej...”.

 Tadeusz Malak w monodramie "Powrót do źródeł...", Wrocław 2016

Hamlet Geta


W kolejnym roku Eugeniusz Get-Stankiewicz zaprojektował grafikę zatytułowaną ”Hamlet”, która stała się oficjalnym logo festiwalu, a także znalazła się na okładkach serii wydawniczej poświęconej monodramom – ”Czarnej książeczce z Hamletem”.  Serii, dodajmy, zupełnie unikalnej. Ukazało się w niej 17 publikacji, z czego trzy w tym roku: ”166 monodramów” Tomasza Miłkowskiego, ”Wypowiedzieć człowieka. Poezjoteatr Tadeusza Malaka” Katarzyny Flader-Rzeszowskiej oraz ”Lidii Danylczuk droga ku sobie” Iryny Wołyćka-Zubko. Dodajmy, że każda taka książeczka miała swoją promocję, podczas której nie tylko o niej dyskutowano. Zazwyczaj aktor, który był jej bohaterem, prezentował również swoje monodramy – we fragmentach i w całości.


Ukraińska aktorka Lidia Danylczuk – jedno  z wielu odkryć Wiesława Gerasa – gościła w Polsce wielokrotnie ze swoim ”Teatrem w Koszyku”, który charakteryzuje się nowatorską syntezą słowa, obrazu i dźwięku. W tym roku zaprezentowała monodram "Do źródeł. Głos cichego odmętu", na podstawie tekstu Nedy Neżdany, poruszającego historię głodu na Ukrainie w latach 30.

Geras znaczy dobry


Wielkim atutem jubileuszowego wydawnictwa ”50 lat WROSTJA” jest nie tylko zebranie i uporządkowanie informacji na temat wrocławskiego festiwalu monodramów, ale – a może dla czytelnika przede wszystkim – głosy aktorów, którzy bywali we Wrocławiu ze swoimi spektaklami, a także osób aktywnie uczestniczących w festiwalu w różnych rolach. Dzięki nim poznajemy też trochę ten festiwal od kulis.

Birutė Mar odkrywa dla nas, że słowo ”geras” znaczy po litewsku ”dobry”.
Teraz, po prawie dwudziestu latach  - wspomina aktorka – rozumiem, że Pan Wiesław Geras był wówczas tym dobrym człowiekiem, litewskim ”Gerasem” przysłanym mi przez los, który inspirował do tworzenia, rozwoju, doskonalenia się. (…) Wrocław stał się moim miastem rodzinnym tak jak WROSTJA moim rodzinnym festiwalem, gdzie zagrałam wszystkie swoje spektakle, gdzie chce się powrócić i spotkać starych dobrych przyjaciół, gdzie zawsze ktoś na mnie czeka.

Lidia Danylczuk nazywa Wiesława Gerasa żartobliwie ”rycerzem jednego aktora”, a Katarzyna Flader-Rzeszowska ”człowiekiem z pasją”. Z kolei Krzysztof Gordon podziwia jego świeżość patrzenia na teatr, na aktora, na spektakl, zaś  Krzysztof Grabowski – kompetencje  i szybkość działania: 

Byłem wielokrotnie świadkiem – pisze żartobliwie – jak Wiesław Geras, znany wszystkim służbom w Polsce jako szef mono mafii, zapytany, czy ma jakiś pomysł, kogo można by zaprosić ze spektaklem, odpowiadał, że zaraz coś napisze. Wracał po 30 minutach z pełnym programem na najbliższe dwie edycje festiwalu.

Bogusław Kierc określa Wiesława Gerasa mianem ”jasnoksiężnika”, a Wiesław Komasa nazywa ”Sir Wiesławem” i jedną z najbarwniejszych postaci w historii Teatru Jednego Aktora. Zaś Piotr Konrad, próbując odpowiedzieć na pytanie, czym jest teatr jednego aktora, dochodzi do wniosku, iż jest to ”teatr jednego Gerasa”.

Wiesław Geras, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Tych wypowiedzi i przemyśleń, nie stroniących od anegdoty i błyskotliwych bon motów, jest we wspomnianej  publikacji o wiele więcej. Zachęcam gorąco wszystkich, którzy lubią monodramy i są ciekawi takich charyzmatycznych postaci, jak pan Wiesław Geras, aby sięgnęli do niej. Osobiście zawdzięczam dyrektorowi festiwalu nie tylko możliwość obejrzenia wielu wspaniałych spektakli, których bez Niego nie miałabym szansy zobaczyć, a w konsekwencji – doznać  wielu niezapomnianych wrażeń. Chylę również czoła przed Jego pasją, determinacją i wrażliwością, dzięki którym stworzył zjawisko tak niebywałe, a zarazem tak trwałe.

WROSTJA A.D. 2016


W tym roku spektakle celowo były prezentowane w różnych miejscach, które przypominały historię festiwalu – począwszy od Piwnicy Świdnickiej, gdzie wszystko się zaczęło, poprzez scenę PWST, Teatru Lalek, Biura Festiwalowego IMPART, Teatr Polski, Teatr Muzyczny Capitol, po miejsca zupełnie nowe, ale znaczące,  jak nowo powstałe Muzeum Teatru im. Henryka Tomaszewskiego, gdzie odbyła się sesja o stanie i kondycji teatru jednego aktora, zaprezentowano wystawę fotografii oraz nowe publikacje.

Spośród wielu interesujących monodramów, obejrzanych podczas jubileuszowego festiwalu, chciałabym więcej miejsca poświęcić szczególnie dwóm. Pierwszym jest ”Żmija” - według prozy Aleksandra Tołstoja i w wykonaniu Doroty Stalińskiej, drugim zaś ”Anioły Dostojewskiego”, które zaprezentowała litewska aktorka Birutė Mar. 

”Żmija” – jubileuszowy monodram Doroty Stalińskiej


”Żmija” to spektakl, który jest swoistym fenomenem. Powstał w 1978 roku (sic!), a więc blisko czterdzieści lat temu i najpierw otrzymał I Nagrodę na 13. OFTJA w Toruniu, a następnie Grand Prix na 11. WROSTJA w 1987 roku.  Jednakże prawdziwym zdumieniem napawa fakt, iż grany był przez wiele lat, a liczba przedstawień przekroczyła cztery tysiące!  Kiedy aktorka wznowiła go, prezentując ponownie podczas festiwalu ”W remizie” na Helu, w 2015 roku, nie mogła wejść do środka, tak wielu chętnych usiłowało bezskutecznie dostać się na widownię. To dowodzi, że są spektakle, które się nie starzeją. We Wrocławiu Stalińska zaprezentowała ”Żmiję” w ramach festiwalu po raz czwarty – przy wypełnionej sali. W ten sposób uczciła jubileusz WROSTJA, ale również własny jubileusz 40-lecia pracy artystycznej.

Monodram ten jest autorski w pełnym tego słowa znaczeniu – aktorka wybrała tekst, opracowała go, wyreżyserowała, stworzyła scenografię oraz kostium i własnoręcznie je wykonała (poza wojskowym płaszczem i butami). Jej bohaterka – Olga Wiaczesławowna Zołotowa jest rodzajem Kandyda w spódnicy (w spodniach także). Urodzona w inteligenckiej rodzinie, traci najbliższych w wyniku Rewolucji Październikowej, a sama – mimo ran i uwięzienia – przeżywa i próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Zakochana w poznanym podczas pobytu w szpitalu dowódcy o sokolich oczach, wstępuje do armii i robi wszystko, co on każe. Uczy się jeździć konno, strzelać, znosi wszelkie trudy, bo on jest teraz jej ”rodziną”. Dowódca jest  przy tym powściągliwy i traktuje ją początkowo po ojcowsku, by z czasem zauważyć w niej kobietę, ale nigdy tego nie wykorzystuje. Przed samobójczym, nakazanym przez dowództwo atakiem, wyznaje jej miłość, po czym... ginie. Dziewczyna niczego poza walką nie umie i kiedy nastaje czas pokoju, nie potrafi odnaleźć się w tzw. zwyczajnym życiu. Jest samotna, zamknięta w sobie i staje się łatwą ofiarą pomówień i intryg. Pełne determinacji próby zademonstrowania otoczeniu, że jest normalną kobietą, pragnącą kochać i być kochaną, kończą się tragicznie.

Dorota Stalińska w monodramie "Żmija", WROSTJA 2016

Dorota Stalińska znakomicie pokazuje dramat swojej bohaterki, opowiadając jej historię w formie retrospekcji, od momentu, kiedy to kobieta znajduje się w więzieniu i jest przesłuchiwana, a jednocześnie przygląda się swojemu życiu, próbując zrozumieć, jak to się stało, że zabiła człowieka. Nawiązuje kontakt z publicznością, jakby w oczekiwaniu, że ktoś jednak zrozumie jej dramat. Gra zarówno naznaczoną dramatycznymi przejściami bohaterkę – doświadczoną i nieufną, by za chwilę zmienić się w młodą, niewinną dziewczynę, jaką była na początku. Czasami tragiczna, niekiedy tragikomiczna, zabawna – zawsze prawdziwa i wiarygodna. Taka jest Olga Doroty Stalińskiej: komiczna, gdy uczy się konnej jazdy (wszystko rozgrywa się na naszych oczach), liryczna i trochę zabawna, gdy jesteśmy świadkami jej pierwszej rozkwitającej miłości, tragiczna – gdy  rozpacza po śmierci ukochanego. Piękna jest scena, w której zakochani spędzają ostatnią noc przy ognisku, a mężczyzna śpiewa miłosną pieśń po ukraińsku. Stalińska wyczarowuje przed nami tę scenę tak znakomicie, że ”widzimy” dwoje zakochanych, czujemy atmosferę tej chwili… Prawdziwa mistrzyni! Pod koniec spektaklu, kiedy emocje sięgają zenitu, właściwie bez zastrzeżeń stajemy po stronie ”skrzywdzonej i poniżonej” bohaterki tej opowieści.

Sądzę, że ponadczasowość tego monodramu wynika nie tylko z przesłania utworu, w którym ukazano, jak historia i ludzka podłość mogą zniszczyć życie człowieka. To także, a może przede wszystkim zasługa aktorki, która potrafiła tę prawdę w sposób wiarygodny przekazać środkami scenicznymi, z upływem lat robiąc to coraz bardziej świadomie i dojrzale. 

Wywiad z Dorotą Stalińską - pod tym linkiem.


”Anioły  Dostojewskiego” i Birutė Mar


Prawdziwym brylantem 50. WROSTJA była litewska aktorka Birutė Mar, która tym razem zaprezentowała monodram na kanwie prozy Fiodora Dostojewskiego. Tytuł został zaczerpnięty z opowiadania "Chłopczyk na gwiazdce u Pana Jezusa", bo też dziecko – niewinne, skrzywdzone, poniżone, cierpiące biedę i głód – jest bohaterem tego spektaklu. Tacy ”niewinni aniołowie” pojawiają się w różnych tekstach Dostojewskiego.

Dziatki kochajcie szczególnie – naucza starzec Zosima w ”Braciach Karamazow – albowiem również i one są bezgrzeszne jako anioły i żyją ku rozrzewnieniu, ku oczyszczeniu serc naszych, niejako będąc dla nas wskazówką. Biada temu, kto skrzywdził dziecko.
Tymczasem dzieci są krzywdzone nieustannie: uwiedzione, naiwne nieletnie dziewczęta, marzące o miłości, które wykorzystano cynicznie, nigdy już nie będą potrafiły kochać, będą tylko ranić innych, jak Gruszeńka z ”Z braci Karamazow” czy naiwna dziewczyna z ”Białych nocy”. 
Birutė Mar wchodzi w rolę każdej z postaci w sposób tak naturalny, że to aż zdumiewające. Wkłada męski płaszcz i jest Stawroginem opowiadającym, jak doprowadził do samobójczej śmierci małą dziewczynkę Matrioszę, która nie umiała żyć po tym, jak ją skrzywdził. Cyniczny i mający niejedno na sumieniu, ciągle widzi jej postać wygrażającą mu maleńką piąstką.  Biada temu, kto skrzywdził dziecko… Za skrzywdzonym dzieckiem ujmuje się także inny bohater Dostojewskiego – książę Myszkin, który doskonale wie, że dzieci potrafią być także okrutne w stosunku do siebie, ale nigdy w takim stopniu jak dorośli. Zresztą sam Myszkin ma wrażliwość i ”anielskość” dziecka – i pozostaje bezbronny jak one.

Birute Mar w monodramie "Anioły Dostojewskiego", WROSTJA 2016

Birutė wchodzi także w rolę sześcioletniego chłopczyka i robi to jak nikt inny – wkłada rozczłapane buty, twarz jej się zmienia, oczy nabierają takiego wyrazu, że można o nic powiedzieć: ”oczy dziecka”… Przypomina mi w tym Giuliettę Masinę. Chłopczyk opuszcza suterenę, w której leży ciało zmarłej matki i usiłuje znaleźć coś do jedzenia. Jest mały, bezbronny, przemarznięty. Właśnie zbliża się Wigilia Bożego Narodzenia i za szybami sklepów i oknami widać stosy jedzenia, ale nikt nie chce chłopcu dać się pożywić. W końcu malec zamarza za stosem drewna i ktoś nazajutrz odnajduje jego zwłoki. Tymczasem – mówi Dostojewski, a za nim Birutė – chłopiec trafia na Wigilię do Pana Jezusa, bo u Niego  jest zawsze w Wigilię gwiazdka dla małych dzieci, które nie mają własnej gwiazdki. Ale pointa monodramu jest zupełnie inna niż w opowiadaniu. Narrator Dostojewskiego dystansuje się do tej historii, mówiąc, że jest zmyślona. Birutė zaś przytacza na koniec słowa starca Zosimy i to one stają się pointą spektaklu. Otóż w kontrze do myśli "jeśli Boga nie ma, wszystko wolno”, starzec Zosima uważa, że całe zło, a w szczególności cierpienie niewinnych, bierze się z faktu zerwania przez człowieka więzi z Bogiem.

Spektakl litewskiej mistrzyni monodramu to przykład coraz rzadszego we współczesnej sztuce zjawiska, kiedy to teatr przekracza swoje własne granice, stając się czymś więcej niż scenicznym działaniem. Jak w starożytnej Grecji, przynosi rodzaj katharsis i sprawia, że widz będący współuczestnikiem spektaklu (bo powiedzieć: widzem - to za mało), przeżywa rodzaj duchowego wstrząsu, po którym nic już nie jest takie samo.

Gdyby na WROSTJA  zaprezentowano tylko to przedstawienie, byłoby to i tak wielkim sukcesem tego zasłużonego festiwalu. Jednak takich przeżyć doświadczyłam w ciągu minionych lat więcej, toteż ogromnie żałuję, że 50. przegląd monodramów był zarazem ostatnim.

Wywiad aktorką - pod tym linkiem


Relacja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.

poniedziałek, 12 października 2020

Wiesław Geras o programie jubileuszowych WROSTJA /wywiad/

 W dniach od 17 do 24 października, a naprawdę do 19 listopada 2016 roku odbędą się jubileuszowe, 50. Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora. Program festiwalu monodramów prezentuje jego dyrektor – Wiesław Geras.

Wiesław Geras, fot. B. Lekarczyk-Cisek

Barbara lekarczyk-Cisek: Trzymam w ręku wydaną właśnie z okazji jubileuszu książeczkę Tomasza Miłkowskiego: ”166 monodramów”. Jakie to uczucie, gdy przychodzi taki wspaniały, liczący pół wieku, jubileusz?

Wiesław Geras: To będzie rzeczywiście wyjątkowy festiwal nie tylko dlatego, że liczy sobie już pięćdziesiąt lat. Także ze względu na program, zaproszonych gości, wydawnictwa, które mu towarzyszą, a nawet ze względu na miejsca, w których będą prezentowane spektakle.

W tym roku monodramy będą prezentowane w różnych miejscach.

Ten ruch festiwali monodramów zrodził się w Piwnicy Świdnickiej i jesteśmy bardzo przywiązani do tego miejsca. Pierwszy dzień WROSTJA, jego inauguracja, odbędzie się właśnie tam. Wprawdzie  nie pojawi się pani Irena Jun, jak to było w planach, uległa bowiem wypadkowi. Jesteśmy tym bardzo poruszeni. 87-letnia aktorka przygotowała specjalnie na ten jubileusz monodram ”Matka Makryna” na podst. powieści Jacka Dehnela. Mamy jednak nadzieję, że zaprezentuje go w przyszłości, kiedy poczuje się na siłach. 

Podczas inauguracji wystąpi za to Tadeusz Malak, który jako pierwszy  otrzymał na festiwalu nagrodę. Przypomnę, że pierwszy festiwal w 1964 roku miał charakter spotkań i odbył się bez nagród. Dopiero rok później odbył się konkurs i pierwszą nagrodę zdobył wówczas Tadeusz Malak za spektakl na podst. tekstów T. Różewicza, zatytułowany ”W środku życia”. Zmodyfikowany, uzupełniony przemyśleniami aktora monodram pod tytułem "Powrót do źródeł... od Różewicza... i dalej..." zostanie powtórzony w tym roku. Po nim odbędzie się promocja książki poświęconej artyście: "Wypowiedzieć człowieka. Poezjoteatr Tadeusza Malaka" Katarzyny Flader-Rzeszowskiej, co będzie także okazją do rozmowy. Wieczór jubileuszowy poprowadzi nasz prezes honorowy – prof. Janusz Degler. Będzie to także okazja do promocji książki monograficznej poświęconej WROSTJA, a wydanej przez Klub Krytyki Teatralnej i Instytut Teatralny. Jest to dla mnie zaszczyt i powód do satysfakcji, że nasz festiwal został doceniony i opisany. 

Oprócz miejsc, w których odbywały się w przeszłości festiwale, monodramy zostaną zaprezentowane także w miejscach zupełnie nowych.

Tak, drugi dzień festiwalu odbędzie się częściowo w nowo powstałym Muzeum Teatru im. Henryka Tomaszewskiego. Muzeum to powstało m.in. z inicjatywy Wrocławskiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru, w czym specjalne zasługi ma nieżyjąca Irena Rzeszowska, wieloletni prezes Towarzystwa. Miłośnicy teatru pamiętają zapewne ogromne wystawy organizowane przez Towarzystwo. Otóż wszystkie te eksponaty, pieczołowicie przez Rzeszowską gromadzone, zostały przekazane do Muzeum Miejskiego. Również ja przekazałem całą posiadaną dokumentację. Tak więc kolejny dzień WROSTJA odbędzie się w Muzeum Teatru, gdzie przed południem zaplanowano sesję o stanie i kondycji teatru jednego aktora, a jednocześnie na temat jubileuszu. Pokażemy m.in. wyniki naszej pięcioosobowej komisji, składającej się z dwóch profesorów: J. Deglera i R. Śliwonika, dwóch krytyków: T. Miłkowskiego K. Kucharskiego i mnie, którzyśmy oglądali wszystkie festiwale we Wrocławiu. Wybraliśmy mianowicie te spektakle, które okazały się znaczące dla rozwoju monodramu. 

W Muzeum Teatru zostanie także zaprezentowana wystawa fotografii oraz publikacji WROSTJA oraz odbędzie się promocja książki z serii ”Czarna książeczka z Hamletem” - ”166 monodramów” Tomasza Miłkowskiego.

A po południu, w Ratuszu, zaprezentujemy spektakle wrocławskie, chcemy bowiem pokazać, że WROSTJA przyczyniły się  także do powstania wielu spektakli z udziałem wrocławskich artystów. Według naszego rozeznania, przez tych pięćdziesiąt lat istnienia festiwalu, wzięło w nim udział około dziewięćdziesięciu aktorów wrocławskich. Pokażemy trzy pokolenia artystów związanych z wrocławską PWST: Agatę Kucińską z monodramem "Dziewczyny jak złoto” wg Tomasza Mana, Annę Skubik, która zaprezentuje "Złamane paznokcie. Rzecz o Marlenie Dietrich” oraz Bogusława Kierca z monodramem ”Mój trup”. 

Kolejny dzień festiwalu odbędzie się w nowo otwartym Wrocławskim Domu Literatury, gdzie pokażemy trzy spektakle, które są dla nas bardzo ważne. Zazwyczaj prezentowaliśmy także aktorów nieprofesjonalnych, którzy wyróżnili się na różnych konkursach. I tym razem mamy dwie młode osoby, które są laureatkami konkursu Turniej Teatrów Aktora "Sam na scenie" w Słupsku. Jedna zaprezentuje tekst Leszka Kołakowskiego, a druga – Dostojewskiego.

Na festiwalu pojawią się także wybitne aktorki zagraniczne, które wielokrotnie gościły we Wrocławiu…

Tego samego dnia wieczorem  wystąpi Lidia Danylczuk ze Lwowa – aktorka związana z nami od piętnastu lat, przez nas wypromowana. Bywała w Polsce na różnych festiwalach kilkanaście razy. Poświęciliśmy jej także monografię z serii ”Czarna książeczka z Hamletem” -  "Lidii Danylczuk droga ku sobie” autorstwa Iryny Wołyćkiej-Zubko, która będzie promowana tego dnia. 

Dzień ten zakończymy we Wrocławskim Teatrze Lalek, gdzie wystąpi ulubienica naszej publiczności – Biruté Mar, która zaprezentuje premierowy spektakl "Anioły Dostojewskiego”. 

Poza tym wystąpią także wybitni polscy aktorzy…

Chcemy także pokazać polskich mistrzów monodramu. 20 października wystąpi w Imparcie Janusz Gajos z monodramem ”Msza za miasto Arras”. A następnego dnia nasza ulubienica – Dorota Stalińska będzie świętowała swój jubileusz, podczas którego pokaże monodram ”Żmija”. Pokaże go zresztą później w innych miastach.

Monodramy zaprezentują także wrocławscy aktorzy…

Dzień poświęcony monodramom we wrocławskich teatrach miał być bardziej rozbudowany. Chcieliśmy pokazać, że dzięki naszemu festiwalowi aktorzy zostali zainspirowani do pracy nad monodramami. Niestety, nie wszystkie teatry zgodziły się na udział w tej prezentacji. Ostatecznie zobaczymy więc trzy monodramy: Anny Kramarczyk, Wiesława Cichego i Błażeja Wójcika. 

Szczególne znaczenie ma dla nas także jubileusz 85-lecia urodzin Zdzisława Kuźniara, którego ”Ja, Feuerbach” zostanie zaprezentowany 18 i 19 listopada w Instytucie Grotowskiego. Patronowaliśmy też przygotowanej z tej okazji wystawie fotografii tego wybitnego aktora. 

Festiwal kończymy tradycyjnie etiudami PWST. Tradycyjnie już pokażemy także nasze spektakle w sześciu miastach Dolnego Śląska.

Jesteśmy dumni, że udało się nam w tym roku przygotować jubileuszowy festiwal, mimo braku zainteresowania ze strony miasta. Władze Wrocławia w ogóle tego festiwalu nie uznają. Będzie to więc ostatni festiwal prezentowany w tej formule. Od przyszłego roku będziemy organizowali w październiku WROSTJA-mono (autor albo aktor). W tej formule będą prezentowane trzy spektakle jednego autora lub trzy monodramy w wykonaniu jednego aktora. Pierwsze spotkanie będzie dotyczyło T. Różewicza. Pokażemy trzy jego spektakle, które powstały z naszej inspiracji za granicą. W Armenii przygotowano ”Śmiesznego staruszka”, w Kijowie ”Starą kobietę…”, a w Odessie – spektakl na podst. poezji autora ”Ocalonego”.

Dziękuję za rozmowę.

poniedziałek, 30 października 2017

WROSTJA 2011: Jubileusz 45-lecia /relacja/

Jubileuszowe 45. WROSTJA to przede wszystkim spektakle poświęcone Tadeuszowi Różewiczowi z okazji 90. rocznicy jego urodzin, występy mistrzowskie Larysy Kadyrowej, Milki Zimkovej i zjawiskowej Biruté Mar. Wydano trzy kolejne tomiki  z serii „Czarna Książeczka z Hamletem”. Dyskutowano nad istotą monodramu Tadeusza Łomnickiego oraz monodramów studenckich. Nagrodzono młodych adeptów sztuki teatru jednego aktora.


45 jubileuszowe spotkania Wrocławskich Teatrów Jednego Aktora miały w tym roku szczególny charakter. Po pierwsze dlatego, że z okazji 90. rocznicy urodzin Tadeusza Różewicza poświęcono cały pierwszy dzień święta monodramów czcigodnemu Jubilatowi, po drugie - wydarzeniem tegorocznego przeglądu była obecność litewskiej aktorki, poetki i reżyserki w jednej osobie – Biruté Mar.

24 listopada, po uroczystym otwarciu WROSTJA, mogliśmy wysłuchać pełnych humoru wspomnień wydawcy „Kartoteki”, red. Jana Stolarczyka, dotyczących jego ponad dwudziestoletniej współpracy z Różewiczem. Zaprezentowano też dwa monodramy na kanwie tekstów poety: pierwszy wykonał Tadeusz Malak, którego spektakl „W środku życia” był prezentowany we Wrocławiu przed wielu laty, na II OPTJA (Ogólnopolski Przegląd Teatrów Jednego Aktora) w 1967 roku. Wówczas to został pierwszym laureatem wrocławskiego konkursu.

Krakowski aktor zaprezentował spektakl, który powstał przed 44 laty, co było zarówno dla niego, jak i dla wytrwałych, wiernych uczestników monodramowych festiwali doświadczeniem szczególnym, skłaniającym do refleksji. Przedstawienie zostało uhonorowane Nagrodą Prezydenta Wrocławia.

WROSTJA 2011


Drugą niespodzianką tego dnia był występ Larysy Kadyrowej z Ukrainy, która zaprezentowała monodram na podstawie dramatu Różewicza „Stara kobieta wysiaduje” w swoim ojczystym języku. Należy dodać, że aktorka przyjechała do Wrocławia z Toruńskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora (również dziecko Wiesława Gerasa, dyrektora artystycznego WROSTJA i OFTJA - przyp. B.L-C.) z nagrodą ZASP-u  za kreację aktorską w tym spektaklu. W istocie, był to monodram poruszający. Kadyrowa zagrała nie tyle i nie tylko starą kobietę, ale kobietę w ogóle. Monolog najpierw pełen ironii, dowcipny, z aluzjami do współczesności, staje się z czasem coraz bardziej „gęsty” i tragiczny. Samotna matka, „kobieta na śmietniku” – przez nikogo niekochana, nikomu niepotrzebna, tragiczna.

Larysa Kadyrowa w monodramie "Stara kobieta wysiaduje"
Aktorka pozbywa się kolejno wszystkich atutów swojej kobiecości: kapelusza, rękawiczek, sukni, peruki, sztucznych rzęs, makijażu. Na koniec staje przed widzem siwa, postarzała, w białej koszuli, która podkreśla workowaty kształt ciała, nikogo już nie pociągającego.  Wstrząsający akt ogołocenia… Za swoją rolę w tym spektaklu Larysa Kadyrowa została uhonorowana Nagrodą Publiczności im. Lidii Zamkow i Leszka Herdegena, ufundowaną przez Prezydenta Wrocławia, Nagrodą Dziennikarzy oraz GRAND PRIX GERAS.

40. Ogólnopolski Festiwal Teatrów Jednego Aktora


25 i 26 listopada odbywały się przesłuchania konkursowe 40. Ogólnopolskiego Festiwalu Teatrów Jednego Aktora, zaś w niedzielę, 27. – studenci Filii PWST we Wrocławiu zaprezentowali swoje etiudy. Spośród obejrzanych spektakli najbardziej podobał mi się monodram Mateusza Nowaka „Teatralność”.  Na wyróżnienie zasłużył również jako autor scenariusza, będącego kompilacją błyskotliwych tekstów Bernarda-Marie Koltèsa, Łukasza Rippera i Michała Walczaka, oraz jako ich interpretator. Był wirtuozowski i nieprzewidywalny.

Najciekawsze, że Nowak jest amatorem, a  zdystansował „zawodowców” i zdobył tzw. „Szczebel do kariery” oraz 2 tys. złotych od Bogusława Kierca, jednego z jurorów. Mnie zaś wynagrodził nieobecność na tegorocznych WROSTJA znakomitego rosyjskiego aktora Wsiewołoda Czubenki.

Ponadto, Nagrodę Ośrodka Kultury i Sztuki dla najlepszego aktora Dolnego Śląska oraz 2 tys. zł. od jurora Janusza Deglera otrzymała Monika Bolly za monodram „Sachem” – teatralną opowieść o Holocauście. Nagrodzono również Krzysztofa Grabowskiego za monodram „Patryk K.” według prozy Jerzego Pilcha oraz Paulinę Raczyło za spektakl „Dobre ciało?".

Biruté Mar. Bez maski 


WROSTJA to nie tylko przegląd najciekawszych monodramów, ale również występy mistrzowskie, dyskusje, spotkania autorskie organizowane przy okazji wydania kolejnych tomików „Czarnej Książeczki z Hamletem”. W tym roku zaprezentowano aż trzy takie wydawnictwa, a mianowicie „Wrocławskie rozmowy, czy teatr jednego aktora jest teatrem ubogim?” pod red. Tomasza Miłkowskiego i Marii Lubienieckiej, „Sam był teatrem. O sztuce monodramu Tadeusza Łomnickiego” Jolanty Betkowskiej i Andrzeja Żurowskiego.

Dla mnie największym wydarzeniem było spotkanie z Biruté Mar, której monografia „Biruté Mar. Bez maski” została zaprezentowana z udziałem samej aktorki, opowiadającej o swoim życiu. Wykonała też fragmenty czterech swoich spektakli. Krucha i drobna, na scenie sprawia wrażenie silnej osobowości. Na początku swej kariery zaprezentowała się w roli starej kobiety w monodramie „Słowa na piasku”(1998) na motywach „Szczęśliwych dni” Becketta. Mogliśmy zobaczyć fragment tego spektaklu, utrwalony na taśmie wideo. Aktorka grała rolę Winnie w niezwykłym kostiumie – sukni przypominającej kulę ziemską.

Biruté Mar w "Słowach na piasku"
"Ta sztuka jest piękna jak wiersz. Jest prawdziwą poezją, tajemnicą" – powiedziała poetka, aktorka i reżyserka w jednej osobie. Kolejną, której fragment zobaczyliśmy, był „Kochanek”(2001) na podstawie wspomnień Marquerite Duras, gdzie dla odmiany zagrała czternastolatkę. Byliśmy świadkami tej metamorfozy – dojrzała kobieta stała się na naszych oczach naiwnym podlotkiem –  i była w tym wiarygodna!

Największe wrażenie zrobił na mnie jednak fragment spektaklu „Antygony” Sofoklesa (2003), w którym Biruté Mar gra wszystkie postaci, posługując się jedynie skrawkiem materiału, a wspomaga ją tylna projekcja filmu z nagranym chórem. Widzieliśmy, jak Biruté mistrzowskim sposobem przechodzi od jednej postaci do drugiej, a w scenie śmierci Antygony, śpiewa po grecku żałobną pieśń. Trzeba bowiem podkreślić, że aktorka gra swoje spektakle swobodnie posługując się litewskim, rosyjskim, angielskim, wplata także teksty oryginalne.

Biruté Mar w "UNE"
W niedzielę 28 listopada Biruté Mar zaprezentowała jeszcze jeden spektakl –  o wybitnej litewskiej aktorce Unė Baye-Babickaitė (1897-1961), zatytułowany „UNĖ” (2010). Kanwą sztuki są dramatyczne dzieje nieprzeciętnej artystki, która po powrocie z Paryża do ojczyzny przed II wojną światową, została wraz z mężem zesłana na Syberię. Spektakl ten jest zarazem refleksją na temat teatru, sztuki aktorskiej, dramatycznego splotu ludzkich losów. Wszyscy możemy się jakoś w tej biografii odnaleźć, a to za sprawą niezwykłej aktorki, jaką jest Birute.

Mar gościła już w Polsce kilkakrotnie – w Toruniu i we Wrocławiu, na zaproszenie dyr. Wiesława Gerasa, ale wymienioną sztukę zaprezentowała tu po raz pierwszy. Otrzymała we Wrocławiu Nagrodę Wojewody Dolnośląskiego oraz Nagrodę TVP Wrocław. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejny spektakl, który Biruté Mar przygotowuje według prozy Fiodora Dostojewskiego, również będziemy mieli okazję zobaczyć.

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu PIK Wrocław.



WROSTJA 2010: Od „Roku magicznego myślenia” do „Piaskownicy”

Zakończone 23 listopada 44. Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora dostarczyły widzom wielu niezapomnianych wrażeń. Ten rodzaj interakcji, jaką daje żywy spektakl, możliwość obcowania z różnymi tekstami, obserwowanie aktorskiego kunsztu, gdy twórca opowiada o świecie i o sobie – są to skarby nieprzeliczalne i niemożliwe do rzetelnego opisania. Ale spróbuję dokonać „niemożliwego”…

logo WROSTJA 2010

Jak w przypadku każdego festiwalu, mnogość propozycji staje się czasem udręką. Co wybrać, jeśli nie można obejrzeć wszystkiego… Przyznam, że wszystkie obejrzane przeze mnie spektakle były na swój sposób interesujące.

Podobał mi się  młody aktor słowacki Lukas Śeptak, który zmagał się  z tekstem „Listu do ojca” F. Kafki, wykorzystując na różne sposoby światło (inne, gdy grał Franza, inne, gdy wcielał się w postać Ojca), czarny kub, drabinę, gdy „ogrywał” te przedmioty na różne sposoby. Jednak ani ciało, ani twarz nie przekonały mnie, że to neurotyczny, rozdarty kompleksami i lękami Franz Kafka.

Uwiodła mnie egzotyczna Egipcjanka  Samaa Ibrahim historią sprzątaczki, która dzięki swojej wrażliwości i empatii, zamienia się każdego wieczoru w Carmen, bo tragiczny los zdaje się być jej własnym. Zupełnie dobrze zaśpiewane partie z „Carmen” Bizeta, brawurowe balansowanie między tragizmem a komizmem. Nie przeszkadzały mi nawet potoki słów, których nie rozumiałam (na tablicy ukazywał tzw. sens ogólny), a które pieściły ucho swoją melodią skargi. 

"Rok magicznego myślenia" Ewy Błaszczyk - katharsis w teatrze


Jeśli jednak miałabym odpowiedzieć, co poruszyło mnie i porwało na tyle, że nie myślałam o tym, że jestem na przedstawieniu, ale czułam, że aktor zagarnął mnie całą, to wymieniłabym dwie sztuki: „Rok magicznego myślenia” w interpretacji Ewy Błaszczyk oraz „Piaskownicę” w wykonaniu Rosjanina Wsiewołoda Czubenki. Skrajnie różne: począwszy od tego, że autorką pierwszego monodramu jest Joan Didion – dojrzała pisarka, która zawarła w swojej prozie dramat przeżywany po śmierci męża, a potem – córki.  „Piaskownicę” natomiast napisał zaledwie 22-letni wówczas (2001 rok!) Michał Walczak. 

Ewa Błaszczyk w Roku magicznego myślenia, fot. WROSTJA

Ewa Błaszczyk jest szczególnie predestynowana do tego, aby sięgnąć po pamiętnik Didion, ponieważ obie opowiadają tę samą, własną, historię… Spektakl staje się rodzajem psychodramy, jak pamiętnik stał się zapisem traumy pisarki, która przez nazwanie pewnych spraw i swoich stanów próbuje zapanować nad rzeczywistością, w której życie stało się niemożliwe, nie do udźwignięcia. Co więcej, płynące ze sceny słowa dobitnie uświadamiają nam, że „to” może zdarzyć się każdemu z nas, że zdarza się każdemu. Bo przecież nasi bliscy odchodzą, tracimy ich, czasami tak nagle, że nie jesteśmy na to przygotowani. Czy zresztą można być na to gotowym?  

Ewa Błaszczyk jest z pewnością znakomitą aktorką (niezapomniane role w filmach Saniewskiego), ale jednocześnie to osobowość, która JEST na scenie i ma się paradoksalne wrażenie (ale Wielki Teatr jest sztuką paradoksu), że mówi prawdę – o życiu, o człowieku, że dzieli się sobą… To jest tak, jak gdyby teatr ponownie stał się sztuką przynoszącą widzom/uczestnikom katharsis. Wtedy kostium, światło czy rekwizyt stają się w zasadzie „niewidoczne” – służą Wielkiej Sztuce.

Podwójna "Piaskownica" Michała Walczaka


A na antypodach tego przeżycia zupełnie inny spektakl – „Piaskownica”. Błyskotliwy, zabawny, a przecież wcale nie płytki. Dla mnie to rodzaj zapisu doświadczenia pokoleniowego. Michał Walczak portretuje w osobie głównego bohatera pokolenie mężczyzn (trzeba to wyraźnie podkreślić), dla których wzorcem osobowości nie jest ani żaden bohater narodowy, ani literacki, jest nim natomiast heros kultury masowej – Batman. Dawni bohaterowie byli jednak pełnowymiarowi i tragiczni. Jeśli Konrad Wallenrod zakładał maskę mściciela, to nie czuł się w niej komfortowo i był nieszczęśliwy. Dopiero w akcie samobójczym wyzwala się od supremacji maski i odzyskuje utraconą jedność życia. Batman tymczasem nie cierpi z tego powodu, że jest skazany na samotność i ukryty za maską nietoperza. Nie przeżywa też dylematów sumienia. 

Współczesne pokolenie mężczyzn – zdaje się mówić w swoim debiutanckim utworze Walczak – nigdy nie opuściło piaskownicy, żyje w świecie wykreowanym przez wytwory kultury masowej, gdzie nie ma miejsca na tragizm istnienia, na dylematy wyborów, dlatego nigdy nie dorasta. Co więcej, to świat singli, którzy w „swojej piaskownicy” goszczą niechętnie osoby płci odmiennej.

Należy dodać, że widzowie WROSTJA mieli okazję zobaczyć „Piaskownicę” w różnych interpretacjach, co samo w sobie jest ciekawym doświadczeniem. Najpierw obejrzeliśmy "Miłkę" według scenariusza i w reżyserii Krzysztofa Grabowskiego, również wykonawcy tego monodramu.

Krzysztof Grabowski w "Miłce", fot. WROSTJA

Mnie jednak porwała znakomita interpretacja "Piaskownicy" Wsiewołoda Czubenko, w reżyserii Stanisława Melskiego. 

Czubenko - na pierwszy rzut oka pozornie bez tzw. warunków – nieco podtatusiały aktor średniego pokolenia, ale już momencie, gdy prężąc pierś wskoczył na ławkę jako Batman, zaczął się prawdziwy koncert gry. Sceny, będące małymi miniaturowymi perełkami, oddzielone były za pomocą światła i muzyki. Zapasy Batmana ze światem ludzi złych lub nieudaczników były w interpretacji Czubenki zmaganiami z samym sobą. Ich komizm był powalający. Przede mną ryczał ze śmiechu młody człowiek z kucykiem. To, co Czubenko wyrażał mimiką, kiedy z Protazego stawał się Miłką w scenie palenia papierosa, kiedy był zwycięskim Batmanem albo Batmanem pokonanym, dziewczyną ratującą go na pustyni albo zakompleksionym pracownikiem NASA – tego opisać nie sposób… Wirtuoz po prostu! Kiedy wyszedł ukłonić się wiwatującej publiczności, która głośno skandowała: „autor!”, z krzesełka przede mną podniósł się ów głośno zaśmiewający się młody człowiek z kucykiem, którym okazał się sam Michał Walczak. Życie lubi takie pointy. Teatr także.

                                      Wsiewołod Czubenko w Piaskownicy, fot. WROSTJA

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu PIK.

sobota, 14 października 2017

49. WROSTJA: Sztuka, która dotyka człowieka /relacja/

O monodramach bogatych inscenizacyjnie i ascetycznych - podsumowuję festiwal monodramów 49 WROSTJA.

Plakat WROSTJA 2015

Podczas tegorocznych Wrocławskich Spotkań Jednego Aktora mogliśmy obejrzeć zarówno monodramy w wykonaniu wytrawnych mistrzów, którzy zajmują się tą dziedziną od lat, jak też młodych adeptów sztuki. Zamysł organizatorów był taki, aby spektakle łączyła myśl przewodnia. W tym roku nawet dwie: pierwszą była próba refleksji nad postaciami wielkich polityków, drugą - twórczość Tadeusza Różewicza (upłynęła pierwsza rocznica śmierci Poety). 

Mnie jednak monodramy ułożyły się w dwa spolaryzowane ciągi. Pierwszym były spektakle z rozbudowaną inscenizacją, by tak rzec: kostiumowe. Drugi typ przedstawienia charakteryzował się natomiast ascetyczną formą - istotne było tu słowo i osobowość aktora. W swojej refleksji na temat obejrzanych monodramów będę odnosiła się do tych stylów inscenizacji, z takim jednakże zastrzeżeniem, że podział ów nie ma w sobie cech wartościujących, ponieważ przekonałam się wielokrotnie, iż znakomite spektakle są poza wszelkimi racjonalnymi uzasadnieniami. Nagle po prostu czuje się, że mamy do czynienia z wielką sztuką. 

Teatr kostiumu


Spośród monodramów, które wykorzystywały - w mniejszym lub większym stopniu - narzędzia sztuki scenicznej, które w pewnym myślowym skrócie nazwałam "teatrem kostiumu", chciałabym zwrócić uwagę na dwa, moim zdaniem, najbardziej interesujące.

Kamil Maćkowiak w monodramie DIVA Show, fot. Krzysztof Zatycki

Pierwszym z nich jest monodram "DIVA Show"- w pełnym tego słowa znaczeniu autorski.  Zarówno bowiem scenariusz, jak też reżyseria, choreografia i wreszcie samo wykonanie są dziełem jednego artysty - Kamila Maćkowiaka. Aktor gościł już z powodzeniem na WROSTJA w 2007 roku, z monodramem "Niżyński", wielokrotnie nagradzanym na różnych festiwalach (m.in. w Sankt Petersburgu i Kilonii). 

Spektakl "DIVA Show" realizowany został w konwencji stand-upu - komediowego monologu, który powstaje w dość ścisłym kontakcie z publicznością. Wykonawca co i rusz nawiązuje z nią dialog. Tak też było w przypadku Kamila Maćkowiaka. Kiedy pojawił się na scenie ubrany w kobiecy kostium, w peruce i makijażu, skojarzył mi się z postaciami z filmów Almodovara - z Agrado z "Wszystko o mojej matce" czy Letalem z "Wysokich obcasów". Bohater o skomplikowanej, neurotycznej osobowości, snuje przed nami monolog o swojej fascynacji Tiną Turner, dzieciństwie bez ojca, z oschłą i nieumiejącą okazać mu uczuć matką, o trudnym dorastaniu, wyobcowaniu i o potrzebie akceptacji... Jego problemy w taki czy inny sposób okazują się być naszymi - jakże dobrze rozumiemy jego uzależnienia, wątpliwości lęki. Czasami, jak u Almodovara, humor Maćkowiaka ociera się o granice dobrego smaku, innym razem prowokuje nas do współ-odczuwania, wzbudza empatię i zrozumienie... Przez dwie bite godziny aktor wydobywa z siebie tak wiele różnych emocji i tak jest w swojej grze prawdziwy, że momentami widz ma wrażenie, jakby odgrywał przed nim psychodramę. Jest zabawny, błyskotliwy, dowcipny, jest też smutny, wycofany, przestraszony...


Kamil Maćkowiak w monodramie DIVA Show, fot. Krzysztof Zatycki

A utrzymać uwagę widza przez tak długi czas nie jest bynajmniej łatwo! Aktor posiłkuje się wprawdzie kostiumem, scenografią, multimediami - tańczy, śpiewa, komentuje obraz, ale ustawicznie nawiązuje także kontakt z publicznością. Swój najbardziej osobisty monolog wypowiada do kamery, a my obserwujemy na ekranie jego zmienioną, jakby odkształconą traumatycznymi przeżyciami, twarz. Na koniec maski opadają i staje przed nami aktor pozbawiony charakteryzacji - człowiek jak każdy. 

Aleksander Rubinovas, Koba, fot. Krzysztof Zatycki

Drugim monodramem, o którym z pewnością warto napisać, jest "Koba" w wykonaniu i reżyserii litewskiego aktora Aleksandra Rubinovasa. Wyznam, że spośród obejrzanych przedstawień, to właśnie zrobiło na mnie największe wrażenie. 
Tytuł spektaklu nawiązuje do nieoficjalnego imienia Stalina, którego w młodości przyjaciele nazywali Kobą (w gruzińskim folklorze znana jest pod takim imieniem postać rozbójnika – w rodzaju Robin Hooda). Monodram jest opowieścią jednego z towarzyszy dyktatora, nazwanego przez niego pseudonimem Fudżi, z powodu skośnych oczu. Obaj byli Gruzinami i dzięki temu, że znali się "od zawsze". Możemy więc poprzez opowieść bohatera próbować zgłębić fenomen osobowości Stalina. Z jednej strony Fudżi dobrze wie, że Koba jest bezwzględny i okrutny. Jeśli miał jakieś złudzenia, pozbył się ich podczas śledztwa, kiedy to przesłuchujący go oficer uświadomił mu, że nikt nie śmiałby aresztować "przyjaciela Stalina", gdyby on sam sobie tego nie zażyczył. Z drugiej strony, po powrocie z katorgi, doświadcza "dobrodziejstw" od dyktatora, kiedy zdaje trudny egzamin z bezwarunkowego posłuszeństwa i miłości. Nigdy jednak nie przestaje się bać. Aktor umiejętnie doprowadza swoją opowieść do punktu kulminacyjnego, kiedy to Stalin zaprasza Fudżi do swojej daczy i tam podczas spaceru po ogrodzie wyznaje, że zabił wszystkich dawnych towarzyszy. Został tylko Fudżi. Dlaczego właśnie on? A może będzie kolejną, ostatnią ofiarą okrutnika? Taki scenariusz także bierze pod uwagę. A jednak Stalin zostawia go i już nigdy więcej się z nim nie spotyka.


Aleksander Rubinovas, Koba, fot. Krzysztof Zatycki

Rubinovas zagrał właściwie podwójną rolę - był Fudżi i Stalinem równocześnie; katem i ofiarą. To wszystko, zdaje się mówić artysta, może się mieścić w jednym człowieku. Rozpoczyna swoją opowieść nieśpiesznie - od parzenia herbaty, ale rozwija ją w taki sposób, że widz siedzi jak zahipnotyzowany. Używa nielicznych rekwizytów, ale wszystkie one są znaczące. Najbardziej sugestywna jest scena, w której aktor, owinięty pledem, staje na podwyższeniu - kiedy s t a j e  s i ę  Stalinem. Nie mamy wątpliwości, że człowiek ten zdolny jest do wszystkiego. Równocześnie zaś Rubinovas gra potulnego, choć pełnego dumy człowieka, który musiał zapomnieć o tym, kim jest, nie z tchórzostwa, ale ze względu na miłość do żony i córki. Aktor jest prawdziwy i przekonywujący w obu tych rolach w sposób wprost fenomenalny. Cechą wielkiego aktorstwa jest ta prawda o człowieku, którą wypowiada się poprzez sztukę. Podczas oglądania monodramu ani przez chwilę w nią nie wątpiłam...

Teatr słowa


Jest jeszcze taki rodzaj monodramu, który charakteryzuje niezwykła oszczędność środków scenicznych, a który koncentruje się na słowie. Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie przed paru laty monodram Ewy Błaszczyk "Rok magicznego życia". Aktorka olśniła mnie wtedy swoją - chciałoby się powiedzieć - grą, ja jednak twierdzę: prawdą o ludzkim losie i zrobiła to bez jednego rekwizytu (jeśli nie liczyć krzesła, na którym w pewnym momencie siadała).


Wiesław Komasa, Różewiczogranie, fot. Krzysztof Zatycki

Podobnie było w tym roku, w odniesieniu do monodramu Wiesława Komasy - "Różewiczogranie". Dodać trzeba, że aktor uczestniczy we WROSTJA od 1971 roku, a jego teatr zawsze był organicznie związany z poezją. Także z poezją Tadeusza Różewicza, po którą sięgał jeszcze podczas studiów. W Czarnej Książeczce z Hamletem, która ukazała się w 2014 roku i jest próbą opisania fenomenu aktorstwa Komasy, artysta tak to komentuje (także w odniesieniu do "Filozofii po góralsku" ks. Józefa Tischnera):

... nad którymi [Tischnerem i Różewiczem] pochylam się naprawdę od dawna, ale wciąż wydaje mi się, że przez zawiłość i porażającą prostotę Tadeusza Różewicza są dla mnie wciąż do odkrywania.

W istocie, Wiesław Komasa odkrył dla mnie Różewicza innego niż znany mi ze spektakli i własnych lektur. Jego Różewicz to ktoś doświadczony, a zarazem nieśmiały, ktoś, kto całe życie boi się przyznać do tego, że jest poetą, kto toczy nieustannie rozmowy z tymi, którzy odeszli i kto chciałby nawiązać więź z tymi, którzy dopiero nadchodzą - z młodymi. Poeta to ktoś, kto nie wyobraża sobie świata bez poezji, ktoś, komu dziennikarz zadaje banalne pytania, na które nie zna odpowiedzi...

Aktor wchodzi na scenę od widowni, która powoli się wycisza, rozmawia przez telefon komórkowy - jest jednym z nas. A jednocześnie wie i rozumie więcej... Komasa mówi tekstami wierszy Różewicza, jego "Kartoteki", "Matka odchodzi". Mówi także sobą - opowiada o spotkaniu z Poetą, dodaje teksty "zasłyszane", bo Komasa ma słuch do człowieka. Na scenie bardziej JEST niż gra i to jest chyba najlepszym określeniem jego stylu. JEST ze swoim doświadczeniem - ludzkim i teatralnym (tego oddzielić nie sposób), ze swoją wrażliwością na słowo, swoimi przeżyciami, odkryciami, przemyśleniami... Całe piękno jego teatru zawiera się właśnie w tej OBECNOŚCI. Bo Komasa zawsze jest d l a drugiego człowieka. Może jeszcze bardziej intensywnie niż przed czterdziestu paru laty, kiedy przedstawił swój pierwszy monodram.
49 edycja WROSTJA pozwoliła widzom przekonać się, że prawdziwa sztuka jest niezniszczalna i zawsze możemy z niej zaczerpnąć jak ze źródła.

49. WROSTJA odbyły się w dniach od 24 do 26 października 2015 roku. Na zakończenie przeglądu monodramów nagrodzono występujących aktorów. 
Relacja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.




Mozart – "Requiem" w Narodowym Forum Muzyki /zapowiedź/

6 listopada o 19.00 w Narodowym Forum Muzyki angielski dyrygent Jonathan Nott, uznawany za wybitnego interpretatora muzyki współczesnej, pod...

Popularne posty