Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania sen, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania sen, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 października 2026

6. Festiwal Opery Współczesnej: "Podróż zimowa 3.0" Franza Schuberta /recenzja/

W ramach Festiwalu Opery Współczesnej mieliśmy niebywałą okazję usłyszeć nową, oryginalną wersję "Podróży zimowej" Schuberta w języku polskim. Autorem kongenialnego przekładu poezji Wilhelma Müllera jest wybitny aktor, mistrz słowa mówionego  – Krzysztof Gosztyła, którego uhonorowano przed koncertem złotym medalem "Zasłużony Kulturze Gloria Artis". Interpretacja nowego przekładu, którą zaproponowali Tomasz Konieczny (bas-baryton) oraz Lech Napierała (fortepian) okazała się równie znakomita jak przekład. 

"Podróż zimowa", Lech Napierała (piano) i Tomasz Konieczny (śpiew), w tle: Krzysztof Gosztyła,
fot. Karpati&Zarewicz


Podróż zimowa
Franza Schuberta


Muzykę do pierwszych pieśni tekstu Wilhelma Müllera "Podróż zimowa" Franz Schubert zaczął komponować w lutym 1827 roku i w jakimś sensie są one antytezą wcześniejszego cyklu: "Pięknej młynarki". Odtrącony przez ukochaną chłopiec podejmuje wędrówkę przez zimowy krajobraz, do czego nawiązuje pierwsza pieśń nowego cyklu: "Dobranoc", gdzie napomyka się o utraconej nadziei:

Dziewczęcia słowo  – kocham, 
o ślubie matki szept.

Bohater pogrąża się w rozpaczy. Raz tylko przygnębiający nastrój rozjaśnia się, kiedy pozostawia na bramie czułe "dobranoc"  – widomy znak tego, że ciągle myśli o dziewczynie. Wędrówka przez zimową noc symbolizuje śmierć, ale także senną marę  – obydwa te motywy są charakterystyczne dla okresu romantyzmu. Wśród niemieckich romantyków należałoby wymienić Novalisa (między obydwoma cyklami Schubert napisał pieśni do wierszy tego właśnie poety) oraz Jean-Paula Richtera, W polskiej literaturze romantycznej odtrącony kochanek Gustaw nie przestaje obsesyjnie opowiadać o swojej utraconej miłości (w części IV "Dziadów"), ba, podejmuje wędrówkę w poszukiwaniu ukochanej będąc upiorem (ballada "Upiór", "Dziady" cz. II). Wędruje także bohater "Podróży zimowej", snując wspomnienia, które są dla niego szczególnie bolesne i roni łzy, które natychmiast zamarzają, choć  wydaje mu się, że znowu czuje słodki zapach lipowego kwiecia i pragnąłby odnaleźć przy niej dawny spokój. Nie ustaje jednak w wędrówce i kiedy wyczerpany usiłuje odpocząć w chatce węglarza, śni sen o wiośnie. I choć 

tak zimno, ciemno wokół,
a z dachu wciąż krakał mi kruk,

to jednak wydaje mu się, że czyjaś ręka namalowała na szybie kwiaty, a także

Przyśniła się wielka miłość
i piękne dziewczę w snach

Powraca tęsknota i poczucie wielkiej samotności. Momentami marzy o tym, aby się szybko zestarzeć i umrzeć ("Siwa głowa"). I tak wędruje bez celu i bez nadziei ("Drogowskaz"). Na koniec spotyka lirnika, którego nikt nie chce słuchać, a który mimo to Lirze nie da umilknąć. Wędrowiec czuje z nim rodzaj duchowego pokrewieństwa i pragnie ruszyć w świat w jego towarzystwie, byle jego pieśni grał na swojej lirze.
Schubert (a wraz z nim bohater jego pieśni) odnalazł poniekąd swojego sobowtóra. Jednak "Podróż zimowa" jest przepełniona po brzegi smutkiem i cierpieniem, nie daje żadnej nadziei. 

Tomasz Konieczny (bas-baryton) podczas koncertu "Podróż zimowa",
fot. fot. Karpati&Zarewicz

Tekst najlepszym wehikułem interpretacji


Słowo było zawsze fundamentem muzyki – stwierdził Vittorio Ghielmi, włoski dyrygent i kompozytor, kiedy zawitał do Wrocławia podczas 52. edycji Wratislavia Cantans. Aż do początków XX wieku twórczość kompozytorska miała ścisły związek z retoryką muzyczną. Nawet gra na instrumentach smyczkowych wzorowana była na ludzkim głosie. Nie przypadkiem Wilhelm Müller znalazł w Schubercie idealnego interpretatora swojej poezji. O takim muzycznym dopełnieniu marzył i choć tego nie dożył, spełniło się. Muzyka Schuberta tak dalece zrosła się z niemieckim tekstem, że trudno mi było wyobrazić sobie podobną spoistość w przypadku polskiego tłumaczenia. A jednak okazało się to możliwe dzięki kongenialnemu przekładowi Krzysztofa Gosztyły. A nie był to pierwszy polski przekład! Próbę tę podjął wcześniej Stanisław Barańczak, ale jest to raczej współczesna parafraza wierszy Wilhelma Müllera. Możemy jej posłuchać na płycie nagranej przez Tomasza Koniecznego i Lecha Napierałę,  wydanej przez Narodowy Instytut Fryderyka Chopina w 2022 roku. Artyści nagrali też Schuberta w języku oryginału. Projekt powrotu do "Podróży..." pojawił się wraz z nowym tłumaczeniem, którego mieliśmy okazję posłuchać podczas tegorocznego Festiwalu Opery Współczesnej. Mogłam porównać ze sobą wszystkie trzy przekłady, w tym Jacka Dehnela, zamieszczony w polskim wydaniu opracowania pieśni, którego autorem jest znany i nagradzany tenor Ian Bostridge ("Podróż zimowa Schuberta. Anatomia obsesji").  Przekład Denehla jest wprawdzie bliższy oryginałowi, a jednak składnia, słownictwo, metafory są w porównaniu z tekstem tłumaczenia Gosztyły jakieś hmmm... nietrafne. Dla porównania fragment wspomnianej już "Lipy":

W oryginale:
Ich schnittin seine Rinde
so manche liebe Wort
(...)
Und seine Zweige rauschten,
als riefen siemich zu

W przekładzie Denehla:
Wyciąłem w korze lipy
Miłosnych wiele słów;
(...)
Szumiały jej gałęzie
I tak mnie wołał szum

W tłumaczeniu Gosztyły:
Na korze jej wyciąłem 
niemało czułych słów,
(...)
Gałęzie zaszumiały
i jakby wołał szum:

Krzysztod Gosztyła  – Tomasz Konieczny  – Lech Napierała: idealne dopełnienie


O tym, jak to zabrzmiało podczas koncertu, jak było adekwatne, jak tekst niósł muzykę i ludzki głos, mogę zaświadczyć, że poruszało serce i wyobraźnię. 
Już pierwsze takty pieśni (Dobranoc: Jak obcy tu przybyłem, //tak obcy idę w świat) zawierają w opadającej frazie "program" całego cyklu: poczucie wyobcowania, brak nadziei, rozpacz. Panuje ciężki molowy nastrój. W "Kurku z blachy" melodia śpiewu wznosi się gwałtownie w górę, przy akompaniamencie unisono  –  jak krzyk cierpienia. Potem pojawia się refleksja i ciche wyznanie: Ten wiatr też bawi się mym sercem // a ono gra... i milknie z trwóg;
W "Odrętwieniu" Wędrowiec uświadamia sobie, że kiedy ucichnie ból, nic mu już nie przypomni ukochanej, bo ból to jedyna pamiątka, którą posiada... Każda z kolejnych pieśni wprowadza nas głęboko w świat Wędrowca, możemy też przejrzeć się w jego uczuciach w swoim rodzimym języku (nareszcie!) i dzięki znakomitej interpretacji. 
Tomasz Konieczny zmierzył się z nowym przekładem, podobnie jak Lech Napierała, po raz drugi, zaś z cyklem "Winterreise"  – po raz trzeci (stąd tytuł "Podróż zimowa 3.0"), a jego głęboki, dramatyczny bas-baryton oddawał wszelkie niuanse uczuć, które nieustannie wstrząsają bohaterem. Nieskazitelna dykcja i interesująca interpretacja są wielkim atutem tego śpiewaka. Towarzyszący mu Lech Napierała – równie twórczy, wrażliwy na zmiany nastroju kompozycji i na niuanse interpretacyjne Tomasza Koniecznego. Znakomity, dobrze rozumiejący się duet! 
Sądzę, że owa trójka w tytule to nie tylko kolejna wersja "Podróży zimowej", ale jej doskonała interpretacja, idealne wypełnienie, bo trójka to także symbol doskonałości.

Lech Napierała (piano) i Tomasz Konieczny (śpiew), fot. Karpati&Zarewicz
Dodam, że koncertowi towarzyszył film wideo według scenariusza i w reżyserii  Adama Dudka. Zamysł zilustrowania tekstu "Podróży..." był sam w sobie interesujący, a mnie kojarzył się jako żywo z "Uchem Igielnym" Wiesława Myśliwskiego, w którym stary i młody bohater (będący jedną i tą samą osobą) mijają się i spotykają, a zarazem snuje się opowieść o życiu, o śmierci i o niespełnionej miłości. Wyznam jednak, że film przeszkadzał mi w odbiorze muzyki, podobnie jak to było podczas tegorocznego festiwalu Opera Rara. Obserwowanie muzyków i ich słuchanie dostatecznie uruchamiają moją wyobraźnię i emocje. Reszta jest nadmiarem...

środa, 9 września 2026

6. Festiwal Opery Współczesnej: "GenOM", czyli pragnienie nieśmiertelności /recenzja/

Po kilkuletniej nieobecności powrócił do Opery Wrocławskiej Festiwal Oper Współczesnych, a pierwsza zaprezentowana inscenizacja to niekwestionowany sukces. Przemawia za tym właściwie wszystko: aktualny temat rozważań, dobra reżyseria i muzyka, która udatnie podąża za treścią sztuki, wreszcie – interesująca inscenizacja i wykonawstwo. 

"GenOM" w reż. Maxa Nowaka, libretto: Justyna Mikuła, muzyka: Michał Ziółkowski

O tym, że opera może służyć nie tylko rozrywce, ale także nieść ważne, ba, filozoficzne treści, przekonałam się już wcześniej, m. in. oglądając ramach 5. Festiwalu Oper Współczesnych "Immanuela Kanta" Thomasa Bernharda, z muzyką Leszka Możdżera i w reżyserii Jerzego Lacha. W dodatku były to przemyślenia ubrane w atrakcyjną operową formę.

Genetyka, muzyka i filozofia

O ile jednak tematem rozważań "Immanuela Kanta" była refleksja nad współczesnym światem – z jego wartościami (czy raczej ich brakiem), to w przypadku "GenOM"-u mamy do czynienia z rozważaniami na temat genetyki, a ściślej – jej wpływu na los człowieka i odwrotnie: próbie manipulowania nią, by powołać do życia pewien ideał. Libretto opery powstało z inspiracji dość nieoczywistej. Jego autorkę, Justynę Migułę, zainspirował wykład znanego genetyka, prof. Michała Witta, którego znakomity esej o związkach genetyki i muzyki znajduje się w książce programowej festiwalu. Autor dowodzi w nim, że muzykalność dziedziczymy, a choroby genetyczne w wypadku wielu kompozytorów i wykonawców miały zasadniczy wpływ na ich twórczość. Anton Bruckner np. cierpiał na nerwicę natręctw, połączoną ze stanami depresyjnymi, co miało swoje odzwierciedlenie w jego twórczości. Symfonie przez niego skomponowane charakteryzuje matematyczna wręcz regularność i obsesyjne powtarzanie tych samych motywów rytmicznych. 

Główny bohater opery, Teodor Zaks, jest profesorem genetyki, który – porzuciwszy muzykę dla nauki  – pragnie stworzyć idealny gen, niczym dr Frankenstein z powieści Mary Shelley. I tylko to się liczy, żona, syn i w ogóle życie takie, jakim jest, pozostają poza sferą jego zainteresowań. Kiedy podczas przyjęcia dawny przyjaciel proponuje mu toast "za życie", on wznosi kielich "za doskonałość". Jednocześnie jest to człowiek cierpiący na wewnętrzne rozdarcie i z gruntu nieszczęśliwy, rozedrgany. 

"GenOM" nawiązuje wprawdzie do genetyki, ale jego sens i przesłanie są wielopoziomowe i można je odczytywać na różne sposoby. Autorka libretta prowadzi nas ku dwom źródłom. Jednym z nich jest tzw. psychologia cienia. Otóż według Junga człowiek spycha w podświadomość negatywne cechy osobowości, kreując jednocześnie idealny obraz własnej osoby – personę będącą rodzajem maski, którą nakłada w relacjach z innymi ludźmi. Tymczasem zrozumienie i zintegrowanie naszej "ciemnej strony" jest warunkiem rozwoju. Jako drugą inspirację, która przy tym wyjaśnia tytuł opery, wymienia Justyna Miguła powieść Hermanna Hessego: "Siddhartha", nawiązującą do filozofii indyjskiej i ukazującą mistyczną podróż w rezultacie której bohater godzi ze sobą tkwiące w jego naturze sprzeczności. To "OM" oznaczające pełnię, do której człowiek dochodzi poprzez błędy, przypadki i poszukiwania. OM (a. AUM) to święta sylaba, pierwotny dźwięk wszechświata. OM uspokaja umysł, oczyszcza i pomaga połączyć ciało z wewnętrzną świadomością. W ten sposób życie człowieka pomiędzy "gen" a "OM" zyskuje swoją pełnię.

Jacek Jaskuła jako Teodor, "GenOM", reż. Max Nowak


Mężczyzna Prometeusz i kobieta Parka

O tym, jak istotną rolę w tworzeniu i poszukiwaniu sensów dzieła, odgrywają nasze doświadczenia, zarówno życiowe, jak i czytelnicze, świadczy także mój osobisty przykład. Otóż lektura węgierskiego filozofa i eseisty Béli Hamvasa pozwoliła mi spojrzeć na intelektualną warstwę opery w kontekście jego rozważań zawartych w zbiorze "Archai, czyli początki".  Autor wywodzi, że kobiety mają inne podejście do transcendencji i do życia niż mężczyźni. Mężczyzna bowiem skłania się ku postawie prometejskiej, ku wieczności, co wynika z pragnienia, by stać się bogiem. W spektaklu widać to bezsprzecznie w postawie głównego bohatera, Teodora Zaksa, dążącego do "doskonałości". Takim pragnie widzieć także swojego syna Adama, jednak przeżywa rozczarowanie, gdy się okazuje, że nie spełnia on jego oczekiwań, co więcej, postanawia pójść własną drogą. O dążeniu do boskości mówi także sen bohatera. 

"GenOM", scena zbiorowa

Zacksowi towarzyszą trzy kobiety (trójka jest symbolem pełni): matka, żona i aktualna partnerka, kojarzące się z Mojrami. Prezentują je trzy śpiewaczki, co szczególnie mocno wybrzmiewa w scenie snu bohatera. Ponadto towarzysząca mu od początku kobieta (Izabela) przez cały czas "przędzie", robiąc na drutach coś, co okaże się szalem (wyraz troski?), nicią (losu? pępowiną, która zakotwicza bohatera w prawdziwym życiu?). Kobieta bowiem, jak pisze Hamvas, jest wpleciona w rzeczywistość wegetatywną, w ziemskość, w materię. Nić, wełna, tkanie, robótka to symbol życia. Mojry – owe trzy kobiety, z których jedna przędła nić życia, druga nawijała ją na wrzeciono, a trzecia przecinała  – decydowały o losie człowieka. Taka jest właśnie, zdaniem Hamvasa, wiedza kobiet: tkać życie. Jedną z najpiękniejszych scen w "GenOM-ie" jest nieprzypadkowo scena snu, w której kobiety trzymają niezliczone nici, a Teodor próbuje się uwolnić od ich plątaniny. Jego poszukiwania idealnego genu, podczas których wypiera ze swojego życia bliskie osoby: żonę i syna, prowadzą ostatecznie donikąd. Finalnie to kobieta (Izabela) uświadamia Teodorowi, że będąc oderwanym od prawdziwego życia, stracił kontakt z bliskimi, także z muzyką, która być może symbolizuje jego duszę. Izabela wprawdzie odchodzi, ale przedtem otula go na pożegnanie zrobionym przez siebie czerwonym szalem, symbolem życia. W ostatniej scenie widzimy pianino, na którym bohater zaczyna grać, a powtarzana znajoma melodia sprawia, że pojawia się syn i tym razem zostaje przez ojca wysłuchany. Rozchodzą się wprawdzie w przeciwnych kierunkach, ale łączy ich ponownie więź (nić, włóczka z szala). 

Bohater nie stworzył wprawdzie genu doskonałego, a jego marzenia o nieśmiertelności zakończyła sromotna klęska, ale mimo to zyskał coś niezwykle ważnego jako człowiek: świadomość, że nie o doskonałość chodzi, lecz o samo życie i jego afirmację. A także o miłość. Udało mu się więc w konsekwencji osiągnąć OM -  pogodzić tkwiące w jego naturze sprzeczności.

Scena zbiorowa: Sny

Z wysokiego C

Cała ta opowieść wybrzmiała niezwykle pięknie i poruszająco dzięki wykonawcom, a także twórcom inscenizacji. Starannie wyreżyserowana przez Maxa Nowaka, który w materii operowej czuje się doskonale, mając za sobą doświadczenia i eksperymenty łączące różne formy ekspresji: teatralne, filmowe i muzyczne. Na pochwałę zasługuje także scenografia i reżyseria świateł (Radosława Niezgoda i Bogumił Palewicz), z pomocą których wyczarowano na scenie zarówno kongres naukowy, jak i piękną scenę snów. Oglądałam drugą obsadę przedstawienia. W roli Teodora wystąpił Jacek Jaskuła  – wspaniały baryton, znany z wielu znaczących ról w tradycyjnym repertuarze, który z powodzeniem sprawdził się również w operze współczesnej. Jego kreacja postaci głównego bohatera była złożona z wielu niuansów i wiarygodna, także w odniesieniu do przemiany wewnętrznej postaci. W roli kobiet jego życia wystąpiły trzy śpiewaczki: Izabelę zagrała i zaśpiewała Jadwiga Postrożna, wspaniały mezzosopran Opery Wrocławskiej, którą pamiętamy z wielu znaczących ról, m. in. Azuceny w "Trubadurze", Księżniczki Eboli w "Don Carlo" Verdiego czy tytułowej Carmen w operze Bizeta. W "GenOM-ie" śpiewała znakomicie, stosując zarazem oszczędne środki wyrazu gry aktorskiej. Matkę bohatera zagrała Urszula Czupryńska, mezzosopran o interesującej gęstej barwie, którą zapamiętaliśmy m. in. jako Martę ze "Strasznego dworu" Moniuszki. W postać młodej żony Teodora wcieliła się Hanna Sosnowska-Bill, pamiętna Zuzanna z "Wesela Figara" Mozarta czy Hanna w "Strasznym dworze". Liryczna, subtelnie zarysowana postać, świetnie komponowała się z dwiema pozostałymi śpiewaczkami. 

Muzykę do opery skomponował Michał Ziółkowski i trzeba przyznać, zważywszy że to debiut, znakomicie niosła ona tekst libretta. Pozostaje mieć nadzieję, że po tym sukcesie kompozytor otrzyma kolejne zamówienia. Za pulpitem dyrygenckim stanęła sama pani dyrektor Opery Wrocławskiej, Agnieszka Franków-Żelazny, która będąc przede wszystkim znakomitą chórmistrzynią, zadebiutowała w tej roli i to z sukcesem. 

6. Festiwal Opery Współczesnej wystartował z wysokiego C i rozpalił nie tylko naszą wyobraźnię, ale także oczekiwania. Aż strach pomyśleć, co będzie dalej! 😁

wtorek, 8 września 2026

"Horyzont" - Alexander Sitkovetsky i Bartłomiej Nizioł w Narodowym Forum Muzyki /61. Wratislavia Cantans/

W szeregach istniejącej od niemal pięćdziesięciu lat NFM Orkiestry Leopoldinum zasiadały już dwa pokolenia muzyków, dzięki czemu mówić można o dojrzałości i ustalonym charakterze zespołu. Funkcję jego dyrektora artystycznego primus inter pares sprawuje obecnie Alexander Sitkovetsky. Podczas festiwalu u jego boku stanie równy mu wirtuoz, Bartłomiej Nizioł. Skrzypkowie i orkiestra wspólnie spoglądać będą w nieuchwytny horyzont. Koncert usłyszymy dziś o 19.00.

Co znajduje się na widnokręgu naszej egzystencji? Pustka, szaleństwo, a może transgresja? U Andrzeja Panufnika granica nieboskłonu rozpływa się w szarości, a czas niemal się zatrzymuje. Kompozycja z początku lat sześćdziesiątych miała być między innymi wspomnieniem polskiego krajobrazu – autor utracił go na wiele lat, gdy uciekł ze stalinowskiej Polski do Wielkiej Brytanii w 1954 roku. Im dłużej wpatrujemy się wraz z twórcą w dal, tym intensywniejsze są rezonanse panufnikowskiej harmoniki. Kiedy jednak odwrócimy wzrok, linia horyzontu nadal będzie prowadzić w nieskończoność. Może właśnie tam modernizm rozpływa się w postmodernizm i zaczyna brakować nam punktu odniesienia – brzmi Concerto grosso Alfreda Schnittkego: audytywna podróż przez zapomniany sen. Kompozytor w 1977 roku marzył o utopii stylistycznej, w której pomieszane ze sobą sugestie muzyki barokowej, języka współczesnego i tanga nie wywoływałoby efektu komicznego. Pierwsze z szeregu concerti grossi artysty to jazda bez trzymanki. Nizioła i Sitkovetsky’ego czeka nawigacja po tym wielowymiarowym morzu.

Po przerwie zabrzmi słynna Rozświetlona noc – sekstet z ostatnich lat XIX wieku, w którym Arnold Schönberg operuje jeszcze językiem romantyzmu. Tematem dzieła jest przebaczenie i afirmacja życia – dwoje kochanków dociera do pewnej granicy, a po przekroczeniu doświadcza tytułowej przemiany. W utworze przyszły wódz ekspresjonistów świadomie popełnił błąd względem zasad harmonii. W ten sposób, jak bohaterowie, przekroczył smugę cienia, idąc w stronę zupełnie nowego muzycznego świata. Przed nami horyzont ekspresji taki, jakim widziano go w 1899 roku.

Program:

Andrzej Panufnik Landscape

Alfred Schnittke Concerto grosso nr 1 na dwoje skrzypiec, klawesyn, preparowany fortepian i smyczki

***

Arnold Schönberg Verklärte Nacht op. 4 – wersja na orkiestrę smyczkową (1943)*


Wykonawcy:

Alexander Sitkovetsky – skrzypce, kierownictwo artystyczne NFM Orkiestry Leopoldinum

Bartłomiej Nizioł – skrzypce

NFM Orkiestra Leopoldinum

Magdalena Cielecka* – narratorka


Czas trwania: 120 minut

Lokalizacja: NFM, Sala Główna ORLEN, estrada w odwróceniu

plac Wolności 1, Wrocław

informacja prasowa

środa, 5 sierpnia 2026

Piotr Tomaszuk – cicerone teatralnych podróży /wywiad/

„W teatrze najpiękniejsze jest to, że czasem zabiera nas w podróż z takim cicerone, bez którego nigdy byśmy sami tej podróży nie odbyli. A ponadto nie miałaby ona takiego charakteru”. Rozmawiam z Piotrem Tomaszukiem – reżyserem i dramaturgiem teatralnym, scenarzystą, współzałożycielem działającego już 35 lat unikalnego autorskiego Teatru Wierszalin w Supraślu, wielokrotnie nagradzanym w Polsce i na świecie.

Piotr Tomaszuk, fot. Magdalena Rybij

Barbara Lekarczyk-Cisek: Podziwiam Pańskie dokonania od dawna, nigdy jednak nie miałam okazji porozmawiać o Pańskim niezwykłym teatrze. Uznałam, że jest teraz dobra do tego okazja: Teatr Wierszalin świętuje w tym roku 35-lecie istnienia, Pana zaś uhonorowano tytułem doktora honoris causa Uniwersytetu w Białymstoku. Wszystko to skłania do rozmaitych refleksji, przede wszystkim nad tym, jak te lata poświęcone intensywnej pracy nad spektaklami wpłynęły na Pańskie postrzeganie teatru i życia. Bo w Pańskim przypadku są to sfery nierozłączne…

Piotr Tomaszuk: Teatrem zacząłem się interesować ponad pięćdziesiąt lat temu. W czasach mojej młodości, chłonnej i kształtującej, miałem okazję zetknąć się w Teatrze Dramatycznym im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku z interesującymi reżyserami, począwszy od Jerzego Zegalskiego, a skończywszy na Andrzeju Witkowskim czy Wojciechu Pisarku. To była ekipa, która przyjechała do Białegostoku w latach 70. I realizowała ambitny repertuar. Działał też znakomity Białostocki Teatr Lalek, który prowadził od końca lat 60. Krzysztof Rau i gdzie ciekawe przedstawienia reżyserował również Jan Wilkowski. Wtedy właśnie zaczęła się moja fascynacja teatrem, dzięki której zdecydowałem się na studia na Wydziale Wiedzy o Teatrze w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie. Erudycję zawdzięczam znakomitym wykładowcom, począwszy od prof. Zbigniewa Raszewskiego, poprzez Stefana Mellera, Martę Fik, Zbigniewa Wilskiego, Andrzeja Wanata, po Jerzego Koeniga i Aleksandrę Okopień-Sławińską. To byli wspaniali pedagodzy, którzy potrafili rozżarzyć moją fascynację teatrem w sposób sensowny i wzbogacający. Cała moja młodość była fascynacją teatrem kogoś, kto ogląda i opisuje, ale potem zacząłem się nim zajmować praktycznie. Zdałem egzaminy na reżyserię teatru lalek w Białymstoku i właściwie jej nie ukończyłem, bo wcześniej zacząłem reżyserować. W tamtym czasie klasyka miała jeszcze mocną pozycję i był to okres, który nie pozwalał zwątpić w teatr. A 35 lat tworzenia teatru na scenie zmienił mój ogląd: zacząłem patrzeć na teatr od środka, a to zupełnie co innego. 

Różnic jest wiele, ale na szczęście początek z końcem się spotykają: ciągle uważam, że teatr jest czymś fascynującym – oddałem mu całe swoje życie. 

Zanim znalazł się Pan w teatrze i pojął, że jest to dziedzina sztuki, w której najpełniej się odnajduje, to „na początku było słowo”. Pan nie tylko adaptuje teksty, które potem stają się osobistymi wypowiedziami, ale również sam pisze, czego przykładem może być „Traktat o manekinach” Bruno Schulza. Chciałabym zapytać o Pańskie inspiracje literackie. Co sprawia, że przemawia do Pana taki, a nie inny tekst?

Inspiracje są bardzo różne. Do Mickiewicza doszedłem bardzo późno. Na początku swojej działalności reżyserskiej nie śmiałem po niego sięgnąć – uważałem, że jest to literatura, do której nie dorosłem. I chyba dobrze się stało. Mickiewicza warto tworzyć z aktorami na scenie wówczas, kiedy człowiek pozbył się tych ambicji, które każą mu myśleć, że wie więcej niż autor. Bardzo wielu młodych reżyserów wychodzi z tego właśnie założenia. Próbują więc autora zmienić i niejako „przerobić pod siebie”. Powstają dzieła często nawet interesujące formalnie, ale nie przyczyniają się do zrozumienia tekstu. A ja jestem jednak wychowany w tradycji reżyserii interpretującej. Sztuka interpretacji jest jedną z podstawowych umiejętności reżyserskich, ale ta umiejętność obecnie zanika. Pojawiła się za to tendencja do narzucania autorom myśli zupełnie im obcych, aberracyjnych w stosunku do nich. Rodzaj lektury, by tak rzec, skromnej i ostrożnej wypadł z mody. Tymczasem po Mickiewicza warto sięgnąć, gdy człowiek się pozbył tych nadmiernych ambicji osobistych i szuka prawdy w autorze.

Inspiracje literackie były dla mnie zawsze punktem wyjścia, bo teatr jest domem literatury. Nie wierzę w teatr, który powstaje z pominięciem tekstu. Oczywiście, teatr może sięgać po takie środki wyrazu, upodobnić się do pantomimy czy do moving theatre, gdzie ważny jest głównie wyraźny i plastyczny ruch, ale wszystko, co dotyczy literatury, znika przygniecione tą wizją. Taki teatr nigdy mnie nie pociągał. Uważałem go zawsze za miejsce, gdzie literatura obleka się w ciało. I fascynujące jest, że teatr pozwala zmaterializować to, co na poziomie tekstu jest tylko „marą bladą”, jakby powiedział Mickiewicz. Zawsze fascynowało mnie odkrywanie tego backgroundu, który drzemie w dobrym tekście dramatycznym napisanym przez Ibsena czy Czechowa. Wszędzie tam są pewne okoliczności i elementy rzeczywistości obiektywnej otaczającej bohaterów. I ta rzeczywistość musi zaistnieć, aby tekst miał sens. Odkrywanie świata, który stoi za słowami, zawsze mi się szalenie podobało jako działalność poniekąd detektywistyczna. Kiedy wraz z aktorami zaczynamy się zastanawiać, co jest podstawą takiego, a nie innego zdania, takiej, a nie innej uwagi odautorskiej zawartej w didaskaliach. To praca analityczna, pozwalająca zrekonstruować wizję autora. Ten rodzaj reżyserii zawsze był mi bliski. Oczywiście, nie rezygnowałem też z wymogu wyrazistości formalnej. Teatr Wierszalin od początku różnił się od innych także tym, że myśmy zawsze wykorzystywali fizyczność aktora, wprowadzając m. in. doświadczenia i metodę ćwiczeń Jerzego Grotowskiego czy też po prostu dbając o pewną wyrazistość, którą do teatru polskiego wprowadził swoimi spektaklami Tadeusz Kantor. Podzielam założenie kantorowskie, że teatr opracowuje zasady istnienia sam dla siebie, na rzecz jednego przedstawienia i że ten świat od początku do końca jest spójny albo rozlatuje się w odbiorze widza i nie zostaje z niego nic. Pierwsze przedstawienia Kantora zobaczyłem będąc na studiach w Warszawie i od tego momentu wiedziałem, że to jest dla mnie niedościgły wzór. Natomiast przedstawień Grotowskiego nie widziałem na żywo. Jednak dużo na ten temat czytałem i sam praktykowałem wiele ćwiczeń, które Grotowski i jemu podobni proponowali aktorom. Myślę, że ten rodzaj treningu aktorskiego dał mi bardzo dużo w sensie rozumienia tego, o co chodzi na scenie i czego potrzebuje aktor, aby wiarygodnie zaistnieć. 

Miałam szczęście zobaczyć wszystkie przedstawienia Tadeusza Kantora w ramach Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych, odbywającego się przez wiele lat w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Spektakle Cricot 2 były zachwycające i niepowtarzalne, niepodobne do żadnych innych i bardzo poruszające, np. „Wielopole, Wielopole”… Natomiast Grotowskiego widziałam na żywo kilkakrotnie „Apocalypsis cum figuris” i było to także szczególne doświadczenie. Kantor jednak poruszał mnie bardziej, zarówno podejmowanymi tematami, jak i formą.


Z perspektywy czasu uważam, że Kantor był artystą znacznie istotniejszym dla polskiego teatru niż Grotowski, który był przede wszystkim bardzo interesującym eksperymentatorem poszukującym środków wyrazu aktorskiego. Jeśli jednak chodzi o całościową wizję i dzieło teatralne, sądzę, że Kantor go przewyższa. 

Do tych niewątpliwie wybitnych artystów teatru dodałabym jeszcze Jerzego Grzegorzewskiego, którego przedstawienia miałam okazję oglądać  w z końcem lat 70. podczas jego pracy we wrocławskim Teatrze Polskim, m.in. niezwykle piękny poetycki „Sen nocy letniej” Szekspira i inspirującą inscenizację opowiadania Tadeusza Różewicza: „Śmierć w starych dekoracjach”, dzięki której przekonałam się, że nie istnieją tzw. dzieła niesceniczne. Od tamtej pory w Grzegorzewskim widziałam również wizjonera teatru.

W tamtym czasie Grzegorzewski wydawał mi się reżyserem bardzo hermetycznym i właściwie unikałem jego przedstawień. Miałem do niego „pretensję”, że za bardzo skupia się na sobie i niszczy materię tekstu. Ale po latach chyba zmieniłbym swoją ocenę. Z wiekiem uświadomiłem sobie, że Grzegorzewski był reżyserem bardzo indywidualnym, osobnym, a w związku z tym autorzy, po których sięgał, zyskiwali jakiś odrębny znaczeniowy odcień. Ten rodzaj zanurzenia w literaturze, który cechował Grzegorzewskiego, jest mi obecnie coraz bliższy. To jest rodzaj „błądzenia” po tekstach i wewnątrz tekstu zgodnie ze swoimi przeczuciami, marzeniami, wizjami. Grzegorzewski przeniósł potem do Teatru Narodowego w Warszawie ten rodzaj opowiadania własnego świata wyobraźni, który uruchamia się na styku indywidualności i wielkiej literatury. To jest właśnie najciekawsze w teatrze, kiedy możemy podążać za autorem, ale mając takiego przewodnika, jak interesujący reżyser. W teatrze najpiękniejsze jest to, że czasem zabiera nas w podróż taki cicerone, bez którego nigdy byśmy sami tej podróży nie odbyli. A ponadto nie miałaby ona takiego charakteru, gdybyśmy podróżowali sami. 

Rafał Gąsowski w spektaklu Piotra Tomaszuka: "Bóg Niżyński"
fot. Bartek Siejwa
W moim odczuciu Pan także jest takim cicerone, dzięki któremu przeżyłam pasjonujące teatralne przygody i dotyczy to wszystkich bez wyjątku spektakli, które mogłam obejrzeć na żywo. Dla mnie ważne jest, że swoim teatrem dotyka Pan spraw istotnych. Od dłuższego czasu tkwię po uszy w prozie Sandora Marai`ego, o którym można by powiedzieć (on sam to zresztą tak określał), że w swoich powieściach i dziennikach dotykał spraw fundamentalnych: badał mianowicie ludzką duszę, ale także dusze poszczególnych narodów: Francuzów, Niemców… Pan poprzez teatr robi w gruncie rzeczy coś podobnego, bada duszę człowieka poddanego ekstremalnym doświadczeniom. Taką tendencję dostrzegłam w „Bogu Niżyńskim”, „Reportażu o końcu świata” czy w „Traktacie o manekinach”. A człowiekiem nie można zajmować się w sposób płaski, pozbawiony sfery transcendencji, tajemnicy… 

Rzeczywistość, którą pokazujemy widzom, musi być bogata, a jej bogactwo zależy od tego, jak głęboko sami jesteśmy w stanie zrozumieć rzeczywistość. Człowieka łatwo jest sprowadzić do jednego wymiaru, ale cała sztuka polega na tym, aby przy pomocy wehikułu, jakim jest teatr, ukazywała całe bogactwo człowieka, jego wielowymiarowość. Ważny jest także wybór tematów. „Reportaż o końcu świata” adaptowałem właśnie dlatego, że wydawał mi się bogaty wewnętrznie. Temat poruszony przez Włodzimierza Pawluczuka w jego książce był wielokrotnie podejmowany przez różnych autorów. Tadeusz Słobodzianek napisał aż trzy sztuki poświęcone sekcie grzybowskiej, której przewodził prorok Ilja, ale żadna z tych sztuk nie jest bogata i do pięt nie dorasta książce Pawluczuka. Ludzie, którzy zaludniają świat dramatów Słobodzianka, są prymitywni, jednowymiarowi w taki sposób, jak on sam rozumie człowieka. Ja natomiast zawsze wolałem zakładać istnienie w człowieku jakiejś tajemnicy, która ujawnia się, gdy bohater nie jest tylko poważny, ale potrafi być czasem śmieszny, ma swoje małości, ale one nie przeszkadzają temu, aby mógł istnieć także w swoich wielkościach. Może nie jest to tak widoczne w przedstawieniach mickiewiczowskich, bo tam człowiek funkcjonuje w zupełnie innej perspektywie.

Ale u Szekspira także współistnieją te dwie rzeczywistości…

Tak, u Szekspira to jest. W wielkiej literaturze dramatycznej zawsze jest to podejrzenie wielkości człowieka.

Czy temat szaleństwa w spektaklu „Bóg Niżyński” nie służy także odsłonięciu tajemnicy człowieka? Tam z kolei punktem wyjścia stał się dziennik słynnego tancerza.

Inspiracją była dla mnie sama postać Niżyńskiego, ale także jego dziennik, który ukazał się w języku polskim, bez cenzury, na początku lat 2000. Dla mnie to było olśnienie, bo zrozumiałem, że ten zapis, będący na pozór dokumentem, jest z drugiej strony rodzajem pułapki. Traktując tekst jako coś, czemu mielibyśmy uwierzyć do końca, zrobilibyśmy krzywdę jego autorowi. Widziałem w Łodzi realistyczne przedstawienie Kamila Maćkowiaka na podstawie „Dziennika” Wacława Niżyńskiego i zobaczyłem klęskę tego aktora. Zrozumiałem wtedy, że muszę to zrobić inaczej, niż adaptując sam tekst. Dochodzenie do świadomości, jak uczynić bohatera prawdziwie pojemnym w teatrze, było procesem, który najlepiej zaowocował „Bogiem Niżyńskim” i „Ofiarą Wilgefortis”. Spektakle te są najlepszym przykładem na to, że to, co jest pierwowzorem, pozwala zbudować tę głębię w odbiorze widza, której ja sam bym oczekiwał. Nigdy nie zadawalałem się powierzchowną, najłatwiej dostępną warstewką. Sam tytuł „Bóg Niżyński” pokazuje z jednej strony skalę wzniosłości, a z drugiej – skalę upadku. To jest najlepszy przykład na to, czego oczekuję od swoich bohaterów. Muszą streścić także kawałek naszego życia – nas samych. Niżyński był z jednej strony bożyszczem tysięcy, z drugiej – został skazany na dobrą lub złą wolę swoich opiekunów, kiedy popadł w obłęd. Sens teatru polega m. in. na przypomnieniu takich ludzi, pokazaniu ich wielkości i upadku. Ku przestrodze, do przemyślenia, wejścia w samych siebie. Pokazujemy w naszym teatrze historię, która jest ciekawsza i bogatsza niż świat na zewnątrz, bardziej symboliczna, otwierająca. 
Wspaniałym tego przykładem są przedstawienia mickiewiczowskie, bo jego słowa – te światy, które otwiera przed nami swoją poezją, są oczyszczające – to prawdziwa katharsis. W teatrze zawsze poszukiwałem takiego oddziaływania. Wzruszenie było dla mnie podstawą relacji z widzem. Widz, którego nie udało mi się wzruszyć, był dla mnie stracony przez mój nieumiejętny wysiłek.

Teatr to nie tylko reżyser, ale także aktorzy, którzy go współtworzą. Czy zrobiłby Pan „Boga Niżyńskiego” bez tak utalentowanego aktora jak Rafał Gąsowski?

Oczywiście, że nie! Całe to myślenie o bohaterze wynikało też stąd, że moim aktorem i przyjacielem zarazem jest wspaniały artysta Rafał Gąsowski, który był w stanie udźwignąć tę postać, m. in. dlatego, że nie jest tancerzem. Gdyby, jak Maćkowiak, miał za sobą szkołę baletową, być może ta cała praca by nam nie wyszła. Myśmy poszli w kierunku dramatu człowieka, który nie jest już w stanie tańczyć, a jednak buduje „taneczną mszę”. Rozwijaliśmy tę postać w rozmowach, pokazywałem Rafałowi napisane wcześniej fragmenty scenariusza, bo było dla mnie istotne, czy odnajduje się w tych tekstach. „Bóg Niżyński” jest pisany dwoma językami: językiem dokumentu, a także językiem poematu. Dialogi mają charakter utworu poetyckiego. To, że mogłem konfrontować swój tekst z wykonawcą, było szalenie ważne. 

Rafał Gąsowski w spektaklu Piotra Tomaszuka: "Bóg Niżyński",
fot. Bartek Siejwa
Czy tego rodzaju praca z aktorem jest w Pana wypadku regułą?

Nie zawsze, bo nie każdy artysta jest gotowy na taką współpracę. Jeśli wyczuwam w aktorze coś w rodzaju wulkanu, który nie musi dymić, ale jest, to tak z nim pracuję. Często jednak mamy do czynienia z artystami, którzy tylko udają, że coś się w nich gotuje, ale kiedy dochodzi do konieczności pokazania emocji czy zbudowania relacji, to się okazuje, że w środku mają wystygłą lawę i nic z tego nie wynika. Nie ma gotowości stawania się. W przypadku aktorów, a także reżyserów, najbardziej twórcza jest gotowość do zdrady samego siebie, porzucenia wszystkiego, co się wie. Jeżeli w aktorze nie ma gotowości, żeby spróbować od początku, wejść w coś, co pociąga, a czego jeszcze nie zna, bo można w teatrze dowiedzieć się czegoś o sobie samym, to taki aktor jest jak wypalona świeca. Często używam takiego porównania, że jeśli reżyser jest jak słońce, to aktor musi być jak księżyc – odbić światło słoneczne i świecić tam, gdzie słońce nie dosięga. To odbite światło jest często jeszcze wzmacniane przez aktora. Ta zdolność soczewkowania, przez osobowość aktora skumulowana, zwielokrotniona – to jest w aktorze najcenniejsze. Do tego trzeba gotowości, słuchania, setek godzin rozmów, a także rozeznania samego siebie, swoich pragnień, oczekiwań… Jeżeli tego nie ma, to nie ma współpracy ani twórczości. Jeśli jednak udaje się zgrać potencjał aktora z potencjałem reżysera,  jest szansa na prawdziwy wielki teatr. 

Przywiódł mi Pan na myśl Konrada Swinarskiego, który taki właśnie teatr uprawiał i przebywał stale ze swoimi aktorami, aby ich lepiej poznać.

Tak, to jest dobry przykład na to, że ten rodzaj bliskości, nieustannego dialogu, który prowadził Swinarski ze swoimi aktorami, są drogą do prawdziwego teatru. Gdyby tego nie było, nie byłoby też Teatru Starego. Teatr rodzi się z przecięcia osobowości reżysera, który jest pierwszym widzem i który bierze odpowiedzialność za całość. 

Piotr Tomaszuk w "Dziadach" we własnej reżyserii,
fot. Magdalena Rybij
Pan przekroczył jednak tę barierę, w „Dziadach” zaczął Pan także grać...

Chciałem po prostu spróbować tej sfery teatru, która była wyzwaniem, ale bałem się tam wkroczyć. Kierowała mną ciekawość, ale także śmiałość wynikająca z tego, że Guślarz, który jest reżyserem obrzędu, jest w moim przypadku wiarygodny. Bardzo dobrze wspominam ten moment, bo dzięki temu zrozumiałem do końca, czego potrzebuje aktor w teatrze. Myślę, że dzięki temu doświadczeniu więcej się dowiedziałem o aktorstwie wchodząc na scenę, niż reżyserując aktorów przez kilkadziesiąt lat. W każdym razie już nie próbuję dorównać Gąsowskiemu, co najwyżej mogę mu udatnie partnerować, kiedy potrzebuje jakiegoś starszego kolegi (śmiech). 

Nawiązując do etymologii nazwy Teatru Wierszalin, mogę wprost powiedzieć, że osiągnęliście szczyty tego, co można zdobyć w teatrze, realizując przez lata znakomite spektakle, doceniane nie tylko w Polsce, ale i na świecie, o czym świadczą liczne znaczące nagrody. Jak Pan sobie radzi z tyloma sukcesami?
 
Odpowiem na to trochę przewrotnie: ja mam na ten temat wiedzę wynikającą z długiego zawodowego życia. Wkraczam w ostatni etap ze świadomością tego, co mi się udało zrobić. Otóż ten sukces, który przychodzi z jednym przedstawieniem, potem z drugim, trzecim, jest jak cukier – uzależnia. Ten rodzaj uzależnienia od sukcesu, chęć powtórzenia go, doznania tych samych emocji, tej słodyczy – jest oczywiście przemożny. Powstaje pytanie, jak go powtórzyć, jak przebiec sto metrów szybciej. Problem polega na tym, że coraz szybciej się nie da. W pewnym momencie człowiek orientuje się, że szybciej już było i teraz jest coraz wolniej. Jak sobie z tym poradzić? Ja znalazłem taką receptę: od kilku lat sięgamy po przedstawienia, które już zaistniały na naszej scenie i były wielkimi wydarzeniami. W ubiegłym roku wróciłem do „Turlajgroszka”, w tym – do „Ofiary Wilgefortis” i mam zamiar robić to nadal. Można by nieco żartobliwie powiedzieć, że jest to lista przebojów Teatru Wierszalin, przedstawień, które chciałbym zawsze mieć w naszym teatrze. „Reportaż o końcu świata”, „Bóg Niżyński”, „Turlajgroszek”, „Ofiara Wilgefortis”, „Święty Edyp”, „Dziady”… Okazuje się, że jest to taki zbiór tytułów, które podobały się ludziom 25-30 lat temu i nadal bardzo się podobają, mimo że widownia się zmieniła. Mam do Teatru Wierszalin taki sam stosunek jak do zespołu rockowego: jak się już zaśpiewało kiedyś przebój stulecia, to warto go nadal mieć w repertuarze i wykonywać. Póki starczy życia. To nie byłoby możliwe w tradycyjnym teatrze repertuarowym, ale my w naszym Królestwie Wierszalin możemy sobie na ten luksus pozwolić. Dzięki temu nasze hity będą wiecznie żywe. I to jest, myślę, odpowiedź na pytanie, jak być na fali. Nie obawiałem się sprawdzić, czy to, co zrobiłem kiedyś wartościowego, zachowało coś ważnego do dziś. Polecałbym również innym reżyserom ten rodzaj wędrówki ku własnym nieprzemijającym hitom, bo zamiast robić, pardon, nowe shity, lepiej sięgnąć po stare hity.

Bardzo Panu dziękuję za interesującą refleksję dotyczącą teatru, pracy z aktorem, a także za poradę, jak sobie radzić z sukcesem. Życzę kolejnych pięknych powrotów do zrealizowanych w przeszłości przedstawień. Mam nadzieję, że będzie mi jeszcze dane uczestniczyć w prezentacji hitów Teatru Wierszalin.



Piotr Tomaszuk
urodził się 17 czerwca 1961 roku w Białymstoku. Jest reżyserem teatralnym, dramatopisarzem i scenarzystą, założycielem oraz dyrektorem Teatru Wierszalin w Supraślu.

Ukończył Wydział Wiedzy o Teatrze w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie (1984) oraz reżyserię teatru lalek w Białymstoku. Swoją karierę rozpoczął w 1986 roku w Białostockim Teatrze Lalek spektaklem "O medyku Feliksie". Kolejny spektakl, "Turlajgroszek", przyniósł mu ogólnopolskie uznanie i doprowadził do założenia w 1991 roku — wspólnie z Tadeuszem Słobodziankiem — istniejącego do dziś Teatru Wierszalin w Supraślu.

Prowadzony przez Tomaszuka teatr stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych i uznanych polskich teatrów alternatywnych, zdobywając trzykrotnie nagrodę Fringe First na Festiwalu w Edynburgu za spektakle: "Turlajgroszek" (1993), "Merlin" (1994) oraz "Medyk" (1997). Tomaszuk wypracował unikalny styl, łączący wybitne aktorstwo z perfekcyjnym wykorzystaniem lalek oraz form plastycznych. Przez polską krytykę Teatr Wierszalin uznawany jest za kontynuatora tradycji Teatru Reduta Juliusza Osterwy, Teatru Laboratorium Jerzego Grotowskiego oraz Teatru Cricot 2 Tadeusza Kantora.

Tomaszuk jest laureatem licznych nagród, w tym Nagrody im. Konrada Swinarskiego (1993), Nagrody im. Leona Schillera (1995) oraz Srebrnego (2006) i Złotego Medalu „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2023). Za swoją działalność został również odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2023).

Do najważniejszych spektakli autorskich należą: "Turlajgroszek", "Głup", "Ofiara Wilgefortis", "Święty Edyp", "Bóg Niżyński", "Wierszalin. Reportaż o końcu świata" oraz komedia "Wziołowstąpienie". Do najważniejszych realizacji innych autorów należą: "Merlin" Tadeusza Słobodzianka, "Klątwa" oraz "Wyzwolenie" Stanisława Wyspiańskiego, a także inscenizacje tekstów Adama Mickiewicza: "Dziady", "Ballady i romanse", "Liryki lozańskie".

Teatr Wierszalin w swojej historii występował kilkakrotnie w Tokio (Japonia), Stanach Zjednoczonych, Indiach, Meksyku oraz w większości krajów europejskich, w tym na Wystawie Światowej w Hanowerze (Niemcy) w 2000 roku.
(biogram ze strony internetowej Teatru Wierszalin)



poniedziałek, 25 maja 2026

Wydarzenia w Muzeum Narodowym we Wrocławiu i Oddziałach /29-31.05.2026/

Impresjonizm w sztuce, secesja w szkle, architektura mieszkaniowa – to tematy wykładów, na które warto wybrać się do Muzeum Narodowego we Wrocławiu w nadchodzący weekend. Europejskiej architekturze mieszkaniowej po I wojnie światowej przyjrzy się Maja Kwiecińska w trakcie wykładu z cyklu „Jak zbudowano nowoczesność”. Jadwiga Jasińska-Sadura w cyklu „Kurs historii sztuki” opowie o cechach stylowych i najważniejszych przedstawicielach impresjonizmu, takich jak Manet, Monet, Renoir, Degas i Sisley. Motywy roślinne w secesyjnej dekoracji szkła naczyniowego i witraży będą tematem wykładu Elżbiety Gajewskiej-Prorok w ramach cyklu „Kolor i forma. Sztuka szkła w czasach nowożytnych”.

Secesja w szkle, fot. MNWr.

Muzeum Etnograficzne zaprasza na warsztaty rodzinne, podczas których uczestnicy będą wiązać, rozczesywać i splatać materiały, by krok po kroku zbudować własne postacie z włókien, nawiązujące do prac prezentowanych na wystawie „Ala Savashevich. Twoje ciało to pole pracy”

Slam poetycki inspirowany twórczością Yoshio Nakajimy, wykłady głównej kuratorki Narodowego Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Tokio Miki Kuraya o powojennej sztuce awangardowej w Japonii oraz Anny Chmielarz o inspiracjach, życiu i twórczości Kojiego Kamojiego, a także warsztaty ruchowe dla dzieci i dorosłych – to atrakcje przygotowane na zakończenie wystawy „Wschód słońca na Zachodzie” w Pawilonie Czterech Kopuł Muzeum Sztuki Współczesnej. Zaplanowano także oprowadzania po ekspozycji, w tym tłumaczone na polski język migowy. Ponadto odbędą się: comiesięczne zajęcia dla seniorek i seniorów, warsztaty dla maluszków inspirowane architekturą Pawilonu, a także, jak w każdą ostatnią sobotę miesiąca – seans multimedialny na wystawie stałej „Kolekcja sztuki polskiej II poł. XX i XXI wieku”.

Muzeum Narodowe we Wrocławiu


30.05, g. 15:00

Nowa architektura dla nowego człowieka, czyli o mieszkaniach. Wykład Mai Kwiecińskiej w ramach cyklu „Jak zbudowano nowoczesność”

Brak dostatecznej liczby godnych mieszkań spędzał sen z powiek władzom oraz architektom po I wojnie światowej. Rozwiązaniem problemu miało się stać precyzyjne projektowanie osiedli mieszkaniowych. Architektura mieszkaniowa spełniać miała wymogi estetyczne, a także posiadać aspekt społeczny – zorientowanie na człowieka – również jako optymalne miejsce do życia. Będziemy podróżować w czasie i przestrzeni m.in. po przedwojennej Polsce, Niemczech, Austrii, Francji i Związku Radzieckim, gdzie szukać będziemy dobrych przykładów i… anty-przykładów.

Wstęp wolny

Miejsce: Muzeum Narodowe we Wrocławiu, s. 116


31.05, g. 11:00

Impresjonizm. Triumf światła i koloru. Wykład Jadwigi Jasińskiej-Sadury w ramach cyklu „Kurs historii sztuki”

Uczestnicy poznają cechy stylowe tego awangardowego kierunku w sztuce XIX w. oraz najważniejszych jego przedstawicieli – od Maneta – prekursora, po Moneta, Renoira, Degasa i Sisleya. Okaże się, dlaczego nazwa „impresjonizm” była pejoratywna, a malarze opozycyjni w stosunku do uznanego akademizmu malowali swoje wrażenia w plenerze, zrezygnowawszy z tematów historycznych czy literackich. Preferowali pejzaże, portrety i pogodne sceny rodzajowe, zamieniając światło na kolor. Słuchacze dowiedzą się też o znaczeniu tego kierunku dla sztuki współczesnej.

Bilety w cenie 15 zł

Miejsce: Muzeum Narodowe we Wrocławiu, s. 116


31.05, g. 13:00

Kwietna secesja w szkle. Wykład Elżbiety Gajewskiej-Prorok w ramach cyklu „Kolor i forma. Sztuka szkła w czasach nowożytnych”

Motywy roślinne, a szczególnie kwiaty, stały się w okresie secesji wiodącym tematem dekoracji na szkle naczyniowym i w sztuce witrażowej. Inspiracje sztuką dalekowschodnią, a szczególnie malarstwem i ceramiką japońską oraz naczyń chińskich z rzeźbionego szkła i nefrytu, wpłynęły na projektantów dekoracji w szkle francuskim już w latach 80. XIX w. W dekoracjach naczyń wykonywanych najczęściej z przejrzystego szkła z barwnymi warstwami szlifowano rytowano a także wytrawiano kwasem dekoracje floralne. Szkła z pracowni Émile Gallé i Eugène Rousseau zdobione są kwiatami chryzantem, motywami bambusów i pawich piór. Z czasem artyści zaczęli sięgać do flory rodzimej: kwiatów róży, irysu, maku, wiśni, kapryfolium i innych. Szkła z taką dekoracją powstawały we francuskich firmach braci Daum w Nancy, braci Muller w Luneville oraz wielu innych wytwórniach szkła w Czechach, Niemczech, a także w firmie Louisa Comfort Tiffany w Stanach Zjednoczonych.

Wstęp wolny

Miejsce: Muzeum Narodowe we Wrocławiu, s. 116

Warsztaty rodzinne, fot. B. Caturian


Muzeum Etnograficzne


31.05, g. 12:00

Z włókien i węzłów. Warsztaty rodzinne Barbary Caturian dla dzieci w wieku 6–12 lat w ramach cyklu „Etno w południe”, towarzyszące wystawie „Ala Savashevich. Twoje ciało to pole pracy”

Podczas zajęć dzieci stworzą własne postacie z włókien, nawiązując do prac prezentowanych na wystawie. Będziemy łączyć, wiązać, rozczesywać i splatać materiały, by krok po kroku zbudować formę. Wypróbujemy różne sposoby wiązania i łączenia materiałów oraz zastanowimy się, jak codzienne czynności mogą być wpisane w nasze ciała i formę tworzonej przez nas postaci.

Bilety w cenie 10 zł

Zapisy: edukacja@muzeumetnograficzne.pl, 71 344 33 13

Miejsce: Muzeum Etnograficzne we Wrocławiu


Pawilon Czterech Kopuł Muzeum Sztuki Współczesnej


29.05, g. 11:00

Przystanek: Pawilon. Przedpołudniowe warsztaty dla seniorek i seniorów, prowadzenie: Justyna Oleksy

Jak w każdy ostatni piątek miesiąca – Pawilon przejmują seniorki i seniorzy. W maju – Japonia: po raz trzeci i ostatni! Zapraszamy na wolną, kontemplacyjną wędrówkę po wystawie, na lekcję haiku w praktyce i – tradycyjnie – rozgrzewkę, która rozbudzi ciało i wyobraźnię.

Bilety w cenie 15 zł (z Wrocławską Kartą Seniora – 3 zł)

Zapisy: edukacja.pawilon@mnwr.pl, tel. 71 712 71 81

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł


29.05, g. 17:00

Statkiem, stopem, samolotem? Japońscy artyści w Europie. Autorskie oprowadzanie po wystawie, prowadzenie: Barbara Przerwa

Tematem spotkania będzie wzajemne przenikanie kultury japońskiej i europejskiej, które możemy dostrzec w pracach artystów na wystawie „Wschód słońca na Zachodzie”. Koji Kamoji (ur. 1935), Yoshio Nakajima (ur. 1940) i Keiji Uematsu (ur. 1947) – wykształceni w Japonii, lecz tworzący w innym kręgu kulturowym, stali się ważnymi przedstawicielami współczesnej sceny artystycznej.

Wstęp z biletem na wystawę czasową

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł


30.05, g. 11:00

Czy widać chmury przez dziury? Zajęcia plastyczno-ruchowe Barbary Przerwy dla dzieci w wieku 6–10 lat w ramach cyklu „Muzealne poruszenie”

Natchnieniem do zabawy ruchowej i plastycznej będą dzieła Kojiego Kamojiego. Dziury w stworzonych przez niego pracach zaskakują i zachęcają do wymyślania ciekawych opowieści. Przyroda od zawsze była główną inspiracją prac tego artysty, stąd w trakcie warsztatów czekają na nas wiatr, drzewa, słońce, tęcza i kamienie…

Bilety w cenie 10 zł

Zapisy: edukacja.pawilon@mnwr.pl lub tel. 71 712 71 81

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł


30.05, g. 17:00

Rebel haiku | slam poetycki, prowadzenie: BroCat (Weronika Zwierzyńska)

Zapraszamy na eksperymentalny slam inspirowany twórczością Yoshio Nakajimy.

Performanse Yoshio Nakajimy trwały zazwyczaj tyle, ile zajmował policji przyjazd na miejsce wykonywania, czyli około 5–10 minut. Nakajima uważał, że należy przestać myśleć materialistycznie. Poprzez sztukę dopominał się o wolność i ochronę Ziemi, wchodząc w dialog z kapitalizmem. Artysta nie pytał o pozwolenie, tylko bezpardonowo wkraczał w przestrzeń publiczną, tworząc performans trwający wprawdzie chwilę, lecz w głowach odbiorców pozostający na lata.

W Pawilonie Czterech Kopuł odbędzie się zatem slam wyjątkowy, gdzie runda również potrwa chwilę, a forma literacka będzie treściwa – krótka niczym haiku – choć bardziej współczesne, bo ubrane w słowo „rebel”! Rebel – jak Yoshio Nakajima. Rebel – jak współczesny człowiek – we współczesnym świecie.

Czym jest SLAM? To interdyscyplinarny konkurs poetycki. Swoisty żywy organizm, w którym rywalizują poeci, osoby piszące, slamerzy, zwykli i niezwykli ludzie, którzy mają głos, mają czułość i widzą rzeczywistość.

Jak zgłosić się na slam? W slamie może wziąć udział każda osoba pełnoletnia, która zapisze się pod adresem: justyna.oleksy@mnwr.pl. Prosimy o podanie pseudonimu artystycznego bądź imienia i nazwiska. Liczba miejsc mocno ograniczona!

Zasady dla slamerów:

Prezentowane utwory muszą być autorskie. Nie używamy podkładu muzycznego, kostiumu, rekwizytu.

Slam odbywa się w trzech rundach. Pierwsza i druga – wszyscy uczestnicy, trzecia runda (tak zwana finałowa) – 4 osoby wyłonione z rund wcześniejszych za pomocą głosowania publiczności – z najwyższą liczbą punktów.

Każdy występ trwa maksymalnie 1 minutę. Przekroczenie limitu czasu skutkuje dyskwalifikacją uczestnika.

Jury stanowi publiczność, która oddaje głosy po każdym występie. Decyzje publiczności są ostateczne, niepodważalne, demokratyczne.

Wstęp wolny

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł


30.05, g. 18:00

Wschód–Zachód – poszukiwania i decyzje. Warsztaty tańca intuicyjnego dla dorosłych w ramach cyklu „Co mnie porusza w sztuce współczesnej, prowadzenie: Barbara Przerwa

Warsztaty na zakończenie japońskiej wystawy staną się podsumowaniem energii tanecznych towarzyszących sztuce Kojego Kamojego, Yoshio Nakajimy i Keiji Uematsu. Przetańczymy to, co poruszyło nas najbardziej – czy będzie to przejmujący widok wodospadu, czy siła koloru, czy oczyszczająca moc wiatru, a nawet przeciągu…

Bilety w cenie 20 zł

Zapisy: edukacja.pawilon@mnwr.pl lub tel. 71 712 71 81

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł


30.05, g. 19:00

Seans multimedialny „Zobacz, usłysz, dotknij!”. Oprowadzanie po wystawie kolekcji w Pawilonie Czterech Kopuł Muzeum Sztuki Współczesnej

Trzy kwadranse ze sztuką w Pawilonie Czterech Kopuł – daj się poprowadzić światłem, obrazem, dźwiękiem i słowem. Trwający 45 minut seans multimedialny wprowadza widza w zupełnie inny wymiar odbioru dzieł sztuki, poszerzając pole ich interpretacji. Zwiedzaniu towarzyszą najnowsze technologie: doskonałe oświetlenie, projektory, nagłośnienie, prezentacje multimedialne, które pozwalają na dotarcie do wszystkich obszarów percepcji widza.

Bilety w cenie 25 zł (20 zł bilet ulgowy, 15 zł/os. rodzinny i grupowy)

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł


31.05, g. 11:00

Kopuły pana Poelziga. Rodzinne warsztaty Mai Kwiecińskiej dla rodziców i dzieci w wieku do lat 2, wydarzenie w ramach cyklu #muzealniaki_pod_kopułą

Pawilon Czterech Kopuł już od ponad 100 lat pełni funkcje wystawiennicze. Podczas spaceru architektonicznego poznamy tajemnice tego budynku, a także ciekawostki związane z jego projektantem, niemieckim architektem Hansem Poelzigiem. Odpoczniemy, leżąc pod główną kopułą, a potem na warsztatach plastycznych odtworzymy jej geometryczną dekorację w małym dziele sztuki.

Bilety w cenie 10 zł

Zapisy: edukacja.pawilon@mnwr.pl lub tel. 71 712 71 81

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł


31.05, g. 11:00

10 Key Things You Should Know About Postwar Japanese Avant-Garde Art – for a Better Understanding of “Sunrise in the West”… Lecture by Mika Kuraya

Mika Kuraya was born in Chiba (Japan), and had been working as chief curator of The National Museum of Modern Art in Tokyo (MOMAT). Assumed the director of Yokohama Museum of Art (YAM) and general director of Yokohama Triennale in 2020. Her main concern is Japanese modern and contemporary art. Her curatorial projects include: “Undressing Paintings: Japanese Nudes 1880–1945” (2011–2012, MOMAT), “Jiro Takamatsu Mysteries” (2014–2015, MOMAT, co-curation), and “Welcome Back, Yokohama” (2025, YAM). She had received Special Mention for the 55th Venice Biennale of International Art Exhibition with Koki Tanaka’s solo show “abstract speaking: sharing uncertainty and other collective acts” in 2013.

The lecture will take the form of an online session with the speaker and will be broadcast in the courtyard of the Four Domes Pavilion.

Admission free


10 najważniejszych rzeczy, które warto wiedzieć o powojennej sztuce awangardowej w Japonii

Wykład w j. angielskim, prowadzenie: Mika Kuraya – główna kurator Narodowego Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Tokio (MOMAT)

Wykład odbędzie się w formie transmisji online z udziałem prelegentki i będzie transmitowany na dziedzińcu Pawilonu Czterech Kopuł.

Wstęp wolny

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł


31.05, g. 12:30

„Wschód słońca na Zachodzie” – oprowadzanie kuratorskie [PJM]. Prowadzenie: Iwona D. Bigos, tłumaczenie na polski język migowy: Elżbieta Resler

Prezentowana w Pawilonie Czterech Kopuł Muzeum Sztuki Współczesnej wystawa „Wschód słońca na Zachodzie. Koji Kamoji, Yoshio Nakajima i Keiji Uematsu” przybliża twórczość trzech współczesnych artystów urodzonych w Japonii, którzy na początku swojej kariery przeprowadzili się do Europy. Są to: Koji Kamoji (ur. 1935), Yoshio Nakajima (ur. 1940) i Keiji Uematsu (ur. 1947). Wykształceni w Japonii, lecz tworzący w innym kręgu kulturowym, stali się ważnymi przedstawicielami współczesnej sceny artystycznej. Wystawa obejmuje różne media – od malarstwa, rysunku i rzeźby, po film, fotografię i performans.

Wstęp z biletem na wystawę czasową

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł


31.05, g. 13:00 i 14:30

Raz, dwa, trzy i cztery – zapraszamy pod kopuły! Rodzinne warsztaty Mai Kwiecińskiej dla rodziców i dzieci w wieku 3–5 lat w ramach cyklu „Sztuczki w Pawilonie”

Czy wiecie, skąd Pawilon Czterech Kopuł bierze swoją nazwę? Na zajęciach przyjrzymy się dokładnie budynkowi naszego muzeum i policzymy kopuły. A jeśli nigdy nie zwróciliście uwagi na niezwykłe wzory głównej kopuły – tym razem poleżymy pod nią i będziemy ją oglądać jak niebo w nocy! Potem pobawimy się w architektów i zaprojektujemy własną dekorację kopuły.

Bilety w cenie 10 zł

Zapisy: edukacja.pawilon@mnwr.pl lub tel. 71 712 71 81

Miejsce: Pawilon Czterech Kopuł


31.05, g. 16:00

Koji Kamoji. Poszukiwanie miejsca. Wykład Anny Chmielarz

Wybitny artysta Kōji Kamoji (ur. 1935) – Japończyk, który od 1959 r. związał swoje życie i twórczość z Polską, do sztuki awangardowej wniósł dalekowschodnią wrażliwość oraz tradycję. Proste elementy, konkretne, oszczędne w formie przedmioty, elementy zaczerpnięte ze świata natury zyskują w jego twórczości wymiar symboliczny. Zarówno kontemplacyjne malarstwo artysty, jego rysunki, asamblaże oraz instalacje wyróżnia czystość formy oraz lapidarność, która przywodzi na myśl haiku oraz ogrody zen. Jak sam mówi: „Moja praca podobna jest w formie do pracy urbanistycznej. Ważne też są dla mnie rozstaw, ciężar, faktura i tło w przestrzeni – tylko cel jest u mnie odwrotny niż w urbanistyce. Nie chodzi mi o budowanie czegoś nowego, lecz odnalezienie i utrwalenie rzeczy, o których zapominamy, i świata, od którego się oddalamy. Chciałbym znaleźć taką formę, aby uzyskać ich obecność”.

Zapraszamy na spotkanie o sztuce, inspiracjach i życiu niezwykłego artysty.

Wstęp wolny

informacja prasowa

czwartek, 21 maja 2026

Co zobaczymy i usłyszymy w Operze Wrocławskiej w nowym sezonie artystycznym?

20 maja podczas konferencji prasowej zapoznano dziennikarzy z programem sezonu artystycznego 2026/2027. Wznowiony zostanie Festiwal Oper Współczesnych, a wśród premier m. in. "Rogoletto" Giuseppe Verdiego w reżyserii Michała Znanieckiego, "Polskie wesele" Józefa Beera w reżyserii Pawła Miśkiewicza, balet na podst. "Folwarku zwierzęcego" w choreografii Małgorzaty Dzierżon. Ponadto koncerty, m. in. Winterreise Franza Schuberta w  przekładzie Krzysztofa Gosztyły oraz w wykonaniu Tomasza Koniecznego, a dzieło Johannesa Brahmsa Ein Deutsches Requiem poprowadzi Dyrektor Opery – Agnieszka Franków-Żelazny. 

Od prawej: Agnieszka Franków-Żelazny (dyrektorka Opery Wrocławskiej, 
Aleksandra Szymańska (Dział Edukacji), Anna Grabowska-Borys (kierowniczka Chóru Opery Wr.),
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Wznowienie Festiwalu Opery Współczesnej

Agnieszka Franków-Żelazny, dyrektorka Opery Wrocławskiej, rozpoczęła swoje wystąpienie od ekscytującej informacji: powraca Festiwal Opery Współczesnej. W tym roku odbędzie się po raz szósty, w dniach od 5. do 26. września 2026. Wśród zaprezentowanych spektakli znajdą się dwie prapremiery, zamówione przez instytucję. Festiwal rozpocznie premierowy spektakl skomponowany przez Michała Ziółkowskiego: "GenOm", który wyreżyseruje Max Nowak, a orkiestrę poprowadzi Agnieszka Franków-Żelazny. Jak zapowiedział kompozytor, to spektakl będący rozważaniem nad tym, jak życie przeplata się ze sztuką, a w szczególności z muzyką. Mówi o tym, że muzykę mamy w genach. 

Drugim spektaklem zamówionym przez Operę Wrocławską, zaprezentowanym w ramach festiwalu, będzie "Igranie z potworami", którego pomysłodawcą i autorem muzyki jest Mateusz Ryczek, libretto napisała Justyna Skoczek, reżyserką – Marty Streker, zaś orkiestrę poprowadzi Rafał Kaczmarczyk. Jak zapowiedział kompozytor, jest to spektakl mówiący o relacjach w rodzinie i problemach, jakie przeżywają dzieci, gdy ojciec przebywa w wirtualnym świecie, zamiast poświęcić czas dzieciom.

W ramach festiwalu zobaczymy także nowy, czwarty już spektakl baletowy z cyklu "Żywioły. Wieczór choreografów", który powstaje we współpracy w wrocławską Akademią Muzyczną.

Premiery sezonu

Poza już wymienionymi, w grudniu odbędzie się premiera "Rogoletto" Giuseppe Verdiego w reżyserii Michała Znanieckiego, wybitnego reżysera operowego, którego inscenizacje często goszczą na deskach Opery Wrocławskiej. Dość wspomnieć 'Czarodziejski flet" W. A. Mozarta, "Don Carlosa" G. Verdiego czy "Włoszkę w Algierze" Gioacchino Rossiniego. Wystąpi orkiestra pod kierownictwem muzycznym Miriana Khukhunaishvili. W tytułowej roli usłyszymy wybitnego barytona Artura Rucińskiego, zaś w partii czarnego charakteru Sparafucile – Rafał Siwek (bas), nasz ulubiony szlachetny Don Quichotte, obaj śpiewacy robią oszałamiającą karierę w świecie.

W grudniu odbędzie się także "Bal u Mozarta" z muzyką Wolfganga Amadeusza – gala sylwestrowo-noworoczna, którą wyreżyseruje Paweł Miśkiewicz. Będzie to operowy debiut tego artysty, mającego w swoim dorobku wiele spektakli teatralnych, m. in. "Idiotę" F. Dostojewskiego, Śniadanie u Tiffany'ego" Trumana Capote, "Wiśniowy sad" Antoniego Czechowa czy "Przypadek Klary" Dei Loher.  

Kolejną premierą będzie "Polskie wesele" Józefa Beera -  słynna operetka łącząca cechy opery i musicalu, trzyaktowe dzieło stworzone przez polskiego kompozytora pochodzenia żydowskiego. Prapremiera odbyła się w Zurychu w 1937 roku. Dziś utwór ten jest uznawany za wybitny, a jego muzyka w luźny sposób łączy folklor, elementy romantyczne i swingujące rytmy. W 1937 roku spektakl odnosił ogromne sukcesy, ale po wybuchu II wojny światowej twórcy dzieła (pochodzenia żydowskiego) musieli ratować się ucieczką, a operetka trafiła na wiele lat w zapomnienie. Przez dekady nie była wystawiana w Polsce. Po latach utwór doczekał się oficjalnych inscenizacji w Europie (m.in. w Grazu czy Wiedniu) oraz w Polsce, w ramach Baltic Opera Festival. Spektakl wyreżyseruje również Paweł Miśkiewicz, a orkiestrę poprowadzi maestro Łukasz Borowicz.

Zaplanowano także premierę baletową: "Folwark zwierzęcy" na podst. powieści George’a Orwella, z muzyką Aleksandry Chmielewskiej i w choreografii Małgorzaty Dzierżon. Jest to kolejne zamówienie Opery Wrocławskiej.

Spektakle repertuarowe

Spośród spektakli repertuarowych w nowym sezonie artystycznym powrócą: "Carmen" G. Bizeta w reż. Marii Sartovej, "Salome" Richarda Straussa w reżyserii Mariusza Trelińskiego, "Sen nocy letniej" z muzyką Felixa Mendelssohna-Bartholdy`ego, "Opowieści Hoffmanna" Jacquesa Offenbacha –. spektakl w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego – mroczna opowieść o nieszczęśliwych miłościach poety, który w poszukiwaniu ideału wplątuje się w rozmaite intrygi. Ponadto powrócą "Poławiacze pereł"  Georges'a Bizeta – liryczna opera w 3 aktach, ceniona za barwną realizację Waldemara Zawodzińskiego i piękną muzykę. Zobaczymy też "Don Quichotte`a" Jules'a Masseneta, w reżyserii Marka Wiessa-Grzesińskiego i z wybitną rolą Rafała Siwka. Ponadto "Toscę" Giacomo Pucciniego w reżyserii Michaela Gielety, "Straszny dwór" Stanisława Moniuszki w reżyserii Bruna Berger-Gorskiego, niezwykle lubianego "Skrzypka na dachu" Jerry;ego Bocka w reżyserii Marka Weissa, piękny balet "Frida" Petera Salema w choreografii Annabelle Lopez Ochoi, "Madama Butterfly" Giacomo Pucciniego w reżyserii Giancarlo del Monaco... A dla dzieci: "Pchła Szachrajka" Macieja Małeckiego w reż. Anny Seniuk czy "Opowieść wigilijną" w choreografii Youriego Vamosa.

Koncerty

W Operze Wrocławskiej będzie także można posłuchać koncertów. I tak 13 września będzie miał miejsce wyjątkowy koncert, a mianowicie "Podróż zimowa", podczas którego usłyszymy cykl pieśni Winterreise Franza Schuberta w znakomitym polskim przekładzie Krzysztofa Gosztyły oraz w wykonaniu Tomasza Koniecznego, któremu towarzyszył będzie na fortepianie Lech Napierała. Będzie także obecny Krzysztof Gosztyła, który – jak stwierdził śpiewak – pracował nad przekładem 8 lat. Tomasz Konieczny stale współpracuje z Operą Wrocławską jako dyrektor castingu. Do jego kluczowych zadań należy wyszukiwanie talentów, przesłuchania oraz dbanie o to, by każda rola była obsadzona przez artystów gwarantujących najwyższy światowy poziom wykonawczy. Jednocześnie sam artysta robi spektakularną karierę, występując m. in. w nowojorskiej Metropolitan, toteż swoją wypowiedź nagrał na wideo i odtworzono ją podczas konferencji. 

6 i 7 listopada w Operze Wrocławskiej zostanie wykonane monumentalne dzieło Johannesa Brahmsa Ein Deutsches Requiem, które poprowadzi Dyrektor Opery – Agnieszka Franków-Żelazny.

Ponadto będzie realizowany cykl koncertów kameralnych w foyer teatru, który cieszy się ogromnym zainteresowaniem melomanów.,

Oferta edukacyjna


Ponadto warto zapoznać się z bogatą i różnorodną ofertą edukacyjny Opery Wrocławskiej, adresowaną do wszystkich grup wiekowych: od niemowląt po seniorów, dla osób pojedynczych i dla grup. Można będzie także uczestniczyć w próbach otwartych.
Są to warsztaty muzyczne, koncerty edukacyjne i cotygodniowe zajęcia, na których dzieci mogą rozwijać swoje umiejętności taneczne (Studio Baletowe) oraz ogólnorozwojowe i wokalne (Uwerturka i Chór Dziecięcy). Z kolei młodzież i dorośli będą mogli pracować nad  sprawnością fizyczną ciała (zajęcia pn. Body Ballet) oraz doskonalić pasje i  talenty taneczne (Taniec klasyczny i Taniec współczesny).

Sprzedaż biletów na koncerty i spektakle repertuarowe rusza 25 czerwca 2026 r., zaś sprzedaż biletów na zajęcia z oferty EduOpery rozpocznie się 1 czerwca 2027 r.


poniedziałek, 4 maja 2026

23. MDAG: kto odwiedzi nas we Wrocławiu?

Wrocławska edycja 23. Millennium Docs Against Gravity to nie tylko seanse filmowe, ale też spotkania z osobami tworzącymi kino dokumentalne. Między 8 a 17 maja kino DCF odwiedzą reżyserzy i reżyserki, a także bohaterowie i bohaterki prezentowanych filmów. Z kim spotka się wrocławska publiczność?

Andrea Mura, Federico Savonitto, Ewa Benesz – reżyserzy i bohaterka filmu „Ewa – ostatnia lekcja”

Hampus Linder – reżyser i bohater filmu „Wyznania szwedzkiego mężczyzny”


Główny bohater filmu, a jednocześnie jego reżyser, jest samodzielnym szwedzkim ojcem i feministą. Postanawia wyruszyć na konserwatywny męski zjazd odbywający się w Danii, aby spróbować zrozumieć gniew przemawiający przez jego uczestników. Jedna podróż zamienia się w sześcioletnie zanurzenie w manosferze – internetowej przestrzeni pełnej ultramęskich narracji, mizoginii i poczucia krzywdy. Wrocławska publiczność spotka się z Hampusem Linderem 11 maja, aby porozmawiać o sposobie funkcjonowania takich wspólnot, a także o współczesnych wzorcach męskości i zmieniających się rolach płciowych.

Alisa Kovalenko, Iryna Dovhan – reżyserka i bohaterka filmu „Ślady”


W ramach cyklu KinoUkraїna w kinie DCF zostanie zaprezentowany poruszający dokument o ukraińskich kobietach, które po doświadczeniu przemocy seksualnej i tortur w czasie rosyjskiej inwazji decydują się na przerwanie milczenia i przekazanie świadectwa. Film Alisy Kovalenko i Marysi Nikitiuk tworzy wielogłosowy portret traumy, a jednocześnie solidarności i siły. Jedną z jego centralnych postaci jest Iryna Dovhan – była więźniarka, dziś aktywistka dokumentująca świadectwa kobiet żyjących na wyzwolonych terytoriach Ukrainy. Po seansie (12 maja) odbędzie się spotkanie z reżyserką i bohaterką o tym, jak odzyskuje się głos po doświadczeniu przemocy, jak trauma może stać się impulsem do działania, a także o odwadze mówienia głośno jako o formie walki o sprawiedliwość i przeciwko bezkarności.

Andrea Mura, Federico Savonitto, Ewa Benesz – reżyserzy i bohaterka filmu „Ewa – ostatnia lekcja”


Ewa Benesz, jedna z ostatnich świadków zanikającego dziedzictwa Teatru Jerzego Grotowskiego, po ponad czterech dekadach pracy artystycznej we Włoszech decyduje się wrócić do Polski i zmierzyć z pytaniem o przyszłość swojej wiedzy. Jej historia to opowieść o powrocie – nie tylko do miejsca, z którego wyjechała w czasie stanu wojennego, ale także do własnych korzeni i doświadczeń, które kształtowały ją jako artystkę. Na 13 maja zaplanowano spotkanie z twórcami filmu oraz jego bohaterką o pamięci ciała, przekazywaniu wiedzy w praktykach performatywnych oraz o tym, co znika wraz z odchodzącym pokoleniem artystów – nie zabraknie także wrocławskich wątków, które w naturalny sposób splatają się z historią Teatru Laboratorium i działalnością Grotowskiego.


Vincent Munier – reżyser filmu „Pieśni lasu”


Podczas tegorocznej edycji MDAG kino DCF odwiedzi Vincent Munier – autor głośnego „Ducha śniegów", nagrodzonego Cezarem za najlepszy film dokumentalny w 2022 roku. Tym razem reżyser zabiera widzów i widzki w zachwycającą wizualnie wyprawę po pradawnych lasach Francji. Munier, wraz z ojcem Michelem i synem Simonem, wspólnie odkrywają życie w dzikich borach. Obserwują jelenie, sowy, rysie, głuszce i inne leśne zwierzęta. Kamera nie tylko rejestruje obrazy, ale przede wszystkim „słucha” lasu jak żywego organizmu, w którym ruch i dźwięk jest częścią skomplikowanej sieci życia. O rodzinnych relacjach, w których słychać echa szeptów i pieśni natury, wrocławska publiczność porozmawia z reżyserem filmu 13 maja.


Piotr Małecki i Wojciech Plewiński – reżyser i bohater filmu „Proszę nie siadać”


Wojciech Plewiński, wybitny fotograf i autor ponad pięciuset okładek tygodnika „Przekrój”, przygotowuje wystawę, podróżując śladami swoich prac. Mimo sędziwego wieku imponuje sprawnością i humorem. Rodzinne wyjazdy to jednak nie tylko nostalgia, ale też czas trudnych rozliczeń. Wojciech przyznaje się do zaniedbywania syna w dzieciństwie. Czas spędzony z najbliższymi pozwala jednak na nowo budować bliskość. Sukces wernisażu potwierdza, że twórczość Plewińskiego zachwyca kolejne pokolenia. To ciepły portret artysty, który z niesłabnącą pasją i bliskimi u boku obserwuje świat. 15 maja reżyser i bohater filmu odwiedzą kino DCF, aby spotkać się z wrocławską publicznością.


Michał Marczak – reżyser filmu „Bez końca”


Daniel nie słyszał, jak jego szesnastoletni syn wychodzi z domu nad ranem i idzie na most nad Wisłą, gdzie widziano go po raz ostatni. Kamera uchwyciła go, a potem chłopiec zniknął: albo skoczył do rzeki, albo zszedł z mostu. Odtąd Daniel i jego żona żyją w zawieszeniu między nadzieją a strachem. Ojciec nie potrafi czekać na przełom w śledztwie, buduje więc łódź wyposażoną w kamery i drony, by samodzielnie zbadać rzekę. Wraz z upływem czasu ból i napięcie ojca stają się świadectwem siły i wytrwałości w obliczu tragedii. Po pokazie (16 maja) zaplanowano rozmowę z reżyserem filmu o procesie tworzenia dokumentu o tak trudnej i przejmującej tematyce oraz o tym, jak sztuka może mierzyć się z niewyobrażalnym doświadczeniem straty.

Grzegorz Brzozowicz, Lech i Bożena Janerkowie – reżyser i bohaterowie filmu „Lech Janerka – śpij, śpij inteligencie”


Ostatni dzień i ostatnie spotkanie tegorocznej edycji MDAG upłynie pod znakiem legendy polskiej sceny muzycznej. Pierwszy film dokumentalny poświęcony Lechowi Janerce łączy wspomnienia głównego bohatera z różnorodnymi materiałami archiwalnymi (w tym z zapisami koncertów zespołu Klaus Mitffoch). To portret artysty, który niczego nie musi i wszystko mówi przez swoją twórczość, a jednocześnie podróż między jawą a marzeniami, bowiem kluczowym słowem w tekstach Janerki jest „sen”. Po seansie (17 maja) widzowie i widzki spotkają się z reżyserem filmu, a także jego bohaterami – Lechem i Bożeną Janerkami.

niedziela, 11 stycznia 2026

Ewa Rossano: Inspirują mnie ludzie /wywiad/

"Pragnę, aby moje rzeźby były „otwarte”, aby każdy mógł dodać im coś z siebie, ze swoich myśli, uczuć. Aby móc oderwać się na chwilę od codzienności i wejść w ten inny świat, bo wierzę, że ten inny świat jest w nas samych. W każdym z nas. To ta nasza duchowość". Rozmawiam z Ewą Rossano – jedyną polską artystką zaproszoną do UNESCO.

Życie to podróż, brąz (unikat, z cyklu o wodzie, utwory Liszta i Ravela),
fot. z archiwum artystki

Barbara Lekarczyk-Cisek: Jest Pani, mimo młodego wieku, uznaną w świecie artystką, o czym świadczy zaproszenie na Międzynarodową Wystawę UNESCO. Porozmawiajmy o Pani drodze artystycznej wiodącej do tych sukcesów. Skąd czerpie Pani inspiracje do swojej sztuki?

Ewa Rossano: Mnie bardzo inspirują ludzie – z nich czerpię najwięcej. Począwszy od modela w pracowni, przyjaciół, osób bardziej lub mniej mi znanych, po tych, o których nie wiem nic i mogę ich sobie tylko wyobrazić, skonstruować, wymyślić. Może to trochę tak, jak z pisaniem książki lub opowiadania, gdzie nagromadzone są pewne informacje, przekazana jakaś atmosfera, opisana główna postać, jednak nie do końca wszystko jest dopowiedziane. Pragnę, aby moje rzeźby były „otwarte”, aby każdy mógł dodać im coś z siebie, ze swoich myśli, uczuć. Aby móc oderwać się na chwilę od codzienności i wejść w ten inny świat, bo wierzę, że ten inny świat jest w nas samych. W każdym z nas. To ta nasza duchowość. Potem, w procesie twórczym, ulega to znacznemu przetworzeniu, jednak pozostaje to ”coś” – owa emocja, która przepływa NASTĘPNIE przez moje ręce. Czasami, po latach, spotykam kogoś, kto kiedyś kupił lub zobaczył na na wystawie moją pracę i dzieli się ze mną jakimś związanym z nią przeżyciem. I to jest najpiękniejsze – owa wymiana, która następuje między nami. Ostatnio jeden z moich znajomych wyjeżdżał do pracy w Chinach i wyznał mi, że jedyną rzeczą, którą wziął z domu, była moja rzeźba…Chyba nie ma większego prezentu dla artysty, jak fakt, ze jego dzieło jest swojego rodzaju zwierciadłem dla innej osoby.

To wspaniałe uczucie wiedzieć, że wytwory naszych rąk są dla kogoś do tego stopnia cenne! A wracając do inspiracji, to czy tworząc postać Angelusa Silesiusa czytała Pani jego mistyczne wiersze?

O, tak! Czytałam już wcześniej te piękne mistyczne wiersze Angelusa i były one dla mnie prawdziwym odkryciem, bo wcześniej o nim nie słyszałam. Na początku powstała statuetka Literackiej Nagrody Europy Środkowej ANGELUS. Szklane skrzydło wychodzi tam z serca, jest przeźroczyste i symbolizuje naszą duchowość. Każdy człowiek jest sumą tych dwóch elementów: ciała i duszy, a także wielu innych sprzecznych składników. Kiedy zaproponowano mi zrobienie dużej rzeźby, byłam zaskoczona i jednocześnie bardzo szczęśliwa. Na dodatek mogłam wybrać fragment jego wiersza, który znalazł się na pomniku: „Do nieba patrzysz w górę, a nie spojrzysz w siebie. Nie znajdzie Boga, kto go szuka tylko w niebie”.

Zaskoczeniem, a zarazem impulsem do refleksji był także fakt, że Angelus studiował i mieszkał w mieście, które jest obecnie moim – w Strasburgu. Niektórzy żartują, że Angelus ma twarz mojego męża, a Dziewczyna (Planeta) – córki (śmiech).

Ewa Rossano przy swojej rzeźbie Planeta, fot. z archiwum artystki

Jednak Pani artystyczna przygoda zaczęła się od malarstwa. Jak to się stało?

Moja droga do malarstwa nie była typowa. Nie mam w rodzinie artystów, bardziej byłam związana z teatrem, pantomimą i tańcem, ale nie łączyłam z tym swojej przyszłości. Było to wprawdzie przepiękne doświadczenie, ale czułam, że to jednak nie dla mnie. Moim najskrytszym marzeniem było zostać artystą. Dopiero po wielu latach zdałam sobie sprawę, że w dzieciństwie wszystkie moje zabawki robiłam sama i że bawiłam się tylko plasteliną. Zdałam po maturze na historię, ale zamiast studiować, pojechałam do Anglii szlifować język i tam bardzo szybko zdecydowałam się na studia malarskie. Wróciłam do Polski i wprawdzie nie dostałam się na ASP (wówczas PWSSP)za pierwszym razem, bo nie miałam gotowych prac do pokazania, to udało się po roku.

Czy na ASP miała Pani swoich mistrzów?

Na I roku studiowałam u prof. Grzegorza Zyndwalewicza – wspaniałego człowieka i artysty, dzięki któremu mogłam się odnaleźć w tym świecie. Potem wybrałam pracownię prof. Andrzeja Klimczaka-Dobrzynieckiego, który jest wspaniałą, silną osobowością i do tej pory marzę, aby mieć choć jeden jego obraz.

Po II roku studiów, choć były bardzo interesujące, zapragnęłam jakiejś zmiany. Taki już mam charakter, że nie tylko nie boję się zmian, ale wręcz ich potrzebuję. Marzyłam, żeby gdzieś pojechać i wówczas ktoś powiedział, że można złożyć swój projekt na studia do Strasburga. Potraktowałam to jako przygodę, nawet specjalnie nie myśląc, że się uda i… zostałam przyjęta. Nie znałam języka francuskiego a Francuzi z kolei niezbyt dobrze mówią po angielsku. Pierwszy rok był więc bardzo trudny. Właśnie wtedy zaczęłam rzeźbić. Tam jest zupełnie inny system nauczania – w ciągu roku trzeba zrobić „zaliczenie” z dziewięciu pracowni. Strasburska uczelnia była w bardziej konceptualna w porównaniu z ówczesną Wrocławską PWSSP – trzeba było dużo mówić, a tymczasem ja „mówię” rękami (śmiech). Dopuszczam raczej do głosu emocje.

Ewa Rossano, Wenus z Bałtyku, brąz i kryształ (unikat, z cyklu o wodzie,
utwory Liszta i Ravela), fot. z archiwum artystki


A jak się zaczęło rzeźbienie?

Mieliśmy dostęp do odlewni, do brązu, do szkła, ale do tej ostatniej pracowni trudno było się dostać. Na moje usilne prośby pani profesor poleciła mi, abym rozbiła młotkiem leżący w stertach gruz po wypalonych formach. Potem miałam go zmielić i przesiać przez sita. Musiałam przygotować dwa wiadra tego gruzu, aby uzyskać formę. To był prawdziwy horror! Dopiero potem zobaczyłam, że studenci biorą gips z worków, a nie „z odzysku” i zrozumiałam, że profesor chciała w ten sposób sprawdzić moją determinację. Teraz uważam, że to było wspaniałe i mądre. Potem bardzo szybko nauczyłam się łączyć szkło z brązem.

Czuje się Pani bardziej rzeźbiarką czy malarką?

Nie umiem na to jednoznacznie odpowiedzieć. To tak jak z byciem dwujęzycznym. Niekiedy pragnę coś wyrazić przez kolor, ale są i takie pomysły, które mogę oddać tylko w rzeźbie.

Można by zaryzykować stwierdzenie, że Pani rzeźby są malarskie. Skąd takie wrażenie?

Tak istotnie jest i przez to są trochę inne od typowych rzeźb. Łączenie materiałów trwałych z nietrwałymi jest czymś w rodzaju podróży – z różnymi jej etapami. Zaczynam zwykle od kryształu, rzeźbię w wosku, a potem zamykam to w formie, którą podgrzewam. W ten sposób tracę oryginał z wosku i zostaje tylko miejsce, będące odzwierciedleniem tego, co wyrzeźbiłam. Kawałki kryształów powoli topią się w piecu i nie można zobaczyć, jak to wygląda. Gdy wyjmuję rzeźbę z pieca po dwóch-trzech tygodniach, najpierw muszę rozbić formę i to, co objawia się moim oczom, dla mnie samej jest niezwykłą niespodzianką, rodzajem przygody. To nie może się znudzić! Bardzo lubię tę technikę.

Czy przed przystąpieniem do pracy szczegółowo ją Pani planuje i czy zdarzają się odstępstwa od tych planów?

Tak, planuję pracę, ale w trakcie tworzenia poddaję się wenie twórczej. Otwierają się wtedy w mojej wyobraźni jakby okna, które prowadzą do innego świata, wyzwalają pomysły. Jednak nie zawsze pozwalam sobie na otwarcie takiego okna, bo obawiam się nadmiaru wrażeń. Na ogół nie waham się, aby coś zmienić. Ostatnio mam pewien pomysł z królową Marią Antoniną, bo nurtuje mnie jej życie. To jest akurat bardzo duże okno. Interesują mnie też bardzo listy apostolskie i choć na razie nie wiem jeszcze, co chciałabym z nimi zrobić, ale czuję, że coś we mnie rośnie. Tak jest z większością inspiracji w moim przypadku: coś rośnie, zaczyna pączkować i w pewnym momencie „wychodzi” rękami (śmiech).

Ewa Rossano, Ogród wypowiedzianych słów, 2021, brąz i kryształ,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Wnoszę z tego, że strasburski konceptualizm nie zaszkodził Pani ani nie zmienił, skoro tworzy ciągle pod wpływem tajemniczych impulsów.

Tak rzeczywiście jest, w taki sposób „urodziła się” rzeźba Dziewczyn (Planet). Pierwsza z nich została wybrana przez Parlament Europejski – jako Nagroda Człowieczeństwa, ale zanim to się stało, pomysł zrodził się podczas rozmowy z mamą, w jakiś zupełnie naturalny sposób. To jest jakby przedłużenie mnie samej. Stale wożę ze sobą wosk, bo moje ręce muszą coś robić. Zresztą wszystko, co robię, jest nierozerwalnie związane z życiem. Czasami marzę, aby gdzieś pojechać i mieć czas tylko dla siebie, ale na razie jakoś nie potrzebuję tego osobnego czasu.

Czy ważna jest dla Pani świadomość, że ludzie obcują z Pani sztuką, oglądają ją, nawiązują kontakt?

Jakoś tak się szczęśliwie składa, że dużo pracuję, przychodzi mi to naturalnie i choć mam liczną rodzinę to udaje mi się pogodzić te dwa światy. Wystawiałam swoje prace nie tylko w UNESCO, Parlamencie Europejskim czy innych prestiżowych miejscach, ale zawsze szukałam przestrzeni, gdzie mogłabym zaprezentować swoje prace szerokiej publiczności, a nie tylko wybranej grupie ludzi. Miałam nawet wystawę w aptece czy na ulicy! Uważam, że to jest ważne, gdy człowiek pragnie coś przekazać ludziom, którzy sądzą, że nie mają nic wspólnego ze sztuką. Wierzę, że wszyscy mamy w sobie wrażliwość na piękno i że ono nas wypełnia. Jednak jest bardzo wiele osób, które w siebie nie wierzą, ja także taka byłam. Poza tym po tygodniach samotnej pracy pragnę spotkać ludzi i o czymś im opowiedzieć, np. o Polsce, o Wrocławiu… To jak pieśń, którą skomponowałam i chcę komuś zaśpiewać.

A jakie są Pani wrażenia z wystawy UNESCO?

UNESCO było zawsze moim marzeniem, bo jestem pełna podziwu dla tego, co ta instytucja robi dla świata. Kiedy zaproponowano mi tę wystawę, trudno mi było na początku w to uwierzyć. To było jak piękny sen, który się ziścił. W dodatku poznałam tam artystów, których w innych okolicznościach nigdy bym nie spotkała. Wydaje mi się, że te spotkania, zwłaszcza z artystą z Chin i z kobietą z Wysp Cooka, z którą się zaprzyjaźniłam, to było najważniejsze przeżycie. Kiedy wyobraziłam sobie miejsce, w którym powstały jej prace zainspirowane egzotycznymi owocami, których nie znam, to zrozumiałam, jak wiele jest jeszcze rzeczy do odkrycia. Ten „odcisk” sztuki tak odległej skojarzył mi się z jaskinią Lascaux. Dwa tygodnie w UNESCO pokazały mi przede wszystkim, że sztuka rodzi się wszędzie. A spotkać artystów z tak oddalonych od nas miejsc i widzieć, co stworzyli w zakątkach kuli ziemskiej, o których nic nie wiemy (lub wiemy wstydliwie mało), to jak piękna pieśń na cześć ludzkości! Ziemia jest wielką grotą Lascaux!

Nad czym Pani pracuje obecnie?

Aktualnie pracuję nad projektem będącym połączeniem muzyki i sztuk plastycznych. Część kompozycji ma związek z wodą, a część – z tańcem, do którego wykonałam rzeźby. Poza podświetlonymi rzeźbami, spektakl tworzą także filmy wideo artu. To dla mnie nowy, inspirujący rodzaj artystycznego doświadczenia.

Dziękuję za rozmowę.


Wywiad ukazał się pierwotnie 9 maja 2017, na portalu Nieżła Sztuka

Mozart – "Requiem" w Narodowym Forum Muzyki /zapowiedź/

6 listopada o 19.00 w Narodowym Forum Muzyki angielski dyrygent Jonathan Nott, uznawany za wybitnego interpretatora muzyki współczesnej, pod...

Popularne posty