Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Maćkowiak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Maćkowiak. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 października 2020

Małgorzata Maćkowiak: Dociekam wszystkiego za pomocą malarstwa /wywiad/

Rozmawiam z Małgorzatą Maćkowiak – artystką-malarką, której prace są poszukiwaniem źródeł własnej twórczości, a także sposobem zadawania pytań o sens i początek. Artystka opowiada o swojej drodze twórczej, źródłach inspiracji oraz o magicznej podróży na... koniec świata.

Małgorzata Maćkowiak, fot. z archiwum artystki

Barbara Lekarczyk-Cisek: Zanim "zagrała" Pani w trio na wystawie "Mity, symbole, abstrakcje", przeszła dość długą drogę, pobierając najpierw lekcje kompozycji i rysunku  u swojego ojca, a potem malarstwa w pracowni Telemacha Pilitsidisa, wreszcie trafiła Pani do pracowni malarzy na wrocławskiej ASP. Mimo to jako przedmiot studiów wybrała Pani architekturę, nie malarstwo. Czy pamięta Pani, kiedy odkryła w sobie malarkę? 

Małgorzata Maćkowiak:  Zawsze chciałam malować! Mój ojciec był architektem i marzył, abym poszła w jego ślady. Wybrałam więc Architekturę Wnętrz na wrocławskiej ASP, ale już po I roku sugerowano mi, żebym się przeniosła na malarstwo (sądzę, że to za sprawą koszmarnie wykonanych  planszy z przedmiotów projektowych :-) ). Postanowiłam jednak kontynuować studia na tym kierunku i jednocześnie malować. Przełom nastąpił podczas studenckiego pleneru, kiedy zaliczaliśmy II rok. Któregoś dnia poszłam do lasu i namalowałam niebieski pejzaż, który niespodziewanie wzbudził zainteresowanie naszego asystenta. To był jeden z takich momentów,  który utwierdził mnie w przekonaniu, że mogę malować. Zostałam jednak do końca na Wydziale Architektury Wnętrz, co z perspektywy czasu uważam za dobrą decyzję, bo te studia dały mi umiejętności warsztatowe (w końcu nauczyłam się robić te plansze!)  i nauczyły dyscypliny kompozycyjnej. 

Sztuki malarskiej natomiast uczyłam się w pracowni  pani prof. Wandy Gołkowskiej, której twórczość bardzo mi odpowiadała. Potem trafiłam do prof. Leszka Mickosia, a na końcu do pracowni prof. Mariana Wołczuka. Uczyłam się od nich wszystkich, w związku z tym uniknęłam piętna pracowni mistrza. A kiedy zrobiłam dyplom z architektury wnętrz i zaprezentowałam  obok prac projektowych kilka obrazów z malarskiego aneksu, to wszyscy stanęli właśnie przed nimi (śmiech). 

Małgorzata Maćkowiak, Color curatio, akryl na płótnie, 110x110 cm, 2020

Widzowie dali więc Pani najwyższą ocenę z malarstwa (śmiech). Pierwszą wystawę miała Pani jednak w Niemczech,  w jednej z galerii we Frankfurcie. Jak do tego doszło?

To był zbieg różnych okoliczności. Na początku lat 90. wróciłam po studiach do Głogowa – miasta moich narodzin. W tym czasie głogowskie muzeum wraz ze Stowarzyszeniem Artystów z Esslingen i Ministerstwem Spraw Zagranicznych RFN (wtedy zachodnie Niemcy) przygotowywały retrospektywę niemieckiej artystki, byłej głogowianki – Gerdy Wasmuth-Pohley oraz wystawę „Artyści z Głogowa”, w której wzięłam udział. Wydano przy tej okazji piękny katalog, do którego trafiła także moja praca To był 1992 rok, w Głogowie była przyznawana Nagroda Literacka im. Andreasa Gryphiusa – wielkie święto kultury w moim mieście. Jakiś czas później poznałam Manfreda Neumanna, artystę z Frankfurtu nad Odrą, prezesa Frankfurter Kunstverein, który zaproponował mi  (i koleżance Julii Dubec) zrobienie wystawy w Galerie B. A że we Frankfurcie zamieszkał wtedy niemiecko-polski historyk sztuki,  dr Andreas Billert, wybitny specjalista w dziedzinie rewitalizacji obszarów miejskich, namówiono go, aby wygłosił mowę podczas wernisażu naszej wystawy. Spędziliśmy poranek na piciu kawy, rozmowach i montażu wystawy,  a wieczorem Andrzej wygłosił piękną laudację o naszej twórczości. Przy tej okazji dowiedziałam się wiele o własnym malarstwie, bo ja wtedy większość rzeczy tworzyłam nieświadomie, intuicyjnie i spontanicznie. Ale ten tekst był impulsem, który  zaowocował bardziej świadomym i analitycznym myśleniem o tym, co maluję i jak tworzę. Spotkanie z Andreasem Billertem było bardzo inspirujące i stało się  zachętą do tych intelektualnych rozważań.  Mam potrzebę rozumienia i analizowania  moich artystycznych wyborów, poszukuję sensów i jakkolwiek pierwszy impuls jest intuicyjny, to dalszy rozwój dzieła czy cyklu prac zależy od intelektualnej analizy i zazwyczaj odbywa post factum.  

Zapytałam kiedyś wrocławskiego malarza Lva Sterna, (który jest z zawodu architektem i malować zaczął dość późno) o inspiracje. W odpowiedzi usłyszałam, że ma tysiące pomysłów, które notuje w zeszytach, ale nie jest ich w stanie wszystkich zrealizować. Czy Pani również nie może się opędzić od pomysłów i skąd je Pani czerpie?

Ja także mam mnóstwo notatników, zeszytów z podróży i szkiców. Pracownia jest zawalona notatkami, ścinkami papierów, wycinkami z gazet i rysunkami. Tym, co stanowi część autoinspiracji i co w pewnym momencie staje się „zaczynem” procesu twórczego. Kiedy prowadzę rozmowy telefoniczne (a rozmawiam dużo), zawsze coś w tym czasie rysuję, bazgrzę... Przychodzą wtedy do mnie pomysły,  które czasami realizuję. Jednak większość tych notatek pozostaje w szkicownikach. Moje obrazy rządzą się własnymi prawami. Nawet kiedy mam wstępny szkic, pomysł czy zamysł kompozycyjny, to i tak w trakcie malowania obraz ewoluuje. Nakładam warstwy koloru, przemalowuję, zmieniam… Bywa, że żałuję tego, co zamalowane, ale cóż... Z doświadczenia wiem, że im więcej maluję, tym więcej mam pomysłów. To tak jak u Kubusia Puchatka: „im bardziej pada śnieg, tym bardziej sypie śnieg”.  Zdarzają się też momenty ciszy twórczej, blokady. Zaglądam wtedy do notatek i zastanawiam się, czy czegoś nie  „ściągnąć” od siebie. Aby przełamać twórczą blokadę, wykonuję ćwiczenia polegające na malowaniu form, które już znam.  Jestem wtedy jak pianista,  który ćwiczy palce, aby nie wyjść z wprawy. 

Skąd czerpię pomysły, czym się inspiruję? Inspiracje są jak zdarzenia losowe, ich wpływ nie jest więc zawsze sprawą świadomego wyboru. Stąd moje przekonanie, że inspiracją może być wszystko: jakiś przypadkowy układ barw i kształtów, muzyka, opowieść o tym, jak powstaje fala czy zdanie przeczytane w gazecie w poczekalni u dentysty. Inspirująca bywa rozmowa, sztuka i życie. Mam wrażenie, że źródło z pomysłami jest niewyczerpane, czasami jednak jest problem z ich odkrywaniem. Trzeba się nastroić, włączyć odbiór i wyłączyć autocenzora, czyli dać sobie pozwolenie na pomyłki i podjąć ryzyko tworzenia. 

Małgorzata Maćkowiak, Gry i szarady niebieskie, akryl na płótnie, 100x70 cm, 2020

Proszę opowiedzieć o obrazach prezentowanych na wystawie, chylić rąbka tajemnicy - jak powstawały, dlaczego użyła Pani takich, a nie innych barw, figur geometrycznych, skąd tak mocna obecność pisma – tajemniczych hieroglifów, które współistnieją z obrazami?

Obrazy z hieroglifami i znakami pojawiły się już na początku mojej drogi twórczej.  A pismo zaczęło się od tego, że przez kilka lat korespondowałam z pewnym artystą. Oboje nie tylko pisaliśmy, ale również rysowaliśmy w tych listach.  On pierwszy wypełniał swoje obrazy pismem, ja – przyglądając się temu – także zaczęłam łączyć rysunek z tekstem. Słowa przenikały do rysunków – taki rodzaj rozmowy. 

Wcześniej jednak pojawiła się na obrazach litera „A”, która była i jest dla mnie takim osobistym znakiem początku i odrodzenia.  Kiedy po długiej chorobie i operacji  usłyszałam od lekarza polecenie: „Proszę powiedzieć „A”, wówczas tak symbolicznie, od dźwięku tej właśnie litery zaczęłam jakby nowy etap życia.  

Małgorzata Maćkowiak, z serii Kwadrat magiczny, akryl na płycie, 30x30 cm, 2018

Jednocześnie, ucząc kompozycji, trafiłam na genialną książkę Adriana Frutigera „Człowiek i jego znaki”. Jej lektura pozwoliła mi zrozumieć morfologię wielu znaków używanych przeze mnie w obrazach, bo już dużo wcześniej, jak wspomniałam, w latach 90-tych zapełniałam  moje płótna tajemniczymi hieroglifami i znakami. Pisanie na obrazach było początkowo fragmentaryczne, zajmowało niewielkie przestrzenie płócien. W końcu zaczęłam „pisać” obrazy. Interesuje mnie transformacja litery – od obrazu, poprzez znak, do symbolu – tej  ostatecznej formy,  jaką ma dziś litera. Ta przemiana jest fascynująca z powodu obecności w niej geometrii i śladu ruchu ręki, a więc energii piszącego. Stąd bierze się pismo na moich obrazach. Funkcjonuje jako symbol informacji,  jako znak treści, ale nie sama treść. Używam pisma asemantycznego, czyli pozbawionego  informacji. Posiada ono głównie znaczenie emocjonalne i estetyczne, ale może mieć jasny sens kontekstualny. Poprzez wygląd, kształt, kolor, kompozycję i znaczenie symboliczne znaku może ewokować zrozumienie, znaczenie lub intuicje i przeczucia. To rodzaj bezgłośnego dialogu z widzem. Ta cisza znaczeniowa jest miejscem pozostawionym dla oglądającego – czytelnika, które  może wypełnić jego interpretacja. Jednak dopiero kiedy określiłam temat mojego doktoratu („Trans-formacja - geometria symbolu od osobistych inspiracji do ponadkulturowych znaczeń - imago mundi”, 2006 r.), przyszło jednocześnie spontaniczne pisanie na obrazach i intelektualne zgłębianie problemu pisma asemantycznego w sztuce wizualnej. Cykl obrazów „ Znak w przestrzeni pojęć”  to wizualne zwieńczenie tych rozważań. Na wystawie w Galerii Miejskiej prezentuję jeden z obrazów tego cyklu. 

Małgorzata Maćkowska, Znak w przestrzeni pojęć, olej na płótnie, 
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Oprócz owych tajemniczych hieroglifów, na Pani obrazach pojawiają się licznie figury geometryczne. Czy to taka próba uporządkowania świata, czy może raczej budowanie własnego?

Figury geometryczne dominują na prezentowanym na wystawie cyklu obrazów z ostatnich lat, zatytułowanym „Kwadrat magiczny”. To prace, które przedstawiają różne obiekty na kwadratowej płaszczyźnie podzielonej na dziewięć pól. Podział ten inspirowany jest matematycznym kwadratem magicznym, w którym w poszczególnych polach, w określonym porządku, wpisywane są liczby. Ja jednak zamiast liczb wstawiam w te pola realistyczne elementy – oko, księżyc, liść, słońce, gwiazdy, ptaki, anioły, figurę Buddy i figury geometryczne, litery i postaci. Tworzę zbiory elementów i szukam łączących je związków. Obrazy te są malarskim przetworzeniem notatek ze szkicowników, które zawsze towarzyszą mi w podróżach. Wplatam realistyczne elementy w malarską tkankę abstrakcyjnych obrazów.  W takich momentach nie interesują mnie normy i granice konwencji malarskich ani fakt, że maluję obrazy abstrakcyjne. Jednocześnie te przedstawiające elementy, jakby „wycięte” ze swojego realistycznego kontekstu, stają się znakami i tropami w konstruowanej przeze mnie mapie wspomnień.

Na Pani obrazach zaprezentowanych na wystawie dominują różne odcienie niebieskiego. Jak wygląda w Pani twórczości pogoń za kolorem?

Kolorystyka obrazów wynika z mojej wrażliwości na światło i potrzeby wyrażania emocji za pomocą koloru. Ostatnio rzeczywiście dominują błękity. Jednak jakieś 10 lat temu były ciemne brązy, czernie i różne odcienie różowego. Wybory kolorystyczne są bardzo intuicyjne i osobiste. Kod kolorystyczny jest chyba najbardziej intymnym i jednocześnie najbardziej bezpośrednim przekazem malarskim.  Od roku stoją w pracowni niedokończone obrazy w czerwieniach. I nie umiem ich skończyć :-), czekają na właściwy czas.

Małgorzata Maćkowska, Genesis,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Jednym z ważniejszych cykli Pani obrazów jest „Genesis” – początek świata czy może Pani świata?

To rzeczywiście ważny dla mnie cykl, w którym wykorzystuję tekst biblijny, fragmenty księgi Genesis, ale także cytat z książki K. Darwina  „O pochodzeniu gatunków”. Po raz pierwszy pojawia się tekst – cytat, nie ma umownych liter, szyfru i udawania pisma. Posługuję się cytatami wyjaśniając ukryte w warstwie symboliczno - geometrycznej znaczenia. Tekst stanowi dopełnienie formy, będąc jednocześnie integralną częścią każdego z obrazów. Interpretację biblijnego tekstu wyrażam jednak w sposób symboliczny, używając figur geometrycznych: koła, kwadratu i trójkąta. Wybrałam podstawowe  figury geometryczne, aby  zobrazować początek jako coś niewyobrażalnie abstrakcyjnego: biblijne stworzenie świata czy wielki wybuch i inne kosmiczne historie, które mnie fascynują.   

To poszukiwanie początku często pojawia się w Pani malarstwie, jest jakby poszukiwaniem odpowiedzi na podstawowe pytanie za pomocą sztuki... Można by zaryzykować stwierdzenie, że dotyka Pani tematów filozoficznych.

Myślę, że w moim malarstwie dochodzą do głosu rozważania filozoficzne i cieszę się, że są zauważane przez widzów. Interesują mnie filozoficzne, psychologiczne i neurobiologiczne tezy dotyczące naszej świadomości, pamięci, uczuć i ekspresji twórczej. Jestem jednak taką intuicyjną filozofką, nauczyłam się zadawać sobie pytanie „dlaczego?”, ale  dociekam wszystkiego za pomocą malarstwa. Interesują mnie kosmogonie, mity i symbole obecne w różnych kulturach. Malarstwo jest dla mnie budowaniem własnej wizji harmonii i ładu w rzeczywistości, która często jest pełna chaosu i destrukcji. Stąd może konstrukcyjny ład moich kompozycji.  Wszędzie dostrzegam geometryczną, harmonijną podstawę – proste  znaki: koło, kwadrat, trójkąt, 

Nauczyłam się widzieć świat w perspektywie geometrii już w dzieciństwie –  lubiłam wrysowywać drzewa i trawę w projekty mojego taty. Studia na Architekturze Wnętrz tylko wzmocniły tę umiejętność. Punkt, linia, koło, kwadrat i trójkąt. Rzuty, przekroje, warstwy idei tworzące architekturę wyobraźni.  Wyobraźnia potrzebuje geometrii, żeby swobodnie budować w umyśle konstrukcje wspomnień i marzeń. Figury geometryczne są podstawą konstrukcji kompozycji większości moich obrazów, a jednocześnie  są dla mnie symbolami pozwalającymi przekazać ukryte za ich formą treści.


Z serii Kwadrat magiczny, akryl na płycie, 30x30 cm, 2018

W Pani obrazach pojawiają się także inne tematy, np. pejzaż...

Tak, malowałam go już wcześniej. Moje dyplomowe obrazy przypominały pejzaże, w ich abstrakcyjnej formie był jeszcze ślad linii horyzontu, ten symboliczny rozdział Nieba i Ziemi. Były bardzo ekspresyjne.  Był w tym, jak sądzę, duży wpływ malarstwa Telemacha Pilitsidisa. 

Podróże mnie inspirują. Wspomniałam o szkicownikach: rysunkach i notatkach, które  zawsze z podróży przywożę. „Ćwiczenia z uważności” czy "Droga do Bamfield" powstały w Kanadzie, gdzie mieszka mój mąż. Jestem mu niezmiernie wdzięczna za te inspirujące podróże. Otóż pejzaż kanadyjski, konkretnie Brytyjska Kolumbia i Vancouver Island, te otwarte przestrzenie i błękitne, czyste niebo, są tak obezwładniająco piękne, że po prostu nie mogłam tego nie namalować.  Seria "Droga do Bamfield" powstała  pod wpływem podróży statkiem, długą na ponad 100 km zatoką Alberni, z Port Alberni do Bamfield, małej osady położonej nad Barclay Sound. Każdy kilometr podróży przynosił nowe układy zasłaniających się wzajemnie wzgórz, chmur i wody. Kulisowa perspektywa gór, jak w teatrze,  odsłaniała i otwierała nowe przestrzenie. A każda z tych przestrzeni była jak gotowy do namalowania obraz. Zrobiłam setki zdjęć. To była prawdziwie magiczna podróż na koniec świata, z widokiem na bezkresny ocean. Ten kres świata jest interesujący nie tylko pod względem przyrodniczo-widokowym. W Bamfield odbywa się festiwal Music by The Sea, jest tam sala koncertowa, galeria sztuki… Taki kulturalny koniec świata. 

Małgorzata Maćkowiak, Droga do Bamfield, akryl na płycie, 2016,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Przypomina mi to poniekąd "Stroiciela Himalajów" - dokument, którego bohater wiezie fortepian do miejsca zupełnie dzikiego, gdzie dotrzeć jest niezwykle trudno, a co dopiero z takim instrumentem... A jednak udaje mu się to!

Muzyka w takiej  przestrzeni z pewnością  inaczej brzmi. W ogóle natura ma ogromny wpływ na sztukę, a szczególnie na malarstwo  Kiedyś, będąc na stypendium twórczym w Wielkiej Brytanii, pojechałam z przyjaciółmi do Kornwalii. Wszyscy napotkani tam artyści mówili, że po tym pobycie będę inaczej malować, bo tam jest zupełnie inne światło. Słyszałam też, że St. Ives to mekka dla malarzy. Nie wierzyłam, ale tak się stało! Powstały inne obrazy –  rozświetlone i jasne. Mam wrażenie, że są takie miejsca, gdzie kolor i  światło  mają szczególną moc i artyści muszą do nich pielgrzymować jak wierni do miejsc świętych. 

A zatem życzę wielu odkrywczych podróży, owocujących nowymi barwami i obrazami. Dziękuję za rozmowę.


Więcej obrazów Małgorzaty Maćkowiak znajdziecie TUTAJ.

sobota, 22 sierpnia 2020

Sztuka jako fitness dla mózgu – rozmowa o wystawie „Mity, symbole, abstrakcje” w Galerii Miejskiej we Wrocławiu

W rozmowie na temat okoliczności powstawania wystawy w czasach apokaliptycznych, a także oddziaływania  malarstwa tak na twórców, jak i na odbiorców sztuki, wzięli udział artyści: Małgorzata Maćkowiak, Roma Pilitsidis, Telemach Pilitsidis oraz kuratorzy wystawy „Mity, symbole, abstrakcje/tryptyk głogowski”: Roger Piaskowski (historyk sztuki) i Mirosław Jasiński (Dyrektor Galerii Miejskiej). 


Rozmawiamy zamaskowani. Spotkanie z artystami i kuratorami na wystawie
"Mity, symbole, abstrakcje", fot. Martyna Czekała


Barbara Lekarczyk-Cisek: Wyznam na wstępie, że wystawa zaintrygowała mnie i swoim tytułem, i walorami prezentowanych prac. Było więc dla mnie oczywiste, że za ciekawymi obrazami muszą stać równie interesujący artyści, stąd wzięła się potrzeba spotkania z Państwem i utrwalenia tego wydarzenia.

Roger Piaskowski: No tak, bo to dzisiejsze spotkanie rekompensuje nam też brak wernisażu. Cała ta sytuacja jest dziwna. Zazwyczaj z okazji wystawy spotyka się i rozmawia o sztuce w  wernisażowym nastroju, więc dobrze się stało, że do takiego spotkania doszło.
Jesteśmy gotowi poznać, co to znaczy żyć w czasach Apokalipsy. Artyści próbują diagnozować tę sytuację. Tutaj mamy do czynienia z wystawą bardzo specyficzną, ponieważ trzy autonomiczne osobowości, nie stanowiące formalnej grupy, postanowiły zrobić coś wspólnie. I udało się to! Zarówno jeśli chodzi o obrazy, ich treści, jak też atmosferę kontemplacji, która dominuje, próbując zachować pewne wartości w czasach hm… proto-apokaliptycznych.


Wystawa "Mity, symbole, abstrakcje/tryptyk głogowski", fot. Agata Piątkowska,
Galeria Miejska we Wrocławiu

Barbara Lekarczyk-Cisek
: Nurtuje mnie, jak takie trzy wyraziste osobowości mogły zaistnieć na jednej wystawie i skąd wziął się jej tytuł.

Roger Piaskowski: Zdradzę na potrzeby dzisiejszego spotkania, jakie są kulisy tytułu „Mity, symbole, abstrakcje”. Otóż od dawna rozmawialiśmy o wystawie Romy, Telemacha i Małgorzaty, także wspólnie z Andrzejem Sajem, który bardzo dopinguje twórczość każdego z tych artystów. I to on właśnie jest autorem tytułu, na skutek pewnej mojej sugestii. Nieskromnie dodam, że myśląc o wystawie, musiałem też prowadzić różnego rodzaju rozmowy, aby wszystko to połączyć. Byłem przekonany, że to możliwe, pomimo tak dużego zróżnicowania życiowego, osobowościowego i artystycznego. Tutaj też należy szukać klucza do tytułu wystawy. Mity powiązane są bezpośrednio z twórczością Telemacha Pilitsidisa. Jeżeli chodzi o Małgorzatę Maćkowiak, to w jej twórczości pojawia się zagadnienie poszukiwania znaków, symboli w sztuce, w kulturze. Z kolei Roma Pilitsidis znajduje się, mówiąc skrótowo, w tym obszarze, który nazwać by można abstrakcją. Przy czym pojęcie abstrakcji jest tak pojemne, że w przypadku jej twórczości odnosi się raczej do tego, że dzieła, które tworzy, w swoim wyrazie formalnym, kompozycyjnym zmierzają jednak do próby przekazania myśli o pięknie, o sztuce, a także o pewnych teoriach abstrakcyjnych, matematycznych. Jest to zatem bardzo głębokie podejście do pojęcia abstrakcji.

Patrząc na prace trojga tak różnych artystów, trzeba także dostrzec wartość wspólną, która odnosi się do tego, że malarstwo w ujęciu klasycznym jest zawsze próbą samodzielnego podejścia do indywidualnych doświadczeń artystycznych, estetycznych, historycznych. Te niezwykłe obrazy, które oglądamy w Galerii Miejskiej we Wrocławiu, oddają hołd pięknu, sztuce w bardzo tradycyjny sposób. Jest to troszeczkę oderwane od rzeczywistości, ale dlatego, że sztuka jest taką właśnie przestrzenią, która w czasach pandemii może oferować duchowe oczyszczenie. Jest to zatem wystawa skłaniająca do kontemplacji, w dodatku muzyczna. Towarzyszy jej utwór muzyczny – trio, nawiązujące do trojga artystów, z których każdy tworzy na swój sposób, a jednak ekspozycja stanowi kompozycyjną całość.


Telemach Pilidsidis, Argument zmierzchu, 1984, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Barbara Lekarczyk-Cisek: Bardzo to interesujący eksperyment zderzenia ze sobą trzech osobowości, bo dzięki niemu następuje nie tylko rodzaj dialogu między obrazami i konwencjami, ale powstaje – jak w przypadku metafory – nadrzędna, trzecia wartość. Ciekawi mnie w związku z tym, co zdecydowało, że takie, a nie inne obrazy ze sobą sąsiadują, bo z pewnością wybór poprzedziła jakaś myśl. Zacznijmy więc nasze rozważania od tego, jakie prace chcieli pokazać na wystawie artyści i dlaczego właśnie te.

Roma Pilitsidis: Początkowo nie wiedziałam jeszcze, jak będą eksponowane. W moim przypadku nie mogłam się kierować wyborem tematycznym, jak w sztuce przedstawiającej. Chciałam, aby moje prace oddziaływały wizualnie – jako  całość. Ponadto pragnęłam pokazać obrazy z różnych lat, reprezentatywne, ponieważ po raz pierwszy miałam mieć wystawę w Galerii Miejskiej we Wrocławiu. Są tu więc prace wcześniejsze, ale także stworzone w dobie pandemii, kiedy przebywałam w zamknięciu i malowałam ciszę, odzwierciedlającą ciszę miasta – ulic, skwerów… Wcześniej, w 2018 roku, malowałam granice. W tamtym czasie były zupełnie inne, bo ludzie tłumnie migrowali. Natomiast granice malowane w czasach pandemii są przedstawione zupełnie inaczej – kompozycja i kolorystyka są odmienne, wykorzystuję dużo mocnej czerwieni.

Roma Pilitsidis, Granice, olej na płótnie, 2020 r.,  fot. Agata Piątkowska

Roger Piaskowski: Widzimy więc przykład obrazów oddających klimat swoich czasów językiem nieprzedstawiającym.

Barbara Lekarczyk-Cisek: Podobnie maluje swoje cykle prof. Konrad Jarodzki, którego wystawę oglądałam swego czasu w galerii na Dworcu Głównym we Wrocławiu. Impulsy (taki też tytuł nosiła wystawa) czerpał z prawdziwych wydarzeń, np. obrazy tragedii 11 września nie stanowią ilustracji czy fotograficznej wierności tego wydarzenia, są rodzajem metafory i symbolu…

Roger Piaskowski: Taki „komentarz” artysty do wydarzeń jego czasów jest przez to ciekawszy. Jeśli chodzi o wybór obrazów na wystawę, to był on wynikiem konsultacji. Chodziło o wybór dla artysty reprezentatywny. Poza tym każdy artysta ma własny program i wie, co chciałby pokazać. Ostatecznie wybraliśmy pewną pulę obrazów, którą  następnie konsultowaliśmy z Galerią. To był złożony proces. W przypadku mistrza Telemacha Pilitsidisa, który jest księciem malarzy Zagłębia Miedziowego, jest tak ogromna gama różnych postaw, poszukiwań, powiązanych na dodatek z poezją, że trudno było sprostać koncepcji trio. To jest wystawa bezprecedensowa z wielu powodów. Nie tylko dlatego, że jest pandemiczna i bez wernisażu, ale także przez to połączenie różnych osobowości w jedną całość.

Barbara Lekarczyk-Cisek: A jak wyglądały wybory z Pani punktu widzenia, Pani Małgorzato?

Małgorzata Maćkowiak: Miałam przygotować zestaw prac. A ponieważ maluję cyklami, trzeba jeszcze było wybrać konkretne prace z każdego cyklu. Zastanawiałam się, jak to wypadnie w zestawieniu z dużymi pracami Telemacha, bo ja ostatnio maluję małe formaty. Z początku nic mi się nie podobało. Moje dylematy scedowałam w końcu na specjalistów.

Roma Pilitsidis: To, że prace mają różne formaty, to bardzo dobrze! Wystawa jest ciekawsza, nie tak jednorodna, a obrazy się nie przytłaczają.

Telemach Pilitsidis: Wprawdzie nie ja jestem autorem wyboru prac, ale uważam, że jest to piękny wybór.

Barbara Lekarczyk-Cisek: Czy i w Pana przypadku mamy do czynienia z reprezentatywnym wyborem?

Telemach Pilitsidis: Ja tych „telemachów” mam w swojej pracowni kilkunastu, ponieważ jestem osobą pozornie spokojną, ale faktycznie wewnętrznie dynamiczną. Od początku mojej kariery artystycznej, w latach 70. I 80., mimo wielu wystaw i nagród, długo nie mogłem oderwać się od pępowiny łączącej mnie z moim mistrzem Jerzym Nowosielskim. Obecnie, z perspektywy lat uważam, że moje prace wcale nie były takie „nowosielskie”. Warsztat był być może podobny, ale każdy z nas wyrażał co innego. W pracach prezentowanych na wystawie nie ma już Nowosielskiego, to już są „telemachy”. Znajdujący się na niej  mój obraz „Angelika” miał być w założeniu ikoną Angeliny Jolie – kobiety współczesnej. Tylko czy widz to skojarzy?


Telemach Pilidsidis, Angelika, olej na płótnie, 2017, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Roger Piaskowski: Charakterystyczne jest, że po opuszczeniu pracowni obraz zaczyna żyć swoim tajemniczym życiem, ponieważ ukrywa w sobie treści, znaczenia dotyczące życia artystów, tradycji malarskiej, w której się ukształtowali (Nowosielskiego, Makowskiego czy Matisse`a), ale potem zaczyna też żyć życiem odbiorcy – w sensie społecznym. Powstaje pytanie: jak to wszystko połączyć w jedną wartość? Można by odpowiedzieć, że sztuka jest taką sferą, w której obraz funkcjonuje w sposób szczególny. Sztuką może też być sposób życia artysty. Ja jednak dostrzegam w obrazach trojga artystów silny element sakralizacji.

Małgorzata Maćkowiak: Przestrzeń tworzenia była od prapoczątków sakralizowana, jak tego dowodzi choćby malarstwo Aborygenów czy rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej, Indian Hopi  i ich sand paintings. Być może odziedziczyliśmy po przodkach takie traktowanie obrazu. W związku z tym obraz, a w konsekwencji ikona, jest przestawieniem świętości.

Otwartą pozostaje sprawa odbioru dzieła sztuki. Hrabal powiada o swoich powieściach, że są półproduktami, dopiero czytelnik sprawia, że stają się pełnowartościowe. Podobnie rzecz ma się z obrazami.
Chciałabym też zwrócić uwagę na odkrycia neuroestetyki.  Jej twórca, Profesor Semir Zeki, z University College London, sugeruje, że jeśli nadal, po tak wielu tysiącach lat, tworzymy obrazy, to musimy ich w jakiś stały sposób potrzebować. Według Zekiego artyści posiadają intuicję lub raczej „tajemną” czy „ukrytą wiedzę” na temat zasad neurofizjologii percepcji i emocji, które nieświadomie wykorzystują podczas procesu tworzenia dzieła. W tym sensie każdy artysta swoim dziełem uruchamia cały zespół procesów neurofizjologicznych w mózgu widza i powiązane z tym procesem emocje: poczucie piękna, wzruszenie, zachwyt estetyczny i uniesienie. „Artysta to nieświadomy neurobiolog”, a dzieło sztuki to „superbodziec”. Wedle neuroestetyki, malowanie i oglądanie malarstwa uplastycznia nasz mózg, obniża poziom stresu, pobudza kreatywność i umiejętności poznawcze… Bez sztuki nie bylibyśmy na takim etapie rozwoju, być może bylibyśmy zupełnie innymi ludźmi, bardziej prymitywnymi. Sztuka „rzeźbi” nasz mózg, ułatwia myślenie. Kiedy patrzymy na obraz, nasz mózg pracuje. Być może wszyscy ci prymitywni przodkowie właśnie dlatego tak się rozwinęli. Pójście do galerii to jakby fitness dla mózgu (śmiech).


Małgorzata Maćkowska, Znak w przestrzeni pojęć, olej na płótnie, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Barbara Lekarczyk-Cisek: Pozostaje więc mieć nadzieję, że odwiedzający tę wystawę wejdą w dialog z obrazami i „dopowiedzą” do nich wiele interesujących treści, obniżając sobie przy okazji poziom stresu i podnosząc kreatywność (śmiech).  Dziękuję Państwu za spotkanie.

Stoją od lewej: Małgorzata Maćkowiak, Telemach Pilitsidis, Roma Pilitsidis, Roger Piaskowski


Wystawie towarzyszy starannie wydany dwujęzyczny katalog, zawierający obszerny esej Rogera Piaskowskiego: "Trio na instrumenty malarskie", prezentujący także sylwetki i reprodukcje obrazów trojga artystów.



Przeprowadziłam także indywidualne rozmowy z artystami, które znleźć można pod poniższymi linkami:

wtorek, 30 czerwca 2020

Mity, symbole, abstrakcje/ tryptyk głogowski - wystawa w Galerii Miejskiej we Wrocławiu

2 lipca przestrzenie wrocławskiej Galerii Miejskiej wypełni malarstwo trojga artystów na co dzień żyjących i pracujących w Głogowie: Telemacha Pilitsidisa, Małgorzaty Maćkowiak i Romy Pilitsidis. Tytuł wystawy „Mity, symbole, abstrakcje/ tryptyk głogowski” zwraca uwagę na pozawizualne kategorie, w których rozpatrywać warto dzieła wymienionych twórców. 

Telemach Pilitsidis, Zmowa milczenia, olej na płótnie, 100x80 cm

Tym, co łączy głogowskich artystów jest z pewnością konsekwentnie realizowana przez nich strategia twórcza polegająca na dowartościowaniu medium malarskiego nie tylko na poziomie samej widzialności, ale także na uruchamianym przy okazji obcowania z dziełem poziomie podświadomości, intuicji, skojarzeń i metafor. W ten sposób, wikłając obraz w symboliczne narracje, Telemach Pilitsidis, Małgorzata Maćkowiak i Roma Pilitsidis przywracają mu intelektualną jakość.

Telemach Pilitsidis, Podwórka II, olej na płótnie, 130x110 cm, 1999r

W swoich próbach uwidocznienia niewidocznego głogowscy twórcy korzystają z rozmaitych estetyk i rozwiązań warsztatowych. W naznaczonych metafizycznym pierwiastkiem i dążących do kolorystycznego porządku dziełach Telemacha Pilitsidisa silnie wybrzmiewają echa twórczości Picassa, Rembrandta i Goi, ale także jego mentora z czasów studiów na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, Jerzego Nowosielskiego.

Małgorzata Maćkowiak, Genesis - dzień drugi, technika własna, akryl na płycie, 77x77cm, 2010

Z kolei balansujące pomiędzy abstrakcją a przedstawieniowością malarstwo Małgorzaty Maćkowiak wyrasta z rozważań nad symbolem, pismem i – w ogóle – znakiem. Za pomocą swoich obrazów artystka wskazuje na odwieczne przenikanie się makro- i mikrokosmosów, poszukując utraconej jedności wszechrzeczy – równowagi i prawdy, która łączy człowieka z naturą, Ziemią i kosmosem.

Roma Pilitsidis, Stan obecny II, lipiec, olej na płótnie, 100x100 cm, 2007r

Roma Pilitsidis natomiast za pośrednictwem barwnych, geometrycznych kompozycji nadaje Malewiczowskiej bezprzedmiotowości mnogość czystych, żywych odczuć akcentowanych nie tylko harmonią barw, ale i wyraźnym malarskim gestem.

Wystawa „Mity, symbole, abstrakcje/ tryptyk głogowski” to jednak nie tylko próba nakierowania rozważań odbiorcy dzieła na sferę doznań i wyobrażeń. To także próba przyjrzenia się temu, w jaki sposób kształtuje się, jakie tematy podejmuje i w którą stronę zmierza twórczość artystyczna rozwijająca się z dala od głównych ośrodków polskiej sztuki.

Ekspozycja potrwa do 27 sierpnia 2020.
Kurator: Mirosław Jasiński

informacja prasowa

Z Martą Niedźwiecką o „Burzach namiętności” podczas tegorocznego Festiwalu Wratislavia Cantans /wywiad/

O koncercie laureatów 50. Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej, organizowanym przez NFM i Akademię Muzyczną im. Karola Lipińs...

Popularne posty