Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieżeństwo 1915. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieżeństwo 1915. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 października 2017

Aneta Prymaka-Oniszk: Trzeba być bardzo uważnym /wywiad/

Ogromnie interesująca rozmowa z autorką „Bieżeństwa 1915” – o wpływie rodzinnej tradycji na powstanie tomu reportaży, ich rozmaitych źródłach i ich tropieniu, a także o przeżyciach, motywacjach i poszukiwaniu tożsamości.

Aneta Prymaka-Onyszk, zdjęcia z archiwum pisarki

Barbara Lekarczyk-Cisek: Pisząc swój znakomity reportaż „Bieżeństwo 1915”, przypomniała Pani historię zaginionego świata, nigdy w pełni nieopowiedzianą. Co sprawiło, że podjęła Pani temat trudno i mało znany?

Aneta Prymaka-Oniszk: Bieżeństwo to część mojej historii rodzinnej. I choć wiedziałam o nim niewiele, wciąż do mnie wracało, szczególnie w przełomowych momentach życia. Nie miałam pojęcia, dlaczego; w końcu postanowiłam się tym zająć. I dość szybko okazało się, że dotykam tematu ważnego nie tylko dla mnie. Gdy zaczęłam jeździć po wsiach i zbierać zachowane opowieści, było lato i ludzie siedzieli na ławkach przed domem. Wystarczyło więc przystanąć, zapytać i słuchać. Wkrótce dołączali sąsiedzi z innych ławek i płynęły coraz ciekawsze opowieści. W końcu z domów wychodziły dzieci i wnuki moich rozmówców, 40-50 latkowie, zwykle na co dzień mieszkające w miastach. Gdy słyszeli, że chcę zająć się bieżeństwem, często szkliły im się oczy ze wzruszenia. Mówili: „Prababcia tyle o tym opowiadała, a my nie słuchaliśmy. Nie zachowaliśmy tej historii, a dziś wiemy, że była ona bardzo ważna”. Prosili, bym tego bieżeństwa nie zostawiła, bym o tym napisała. Zresztą często pomagali mi w docieraniu do wspomnień; wspierali, jak tylko potrafili. I chyba dzięki tej energii, którą dostawałam od ludzi, udało się te książkę napisać.

A jak wyglądała sprawa źródeł – czy trudno było do nich dotrzeć?

Od początku wiedziałam, że będę pisać o chłopach, ale wciąż słyszałam, że to prawie niemożliwie, bo źródeł do chłopskiej historii jest bardzo mało. Wiadomo: oni sami nie zostawiali źródeł pisanych. Nawet gdy byli piśmienni, raczej nie pisali pamiętników, nie spisywali wspomnień. Okazało się jednak, że znalazłam całkiem sporo, zwłaszcza w rosyjskich bibliotekach i archiwach. O bieżeństwie szeroko pisała ówczesna prasa, drukowała zdjęcia i opowieści bieżeńców oraz świadków z miasteczek, przez które szli uchodźcy. Jedna z największych organizacji pomocowych, zdając sobie sprawę z niezwykłości tego zjawiska, zachęcała uchodźców do spisywania swoich relacji oraz wysyłała ludzi, by słuchali i spisywali opowieści tych, którzy nie byli biegli w pisaniu. Ich część została opublikowana przed rewolucją 1917 roku. Bardzo ciekawe historie może też wyczytać ze sprawozdań sporządzanych przez pracowników organizacji pomocowych, część z nich również opublikowano.

Zależało mi na wspomnieniach spisywanych na gorąco albo możliwie wcześnie po powrocie z bieżeństwa. W latach 30. zainicjowano pisanie pamiętników różnych grup społecznych, w tym chłopskich. To było bardzo ciekawe źródło. Jeden z pamiętnikarzy, Pawlik z Wólki Wygonowskiej,  stał się moim bohaterem.
Niezwykle pomocna w zbieraniu materiałów okazała się strona internetowa biezenstwo.pl, którą uruchomiłam w 2014 roku. Dzięki niej dostałam listy, zdjęcia, wiele spisanych wspomnień bieżeńców; także linki do artykułów po białorusku, rosyjsku czy ukraińsku.

Mnie najbardziej interesowała perspektywa chłopska, ale chciałam mieć szerszą perspektywę. Sięgnęłam więc do pamiętników ziemian, którzy również ruszyli na wschód przed nadchodzącą wojną. Ich los był inny, dla nich uchodźstwo nie było końcem świata, jak dla chłopów: byli obyci ze światem, do którego uciekali, mieli pieniądze, znajomości itp. W wielu pamiętnikach opisywali własne przeżycia i to, co zobaczyli – także uciekających przed wojną chłopów. W rezultacie spojrzenie na bieżeństwo ciągle się rozrastało i wzbogacało o różne punkty widzenia.

Przyznam, że zafascynowała mnie Pani narracja, trzymająca w napięciu jak dobry kryminał. Z jednej strony opowieść ma szeroki, epicki wymiar, ale jednocześnie wtajemnicza czytelnika w pojedyncze, konkretne ludzkie losy. Z taką wrażliwością pochyla się Pani nad swoimi bohaterami, że pod wpływem lektury zaczynamy im współczuć, rozumieć ich motywy, ich, by tak rzec, stan ducha.

O to chodziło. Sama chciałam zrozumieć tę historię, okazało się, że muszę ją przeżyć razem z moimi bohaterami, znaleźć się blisko nich. Musiałam przyjąć ich perspektywę; w jakimś sensie zapomnieć to, co wiedziałam z historii. Np. nie patrzeć na decyzję o wyjeździe z perspektywy człowieka, który wie, że to nie przyniesie nic dobrego i lepiej by było, gdyby zostali. Oni nie mieli o tym pojęcia! Byli przerażeni, przekonani, że wyjeżdżając ratują swoje życie. Mnie interesował tzw. zwykły człowiek, jego przeżycia, motywacje, emocje.

Charakterystyczne jest, że Pani patrzy na nich ze współczuciem i rozumie, że właściwie nie widzieli innego wyjścia… W jaki sposób udało się Pani osiągnąć tak wielką empatię?

Pomagało mi właśnie ta próba spojrzenia z perspektywy zwykłego człowieka. Historie ludzi sprzed 100 lat, ale także – niestety - teraźniejszość. Kiedy zaczynałam zbierać materiały w 2012 roku, wydawało się, że żyjemy w bezpiecznym, stabilnym świecie i te okropne historie o tragedii cywilów to odległa przeszłość. Ale zaczęła się wojna na Ukrainie i nagle tych moich bieżeńców zaczęłam oglądać z ekranów telewizora. Ludzie uciekali przed wojną, równie przerażeni i bezradni. Młodzi, wykształceni, jeszcze do niedawna nieźle sytuowani i bezpieczni, mówili: tu lecą bomby, żołnierze strzelają, a my mamy małe dzieci. Potem zaczęła się wojna w Syrii i jeszcze gorsze obrazki stały się chlebem powszednim. To mi w jakimś sensie pomagało zrozumieć swoich bohaterów i w ogóle mechanizmy rządzące ludzkim zachowaniem. Nagle okazało się, że to, co kierowało moją babką, prostą chłopką, nie różniło się niczym od reakcji ludzi uciekających przed wojną dzisiaj. Zrozumiałam też, że to, o czym chcę pisać, niezupełnie jest przeszłością.

„Bieżeńcy 1915” są także Pani rodzinną historią, której bohaterką jest babcia Nadzia (Nadieżda), prababcią Anną… To dodatkowy walor Pani książki, że nie opisuje Pani tej historii okiem zewnętrznym, ale wplata w nią osobisty ton. Czy w Pani rodzinie także zachowały się jakieś wspomnienia?

Moja historia jest typowa dla bieżeńskich rodzin – pamięć o wydarzeniach sprzed 100 lat prawie się nie zachowała. Dominował przekaz ustny, zdjęcia czy dokumenty zaginęły. Zaczynałam od okruchów opowieści. Babcia prawdopodobnie dużo opowiadała, ale miałam zaledwie siedem lat, gdy umarła. Nie wiedziałam nawet, dokąd w tym bieżeństwie trafili. Jak się tego dowiedzieć? Wymyśliłam, że pojadę do cioci, która urodziła się w bieżeństwie w 1921 roku. Nie mogła nic pamiętać, wróciła jako roczne dziecko, ale pomyślałam, że z jej dowodu poznam miejsce pobytu rodziny. Ale w dowodzie, jako miejsce urodzenia, była wpisana – by nie robić sobie kłopotu – rodzinna wieś, do której zresztą wrócili. Ciocia wymieniła nazwę miejscowości, w której byli i w której ona się urodziła: Danskaja, ale w żaden sposób nie mogłam jej znaleźć na mapach. Dopiero podczas przypadkowej rozmowy z sąsiadem dowiedziałam się, że jego dziadkowie też tam trafili, część rodziny została i jego żona w latach 80. jeździła do nich kupić kolorowy telewizor. Też mówił: Danskaja, ale określił, że to 40 kilometrów Stawropolem. Wtedy znalazłam Donskoje, w którym byli.
Zbierałam te różne historie i układałam jak puzzle.

W swojej książce opisuje Pani często wstrząsające historie: głód, choroby, nawet akty ludożerstwa… Czy opisywanie takich dantejskich scen nastręczało Pani trudności?

Oczywiście, było trudne i śniło mi się po nocach. Ale musiałam przez to przejść, żeby o nich napisać. W jednym z takich pełnych okropności momentów, wpadła mi w ręce książka Swietłany Aleksijewicz: „Czarnobylska modlitwa”. Zaczęłam czytać, ale po kilku stronach odłożyłam. Nie miałam siły dokładać do tego, czym się zajmowałam jeszcze dramatu Czarnobyla, tak przejmująco opisanego; mój organizm powiedział: nie; instynkt samozachowawczy się włączył.

Miałam niekiedy wrażenie, że sami bieżeńcy mi pomagali, jakby chcieli, by ta historia wybrzmiała. Podsuwali mi w bibliotekach lektury, które okazywały się bardzo pomocne, kontaktowali z rozmówcami, z którymi nie zamierzałam się kontaktować. Dużo było takich szczęśliwych przypadków i zbiegów okoliczności podczas mojej pracy. Ale ja też bardzo uważałam, by być wobec moich bohaterów uczciwą. Wchodziłam tam, gdzie mi pozwalali wejść, nie opowiadam historii wbrew nim. Pisząc o bohaterach współczesnych, jak i nieżyjących, trzeba być bardzo uważnym. I właśnie uczciwym.

Pani reportaż jest nie tylko historią bieżeństwa, ale ma również uniwersalny walor opowieści o utracie: bliskich, domu, a wreszcie korzeni i tożsamości. To jest doświadczenie wielu ludzi żyjących współcześnie, doświadczenie emigracji – nie uważa Pani?

Wydaje się, że staliśmy się obywatelami świata, że łatwo zmieniamy miejsca pobytu. Ale ostatnio okazało się, że przeszłość wciąż ma na nas ogromny wpływ. Bieżeńcom rozpadł się cały świat i musieli go poskładać od nowa. Obecnie znowu mamy takie wrażenie, że świat się rozpada i znowu trzeba go od nowa układać. Kiedy zaczynałam zbierać materiały do książki, próbowałam odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego chcę napisać ten reportaż. Musiałam też uzasadniać to wielokrotnie wobec tych, którzy uważali, że bieżeństwo jest historią niszową. Miałam poczucie, że jest to historia uniwersalna i twierdziłam, że będę pisać o ludziach postawionych w sytuacji granicznej.

Pani reportaż jest ważną pozycją literacką, bo ocala pamięć o tych, którzy przeminęli. W rezultacie pozwala mieć nadzieję, że świat nie jest tylko chaosem, że odzyskując własną historię, odzyskujemy także tożsamość, dowiadujemy się o sobie, kim jesteśmy.

Rzeczywiście, dziś ogromnie dużo ludzi szuka swoich korzeni. Inna sprawa, co za tym stoi; mam wrażenie, że w naszym społeczeństwie o korzeniach w zdecydowanej większości chłopskich, w cenie jest dokopanie się do rodowego herbu i dziadka, co miał dworek na Kresach. Trudno nam opowiadać historię chłopską, dotycząca przecież zdecydowanej większości z nas. A bez tego nie da się uczciwie opowiadać o swoich korzeniach. Nam samym taki fałsz nic dobrego nie daje.

Bieżeństwo to opowieść tożsamościowa – także o tym, kim jesteśmy my jako społeczeństwo. Większość moich koleżanek i kolegów wcześniej się nie odnajdywało w powszechnie opowiadanej historii. Dopiero bieżeństwo okazało się ich historią. Zaczynają się pojawiać także inne świadectwa, jak film dokumentalny Jerzego Kaliny: „Bieżeństwo 1915-1922”. Ma się również ukazać książka ze wspomnieniami potomków bieżeńców.

 „Bieżeństwo 1915” zaczęło już żyć swoim własnym życiem, ale nie jest to akurat książka, od której można się całkowicie odciąć, skoro stanowi część Pani własnej historii, a poza tym stała się Pani chodzącym kompendium wiedzy na ten temat. Czy jednak próbuje Pani pisać coś nowego?

Niedawno pisałam tekst do katalogu wystawy „Sąsiedzi wyjechali do Treblinki”. Jest to historia Żydów z mojej okolicy, z Białostocczyzny. Przymierzam się także do kolejnej książki, która również będzie związana z historią rodzinną, tyle, że po II wojnie światowej. Okazuje się, że ci, którzy wracali z Rosji na swoją ziemię, teraz mają znów jechać na wschód. Jako Białorusini muszą wyjechać na Białoruś, a na ich miejsce mają przyjechać Polacy z Białorusi. Na szczęście nie bardzo się ten eksperyment udał, bo ludzie nie chcieli wyjeżdżać ze swojej ziemi. Bieżeństwo ich nauczyło, że gdzie indziej będą obcy. Dlatego zresztą jestem na świecie.

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad został także opublikowany na portalu Przegląd Bałtycki.

niedziela, 17 września 2017

„Bieżeństwo 1915” Anety Prymaki-Oniszk: Epopeja o zapomnianych uchodźcach /recenzja książki/

Aneta Prymaka-Oniszk przypomina światu historię nigdy w pełni nieopowiedzianą. Pisze o świecie, którego już nie ma i o którym właściwie zapomniano. Jej opowieść o uciekających przed zagładą chłopach z Podlasia ma epicki charakter, a jednocześnie wtajemnicza czytelnika w pojedyncze ludzkie losy, nad którymi autorka pochyla się z wielką wrażliwością, próbując zrozumieć, co ludzie ci czuli i przeżywali.


Wyd. Czarne

„Bieżeństwo 1915” to jedna z tych książek, o których można powiedzieć, że musiała zostać napisana. Epopeja o zapomnianych uchodźcach to jedna z najbardziej poruszających lektur, jakie dane było mi ostatnio przeczytać.
Aneta Prymaka-Oniszk przypomina światu historię nigdy w pełni nieopowiedzianą. Pisze o świecie, którego już nie ma i o którym częściowo zapomniano. Jej opowieść o uciekających przed zagładą chłopach z Podlasia ma szeroki, epicki charakter, a jednocześnie wtajemnicza czytelnika w pojedyncze ludzkie losy, nad którymi autorka pochyla się z wielką wrażliwością, próbując zrozumieć, co ludzie ci czuli i przeżywali.

Bieżeństwo. Tak babcia i wszyscy wokół nazywają ten czas – pisze. Musi być ważny, skoro ich historia świata dzieli się na przed bieżeństwem i po bieżeństwie.

Opowieść ta ma więc także osobisty aspekt: dotyczy babci Nadzi, czyli Nadziei, która przeżyła bieżeństwo, a na jej fotografii – jednej z nielicznych, które się zachowały – pozostał tego ślad, bo usta babci wprawdzie się uśmiechają, ale w oczach pozostał smutek... Kiedy wyjeżdżała z Knyszewicz, miała osiemnaście lat, była urodziwa i nosiła długie warkocze. Podobno była do Anety bardzo podobna. Ona jednak pamięta ją jako starą już kobietę, czytającą dzieciom w Wielki Czwartek ewangelię w języku staro-cerkiewno-słowiańskim i niechętnie mówiącą o przeszłości.

Lubelski Bełż, Rawa Ruska, zdj. ze strony Biezenstwo.pl

Historia utraty

Bieżeństwo to historia utraty: bliskich, domu, ziemi, a wreszcie korzeni i tożsamości.

Staliśmy się nie ludźmi, ale liśćmi – opowiada jedna z bieżenek. Wiatr nas goni, gdzie chce.

Taki los stał się udziałem milionów ludzi. Kto jest w stanie to pojąć, co czuje człowiek, który nie tylko utracił wszystko, ale przestał mieć jakikolwiek wpływ na swój własny los? Wydaje się, że to niemożliwe, a jednak ta książka pozwala to poczuć.
Zaczęło się od tego, że w 1915 roku, podczas I wojny światowej, cofające się wojska rosyjskie zaczęły siłą wysiedlać wsie, a także niszczyć plony, aby nic nie pozostało dla wrogów. Ponadto propaganda siała strach przed nadciągającym wrogiem. „Germaniec wrzuca ludzi do ognia! Niemcy babom cycki będą obcinać, dzieci nabijać na szable albo wrzucać do studni!” – niosła się złowroga wieść. I ludzie ruszyli na Wschód całymi taborami i wsiami.
Aneta Prymaka nie poprzestaje na przytaczaniu relacji i faktów, nie jest jedynie chłodnym, obiektywnym kronikarzem tych wydarzeń. Przeciwnie, nieustająco towarzyszy jej opowieści refleksja i empatia. To bardzo ważny element narracji.

Analizuję, co czuli przed wyjazdem – snuje rozważania. Próbuję złapać ten moment podjęcia decyzji: jechać czy zostać. Gdy wczytuję się we wspomnienia, odkrywam jednak, że często decyduje przypadek. Czasem ludzki błąd, czasem fart lub pech.

Biezency, fot. B.A. Agte

Dantejskie piekło

Podróż trwa długo. Po drodze umierają ludzie i padają zwierzęta. Brakuje wody i kończą się zapasy żywności. Szerzy się odra, tyfus, cholera. Giną od nalotów bombowych. Ciała pozostają bez pochówku… Mnożą się ludzkie dramaty. Dzieci tracą rodziców, a rodzice dzieci. Zdarzają się takie przypadki, jak ten, kiedy ojciec po śmierci żony oddaje najmłodsze dziecko do sierocińca, bo obawia się, że nie wykarmi całej piątki. Kiedy najmłodszy z rodzeństwa odjeżdża pociągiem, wszyscy płaczą. Taki obrazek pozostaje na zawsze w pamięci jego starszej siostry… Odnotowano, że zdarzały się i takie przypadki, że umierające matki, nie mogąc znaleźć nikogo, kto zaopiekowałby się ich dziećmi, topiły je, nie chcąc skazywać na powolne konanie. Były jednak i takie, które za nic w świecie nie dały sobie odebrać dzieci. Z jednym z takich dzieci, cudem ocalałych dzięki matczynej determinacji, ciotką Nurą, Aneta Prymaka rozmawia w 2013 roku. Ma dziewięćdziesiąt dwa lata, mówiła o tym już nieraz. Zawsze wtedy płacze.


Bieżenki nad Wołgą

Czy można zacząć nowe życie z pękniętym sercem?

Ci, którym udało się przeżyć, odbywają podróż w nieznane. Na jednym z zamieszczonych w książce zdjęć widać cztery kobiety z dziećmi na drewnianym pomoście. To Astrachań nad Wołgą, a one czekają na dalszą podróż…

Gdy widzę to zdjęcie po raz pierwszy – pisze autorka reportażu – mam wrażenie, jakbym zobaczyła swoją babcię Nadzię albo prababcię Annę Prymakę z trzyletnią Lubą na rękach. Te wszystkie kobiety, które z babcią Nadzią wspominały Rasieję, gdy jako kilkuletnia dziewczynka bawiłam się obok. Zaraz zostawią bezpieczny ląd i wsiądą na statki, które powiozą je nie wiadomo gdzie.

Przyjeżdżają wynędzniali, często chorzy, po różnych traumatycznych przeżyciach. Trzeba zacząć nowe życie. Ale czy to możliwe?

Zastanawiam się, kim staje się człowiek, którego świat całkowicie runął – zastanawia się reporterka. Z czego buduje nową rzeczywistość? Skąd czerpie siłę? Kim staje się cała społeczność, która utraciła wszystko?

Niektórzy docierają aż do Taszkientu, a tam, po wyjściu z pociągu, widzą na peronie kolorowo ubrane postaci o poczerniałych twarzach, ostrych rysach i skośnych oczach – tak muszą wyglądać tylko diabły. Tymczasem okazuje się, że to delegacja Kirgizów i Sartów, witająca bieżeńców białym chlebem. Później dowiadują się, że mieszkają tam również przesiedleni wiele lat wcześniej Ukraińcy. Jednak wszystko jest obce i ludzie wysiedleni z Odrynek nie nauczą się żyć w Czardżuju. Kiedy na wiosnę wszystko budzi się do życia, oni – niedożywieni i osłabieni podróżą – zaczynają chorować i masowo umierać. Wielu zapada na choroby psychiczne. Znany psychiatra, Władimir Michajłowicz Biechtieriew, proponuje nawet otwarcie w Piotrogrodzie kliniki psychiatrycznej dla bieżeńców. Stara się o sfinansowanie budowy szpitala przez Komitet Wielkiej Księżnej Tatiany. W gazetach ukazują się artykuły, w których autorzy z wielkim współczuciem piszą o przeżyciach bieżeńców, zwłaszcza dzieci:

Być może ich małe, niemające jeszcze siły serduszka rozpadły się już na kawałki i takie pozostaną na całe życie, tak jak pęknięte są serca ich posępnych i wymęczonych matek i ojców.

zdjęcie grupowe zrobione w przytułku we wsi Podostrownoje w guberni tambowskiej

Apokalipsa 1917 roku

Kiedy w 1917 roku wybucha rewolucja, zaczyna się prawdziwa apokalipsa. Świat wali się po raz drugi, padają też ostatnie filary starego porządku: autorytet władzy i Bóg. Zaczyna się groza i straszliwy głód. Bolszewicy sypią zboże do rzeki, palą lub rzucają ptakom. Dzieją się rzeczy niewyobrażalne nawet dla bieżeńców, którzy tyle przeszli. W latach 1921-1923 umiera ponad pięć milionów ludzi, dochodzi do aktów kanibalizmu. Bieżeńcy postanawiają wracać, ale na powrót do domu wielu z nich będzie musiało czekać kilka lat.

Przyjechałem zupełnie ogołocony z pieniędzy wydanych na łapówki bolszewikom i Niemcom – napisze w swoich wspomnieniach Stanisław Wojciechowski, przyszły prezydent Rzeczypospolitej. Bieżeńcy znowu doświadczają głodu, poniewierki i chorób. W dodatku wracają do innej Polski, której nie było przed ich przyjazdem i muszą się w niej na nowo odnaleźć.

„Gazeta Warszawska” 19 stycznia 1922 roku napisze:

Repatrianci przybywają do Polski w stanie wycieńczenia i zarazy nie tylko z tego powodu, że w Rosji panuje głód, przed którym uciekają do Polski, ale również dlatego, że podróże z Rosji trwają całymi tygodniami, a niekiedy i miesiącami, podczas których rząd sowietów nie daje prawie żadnej pomocy żywnościowej i podróże te odbywają się w wagonach tak zawszonych, iż nawet zdrowi repatrianci ulegają zarażeniu i często umierają w pociągach przed przybyciem do Polski.


Powrót na „hoły kamień”

Ci, którym udało się jednak powrócić, zastają najczęściej ruinę – spalone domy i zagrabione gospodarstwa. Na szczęście Niemcy, którzy zakładali na tych terenach kolonie rolne, wyjechali i pozostawili po sobie zboża.
Ach, wiele przeżyliśmy. Wróciliśmy na goły kamień – powtarza babcia autorki. Ale to nie wszystko. Ludzie zobaczyli, że tamtego, starego świata, który zapamiętali, już nie ma i nigdy nie będzie. Panuje straszliwa bieda: jedzą zupę z pokrzyw, a dzieci pracują ponad siły, krzywdzone i poniżane. Co jednak ma robić wdowa, która wróciła z gromadką małych dzieci? Co mają robić osierocone dzieci, które są zbyt małe, aby utrzymać pług? Pracują ponad siły i straszliwie biedują. Powoli jednak zaczyna się odbudowa nowego życia. To niełatwe, bo większość z nich mówi po swojomu i nie ma szansy poznać język polski przed pójściem do szkoły. Znikają także prawosławne cerkwie, zastąpione przez kościoły. A przecież religia jest dla tej ludności ważnym składnikiem ich tożsamości. Nic zatem dziwnego, że prorok Ilia (Eliasz Klimowicz) ogłasza koniec świata i przygotowuje naród do ponownego przyjścia Chrystusa.

Bieżeńcy na jednym z postojów

Bieżeństwo jako źródło tożsamości nowego pokolenia

Historyk, prof. Eugeniusz Mironowicz, pomysłodawca tomu „Bieżeństwo 1915 hoda”, uważa, że po tych wszystkich wydarzeniach wyrosło pokolenie prawnuków, którzy piszą własną wersję historii i interpretują ją na swój sposób. Tak oto tworzy się rodzaj nowej mitologii, która stanie się źródłem tożsamości najmłodszego pokolenia.
Aneta Prymaka nie tylko opisała historię bieżeństwa i jej skutki, ale również założyła bloga Bieżenstwo.pl, na którym zapisuje nowo odkryte ludzkie historie. Blog stał się poniekąd „miejscem spotkań” potomków bieżeńców.
Poza wszystkim książka „Bieżeństwo 1915” jest epickim, pełnym opisem historii bieżeńców 1915 roku, w którym autorka nie tylko pochyliła się nad losem wspólnot, pojedynczych ludzi, a także nad historią własnej rodziny. Stała się także „kronikarzem duszy ludzkiej” (używając sformułowania Swietłany Aleksijewicz), ukazując, jakie straty ponieśli ludzie w sferze duchowej i psychicznej. Czytając ten fascynujący reportaż, stajemy się świadkami i niejako „uczestnikami” jej dramatycznej opowieści, budzącej zarazem refleksję nad meandrami historii. Książka otrzymała już szereg znaczących nagród, m.in. nominację do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego 2017, Nagrodę Literacką im. Wiesława Kazaneckiego oraz Nagrodę Literacką Miasta St. Warszawy.

Książka Anety Prymaki-Onyszk: „Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy” ukazała się 21 września 2016 roku w Wydawnictwie Czarne.

Wywiad z autorką można przeczytać TUTAJ.

Z Martą Niedźwiecką o „Burzach namiętności” podczas tegorocznego Festiwalu Wratislavia Cantans /wywiad/

O koncercie laureatów 50. Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej, organizowanym przez NFM i Akademię Muzyczną im. Karola Lipińs...

Popularne posty