Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magdalena Łazarkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magdalena Łazarkiewicz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 kwietnia 2019

„Powrót” | pokaz premierowy + spotkanie z reżyserką | Kino Nowe Horyzonty

W najbliższy piątek o 19:30 Kino Nowe Horyzonty zaprasza na pokaz premierowy filmu Magdaleny Łazarkiewicz "Powrót", po którym odbędzie się spotkanie z reżyserką. 

Powrót w reż. Magdaleny Łazarkiewicz
Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, historia 19-letniej Uli, dziewczyny z małej miejscowości, która została porwana i zmuszona do prostytucji w Niemczech. Po 2 latach udaje jej się uciec i wrócić do rodzinnego miasteczka, gdzie spotyka się ze społecznym odrzuceniem. Nie uzyskuje wsparcia nawet wśród najbliższej rodziny. Ula, mimo iż została skrzywdzona psychicznie i seksualnie, nie zamierza odgrywać roli ofiary. Buntuje się przeciwko wszechobecnej hipokryzji społeczności. W jej otoczeniu głosi się chrześcijańskie zasady miłości bliźniego, ale w codziennym życiu nikt tych zasad nie stosuje. Co więcej, chrześcijańskie miłosierdzie rozumiane jest opacznie i fałszywie, bo pozwala pod sztandarem wiary boleśnie krzywdzić. Nawet najbliższych.

Przejmujący dramat o samotności i wykluczeniu, o psychologicznych skutkach życia w rodzinnym i środowiskowym terrorze. Stawiający pytanie, czy dopuszczalne jest akceptowanie przemocy w społeczeństwie powszechnie deklarującym, iż w życiu codziennym kieruje się zasadami Dekalogu.

informacja prasowa


środa, 27 marca 2019

Pokaz premierowy filmu "Powrót" Magdaleny Łazarkiewicz z udziałem twórców w kinie DCF

1 kwietnia w kinie DCF odbędzie się premierowy pokaz filmu "Powrót" Magdaleny Łazarkiewicz. Projekcja rozpocznie się o godzinie 20.00. Od 19.00 będzie możliwość przeprowadzenia wywiadów. We wrocławskiej premierze filmu udział wezmą: Magdalena Łazarkiewicz, Sandra Drzymalska, Stanisław Cywka oraz Agnieszka Warchulska.



„Powrót” to inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, historia 19-letniej Uli, dziewczyny z małej miejscowości, która została porwana i zmuszona do prostytucji w Niemczech. Po 2 latach udaje jej się uciec i wrócić do rodzinnego miasteczka, gdzie spotyka się ze społecznym odrzuceniem. Nie uzyskuje wsparcia nawet wśród najbliższej rodziny. Ula, mimo iż została skrzywdzona psychicznie i seksualnie, nie zamierza odgrywać roli ofiary. Buntuje się przeciwko wszechobecnej hipokryzji społeczności. W jej otoczeniu głosi się chrześcijańskie zasady miłości bliźniego, ale w codziennym życiu nikt tych zasad nie stosuje. Co więcej, chrześcijańskie miłosierdzie rozumiane jest opacznie i fałszywie, bo pozwala pod sztandarem wiary boleśnie krzywdzić. Nawet najbliższych.

Kadr z filmu "Powrót" w reż. Magdaleny Łazarkiewicz

Przejmujący dramat o samotności i wykluczeniu, o psychologicznych skutkach życia w rodzinnym

i środowiskowym terrorze. Stawiający pytanie, czy dopuszczalne jest akceptowanie przemocy w społeczeństwie powszechnie deklarującym, iż w życiu codziennym kieruje się zasadami dekalogu.

wtorek, 2 stycznia 2018

MFF Nowe Horyzonty 2011 – ujęcie szóste: najnowsze trendy w polskim kinie

Istnieje niedobre zjawisko polegające na tym, że polskie filmy są fatalnie dystrybuowane i rzadko pojawiają się w kinach. Tak było w ub. roku z „Wenecją” J. J. Kolskiego, filmem dosłownie oblężonym podczas MFF Era Nowe Horyzonty 2010. Równie tajemnicze było rozpowszechnianie filmu Lecha Majewskiego „Młyn i krzyż” czy Wiesława Saniewskiego „Wygrany”.

W tej sytuacji przegląd i Konkurs Nowe Filmy Polskie czy Polskie Filmy Krótkometrażowe stwarzają jedyną w swoim rodzaju okazję do przyjrzenia się kondycji polskiego kina. O filmach L. Majewskiego i Anny oraz Wilhelma Sasnalów pisałam w poprzedniej relacji. Tu chciałabym znowu zestawić kino tworzone przez pokolenie pięćdziesięciolatków z najnowszym. Dodam także, że obraz powojennego polskiego kina dopełnia retrospektywa wspaniałego twórcy filmowego – Andrzeja Munka, przedwcześnie zmarłego reżysera takich filmów, jak „Eroika”, „Zezowate szczęście” czy „Pasażerka”.

„Maraton tańca”, czyli współczesna Polska prowincjonalna widziana oczami Magdaleny Łazarkiewicz


Maraton tańca, reż. M. Łazarkiewicz

W założeniu film miał być nawiązaniem do wybitnego dramatu Sidneya Pollacka „Czyż nie dobija się koni”. W efekcie powstał obraz, w którym Magdalenie Łazarkiewicz nie udało się przemycić jednej głębszej myśli, a całość jest niejednorodna i stylistycznie niechlujna. Ani to dramat, ani komedia, ale mieszanina satyry z wątkiem baśniowym i w ogóle nie wiadomo co… 

Bohaterem zbiorowym jest całe miasteczko – od wójta począwszy, a na starym kalece skończywszy. Ci „na górze” wymyślają bezczelne oszustwo: stwarzają iluzję wielkiej wygranej w tytułowym maratonie tańca. Korowód tańczących to ludzie, którzy uwierzyli, że wygrana stanie się dla nich przepustką do lepszego życia. Elokwentny konferansjer i piosenkarka Dżessika zapraszają mieszkańców do rywalizacji. Obserwujemy, jak bohaterowie walczą ze sobą o wielką wygraną, a przy tej okazji wylewają swoje żale, pretensje i zdradzają tajemnice. Ale zamiast doprowadzić ich dramaturgię do końca, reżyserka i jej scenarzysta Maciej Kowalewski dokonują nagłej wolty i oto wszyscy nagle się kochają, wspierają i poświęcają dla siebie. Nawet robiąca sceniczną karierę i nieco cyniczna Dżessika daje szczęście jedynemu bez wątpliwości pozytywnemu bohaterowi Krystianowi, wychowankowi domu dziecka i kalece. A potem żyli długo i szczęśliwie… I tak, zamiast obrazu współczesnej Polski prowincjonalnej otrzymujemy infantylną historyjkę z głupawymi bohaterami, których nie sposób polubić ani potraktować serio. Ale… czyż nie dobija się widzów?

„Wygrany” Wiesława Saniewskiego – o wyścigach konnych i ściganiu się w życiu


Wygrany w reż. W. Saniewskiego

W najnowszym filmie Wiesława Saniewskiego przenikają się dwa wątki. Pierwszy związany jest z postacią Franka - profesora matematyki, zapalonego gracza na wyścigach konnych, którego kreuje Janusz Gajos. Drugi ma związek z młodym, wybitnie utalentowanym pianistą polskiego pochodzenia – Oliverem (Paweł Szajda). Po rozstaniu z żoną przyjeżdża on z Chicago do Wrocławia, gdzie ma zagrać koncert, który rozpocznie jego triumfalne turnee po Europie. Zrywa jednak kontrakt i odwołuje koncert. 

Obaj bohaterowie poznają się w hotelowej restauracji i wówczas oba te wątki łączą się ze sobą. Franek stanie się dla młodego pianisty ojcem i mentorem, który nie tylko pomoże mu wyjść z opresji, ale przede wszystkim uświadomi, że najważniejszą sprawą każdego człowieka jest osobista wolność. W sposób szczególny jest ona potrzebna artyście, aby mógł swobodnie tworzyć. Tymczasem podlega on rozmaitym presjom – ambitnej matki, żony, nauczycieli, jurorów, impresariów, władzy. Wyzwolenie się od tych wpływów nie jest bynajmniej łatwym zadaniem, niemniej koniecznym, jeśli chce się osiągnąć dojrzałość - w życiu i w sztuce. 

Dodatkowym atutem tego filmu jest lekkość filmowej narracji, jej humor oraz błyskotliwa gra aktorska, szczególnie Janusza Gajosa. Filmowi można by tylko zarzucić pewną przewidywalność. Z góry wiadomo, że będzie happy and, ale to jedyna słabość tego filmu. Trzeba przyznać, że Saniewski zdecydowanie odrzuca wszystkie polskie kompleksy: bohaterowie są piękni, nie narzekają, biorą się z życiem za bary. A w dodatku, Polacy nie gęsi i… języki znają. Dla Wrocławian zaś – dodatkowa gratka: pejzaże Wrocławia i Dolnego Śląska, w dodatku świetnie sfotografowane.

Argentyńska lekcja pokory i współczucia


Argentyńska lekcja w reż. Wojciecha Staronia

Obawiam się, że zasłodzę i zagłaskam, ale nie mogę inaczej. Otóż na koniec pragnę podać nie deser, ale zaproponować Widzom prawdziwą ucztę. Taką bowiem przygotowali nam Wojciech i Małgorzata Staroniowie, prezentując publiczności „Argentyńską lekcję”. Obsypany – zasłużenie! – licznymi nagrodami na 51 Krakowskim Festiwalu Filmowym, film powstał podczas pobytu rodziny Staroniów w Argentynie, dokąd wyjechali w ramach programu nauczania języka polskiego wśród tamtejszej Polonii, w Azara. Wojciech Staroń zrealizował przed kilku laty podobny dokument z wyjazdu na Syberię („Syberyjską lekcję”), gdzie Małgorzata również uczyła języka polskiego. Tamten wyjazd zaowocował przyjaźniami i został utrwalony na taśmie filmowej, dzięki czemu losy żyjących tam Polaków (i nie tylko ich) głęboko nas poruszyły. Tym razem było podobnie, choć pewno trudniej, ponieważ rodzina się powiększyła i Staroniowie pojechali do Argentyny z dwójką małych dzieci. Dało to jednak nowe możliwości...

Lekcji o tamtym świecie udzielają nam właśnie dzieci, przede wszystkim syn reżysera, siedmioletni Janek i jego nowa argentyńska przyjaciółka Marcia (z pochodzenia Polka). Film niezwykle poruszający. Skrajna bieda tych zapomnianych przez ojczyznę ludzi, o których Staroń nam opowiada, jest wstrząsająca.

Obserwujemy życie około 11-letniej dziewczynki, która mimo młodego wieku, opiekuje się chorą psychicznie matką, ciężko pracuje fizycznie, ręcznie wyrabiając cegły i jednocześnie uczy się. Mimo to Marcia ma marzenia, jest pełna optymizmu i pogody ducha. Tylko raz rozdzierająco płacze, kiedy Staroniowie, z którymi weszła w głęboką emocjonalną więź, wyjeżdżają do Polski. Na spotkaniu po projekcji dowiedzieliśmy się, że mimo wyjazdu zadbali o wykształcenie dziewczynki, oddając ją do szkoły z internatem i że nadal zabiegają o to, by jej pomóc. To rzadki przypadek, kiedy film miesza się z życiem, a jego bohaterów nie traktuje się przedmiotowo, ale z szacunkiem, miłością i odpowiedzialnością. Dodajmy, że i w swojej formie film jest przepiękny: wysmakowane kadry, zbliżenia twarzy bohaterów i poetycko filmowane zjawiska przyrody.

Artykuł ukazał się na portalu PIK Wrocław 1 sierpnia 2011 r.


MFF Nowe Horyzonty 2011 – ujęcie piąte, plan (aż nadto) pełny

W piątym dniu Festiwalu będzie wyłącznie o kinie polskim: „Młyn i krzyż” Lecha Majewskiego, „Z daleka widok jest piękny” Anny i Wilhelma Sasnalów.

„Młyn i krzyż” – metafora ludzkiego losu

Młyn i krzyż w reż. Lecha Majewskiego
Najnowszy film Lecha Majewskiego zasługuje na obszerną i wnikliwą interpretację. Ponieważ jednak jest to niemożliwe, gdy żyje się w tempie festiwalowych obrazów, ograniczę się do krótkiej refleksji. 

Przede wszystkim trzeba przypomnieć, że jest to twórca wielostronnie uzdolniony: reżyser filmowy, teatralny i operowy, poeta, prozaik, malarz, a także - czego można było doświadczyć na spotkaniu z artystą – wspaniały gawędziarz. Wypada żałować, że tak rzadko można obejrzeć go w kraju, gdy tymczasem Museum of Modern Arts zorganizowało retrospektywę jego filmów, a w Luwrze, gdzie odbyła się premiera najnowszego - „Młyn i krzyż”, cały luty wystawiane były jego wideoarty. 

„Młyn i krzyż” jest jego drugą – po „Ogrodzie rozkoszy ziemskich” – próbą zmierzenia się z malarstwem dawnych mistrzów. Tym razem artysta ożywił obraz Pietera Bruegela Starszego „Procesja na Kalwarię” (1564). 

To sztuka historyczna, która opowiada Pasji Chrystusa i pasji Flandrii ciemiężonej przez Hiszpanów. Chrystus i dwaj złodzieje stają się tu ucieleśnieniem losu wielu kobiet i mężczyzn torturowanych i straconych w drugiej połowie XVI wieku, w czasach hiszpańskiej inkwizycji – wyjaśnił artysta podczas spotkania z publicznością.

Pejzaż filmu wypełnia ogromna liczbą postaci, wśród których znajdziemy samego Breugela oraz bankiera, który zakupił jego obraz. Większość z przestawionych tam osób jest zajęta swoimi sprawami i nie zdaje sobie sprawy ze znaczenia mającego nastąpić Ukrzyżowania. Tłum przygląda się scenie, w której żołnierze rozkazują Szymonowi Cynerejczykowi pomóc dźwigać krzyż. Na pierwszym planie siedzi wędrowny kramarz, podczas gdy Chrystusa w ogóle nie widać. Tylko jedna grupa postaci kojarzy się z tematyką obrazu, a mianowicie na pierwszym planie, po prawej stronie widzimy grupę kobiet, którym św. Jan dodaje otuchy. Z płaskiej równiny wyrasta w głębi obrazu ogromna skała, na której stoi młyn. 

Zarówno w obrazie, jak i w filmie pełni on rolę metafory: młyńskie koła mielą ziarno, symbolizujące ludzkie życie, a Młynarz staje się figurą zastępczą samego Boga. Obraz istotnie przypomina filmowy kadr, który zaprasza do tego, aby go ożywić za pomocą wyobraźni. I Lech Majewski podejmuje się tego zadania z wielkim sukcesem. A było to zadanie niełatwe, o czym dowiedzieliśmy się podczas spotkania po projekcji. Nie wystarczyło ustawić statystów i aktorów na równinie i włączyć kamerę. 

Przestrzeń filmowa składa się z siedmiu połączonych ze sobą części i jest przestrzenią wykreowaną, podobnie jak na obrazie. Majewski stworzył ją z fragmentów Jury Krakowsko-Częstochowskiej, odpowiednio dla potrzeb filmu przetworzonej, a niebo pochodzi ze zdjęć zrobionych podczas pobytu w Nowej Zelandii. Nawet pająk i jego sieć zostali wykreowani w efekcie bezpośrednich obserwacji i prób. Będąc wiernym odtworzeniem obrazu, film zawiera jednocześnie przesłanie uniwersalne – opowiada o ludzkim losie, pełnym niezawinionego cierpienia, okrucieństwa, a także o roli artysty, który towarzyszy człowiekowi i potrafi zatrzymać czas utrwalając to, co przemijające.

I z daleka i z bliska nie było pięknie...

Z daleka widok jest piękny
Debiut fabularny Anny i Wilhelma Sasnalów – malarzy, grafików, którzy osiągnęli komercyjny sukces sprzedając swoje prace do znanych galerii (m.in. Tate Modern w Londynie, Museum of Modern Art. W Nowym Jorku). Podobnie jak Janusz Majewski, wychodzą więc od malarstwa. Sądzić by zatem można, że naturalna dla artystów, wizualna wrażliwość zaowocuje interesującym obrazem filmowym. Przyznam jednak, że wyszłam z pokazu i spotkania mocno rozczarowana.

Film zatytułowany „Z daleka widok jest piękny” pretenduje do metafory, która ma nam uświadomić swoisty paradoks: że piękno krajobrazu, w którym żyją ludzie jest odwrotnie proporcjonalne do ich moralnej i fizycznej brzydoty.

Główny bohater Paweł (grany przez Marcina Czarnika), o twarzy i manierach typa, którego nie chciałoby się spotkać w ciemnym zaułku, pozbywa się starej chorej matki. Jej miejsce miałaby zająć młoda kobieta, z którą się spotyka. Jednak nie proponuje jej tego, ale znika na czas jakiś. Rodzina dziewczyny ogałaca pod jego nieobecność mieszkanie z tego, co uzna za godne uwagi, po czym wraz ze sąsiadami demolują dom i palą sprzęty. Kiedy bohater wraca, nie zastaje nic.

Tyle fabuła. Dramaturgia filmu i sylwetki bohaterów - płaskie jak równina mazowiecka. Sasnalom wyraźnie brakuje umiejętności tworzenia scenariusza filmowego, zaś o ładunku intelektualnym filmu już nie wspomnę. Sylwetki, twarze, język bohaterów – skrajnie prymitywne. Jeśli to ma być metafora mówiąca o tym, do czego zdolny i jak brzydki pod każdym względem jest człowiek, to może niechby artyści zachowali taką wizję świata dla siebie i nie dzielili się nią z widzami. A tytułowy widok wcale nie był piękny – ot, kawałek natury, płasko i brzydko sfotografowanej. Czy naprawdę, wszyscy muszą robić filmy..?

Artykuł ukazał się na portalu PIK Wrocław 26 lipca 2011 roku.

Z Martą Niedźwiecką o „Burzach namiętności” podczas tegorocznego Festiwalu Wratislavia Cantans /wywiad/

O koncercie laureatów 50. Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej, organizowanego przez NFM i Akademię Muzyczną im. Karola Lipiń...

Popularne posty