Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marek Cisek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marek Cisek. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 kwietnia 2026

"Ogród wypowiedzianych słów" – wystawa Ewy Rossano w Muzeum Pana Tadeusza

 Od 10. kwietnia do 26. lipca w Muzeum Pana Tadeusza prezentowana jest wyjątkowa wystawa. „Ogród wypowiedzianych słów” to przestrzeń, w której słowo materializuje się w unikatowych rzeźbach, obrazach i filmach autorstwa wrocławskiej artystki Ewy Rossano. Punktem wyjścia projektu jest zwrócenie się ku drugiemu, kluczowe są tu także pojęcia relacji i gościnności. Ze słowa rodzi się spotkanie, które staje się osią narracyjną wystawy.


Ewa Rossano studiowała rzeźbę w Strasburgu, a malarstwo we Wrocławiu, z którym związana jest od urodzenia. Jej prace zdobią tkankę miejską stolicy Dolnego Śląska – można je oglądać na Skwerze Wzajemnego Szacunku w Dzielnicy Czterech Wyznań czy w ossolińskim ogrodzie barokowym.

Słowo przede wszystkim jest bohaterem zbiorów Ossolineum, a w nich pamięć, tekst i historia tworzą wspólny horyzont znaczeń. Artystka, przygotowując prace specjalnie na wystawę w Muzeum Pana Tadeusza, prowadzi dialog z wybranymi obiektami z kolekcji Muzeum Książąt Lubomirskich oraz Narodowej Biblioteki Ossolineum, pozwala im wyznaczać kierunki formalne i nadawać sens współczesnym dziełom.

Ewa Rossano, Yarden, 2025, brąz, kryształ, 
fot. Marek Cisek

Na wystawie zaprezentowanych zostanie kilkadziesiąt prac artystki stworzonych w różnych technikach – będą to rzeźby, obrazy, rysunki, fotografie, filmy – oraz obiekty ze zbiorów Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, które pokazane razem, stworzą wielowymiarową strukturę dialogu. Ekspozycja jest unikatowa z kilku powodów. Przede wszystkim zaprezentuje zupełnie nowe prace Ewy Rossano, przygotowane specjalnie dla wrocławskiej publiczności. Oprócz tego pojawią się w muzealnych salach rzadko eksponowane i drogocenne zabytki muzealne, takie jak: „Zielnik” Elizy Orzeszkowej, rysunki Jana Piotra Norblina, rękopis „Raptularza” Juliusza Słowackiego, oryginalne zdjęcia Jadwigi Nowak-Jeziorańskiej czy piętnastowieczny „Almanac. Kalendarzyk francuski”.

Zielnik zawierający nadniemeńskie rośliny dekoracyjne naklejone, sporządzony przez Elizę Orzeszkową, z jej inskrypcjami, 1890, rękopis (fot. ze strony Muzeum)


Ekspozycja w Muzeum Pana Tadeusza (Oddziale Zakładu Narodowego im. Ossolińskich) prezentowana będzie w trzech salach, a każda pełnić ma inną funkcję: pierwsza stanie się wejściem do tytułowego ogrodu, druga poświęcona jest dialogowi, trzecia to moment wyciszenia i odpoczynku.

Wystawa ukazuje obiekty Ossolineum w nowym świetle, w dialogu ze współczesną sztuką, podkreślając ich ciągłość, wzajemne napięcia i współoddziaływanie. Przestrzeń wystawiennicza pozwala widzowi tkać własną opowieść, inspirować się tym, co widzi i co prezentowane obiekty otwierają w jego wyobraźni. Całość ekspozycji przypomina wielowymiarową księgę: splatają się tu wątki i bogactwo rzeźb w relacji z obiektami historycznymi, co w zamierzeniu artystki ma zachęcić do refleksji i uruchomić nieoczywiste skojarzenia.

Ewa Rossano, Dwa stawy, 2025, papier marmurkowy, listki złota, brąz, deska,
fot. Marek Cisek

Wystawa „Ogród wypowiedzianych słów” prezentowana jest w Polsce po raz pierwszy. W kolejnych miesiącach prace Ewy Rossano wyjadą z Muzeum Pana Tadeusza i będą pokazane w innych europejskich miastach, między innymi w Rzymie czy w Strasburgu, w zaadaptowanej do nowych przestrzeni wystawienniczych formie.

kuratorki: Ewa Rossano, Agnieszka Paluch, Magdalena Sudoł

identyfikacja wizualna: Agnieszka Hawałej

realizacja filmu: Sabin Kluszczyński

Użyczenie obiektów ze zbiorów Zakładu Narodowego im. Ossolińskich: Dział Sztuki, Dział Numizmatów i Pamiątek Historycznych, Dział Rękopisów, Dział Starych Druków

informacja prasowa

czwartek, 13 lutego 2025

"Wszystko jest malarstwem". Marc Chagall - poeta ze sztalugą /o wystawie w Muzeum Albertina i nie tylko/

Od 28 września 2024 roku do 9 lutego 2025 w wiedeńskim Muzeum Albertina zaprezentowano około 90 prac Marca Chagalla pochodzących ze wszystkich okresów jego twórczości. Sprowadzone z wielu muzeów, a także z prywatnych zbiorów, obrazy reprezentowały tematy, które malarz podejmował najczęściej, począwszy od 1905 roku, a na latach 80. ub. wieku kończąc. Obrazy pełne poezji i często zagadkowych znaczeń, ale także odnoszące się do historii i wspólnych doświadczeń. Chagall ciągle fascynuje swoim poetyckim, onirycznym widzeniem świata.

Marc Chagall, "Autoportret na tle domu", 1914, fot. Marek Cisek
Wystawa w Muzeum Albertina ukazała mi innego Chagalla – nie tylko tego z zakochanymi parami unoszącymi się nad ziemią, jakiego najbardziej znamy i lubimy. Zobaczyłam malarza wielkich formatów, podejmującego także problemy egzystencjalne ("Narodziny", "Śmierć", "Samotność"), zagadnienia dobra i zła ("Upadający anioł"), historii ("Wojna"), ale także codziennego życia i najbliższego otoczenia oraz tradycji żydowskiej ("Matka przy piecu", "Siostra i szwagier przy stole", "Skrzypek", "Święto Namiotów"), nie licząc licznych autoportretów. Sięgnęłam po jego autobiografię "Moje życie", a także po wydawnictwa poświęcone jego malarstwu. Jednak największą przyjemność sprawiło mi uważne przyglądanie się obrazom, a potem studiowanie ich detali. W rezultacie, zamiast solennej relacji z wystawy, opowiedziałam o Chagallu – poecie palety (wiersze też pisał, a "Moje życie" jest wspaniałym przykładem prozy poetyckiej), który swoim malarstwem opowiadał o świecie w sposób oryginalny i niepowtarzalny. 

Marc Chagall, "Poeta z ptakiem", 1911, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Moisiej Szagał - Rembrandt z Witebska


"Poeta z ptakiem" to obraz powstały w miodowym miesiącu, który Chagall spędził wraz z Bellą na wsi Zaolsze koło Witebska. We wspomnieniach zatytułowanych "Moje życie" pisał:

Lasy, świerki, samotność. Księżyc za lasem. Świnka w oborze, koń za oknem, w polu. Liliowe niebo".

Tytułowy poeta, zdjąwszy kapelusz i skrzyżowawszy ręce na piersi, leży wyciągnięty na trawie i zdaje się delektować chwilą. W tej z pozoru pastoralnej scenie czai się jednak jakaś groźba, zasugerowana przez granatowe niebo i wielkie, ciemne, zasłaniające je potężne drzewo. Z biografii Chagalla wiadomo, że nad artystą wisi groźba wcielenia do carskiej armii i że wojna już daje o sobie znać.

Zanim jednak udało mu się poślubić Bellę, którą potem uwieczniał na licznych obrazach, długo się o nią starał. Pochodziła z bogatej rodziny właścicieli sklepów jubilerskich, podczas gdy Moisiej Szagał był początkującym malarzem i człowiekiem niezbyt zamożnym. W końcu jednak miłość zwyciężyła i młodzi stanęli pod czerwonym baldachimem.

Marc Chagall, "Ślubna para w zimie", 1960, fot. Marek Cisek
Chagall bywa kojarzony przede wszystkim jako malarz, który w charakterystycznej dla siebie poetyce onirycznej pokazywał Witebsk. Jego obrazy zaludniają skrzypkowie, modlący się Żydzi, a także codzienne życie: wiejski sklep, pokój jadalny, postacie rodziców i siostry. Chagall od najwcześniejszych lat przekładał na język malarstwa zarówno życiową filozofię zamieszkujących Witebsk chasydów, jak też ich język. Jego obrazy są często dosłownymi wyobrażeniami metafor i charakterystycznych zwrotów. Na określenie marzyciela używano w jidysz powiedzenia "luftmensch", co oznacza "człowieka powietrznego". U Chagalla wiele postaci unosi się nad ziemią...
Ponadto widział, rzec by można, kolorami.
"Kiedyś rano, jeszcze przedświtem – pisze malarz w "Moim życiu" – dostrzegłem kobietę biegnącą samotnie ulicą, błagała sąsiadów, by ratowali umierającego męża. (...) Światło żółtych świec, barwa tej twarzy, zastygającej w śmierci (...). Nieboszczyk, uroczyście smutny, leży już na ziemi, sześć świec oświetla mu twarz".

Marc Chagall, "Śmierć" "Nieboszczyk"), 1908-1909, fot. Marek Cisek
Obraz daleki od realizmu: postacie nieproporcjonalnie duże, nieboszczyk nie leży w domu, lecz na ulicy – jakby w pamięci malarza stał się widomą częścią tej opowieści. Za rozpaczającą wdową mężczyzna z miotłą sprząta ulicę (a może to figura śmierci z miotłą zamiast kosy?), zaś na dachu jednego z domów siedzi – dobrze widoczny na tle żółtego nieba – skrzypek, który z pewnością gra jakąś żałobną melodię. Na dachu domu wdowy – wyeksponowany but, niczym zbędny już rekwizyt. A może jest to but skrzypka na dachu, wędrownego artysty?
Ten "skrzypek na dachu" stał się właściwie znakiem rozpoznawczym malarza, szczególnie po filmie Normana Jewisona z 1971 roku. Skrzypkowie na obrazach Chagalla to symbol artysty, ale i muzycznego wagabundy, któremu sztuka ułatwia poruszanie się po różnych światach.

Marc Chagall, "Skrzypek", 1911-1912, fot. Marek Cisek

Kim była rodzina malarza? W "Moim życiu" opisuje dziadka, nauczyciela religii, który ulokował ojca w składzie śledzi, gdzie ciężko fizycznie pracował, a po pracy jego ubranie "połyskiwało solą ze śledzi, rozrzucając w górę i na boki refleksy światła. Tylko jego twarz, to żółtą, to bladą, rozjaśniał od czasu do czasu słaby uśmiech. (...) Tylko mnie był bliski – to proste, ciche i pełne poezji serce". 

Marc Chagall, "Ojciec", 1921, fot. Marek Cisek
Najserdeczniej jednak wspomina matkę – dzielną i energiczną małą kobietę, która  "prowadzi dom, kieruje ojcem, nieustannie buduje małe domki, zakłada sklepik, podjeżdża tam całym wozem towarów wziętych na kredyt". A kiedy wieczorem ojciec ze zmęczenia zasypiał przy stole, siadywała przy wysokim piecu, pragnąc z kimś porozmawiać. "Obracała słowami, podawała je tak dobrze, że zakłopotany rozmówca uśmiechał się. (...) Milczała albo przemawiała niczym królowa. Ale nie było nikogo, tylko ja jej słuchałem. (...) Gdzie jesteś teraz, mamusiu? W niebie, na ziemi?(...) Nie proszę, abyś się za mnie modliła. Sama wiesz, jakie mogę mieć zmartwienia. Powiedz mi, mamusiu, czy na tamtym świecie, w raju, w chmurach, tam gdzie jesteś, moja miłość może ci być pociechą? (...) Pewnego pięknego dnia, kiedy moja matka wkładała chleb do pieca i trzymała łopatę, chwytając ją za obsypany mąką łokieć powiedziałem do niej: "Mamo... chciałbym zostać malarzem".

Nie była zachwycona, a mimo to zaprowadziła syna na indywidualne lekcje malarstwa, a potem wspierała, gdy chciał się dalej kształcić. Pisząc we wspomnieniach o licznych wujkach i ciotkach, którzy czytali Biblię albo grali na skrzypcach "jak szewc", powiada: "Wszystko jest malarstwem" i "Jeden tylko Rembrandt mógłby wiedzieć, co myślał stary dziadek, rzeźnik, drobny kupiec, kantor, kiedy jego syn grał na skrzypcach, stojąc przy oknie o zabrudzonych szybach, pokrytych kroplami deszczu i śladami palców". Można by, nawiązując do tego cytatu, powiedzieć to samo o malarzu z Witebska, który taki właśnie świat utrwalił w setkach obrazów. 

Marc Chagall, "Matka przy piecu", 1914, fot. Marek Cisek
Zanim wyjechał na studia do Petersburga, poznał Bellę, musiało jednak upłynąć sporo czasu, zanim podjął starania o jej rękę. Cierpiał nędzę, a w końcu porzucił Szkołę Cesarskiego Towarzystwa Popierania Sztuk Pięknych. W pewnym momencie znalazł jednak mecenasa w osobie Dawida Ginzburga – czołowej postaci petersburskiej społeczności Żydów, który ufundował mu stypendium. Wiele zawdzięczał też Maksymowi Winawerowi, mecenasowi i kolekcjonerowi jego prac – ufundował mu stypendium, dzięki któremu mógł spędzić rok w Paryżu.
Paryż był wówczas mekką artystów, których miał okazję poznać, a z niektórymi nawiązać przyjaźnie. Bywał często w Luwrze, gdzie mógł wreszcie poznać płótna najwybitniejszych malarzy. Po trzech latach, dzięki wystawie na Niemieckim Salonie Jesiennym W galerii Der Strurm, jego obrazy zaczęły się sprzedawać. Po czterech latach, będąc zarabiającym i dobrze zapowiadającym się artystą, mógł rozpocząć starania o rękę ukochanej Belli. Dzięki uporowi dziewczyny, jej rodzice zgodzili się. W owym czasie Chagall dużo maluje. Powstają wówczas dzieła, które stały się najbardziej popularne: ""Żyd w czerwieni", "Rabin z cytryną" czy "Modlący się Żyd".

Marc Chagall, "Rabin z cytryną", 1914, fot. Marek Cisek
Nadciągają trudne czasy: wybucha I wojna światowa. Ponieważ do Paryża nie udaje się wyjechać, Chagall udaje się do Piotrogrodu, gdzie ustosunkowany szwagier umieszcza go w bezpiecznej niszy jakiegoś urzędu. W 1915 roku, miesiąc przed narodzinami córki Idy, wystawia 63 płótna w galerii Dobiczynej., a rok później 45 jego prac zostaje pokazanych na wystawie zbiorowej w Moskwie. Mimo toczącej się wojny, pozostaje aktywny i do czasu rewolucji lutowej (1917) sprzedaje swoje obrazy kilku znaczącym kolekcjonerom. Kiedy obalono carat, Chagall odczuwa przede wszystkim ulgę: "Moje pierwsze uczucie – nie będę już miał do czynienia z paszportowcami" (Żydzi, poruszając się po Rosji, musieli legitymować się paszportem). Kiedy jednak w zaplombowanym wagonie przybywa Lenin, życie zaczyna być bardziej skomplikowane, żeby nie powiedzieć: trudne. 

Marc Chagall, "Do Rosji, osłów i innych", 1911, fot. Marek Cisek

"Lenin przewrócił ją [Rosję] do góry nogami, podobnie jak ja odwracam swoje obrazy - pisał w "Moim życiu". Dwadzieścia lat po rewolucji, zdając sobie sprawę, jak zbrodniczy był to ustrój, sam powiesił Lenina do góry nogami na obrazie "Rewolucja" (1937). Zanim jednak to zrozumiał, został jako "czerwony Żyd" powołany przez Kreml do założenia w Witebsku szkoły sztuk pięknych. Wypisywał głupoty o "burżuazyjnych malarzach", a jednocześnie świętował narodziny władzy radzieckiej wspaniałym projektem, w rezultacie czego na murach Witebska pojawiły się postaci z magicznego cyrku. Władze nie były zachwycone i ... zamówiły cementowe popiersia Lenina i Marksa :-) W 1920 roku, podczas nieobecności Chagalla w Witebsku, niejaki Malewicz dokonał "zamachu stanu" i przekształcił szkołę w Akademię Suprematyzmu. W rezultacie Chagall spakował swój dobytek i wraz z rodziną przeniósł się do Moskwy.

Marc Chagall, "Arlekiny", 1922-44, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Tam panował chaos i nędza. Trzeba było walczyć o kawałek chleba dla rodziny, a wegetowali pod Moskwą w domku z dziurawym dachem. A jednak – paradoksalnie – Chagall zaczął się wtedy w pełni realizować w Moskiewskich Państwowym Żydowskim Teatrze Kameralnym. Związek artysty z teatrem był niejako naturalny, bo lubił teatralizować swoje życie. Podczas mroźnej zimy 1920 roku namalował dekoracje, kurtyny, a nawet ściany i sufit teatru, nie mówiąc już o kostiumach aktorów, które farbował w przeddzień premiery. W tym jego totalnym teatrze pojawiają się postaci  cyrkowych akrobatów, muzyków grających na skrzypcach i dmących w szofar, krowy wystawiają rogi, pojawia się też sam Chagall, niesiony triumfalnie przez kierownika artystycznego teatru. Była to opowieść, w której nie czuło się grozy sytuacji zewnętrznej. Większość tych prac przetrwała w magazynach do lat 70., kiedy to Chagall odwiedził Moskwę i pozwolono mu obejrzeć (i sygnować!) stare prace.


Biblijne korzenie Chagalla

"Biblia – pisze Chagall we wspomnieniach "Moje życie" – absorbowała moje myśli od czasu, kiedy byłem małym dzieckiem. Dla mnie to największe źródło poezji, jakie zna świat. Dlatego szukałem jej refleksów w sztuce i w życiu. Biblia jest jak głos natury, a ja próbuję uchwycić i przekazać jej tajemnice".

Bez Witebska nie byłoby Chagalla, jakiego znamy, nie byłoby go też bez Biblii – i to zarówno hebrajskiej, jak też Nowego Testamentu, które często współegzystują na jego obrazach. Sposoby  interpretacji biblijnych historii są charakterystyczne dla Chagalla i odbiegają od powszechnie przyjętych. Chagall nie jest ani uczonym rabinem, ani biblijnym egzegetą. Jego historie biblijne opowiadane w obrazach mają poetycki charakter. Swobodnie miesza Biblię hebrajską z Nowym Testamentem. 

Nieomal zawsze, kiedy pragnie wyrazić cierpienia swojego narodu, własne, ale także cierpienia ludzkości, powraca do postaci Chrystusa Ukrzyżowanego.  Już w roku 1910 namalował obraz "Święta Rodzina", zaś dwa lata później "Ukrzyżowanie" oraz monumentalne dzieło "Poświęcone Chrystusowi". To ostatnie zostało zaprezentowane na wystawie w Muzeum Belweder pod tytułem "Golgota" ("Ukrzyżowanie"). Kompozycję charakteryzują koliste kubistyczne formy w ciemnych odcieniach czerwieni i zieleni. Fioletowo-siny Jezus na tym obrazie przypomina dziecko, a pozostałe wydarzenia pokazane symultanicznie, niczym w sztuce średniowiecznej, rozgrywają się w prawej dolnej części obrazu: jakaś postać podobna do Charona czeka, by zawieźć ciało ukrzyżowanego na drugi brzeg. 

Marc Chagall, Golgota, 1912, fot. Marek Cisek

O tym, że Jezus w twórczości Chagalla niemal zawsze jest nade wszystko cierpiącym Żydem, świadczą także inne obrazy, które znalazły się na tej wystawie: "Exodus" (1952) czy "Ukrzyżowanie" (1944). Pierwszy z nich podejmuje starotestamentalny temat wyjścia narodu wybranego z ziemi egipskiej. Przywódcą jest Mojżesz trzymający w ramionach tablice Prawa, widoczny w prawym dolnym rogu. Za nim – gęsty nieprzeliczony tłum. Po środku, na pierwszym planie, wyróżniają się dwie postacie z dzieckiem. Możemy interpretować je jako Marię i Józefa z Dzieciątkiem, obiecanym Mesjaszem, ponieważ powyżej widzimy dominującą Jego postać w pozycji ukrzyżowanego. Po lewej stronie – ołtarz całopalenia, ale to Chrystus jest barankiem złożonym w ofierze. Obraz pełen znaczących szczegółów także w lewym i prawym górnym rogu – zdaje się opowiadać całą historię narodu wybranego.

Marc Chagall, "Exodus", 1952-1966, fot. Marek Cisek

Jezus na obrazach Chagalla jest także Żydem ze sztetl, powieszonym na krzyżu w towarzystwie innych Żydów, pełniących rolę ewangelicznych łotrów ("Ukrzyżowanie", 1944). Niekiedy jednak malarz łączy treści biblijne ze swoją osobistą historią. W swoim późnym dziele "Przed obrazem" pokazuje jakiegoś artystę z oślą głową, malującego ukrzyżowaną postać, której twarz przypomina bardziej Apollina aniżeli Jezusa. Ukrzyżowany jedną rękę przyciska do serca i nie wygląda bynajmniej na człowieka cierpiącego. W lewym górnym rogu widzimy dwie postacie ze sztetl (rodzice?), zaś w prawym "okienku" rysują się dwie słabo widoczne postacie, z których pierwsza trzyma świecznik (menorę?). Pionowa belka sztalug, na których opiera się obraz, jest przedłużeniem drewnianego krzyża. W dolnej części obrazu widać sztetl nocą po lewej stronie, po prawej zaś budynek (synagoga?) rozświetla anioł, którego stopy wychodzą poza ramę obrazu. Poza sztalugami przedstawiono młodą kobietę o niebieskich włosach, nad nią zaś szkicowo namalowane drzewo, nad którym widać jakąś tajemniczą dłoń dotykającą płótna...( kojarzyć się może z freskiem z Kaplicy Sykstyńskiej: ręką Boga stwarzającego Adama) Na pionowej belce krucyfiksu widnieje napis hebrajskimi literami, który brzmi w tłumaczeniu: "CHAGALL".

Marc Chagall, "Przed obrazem", 1968-71, fot. Marek Cisek

Pełne poetyckich znaczeń są także obrazy czerpiące wprost z ksiąg hebrajskich Biblii, choć i one odnoszą się do Nowego Testamentu. Zaprezentowany na wystawie "Upadek anioła" jest w istocie kolejną wersją tego tematu (pierwsza ujrzała światło dzienne w 1923 roku), a potem była wielokrotnie zmieniana. W kolejnych latach artysta dodaje nowe elementy: zegar, krowi łeb, skrzypce, płonącą świecę, ponadto powiększa anioła. Ostateczna wersja "Upadku anioła" powstała po wojnie – z krucyfiksem i kobietą z dzieckiem na ręku. Przytaczam te fakty, ponieważ rzucają światło na sposób, w jaki artysta podejmował biblijne tematy. Historia upadłego anioła, namalowana pod wpływem doświadczeń II wojny, staje się aktualną opowieścią o straszliwej katastrofie. Krwawa sylwetka upadłego anioła przecina niejako obraz na dwie części. Po lewej stronie widzimy Żyda trzymającego zwój Tory otwarty – jak się można domyślić – na fragmencie, w którym mowa o buncie przywódcy aniołów, opisanym przez proroka Izajasza (Iz 14, 12-15). Był nim Lucyfer, Syn Jutrzenki, czyli „nosiciel światła”. Upadek anioła zdaje się udaremniać Kobieta z Dzieciątkiem (również zapowiadana przez proroka). Po prawej widzimy światło świecy (nadziei?) oraz postać Ukrzyżowanego  Zbawiciela.. Na górnym skrzydle anioła widać zegar – symbol czasu, teraźniejszości. Wreszcie w górnym lewym rogu Chagall namalował upadek mężczyzny, który prawą nogą dotyka skrzydła anioła, w lewej zaś trzyma laskę łączącą go z głową Żyda pokazującego zwój Tory, jakby chciał powiedzieć: to wszystko zostało napisane. Być może oznacza to, że upadają nie tylko anioły, ale także ludzie, którzy jednak mogą znaleźć oparcie w Bożej obietnicy, zapisanej w księgach biblijnych. Osioł i skrzypce to motywy charakterystyczne dla wielu obrazów Chagalla. Dla mnie są poetycką metaforą czegoś pięknego i prostego, co nie podlega złu.

Marc Chagall, "Upadek anioła", 1923-1947, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Kwintesencją poezji na obrazach Chagalla jest dla mnie przede wszystkim "Król Dawid". Wiadomo, że bohater I i II Księgi Samuela był nie tylko królem, lecz także poetą, któremu przypisuje się autorstwo 73 psalmów.  Biblia określa go jako poetę i pieśniarza, grającego na cytrze, flecie, niekiedy na harfie (co wynika z błędnego tłumaczenia). Płótno przedstawia Dawida ubranego w czerwony królewski płaszcz, siedzącego na tronie z lirą w ręku. Król – śpiewak to poeta o głębokiej duchowości. Artysta.  Poniżej jego postaci widnieje słońce oświetlające wieżę, wokół której zgromadził się tłum ("Wieżą Dawidową" określa się w litanii Matkę Bożą). Do takiej interpretacji upoważnia także postać kobiety karmiącej niemowlę. Postać w prawym dolnym rogu – Żyd spowity w zieloną szatę, a obok niego otwarta księga – przywodzi na myśl proroka Izajasza, który zapowiedział narodowi wybranemu znak w postaci Dziewicy, która urodzi syna, a dziecko to będzie zapowiadanym Mesjaszem. Po prawej stronie – podwójna kobieca postać: zwykła i świetlista (Ewa i Maryja?) trzyma przed Dawidem świecznik z trzema palącymi się świecami (symbol Trójcy i doskonałości). Powyżej kobiet – świetlista postać dzieciątka w żłóbku ("Odrośl i Potomek Dawida"). Natomiast w prawym górnym rogu Chagall namalował postacie i leżące dziecko, a nad nim głowę bydlęcia. Nieco poniżej – skrzypek, niczym sygnatura obrazów Chagalla. 

Marc Chagall, "Król Dawid", 1951, fot. Marek Cisek 

Miałabym ochotę przyglądać się obrazom Chagalla bez końca, ale wtedy nigdy nie dokończyłabym tego artykułu, który i tak piszę już wystarczająco długo... Właściwie był pretekstem do tego, aby lepiej poznać Chagalla i jego malarstwo, choć to niekończący się proces. Lepiej też pozostać z poczuciem niedosytu :-)


poniedziałek, 27 stycznia 2025

Agnieszka Rehlis i Krzysztof Meisinger – wyjątkowi artyści w wyjątkowym repertuarze /relacja z koncertu/

24 stycznia 2025, w ramach cyklu "Ars Cameralis", byliśmy świadkami niecodziennego koncertu, w którym udział wzięła niezmiernie rzadko występująca w Polsce Agnieszka Rehlis (zjawiskowy mezzosopran) oraz Krzysztof Meisinger, współpracujący z nią od wielu lat wirtuoz gitary klasycznej, artysta o międzynarodowej renomie. Różnorodny program, w ramach którego znalazły się zarówno współczesne kolędy, jak też pieśni Franza Schuberta, Władysława Żeleńskiego czy "Pieśni nocą śpiewane" Bartłomieja Marusika, pozwolił rozsmakować się w ich wyjątkowych interpretacjach prawdziwej poezji.

Agnieszka Rehlis i Krzysztof Meisinger podczas koncertu w Oratorium Marianum
we Wrocławiu, fot. Marek Cisek

We wstępie wprowadzającym słuchaczy w istotę poezji, jej źródła, Marek Dyżewski nawiązał do starożytności greckiej, kiedy to poezja była od muzyki nieodłączna. Zwrócił przy tym uwagę na fakt, że "źródłem tekstu poetyckiego jest muzyczne poruszenie w wyobraźni poety. Jest to pieśń bez słów, która przyobleka się w słowa w ten sposób, że dostosowuje słowa i obrazy do tej pieśni bez słów i tak rodzi się utwór poetycki – z lirycznego poruszenia". Zdaniem Profesora, są pieśni, które do tego stopnia zadomowiły się w ludzkiej pamięci, że nie sposób wyobrazić ich sobie bez muzyki. Z taką właśnie pieśnią powstałą z lirycznego poruszenia mogliśmy obcować podczas koncertu dwojga niezwykłych artystów: Agnieszki Rehlis i Krzysztofa Meisingera

Koncert rozpoczęto od kolęd: najpierw od kolędy do słów Stanisława Tyma, z muzyką Jerzego Derfla: "Lulejże mi, lulej", po której wykonano "Mizerna cicha", po czym nastąpiła skomponowana przez Katarzynę Kettner do słów Andrzeja Tary "W stajence cichutko śpi". Dodam, że w styczniu ub. roku oboje artyści wystąpili w Teatrze im. Juliusza Słowackiego, w koncercie charytatywnym zorganizowanym dla Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie, w ramach dziesiątej edycji projektu "Kolędy do Nieba". A i czas mamy ciągle kolędowy, więc jakiejś części tego programu mogliśmy posłuchać we Wrocławiu. Ukołysani niebanalnymi interpretacjami kolęd, zostaliśmy następnie obdarowani przepiękną arią Irene z opery "Bajazet" Antonia Vivaldiego: "Sposa son disprezzata", znaną m. in. z interpretacji Cecylii Bartoli. Agnieszka Rehlis, dysponująca pięknym, gęstym mezzosopranem o wyjątkowej barwie, wykonała tę arię przepięknie i z wielką wrażliwością na słowo, znajdując w Krzysztofie Meisingerze równie wrażliwego muzycznego partnera.

Agnieszka Rehlis i Krzysztof Meisinger podczas koncertu w Oratorium Marianum,
fot. Marek Cisek

Po Vivaldim usłyszeliśmy dwie pieśni Franza Schuberta: słynną Serenadę (Ständchen) do słów Ludwiga Relstaba, przejmująco smutną i piękną:

Usłysz głos, co wśród milczenia

Do cię wznosi się

Luba moja, niech w tej chwili

Przy mnie ujrzę cię

Agnieszka Rehlis zaśpiewała także jedną z najsłynniejszych pieśni Schuberta: "Du bist die Ruh" ("Jesteś Ciszą"), w której kompozytor sięgnął po poezję niemieckiego romantyka Friedricha Rückerta:

W tobie jest cisza

I spokój jest

Tęsknota i

Tęsknoty kres

- słyszymy na początku.

Pieśń zawiera w sobie potężną, romantyczną ekspresję i – jednocześnie – subtelność, delikatność, podkreśloną jakby przedłużonymi zakończeniami frazy w zamknięciu tematu. W tej atmosferze podmiot liryczny oddaje się „obrzędowi” romantycznego poświęcenia:  Ich weihe dir / Voll Lust und Schmerz   […] / Mein Aug und Herz (Poświęcam ci / Rozkosz i ból / Oko i serce / Mieszkają tu).  Wykreowana słowno-muzyczna mikstura pełna jest tęsknoty i boleści, ale i optymizmu. Treib andern Schmerz / Aus dieser Brust! / Voll sei dies Herz / Von deiner Lust (I wypędź innych / Boleści ślad / Z serca co w tobie / czci cały świat).

Wznosząca się kantylena zyskuje nową, dynamiczną siłę (crescendo) i moduluje, a solistka osiąga górne G, dopełniając je As (erhellt). Ów dźwiękowy blask świetnie koresponduje z tekstem Rückerta. Poprzez B-dur Schubert powraca do Es-dur i w łagodnym pp przywołującym atmosferę początku zamyka miniaturę. W kongenialnej interpretacji obojga artystów, szczególnie mocno poruszały słowa niemieckiej pieśni w znakomitej interpretacji Agnieszki Rehlis. Nawykli do towarzyszenia fortepianu, mogliśmy też zachwycić się zupełnie innym brzmieniem tej pieśni w wykonaniu mistrza gitary, Krzysztofa Meisingera.

Agnieszka Rehlis i Krzysztof Mesinger w Oratorium Marianum,
fot. Marek Cisek

W programie koncertu znalazły się także pieśni Władysława Żeleńskiego, które zaliczane są do najcenniejszych przykładów kontynuacji twórczości pieśniowej Fryderyka Chopina i Stanisława Moniuszki. Zaprezentowano trzy z nich, skomponowane do tekstów polskich poetów: Adama Asnyka ("Powrót piosenki"), Adama Mickiewicza ("Polały się łzy") oraz Marii Konopnickiej ("Poleciały pieśni moje"). 

Koncert zwieńczyło siedem pieśni do słów Leopolda Staffa oraz Bolesława Leśmiana, do których muzykę skomponował Bartłomiej Marusik, gitarzysta, autor cyklu "Pieśni nocą śpiewane". Kompozytor okazał się niezwykle wrażliwy na poezję, w czym duża zasługa interpretujących je artystów, z Agnieszką Rehlis na czele. Począwszy od tekstu wiersza Staffa "Los", mówiącym o niespełnionej miłości:

Dla siebie los nas stworzył dwoje,

Lecz nas rozdzielił traf żywota

I twe słodycze nie są moje,

Nie mój twój uścisk i pieszczota.

Żyjemy jeno w snach o sobie,

Gdzieś na wyżynach ponad światem,

Gdzie nawet uśmiech jest w żałobie,

Gdzie zimno wiosną jest i latem.

a kończąc na Leśmianowym "Zmierzchu", przywołującym subtelnie obraz śmierci:

Pierwsza zmierzchu fala

Spływa ponad dach.

W szybach - mrok, a z dala

Słońce sie dopala

W nasturcjach i mgłach.

(...)

Kto swe serce zbada

W taki zmierzch jak ten?

łza śmiertelnie blada

W snu głębinę spada,

Choć nie wierzy w sen!...

Kompozytor, który sięgnął po te przepełnione egzystencjalną, filozoficzną refleksją wiersze, obecny zresztą podczas koncertu, mógł mieć pełną satysfakcję płynącą z faktu, że po jego dzieło sięgnęli tak znakomici, utalentowani wykonawcy jedyni tacy...

Udział w koncercie Agnieszki Rehlis i Krzysztofa Meisingera był dla mnie i mojego męża szczególną okazją do uczczenia naszej 44. rocznicy ślubu. Tradycyjnie świętujemy ją jakimś pięknym koncertem. Ten, szczególnie ze względu na wyjątkowo piękny głos Agnieszki Rehlis, a także możliwość bliższego jej poznania, dzięki wywiadowi, którego mi udzieliła, pozostanie na zawsze w naszej pamięci...

środa, 30 sierpnia 2023

Rossetti – melancholijny romantyk /relacja z wystawy "The Rossettis" w Tate Britain/

6 kwietnia tego roku otwarto w Tate Britain dużą wystawę "The Rossettis - radykalni romantycy". Głównym bohaterem ekspozycji jest Dante Gabriel Rossetti  – współzałożyciel i najbardziej charyzmatyczny członek Bractwa Prerafaelitów. Przez całą ekspozycję przeplatają się i wzajemnie ze sobą korespondują malarstwo, grafika i poezja. 

Dante Gabriel Rossetti, Beata Beatrix, ok. 1864-70, wystawa "The Rossettis",
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
       Nie jest to pierwsza wystawa prerafaelitów w tym muzeum . W 2007 roku bohaterem pierwszoplanowym był John Everett Millais, autor m. in. słynnego obrazu "Ofelia". Z kolei na przełomie 2012 i 2013 roku w Tate Britain zorganizowano kolejną wystawę: "Prerafaelici: wiktoriańska awangarda", która prezentowała nie tylko malarstwo Bractwa Prerafaelitów, ale także rzeźbę, fotografię i sztukę użytkową oraz  prace artystów z ruchu Arts and Crafts – dla podkreślenia ciągłego oddziaływania tej grupy artystów.

Korespondencja sztuk     

   

       Jeśli nawet niewiele wiemy o Rossettim i prerafaelitach, to obraz tego malarza, zatytułowany "Beata Beatrix" ("Błogosławiona Beatrycze") jest z pewnością rozpoznawalny i stał się mieszkańcem masowej wyobraźni, nieomal jak "Mona Lisa". Jest także istotnym motywem powieści Orhana Pamuka: "Rudowłosa". Turecki pisarz nawiązuje w niej zarówno do rudowłosej Lilith  – symbolu wieloznacznego, kojarzącego się z grzechem i występkiem (znaną z wczesnej literatury rabinicznej, gdzie jawi się ona jako zła i zepsuta kobieta, pierwsza żona Adama), jak też do tego właśnie obrazu Rossettiego (także autora "Lilith"). W jego powieści tytułowa Rudowłosa staje się obiektem fascynacji bohatera i to ona wręcza mu reprodukcję obrazu Dantego Gabriela Rossettiego „Beata Beatrix”, przestawiającą tę, która stała się inspiracją dla Dantego, uosobieniem kobiecości i piękna. 
      Takie gry literacko - malarskie odnajdziemy także w twórczości Rossettiego. Dodajmy, że modelką malarza była Lizzie Siddal – muza prerafaelitów, a także żona i muza Rossettiego, jego wielka miłość, ale i przyczyna dramatu. Popełniła samobójstwo na skutek depresji spowodowanej  poronieniem oraz niewiernością Rossettiego, który nigdy się po tym wydarzeniu nie otrząsnął i sam cierpiał na depresję, a także miał próby samobójcze. Obraz "Beata Beatrix" namalował już po śmierci Lizzie, która została przedstawiona w pozie uśpionej, jakby pogrążona w sobie w oczekiwaniu śmierci.. Z jej odchodzeniem koresponduje pora dnia – nieokreślona, jakby zawieszona pomiędzy dniem a nocą. W prawej dolnej części obrazu widać czerwonego gołębia, który składa na jej rękach mak – symbol snu, ale też roślinę, z której wykonuje się narkotyk (Lizzie zażyła laudanum). Bohaterka siedzi przy murowanej cembrowinie, symbolizującej otwarty grób, na którego brzegu malarz umieścił zegar słoneczny, wskazujący godzinę dziewiątą (o tej godzinie Siddal popełniła samobójstwo).

"Beata Beatrix", detal
Jednakże na tym nie wyczerpuje się wymowa obrazu, Rossetti bowiem nawiązuje jednocześnie do "Życia nowego" Dantego Alighieri, którego był tłumaczem. W tej perspektywie obraz przedstawia postać ukochanej poety, Beatrycze, pogrążonej w mistycznym uniesieniu. W lewym górnym rogu obrazu widać czerwoną postać symbolizującą Miłość (a może to duchowa postać Beatrycze?), trzymającą w ręku światło (znak życia), w prawym zaś majaczy ciemna postać Dantego. Według niektórych badaczy postać ta uosabia samego Rossettiego, który często identyfikował się z włoskim poetą. W tym wypadku obu ich łączy śmierć ukochanej kobiety. Ptak przysiadający w pobliżu rąk kobiety symbolizuje w takim kontekście Ducha Świętego (aureola), a niesiony przez niego mak – śmierć, ale i pokój. Z tyłu, za postacią bohaterki, wyłania się most Ponte Vecchio, mieszczący się we Florencji, gdzie mieszkali Dante Alighieri i Beatrycze, który może jednocześnie symbolizować przejście do Nieba, gdzie  – jak pamiętamy z "Boskiej komedii"  – Beatrycze czeka na ukochanego.
Jak widać, symbolika obrazu jest wielopiętrowa, podobnie jak wielopiętrowa jest narracja Pamuka, który swobodnie korzysta z rozmaitych literackich i malarskich tropów, podobnie jak czynił to w malarstwie Rossetti. 


Dante Gabriel Rossetti i Bractwo Prerafaelitów – buntownicy nie bez powodu


      Główny bohater wystawy w Tate Britain urodził się wprawdzie w Londynie, ale przyszedł na świat w rodzinie włoskich emigrantów. Jego ojciec, włoski uchodźca polityczny, był poetą i uczonym, znawcą Dantego (któremu malarz zawdzięcza swoje pierwsze imię). a od 1831 – profesorem języka włoskiego w King 's College w Londynie. Matka zaś, Frances Polidori, była siostrą Johna Polidoriego, przyjaciela Byrona i uczyła włoskiego. Także siostra Rossettiego, Christina, zdradzała artystyczne zainteresowania – pisała wiersze. 

       W 1848 roku Rossetti wraz z Williamem Holmanem Huntem, J.E. Millaisem założył Bractwo Prerafaelitów – jako wyraz buntu przeciwko błahej i pozbawionej treści moralnych sztuce epoki wiktoriańskiej. Były to czasy, w których zarówno krytycy, jak i historycy sztuki widzieli w późnych dziełach Rafaela obowiązujący wzór. Młodzi jednak buntowali się przeciw teatralności tego malarstwa oraz pompatyczności sztuki akademickiej. Sami zaś wzorowali się na wczesnym renesansie oraz na sztuce średniowiecznej i zachwycali prostotą dawnego malarstwa. Wybrali czystość moralną epoki między Giotto a Fra Angelico, kiedy to malarstwo było odkrywaniem pierwiastka duchowego w świecie widzialnym, Swoje rozważania o sztuce i utwory poetyckie nawiązujące do tradycji Petrarki i średniowiecznych ballad angielskich, publikowali w czasopiśmie The Germ (Zarodek). Malarze bractwa całymi garściami czerpali z Shakespeare`a, Dantego, a także poetów sobie współczesnych: Roberta Browninga i Alfreda Tennysona. Zwłaszcza Rossetti chętnie ilustrował utwory tego ostatniego poety, osnute na legendach o królu Arturze.  
      Gdy w 1848 roku odbyła się pierwsza wystawa grupy, opinia publiczna zawrzała. Z czasem jednak to się zmieniło, głównie za sprawą Johna Ruskina – najbardziej wpływowego pisarza angielskiego tamtych czasów, który nie tylko pochlebnie pisał o twórczości młodych buntowników, ale był także współtwórcą ich artystycznych poglądów. 

       Bohaterkami pięknych romantycznie nastrojowych obrazów Rossettiego były zazwyczaj postacie kobiece, a pierwszą modelką  – przyszła żona Elizabeth Siddal, która – zachęcona przez Rossettiego i Ruskina – sama zaczęła malować i pisać wiersze. Kilka jej obrazów znajdziemy na wystawie "The Rossettis" i trzeba przyznać, że zdradzają pewne oznaki talentu i oryginalnego podejścia do tematu, jak choćby "Zwiastowanie" rozgrywające się wśród drzew, czy "Madonna z Dzieciątkiem i anioł".

Elizabeth Siddal, Madonna z Dzieciątkiem i anioł, ok. 1856, fot. Marek Cisek

"Dziewczęce lata Marii Panny" – pierwszy obraz Rossettiego


      Na londyńskiej wystawie możemy zobaczyć m. in.  pierwszy obraz Rossettiego" "Dziewczęce lata Panny Marii", który powstał w latach 1848-1849 i ukazuje charakterystyczny dla malarstwa Bractwa Prerafaelitów sposób ujęcia tematu – ów powrót do tradycji prymitywistycznej, do marzeń o "niewinnym oku", niezepsutym rutynowym nauczaniem. Zarazem jednak pełen jest ukrytych chrześcijańskich symboli. Jak na "człowieka niewierzącego" (takie informacje można było przeczytać zwiedzając wystawę), Rossetti wyjątkowo biegle posługuje się tą symboliką.
Obraz przedstawia Marię z Nazaretu jako młodą dziewczynę w towarzystwie matki – świętej Anny.  Kobiety siedzą przy specjalnym przyrządzie do haftowania) przykrytym czerwoną materią. Św. Anna – z boku bacznie obserwuje poczynania córki i  ma złożone dłonie. Natomiast Maria haftuje kwiat lilii symbolizujący czystość przyszłej Bożej Rodzicielki i Ją samą ("niebieska lilija"). Niebieska szata Marii Panny symbolizuje Niebo, zaś brązowa św. Anny  jest kolorem ziemi. Obie mają nad głowami nimby świętości.  Stojący po lewej stronie anioł z lilią (która łączy się ze szczepem winnym) w dłoni przypomina dziecko, a zarazem zapowiada mające nastąpić Zwiastowanie, książki zaś symbolizują (prawdopodobnie) cnoty nadziei, wiary i miłości. Wreszcie czerwony materiał za kobietami – Pasję Chrystusa. Winorośl, która przenika z zewnątrz do środka pomieszczenia, podtrzymywana jest przez św. Joachima, ojca Marii i oznacza prawdopodobnie "szczep winny z pnia Jessego" (Chrystus jest potomkiem Dawida), zaś gałązki palmowe leżące u stóp Marii zwiastują zwycięstwo. W oknie widać także gołębicę otoczoną nimbem świętości – symbol Ducha Świętego. To z tego domu Zbawienie przyjdzie na świat widoczny za oknem.

Dante Gabriel Rosetti, "Dziewczęce lata Marii Panny", 1848-49, fot. Marek Cisek


Rossetti, femmes fatales i dialog z literaturą


      Rossetti zasłynął jednak przede wszystkim jako malarz pięknych kobiet. Po dziesięciu latach burzliwego związku z Elizabeth Siggal i jej samobójczej śmierci cierpiał na bezsenność i powracające depresje, ale – paradoksalnie –  wtedy właśnie powstały jego najpiękniejsze kobiece portrety. Pod postacią alegorycznych lub symbolicznych wyobrażeń malował kobiety fatalne o bujnych włosach i zmysłowych ustach. Należy do nich m. in. "Lady Lilith", obraz namalowany po raz pierwszy w latach 1866–1868, gdy jego kochanką i modelką  była Fanny Cornforth, a następnie zmieniony w latach 1872–73, tym razem z twarzą innej modelki - Alex Wilding. Duża replika "Lady Lilith" z 1867 roku, namalowana przez Rossettiego akwarela, jest obecnie własnością nowojorskiego Metropolitan Museum of Art (nie było jej na wystawie), a wzbogaca ją werset z "Fausta" Goethego, przetłumaczony przez Shelleya na etykiecie przymocowanej przez Rossettiego do ramy:

"Strzeż się jej jasnych włosów, bo ona wysila
wszystkie kobiety magią swoich loków, a kiedy owinie je wokół szyi
młodzieńca,
nigdy go nie uwolni"

      Kobieta przedstawiona na obrazie Rossettiego kontempluje własne piękno w lustrze, symbolizującym narcyzm, kobiecość i próżność, ale także samoświadomość. Lilith wydaje się być mocną, świadomą swoich przymiotów kobietą. W zatłoczonej, pozbawionej głębi przestrzeni, otaczają ją kwiaty, których symbolika jest znacząca, zaś w lewym górnym rogu, w lustrze przypominającym okno, widoczna jest gęsta ogrodowa zieloność, kojarząca się z rajem utraconym. Białe róże mogą wskazywać na zimną, zmysłową miłość i odzwierciedlać tradycję, zgodnie z którą róże po raz pierwszy "zarumieniły się" po spotkaniu z Ewą. Mak w prawym dolnym rogu może wskazywać na sen i zapomnienie oraz odzwierciedlać ospałą naturę Lilith, zaś naparstnice w pobliżu lustra symbolizują  nieszczerość.

D. G. Rossetti, "Lady Lilith", 1866-68, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek 

Obraz ten tworzy dyptyk z "Sibyllą z palmą w ręku", namalowaną w latach 1866–1870, również z Alex Wilding jako modelką. O ile jednak Lady Lilith reprezentuje piękno ciała, zgodnie z sonetem Rossettiego widniejącym na ramie obrazu, o tyle Sybilla reprezentuje piękno duszy, zgodnie z przesłaniem sonetu zatytułowanego "Piękno duchowe".  Palma zaś symbolizuje duszę, wzniosłość, zwycięstwo, Drzewo Życia.

D. G. Rossetti, "Sybilla z palmą w ręku", 1865-70, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
       Alex Wilding pozowała Rossettiemu także do innego wspaniałego kobiecego portretu: "Monny Vanny" ("Próżnej kobiety") (pierwotnie "Weneckiej Wenus"). Obraz powstał w 1866 roku i jest niejako odpowiedzią na renesansowe malarstwo Tycjana. Namalowana postać przypomina portrety kobiet weneckiego mistrza. Wiele uwagi poświęcił artysta fakturze stroju i pięknym klejnotom. Jednocześnie portret jest nawiązaniem do postaci literackiej pochodzącej ulubionej książki Rossettiego: "La Vita Nuova" (1294) Dantego Alighieri. Kobieta, o której mowa, może być portretem Giovanny, ukochanej poety Guido Cavalcantiego, która ma ścisły związek z obrazami wiosny w twórczości Dantego. Znajduje to odzwierciedlenie w w aluzjach do wiosny, czego przykładem jest wazon z kwiatami w prawym górnym rogu oraz motywy kwiatowe na złotej brokatowej szacie kobiety.

D. G. Rossetti, "Monna vanna", 1866, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek


Refleksje nad tworzeniem, życiem i śmiercią


     Spośród dzieł Dantego Gabriela Rossettiego, zaprezentowanych na londyńskiej wystawie, moją uwagę zwróciła także "Veronica Veronese", zainspirowana malarstwem weneckim. Uważa się, że przedstawia "artystyczną duszę w akcie tworzenia". Temat ten pojawia się w postaci fikcyjnego cytatu umieszczonego przez Rossettiego na ramie obrazu:

"Nagle, pochylając się do przodu, Lady Veronica szybko napisała pierwsze nuty na pustej stronie. Potem wzięła smyczek, aby urzeczywistnić swój zamysł; Zanim jednak zaczęła grać na skrzypcach, milczała przez kilka chwil, słuchając inspirującego głosu ptaka, podczas gdy jej lewa ręka błądziła po strunach w poszukiwaniu doskonałej muzyki, wciąż nieuchwytnej. Był to mariaż głosów natury i duszy – świt mistycznego tworzenia".
        
Postać przedstawiona na obrazie jest zatem alegorią twórczości artystycznej, czerpiącej natchnienie ze świata przyrody. Ptak w lewym górnym rogu może reprezentować "mariaż głosów natury i duszy", natomiast leżący na stole, należący do rodziny narcyzów, żonkil, jest aluzją do osoby artysty, który w sobie szuka poetyckiego natchnienia. Tym razem w roli modelki i zsyłającej natchnienie muzy wystąpiła Jane Morris.

D. G. Rossetti, "Veronica Veronese", 1872, fot. Marek Cisek
      Od 1874 roku, po nieudanej próbie samobójczej, artysta pracował w Cheyne Walk nad ośmioma obrazami zainspirowanymi postacią Prozerpiny (królowej świata podziemnego, kojarzącej się ze śmiercią), zaś od października 1875 roku do czerwca roku następnego przebywał w Aldwick Lodge, w hrabstwie Sussex i tam właśnie powstało kilka jego najbardziej udanych prac, których modelką i muzą była piękna Jane Morris, córka innego prerafaelity, Williama Morrisa. Na wystawie "The Rossettis" pokazano także jej zdjęcia, z których jedno zamieszczam, interesujące jest bowiem porównanie prawdziwej osoby do postaci wykreowanych na płótnach.

Jane Morris, fot. John Parsons, fot. Marek Cisek
       Zobaczyć ją można na takich płótnach Rossettiego, jak m. in. "Wizja Fiammetty", "Astarte Syriaca" czy "Sen na jawie" z 1880 roku. Ten ostatni również został opatrzony tekstem sonetu o tym samym tytule. Jego bohater traci kontakt z rzeczywistością, poddając się fantazjom. Scena przedstawia młodą kobietę siedzącą w cieniu jawora. Nad jej głową i wokół niej rozpościerają się gałęzie drzew, prawie obejmując ją albo sprawiając wrażenie, jakby to ona wyłaniała się z samego drzewa, prawie jak driada. Ubrana jest w ciemnozieloną jedwabną suknię, spływającą we wdzięcznych fałdach i wtapiającą się w liście drzewa. Tak ukazana wydaje się być ucieleśnieniem wiosny i natury (taki był zresztą jego pierwotny tytuł: "Monna Primavera"). W ręku trzyma kapryfolium (wiciokrzew) – w wielu legendach symbol pasji, miłości i oddania. Otwarta na kolanach kobiety księga odnosi się ponownie do "Nowego życia" Dantego.

D. G. Rossetti, "Sen na jawie", 1880, fragm., fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Rossetti malował rośliny z niezwykłą starannością. Podobno pracując nad tym obrazem spędził kilka miesięcy obserwując i szkicując kolejne etapy rozwoju sykomory rosnącej w ogrodzie przy domu, w którym wówczas mieszkał. W stworzonym w tym samym czasie sonecie napisał:

"Gęste gałęzie w mroku sykomory / Po próg jesieni wypuszczają liście".

       Zaprezentowana w Tate Britain wystawa "The Rossettis" pozwala zanurzyć się w świecie jednego z najbardziej znanych i rozpoznawalnych prerafaelitów  – poznać jego życiorys, sposób widzenia świata i sztuki, wrażliwość i usposobienie, wszystko to bowiem znalazło swoje odbicie w szkicach, obrazach i w poezji artysty. Jak w soczewce odbijają się w jego twórczości zarówno tendencje epoki, w której żył i tworzył, jak też owocne próby zaznaczenia swojego niepowtarzalnego istnienia. 



The Rossettis | Trailer | Tate

The Rossettis
6 kwietnia - 24 września 2023

Wystawa zorganizowana przez Tate Britain i Delaware Art Museum
kuratorzy: Carol Jacobi i James Finch




środa, 2 maja 2018

Świątynia gotycka jako Nowe Jeruzalem, portal jako miejsce teofanii - katedra Notre Dame w Amiens

I Miasto Święte - Jeruzalem Nowe ujrzałem
zstępujące z nieba od Boga,
przystrojone jak oblubienica
zdobna w klejnoty dla swego męża (Ap 21,2)

Katedra w Amiens, portal zachodni, fot. Marek Cisek

 

 Szlakiem słynnych katedr


 Kiedy podejmuje się wędrówkę szlakiem katedr, to oczywiście chciałoby się zobaczyć je wszystkie. Każda wydaje się być cennym skarbem, którego ominąć nie sposób. Z czasem jednak, będąc już w podróży, nabieramy przeświadczenia, że jest to niewykonalne. Przekonujemy się, że aby głębiej poznać  katedrę, trzeba dać jej czas, aby mogła opanować nasze zmysły i naszą duszę – od pierwszego zachwycenia, poprzez uważne obserwowanie architektonicznych i rzeźbiarskich szczegółów, wreszcie przez obcowanie z atmosferą  jej przemodlonego przez wieki wnętrza. Trzeba dotknąć ciepłego jeszcze od ludzkich rąk gładkiego kamienia w kruchcie, dać się ogarnąć światłu, które nagle przeniknie przez kolorowe witraże,  pełne Staro- i Nowotestamentowych scen...

   Kiedy dotarliśmy do Amiens w lipcu 2005 roku, miałam świadomość, że z górą 100 lat przede mną  był tu młody wówczas student Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie – autor „Wesela” i wielu innych, ważnych dla Polaków  sztuk teatralnych – Stanisław Wyspiański. Wtedy, 18 czerwca 1890 r. przyjechał do Amiens i wielokrotnie w ciągu 4 dni obserwował, notował i szkicował katedrę Naszej Pani, a swoje wrażenia zapisał w listach do Lucjana Rydla.

Człowiek współczesny niezmiernie  rzadko posługuje się szkicownikiem, a zamiast obszernej epistoły, napisze skromnego maila lub co najwyżej kartkę z pozdrowieniami. Jest natomiast wyposażony w aparat cyfrowy,  kamerę i wyłącznie przez nie ogląda świat. Widziałam w muzeum w Amsterdamie Japończyka, który nie odrywając oka od obiektywu, utrwalał kolejne arcydzieła i ani razu nie zaszczycił ich spojrzeniem. My nie byliśmy inni. Stanęliśmy przed katedrą z nowoczesnym sprzętem i utrwalaliśmy ją w nadziei, że do zdjęć i zapisów magnetowidowych będziemy powracać. Na ogół się nie powraca... Może stąd to pragnienie napisania o katedrach. 

Pisząc o nich będę się przede wszystkim odwoływać do pisarzy, którzy  w jakimś sensie ukształtowali mnie i „wychowali” do obcowania z katedrą: do André Malreau i do Jeana Hani, do Zbigniewa Herberta i Juliana Przybosia, do Hanny Malewskiej  i  do Otto von Simsona, do poezji Józefa Czechowicza i Tadeusza Różewicza.... Nie pominę też najważniejszego, a mianowicie mojego chrześcijańskiego dziedzictwa, którym jest Biblia. Bez odniesienia do Świętej Księgi katedra nie byłaby sobą, ale niezrozumiałym „obiektem architektonicznym”.

Katedra Notre Dame w Amiens
Historia zbawienia zobrazowana w rzeźbie  portalu fasady zachodniej


Amiens - fasada zachodnia, fot. Marek Cisek

Miało ono mur wielki a wysoki, miało dwanaście bram, a na bramach - dwunastu aniołów i wypisane imiona, które są imionami dwunastu pokoleń synów Izraela. Od wschodu trzy bramy i od północy trzy bramy, i od południa trzy bramy, i od zachodu trzy bramy (Ap  21,12-13)

       Katedra w Amiens, podobnie jak każda świątynia chrześcijańska, jest figurą Niebieskiego Jeruzalem, czyli odrodzonego i przemienionego raju. Motyw ten znany jest zarówno w judaizmie[1], jak i w Nowym Testamencie[2]. W Apokalipsie, a także w sztuce sakralnej  przedstawiano je jako „przybytek Boga z ludźmi” (Ap 21,3). Niebieskie Jeruzalem ma kształty doskonałe:

A Miasto układa się w czworobok i długość jego tak wielka jest, jak i szerokość.
 I zmierzył Miasto trzciną poprzez dwanaście tysięcy stadiów:
 długość, szerokość i wysokość jego są równe.  I zmierzył jego mur - sto   czterdzieści cztery łokcie:  miara, którą ma anioł, jest miarą człowieka.


Wielokrotnie powtarzana liczba „dwanaście” jest ilorazem Boskiej liczby „trzy” i ziemskiej „czwórki”, oznacza ostateczne panowanie Boga na ziemi. W Starym Testamencie jego wyrazem było dwanaście pokoleń Izraela, stanowiących lud wybrany przez Boga. W Nowym Przymierzu ich miejsce zajmuje Dwunastu Apostołów, reprezentujących nowy Lud Boży. Apokalipsa widzi w nich fundament Kościoła.
Katedra  w Amiens zdaje się naśladować ów doskonały wzór. Zbudowano ją w latach 1220-1288 według projektu Roberta de Luzarches. W pierwszym momencie zetknięcia się z nią, oglądającego uderzają jej smukłe proporcje (3:1). Pod tym względem jest niedoścignionym wzorem.

Co za interpunkcja – zachwyci się Stanisław Wyspiański  na ten widok. Wrażliwa, a pełna muzyki. To nie instrument jeden grający, harmonijny, melodyjny i wdzięczny (jak Ruen), ale potężna instrumentacja orkiestralna, o grubych tonach trąb, takcie miarowym bębnów, chórach całych śpiewnych fletni i brzęku harf złotostrunych

   Największe wrażenie robi jednak doskonale rozczłonkowany portal w fasadzie zachodniej.
Brama główna świątyni jest zarazem syntezą bram niebieskich, kosmicznym obrazem Bramy Nieba, czyli Jezusa Chrystusa. Nad Bramą zaś widnieje portal, który jest miejscem teofanii, objawienia się Pana w Jego Chwale. Daje plastyczny obraz tego, co należy do istoty chrześcijaństwa, a mianowicie oczekiwania Powrotu Pana i czasów ostatecznych.
Warto zatrzymać się przed Bramą katedry w Amiens, aby przyglądając się bogatej rzeźbie portali, odczytywać ich przesłanie.

Amiens - środkowa brama portalu  zachodniego, fot. M. Cisek

    W istocie, jak w cytowanym przeze mnie fragmencie Apokalipsy św. Jana, okazały portal zachodni posiada trzy bramy – środkową, najokazalszą, z potężną postacią Chrystusa Zwycięzcy, zwanego przez Francuzów  Pięknym Bogiem (Beau Dieu). Po prawej stronie znajduje się nieco mniejsza figura Matki Bożej z Dzieciątkiem, po lewej zaś postać pierwszego biskupa Amiens, św. Firmina.
      Dekoracja rzeźbiarska trzech wejść do nawy środkowej nadaje istotnie portalowi charakter wielogłosowego chóru postaci – podzielonego na strefy i rzędy, a ponadto wypełnia ściany portalu, filary przyporowe, cokoły i tympanony.

Portal Pięknego Boga - Chrystusa Zwycięzcy, fot. M. Cisek
 
Postać Chrystusa Zwycięzcy jawi się w całej okazałości i w pełnym sensie dopiero po otwarciu bramy („Ja Jestem Bramą...”), a także jako całość z  pozostałymi przedstawieniami Chrystusa:  w Majestacie (jako Pantokratora)  oraz jako zwycięzcy i triumfatora, otoczonego wojskiem niebieskim, który walczy słowem, czyli mieczem wychodzącym z Jego ust. (Ap 19,15)

Twarz ma już lepszą niż ten w górze, ale jeszcze zanadto taką Chrystusową, zwykłą; nic podniosłości i mistycyzmu” – pisze Wyspiański o przedstawieniu Chrystusa na filarze przed bramą główną.


Beau Dieu, fot. M. Cisek
    
W „Nadprzyrodzonym” André Malraux dowodzi, że nazwanie rzeźby Jezusa „Pięknym Bogiem” dotyczy nie tyle przeżycia estetycznego, co religijnego: „Nie chce urzekać, lecz objawiać świat boski. Piękno to w chwili, gdy lud z Amiens  odkrywa je i ogłasza, należy wyłącznie do świata religii”.
A jednak – trzeba mieć tego świadomość – zmienia się rzeźba w gotyku, otrzymując wiele ludzkich cech: uśmiech, ruch, proporcje...  Te zwyczajne, ludzkie rysy Boga, pozbawione patosu, wyraźnie się młodemu Wyspiańskiemu nie podobają.


apostołowie i prorocy po prawej stronie Zbawiciela, fot. M. Cisek
 
Chrystusa Zwycięskiego w środkowym portalu otaczają figury dwunastu  apostołów, których rzeźby Wyspiański określa z entuzjazmem jako „pyszne”. Apostołów rozpoznajemy – podobnie jak świętych – po charakterystycznych atrybutach. Większość z nich przedstawiana jest z księgą, która będąc otwarta symbolizuje mądrość, Słowo Boże, zaś zamknięta – Boże tajemnice. Ponadto każdy z apostołów dzierży atrybut swego męczeństwa. Greckie słowo „martyria” oznaczało pierwotnie języku greckim dawanie świadectwa. Atrybuty te to zatem świadectwo wierności nauce Chrystusa.

    Stoją zatem  po lewej: Szymon – św. Piotr z krzyżem i kluczami,   jego brat, św. Andrzej z krzyżem (tzw. „krzyż św. Andrzeja", często w  kształcie X), św. Jakub Wielki (Starszy) z torbą pełną muszli (jako pielgrzym i patron leżącej nad Atlantykiem Santiago de Compostelli) i z mieczem (został ścięty w więzieniu[4]), św. Jan[5], brat Jakuba, „umiłowany uczeń”- z kielichem , dalej - św. Szczepan[6] - z księgą i palmą męczeństwa, przy nim św. Maciej[7] z siekierą. Po prawej przedstawiono wszystkich apostołów z zamkniętą księgą  oraz z charakterystycznymi dla nich atrybutami: św. Pawła Apostoła Narodów z mieczem (został ścięty), Jakuba Mniejszego (Młodszego) – brat Judy Tadeusza -  z  laską (pierwszy biskup Jerozolimy, umęczony prawdopodobnie w 62 r.), Tomasza i Mateusza – również trzymających krzyże, Filipa dzierżącego kamień oraz  Judę Tadeusza[8] (brata Jakuba Mniejszego, krewnego Chrystusa) z palmą męczeństwa.  Dalej, obok apostołów stoi 12 proroków Starego Testamentu. Najbliżej najważniejsi, jak  Eliasz, Elizeusz, Jeremiasz,  Izajasz. Pod nimi – sceny z ich życia.

historia proroka Jonasza w medalionie, fot. M. Cisek
   
Kierując się do wnętrza przechodzimy najpierw obok proroków (zapowiadających nadejście Mesjasza), Jego świadków (apostołów) – do samego Zbawiciela. Droga od bramy, którą jest Chrystus, wiedzie nawą główną do ołtarza i jest to symbol duchowej drogi człowieka.
     Symbolika portalu na tym się nie wyczerpuje. W tympanonie, nad postacią Chrystusa Zwycięzcy, odnajdziemy dwa Jego wizerunki, które dopełniają opowieść o historii zbawienia. Jest to mianowicie Chrystus w Majestacie (Pantokrator – „A oto w niebie stał tron  i na tronie [ktoś] zasiadał” Ap 1, 2).), ukazany nad przedstawieniami Sądu Ostatecznego, z rękami wzniesionymi w geście błogosławieństwa. Powyżej – wizerunek  Mesjasza, o którym pisze w Apokalipsie św. Jan, że z Jego ust wychodził miecz obosieczny, ostry. A Jego wygląd - jak słońce, kiedy jaśnieje w swej mocy. (Ap 1,16)

Sąd Ostateczny, fot. z Internetu
 
W centrum portalu obserwujemy sceny przedstawiające Sąd Ostateczny: aniołowie z przekrzywionymi głowami, podkreślającymi ich muzyczną ekspresję, dmą w trąby i martwi powstają z grobów. Rzeźbiarz zadbał o ich indywidualizację: jedni wstają z pobożnie złożonymi do modlitwy rękami, inni – przerażeni i zaspani, wyraźnie nie orientują się, że to już... Tymczasem Archanioł Michał waży dusze, po czym sprawiedliwi zostają zbawieni, a grzesznicy potępieni. Powyżej sceny z ważeniem dusz  widzimy więc prowadzonych przez anioła, ubranych w powłóczyste szaty tych, którzy pomyślnie przeszli próbę:
Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy”. – powiada św. Jan (Ap 7, 9)

   Na portalu w Amiens zadzierają głowy, bo ponad nimi unoszą się aniołowie, którzy ich koronują. Miny skromne i uroczyste: jeszcze nie wierzą w swoje szczęście...
Po prawej zbity tłum nagich postaci popycha w stronę rozwartej paszczy Lewiatana zwierzęco-ludzka postać diabła o paskudnym pysku. Wszyscy patrzą jeszcze z nadzieją w przeciwnym kierunku – jakby oczekiwali ratunku i nie chcieli uwierzyć, że za chwilę znajdą się w otchłani. („Jeśli się ktoś nie znalazł zapisany w księdze życia, został wrzucony do jeziora ognia”. Ap 20,15).

Sąd Ostateczny, fot. Marek Cisek
   
Stanisław Wyspiański opisuje te sceny jak przedstawienie teatralne. To jego „myślenie teatrem” daje się zauważyć także w innych opisach. O aniele prowadzącym dusze do raju powiada:
Co za księży uśmiech; widać, że tam w tym niebie opływa w radości i przysmaki niebieskie i że mu nie dziwne to szczęście, do którego oni się nieśmiało zbliżają.”
A o aniołach usytuowanych nad tłumem potępionych, których kierują do otchłani:
„... a tacy uśmiechnięci; czują, że pełnią swój urząd słusznie – mają ukontentowane miny policjantów, że im się pijak nadarzył”.

Istotnie, aniołowie wymachują mieczami z satysfakcją, a miny mają zadowolone. Widocznie również rzeźbiarz nie był pozbawiony zmysłu teatralnego i talentu do obserwacji psychologicznej...
  
Portal główny obrazuje historię zbawienia przez Chrystusa, który pokonał zło, zasiada w Majestacie i który przyjdzie sądzić...
Treści te dopełniają portale boczne: Matki Bożej i św. Firmina. 
Historia święta nie dokonałaby się bowiem, gdyby pewna żydowska dziewczyna o imieniu Miriam nie powiedziała aniołowi: „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!” (Łk 1, 38). Warto więc przyjrzeć się bocznym portalom nie mniej wnikliwie.

Bóg wkracza w historię człowieka - portale: maryjny i św. Firmina


fasada zachodnia, fot. Marek Cisek
   
Stojąc przed portalem fasady zachodniej Katedry Notre Dame w Amiens obserwujemy opowiedzianą w kamieniu historię zbawienia, której punkt kulminacyjny znajduje się w centrum – w przedstawieniach postaci Chrystusa. Aby jednak opowieść ta była pełna, należy odczytać pozostałe jej wątki, a te odnajdziemy po lewej i prawej stronie: w portalu Matki Bożej i św. Firmina.
  
André Malraux  każe szukać pierwowzorów takiego przedstawienia Madonny na filarze w obrazach  Maesty (Duccio, Giotto). Rzeźbiarz stworzył ją wszakże nie jako obraz, ale jako posąg na filar i na portal – a zatem jako fragment katedry. Marię z Dzieciątkiem otaczają postacie przypominające sceny z Jej życia: po 6 z każdej strony, ich suma tworzy więc symboliczną dwunastkę (por  Ap  21,12-13). Postaci zgrupowane są po dwie lub trzy. Zatem po lewej stronie figury Matki Bożej widzimy Zwiastowanie (Maria i anioł Gabriel) , Nawiedzenie (Maria i Elżbieta) i Ofiarowanie w świątyni (Maria z Dzieciątkiem i Symeon). Po prawej ujrzymy  trzech magów, Heroda, Salomona i królową Saby.

Portal maryjny - Madonna z Dzieciątkiem, fot. M. Cisek

W takim układzie rzeźb można „czytać” historię zbawienia – od Zwiastowania, którego piękny opis znajdziemy u Łukasza, podobnie zresztą jak pozostałe zdarzenia tutaj unaocznione. Inne wydarzenia zostały opisane w Ewangelii według św. Mateusza, a jest to perykopa „Mędrcy ze Wschodu”, zwana także "pokłonem trzech króli" (magów) połączona w jedną narracyjną całość z historią Heroda. Przy nich ujrzymy postacie Starego Testamentu: króla Salomona (protoplastę Jezusa i budowniczego świątyni jerozolimskiej) z królową  Saby, a więc w okresie jego największej świetności.

Najświętsza Maria Panna z Dzieciątkiem, fot. Marek Cisek

Wyspiański znowu zobaczy sceny „jak z teatru”. Interesująco i dowcipnie skomentuje Zwiastowanie:
Anioł ufryzowany, uśmiechnięty, cedzi słowa przez zęby; Maria musi dobrze nasłuchiwać, żeby wszystko zrozumieć – ta Maria tak piękna, wracająca z książką z kościoła – pobożna i skromna jak Małgorzata.  Anioł  się  zbliża: „mein schönes Fräulein, darf ich wagen...?


Zwiastowanie, Nawiedzenie, Ofiarowanie, fot. M. Cisek

W Nawiedzeniu widzi w św. Elżbiecie krakowską mieszczkę:
Św. Elżbieta, spotykająca Marię, bardzo się wydaje zdziwiona, jakoś jej się to nie podoba; twarz pomarszczona, stara surowa; tęgo różaniec ujmuje ją w pasie.

Ofiarowanie podoba mu się najbardziej:

Arcykapłan wyciągnął obie ręce naprzód, aby przyjąć Dzieciątko z rąk Marii rozradowanej. Przepyszna postać tego arcykapłana, doskonałe pendant do królowej Saby.


Zwiastowanie, fot. Marek Cisek.

Herod przypomina mu Laertesa z „Hamleta W. Shakespeare`a:       
... twarz wyciągnięta zmarszczkami – z dużym nosem, oczyma wytrzeszczonymi, brodą pokręconą, krótką, podaną naprzód – zaniepokojony jakiemiś wieściami tłumi w sobie złość wielką...
Z kolei królowa Saby przypomina mu Marię Stuard z  dramatu J. Słowackiego:
Ta Saba to jest prześliczna postać, tak skromna i prosta, że prawie najpiękniejsza w Amiens.


Rzeźba przedstawiająca królową Saby, z Internetu

We fryzie  nad Matką Bożą z Dzieciątkiem  - wyobrażenie Kościoła, którego NMP jest uosobieniem. Ponadto – postacie patriarchów – po trzech z każdej strony, wśród nich Mojżesz i król Dawid.
Powyżej dwie symetrycznie przedstawione sceny Zaśnięcia NMP. Po lewej – w otoczeniu apostołów, po prawej – aniołów i świętych.
Nad nimi, w zwieńczeniu portalu  – Koronacja Matki Bożej, którą widzimy tu zasiadającą na tronie wraz z Synem.

Opowiedziana w kamieniu historia Matki Bożej ukazuje Ją w najważniejszych momentach życia – kiedy wkracza w nie Bóg. Jest Ona także symbolem Kościoła – Domem Złotym, który zamieszkuje Syn Boży. I Królową Niebios, o której mówi św. Bernard: „Wyprzedziła nas nasza Królowa [...], nasze pielgrzymowanie uprzedziła Obrończyni, która jak Matka Sędziego i Matka Miłosierdzia będzie przez błaganie zajmowała się sprawami naszego zbawienia”.
Jest wreszcie Bramą Niebieską, która prowadzi do zbawienia. 


Portal św, Firmina, fot. Marek Cisek
 
Świętą historię dopełnia portal św. Firmina – pierwszego biskupa Amiens. Dzierży on w ręku pastorał i triumfuje nad ukazanym pod jego stopami pogańskim kapłanem.
Po lewej i prawej stronie widzimy męczenników i świętych jego diecezji – po 6 z każdej strony, a pod ich stopami – zabawne scenki obyczajowe, symbolizujące ludzkie słabości. Rzeźbiarzowi nie zabrakło poczucia humoru, kiedy obrazował w kamieniu postać człowieka czule obejmującego butelkę wina albo parę śpiochów. Postaciom w konsolach poświęca swoją uwagę także Stanisław Wyspiański, pisząc m.in.:
„Pod owym aniołem z lilią białą (w scenie Zwiastowania) wyszczerzył się diabeł, suchy, z kocim pyskiem, uśmiecha się, pociera ręce o nogi, aż się wije z radości; nie wie jeszcze, co to będzie, bardzo nie dowierza. Już się zawczasu ukradkiem oblizuje – gdyby się rzeczywiście udało”.
Nad figurą św. Firmina znajdują się rzeźby biskupów (w symetrycznym układzie po trzech z prawej i lewej strony), zaś powyżej - sceny z jego życia świętego.

Znaki Zodiaku, fot. z Internetu

Fasadę katedry oplata podwójny pas niewielkich medalionów w kształcie czteroliścia, które przedstawiają płaskorzeźby ze scenami z Pisma Św., a w portalu św. Firmina wyobrażają  znaki zodiaku i odpowiadające im miesiące oraz prace wykonywane w  czasie ich trwania. Sięgnijmy znowu po obrazowy tekst Wyspiańskiego:

Odpowiada im [czyli znakom zodiaku] cały rząd reliefów ze scenami rodzajowymi: koszenie trawy (jaki wyborny ten kosiarz w swoim zgarbionym ruchu, o rękach silnych, wyrobionych), żęcie zboża, młócenie, otrząsanie owoców, ugniatanie wina w beczki, zasiew – doskonale rysowany ten rolnik, pochwycony w chwili jak rzuca zboże w rolę – powrót z polowania, jakaś uczta, wreszcie starzec grzeje się przy kominku; zdjął buty, aby mu było wygodniej, poprawia coś w ogniu, ręką wskazuje na rondelek, gdzie sobie przypieka i waży strawę.

Wyobrażenie znaków Zodiaku i związane z nimi prace, tak soczyście opisane przez Wyspiańskiego, że przybierają w wyobraźni postać filmowych scen, ukazuje działanie Słowa w świecie. Stwórca wciąż się objawia w cyklicznym następowaniu pór roku, a więc w czasie i przestrzeni....

Zatrzymałam się nad głównym portalem zachodniej fasady katedry Notre Dame w Amiens, aby pokazać, jakie bogactwo treści teologicznych kryje się w opowieściach, które snują przed naszymi oczami liczne rzeźby. Jednak ani na chwilę nie mamy wrażenia chaosu, nie grozi nam też „zalew informacji”, jak to się zdarza w środkach masowego przekazu. Katedra przemawia do nas polifonicznie, ale jest w tej opowieści harmonia i ład. Odpowiadają one harmonii kosmosu, którego katedra jest obrazem. Święty Damian powiada, że „Kościół jest obrazem świata”. Jest nim w tym znaczeniu, że odwzorowuje  idealną rzeczywistość owego Niebiańskiego Jeruzalem i naśladuje Boski wzór.
 
Pora ruszyć dalej. Zawsze przychodzi to z niejakim trudem, bo chciałoby się powrócić tu jeszcze i jeszcze. Katedra zawsze ma coś nowego i pięknego do ofiarowania...

Ona jest zawsze świeża – napisze Wyspiański – i zawsze znajdzie się i odkryje, patrząc na nią i patrząc, coś nowego, jakiś szczegół nieznany, a tak żywy i plastyczny, tak odczuty artystycznie, tak stworzony ręką wprawną, że narzuca się wyobraźni nie tylko samą swoją formą oryginalną, ale swoją historią.

Z takim obrazem  katedry wyniesionej wysoko i górującej nad miastem oddalamy się w stronę Reims...   


Z Martą Niedźwiecką o „Burzach namiętności” podczas tegorocznego Festiwalu Wratislavia Cantans /wywiad/

O koncercie laureatów 50. Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej, organizowanego przez NFM i Akademię Muzyczną im. Karola Lipiń...

Popularne posty