Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barbra Lekarczyk-Cisek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barbra Lekarczyk-Cisek. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 listopada 2020

Orhan Pamuk: „Rudowłosa” – powieść palimpsest /recenzja książki/

„Rudowłosa”, najnowsza powieść Orhana Pamuka, utwierdza czytelników w przekonaniu, że turecki mistrz barokowej narracji nadal jest w znakomitej formie i (u)wodzi czytelnika za nos. 

Nic, co prawda, nie przebije historii tajemniczych zabójstw miniaturzystów w nagrodzonej Noblem powieści „Nazywam się Czerwień” oraz równie oryginalnej, co obszernej: „Muzeum niewinności”… A jednak „Rudowłosa” także zaskakuje zwrotami akcji czy może bardziej – narracji. Jest jak palimpsest: pod zasadniczą i – chciałoby się rzec: widoczną historią – ukrywa się następna i następna, jeszcze bardziej zagadkowa…

Ojciec bez syna jest jak syn bez ojca: nikt go nie przyjmie jak swego

Słowa te, pochodzące z „Księgi królewskiej” Ferdousiego, są jej mottem, ale bynajmniej nie jedynym. Powieść Pamuka opatrzona jest także cytatem z „Narodzin tragedii” Friedricha Nietzschego, przywołującym ludowe perskie powiedzenie, że mądry mag może się narodzić tylko z kazirodztwa oraz fragmentem pochodzącym z tragedii Sofoklesa: „Król Edyp”: Gdzież znajdą się ślady // Dawnej i wiekiem omszałej już zbrodni? Wszystkie one wprowadzają różne klucze interpretacyjne tej samej zbrodni: zabójstwa i kazirodztwa, a także – jakbyśmy powiedzieli współczesnym językiem – relacji ojca i syna, które kładą się cieniem na życiu ich obu. Pamuk powie ustami swego bohatera, że jest to opowieść o tajemnicach relacji między ojcem a synem. I słowo „tajemnica” okaże się jak najbardziej zasadne.

Początkowo więc czytamy historię życia, którą opowiada Cem – główny bohater, a jej interpretacja pozostaje w ścisłym związku z myślą przywołaną z „Księgi królewskiej”. Kiedy narrator był dzieckiem, ojciec opuścił rodzinę w niewyjaśnionych okolicznościach, skutkiem czego sytuacja materialna stała się tak trudna, że chłopiec w czasie wakacji podjął pracę w księgarni, co zresztą bardzo mu się podobało, ponieważ mógł czytać dowoli, zaczął też marzyć o zostaniu pisarzem. Jednak praca w księgarni była niskopłatna i nie mogła pokryć kosztów kursów przygotowawczych do egzaminów na uniwersytet, chłopiec przyjął propozycję pracy przy kopaniu studni. W ten sposób poznał mistrza Mahmuda, który nie tylko wprowadził go w tajniki zawodu, ale stał się dla niego kimś w rodzaju ojca. Był stanowczy, mądry, ale i opiekuńczy, czuły. Mistrz Mahmud uczył bohatera nie tylko tajników zawodu, ale także odpowiedzialności i cierpliwości w dochodzeniu do celu, a wieczorami opowiadał różne fascynujące i pouczające historie. Dopiero w dorosłym życiu Cem odkryje, że pochodzą one ze starych ksiąg, m.in. z Koranu i z „Księgi królewskiej” Ferdousiego, i zawierają nieprzemijające prawdy. 

Moim mistrzem był mój ojciec, a jeśli ty okażesz się dobrym pomocnikiem – mawiał Mahmud – staniesz się dla mnie jak syn.

Stworzyli więc relację, w której mistrz Mahmud zastąpił chłopcu ojca, którego mu tak brakowało. 

Pewnego wieczoru mistrz poprosił chłopca, aby tym razem on opowiedział jakąś pouczającą historię i ten przytacza mit o Edypie. Nie rozumie przy tym, dlaczego wybrał właśnie tę opowieść, nie potrafi też odczytać jej morału, ale mistrz odczytuje właściwe pouczenie, dotyczące przeznaczenia. Jednakże opowieść ta, pochodząca z europejskiego kręgu kulturowego, nie podoba mu się. Zupełnie, jakby przeczuwał, że w jakimś sensie się spełni w jego życiu. W rewanżu mistrz opowiada chłopcu podobną historię, pochodzącą z kręgu tradycji wschodniej, w której to ojciec zabija syna, ponieważ nie rozpoznaje go. Te dwie opowieści tworzą właściwie rodzaj uniwersum, w którym tradycje pozornie odległe: wschodnia i zachodnia spotykają się i uzupełniają. A potem spełniają w losach bohaterów powieści Pamuka. Ojciec bez syna jest jak syn bez ojca…

Ufaj mistrzowi i słuchaj go, a on się już wszystkim zajmie – przekonuje go Mahmud. Będziesz kiedyś wielkim człowiekiem, wiem to. A jednak syn zdradza ojca, bo sam został niegdyś przez ojca zdradzony… I nie zostaje nikim wielkim.

Rudowłosa Lilith


Lilith, John Collier,1892, The Atkinson Gallery, Anglia



Cem przeżywa w tym czasie pierwszą miłość – obiektem jego fascynacji staje się tytułowa Rudowłosa, aktorka występująca w miasteczku, sporo od niego starsza. Jej będzie zawdzięczał inicjację w dorosłość, ona też stanie się jego przekleństwem. Ulegając jej chłopiec niszczy swoją relację z mistrzem i ucieka od niego, przekonany, że przyczynił się do jego śmierci. Rudowłosa jest symbolem wieloznacznym: kojarzy się z grzechem i występkiem, jest Lilith, znaną z wczesnej literatury rabinicznej, gdzie jawi się ona jako zła i zepsuta kobieta, pierwsza żona Adama. Zaś kolor rudy od dawna kojarzony był z grzechem, światem podziemnym i szatanem – był kolorem kłamstwa, zdrady, fałszu, oszustwa, niewierności i wiarołomstwa. W istocie, Rudowłosa – przedmiot młodzieńczej fascynacji – sprowadzi na bohatera nieszczęście. 

Fatum

Odtąd będzie uciekał od swojego przeznaczenia, jak Edyp, nie mogąc się jednocześnie od niego uwolnić. Obsesyjnie studiuje księgi i obrazy związane z obu opowieściami, a szczególnie z historią Edypa. Poznając ją, podobnie jak bohater antycznej tragedii – długo jednak nie rozpoznaje w niej siebie. 

Cen porzuca też marzenia o karierze pisarza. Początkowo pragnął nim zostać, ponieważ chciał w ten sposób zapanować nad obrazami, emocjami i przeżyciami, których doświadczał. Jakże jednak może zapanować nad tym wszystkim ktoś, kto ucieka od samego siebie… I czy można uciec od swego losu? Historia Edypa pokazuje, że to się nigdy nie udaje. Syn staje się ojcem i ginie z ręki własnego syna. 

Ale Pamuk na tym nie kończy. Chociaż uśmierca swego głównego bohatera, historia na tym się nie kończy. Narratorką zostaje teraz … Rudowłosa. W ten sposób nie mamy już złudzeń, że los Envera, syna Cema, jest przesądzony. Zarazem jednak przesuwają się akcenty powieści – jej narracja zyskuje kolejny, nieoczekiwany wymiar.

Opowieść o procesie twórczym

Enver pragnie, jak niegdyś jego ojciec, zostać pisarzem i swoimi słowami opowiedzieć własny mit. Teraz, kiedy zabił ojca „przez przypadek”, może snuć opowieść o tym, jak do tego doszło, do czego usilnie namawia go Rudowłosa. Kiedy syn jest w więzieniu, już się przeciwko niej nie buntuje, ale należy wyłącznie do niej. A ona bardzo pragnie, by wydobyto ją z cienia. Dlaczego tylko ojciec i syn? Gdzie postać kobieca? Przecież to ona jest ukrytą sprężyną całej tej opowieści. Toteż Rudowłosa wręcza synowi reprodukcję obrazu Dantego Gabriela Rossettiego: „Beata Beatrix”, przestawiającą tę, która była inspiracją dla Dantego, uosobienie kobiecości i piękna. Dodajmy, że modelką była Lizzie Siddal – uwielbiana przez prerafaelitów ich muza, a potem żona Rossettiego. 

Dante Gabriel Rossetti, Beata_Beatrix, 1864-1870, Tate Gallery, London

Rudowłosa także chce być muzą, toteż prosi syna:

„Kiedy skończysz (pisać książkę), na okładce umieścisz ten obrazek; i powiedz co nieco o młodości twojej pięknej matki. Spójrz, ta kobieta trochę mnie przypomina. I dodaje: Oczywiście sam wiesz najlepiej, jak zacząć powieść, ale powinna ona być jak moje końcowe monologi: szczera, a zarazem baśniowa. Realistyczna jak prawdziwe przeżycie i znajoma jak legenda. Wtedy zrozumie cię nie tylko sędzia, wtedy zrozumieją cię wszyscy. I pamiętaj, że właściwie twój ojciec też chciał być pisarzem”.

Bo, koniec końców, "Rudowłosa" Orhana Pamuka jest przede wszystkim opowieścią o tym, jak powstaje powieść, w której wszystkie te znane mity i symbole obu kultur: wschodniej i zachodniej, stanowią niewyczerpane źródło wiedzy o człowieku i jego losie. Najlepszym tego przykładem jest nie tylko mit o Edypie, ale także obecny w powieści motyw studni. Jest ona symbolem twórczej mocy i zgłębiania tajemnicy samego siebie, co jest procesem żmudnym i trwającym długo, ale przynoszącym w końcu owoce tym, którzy od tego nie uciekają i nie tracą wiary, że to ma sens. Oczywiście, niezbędnym warunkiem stworzenia dobrej opowieści, „zrozumiałej dla wszystkich”, są emocje: miłość, fascynacje, nierzadko „grzeszne”, których opanować się nie da, ale bez nich nie ma życia i nie ma dobrej literatury.

Powieść Orhana Pamuka: „Rudowłosa” ukazała się 17 sierpnia 2017 roku w Wydawnictwie Literackim, w tłumaczeniu Piotra Kawuloka.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Culture Avenue.


środa, 27 grudnia 2017

Kazimierz Braun: Świadek historii i Człowiek Teatru /recenzja książki "Pamięć. Wspomnienia")

Kazimierz Braun pozostawił po sobie pamięć znakomitych inscenizacji. Autor książek z dziedziny historii teatru, dramaturg i prozaik. dokonał tym razem podsumowania swojego życia i twórczości. 

Wydawnictwo Marszałek
Książka Kazimierza Brauna nosi znaczący tytuł "Pamięć. Wspomnienia". Cóż to może oznaczać?

Zasadniczo opieram się na własnej pamięci - wyjaśnia we wstępie autor. I dodaje: Pamiętamy to, co związane było ze szczególną emocją, uderzającym obrazem, przenikliwym słowem, szczególnym nastrojem, porą dnia czy roku, światłem, a najbardziej z określonymi ludźmi: ich twarze i wyrazy twarzy, ich imiona, czynności, słowa, zdania, intonacje głosu. Pamięć lubi dobro. Utrwala to, co piękne, jasne, miłe, przyjazne, przyjemne. Rzadko przechowuje ból. 

Taka myśl przenika wspomnienia Kazimierza Brauna, które są w swej głębszej istocie summą życiowych doświadczeń autora i refleksją nad nimi. 


Wszechogarniający las i dzieje rodziny

Pamięć jest wartością, a pamiętanie służbą - zakłada reżyser i zaprzęga swoje wspomnienia w służbie innym: bliskiej i dalszej rodzinie, swoim mistrzom, a także napotkanym  obcym ludziom, którzy - jego zdaniem - na wspomnienie zasługują. Ono ich ocala od zapomnienia, a książka staje się rodzajem żywicy, w której zatopieni - pozostają na zawsze. Wspomnienia są także świadectwem głębokiej wiary ich autora, który nigdy nie dał się zwieść pokusie robienia kariery za wszelką cenę, a swoją niezłomność w tym względzie czerpał  właśnie z tradycji i wiary. Wreszcie jawi się on także jako świadek historii - wojny oraz przemian, które przyniósł komunizm i zniewolenie. 

Aby swoje wspomnienia uporządkować i zarazem nadać im głębszy sens, Kazimierz Braun dzieli je na etapy, które opatruje znaczącymi tytułami. I tak dziesięcioletni okres dzieciństwa, które spędził w majątku rodziców, w domu w Milechowicach, zatytułował "Las", jest to bowiem krajobraz, który ukształtował jego wrażliwość i wyobraźnię. O lesie pisze poetycko:

Las był moim żywiołem, środowiskiem, krajobrazem. Dom był w lesie, więc las zaczynał się natychmiast, gdy spojrzało się z okna, gdy tylko wyszło się za próg. (...) Las miał ciągłość i siłę wszechogarniania. (...) Był las letni, suchy, pełen brzęku pszczół, komarów przeróżnych owadów. Był las mokry na wiosnę i na jesieni, z kroplami kapiącymi, spadającymi z liści i igieł prosto za kołnierz. Był las później jesieni, bez liści podszycia i gałęzi, więc jakby przeźroczysty, widać było przezeń dlatego. Był las unieważniony, jakby wykasowany przez mgłę i wiedziało się, że tam jest, ale widać było tylko pnie najbliższych drzew...

Las to także wspomnienie wojny, powrót ojca z niemieckiego więzienia, święta i uroczystości rodzinne we dworze w Mokrsku, gdzie autor przyszedł na świat. Również  ukochani dziadkowie i ich dzieje. Autor opisuje dramatyczne losy starszego pokolenia, a także rodzeństwa ojca - Juliusza Henryka Brauna i siostry Jadwigi. Wspomina Kazimierza - legionistę, który walczył z bolszewikami w 1920 roku, ale był także poetą i skomponował słynną pieśń "Płonie ognisko w lesie". Jako ostatni Delegat Rządu na Kraj został uwięziony po wojnie, a następnie wyemigrował i zmarł na wygnaniu. Juliusz  miał także siostrę Jadwigę - aktorkę, która została skazana na osiem lat łagrów za udział w Związku Walki Zbrojnej, ale udało się jej wyjść z Armią Andersa. Po wojnie zamieszkała w Londynie, a następnie  żyła na emigracji w Kanadzie. Autor poświęca wiele miejsca rodzicom i dziadkom, a nawet pradziadkom - ukazując typowe losy ziemian, z którymi historia obeszła się okrutnie. Znajdujemy w tych wspomnieniach zarówno smakowite ciekawostki, jak choćby ta, że pradziadek Konstanty Miller (urodzony na Podolu), studiował i podróżował po zachodniej Europie, był zaprzyjaźniony z Cyprianem Kamilem Norwidem i przez czas jakiś przebywał w Stanach Zjednoczonych, gdzie pracował jako pianista i nauczyciel muzyki. 

Ze wspomnień dowiadujemy się także, jak wyglądały święta w Milechowach - jak się do nich przygotowywano, jakie jadano potrawy, a także jak wyglądały codzienne praktyki religijne i jakie były popularne dziecięce zabawy. Ten wspaniały świat tradycji i kultury polskiej został całkowicie zmieciony przez komunizm.

... ci wszyscy ziemianie - konkluduje autor - to byli po prostu ludzie ciężkiej, wielkiej, pożytecznej, uczciwej pracy. Wstawali do dnia, wyjeżdżali w pole, doglądając robót, prowadzili księgowość swoich majątków, załatwiali wszelkie transakcje, zatrudniali, dając zarobek i dach nad głową, dziesiątkom, a sezonowo setkom ludzi. Utrzymywali szeroką rodzinę. Budowali kościoły i szkoły. Dotowali klasztory. Fundowali stypendia.

Dożywali zaś żywota w ciasnych, jednopokojowych mieszkaniach, pozbawieni możliwości pracy i napiętnowani jako "wrogowie ludu"... 

Miasto - studia polonistyczne  i wyjazdy za żelazną kurtynę

W 1946 roku Kazimierz Braun przeniósł się wraz z rodzicami do Częstochowy. W tym samym czasie odwiedził także w Krakowie Mehoffera, u którego rodzice zamówili obraz. Widział też powojenną zrujnowaną stolicę. Ojciec pracował w Izbie Przemysłowo-Handlowej jako dyrektor tej instytucji, a także jako rektor Wyższej Szkoły Administracyjno-Handlowej. Niedługo jednak, choć tak wiele zrobił dla miasta. W grudniu 1948 roku został aresztowany, podobnie jak stryj Jerzy i wielu innych. Siedział długo i wyszedł po latach z zaawansowaną gruźlicą. Wprawdzie przeżył, ale został całkowicie odsunięty, a jego zdolności i umiejętności nigdy już nie zostały wykorzystane. Rodzina "wroga ludu" żyła przez pięć lat w nędzy, bo fizyczna praca matki  (absolwentki Uniwersytetu Jagiellońskiego) nie wystarczała na utrzymanie dzieci i teściowej. Od czasu do czasu rodzinę wspomagał Kościół - również w tych latach represjonowany. 

Po zdaniu matury Kazimierz nie miał szansy dostać się na studia, mimo że wyjechał do Poznania, gdzie przygarnęła go pod swój dach dalsza rodzina, aby w ten sposób wspomóc krewnych.  Kiedy nie dostał się na filologię germańską (informacje o tym, że ojciec jest uwieziony jednak za nim dotarły), rozpoczął pracę jako robotnik na budowie, dzięki czemu otrzymał skierowanie na studia. W tym czasie ojciec został urlopowany z więzienia, zapadł bowiem poważnie na gruźlicę. W rezultacie nowych okoliczności Kazimierz dostał się na polonistykę, a jednocześnie rozwijał zainteresowania teatrem: grał w studenckich przedstawieniach, próbował reżyserować, współpracował z radiem i telewizją jako spiker. Za pracę w teatrze studenckim otrzymał w nagrodę wczasy w Szwajcarii, które jednak odwołano. Pojechał za to później na festiwal do Paryża z ekipą Bim-Bomu. Była to podróż niezwykle owocna pod wieloma względami. Poznał wówczas Konstantego Jeleńskiego i Jerzego Giedrojcia, co zaowocowało wydaniem powieści "Pomnik", rekomendacją do Radia Wolna Europa i ... wielokrotnymi odmowami otrzymania paszportu. 

Było także zwiedzanie Paryża "śladami Norwida", oglądanie filmów i spektakli, a nawet pielgrzymka do Lisieux – na prośbę ojca, który uważał, że swoje uwolnienie zawdzięcza św. Teresce.  Mógł wreszcie zobaczyć swoich krewnych, którzy wyemigrowali i dla których wizyta kogoś z Polski była równie niezwykłym przeżyciem. Nie sądzili, iż taka podróż jest w ogóle możliwa. Odwiedzając w Londynie ciocię Jadzię - aktorkę, Kazimierz Braun nie tylko konstatuje, że Polonia żyje bardzo skromnie, ale ma również niepowtarzalną okazję obejrzeć zbiory British Museum, Tate Galery oraz występ Marcela Marceau. 

Studia reżyserii i praca w teatrze

Braun bardzo interesująco opowiada o studiach na Wydziale Reżyserii w Warszawie. Jego mistrzami byli: Bohdan Korzeniewski (który uczył się teatru inscenizacji u samego  Leona Schillera oraz - pośrednio - u Gordona Craiga) i Erwin Axer. Ich błyskotliwie nakreślone portrety pozwalają wyobrazić sobie, jakimi byli ludźmi i jaką stwarzali wokół siebie atmosferę. Z pewnością byli wymagającymi profesorami, ponieważ były to wielkie osobowości, o szerokich horyzontach i olbrzymiej wiedzy. Korzeniewski był błyskotliwy i okrutny zarazem, a studenci musieli  na zaliczenie przedstawiać prace inscenizacyjne, które składały się z opracowania pisemnego oraz projektu inscenizacji w formie makiety. Zabierało to mnóstwo czasu, ale można było zaszaleć, tzn. zaproponować każde, nawet najbardziej zaskakujące, rozwiązanie, byleby je rzeczowo uzasadnić. Jednak chyba najwięcej zyskał młody student reżyserii pracując pod opieką Erwina Axera, który tak go sobie upodobał, że szybko zrobił go swoim asystentem. Braun przyznaje, że najsilniej utkwiły mu w pamięci zajęcia z seminarium scenograficznego Andrzeja Pronaszki - prawdziwego wizjonera. Braun był także asystentem Stanisławy Perzanowskiej przy "Pastorałce" Schillera. Dla starszego pokolenia - znana jako Matysiakowa, była Perzanowska już wówczas legendą polskiej sceny. Zagrała w prapremierowym przedstawieniu "Pastorałki" przygotowanym w 1922 roku przez samego Leona Schillera w Reducie. Pamiętam ją jeszcze ze znakomitej krakowskiej inscenizacji "Czekając na Godota" Becketta, którą reżyserowała w latach 70. ubiegłego wieku.

Pisząc o początkach swojej pracy jako reżysera, Braun nie stroni od anegdot i refleksji. Opowiadając np. o tym jak asystował Axerowi w "Biedermannie i podpalaczach" Maxa Frisha i konstatuje, że autor już w latach 60. zobaczył groźbę rozpanoszenia się w Europie potencjalnych podpalaczy, przybyszów z zewnątrz. Sztuka opowiada, jak to do mieszczańskiego domu Biedermannów przychodzi domokrążca, którego gospodarze zapraszają na śniadanie. Potem pojawia się drugi. Zaczynają się panoszyć i wreszcie doprowadzają do tego, że kiedy chcą podpalić dom, gospodarz usłużnie podaje im zapałki… 

Braun snuje równolegle swoją opowieść o pracy w teatrze - dyrekcjach, zwolnieniach z kolejnych placówek, znaczących w jego karierze przedstawieniach - na wrocławskiej "Dżumie" w okresie stanu wojennego kończąc. Jednocześnie pisze o swoim życiu osobistym: szczęśliwym małżeństwie, które zaowocowało trzykrotnym ojcostwem, o poznanych dzięki teatrowi ludziach: przyjaźniach, charakteryzuje trafnie znane postaci ze świata teatru, m.in. Tadeusza Łomnickiego, Jerzego Grotowskiego, Krystynę Skuszankę i Jerzego Krasowskiego, Krzysztofa Chamca, Aleksandrę Śląską… Pisze także o swojej idei teatru wspólnoty:
Zrozumiałem, że ta wspólnota może powstać w widowisku teatralnym, jeśli aktorów i widzów zjednoczy, uczyni wspólnotą właśnie, jakiś jeden wspólny czynnik, moc, energia. (…) Przeżycia oraz społeczne relacje wspólnotowe pomiędzy aktorami i widzami powstawały na gruncie wartości zarówno w dziedzinie kultury, jak polityki, a ogólnie losu.

„Pamięć. Wspomnienia” Kazimierza Brauna jest to znakomite źródło dla teatromanów, ale także dla wszystkich, którzy pamiętają lub chcieliby poznać życie teatralne i społeczne w Polsce w latach 60., 70. i 80. Autor pisze o tym barwnie i z charakterystyczną dla siebie swadą. Dotyczy ona także współczesności - życia na obczyźnie i nieustającej pracy twórczej. Kazimierz Braun bowiem jest nie tylko znakomitym inscenizatorem, o czym mogliśmy się przekonać wielokrotnie, oglądając jego przedstawienia w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu. Każde z nich było wydarzeniem: "Anna Livia" na podst. "Ulissesa" Joyce`a, czy sztuki Tadeusza Różewicza, a także "Dziady" Adama Mickiewicza pozostają w pamięci na zawsze. Braun to autor wielu książek o teatrze, a także dramatów i powieści. Wielki Nieobecny polskiego teatru. Szkoda...

Książka Kazimierza Brauna "Pamięć. Wspomnienia" ukazała się nakładem Wydawnictwa Adam Marszałek.

Recenzja ukazała się na portalu Kulturaonline w lutym 2016 r.

poniedziałek, 23 października 2017

Piotr Wierzbicki: W salonie. Tropiąc prawdę /recenzja książki/

Ascetyczna z pozoru książeczka zawiera w istocie esencjonalnie napisany, refleksyjny tom felietonów Piotra Wierzbickiego. Mimo że pochodzą one z różnych lat, ich wymowa brzmi nad wyraz aktualnie i prawdziwie, toteż powinien po niego sięgnąć każdy myślący człowiek.

Wydawnictwo Sic!

Do wnętrza niewielkiej rozmiarami książki "W salonie" wiedzie nie tylko (pozornie, jak się okaże) jednoznacznie brzmiący tytuł, ale także przykuwająca uwagę reprodukcja obrazu holenderskiego malarza Wountera Crabetha: „Gra w karty”. Uwagę przykuwa na niej postać roznegliżowanej kobiety, bynajmniej nie damy, o którą prawdopodobnie toczy się ta gra. Salon to więc czy miejsce moralnie podejrzane? Co łączy te dwie rzeczywistości? Co wiąże zebrane w tomiku felietony? Oto zadanie dla czytelnika. By mógł sobie na nie odpowiedzieć, powinien przebyć wraz z autorem proponowaną przez niego intelektualną przygodę.
Jak się dowiadujemy na wstępie, zawarte w książce felietony pochodzą z różnych okresów twórczości Piotra Wierzbickiego i zostały starannie wybrane te, które – jego zdaniem – przetrwały próbę czasu.
Felieton może się zestarzeć – czytamy. By przetrwał, nieść go musi f o r m a: odgadnięte i doszlifowane j a k.

Żebym miał talent…

Piotr Wierzbicki, istotnie, prezentuje nam swój znakomity warsztat felietonisty, eseisty, sięgającego wprawną ręką a to po metafory (Mózg cyrku, Spór z nie istniejącym, W salonie, Domek Baby Jagi czy Lokaj), a to po przypowieści wysnute z otaczającej rzeczywistości (Tańcząca mrówka), tropi paradoksy (Nietakt stulecia), stosuje także rozmaite figury retoryczne, jak ironia, rozbudowane porównanie, pytanie, gradacja (Rekordziści świata i in.). Czyni to w sposób dyskretny i elegancki. Można by do niego odnieść zdanie Czechowa, które wiele mówi o skromności pisarza:
Pisarz nie musi być sędzią swoich postaci ani tego, o czym one mówią, tylko bezstronnym świadkiem. (…) Ode mnie wymaga się tylko jednego – żebym miał talent (…)

Autorowi felietonów także talentu nie zbywa, ale tym, co mnie w nich najbardziej pociąga, jest objawiająca się w atrakcyjnej formie treść felietonów – waga i ponadczasowość problemów stanowią, jak sądzę, największe bogactwo tej nieocenionej książeczki.

Tropiąc prawdę

Każdy z tych tekstów stanowi pewną zamkniętą intelektualnie całość i nie musimy czytać ich „po kolei”, a jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że stanowią pewien rodzaj uniwersum – opisują świat wokół nas i łatwo rozpoznamy w nich także nasze doświadczenia, począwszy od elit  „W salonie”, poprzez tematy literackie (celne felietony o twórczości Antoniego Czechowa i Henryka Sienkiewicza) i paraliterackie (o słowach-wytrychach), a skończywszy na refleksji egzystencjalnej w „Tańczącej mrówce”. Nie jest jednak tak, że temat pojawia się w kolejnych tekstach i znika, ustępując innym. Przeciwnie, będzie się przewijał w różnych wariantach tu i tam, oświetlając problem pod różnymi kątami.

Tytułowy felieton: „W salonie” porusza problem współczesnych elit, wskazując na ich cechę dystynktywną, jaką jest pewien rodzaj kumoterstwa. O tym, czy się przynależy do salonu, nie decyduje dziś talent czy pochodzenie, jak dawniej. Salon współczesny dzieli się na „swoich” i „obcych”, jest solidarny i wszyscy będą wychwalać się nawzajem, „lajkować”, jak byśmy powiedzieli współczesnym językiem. Oczywiście, salon ten jest usytuowany w Warszawie i to tam zapadają decyzje, o czym się pisze, kogo promuje itd. Inteligent z prowincji, choćby swymi zaletami bił innych na głowę, ba, choćby był samym Chopinem, nie zostanie na salony dopuszczony, choć siedzą tam wytrawni znawcy i użytkownicy języka plebejskiego, którym dawniej mówiono daleko, daleko poza salonem, chłopy swoje i proste. Taki to i salon. Przypomina bardziej obraz Crabetha niż elitarny krąg. 

Nie na tym jednak koniec, bo w felietonie poświęconym Leopoldowi Tyrmandowi, zatytułowanym „Cowboy z Krakowskiego Przedmieścia”, Wierzbicki przytacza opis warszawskich „salonów” lat 50., o których Tyrmand pisze nie tylko w swoim „Dzienniku”, ale nie pozostawia na nim suchej nitki w „Życiu towarzyskim i uczuciowym”. Będąc „swoim”, Tyrmand upublicznił tajemnicę – niejeden król okazał się nagi. I tu dotykamy zasadniczej, jak sądzę, myśli wszystkich tych tekstów.

Otóż Piotr Wierzbicki pisze przede wszystkim o moralnym imperatywie głoszenia prawdy – uczciwego i rzetelnego życia i takiegoż jego opisu. Nie przypadkiem tom kończy interesujący felieton „Kunszt Czechowa”. Autor studiuje w nim najistotniejsze cechy pisarstwa autora „Wujaszka Wani” (wcześniej poświęca mu tekst dotyczący podróży na Sachalin, w którym pokazuje, jak literatura, i to wcale niepiękna, bo mająca cechy raportu, wpływa na zmianę prawa w stosunku do uwięzionych). Otóż nie tylko ukazuje programową prostotę pisarza, jego autentyczną życzliwość i współczucie dla swoich bohaterów, ale jednocześnie bezstronność i uczciwość w opisywaniu ludzkich losów. Wierzbicki podkreśla, że najważniejszym słowem-kluczem jest w odniesieniu do pisarstwa Antoniego Czechowa słowo prawda, które w jego przypadku oznacza wiedzę o ludziach. A gwarantem tej prawdy jest szczegół i znajomość życia. Ta prawdziwa wiedza o ludziach staje się dla felietonisty przedmiotem podziwu. Pisze:

Jak przejrzał duszę kobiety! Jak wypatrzył kłamstwa i kłamstewka! Jak jest za pan brat z nieszczęściem!

Ale na tym podziwie autor „W salonie” nie poprzestaje. Stara się postępować jak jego niedościgły mistrz: tropi prawdę i odkrywa ją nie tylko pod warstwą kurzu słów (Pochwała kurzu, Piękne słowa), ale także w pozorach salonu, w lokajskim sposobie bycia wielu, a nawet w pozorach rzeczywistości (Tańcząca mrówka).

Choć skromny rozmiarami,  tom felietonów Piotra Wierzbickiego brzmi nad wyraz aktualnie i prawdziwie. Może się w nim przejrzeć każdy myślący człowiek.


Książka Piotra Wierzbickiego: „W salonie” ukazała się w 2017 r. w Wydawnictwie Sic!

Z Martą Niedźwiecką o „Burzach namiętności” podczas tegorocznego Festiwalu Wratislavia Cantans /wywiad/

O koncercie laureatów 50. Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej, organizowanego przez NFM i Akademię Muzyczną im. Karola Lipiń...

Popularne posty