Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iza Michalewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iza Michalewicz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 maja 2018

Międzynarodowy Festiwal Kryminału we Wrocławiu, 22-27 maja 2018

Już we wtorek, 22 maja,  na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału Wrocław 2018 głos zabierze polska literatura kryminalna w bardzo różnych odsłonach. Dodajmy. że jest to jubileuszowa, 15. edycja  Festiwalu. 





W piątkowe popołudnie spotykamy się w Barbarze (ul. Świdnicka 8B). Rozpoczniemy o godz. 16.30 trzecim z cyklu wykładów otwartych: pisarz Marcin Wroński opowie o „redaktorstwie detektywnym”.

Marcin Wroński, fot. Marcin Łobaszewski
fot. I. Michalewicz: Magdalena Wdowicz-Wierzbowska; fot. E. Winnickiej: Cezary Łazarewicz
A zaraz potem dwa spotkania, podczas których przyjrzymy się z kobiecej perspektywy zjawiskom coraz silniej rozbrzmiewającym w literaturze kryminalnej. Najpierw, o godz. 18.00, o komedii kryminalnej porozmawiają Aneta Jadowska, Marta Matyszczak i Olga Rudnicka pod przewodnictwem Alka Rogozińskiego.

Natomiast o godz. 19.30 Iza Michalewicz i Ewa Winnicka spotkają się, by podyskutować z Przemysławem Semczukiem o true crime.

O godz. 21.00 rozpocznie się zaś tradycyjne już spotkanie jurorzy oraz czytelnicy kontra nominowani. W przeddzień wręczenia Nagrody Wielkiego Kalibru 2018, przyznawanej za najlepszą polską powieść kryminalną lub sensacyjną ubiegłego roku, nominowani do nagrody: Wojciech Chmielarz, Ryszard Ćwirlej, Marta Guzowska, Grzegorz Kalinowski, Katarzyna Kwiatkowska i Krzysztof A. Zajas (Anna Kańtoch niestety nie może przyjechać) pojawią się w Barbarze, by odpowiedzieć na pytania od czytelników i jury (w składzie: Zbigniew Mikołejko, Anna Gemra, Anna Marchewka, Małgorzata Omilanowska i Grzegorz Sowula). Spotkanie poprowadzi Michał Nogaś.


nominowani

A oto program MFK Wrocław 2018

CODZIENNIE, 22-27 maja 2018
przez całą dobę
Art Hotel, ul. Kiełbaśnicza 20
24 h - KRYMINAŁ W ART HOTELU
kiermasz książek gości Międzynarodowego Festiwalu Kryminału Wrocław 2018 

CODZIENNIE, 24-26 maja 2018
10.00­-14.00
Szkoła Języków Obcych LEKTOR, ul. Kazimierza Wielkiego 27
KRYMINALNE WARSZTATY LITERACKIE
trenerzy: 
Ryszard Ćwirlej, Marta Guzowska, Marcin Świetlicki
(impreza zamknięta)

WTOREK, 22 maja 2018

18.00
Klub Proza, Przejście Garncarskie 2, II piętro
 PREMIERA KSIĄŻKI WOJCIECHA CHMIELARZA „ŻMIJOWISKO”
z autorem rozmawia
Jakub Ćwiek
20.00
Klub Proza, Przejście Garncarskie 2, II piętro
TAJEMNICA
improwizowany kryminał
bilety w cenie 10 złotych dostępne przed wydarzeniem
(impreza towarzysząca; organizator: Improwizowane Poniedziałki)

ŚRODA, 23 maja 2018 
17.00
Klub Proza, Przejście Garncarskie 2, II piętro
KOBIETY I NAUKA. PRZESTĘPCZOŚĆ WOBEC KOBIET MIGRANTEK
Karolina Kremens, Patrycja Matusz-Protasiewicz, Magdalena Półtorak

19.30 
Wrocławskie Centrum Kongresowe, ul. Wystawowa 1
ARKADIUSZ JAKUBIK CZYTA „ŚLEDZTWO” STANISŁAWA LEMA
lekcję prowadzą: Stanisław Bereś, Irek Grin i Zygmunt Miłoszewski
ZAKAZANE LEKTURY
www.facebook.com/zakazanelektury
bezpłatne wejściówki na eBilet.pl

CZWARTEK, 24 maja 2018 
10.00 
Gimnazjum nr 14, ul. Hugona Kołłątaja 1/6, sala teatralna
KRYMINALNE LEKCJE DLA GIMNAZJALISTÓW
wykładowcy: Karolina Kremens; Zygmunt Miłoszewski 
 (impreza zamknięta)

10.00 
Liceum Ogólnokształcące nr VII im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, ul. Krucza 49
KRYMINALNE LEKCJE DLA LICEALISTÓW
wykładowcy: podinsp. Agnieszka Świniarska i kom. Aneta Pola; Iza Michalewicz
 (impreza zamknięta)

16.00 
Klub Proza, Przejście Garncarskie 2, II piętro 
ZBRODNIA W ARCHIWUM – LEPSZA PRAWDA CZY FIKCJA?
Przemysław Semczuk
wykład otwarty

17.30 
Klub Proza, Przejście Garncarskie 2, II piętro
ZIEMNIAKI NA MARSIE, CZYLI SKĄD PISARZ WIE TO, CO WIE
Marta Guzowska 
wykład otwarty

19.00 
Klub Proza, Przejście Garncarskie 2, II piętro
PRZED PREMIERĄ: MARCIN WROŃSKI, „GLINY Z INNEJ GLINY”
z autorem rozmawia Grzegorz Chojnowski

20.30 
Klub Proza, Przejście Garnarskie 2, II piętro
KOBIETY I POLICJA
podinsp. Agnieszka Świniarska i kom. Aneta Pola
prowadzenie: Irek Grin

PIĄTEK, 25 maja 2018

10.00 
Gimnazjum nr 14, ul. Hugona Kołłątaja 1/6, sala teatralna
KRYMINALNE LEKCJE DLA GIMNAZJALISTÓW
wykładowcy: Michał Nogaś; Przemysław Semczuk
 (impreza zamknięta)

10.00 
Liceum Ogólnokształcące nr VII im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, ul. Krucza 49
KRYMINALNE LEKCJE DLA LICEALISTÓW
wykładowcy: Michał Nogaś; Łukasz Szleszkowski
 (impreza zamknięta)

16.30 
Barbara, ul. Świdnicka 8B
REDAKTORSTWO DETEKTYWNE 
Marcin Wroński
wykład otwarty

 18.00 
Barbara, ul. Świdnicka 8B
KOBIETY I KOMEDIA KRYMINALNA
Aneta Jadowska, Marta Matyszczak, Olga Rudnicka
prowadzenie: Alek Rogoziński

19.30 
Barbara, ul. Świdnicka 8B 
KOBIETY I TRUE CRIME
Iza Michalewicz, Ewa Winnicka 
prowadzenie: Przemysław Semczuk

21.00

Barbara, ul. Świdnicka 8B

NAGRODA WIELKIEGO KALIBRU 2018 
– JURORZY ORAZ CZYTELNICY KONTRA NOMINOWANI

jurorzy:

Zbigniew Mikołejko (przewodniczący), Witold Bereś, Anna Gemra, 
Anna Marchewka, Małgorzata Omilanowska i Grzegorz Sowula

nominowani:

Wojciech Chmielarz, Ryszard Ćwirlej, Marta Guzowska, Grzegorz Kalinowski, Anna Kańtoch, Katarzyna Kwiatkowska, Krzysztof A. Zajas

prowadzenie: Michał Nogaś

SOBOTA, 26 maja 2018

14.00 
Stary Klasztor, ul. Jana Ewangelisty Purkyniego 1 
SPOTKANIE Z BORISEM AKUNINEM
prowadzenie: Irek Grin i Michał Nogaś

 15.30
Stary Klasztor, ul. Jana Ewangelisty Purkyniego 1
Z NIENAWIŚCI DO KOBIET
spotkanie z Justyną Kopińską
prowadzenie: Inga Iwasiów
17.00
Stary Klasztor, ul. Jana Ewangelisty Purkyniego 1
ŻÓŁTE NIEBEZPIECZEŃSTWO
Zbigniew Mikołejko
wykład otwarty

18.30 
Stary Klasztor, ul. Jana Ewangelisty Purkyniego 1
SPOTKANIE Z ARNALDUREM INDRIÐASONEM
prowadzenie: Irek Grin i Marcin Świetlicki

21.30
Stary Klasztor, ul. Jana Ewangelisty Purkyniego 1
UROCZYSTA GALA WRĘCZENIA NAGRODY WIELKIEGO KALIBRU 2018
(impreza zamknięta)

NIEDZIELA, 27 maja 2018
12.00
Barbara, ul. Świdnicka 8B
ŻEGNAJ, LALECZKO 
gra miejska

13.00
Barbara, ul. Świdnicka 8B
SPOTKANIE Z KATARZYNĄ BONDĄ 
premiera książki „CZERWONY PAJĄK”
prowadzenie: Grzegorz Chojnowski

14.30
Barbara, ul. Świdnicka 8B
SPOTKANIE Z KATARZYNĄ PUZYŃSKĄ
prowadzenie: Karolina Korwin-Piotrowska

NA WSZYSTKIE IMPREZY (Z WYJĄTKIEM IMPROWIZOWANEGO KRYMINAŁU) – WSTĘP WOLNY

.informacja prasowa

środa, 4 października 2017

"Życie to za mało" Izy Michalewicz. O utracie i poszukiwaniu nadziei

Reportaże Izy Michalewicz mówią o utracie i poszukiwaniu nadziei, ukazują świat pełen bólu, przemocy i zła, a jednocześnie są próbą zrozumienia drugiego człowieka, zatrzymania pamięci o nim, uratowania go. Ich autorka bowiem patrzy na ludzi z miłością. 

Niezgoda na rzeczywistość


"Notatki o stracie i poszukiwaniu nadziei" - taki znaczący podtytuł nosi najnowszy tom reportaży Izy Michalewicz "Życie to za mało". Sam tytuł zaś sugeruje, że nie wystarczy życia, aby zrozumieć te wszystkie skomplikowane i dramatyczne historie. Z drugiej zaś strony zdaje się żartobliwie nawiązywać do filmu z Agentem 007: "Świat to za mało", większość reportaży bowiem stawia autorkę w sytuacji poszukiwacza prawdy - bezkompromisowego i nieustraszonego jak James Bond.  Zawarte w tomie reportaży ludzkie historie, jakkolwiek często bardzo dramatyczne, łączy wiara w lepszą przyszłość. Autorka mimo wszystko nie traci wiary w człowieka.

We wstępie zdradza, co nią powodowało, że zdecydowała się pisać o sprawach trudnych, w których próżno by szukać happy endu. Otóż wszystko zaczęło się od osobistego przeżycia. Z Irlandii powróciła urna z prochami jej koleżanki, która pragnąc zapewnić synowi lepszy byt, wyjechała za chlebem na Szmaragdową Wyspę, tak szeroko i pozytywnie opisywaną w mediach. Tak powstał reportaż nawiązujący tytułem do filmu Jima Jarmuscha - "Inaczej niż w raju", ukazujący dramatyczne losy polskiej emigracji w Irlandii. Zrodził się z niezgody na tę urnę. Ale również inne teksty z tego zbioru taką mają genezę, powstały bowiem

Z niezgody na rzeczywistość. Z chęci jej oswojenia, wytłumaczenia. (...) często piszę o stracie: domu, dziecka, rodziny, zdrowia godności, miłości, wolności, życia - tłumaczy Michalewicz. I przeglądając się w ludziach, próbuję zrozumieć, jak z tą stratą można sobie poradzić. 

Iza Michalewicz ma   gorące pióro. Czytając jej reportaże wchodzimy emocjonalnie i mentalnie w świat jej opowieści, przeżywając  je równie intensywnie.  Na emocjach się jednak nie kończy. Byłoby to zbyt banalne i ckliwe. Ale to właśnie emocje sprawiają, że ludzkie losy głęboko nas poruszają. Potem rodzi się refleksja, mnożą znaki zapytania. Zaglądamy bowiem pod podszewkę spraw, poznajemy ich mechanizmy, często dochodząc do wniosku, że nie musiało się tak stać, że można było tego uniknąć. Czerpiemy z tych reportaży rodzaj głębszej refleksji nad życiem i naturą zła, ale także dobra.   

Od "Upadłych aniołów" do "Profesora Serce"


Reportaże zostały pogrupowane według pewnego klucza: rozdziały noszą tytuły zapożyczone z najbardziej reprezentatywnego tematycznie tekstu i są to tzw. tytuły z przesłaniem. Bohaterami pierwszego rozdziału -  "Upadłe anioły" - są mordercy (tytułowy reportaż), odsiadujący wysokie kary, ale także hermafrodyta, ksiądz, który ... napadł na bank, mieszkańcy wsi, w której rezydują prostytutki ("Wieś różowych latarni") oraz irlandzcy emigranci. Co ich łączy? Może przede wszystkim to, że są reprezentantami osobliwych zjawisk, z jakimi do tej pory nie mieliśmy do czynienia, a które w jakiś sposób stają się "znakami czasu". Autorka próbuje je zrozumieć, a my wraz z nią. 

Na antypodach sytuują się bohaterami ostatniego rozdziału, zatytułowanego "Profesor Serce". Ci dla odmiany to ludzie niezwykle dobrzy, wrażliwi na niedolę innych, dość rzadko spotykani święci Franciszkowie. Pomiędzy nimi zaś rozpościera się plejada różnorodnych postaci, często z dramatycznymi historiami, które za sprawą interesującej narracji potrafią pochłonąć czytelnika bez reszty.

W przypadku tytułowych "Upadłych aniołów" reporterka odwiedza swoich bohaterów, rozmawia z nimi, choć czasem wymaga to od niej nie lada odwagi, wysiłku i uporu. Dociera bowiem do wielokrotnych morderców, którzy najczęściej nie odczuwają skruchy... Rozmawia też z psychologami, wychowawcami tzw. trudnej młodzieży, przygląda statystykom. Prof. Zdzisław Majchrzyk, wieloletni psycholog, ocenia, że wcześniej mordercy zazwyczaj odchorowywali swoje zbrodnie, byli nimi głęboko przejęci. Natomiast obecnie to już się nie zdarza. Życie potaniało - zauważa gorzko.  Badając to jakże niepokojące zjawisko zaniku moralnej busoli, reporterka kończy jednak pocieszającym akcentem, przywołując przykład jednego z bohaterów tego reportażu:

- Jak wyjdę - deklaruje - chciałbym jej [mowa o ofierze, która cudem przeżyła liczne ciosy nożem] jakoś pomagać finansowo, wiem, że po tym wszystkim musiała pójść na rentę. Tylko nie wiem, czy się mnie nie przerazi.

Podobnie trudno o nadzieję we wspomnianym już reportażu "Inaczej niż w raju", a przecież reporterka (i nie tylko ona)  robi, co może, aby uświadomić ludziom, że Irlandia to nie jest raj, jak obiecywały media i że nie warto umierać dla pieniędzy.

Świadectwa miłości


Reportaże Izy Michalewicz czyta się jednym tchem - jak dobrze napisaną książkę sensacyjną. Do takich należy z pewnością tekst "Cena repa" - historia morderstw popełnianych na przedstawicielach firmy Provident czy też "Jolanta i ogień"  - głośna sprawa zamordowania Jolanty Brzeskiej,  działaczki społecznej zaangażowanej w obronę eksmitowanych bez skrupułów lokatorów kamienic w Warszawie. Autorka otrzymała za ten reportaż w 2011 roku prestiżową nagrodę Grand Press.

Mnie najbardziej urzekły "Siwe magnolie" - przepiękna, liryczna opowieść o ludziach cierpiących na zespół Downa, nie tylko przybliżający tę problematykę oraz bohaterów, którzy się z nią borykają, ale także działalność Wspólnoty Arka założonej przez małżeństwo Garlickich.  Wywalczyło ono stworzenie szkoły, dzięki której chore dzieci mogły zdobyć praktyczną wiedzę o życiu, aby potem funkcjonować w miarę samodzielnie. Wpłynęło także (i nadal to czyni) na stosunek ludzi zdrowych do tzw. niepełnosprawnych intelektualnie. W swoim testamencie Roman Garlicki tak napisał w trosce o swoją córkę Joannę, chorą na zespół Downa:

Pragnę, by pomoc państwa [...] uwzględniała jej godność oraz prawo do współdecydowania we wszystkich sprawach z nią związanych.

Słowa te ukazują, że w relacjach z chorymi musi nastąpić głęboka zmiana mentalna. Oni są inni, ale to nie znaczy, że gorsi. Czułe portrety Joanny, Eli czy Rzepci, które autorka kreśli w reportażu, sugestywnie nas o tym przekonują, sprawiając, że i czytelnik zaczyna patrzeć na bohaterów reportażu jej oczami.

Pierwszą wspólnotę L’Arche założył Jean Vanier w 1964 roku w wiosce Trosly, ok. 100 km na północ od Paryża. Jego credo: Słabość to dar, szansa, a nawet siła, która zbliża ludzi do siebie oraz wyzwala dobro - jest ciągle aktualne. Obecnie założona niegdyś przez małżeństwo Garlickich Wspólnota Arka działa nie tylko w Warszawie, w ich dawnym mieszkaniu, ale także w Poznaniu, Śledziejowicach i we Wrocławiu.

Drugim reportażem, który niesie trudną pociechę, jest "Alibi" - historia kobiety, która po ludzku przegrała, bo związała się z człowiekiem, który ją katował i prawdopodobnie przyczynił się do jej śmierci, za co nigdy nie poniósł konsekwencji. Tymi obarczono kolejną niewinną ofiarę. Mimo to bohaterki reportażu - żywa i martwa - odnoszą niewątpliwe moralne zwycięstwo. Niewinna ofiara - taka współczesna święta męczennica żyje we wdzięcznej pamięci licznych biedaków, którym okazała swoje wielkie serce, karmiąc ich i wspomagając... Żyjąca również nie poddała się złu.

A już zupełnym miodem na serce jest reportaż "Moja kochana i święta" - opowieść o bohaterach cudem ocalonych z Holocaustu. To prawdziwie krzepiąca historia o miłości silniejszej niż śmierć, inkrustowana wierszami bohatera.

Reportaże Izy Michalewicz mówią o utracie i poszukiwaniu nadziei, ukazują świat pełen bólu, przemocy i zła, a jednocześnie są próbą zrozumienia drugiego człowieka, zatrzymania pamięci o nim, uratowania go. Ich autorka bowiem patrzy na ludzi z miłością.


Książka Izy Michalewicz "Świat to za mało. Notatki o stracie i poszukiwaniu nadziei" ukazała się w Wydawnictwie Zwierciadło.

Recenzja ukazała się pierwotnie na Kulturaonline.

Iza Michalewicz: Interesuje mnie człowiek i jego historia /wywiad/

Rozmawiam z Izą Michalewicz – wybitną reportażystką – o jej trudnym dochodzeniu do zawodu, pasji opowiadania historii o ludziach, odwadze i bezsilności oraz o przygodach mrocznych i fascynujących.

Iza Michalewicz, fot. z archiwum pisarki

Barbara Lekarczyk-Cisek: Jest Pani finalistką tegorocznej Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za tom reportaży „Życie to za mało”.  Przypuszczam, że kryje się za tym wiele lat pracy. Czy pamięta Pani, od czego wszystko się zaczęło? Kiedy Pani zrozumiała, że chce wykonywać zawód reportera?


Iza Michalewicz: Uważam, że są trzy rodzaje reporterów: tacy, którzy wykonują ten zawód z powołania oraz reporterzy z wyboru i z przypadku. Ja bardzo wcześnie wiedziałam, że będę pisała – mając trzynaście lat. Mama zachęciła mnie wówczas do pisania dziennika, w którym ciągle coś notowałam. Jednocześnie moje pisanie wzięło się z miłości do książek, które w dzieciństwie pochłaniałam. Oprócz literatury typowo dziecięcej i młodzieżowej, czytałam wiele książek o tematyce związanej z okresem II wojny światowej, jak np. „Kamienne niebo” Jerzego Krzysztonia (fenomenalna książka!). Czytanie rozwija, powoduje, że człowiek w wyobraźni układa swoje własne historie. Z tego też powodu studiowałam polonistykę, która wymagała przeczytania nieprawdopodobnej wprost liczby lektur. Z powodu fascynacji literaturą niemiecką zaczęłam studiować germanistykę, bo uznałam, że byłoby cudowne czytać Goethego i Lessinga w oryginale. Jednak ilość przedmiotów zupełnie mnie nie interesujących sprawiła, że nie ukończyłam tego kierunku. Mimo wszystko literatura i pisanie ogromnie mnie pociągały. Ale miałam też dobry głos, o dużej skali i ciągnęło mnie do śpiewania. Przerwałam, bo zaczęłam bardzo chorować. Poza tym sądzę, że scena wymaga wielkiej samoakceptacji i potrzeby eksponowania siebie, a to z kolei jest mi obce. Ostatecznie wygrało pisanie. Dla mnie zawód reportera jest fascynujący dlatego, że ciągle jestem w drodze – przez świat, ale także do ludzkiego wnętrza.

Kiedy napisała Pani swój pierwszy reportaż? Jakie były okoliczności jego powstania?

Pierwszy reportaż napisałam o moim ukochanym aktorze – Tadeuszu Łomnickim, w 1997 roku, z okazji piątej rocznicy jego śmierci. Byłam świeżo po lekturze książki Marii Bojarskiej ”Król Lear nie żyje” i wstrząsnęło mną, jak bardzo musiał być samotny ten człowiek, a tak wielki aktor. Postanowiłam sprawdzić, jakim go pamiętają ludzie i tak budowałam tę postać, jak ostatnio sylwetkę wybitnego reportera Krzysztofa Kąkolewskiego dla „Dużego Formatu”. Ale duże formy dziennikarskie były zarezerwowane dla dziennikarskich „gwiazd” w gazetach, dla których pisałam… Musiałam uciec do Warszawy, żeby robić to, co chcę.

Jak wyglądały początki Pani pracy dziennikarskiej we Wrocławiu?

To zabrzmi kuriozalnie, ale pracując w ”Słowie Polskim” dostawałam za tekst 10 złotych, czasami 30, a najwięcej 50. Napisałam wtedy dwa duże teksty, z których jeden dotyczył nadużyć, jakich dopuszczono się podczas powodzi we Wrocławiu. Zostałam pozwana do sądu, ponieważ kolega redakcyjny zmienił w druku kwotę nadużycia, a całe odium spadło na mnie i przez trzy lata ciągano mnie z tego powodu po sądach. Nieuczciwy człowiek, o którym napisałam, robił wszystko, żeby pogrzebać mnie i gazetę. Bez powodzenia oczywiście. W ”Słowie” nie dopuszczano mnie do współpracy z magazynem, dlatego recenzowałam spektakle teatralne i ogólnie pisałam o kulturze, co z czasem potwornie mnie znużyło Ratował mnie zawsze Krzysiek Kucharski – mój serdeczny wówczas kolega i recenzent teatralny, który znał teatr jak własny pokój. Mówił, abym się nie poddawała, bo wiem, o co w tym zawodzie tak naprawdę chodzi. Kiedy nie chciano opublikować mojego tekstu, puszczał go pod pseudonimem. Dzisiaj nazwałabym to mobbingiem. Potwornie spadło mi wtedy poczucie własnej wartości. To były cztery lata boksowania się i bicia głową w mur. Zahaczyłam też o telewizję, gdzie mnie wypluli natychmiast. Panowała atmosfera zawiści i nie było woli, aby cokolwiek młodym praktykantom pokazać czy wprowadzać ich do zawodu. Trafiłam także do wrocławskiego radia, gdzie usłyszałam, że mam świetny radiowy głos i gdzie prowadziłam program o piosence francuskiej. Długo to nie trwało. We Wrocławiu o etacie decydowało kumoterstwo. Potem, w ”Newsweeku”, zostałam zatrudniona przez Mirę Suchodolską, szefową Działu Społeczeństwo i Media, która mnie nawet nie widziała na oczy, ale znała z tekstów, które dla niej pisałam.

Czy w stolicy udało się nareszcie publikować takie teksty, jakie chciała Pani pisać?

To była długa droga. Był nawet taki moment, że wpadłam w depresję, ponieważ nikt mnie nie chciał przyjąć do pracy w mediach. Zaczęłam więc szukać jakiegoś innego zajęcia. Znalazłam je właściwie zupełnym przypadkiem. Otóż jadąc do Warszawy spotkałam w pociągu aktorkę o wyglądzie Sharon Stone, która słysząc, że rozpaczliwie poszukuję pracy, zaproponowała mi, abym zatelefonowała pod podany przez nią numer. I tak zostałam pijarowcem w wielkim salonie multimedialnym Extrapole. Moim zadaniem było organizowanie spotkań z ciekawymi ludźmi – głównie ludźmi pióra, ale także z innymi artystami. Dbałam także o to, aby informować o tych spotkaniach media, które z kolei zawiadamiały publiczność. Moimi gośćmi byli m.in. Andrzej Sapkowski, Swietłana Aleksijewicz, bracia Golcowie. O tych ostatnich napisałam tekst do „Cosmopolitan”, zatytułowany „Bracia Ksero”. To określenie potem do nich przylgnęło, kiedy już stali się bardzo popularni.

Extrapole jednak nie wytrzymał konkurencji z EMPiK-iem i wycofał się z Polski, a ja straciłam tę pracę. W tym czasie próbowałam pisać do gazet ogólnopolskich i pierwszy tekst opublikowałam w miesięczniku dla kobiet „Cosmopolitan”. Był to wywiad z wrocławską poetką Ewą Sonnenberg. W redakcji pracowała wówczas Marzena Wendołowska (obecnie Matuszak) – osoba niezwykle oczytana, która ten wywiad przyjęła. Tak to się zaczęło. Potem „Cosmopolitan” zaczęło zamawiać u mnie większe teksty. Żadnego z nich się dzisiaj nie wstydzę. Napisałam na przykład reportaż  o takim współczesnym Kalibabce. Nosił tytuł „Nigdy nie rozmawiaj z nieznajomym” i zrobił dużo zamieszania.

Czy to wtedy zaczęła Pani pisać reportaże z prawdziwego zdarzenia?

Na pewno zaczęłam się w reportażu odnajdywać. Zawsze interesował mnie człowiek i jego historia. Zaprosiło mnie wówczas do współpracy pismo „Marie Claire”, bardzo popularne w swoim czasie. Anna Sosnowska (obecnie Jasińska) zaakceptowała zaproponowany przeze mnie temat, który nie był wówczas podejmowany, a dotyczył problemu błędów medycznych.  Wtedy to był temat tabu. Napisałam wówczas dwa reportaże, z których pierwszy zajął mi mnóstwo czasu, bo wiązał się ze zbieraniem materiałów w całej Polsce. Dotyczył zbyt późno wykonanych cesarskich cięć. Obojętność lekarzy sprawiła, że dzieci umierały przed urodzeniem. Odnajdywałam więc te nieszczęsne matki przez Stowarzyszenie Praw Pacjenta. Najpierw spędziłam trzy dni pochylona nad setkami listów napisanych przez pokrzywdzone kobiety. Przeważnie były to skargi na lekarzy, a zawarte w listach historie były wstrząsające. Powstał z tych materiałów ogromny reportaż – raport. Przy tej okazji w ręce wpadł mi kolejny temat – o chirurgach plastycznych, którzy oszpecili swoje pacjentki na całe życie. Był rok 2002 i redakcja „Marie Claire” zgłosiła moje reportaże do nagrody Grand Press. Nie otrzymałam jej rzecz jasna, bo to były moje pierwsze poważniejsze kroki w reportażu. Ale, nie ukrywam, trochę urosłam, co sprawiło, że zaczęłam się rozwijać.

Mimo wszystko zdarzyły się Pani chwile, gdy postanowiła odejść z zawodu…

Moja droga do zawodu reportera była bardzo trudna i kręta. Rzeczywiście były takie momenty, kiedy postanowiłam odejść z zawodu. Chciałam zostać menadżerem, ponieważ znałam bardzo dobrze język francuski i nosiłam się z wyjazdem na stałe do Paryża. Pracowałam nawet w Leclercu, ale uznałam, że praca fizyczna nie jest dla mnie. Zresztą urodziłam dziecko i związało mnie to z Wrocławiem. Ciągle zadawałam sobie pytanie o sens tego zawodu, ponieważ miałam świadomość ciężaru tej pracy. Kto go nie wykonywał, nie ma pojęcia, ile trzeba się napracować zbierając materiały, a potem ile trzeba odrzucić, żeby powstał z tego naprawdę wartościowy tekst. A także jak dużą mieć inwencję, aby interesująco opowiedzieć historię. Przecież wielkie reportaże powstają przez kilka miesięcy!  Dla porównania teksty tzw. chlebowe, które pozwalają nam zarobić na przeżycie, powstają w przeciągu tygodnia lub dwóch.

A jak to jest z tematami reportaży? Czy tematy do Pani przychodzą, czy też poszukuje ich Pani?

Teraz już mam ten komfort, że temat do mnie przychodzi, ale nie osiadłam na laurach. Zdarza się, że znajomi podsuwają mi tematy, które ich zdaniem nadają się na reportaż. Bywało, że poszłam za ich radą, ale w trakcie okazywało się, że byli w błędzie. Na początku mojej drogi zawodowej, która zaczęła się na dobre w 2001 roku, przeglądałam prasę lokalną z całego kraju. Potem robiłam to samo w Internecie. Szukałam tematów na reportaż. Czasami instynkt mnie nie mylił, a innym razem nic z tego nie wychodziło. Szukałam tematów na tyle interesujących i rzadkich, aby mi ich na pewno nie odrzucono na dzień dobry. Przeczytałam w gazecie informację o 9-letniej Romce, która urodziła dziecko, i ta informacja stała się przyczynkiem do reportażu ”Cukierki dla Cyganki”. Wychodząc od tej jednostkowej historii, opisywałam, jak wygląda życie Romów w Polsce, dlaczego dziewczynki w tak młodym wieku rodzą dzieci. Aby zrealizować ten temat, zjechałam pół Polski i rozmawiałam z wieloma ludźmi, z romskim królem włącznie. Starałam się tak dobierać tematy, aby były interesujące i aby pod powierzchnią opowiadanej historii było coś więcej. Była to dla mnie jednocześnie wielka przygoda.

A jak wygląda sprawa redagowania tekstu w oparciu o zgromadzone materiały, poszukiwania odpowiedniej formy? Czy zaczyna Pani pisać już w trakcie, czy też dopiero po zakończeniu tego wstępnego procesu?

Najpierw zbieram wszystko, jakbym zaglądała pod każdy kamień. Może się to wydawać drobiazgowe, ale wybitny polski reporter Krzysztof Kąkolewski robił podobnie. Jeśli przyjrzeć się temu, jak gromadził dokumentację choćby do ”Co u Pana słychać?”, to trzeba przyznać, że to się już o nie zdarza. Ludzie idą na łatwiznę, na skróty, traktując od początku wszystko wybiórczo. A ja właśnie, nie wiedząc jak pracował Kąkolewski, robiłam to i nadal robię tak jak on. Redaktorzy utyskują czasem na mnie, że „przeinwestowuję”. Oczywiście, kiedyś trzeba się zatrzymać i uznać, że to wystarczy – że mam materiał na tekst. Należy przy tym zauważyć, że reportaż pisany do gazety jest czymś zupełnie innym, niż reportaż w wydaniu książkowym. Moje reportaże mogły się ukazać w formie tomu, ponieważ nigdy nie nakładałam sobie ograniczeń związanych z miejscem, w którym tekst będzie opublikowany. Wynika to poniekąd z długiego procesu zbierania materiałów. Mogę wtedy pisać z rozmachem. Moja praca nad tekstem polega przede wszystkim na myśleniu. Niekiedy czytam zebraną dokumentację, przede wszystkim wypowiedzi bohaterów i układam sobie obrazy, ponieważ ja w gruncie rzeczy piszę obrazami. Obrazy się łączą, przenikają, tworząc znaczenia, podobnie jak w  filmie. Ktoś mi nawet powiedział, że moje teksty są gotowymi scenariuszami. Czytelnik musi widzieć bohatera, słyszeć jak oddycha, aby to był człowiek z krwi i kości.

Istotny jest zawsze początek historii...

Prowadząc spotkanie autorskie, Remek Grzela powiedział, że opowiadam historie od środka, budując napięcie, tworząc suspens, i że jestem mistrzynią pierwszych zdań. To było bardzo miłe, bo Remek zna się na pisaniu. Bardzo długo myślę, jak będzie się tekst zaczynał, ale kiedy już wymyślę ten pierwszy obraz, to potem one wszystkie zaczynają się układać w jeden film. Kiedy kończę trudny reportaż, czuję się wewnątrz wydrążona, muszę chwilę odczekać, żeby sięgnąć po kolejny temat. To tak, jakbym umierała i rodziła się na nowo.


Wykonywanie zawodu reportera jest z pewnością fascynujące, ale ma także swoje koszty. Często dotyka Pani trudnych tematów, od których chciałoby się uciec albo spotyka ludzi, których chciałoby się ominąć, nie wchodząc z nimi w interakcję…


To prawda, ten zawód wymaga odwagi. Przede wszystkim silnej psychiki. Musiałam na przykład przyjąć do wiadomości, że są tacy, dla których zabicie drugiego człowieka jest jak pacnięcie muchy. Próbowałam dociekać, jak to możliwe. Wychodziłam z więzienia mając poczucie klęski i kompletnej bezsilności. Podobnie czuł się Kąkolewski rozmawiając ze zbrodniarzami hitlerowskimi. Reportaż ”Upadłe anioły” to taka moja bezsilność, ponieważ nie sposób zrozumieć, dlaczego nastolatek zabija.

Nad czym Pani obecnie pracuje?

Aktualnie pracuję nad kryminałem non fiction. Będzie to książka o pracy policyjnego Archiwum X. Jest to grupa policjantów, która rozwiązuje zagadki z przeszłości. Odbyłam już kilka spotkań. Najpierw pojechałam do chłopaków z krakowskiego oddziału Archiwum X, gdzie rozmawiałam z policyjnym guru (nazwiska nie mogę podać), który jest absolutnie niezwykłym człowiekiem. Z ogromną wiedzą i oczytanym – zna Homera i św. Tomasza z Akwinu, a także wielu innych autorów – od starożytności po współczesność. Ma nie tylko ogromną wiedzę, ale także znakomitą intuicję, a w dodatku pracuje z niezwykłą pasją. Krakowscy policjanci opowiadali mi, jakie sprawy rozwiązywali. Były mroczne, fascynujące, zagadkowe. Czyli takie jak lubię. Bardzo mnie to zainteresowało. Jestem na etapie dokumentacji kilku takich spraw. Ostatnio odwiedziłam w Kielcach tamtejsze Archiwum X. I przewaliłam dwadzieścia pięć tomów akt sprawy potrójnego, wstrząsającego zabójstwa obywateli Ukrainy (sprzed 20 lat). Wyszłam z sądu nieprzytomna. Zapowiada się trudna, ale fascynująca reporterska przygoda. Chciałabym napisać tę książkę jak niegdyś Capote ”Z zimną krwią”, ale nie wiem, czy mi wystarczy talentu. To będzie na pewno opowieść o ulotności ludzkiego życia i o przypadku, który tym życiem rządzi. O nieuchronności losu, jego okrucieństwie i o tym, że właściwie naszą historię stwarzają ludzie, których spotykamy na swojej drodze.  Nie da się nie napisać też o indolencji polskiego prawa, które często staje po stronie przestępcy, a nie ofiary. W tym kryminale wszystko będzie się działo naprawdę.

Życzę powodzenia i dziękuję za rozmowę.


Wywiad ukazał się pierwotnie na portalu Kulturaonline.

Z Martą Niedźwiecką o „Burzach namiętności” podczas tegorocznego Festiwalu Wratislavia Cantans /wywiad/

O koncercie laureatów 50. Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej, organizowanego przez NFM i Akademię Muzyczną im. Karola Lipiń...

Popularne posty