Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2. American Film Festival. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2. American Film Festival. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 września 2019

Finał 2. American Film Festival

W niedzielę, 20 listopada 2011,  zakończył się projekcją filmu „Damsels in Distress” Whita Stillmana  2. American Film Festival. Nagrody publiczności otrzymały – w kategorii filmu fabularnego: „Gdziekolwiek dzisiaj” Michaela Di Jiacomo, w kategorii dokumentu: „Sing Your Song” Susanne Rostock. Festiwal obejrzało ok. 24 tysiące widzów, więcej niż w roku ubiegłym.




Na zakończenie festiwalu publiczność zdecydowała, że głównymi nagrodami należy uhonorować dwa filmy: „Gdziekolwiek dzisiaj” w reż. Michaela Di Jiacomo - zabawną komedię o parze ekscentryków oraz „Sing Your Song” w reż. Susanne Rostock, fantastyczny dokument o Harrym Belafonte, któremu poświęciłam poprzednią relację.

Ostatni dzień festiwalu spędziłam „jazzowo”, oglądając bardzo dobry film Bertranda Traveniera 
„`Round Midnight”, inspirowany biografią znakomitego muzyka i saksofonisty Lestera Younga. Film opowiadał o ostatnim okresie jego życia, kiedy to grając w słynnym paryskim klubie Jazzowym „Blue Note”, zaprzyjaźnił się z Francisem Paudrasem – pisarzem i pasjonatem jazzu. Film pokazywał osobiste perypetie obu bohaterów, ale przede wszystkim można było wysłuchać znakomitych kompozycji w wykonaniu Herbie’ego Hancocka, dwunastokrotnego laureata Grammy. On sam także pojawia się na drugim planie w towarzystwie takich muzyków, jak Freddie Hubbard, Bobby Hutcherson, John McLaughlin i Wayne Shorter.

Na przystawkę obejrzałam po raz setny chyba mój ulubiony film Billy Wildera - komedię z Marylin Monroe, Jackiem Lemonem i Tony Curtisem „Pół żartem, pół serio”. Na 2. AFF Wilder miał swoją retrospektywę, dzięki której młodsi widzowie mieli okazję zobaczyć jego słynne filmy na dużym ekranie. Błyskotliwa komedia o tym, że „nikt nie jest doskonały”, nic a nic się nie zestarzała, mimo że podobno nic tak się nie starzeje, jak dowcip. Ale – zapewniam – nie dotyczy to mistrza z Suchej Beskidzkiej. Sala ryczała (wraz z niżej podpisaną) w tych samych momentach, co zawsze. Brillant!

Film na zakończenie festiwalu „Damsels in Distress” („Dziewczęta w niebezpieczeństwie”)  w reżyserii Whita Stillmana kończył podobno również festiwal w Wenecji, mnie jednak wy-kończył swoim gadulstwem i błahą treścią, mimo że momentami był zabawny. Daleko mu jednak do klasy błyskotliwych komedii Billy Wildera, więc nie podarowawszy mu reszty wieczoru, po angielsku opuściłam salę. Pozostały dobre wrażenia i nadzieja, że kolejny American Film Festival będzie równie pełen inspirujących przeżyć i refleksji.

Relacja ukazała się w listopadzie 2011 r. na portalu PIK Wrocław.

Czwarty dzień 2. AFF – American Docs i "Sing your song" /recenzja filmowa/

 „Sing your song” – niezwykła biografia Harry`ego Belafonte z Ameryką w tle. Artysta jest narratorem – i to jakim! – tego filmu i to on prowadzi nas przez ciąg wydarzeń swej burzliwej i zarazem olśniewającej biografii, komentując obrazy w sposób niezwykle głęboki, mądry i piękny.


Sekcja „American Docs” na American Film Festival prezentuje dokumenty, które biorą udział w konkursie. W tym roku można było obejrzeć dwanaście propozycji, m.in. „American Greenhouse” E. Drennera, „Nawiedzonych” B. Storkela, „Nie oczekuj zbyt wiele” S. Ray, „Tabloid” E. Morrisa i „Sing your song” S. Rostock.
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że na szczególne wyróżnienie zasługuje ten ostatni film. Jest to dokument biograficzny o Harrym Belafonte, jednak ta sucha informacja nie oddaje w żaden sposób bogactwa tego obrazu, który nie tylko odsłania przed nami wiele faktów z biografii tego muzyka, o których kompletnie nie mieliśmy pojęcia, ale ukazuje jego życie osadzając je znacząco w historii Stanów Zjednoczonych, począwszy od lat 50. do współczesności.

Harry Belafonte jest narratorem – i to jakim! – tego filmu i to on prowadzi nas przez ciąg wydarzeń swej burzliwej i zarazem olśniewającej biografii, komentując obrazy w sposób niezwykle głęboki, mądry i piękny.
Młodszym widzom trzeba chyba przypomnieć, że Belafonte (pełne nazwisko artysty brzmi Harold George "Harry" Belafonte, Jr.) był znany przede wszystkim jako król calypso. Z filmu dowiadujemy się, że z zawodu był aktorem i że uczył się profesji razem z Marlonem Brando i Tony Curtisem. To, że zrobił tak oszałamiającą karierę, zachowując przy tym skromność i poczucie służby dla idei wolności, graniczy z cudem.
Przyszedł na świat w bardzo biednej rodzinie, wychowywała go matka, emigrantka z Jamajki. O tym, że został aktorem zadecydował właściwie przypadek. Otóż – jak opowiada sam bohater – otrzymał od człowieka, któremu pomagał w przeprowadzce darmowy bilet do Negro Theatre. Zafascynowany grą aktorów, postanowił pójść w ich ślady. Tak odkrył także swój talent muzyczny. Mało kto dziś pamięta, jak bardzo popularny był to piosenkarz. Do tego stopnia, że – mimo koloru skóry i dyskryminacji rasowej lat 50. – miał w amerykańskiej telewizji własny program. Zapraszał do niego zarówno białych, jak i czarnych muzyków jednocześnie (co ostatecznie przyczyniło się do zdjęcia programu z anteny), wydobywając na światło dzienne wiele ukrytych talentów, jak choćby wykonawców czarnego bluesa – Sonny Terry i Brownie McGee. Trzeba bowiem zaznaczyć, że przez całe swoje życie Harry Belafonte traktował swoją sławę jako narzędzie, dzięki któremu niósł pomoc wielu ludziom, od Martina Luthera Kinga po rdzennych Afrykanów, jak Miriam Makeba (słynna swego czasu piosenkarka uznana za symbol Czarnej Afryki) czy grupa kilkudziesięciu studentów, których przywiózł na studia do Ameryki, aby potem nieśli oświatę do swoich. Był wśród nich ojciec Baraka Obamy…

Równolegle do działalności artystycznej i społecznej, w którą był bardzo zaangażowany, Belafonte snuje także wspomnienia kolejnych miłości, opowiada o żonach, dzieciach i one także są przez reżyserkę dopuszczane do głosu. Problemy osobiste są ceną, jaką zapłacił artysta za swoje zaangażowanie w walkę o wolność i prawa kolorowych.
Przy tej okazji poznajemy Amerykę, jakiej nie znaliśmy. Obraz Stanów Zjednoczonych lat 50. I 60. czerpaliśmy w Polsce z cukierkowych hollywoodzkich filmów. Tymczasem zgromadzone przez Susanne Rostock, doprawdy imponujące, materiały archiwalne uświadamiają, że i tam ludzie byli śledzeni, bici, mordowani w niewyjaśnionych okolicznościach, że były obszary nędzy, gdzie panował głód.
Z filmu wyłania się portret „nieulizany” (jakby powiedział Witkacy), ale rzetelnie udokumentowany. Widzimy w perspektywie wielu lat człowieka doprawdy nadzwyczajnego: utalentowanego, wrażliwego na ludzkie cierpienie i niezmordowanego, gdy trzeba komuś pomóc. Widzimy także współczesność, w której Harry Belafonte nadal – mimo podeszłego wieku – działa aktywnie: odwiedza więźniów, organizuje starych i młodych wokół wymagających zaangażowania problemów. Jednocześnie snuje refleksje na temat ogromu zła w świecie, jakby trochę rozczarowany, że tyle robiąc, nie zmienił właściwie niczego w sposób widoczny. Jednocześnie zaś dzieli się radością z tymi, którzy go potrzebują.
Na spotkaniu z autorką filmu dowiedzieliśmy się, że Harry Belafonte dał jej całkowitą swobodę w tworzeniu filmu. Powstawał on kilka lat, z czego dwa pochłonął sam montaż. Jednak efekt jest tego wart. Chociaż jest to pierwszy autorski film Susanne Rostock, ma ona na koncie spory dorobek jako montażystka i scenarzystka. Widać rękę mistrzyni, bo film toczy się wartko, zawiera znakomite i unikalne materiały, także takie, które cenzura (tak, tak!) wycięła z oficjalnych informacji.
Przede wszystkim jednak każdego widza poruszy ta historia, bo jest to opowieść o niezwykle pięknym człowieku.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu PIK Wrocław w listopadzie 2011 roku.

Trzeci dzień 2. AFF – inna twarz Ameryki w filmach Tedda Solondza

Groteskowy portret rodzinny w "Domu dla lalek" Teda Solondza.



Retrospektywa  Todda Solondza – „Witaj w domu dla lalek”


W tym roku American Film Festival prezentuje cztery retrospektywy: Billy Wildera, Terrence Malicka, Joe Swanberga i Tedda Solondza. Trzej z nich są przedstawicielami kina niezależnego, o uznanym już dorobku.
Tedd Solondz zadebiutował w 1964 r. krótkometrażowymi filmami:  „Feelings” i „Babysitter”.  Do 1995 roku, kiedy to nakręcił „Witaj w domku dla lalek”, jego filmy nie podobały się potencjalnym dystrybutorom i – jak wyznał na spotkaniu z publicznością – brak sukcesów był dla niego ogromnie przygnębiający. Przełom nastąpił wówczas, kiedy otrzymał Główną Nagrodę Jury na Festiwalu Sundance, a także został nagrodzony na festiwalu w Toronto.

Główną bohaterką filmu „Witaj w domu dla lalek” jest 11-letnia dziewczynka (Heather Matarazzo), z jej problemami w rodzinie i w szkole. Jednak jest to przede wszystkim satyra na tradycyjną amerykańską rodzinę i szkołę.
Dziewczynka mieszka na przedmieściu, w typowym dla klasy średniej domu rodzinnym, wraz z rodzicami i dwójką rodzeństwa i jest „brzydkim kaczątkiem”. Kiedy kamera panoramuje w ekspozycji filmu rodzinne zdjęcie, mała stoi z boku i szczerzy swoje krzywe zęby w szerokim uśmiechu. Od razu wiemy, że nie ma szans w stosunku do uroczej, słodkiej młodszej siostry, która jest oczkiem w głowie rodziców. Starszy brat – też brzydal, ale jako jedyny chłopiec w rodzinie jest uprzywilejowany.

Nasza bohaterka jest na straconych pozycjach również w szkole. Nie należy do żadnej paczki, nie daje „ściągać”, ubiera się dziwacznie i w rezultacie jest przedmiotem niewybrednych docinków i zaczepek, które jednak znosi z godnym podziwu dystansem. Amerykańskie gimnazjum jest – podobnie jak polskie – „szkołą przetrwania”.
Ponadto nasza bohaterka zakochuje się bez pamięci w starszym koledze brata, który gra na gitarze i komponuje piosenki, a przy tym jest typem niezależnym, który nie uczestniczy w „wyścigu”, skutkiem czego nie jest agresywny i traktuje dziewczynkę przyjaźnie. Solondz z dużym poczuciem humoru traktuje wszystkie perypetie swojej bohaterki. Choć nie mamy wątpliwości, że jej problemy są prawdziwe, a dziewczynka z czasem zyskuje sympatię widza, śmieszą nas sceny, w których cielęcym wzrokiem wpatruje się w „ukochanego” (a w tle romantyczna muzyka P. Czajkowskiego) albo gdy śpiewa wraz z nim, podrygując zabawnie.

 Najbardziej groteskowy portret rodzinny otrzymujemy w scenie uroczystości z okazji 20-lecia ślubu rodziców nastolatki. Jest to kwintesencja kiczu i obłudy, w której uczestniczy także idol dziewczynki – na ten moment nie będący niezależnym artystą (bo z czegoś trzeba żyć).  Film kończy scena jakże charakterystyczna. Otóż kiedy po licznych perypetiach wszystko w tym „domu dla lalek” wraca do (swojej) normy, jesteśmy świadkami dialogu między dziewczynką a jej starszym bratem. Na pytanie, czy w liceum jest trochę lepiej, brat odpowiada, że nie, tylko metody dręczenia zmieniają się na bardziej zakamuflowane… Mimo tego pesymistycznego wydźwięku, film jest cudownym popisem gry aktorskiej, a narracja pełna jest specyficznego sarkastycznego i subtelnego na przemian humoru, który pozwala wszystko to przełknąć. A zatem – Witajcie w domu dla lalek!


Drugi dzień American Film Festival, czyli „Persona” po amerykańsku, zaskakujący melodramat Dereka Cianfrance i drugie życie w kosmosie

Niemożność zbudowania prawdziwej, głębokiej i trwałej więzi w filmie Joe Swaberga i wiarygodnie opowiedziany małżeński kryzys, kiedy miłość wietrzeje dzień po dniu, w szarej codzienności w "Blue Valentine".


Drugiego dnia festiwalu obejrzałam w pełni autorski film Joe Swanberga (bohatera tegorocznej retrospektywy) – „Hannah wchodzi po schodach”.  Kręcony kamerą „z ręki”, częściowo improwizowany, ma wiele cech zapisu dokumentalnego.

Pozornie jest to banalna historia dziewczyny ciągle zmieniającej partnerów, ponieważ poszukuje w związku nieustającej ekscytacji. Tytułowe „wchodzenie po schodach” nazwałabym raczej wchodzeniem „po trupach” kolejnych kochanków w rejony silniejszych emocji. Ku czemu jednak zmierza nasz Casanova w spódnicy, nie wiemy. Z rozmów z przyjaciółką wynika, że ucieka w ten sposób od banału, szarzyzny, które określa jako „chroniczny brak satysfakcji”. Uważa się przy tym za dramatopisarkę  i organizuje nawet „próby czytane” swoim kochankom, którzy jakoś nie umieją odnaleźć się w przypisanych im rolach.
 Prawdziwy dramat – niemożność zbudowania prawdziwej, głębokiej i trwałej więzi - kryje się gdzieś podskórnie i pokazany jest w sposób zgoła niedramatyczny: jako rodzaj impresji. Jego cechą są  niekończące się rozmowy pozbawione głębszej treści.  Ponadto prezentując swoich bohaterów Swamberg posługuje się często wielkim planem – zbliżając przede wszystkim  twarze  kobiety i jej trzech neurotycznych partnerów. Paradoksalnie, to mężczyźni są w tej opowieści ofiarami. Wrażliwi, czuli, zabiegają o uczucie kobiety, która najpierw toczy z nimi swoje gry, a potem kolejno ich porzuca. Nie sprawia przy tym wrażenia femme fatale, ale kruchej, wrażliwej istoty. W zakończeniu filmu mamy scenę niejako symboliczną. nasza bohaterka gra z kolejnym mężczyzną duet na dwie trąbki i straszliwie fałszuje, choć jej samej wydaje się, że jest oryginalna i twórczo traktuje swoje życie.

„Blue Valentine”, nietypowy melodramat  Dereka Cianfrance

Po tym, powiedzmy to szczerze, przeciętnym i nieco nijakim dramacie obejrzałam film Dereka Cianfrance „Blue Valentine”, wyświetlany w sekcji Highlights – hitów festiwalu. Film uchodzi za jeden z najlepszych melodramatów ostatnich lat. Strukturą narracji przypomina raczej dramat obyczajowy, ponieważ nie ma w nim psychologicznych uproszczeń, charakterystycznych dla melodramatycznych wizerunków bohaterów. Poza tym operowanie dużymi planami i liczne retrospekcje kojarzą się raczej z kinem psychologicznym. Oczywiście, jest także melodramatyczny muzyczny leitmotiw, który wybrzmi z końcem napisów i służy ewidentnie do tego, abyśmy się losem bohaterów wzruszyli.

Film rozpoczyna zwyczajna rodzinna scena karmienia dziecka i ta ekspozycja charakteryzuje osoby dramatu i relacje między nimi. Cynthia (Michelle Williams) – urodziwa, ale nieco zaniedbana kobieta z niecierpliwością karmi dziecko; Dan (Ryan Gosling) natomiast okazuje córeczce cierpliwość i miłość. Podobnie zachowuje się w stosunku do żony, która jego uczucie i troskę traktuje jako ciężar nie do udźwignięcia. W kolejnych scenach retrospekcje  mieszają się ze współczesnością. Dowiadujemy się o bohaterach coraz więcej. O „zimnym” domu Cynthi, w którym ojciec publicznie upokarza matkę, o nietrwałych związkach dziewczyny z różnymi mężczyznami, gdyż w gruncie rzeczy obawia się ona trwałego związku, mając doświadczenie nieudanych relacji we własnej rodzinie. Ponieważ matka była dla ojca „nikim”, ona chce być „kimś” i w tym celu pragnie zostać lekarzem. Jednak niespodziewana ciąża, a także miłość i urok osobisty Dana sprawiają, że postanawia urodzić dziecko i rezygnuje ze studiów. Dan z kolei – porzucony przez matkę, która odeszła z innym mężczyzną, kiedy był dzieckiem, pragnie mieć swój dom i jest to dla niego najwyższą wartością. Kiedy w jednej ze scen Cynthia pyta go o to, co chciałby zrobić ze swoim potencjałem, odpowiada jej  gniewnie, że dla niego ona i dziecko są priorytetem, że nie myśli lokować swoich talentów i czasu poza domem, ale właśnie w nim. Kiedy konflikt osiąga kulminację, Cynthia każe Danowi odejść, ponieważ – jak twierdzi – musi od niego odpocząć. Bardzo wiarygodnie opowiedziany małżeński kryzys, kiedy miłość wietrzeje dzień po dniu, w szarej codzienności. Podobnie jak w „Hannah wchodzi po schodach”, to mężczyzna jest wrażliwszy, wierniejszy i to on jest raniony przez kobietę, a nie odwrotnie.

„Nie wszystek umrę”, czyli o podwójnym istnieniu w kosmosie – „Druga ziemia” Mike’a Cahilla


Po tak obfitym (we wrażenia) lunchu mogłam sobie pozwolić na lekki podwieczorek, ale będąc ambitną współczesną kobietą, postanowiłam obejrzeć coś bardziej pożywnego i tak trafiłam na seans „Drugiej ziemi” – debiutu fabularnego Mike’a Cahilla (we współpracy z Brit Marling w roli współscenarzystki i głównej bohaterki).
Młoda dziewczyna imieniem Rhoda przyczynia się nieumyślnie do śmierci kobiety w ciąży i jej kilkuletniego syna. Wydarzeniem, które tak ją zaabsorbowało, że nie zauważyła stojącego na ulicy samochodu, było pojawienie się tytułowej drugiej Ziemi – bliźniaczej planety, której istnienie właśnie odkryto. Po wyjściu z więzienia dziewczyna nie umie pogodzić się z tym, co zrobiła i pragnie wyznać swoją winę przygniecionemu utratą rodziny Johny`emu, który jako jedyny przeżył. Odwiedza go jako rzekoma sprzątaczka i w istocie, udaje jej się wyrwać mężczyznę z depresji i tchnąć w niego wiarę w sens życia. Kiedy jednak mężczyzna dowiaduje się, kim naprawdę jest owa dziewczyna, każe jej odejść. Równolegle do głównego wątku wydarzeń rozwija się zagadnienie „drugiej Ziemi”. Rohdzie udaje się wygrać bilet lotniczy na planetę, która wydaje się być rodzajem lustra Ziemi i którą zamieszkują ziemskie sobowtóry – równoległe byty. Na tę planetę poleci ostatecznie mężczyzna, który pragnie odzyskać swoją utraconą wskutek wypadku biografię, o ile okaże się to możliwe.
Film Mike’a Cahilla dobrze się ogląda:  tkany jest subtelnymi obrazami i nielicznymi dialogami. Główną postacią jest piękna dziewczyna, za którą kamera nieustannie podąża. Autorzy filmu próbują zastąpić nieobecną w ich życiu wiarę rodzajem kosmicznej teorii, która ma nieść pociechę ludziom: że oto nie jesteśmy w kosmosie sami, że każdy ma swego sobowtóra i że wobec tego nie ma rzeczy nieodwracalnych jak śmierć.

Artykuł ukazał się na portalu PIK Wrocław w listopadzie 2011 roku.

2 American Film Festival rozpoczęty „Czarnym koniem” Todda Solondza

W dniach 15 – 20 listopada 2011 r. American Film Festival  zaprezentuje 76 filmów, w tym 40 premier polskich i 6 europejskich. Zobaczymy retrospektywy znanych mistrzów kina, jak Billy Wilder i uosobienie kina niezależnego – Todd Solondz. Obok nich – młode pokolenie, twórcy mniej znani, filmy dokumentalne i muzyczne.


 We wtorek, 15 listopada nastąpiło uroczyste otwarcie drugiej edycji American Film Festival. Bohater wieczoru,  Todd Solondz, był wprawdzie nieobecny i nagrodę Indie Star Award, przyznawaną niezależnym twórcom, odbierze w późniejszym terminie, ale mogliśmy obejrzeć jego najnowszy film „Czarny koń”.
    Film jest opowieścią o życiu niedojrzałego, ponad trzydziestoletniego mężczyzny. Abe (Jordan Gelber) mieszka z rodzicami ( Mia Farrow, Christopher Walken), pracuje (choć właściwiej byłoby powiedzieć: przesiaduje) w firmie ojca i żyje w swoim urojonym światku snując fantazje na różne tematy. Jego tusza służy podkreśleniu, że ciągle jest „bobasem”, który budzi u kobiet uczucia macierzyńskie, ale nikt nie traktuje go jak dorosłego mężczyzny.
    Pokazując swego bohatera w relacjach z innymi ludźmi, Solondz obnaża jednocześnie wiele amerykańskich mitów i stereotypów. Czyni to z właściwym sobie sardonicznym humorem. Widzimy zatem portret amerykańskiej rodziny – tatę, który osiągnął sukces w interesach, ale zajmując się wyłącznie statystykami stał się robotem, który nie umie rozmawiać i nie potrzebuje kontaktu z nikim. Siedzi obok żony przed telewizorem i z kamienną twarzą ogląda nagrane przez syna filmy. Matka nie musi pracować zawodowo, ale jedyną jej rozrywką jest troska o syna i gry towarzyskie z nim, ponieważ z mężem nie ma właściwie żadnego kontaktu. Podobnie jak on, ma zastygłą twarz, która nie wyraża już żadnych emocji. Starszy syn wprawdzie dorósł i wyprowadził się z domu, ale – będąc „skazany na sukces” jak jego ojciec – skończy zapewne tak samo.
   Nasz bohater spędza w pracy czas przed ekranem komputera, interesują go wyłącznie gry i zabawki, ale – paradoksalnie – on jeden zachował wyobraźnię, snuje marzenia (cóż, że infantylne), ma potrzebę rozmowy z ludźmi. Nie będąc jak inni, nie popadł też w schemat. Abe manipuluje uczuciami rodziców, by jak najdłużej zachować swoje status quo, a oni są wobec niego bezradni. Tymczasem bohater snuje  opowieści o „trudnym dorastaniu”, o piętnie, który wywarł na nim starszy brat i o surowym ojcu. Wszystko to jest kpiną z modnej w Ameryce psychoanalizy, która w gruncie rzeczy służy spychaniu problemów na innych, np. na „toksycznych rodziców”. Reżyser pokazuje także drugą rodzinę – rodzinę dziewczyny, w której „zakochuje się” bohater. Są może mniej zasobni, ale schemat jest ten sam: sfrustrowana dziewczyna, która nie umie funkcjonować bez leków antydepresyjnych i schowani za gazetami rodzice o „martwych” twarzach. Dziewczyna imieniem Miranda również boi się autentycznego (czytaj: nie pozbawionego cierpienia i problemów) życia. Z Abe gotowa jest się związać po to, aby przejął on rolę opiekuna. W dialogach, a właściwie monologach, które toczą ze sobą bohaterowie, ona gotowa jest zrezygnować ze wszystkich feministycznych uroszczeń („nie będę pisarką’, „nie będę się realizowała…”), by „poświęcić się” rodzeniu dzieci. On snuje w tym czasie marzenia o wspólnym zamieszkaniu w jego domu rodzinnym, skąd „wyprowadza” rodziców i marzy o wielopokoleniowej rodzinie, której będzie protoplastą.
   Film Solondza pokazuje zupełnie inną Amerykę. Amerykański sen wygląda w niej jak koszmar. Na szczęście, łagodzony poczuciem humoru reżysera. Tytułowy czarny koń – podobnie jak bohater – zdaje się mówić: „miałem wygrać ten bieg, ale się nie udało”. Jest to jednak zaledwie przebłysk refleksji, po której wszystko „wraca do normy”.

Tekst recenzji został opublikowany na portalu PIK Wrocław w listopadzie 2011 roku.

Z Martą Niedźwiecką o „Burzach namiętności” podczas tegorocznego Festiwalu Wratislavia Cantans /wywiad/

O koncercie laureatów 50. Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej, organizowanego przez NFM i Akademię Muzyczną im. Karola Lipiń...

Popularne posty