![]() |
| plakat ubiegłorocznych WROSTJA
W dniach od
17 do 24 października odbyły się Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora.
Ten wyjątkowy w skali światowej festiwal monodramów święcił w tym roku swoje
50-lecie. Na początku był … GerasJubileuszowe wydawnictwo, Klub Krytyki Teatralnej/ Polska Sekcja IATC : Wydawnictwo Skorpion
Nie byłoby
to zapewne możliwe bez pomysłodawcy i niestrudzonego organizatora – dyrektora
festiwalu, Wiesława Gerasa. Temu
niezwykłemu człowiekowi, który nie tylko czuwał nad organizacją festiwali, ale
także je programował, jeżdżąc po świecie i zapraszając do Wrocławia (i nie
tylko) wybitnych artystów, wielokrotnie też inspirował wielu aktorów do
zagrania monodramów, została poświęcona jubileuszowa książka o znamiennym
tytule: ”50 lat WROSTJA. Po teatrze
jednego aktora oprowadza Wiesław Geras”. Została wydana przez Klub Krytyki
Teatralnej/Polska Sekcja IATC, pod redakcją Tomasza Miłkowskiego i zawiera –
oprócz rozmowy z twórcą festiwalu – wspomnienia aktorów, teatrologów,
dziennikarzy, którzy w kolejnych edycjach uczestniczyli ”od zawsze”. Dzięki
temu historia tego niezwykłego festiwalu opowiedziana jest barwnie i polifonicznie.
Siemion ojcem założycielem
Początków
trzeba szukać w połowie lat 60., które prof. Janusz Degler określa złotym okresem w kulturze Wrocławia. Jego
zdaniem, ten rodzaj teatru stwarzał nie tylko szansę na ujawnienie siebie – własnego warsztatu i
sił twórczych. 17 października 1966 roku
Danuta Michałowska zaprezentowała w Piwnicy Świdnickiej monodram na podstawie
powieści ”Komu bije dzwon” Ernesta Hemnigwaya. Tak rozpoczął się trwający
do 23 października Ogólnopolski Przegląd Teatrów Jednego Aktora. Jednakże za
”ojca założyciela” Tomasz Miłkowski uznał Wojciecha
Siemiona, który wystąpił z monodramem ”Zdrada”
według Izaaka Babla.
W ”Zdradzie” – twierdzi autor ”Impulsu, czyli jak
to się zaczęło” – demonstrował Siemion
swoje odkrycie estetyczne – wykazywał, że nie dość powołać na scenie postać,
trzeba ją jeszcze skomentować, nie tyle być nią, ile być obok niej, opowiadać
ją w taki sposób, jakby się nią było. Trudna to sztuka (…), jak zachować
bliskość i dystans jednocześnie, ale aktor umiał odnaleźć ten właściwy ton.
Stąd aplauz, z jakim spotkał się na festiwalu jego spektakl.
Poza
spektaklami, w których wystąpili aktorzy tak znani i wybitni, jak Ryszarda
Hanin, Kalina Jędrusik, Andrzej Łapicki i inni, odbywały się także spotkania z
aktorami i gośćmi festiwalu, wśród których były takie nazwiska, jak Tadeusz
Różewicz czy wspomniany Wojciech Siemion… Codziennie dyskutowano o obejrzanych
monodramach, a na spektakle ”waliły tłumy”, jak pisał nieżyjący, znany
wrocławski dziennikarz Tadeusz Burzyński. Kolejne przeglądy miały już charakter
konkursu, a laureatem pierwszej nagrody – Nagrody Głównej Ministra Kultury i
Sztuki – został Tadeusz Malak - za monodram
”W środku życia” na podstawie tekstów Tadeusza Różewicza. On też otworzył
tegoroczne jubileuszowe WROSTJA, odwołując się do tamtego przedstawienia: "Powrót
do źródeł... od Różewicza... i dalej...”.
Tadeusz Malak w monodramie "Powrót do źródeł...", Wrocław 2016
|
Tytuł bloga powstał z inspiracji prozą Brunona Schulza, w której wielokrotnie, w różnych kontekstach, pada to tajemniczo brzmiące słowo, znaczące o wiele więcej niż „składniki”, bo mające rangę metafory, symbolu… Kulturalne Ingrediencje nie jest blogiem monotematycznym, np. książkowym czy filmowym. Łączę w nim wszystkie moje pasje w jedną całość. Znajdują się tu teksty dotyczące literatury, filmu, muzyki i sztuk plastycznych. Ponadto rozmowy z artystami i własne zapiski.To także moje archiwum.
sobota, 14 października 2017
50. WROSTJA – Jubileusz niezwykłego festiwalu monodramów (relacja)
poniedziałek, 12 października 2020
Wiesław Geras o programie jubileuszowych WROSTJA /wywiad/
W dniach od 17 do 24 października, a naprawdę do 19 listopada 2016 roku odbędą się jubileuszowe, 50. Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora. Program festiwalu monodramów prezentuje jego dyrektor – Wiesław Geras.
| Wiesław Geras, fot. B. Lekarczyk-Cisek |
Barbara lekarczyk-Cisek: Trzymam w ręku wydaną właśnie z okazji jubileuszu książeczkę Tomasza Miłkowskiego: ”166 monodramów”. Jakie to uczucie, gdy przychodzi taki wspaniały, liczący pół wieku, jubileusz?
Wiesław Geras: To będzie rzeczywiście wyjątkowy festiwal nie tylko dlatego, że liczy sobie już pięćdziesiąt lat. Także ze względu na program, zaproszonych gości, wydawnictwa, które mu towarzyszą, a nawet ze względu na miejsca, w których będą prezentowane spektakle.
W tym roku monodramy będą prezentowane w różnych miejscach.
Ten ruch festiwali monodramów zrodził się w Piwnicy Świdnickiej i jesteśmy bardzo przywiązani do tego miejsca. Pierwszy dzień WROSTJA, jego inauguracja, odbędzie się właśnie tam. Wprawdzie nie pojawi się pani Irena Jun, jak to było w planach, uległa bowiem wypadkowi. Jesteśmy tym bardzo poruszeni. 87-letnia aktorka przygotowała specjalnie na ten jubileusz monodram ”Matka Makryna” na podst. powieści Jacka Dehnela. Mamy jednak nadzieję, że zaprezentuje go w przyszłości, kiedy poczuje się na siłach.
Podczas inauguracji wystąpi za to Tadeusz Malak, który jako pierwszy otrzymał na festiwalu nagrodę. Przypomnę, że pierwszy festiwal w 1964 roku miał charakter spotkań i odbył się bez nagród. Dopiero rok później odbył się konkurs i pierwszą nagrodę zdobył wówczas Tadeusz Malak za spektakl na podst. tekstów T. Różewicza, zatytułowany ”W środku życia”. Zmodyfikowany, uzupełniony przemyśleniami aktora monodram pod tytułem "Powrót do źródeł... od Różewicza... i dalej..." zostanie powtórzony w tym roku. Po nim odbędzie się promocja książki poświęconej artyście: "Wypowiedzieć człowieka. Poezjoteatr Tadeusza Malaka" Katarzyny Flader-Rzeszowskiej, co będzie także okazją do rozmowy. Wieczór jubileuszowy poprowadzi nasz prezes honorowy – prof. Janusz Degler. Będzie to także okazja do promocji książki monograficznej poświęconej WROSTJA, a wydanej przez Klub Krytyki Teatralnej i Instytut Teatralny. Jest to dla mnie zaszczyt i powód do satysfakcji, że nasz festiwal został doceniony i opisany.
Oprócz miejsc, w których odbywały się w przeszłości festiwale, monodramy zostaną zaprezentowane także w miejscach zupełnie nowych.
Tak, drugi dzień festiwalu odbędzie się częściowo w nowo powstałym Muzeum Teatru im. Henryka Tomaszewskiego. Muzeum to powstało m.in. z inicjatywy Wrocławskiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru, w czym specjalne zasługi ma nieżyjąca Irena Rzeszowska, wieloletni prezes Towarzystwa. Miłośnicy teatru pamiętają zapewne ogromne wystawy organizowane przez Towarzystwo. Otóż wszystkie te eksponaty, pieczołowicie przez Rzeszowską gromadzone, zostały przekazane do Muzeum Miejskiego. Również ja przekazałem całą posiadaną dokumentację. Tak więc kolejny dzień WROSTJA odbędzie się w Muzeum Teatru, gdzie przed południem zaplanowano sesję o stanie i kondycji teatru jednego aktora, a jednocześnie na temat jubileuszu. Pokażemy m.in. wyniki naszej pięcioosobowej komisji, składającej się z dwóch profesorów: J. Deglera i R. Śliwonika, dwóch krytyków: T. Miłkowskiego K. Kucharskiego i mnie, którzyśmy oglądali wszystkie festiwale we Wrocławiu. Wybraliśmy mianowicie te spektakle, które okazały się znaczące dla rozwoju monodramu.
W Muzeum Teatru zostanie także zaprezentowana wystawa fotografii oraz publikacji WROSTJA oraz odbędzie się promocja książki z serii ”Czarna książeczka z Hamletem” - ”166 monodramów” Tomasza Miłkowskiego.
A po południu, w Ratuszu, zaprezentujemy spektakle wrocławskie, chcemy bowiem pokazać, że WROSTJA przyczyniły się także do powstania wielu spektakli z udziałem wrocławskich artystów. Według naszego rozeznania, przez tych pięćdziesiąt lat istnienia festiwalu, wzięło w nim udział około dziewięćdziesięciu aktorów wrocławskich. Pokażemy trzy pokolenia artystów związanych z wrocławską PWST: Agatę Kucińską z monodramem "Dziewczyny jak złoto” wg Tomasza Mana, Annę Skubik, która zaprezentuje "Złamane paznokcie. Rzecz o Marlenie Dietrich” oraz Bogusława Kierca z monodramem ”Mój trup”.
Kolejny dzień festiwalu odbędzie się w nowo otwartym Wrocławskim Domu Literatury, gdzie pokażemy trzy spektakle, które są dla nas bardzo ważne. Zazwyczaj prezentowaliśmy także aktorów nieprofesjonalnych, którzy wyróżnili się na różnych konkursach. I tym razem mamy dwie młode osoby, które są laureatkami konkursu Turniej Teatrów Aktora "Sam na scenie" w Słupsku. Jedna zaprezentuje tekst Leszka Kołakowskiego, a druga – Dostojewskiego.
Na festiwalu pojawią się także wybitne aktorki zagraniczne, które wielokrotnie gościły we Wrocławiu…
Tego samego dnia wieczorem wystąpi Lidia Danylczuk ze Lwowa – aktorka związana z nami od piętnastu lat, przez nas wypromowana. Bywała w Polsce na różnych festiwalach kilkanaście razy. Poświęciliśmy jej także monografię z serii ”Czarna książeczka z Hamletem” - "Lidii Danylczuk droga ku sobie” autorstwa Iryny Wołyćkiej-Zubko, która będzie promowana tego dnia.
Dzień ten zakończymy we Wrocławskim Teatrze Lalek, gdzie wystąpi ulubienica naszej publiczności – Biruté Mar, która zaprezentuje premierowy spektakl "Anioły Dostojewskiego”.
Poza tym wystąpią także wybitni polscy aktorzy…
Chcemy także pokazać polskich mistrzów monodramu. 20 października wystąpi w Imparcie Janusz Gajos z monodramem ”Msza za miasto Arras”. A następnego dnia nasza ulubienica – Dorota Stalińska będzie świętowała swój jubileusz, podczas którego pokaże monodram ”Żmija”. Pokaże go zresztą później w innych miastach.
Monodramy zaprezentują także wrocławscy aktorzy…
Dzień poświęcony monodramom we wrocławskich teatrach miał być bardziej rozbudowany. Chcieliśmy pokazać, że dzięki naszemu festiwalowi aktorzy zostali zainspirowani do pracy nad monodramami. Niestety, nie wszystkie teatry zgodziły się na udział w tej prezentacji. Ostatecznie zobaczymy więc trzy monodramy: Anny Kramarczyk, Wiesława Cichego i Błażeja Wójcika.
Szczególne znaczenie ma dla nas także jubileusz 85-lecia urodzin Zdzisława Kuźniara, którego ”Ja, Feuerbach” zostanie zaprezentowany 18 i 19 listopada w Instytucie Grotowskiego. Patronowaliśmy też przygotowanej z tej okazji wystawie fotografii tego wybitnego aktora.
Festiwal kończymy tradycyjnie etiudami PWST. Tradycyjnie już pokażemy także nasze spektakle w sześciu miastach Dolnego Śląska.
Jesteśmy dumni, że udało się nam w tym roku przygotować jubileuszowy festiwal, mimo braku zainteresowania ze strony miasta. Władze Wrocławia w ogóle tego festiwalu nie uznają. Będzie to więc ostatni festiwal prezentowany w tej formule. Od przyszłego roku będziemy organizowali w październiku WROSTJA-mono (autor albo aktor). W tej formule będą prezentowane trzy spektakle jednego autora lub trzy monodramy w wykonaniu jednego aktora. Pierwsze spotkanie będzie dotyczyło T. Różewicza. Pokażemy trzy jego spektakle, które powstały z naszej inspiracji za granicą. W Armenii przygotowano ”Śmiesznego staruszka”, w Kijowie ”Starą kobietę…”, a w Odessie – spektakl na podst. poezji autora ”Ocalonego”.
Dziękuję za rozmowę.
poniedziałek, 30 października 2017
WROSTJA 2011: Jubileusz 45-lecia /relacja/
WROSTJA 2011
![]() |
| Larysa Kadyrowa w monodramie "Stara kobieta wysiaduje" |
40. Ogólnopolski Festiwal Teatrów Jednego Aktora
Biruté Mar. Bez maski
![]() |
| Biruté Mar w "Słowach na piasku" |
![]() |
| Biruté Mar w "UNE" |
WROSTJA 2010: Od „Roku magicznego myślenia” do „Piaskownicy”
![]() |
| logo WROSTJA 2010
Jak w
przypadku każdego festiwalu, mnogość propozycji staje się czasem udręką. Co
wybrać, jeśli nie można obejrzeć wszystkiego… Przyznam, że wszystkie obejrzane
przeze mnie spektakle były na swój sposób interesujące.
Podobał mi
się młody aktor słowacki Lukas Śeptak, który zmagał się z tekstem „Listu do ojca” F. Kafki,
wykorzystując na różne sposoby światło (inne, gdy grał Franza, inne, gdy
wcielał się w postać Ojca), czarny kub, drabinę, gdy „ogrywał” te przedmioty na
różne sposoby. Jednak ani ciało, ani twarz nie przekonały mnie, że to
neurotyczny, rozdarty kompleksami i lękami Franz Kafka.
Uwiodła mnie
egzotyczna Egipcjanka Samaa Ibrahim
historią sprzątaczki, która dzięki swojej wrażliwości i empatii, zamienia się
każdego wieczoru w Carmen, bo tragiczny los zdaje się być jej własnym. Zupełnie
dobrze zaśpiewane partie z „Carmen” Bizeta, brawurowe balansowanie między
tragizmem a komizmem. Nie przeszkadzały mi nawet potoki słów, których nie
rozumiałam (na tablicy ukazywał tzw. sens ogólny), a które pieściły ucho swoją
melodią skargi.
"Rok magicznego myślenia" Ewy Błaszczyk - katharsis w teatrze
Jeśli jednak
miałabym odpowiedzieć, co poruszyło mnie i porwało na tyle, że nie myślałam o
tym, że jestem na przedstawieniu, ale czułam, że aktor zagarnął mnie całą, to
wymieniłabym dwie sztuki: „Rok
magicznego myślenia” w interpretacji Ewy
Błaszczyk oraz „Piaskownicę” w
wykonaniu Rosjanina Wsiewołoda Czubenki.
Skrajnie różne: począwszy od tego, że autorką pierwszego monodramu jest Joan
Didion – dojrzała pisarka, która zawarła w swojej prozie dramat przeżywany po
śmierci męża, a potem – córki.
„Piaskownicę” natomiast napisał zaledwie 22-letni wówczas (2001 rok!)
Michał Walczak.
Ewa Błaszczyk w Roku magicznego myślenia, fot. WROSTJA
Ewa Błaszczyk jest szczególnie predestynowana do
tego, aby sięgnąć po pamiętnik Didion, ponieważ obie opowiadają tę samą, własną,
historię… Spektakl staje się rodzajem psychodramy, jak pamiętnik stał się
zapisem traumy pisarki, która przez nazwanie pewnych spraw i swoich stanów
próbuje zapanować nad rzeczywistością, w której życie stało się niemożliwe, nie
do udźwignięcia. Co więcej, płynące ze sceny słowa dobitnie uświadamiają nam,
że „to” może zdarzyć się każdemu z nas, że zdarza się każdemu. Bo przecież nasi
bliscy odchodzą, tracimy ich, czasami tak nagle, że nie jesteśmy na to przygotowani.
Czy zresztą można być na to gotowym?
Ewa
Błaszczyk jest z pewnością znakomitą aktorką (niezapomniane role w filmach
Saniewskiego), ale jednocześnie to osobowość, która JEST na scenie i ma się
paradoksalne wrażenie (ale Wielki Teatr jest sztuką paradoksu), że mówi prawdę
– o życiu, o człowieku, że dzieli się sobą… To jest tak, jak gdyby teatr
ponownie stał się sztuką przynoszącą widzom/uczestnikom katharsis. Wtedy
kostium, światło czy rekwizyt stają się w zasadzie „niewidoczne” – służą
Wielkiej Sztuce.
Podwójna "Piaskownica" Michała Walczaka
A na
antypodach tego przeżycia zupełnie inny spektakl – „Piaskownica”. Błyskotliwy, zabawny, a przecież wcale nie płytki.
Dla mnie to rodzaj zapisu doświadczenia pokoleniowego. Michał Walczak portretuje w osobie głównego bohatera pokolenie
mężczyzn (trzeba to wyraźnie podkreślić), dla których wzorcem osobowości nie
jest ani żaden bohater narodowy, ani literacki, jest nim natomiast heros
kultury masowej – Batman. Dawni bohaterowie byli jednak pełnowymiarowi i
tragiczni. Jeśli Konrad Wallenrod zakładał maskę
mściciela, to nie czuł się w niej komfortowo i był nieszczęśliwy. Dopiero w
akcie samobójczym wyzwala się od supremacji maski i odzyskuje utraconą jedność
życia. Batman tymczasem nie cierpi z tego powodu, że jest skazany na samotność
i ukryty za maską nietoperza. Nie przeżywa też dylematów sumienia.
Współczesne pokolenie mężczyzn – zdaje się mówić w swoim debiutanckim utworze Walczak – nigdy nie opuściło piaskownicy, żyje w świecie wykreowanym przez wytwory kultury masowej, gdzie nie ma miejsca na tragizm istnienia, na dylematy wyborów, dlatego nigdy nie dorasta. Co więcej, to świat singli, którzy w „swojej piaskownicy” goszczą niechętnie osoby płci odmiennej.
Krzysztof Grabowski w "Miłce", fot. WROSTJA
Mnie jednak porwała znakomita interpretacja "Piaskownicy" Wsiewołoda
Czubenko, w reżyserii Stanisława Melskiego.
Czubenko - na pierwszy rzut oka pozornie bez tzw. warunków – nieco podtatusiały aktor średniego
pokolenia, ale już momencie, gdy prężąc pierś wskoczył na ławkę jako Batman,
zaczął się prawdziwy koncert gry. Sceny, będące małymi miniaturowymi perełkami,
oddzielone były za pomocą światła i muzyki. Zapasy Batmana ze światem ludzi
złych lub nieudaczników były w interpretacji Czubenki zmaganiami z samym sobą.
Ich komizm był powalający. Przede mną ryczał ze śmiechu młody człowiek z
kucykiem. To, co
Czubenko wyrażał mimiką, kiedy z Protazego stawał się Miłką w scenie palenia
papierosa, kiedy był zwycięskim Batmanem albo Batmanem pokonanym, dziewczyną
ratującą go na pustyni albo zakompleksionym pracownikiem NASA – tego opisać nie
sposób… Wirtuoz po prostu! Kiedy wyszedł ukłonić się wiwatującej publiczności, która
głośno skandowała: „autor!”, z krzesełka przede mną podniósł się ów głośno
zaśmiewający się młody człowiek z kucykiem, którym okazał się sam Michał Walczak. Życie lubi takie pointy. Teatr
także.
Wsiewołod Czubenko w Piaskownicy, fot. WROSTJA
Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu PIK.
|
sobota, 14 października 2017
49. WROSTJA: Sztuka, która dotyka człowieka /relacja/
![]() |
| Plakat WROSTJA 2015
Podczas tegorocznych Wrocławskich Spotkań Jednego Aktora mogliśmy obejrzeć
zarówno monodramy w wykonaniu wytrawnych mistrzów, którzy zajmują się tą
dziedziną od lat, jak też młodych adeptów sztuki. Zamysł organizatorów był
taki, aby spektakle łączyła myśl przewodnia. W tym roku nawet dwie: pierwszą
była próba refleksji nad postaciami wielkich polityków, drugą - twórczość
Tadeusza Różewicza (upłynęła pierwsza rocznica śmierci Poety).
Mnie jednak monodramy ułożyły się w dwa spolaryzowane ciągi. Pierwszym były
spektakle z rozbudowaną inscenizacją, by tak rzec: kostiumowe. Drugi typ przedstawienia charakteryzował się natomiast
ascetyczną formą - istotne było tu słowo i osobowość aktora. W swojej refleksji
na temat obejrzanych monodramów będę odnosiła się do tych stylów inscenizacji,
z takim jednakże zastrzeżeniem, że podział ów nie ma w sobie cech
wartościujących, ponieważ przekonałam się wielokrotnie, iż znakomite spektakle
są poza wszelkimi racjonalnymi uzasadnieniami. Nagle po prostu czuje się, że
mamy do czynienia z wielką sztuką.
Teatr kostiumu
Spośród monodramów, które wykorzystywały - w mniejszym lub większym stopniu
- narzędzia sztuki scenicznej, które w pewnym myślowym skrócie nazwałam
"teatrem kostiumu", chciałabym zwrócić uwagę na dwa, moim zdaniem,
najbardziej interesujące.
Kamil Maćkowiak w monodramie DIVA Show, fot. Krzysztof Zatycki
Pierwszym z nich jest monodram "DIVA Show"- w pełnym
tego słowa znaczeniu autorski. Zarówno bowiem scenariusz, jak też
reżyseria, choreografia i wreszcie samo wykonanie są dziełem jednego artysty - Kamila Maćkowiaka. Aktor gościł już z powodzeniem na
WROSTJA w 2007 roku, z monodramem "Niżyński", wielokrotnie
nagradzanym na różnych festiwalach (m.in. w Sankt Petersburgu i Kilonii).
Spektakl "DIVA Show" realizowany został w konwencji stand-upu - komediowego monologu, który powstaje w
dość ścisłym kontakcie z publicznością. Wykonawca co i rusz nawiązuje z nią
dialog. Tak też było w przypadku Kamila
Maćkowiaka. Kiedy pojawił się na scenie ubrany w kobiecy kostium, w peruce i
makijażu, skojarzył mi się z postaciami z filmów Almodovara - z Agrado z
"Wszystko o mojej matce" czy Letalem z "Wysokich obcasów".
Bohater o skomplikowanej, neurotycznej osobowości, snuje przed nami monolog o
swojej fascynacji Tiną Turner, dzieciństwie bez ojca, z oschłą i nieumiejącą
okazać mu uczuć matką, o trudnym dorastaniu, wyobcowaniu i o potrzebie
akceptacji... Jego problemy w taki czy inny sposób okazują się być naszymi -
jakże dobrze rozumiemy jego uzależnienia, wątpliwości lęki. Czasami, jak u
Almodovara, humor Maćkowiaka ociera się o granice dobrego smaku, innym razem
prowokuje nas do współ-odczuwania, wzbudza empatię i zrozumienie... Przez
dwie bite godziny aktor wydobywa z siebie tak wiele różnych emocji i tak jest w
swojej grze prawdziwy, że momentami widz ma wrażenie, jakby odgrywał przed nim
psychodramę. Jest zabawny, błyskotliwy, dowcipny,
jest też smutny, wycofany, przestraszony...
Kamil Maćkowiak w monodramie DIVA Show, fot. Krzysztof Zatycki
A utrzymać uwagę widza przez tak długi czas nie jest bynajmniej łatwo!
Aktor posiłkuje się wprawdzie kostiumem, scenografią, multimediami - tańczy,
śpiewa, komentuje obraz, ale ustawicznie nawiązuje także kontakt z
publicznością. Swój najbardziej osobisty monolog wypowiada do kamery, a my
obserwujemy na ekranie jego zmienioną, jakby odkształconą traumatycznymi
przeżyciami, twarz. Na koniec maski opadają i staje przed nami aktor pozbawiony
charakteryzacji - człowiek jak każdy.
Aleksander Rubinovas, Koba, fot. Krzysztof Zatycki
Drugim monodramem, o którym z pewnością warto napisać, jest
"Koba" w wykonaniu i reżyserii
litewskiego aktora Aleksandra Rubinovasa. Wyznam, że spośród
obejrzanych przedstawień, to właśnie zrobiło na mnie największe wrażenie.
Tytuł spektaklu nawiązuje do nieoficjalnego imienia Stalina, którego w
młodości przyjaciele nazywali Kobą (w gruzińskim folklorze znana jest pod takim
imieniem postać rozbójnika – w rodzaju Robin Hooda). Monodram jest opowieścią
jednego z towarzyszy dyktatora, nazwanego
przez niego pseudonimem Fudżi, z powodu skośnych oczu. Obaj byli Gruzinami i
dzięki temu, że znali się "od zawsze". Możemy więc poprzez opowieść
bohatera próbować zgłębić fenomen osobowości Stalina. Z jednej strony Fudżi
dobrze wie, że Koba jest bezwzględny i okrutny. Jeśli miał jakieś złudzenia,
pozbył się ich podczas śledztwa, kiedy to przesłuchujący go oficer uświadomił
mu, że nikt nie śmiałby aresztować "przyjaciela Stalina", gdyby on
sam sobie tego nie zażyczył. Z drugiej strony, po powrocie z
katorgi, doświadcza "dobrodziejstw" od dyktatora, kiedy zdaje
trudny egzamin z bezwarunkowego posłuszeństwa i miłości. Nigdy jednak nie
przestaje się bać. Aktor umiejętnie doprowadza swoją opowieść do punktu
kulminacyjnego, kiedy to Stalin zaprasza Fudżi do swojej daczy i tam podczas
spaceru po ogrodzie wyznaje, że zabił wszystkich dawnych towarzyszy. Został
tylko Fudżi. Dlaczego właśnie on? A może będzie kolejną, ostatnią ofiarą
okrutnika? Taki scenariusz także bierze pod uwagę. A jednak Stalin zostawia go i już
nigdy więcej się z nim nie spotyka.
Aleksander Rubinovas, Koba, fot. Krzysztof Zatycki
Rubinovas zagrał właściwie podwójną rolę - był Fudżi i Stalinem równocześnie; katem i ofiarą. To wszystko, zdaje
się mówić artysta, może się mieścić w jednym człowieku. Rozpoczyna swoją
opowieść nieśpiesznie - od parzenia herbaty, ale rozwija ją w taki sposób, że
widz siedzi jak zahipnotyzowany. Używa nielicznych rekwizytów, ale wszystkie
one są znaczące. Najbardziej sugestywna jest scena, w której aktor, owinięty
pledem, staje na podwyższeniu - kiedy s t a j e s i ę Stalinem. Nie mamy
wątpliwości, że człowiek ten zdolny jest do wszystkiego. Równocześnie zaś
Rubinovas gra potulnego, choć pełnego dumy człowieka, który musiał zapomnieć o
tym, kim jest, nie z tchórzostwa, ale ze względu na miłość do żony i córki.
Aktor jest prawdziwy i przekonywujący w obu tych rolach w sposób wprost
fenomenalny. Cechą wielkiego aktorstwa jest ta prawda o człowieku, którą wypowiada się poprzez sztukę. Podczas oglądania monodramu
ani przez chwilę w nią nie wątpiłam...
Teatr słowa
Jest jeszcze taki rodzaj monodramu, który charakteryzuje niezwykła
oszczędność środków scenicznych, a który koncentruje się na słowie. Pamiętam,
jakie wrażenie zrobił na mnie przed paru laty monodram Ewy Błaszczyk "Rok magicznego życia". Aktorka olśniła mnie wtedy swoją - chciałoby się
powiedzieć - grą, ja jednak twierdzę: prawdą o ludzkim losie i zrobiła to bez
jednego rekwizytu (jeśli nie liczyć krzesła, na którym w pewnym momencie
siadała).
Wiesław Komasa, Różewiczogranie, fot. Krzysztof Zatycki
Podobnie było w tym roku, w odniesieniu do monodramu Wiesława Komasy - "Różewiczogranie". Dodać trzeba, że aktor
uczestniczy we WROSTJA od 1971 roku, a jego teatr zawsze był organicznie
związany z poezją. Także z poezją Tadeusza Różewicza, po którą sięgał jeszcze
podczas studiów. W Czarnej Książeczce z Hamletem, która ukazała się w 2014 roku
i jest próbą opisania fenomenu aktorstwa Komasy, artysta tak to komentuje (także w odniesieniu do "Filozofii po
góralsku" ks. Józefa Tischnera):
... nad którymi [Tischnerem i
Różewiczem] pochylam się naprawdę od dawna, ale wciąż
wydaje mi się, że przez zawiłość i porażającą prostotę Tadeusza Różewicza są
dla mnie wciąż do odkrywania.
W istocie, Wiesław Komasa odkrył dla mnie Różewicza innego niż znany mi ze
spektakli i własnych lektur. Jego Różewicz to ktoś doświadczony, a zarazem nieśmiały, ktoś,
kto całe życie boi się przyznać do tego, że jest poetą, kto toczy nieustannie
rozmowy z tymi, którzy odeszli i kto chciałby nawiązać więź z tymi, którzy
dopiero nadchodzą - z młodymi. Poeta to ktoś, kto nie wyobraża sobie świata bez
poezji, ktoś, komu dziennikarz zadaje banalne pytania, na które nie zna
odpowiedzi...
Aktor wchodzi na scenę od widowni, która powoli się wycisza, rozmawia przez
telefon komórkowy - jest jednym z nas. A jednocześnie wie i rozumie więcej...
Komasa mówi tekstami wierszy Różewicza, jego "Kartoteki", "Matka
odchodzi". Mówi także sobą - opowiada o spotkaniu z Poetą, dodaje teksty
"zasłyszane", bo Komasa ma słuch do człowieka. Na scenie bardziej JEST niż gra i to jest chyba najlepszym określeniem
jego stylu. JEST ze swoim doświadczeniem - ludzkim i teatralnym (tego oddzielić
nie sposób), ze swoją wrażliwością na słowo, swoimi przeżyciami, odkryciami,
przemyśleniami... Całe piękno jego teatru zawiera się właśnie w tej OBECNOŚCI.
Bo Komasa zawsze jest d l a drugiego człowieka. Może jeszcze bardziej
intensywnie niż przed czterdziestu paru laty, kiedy przedstawił swój pierwszy
monodram.
49 edycja WROSTJA pozwoliła widzom przekonać się, że prawdziwa sztuka jest
niezniszczalna i zawsze możemy z niej zaczerpnąć jak ze źródła.
49. WROSTJA odbyły się w dniach od 24 do 26 października 2015 roku. Na zakończenie
przeglądu monodramów nagrodzono występujących aktorów.
Relacja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.
|
Mozart – "Requiem" w Narodowym Forum Muzyki /zapowiedź/
6 listopada o 19.00 w Narodowym Forum Muzyki angielski dyrygent Jonathan Nott, uznawany za wybitnego interpretatora muzyki współczesnej, pod...
Popularne posty
-
W dniach od 7 do 15 lutego 2015 roku odbędzie się we Wrocławiu Akademia Händlowska. Wystąpi fenomenalna Julia Lezhneva, znakomici brytyjscy...
-
Anioły na obrazach dawnych malarzy są piękne, dlatego często zapominamy, że są niematerialne i że ich piękno ma charakter duchowy. Sztuka pr...
-
Maria Jurkowska, prasowe W tym roku, 14 sierpnia, świętowałaby okrągłe, osiemdziesiąte urodziny... Zmarła o wiele za wcześnie, 14 grudn...



















