Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura rumuńska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura rumuńska. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 lutego 2024

Lucian Dan Teodorovici: Warto podjąć trud pisania /wywiad/

Rozmawiam z  autorem nagrodzonej  Angelusem powieści "Matei Brunul”. O inspiracjach, trudnych chwilach podczas pisania oraz czytelniczych uwagach z Facebooka :-) 

Lucian Dan  Teodorovici, fot. Cato Lein

Barbara Lekarczyk-Cisek: Muszę Panu wyznać na wstępie, że Pańska książka ”Matei Brunul” zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Przede wszystkim forma tej opowieści jest niezwykle interesująca. Porozmawiajmy więc o niej.

Lucian Dan Teodorovici: Dziękuję, że zaproponowała mi Pani rozmowę o literaturze, bo najczęściej zdarza się tak, że dla moich rozmówców książka jest tylko pretekstem do tego, aby rozmawiać o historii i polityce. 

Na początek proszę mi jednak wyjaśnić, dlaczego podjął Pan temat, który dotyka komunistycznej przeszłości Rumunii – czasów, kiedy Pana jeszcze nie było na świecie…

Trudno mi podać jedną przyczynę, ale z pewnością najbardziej zaważyło przeżycie z dzieciństwa. Otóż wychowywałem się u dziadków. Mój dziadek był wiernym i wytrwałym słuchaczem Radia Wolna Europa i Głosu Ameryki. Kiedy miałem może osiem lat, widziałem go płaczącego podczas słuchania audycji, co zrobiło na mnie wielkie wrażenie, szczególnie że dziadek nie był człowiekiem łatwo ulegającym emocjom. To był dla mnie pierwszy impuls: chciałem zrozumieć, dlaczego dziadek płacze. Tak więc ten temat rósł we mnie latami. Później sam wielokrotnie, czytając o sprawach związanych z tamtymi czasami, przeżywałem to bardzo emocjonalnie.

/do tłumaczki:/

Pani Radosławo, a co Panią skłoniło, aby tę książkę przybliżyć polskiemu czytelników?

Radosława Janowska-Lascăr: Kiedy pracowałam przed laty w Rumunii jako lektor języka polskiego, Lucian był studentem filologii rumuńskiej. Wprawdzie nie mieliśmy bezpośrednich kontaktów, ale już wówczas słyszałam o młodych zdolnych ludziach na filologii, a potem nawet czytałam jego opowiadania. W tym czasie jednak zajęta byłam tłumaczeniami z literatury polskiej na język rumuński. Dopiero w listopadzie 2012 roku, trochę przypadkiem, trafiłam na jego powieść "Matei Brunul”.

Byłam wtedy w Bukareszcie na wernisażu wystawy poświęconej Kazimierze Iłłakowiczównie, którą pomagałam przygotowywać. Przy okazji postanowiłam pójść na cmentarz, aby odwiedzić grób mojej zmarłej przyjaciółki, Polki. Czekając na kolegę, z którym miałam pójść na cmentarz, weszłam do pobliskiej księgarni, aby pooglądać nowości wydawnicze. Tak trafiłam na dwie książki: "Matei Brunul” oraz  ”Medgidia miasto u kresu Cristiana Teodorescu. Po przeczytaniu fragmentów pomyślałam jak Danusia z ”Krzyżaków”: "Mój ci on" i postanowiłam obie przełożyć. Szczególnie że historia, a zwłaszcza lata 50. należą do kręgu moich zainteresowań. Ciekawiło mnie, w jaki sposób obaj pisarze opowiadają o tamtych czasach.

No właśnie, bardzo interesujące jest zagadnienie formy powieści. Swietłana Aleksijewicz, tegoroczna noblistka, nazywa siebie kronikarką duszy. W Pana powieści podobne słowa padają w stosunku do lalki. Pana również interesuje przede wszystkim ludzka dusza w sytuacji opresji … Tytułowy bohater powieści ”Matei Brunul” jest lalkarzem, co pozwala użyć wieloznacznej metafory teatru marionetkowego. Skąd wziął się taki pomysł na opowiedzenie tej historii?

Taki zamysł, aby bohaterem był marionetkarz, miałem od początku, choć trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się stało. Inspiracje płyną z różnych źródeł i nie zawsze są racjonalne.  Tak się przy tym składa, że studiując reżyserię teatralną, miałem dużo zajęć z teatru lakowego. Dzięki temu zauważyłem, że podczas grania spektaklu aktor nie tylko animuje lalkę, ale też sam zmienia się pod jej wpływem. Zmienia się nie tylko jego fizjonomia, ale także sposób poruszania się.  Chciałem dokonać swego rodzaju transpozycji z duszy marionetki (o której bohater pisze w swoim traktacie) na duszę człowieka. Mój bohater traci duszę, ponieważ traci pamięć i to właśnie marionetka ”przywraca” mu życie.

 Dla mnie symbol marionetki ma w Pana powieści niejednoznaczne, a niekiedy sprzeczne znaczenia. Z jednej strony teatr marionetkowy, mając bardzo starą tradycję, służy bohaterowi do tego, aby opowiadając pewną uniwersalną historię, mógł zrozumieć otaczający go świat, a tym samym przeżyć doświadczenie kolonii karnej, co się na dłuższą metę nie udaje.  Z drugiej strony teatr marionetek jako dzieło ludzkiej wyobraźni pozwala zapomnieć o opresyjnej rzeczywistości, jak to ukazał Pan w najpiękniejszej scenie tej powieści, kiedy Bruno ożywia marionetkę i świat wokół przestaje istnieć. Czy zgodzi się Pan z taką interpretacją?

Pisarz zawsze marzy o tym, aby czytelnik odnalazł w jego książce te istotne myśli, które tam zawarł, toteż bardzo się cieszę, że Pani trafiła w sedno. Otóż w latach 50. ludzie nie byli już w stanie wyzwolić się z tego gorsetu, który im założono. Scena, w której Bruno animuje lalkę w obecności ”dobrego strażnika” jest kluczowa w powieści, ponieważ pokazuje, że bywają takie momenty, kiedy zrzucenie owego "gorsetu” mogło się – choć na krótką chwilę – wydarzyć.

W Pańskiej powieści teraźniejszy czas narracji przeplata się z czasem przeszłym, dzięki czemu poznajemy coraz lepiej sylwetkę głównego bohatera, ale mimo wszystko pozostaje pewna sfera tajemnicy, do której nie mamy dostępu. Brunul okazuje się być o wiele bardziej wolnym człowiekiem, niż sądzą inni bohaterowie, a także czytelnik…

Taki sposób narracji miał podkreślić, że początkowo, kiedy poznajemy bohatera, egzystuje on tak, jakby go nie było. Natomiast ten sam bohater w retrospekcjach jest człowiekiem bardzo aktywnym życiowo. Miałem taki zamysł, aby te dwie narracje w pewnym momencie się przecięły. Skutkiem tego im bardziej nasz bohater w teraźniejszości staje się żywotny, tym bardziej Bruno z przeszłości staje się martwy.

Gdy zbierałem dokumentację do tej powieści, bardzo istotne były dla mnie konsultacje z doktorem Bogdanem O. Popescu – jednym z najzagorzalszych pasjonatów neurologii w Rumunii. Na kształt narracji wpłynęła więc także wiedza na temat amnezji, będącej siłą spowalniającą człowieka, jak to jest w przypadku mojego bohatera.

Czy podczas pisania powieści były jakieś szczególnie trudne momenty?

Było wiele takich momentów, kiedy próbowałem połączyć ze sobą wątek teatru lakowego, rzeczywistość historyczną i teraźniejszość. Odkładałem wówczas pisanie, aby powrócić do niego po kilku tygodniach i podjąć opowieść.

Czy udało się już Panu uwolnić od swojego bohatera i pomyśleć o nowej historii?

W Rumunii wiele osób zadawało mi pytanie, czy mam zamiar kontynuować opowieść o Brunulu. Na Facebooku jeden z czytelników napisał do mnie, że powieść wprawdzie bardzo mu się podobała, ale nie wybaczy mi tego, że uśmierciłem swojego bohatera, co nie jest prawdą (śmiech).  Nie mam wprawdzie potrzeby kontynuować tej historii, ale to zainteresowanie czytelników dało mi do myślenia. Zresztą fakt, że mogę ciągle toczyć rozmowy o tej książce,  dowodzi, że mój bohater nadal żyje – w myślach i wyobraźni czytelników, mimo że ja się już od niego uwolniłem.

Prowadząc dokumentację do tej książki odkryłem też wiele materiałów na inne opowieści i jestem przekonany, że temat historii lat 50. w Rumunii będę kontynuował.

W ramach tegorocznego Angelusa otrzymał Pan Nagrodę Czytelników im. Natalii Gorbaniewskiej. Co dla Pana znaczy to wyróżnienie?

Moje książki były tłumaczone na inne języki, miałem też pragnienie, aby ukazał się także  polski przekład. A kiedy okazało się, że przekład będzie, tak się tym ucieszyłem, że zacząłem sobie wyobrażać, że coś się musi wydarzyć. I tak się stało! Nagroda Czytelników daje poczucie, że warto podjąć trud pisania oraz nadzieję, że znajdą się również amatorzy kolejnych moich książek.

 Dziękuję za rozmowę.


Lucian Dan Teodorovici urodził się 17 czerwca 1975 roku. Jest rumuńskim pisarzem, reżyserem teatralnym, scenarzystą filmowym i telewizyjnym, a także redaktorem serii „Ego. Proza” – współczesnej literatury rumuńskiej w wydawnictwie Polirom. Napisał siedem scenariuszy filmowych i był współscenarzystą dobrze przyjętego w Rumunii serialu TV (Animal Planet Show, 2005-2008). Wyreżyserował kilka sztuk teatralnych. Teodorovici jest autorem powieści: Cu puţin timp înaintea coborîrii extratereştrilor printre noi (Tuż przed przybyciem do nas istot pozaziemskich; 1999, 2005), Circul nostru vă prezintă (Nasz cyrk przedstawia państwu; 2002, 2007), Celelalte poveşti de dragoste (Pozostałe historie miłosne; 2009), zbiorów opowiadań: Lumea văzută printr-o gaură de mărimea unei ţigări marijuana (Świat widziany przez dziurkę wielkości skręta; 2000), Atunci i-am ars două palme (Wtedy strzeliłem mu dwa razy w twarz; 2004), a także sztuki teatralnej Unu + unu (+ unu…) (Jeden + jeden (+ jeden…); 2014). Jego książki wydano w USA, we Francji, w Wielkiej Brytanii, Niemczech, we Włoszech, na Węgrzech, w Hiszpanii, w Egipcie, Macedonii, Bułgarii.

Powieść Matei Brunul, opublikowana w 2011 roku, zdobyła najważniejsze nagrody krajowe i uznana została za „Książkę Roku”. (informacja ze strony Wydawnictwa Amaltea)

Wywiad ukazał się pierwotnie 27 października 2015 r. na portalu Kulturaonline.pl

sobota, 17 sierpnia 2019

Dan Lungu: Humor jest cechą mojej osobowości /wywiad/

Z autorem niezwykłej książki „O dziewczynce, która bawiła się w Boga” rozmawiam o jego zamiłowaniu do opisywania świata, który jest mu bliski, a jednocześnie intrygujący, o dziecięcej wrażliwości i wyobraźni, a także o roli humoru w literaturze.

Dan Lungu, Göteborg, 2013, fot. Wikipedia

Barbara Lekarczyk-Cisek: Kiedy odkrył Pan w sobie pisarza?

Dan Lungu: Myśl o tym, że zostanę pisarzem, nie pojawiła się nagle – to był proces. Kiedy nauczyłem się porządnie pisać i czytać, najchętniej spędzałem wolny czas na pisaniu opowiadań i wierszyków. Wolałem to od zabaw z rówieśnikami. Dopiero w liceum zdałem sobie sprawę, że pisanie mogłoby być dla mnie dobrym sposobem na życie. Nie miałem jednak większych złudzeń, że będzie to łatwe. Był początek lat 90. i możliwości publikowania były znikome. Przejrzałem jednak swoje wcześniejsze pisarskie próbki i uznałem, że to mógłby być dobry początek.

Pańska pierwsza powieść ukazała się w 2004 roku, kiedy był Pan już po studiach. Nosi charakterystyczny długi tytuł: „Raj dla kur. Fałszywa powieść o plotkach i cudach”. Czy jest zapowiedzią typowych dla Pańskiego pisarstwa tematów i sposobów narracji – zamiłowania do absurdu i groteski?

Ta pierwsza powieść była w istocie moją trzecią, po tomach opowiadań, publikacją. Okoliczności jej powstania wiążą się z powrotem do domu na wakacje, po dłuższej nieobecności. Mój dom rodzinny znajduje się na przedmieściu małej miejscowości Botoszan. Zauważyłem wtedy, że na tej zapyziałej prowincji zaszły duże zmiany – zarówno w ludziach, jak i w otoczeniu. Znałem ich od dzieciństwa, wychowałem się tam, więc wpadłem na pomysł, żeby to opisać, szczególnie, że podobne zmiany zachodziły w całym kraju.
Najpierw myślałem, że napiszę opowiadanie i zdecydowałem się na humorystyczny ton, najbardziej mi bliski. Pomysł jednak rozrósł się do rozmiarów powieści. Jej głównym elementem konstrukcyjnym jest – jak w tytule – krążenie różnych plotek na temat ulicy, która jest głównym bohaterem tej historii. „Raj dla kur” tworzy z kolejną powieścią – „Jestem komunistyczną babą!” – rodzaj dyptyku, Obie opowiadają o transformacji z perspektywy zwykłego człowieka. W pierwszej bohaterem jest ulica i zbiorowość, a w drugiej – pojedynczy człowiek.

Czy kolejne, nietłumaczone na język polski, powieści: „Zapomnieć o kobiecie” oraz „W piekle spaliły się wszystkie żarówki” zapowiadają w jakiś sposób Pański sposób opowiadania o świecie, który odnajdziemy również w „Dziewczynce, która bawiła się w Boga”?

Jeśliby poszukiwać jakiegoś punktu wspólnego, to można by powiedzieć, że eksploruję temat Rumunii tuż po upadku komunizmu. Tytuł powieści „Zapomnieć o kobiecie” jest trochę mylący, ponieważ wątek miłosny nie jest tam pierwszoplanowy. Chodziło mi o to, aby opisać kondycję rumuńskiej prasy po zmianie ustroju. Natomiast drugim ważnym tematem, podjętym po raz pierwszy w literaturze rumuńskiej, jest wątek neo-protestantów. Był to świat dotychczas zupełnie nieznany i nieopisany.
Zawsze starałem się poruszać tematy rzadko podejmowane albo w ogóle nieobecne, a jednocześnie intrygujące i trudne. W powieści „Jestem komunistyczną babą!” piszę o nostalgii za komunistyczną przeszłością, natomiast we „W piekle spaliły się wszystkie żarówki” próbuję wykorzystać w sposób artystyczny język, który pojawił się po transformacji. Wcześniej tak nie mówiono.

W powieści „Jestem komunistyczną babą!” opisuje Pan wprawdzie zjawisko homo sovieticus, ale zarazem pokazuje, że na skutek transformacji ludzie zostali pozostawieni samym sobie, skrzywdzeni, bez pracy. Ich sentymenty na temat przeszłości mają głębsze uzasadnienie.

Rzeczywiście tak jest: nostalgia jest dla bohaterki i innych jej podobnych motorem działania. Świat, który przeminął, był w ich odczuciu uporządkowany, a życie miało sens, bo widzieli przed sobą przyszłość i czuli się potrzebni. Natomiast nowy świat, który charakteryzuje wielkie przyśpieszenie, ma zupełnie inne oczekiwania wobec ludzi. Trzeba się szybko zmieniać i dostosowywać do nowych wymagań, a oni tego nie potrafią. Stąd ich frustracje, poczucie niespełnienia, wykluczenia. Nic więc dziwnego, że patrzą w stronę przeszłości, w której czuli się bezpiecznie.

W Pańskiej najnowszej powieści zapada w pamięć szczególnie postać dziecka, z jego wrażliwością i wyobraźnią. Czy to pierwszy taki portret, czy też zdarzyło się Panu już wcześniej opisywać dziecięcy świat?

Dzieci pojawiały się już w moich krótkich formach narracyjnych. Robiłem to z zamysłem napisania czegoś większego, gdzie pokazałbym świat w perspektywie dziecka. To było prawdziwe wyzwanie, ale ja bardzo lubię wyzwania. Z jednej strony pojawił się nowy temat: emigracji zarobkowej i problemy z nią związane. Z drugiej – miałem możliwość eksploracji dziecięcego świata – z jego naiwnością i szczerością. Celem artystycznym, który sobie postawiłem, było oddanie dziecięcego języka.

Intryguje mnie, w jaki sposób udało się Panu tak wiarygodnie pokazać dziecięce portrety. Pańscy mali bohaterowie mówią charakterystycznym, zindywidualizowanym językiem, mają odpowiednią do swojego wieku wyobraźnię, której dają wyraz w zabawach, rozmowach i monologach wewnętrznych…

Część z tych opowiedzianych przeze mnie historii pochodzi z mojego własnego dzieciństwa, a inne powstały w rezultacie obserwowania dzieci. Bardzo lubię dzieci i z przyjemnością przysłuchuję się temu, co i jak mówią. Obserwuję, jak wyrażają swoje emocje, ale najbardziej interesuje mnie język, którym się posługują. Skoncentrowałem się na postaci Dobrusi, zaś pozostali bohaterowie dopełniają literacki obraz świata w taki, a nie inny sposób.

To zamiłowanie do dzieci jest odczuwalne podczas lektury. Co więcej, wszyscy możemy się w tych dziecięcych portretach odnaleźć. Wprowadza Pan np. drugoplanową postać Marka – małego chłopca, młodszego od Dobrusi – i pozwala mu opowiadać o sobie, nieśpiesznie, z wielką uwagą, choć postać ta niewiele wnosi do rozwoju fabuły. Liczy się właśnie radość obcowania, czy tak?

Istotnie, ta postać nie odgrywa większej roli w rozwoju akcji powieści. Wprowadziłem go po to, aby czytelnik mógł się zatrzymać, poobserwować dziecko, ale także zaobserwować relacje pomiędzy dziećmi. Tworzenie postaci Marka dało mi wiele radości i mam nadzieję, że udało mi się „zarazić” jego postacią czytelników.

Zdecydowanie tak! Pańską powieść przeczytała cała moja rodzina i każdy znalazł tam jakąś cząstkę siebie. Ważną rolę odgrywa w Pana powieści wszechobecny humor, który stanowi przeciwwagę dla rozgrywającego się dramatu. A może chciał Pan pokazać, że w życiu dramat splata się z komizmem?

Humor jest w gruncie rzeczy cechą mojej osobowości, a poza tym uważam, że pełni bardzo ważną rolę w literaturze, stając się źródłem pomysłów zarówno na poziomie stylu, jak i konstrukcji. Łatwiej jest opowiedzieć o sprawach trudnych lub nawet tragicznych ze szczyptą humoru. Podobnie jak to jest w teatrze, nie można ciągle trzymać widza w napięciu, bo może tego nie wytrzymać. W powieści „Dziewczynka, która bawiła się w Boga” starałem się ukazać, że ta sama sytuacja może być odbierana inaczej przez różne osoby – w zależności od tego, jakim poczuciem humoru obdarzeni są bohaterowie i jaki mają bagaż doświadczeń. Przykładem są postaci Letycji i Laury.

Tym niemniej wszystko zmierza ku dramatycznemu zakończeniu. Emigracja zarobkowa jest w Pana opowieści czymś zdecydowanie złym. Czy zakończenie powieści było jedynym, o którym Pan pomyślał, czy też może miał inne warianty?

O takim zakończeniu powieści myślałem od samego początku – jest mocny i wstrząsający, mimo że nic nie jest powiedziane wprost i nie wiadomo, jak potoczy się dalej ta historia. Powieść ma określoną konstrukcję – starałem się przygotować czytelnika na takie zakończenie, a zarazem nie pisać o tym literalnie. Powinien przeczuć zbliżający się dramat, ale jednocześnie to nie może być dla niego oczywiste, jednoznaczne.

Nad czym pracuje Pan obecnie i czy również stanowi to jakieś nowe, niełatwe wyzwanie, które Pan tak lubi?

O powieści można mówić w sposób naskórkowy, ale można też próbować wniknąć w jej jądro. W tym pierwszym rozumieniu moja aktualnie pisana powieść będzie próbą opisania zmian, które wydarzyły się na wsi rumuńskiej po transformacji. Jednak mój głębszy zamysł ma na celu nowe ujęcie tego pozornie nieatrakcyjnego i „przykurzonego” tematu. Wieś była w literaturze rumuńskiej przez wiele lat mocno eksploatowana. Mimo to chcę wrócić do tego pozornie zgranego tematu, aby opowiedzieć o nim innymi środkami wyrazu i w ten sposób odświeżyć go i tchnąć w niego życie. O wiele łatwiej jest napisać coś zupełnie nowego i odkrywczego niż zabrać się za temat tak mocno ograny. Tymczasem cała sztuka polega na tym, aby ten pozornie nudny i wyświechtany temat uczynić na nowo atrakcyjnym.

Domyślam się, że Pan już wie, jak to zrobić...

Tak, tak, mam już zamysł konstrukcyjny powieści, a nawet napisałem już jej część.

Wspaniale! Może kiedyś przeczytamy ją w polskim przekładzie.

(do Radosławy Janowskiej-Lascar, tłumaczki) Dzięki Pani znakomitemu tłumaczeniu wspaniałą powieść Dana Lungu „O dziewczynce, która bawiła się w Boga” mogą poznać polscy czytelnicy. Co było najtrudniejsze w Pani pracy?



Radosława Janowska-Lascar, fot. z profilu na FB
Radosława Janowska-Lascar: Pozornie język, którym posługują się dorośli w tej powieści, jest łatwiejszy, bardziej przewidywalny. Natomiast język dzieci jest bardziej skomplikowany, także przez neologizmy czy inną składnię. Dan Lungu np. zamieszcza co tydzień na Facebooku kapitalne powiedzonka swojego syna, który ma dar tworzenia niesamowitych konstrukcji zdań. Mam także własne doświadczenia, nie tylko ze swoimi dziećmi, ale także z tłumaczeniem. Otóż parę lat temu pracowałam nad przekładem pierwszego tomu sagi o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego, w której mnóstwo było neologizmów i nie tylko. Było to bardzo dobre ćwiczenie, które owocuje do dzisiaj.



Czy zdarzały się Pani mimo to kryzysy podczas pracy nad przekładem „Dziewczynki…”? Czy tak doświadczony tłumacz jak Pani miewa w ogóle takie momenty?

Prawdziwy artysta nie może być nigdy zadowolony z siebie w stu procentach, jak mawiał mój nauczyciel gry na flecie. Staram się to zdanie stosować w mojej pracy. To już moje czwarte tłumaczenie, a więc zdobyłam doświadczenie. Z drugiej strony jednak do każdej książki trzeba podchodzić z innym zamysłem, bo są bardzo różne. W przypadku „Dziewczynki…” miałam problem ze sceną w chatce Mamy-Złej, rozgrywającą się pod koniec powieści. Jakoś jej nie czułam, ale kiedy porozmawiałam o niej z autorem, pojęłam, jaką odgrywa ona rolę w powieści.
Tłumaczenie literatury nie jest moim głównym zajęciem. Traktuję je jako przyjemność – to jest miód na moje serce.

Dziękuję Państwu za rozmowę.

Wywiad przeprowadziłam w 2017 roku, przy okazji pobytu Dana Lungu we Wrocławiu. Publikowany jest po raz pierwszy.

środa, 19 czerwca 2019

Miesiąc Spotkań Autorskich we Wrocławiu. Gość honorowy: Rumunia

Od 3 lipca do 2 sierpnia 2019 roku portwa 20. edycja Miesiąca Spotkań Autorskich. Festiwal literacki odbywa się równolegle w pięciu miastach: we Wrocławiu, Brnie, Ostrawie, Koszycach i Lwowie. W tym roku gościem honorowym jest Rumunia.



W okresie od 3 lipca do 4 sierpnia 2019 r. w każdym z tych miejsc zostaną zorganizowane 62 spotkania z pisarzami i pisarkami pochodzącymi z Polski, Czech, Słowacji i Ukrainy (tzw. linia środkowoeuropejska), a także z autorami z kraju będącego gościem honorowym festiwalu – tym razem jest to Rumunia. Wszystkie spotkania odbywają się w Mediatece, Pl. Teatralny 5.
Szczegółowy program znajdziecie TUTAJ.

Szczególnie polecam nast. pisarzy :-)



Varujan Vosganian, nagrodzony Angelusem 2016 autor "Księgi szeptów": 19. 07. piątek – 20:30

Varujan Vosganian, fot. MSA



Lucian Dan TeodoroviciNagroda im. Natalii Gorbaniewskiej za powieść "Matei Brunul: 22. 07. poniedziałek – 20:30 

Lucian Dan Teodorovici, fot. MSA


Dan Lungu, autor powieści "O dziewczynce, która bawiła się w Boga": 25. 07. czwartek – 20:30

Dan Lungu, fot. MSA

informacja prasowa

poniedziałek, 2 października 2017

Lucian Dan Teodorovici: "Matei Brunul". Z życia marionetek /recenzja/

Wyróżniona Nagrodą Angelusa powieść Luciana Dan Teodorovici opowiada historię komunistycznych zbrodni, posługując się wieloznaczną metaforą teatru marionetek. Tak jeszcze chyba nikt tego nie opowiedział...

Lucian Dan Teodorovici, Matei Brunul, Wydawnictwo Amaltea

Bohaterem opowiedzianej przez rumuńskiego pisarza historii jest lalkarz – Bruno Matei, który dostaje się w tryby komunistycznego terroru. Powieść jest ukazaniem losów pojedynczego człowieka, ale zarazem – jak twierdzi w przedmowie autor – "jest sumą losów wielu ludzi, którzy musieli się zmierzyć z rumuńskim systemem więziennym". Aby jednak podkreślić, że łączy historię z fikcją, Teodorovici odnosi się do prawdziwych wydarzeń, wplatając do swojej prozy także postaci historyczne. Wydarzenia historyczne stają się rodzajem tła dla wydarzeń fikcyjnych. Pisarza bowiem interesuje przede wszystkim pojedynczy człowiek i to, co się z nim dzieje pod wpływem straszliwej opresji, której zostaje poddany.

Bruno - Pinokio à rebours


Historia Brunula (rumuński odpowiednik włoskiego imienia Bruno) odsłania się przed nami stopniowo – w retrospekcjach. W czasie teraźniejszym jest on 38-letnim lalkarzem, trochę zdziwaczałym samotnikiem, który nie rozstaje się z marionetką nazywaną Bazylkiem. Cierpi na osobliwy zanik pamięci, który polega na "wymazaniu" z życia ostatnich dwudziestu lat. Właśnie owe lata odsłaniają się przed nami nieśpiesznie w kolejnych retrospekcjach i pozwalają zrozumieć myśli i zachowania Bruna.

Bohater snuje rozważania o duszy marionetki, z którą się nie rozstaje, a myśli te są bardzo osobliwe. Uważa mianowicie, że każda marionetka ma duszę, będącą jej punktem ciężkości, którego poznanie gwarantuje całkowite panowanie nad nią:

Życie marionetki jest w rękach marionetkarza – sądzi Bruno. Nigdy nie będziesz mógł poruszać lalką i sprawić, aby żyła tak jak chcesz, jeżeli nie nauczysz się kontrolować dogłębnie jej duszy.

Doskonale rozumiemy, że słowa te odnoszą się do człowieka, który został poddany systemowi opresji. To system pragnie nad nim całkowicie zapanować i czyni to latami, za pomocą różnych wyrafinowanych metod. W powieści Teodorovici człowiek ma stać się jak marionetka: niemy i bezwolny wobec oskarżeń, nawet najbardziej absurdalnych.

W 1950 roku Bruno zostaje oskarżony w procesie "odpryskowym". Ma wraz z innymi "wywrotowcami" zeznawać przeciwko swemu dobroczyńcy, byłemu ministrowi - Lucretiu Pătrăşcanu (postać historyczna). Poddany torturom, podobnie jak pozostali, przyznaje się do winy i zostaje skazany na kolonię karną. Próby zachowania człowieczeństwa wobec wyczerpującej pracy przymusowej, tortur, bicia i upokorzeń stają się coraz bardziej heroiczne. Bruno w jakimś sensie zastyga bez ruchu, aby tylko przetrwać, nie prowokować oprawców i nie dać im poznać, że zachował coś własnego, ludzkiego... Ciągle ma nadzieję, że warto czekać na prawdziwą wolność, która kiedyś przyjdzie. Tymczasem udaje, że "resocjalizacja" powiodła się, że stał się bezwolną marionetką, która zrobi wszystko, co jej się każe. Czy mu się to ostatecznie udało – tego nie zdradzę, aby nie odebrać czytelnikom przyjemności odkrywania tajemnic Bruna. Powieść trzyma bowiem w napięciu do końca i do końca pozostaje nieoczywista – jak ludzkie życie.

Metafora teatru marionetek


Najpiękniejsze w prozie Luciana dan Teodorovici są metafory nawiązujące do teatru marionetek, w tym traktat bohatera, napisany przez niego po wielu studiach i latach terminowania w zawodzie. Wywodząc istnienie teatru lalek z odległej starożytności, kiedy to przedstawienia lalkowe niosły ze sobą ważkie treści na temat ludzkiej egzystencji, daje do zrozumienia, że ani na jotę się nie zestarzały. To, co mówi o marionetce – te wszystkie myśli dotyczą jego samego i pozostają ważnym elementem narracji. Dzięki nim możemy zrozumieć, co się dzieje z człowiekiem i ze światem wokół niego, jeśli próbuje się go zniewolić i potraktować jak bezduszną kukłę. Podobnie jak w "Traktacie o manekinach" Bruno Schulza: człowiek staje się "przedmiotem niższej rangi". Dążeniem komunizmu było stworzenie "nowego człowieka", całkowicie poddanego władzy i pozbawionego ludzkich, normalnych uczuć. Słowem – marionetki. Bo marionetkami zarządza się łatwo.

Książka Luciana Dan Teodorovici "Matei Brunul" ukazała się w Wydawnictwie Amaltea.
Recenzja została pierwotnie opublikowana na portalu Kulturaonline.

Wywiad z pisarzem przeczytać można TUTAJ.

piątek, 15 września 2017

Christian Teodorescu: "Medgidia, miasto u kresu" - Ćwiczenia z pamięci /recenzja książki/

Proza Cristiana Teodorescu ma urodę wschodnich miniatur - precyzyjnych mikroopowieści, w których za anegdotą skrywa się filozoficzna refleksja. To swoiste ćwiczenia z pamięci, którą w latach 50. zacierano. Podobnie jak w Polsce.

Żebracza apokalipsa

Teodorescu przedstawia świat małego miasteczka, które dotyka apokalipsa - wojenna, ale także apokalipsa dwóch totalitaryzmów. Przedstawia ją w jednym z opowiadań na swój specyficzny sposób. Otóż opowiada o dwóch dworcowych żebrakach: Kulawym Prztyczku i ślepym paralityku Marcelu, którzy podzielili między siebie rewir dworca. Wszystko szło zgodnie z umową, kiedy pewnego dnia pojawił się trzeci - "żebrak apokalipsy" - dobrze zbudowany mężczyzna, który podpierając się kulą, defilował wzdłuż wagonów, informując pasażerów o nadchodzącym końcu świata:
Koniec świata puka do drzwi! Ale On, Ten, któremu nie możemy ucałować stóp, aby dostąpić zbawienia, daje wam jeszcze szansę okazania potrzebującym miłosierdzia, mimo wszystkich waszych grzechów!
Dwaj żebracy poczuli się zagrożeni, toteż "spuścili przybłędzie manto, aby zrozumiał, że koniec świata może dla niego nadejść znacznie wcześniej niż dla reszty ludzi". Jednak nie omieszkali wykorzystać pomysłu i od tej pory także używali argumentu nadchodzącej apokalipsy - każdy na swój sposób.
We wstępie do polskiego wydania książki autor wyjaśnia:
W ciągu zaledwie dekady, którą rozpoczął rok 1938, w Rumunii zmieniło się tak wiele, że nawet świadkowie owych częstokroć katastrofalnych zmian przestali wierzyć, że wydarzyły się one naprawdę, a zaczęli myśleć, że był to jakiś senny koszmar. Wielu z tych, którzy marzyli o powrocie do normalności, trafiło do więzień. Aby dawne czasy zatarły się w zbiorowej pamięci narodu, począwszy od lat pięćdziesiątych, z rozkazu kolejnych władz, historia Rumunii była wielokrotnie pisana na nowo.
Teodorescu przywraca więc pamięć dotyczącą nie tylko narodu, ale czyni to także w odniesieniu do swoich dziadków i świata, w którym dane im było żyć.

Medgidia - rumuńskie Makondo

Skojarzenie Medgidii z fikcyjnym Macondo ze "Stu lat samotności" Marqueza przychodzi na myśl, gdy czyta się te wszystkie opowieści, ponieważ - choć nieodległe w czasie - wydają się jednak należeć już do sfery pewnej mitologii. Takiego miasteczka bowiem, jakie poznajemy na początku tej opowieści, już nie ma. Nie żyją bohaterowie owych historii, a odtworzone realia zmieniły się nie do poznania. Tętniące życiem miasteczko, zamieszkałe przez Rumunów, Żydów, Ormian, Turków, przypomina trochę mityczną Bukowinę. 
Oprócz historii swego dziadka - Stefana Teodorescu, zwanego Stefankiem, właściciela dworcowej restauracji, pisarz snuje barwne opowieści o innych mieszkańcach Medgidii: jubilerze Marcelu, który terminował u paryskich mistrzów i który zmuszony został do opuszczenia miasta na fali antysemityzmu, co potem okazało się zbawienne, zważywszy wszystko, co działo się w Europie z Żydami podczas II wojny. Marcel wyjechał do Nowego Jorku, gdzie wkrótce został milionerem. Innym bohaterem jest imam Hassan - prawdziwy mędrzec, którego rady zasięgają imamowie z całej Turcji i który grywa w szachy ze Stefankiem i z majorem Scipionem - komendantem pułku, mimo że początkowo unika go z racji jego mało finezyjnego, koszarowego usposobienia. Śledzimy także zmienne losy bezkompromisowego majora i jego skrywanej, ale wielkiej i odwzajemnionej miłości do żydowskiej lekarki Leili. W miasteczku mieszka nawet jeden Rosjanin - Grigorij, który zajmuje się kowalstwem, bije swoją żonę i ukrywa przeszłość.
Każdy z tych bohaterów to odrębna opowieść, a właściwie cykl miniaturowych opowieści, które wszakże stanowią odrębne, zamknięte dramaturgicznie historie. Jeśli jednak uważnie śledzimy losy bohaterów - a są one tak fascynująco przedstawione, że nie sposób się od nich oderwać - zauważymy, jak się one zmieniają na skutek historycznych wydarzeń. Niektórych historia miażdży bezlitośnie, inni wychodzą z doświadczenia totalitaryzmu (zwłaszcza komunizmu) przemienieni. Ale są i tacy, którzy pozostają jakby nietknięci przez okrucieństwa losu - jak piękna lekarka Leila, mimo że jest Żydówką, osobą niezwykle prawą i bezkompromisową. Ona zresztą także na koniec emigruje. Miasteczko, zarządzane przez przedstawicieli komunistycznego reżimu, szarzeje, brzydnie i przestaje być tętniącym życiem, wielokulturowym tyglem.

Śmiercionośne papryczki Januszka


Teodorescu uwodzi czytelnika nie tylko pasjonującymi opowieściami. Istotne jest także to, że owe cudowne miniatury charakteryzuje specyficzny humor i wszechobecność ironii losu, ale także ironii historii. Dzięki temu każda anegdota zyskuje drugie dno.
Mnie najbardziej urzekła miłosna historia jednej z głównych postaci - kelnera Januszka. Otóż restauracja Stefanka Teodorescu zawdzięczała swoje powodzenie nie tylko atmosferze, którą stwarzał właściciel, ale przede wszystkim obecności kelnera. Mężczyzna przed wojną pracował w Orient Expressie, znał języki i świetnie opanował sztukę przygotowywania i podawania potraw. Marzył o tym, aby otworzyć własną restaurację w Bukareszcie, a może nawet kabaret, jednak ciągle brakowało mu na to pieniędzy. Tymczasem ani się obejrzał, kiedy "stuknęła" mu czterdziestka. Pozostawał w stanie kawalerskim, ponieważ jako wielbiciel kobiet nie ryzykowałby zakochania się w którejś z nich. I oto pewnego dnia spojrzał w oczy młodej dziewczynie, zatrudnionej w kasie  na stacji i ... stało się.
Żeby móc znowu popatrzeć jej w oczy kupił niepotrzebny mu bilet, a potem starał się zawsze być w pobliżu niej i choć robił to nader dyskretnie, dziewczyna zauważyła jego starania. I choć nie było to w zwyczaju, ale obyczaje powoli zaczęły się zmieniać - pozwoliła mu odprowadzać się do domu, a wreszcie gotowa była za niego wyjść. Kiedy jednak przyszły teść pogodził się z myślą, że córka wyjdzie za mąż za starszego od niej o dwadzieścia lat mężczyznę, Januszek postanowił coś udowodnić kolejarzowi, który stroił sobie żarty z jego związku. Założyli się, że jeżeli Jan zje pięćdziesiąt ostrych papryczek, kolejarz wyjedzie z miasta. Kelner był tak szczęśliwy, że gotów był zjeść dwa razy tyle. Zakład wygrał, po czym... wyzionął ducha. 
Teodorescu opisuje nie tylko śmiertelne papryczki. Pisze o rewizjach, fałszowanych wyborach, przesłuchaniach, bezprawnym zabieraniu majątków, zawsze jednak w kontekście ludzkich losów, bohaterów, których - dodajmy - zdążyliśmy już poznać i jakoś się do nich przywiązać. Zawsze towarzyszy temu dyskretny humor, niekiedy czarny, jak w opowiadaniu"Kupiecki kadysz", w którym inny bohater - Żyd Haiks traci cały towar i majątek, a nawet mieszkanie, ale nie traci poczucia humoru, tylko postanawia porozmawiać ze Stefankiem o kadisz - modlitwie za umarłych, którą powinno się nad nim  zaśpiewać trzykrotnie.
Wielowątkową powieść Teodorescu można czytać na różne sposoby. Sam autor, z właściwym sobie poczuciem humoru, sugeruje, aby tak właśnie czynić:
... mogą Państwo rozpocząć lekturę w dowolnym miejscu. Najbardziej niecierpliwi mogą czytać od końca do początku. Amatorzy powieści o szybkiej akcji mogą zacząć lekturę od początku i przeskakiwać przez tak zwane rozdziały - wypełniacze, natomiast ci z Państwa, którzy chcą poznać powieść jak powieść, powinni ją przeczytać od początku do końca, nawet jeśli składa się ona z ponad setki opowiadań.
 Powieść Cristiana Teodorescu "Medgidia, miasto u kresu" ukazała się nakładem Wydawnictwa Amaltea, w przekładzie Radosławy Janowskiej-Lascar.

Pod tym linkiem - wywiad z pisarzem.

Recenzja ukazała się 24 listopada 2015 r. na portalu Kulturaonline.

Cristian Teodorescu: Pisarz nie jest właścicielem piękna /wywiad/

Rozmawiam z rumuńskim pisarzem Cristianem Teodorescu: o tragikomizmie w życiu i literaturze oraz o utraconej pamięci i jej odzyskiwaniu.

Cristian Teodorescu, zdj. prasowe

Barbara Lekarczyk-Cisek: Pańska książka ”Medgidia miasto u kresu” zrobiła na mnie wielkie wrażenie i choć czytałam ją przed rokiem, utkwiły mi w pamięci liczne obrazy. Jednym z nich są papryczki Januszka – jednego z Pańskich bohaterów. Po przeczytaniu tej historii, papryczki już na zawsze będą mi się kojarzyć z tą opowieścią. Proszę mi przy okazji zdradzić, czy Januszek jest postacią fikcyjną, czy ma swój pierwowzór i czy rzeczywiście zmarł po spożyciu pięćdziesięciu ostrych papryk…
Cristian Teodorescu: Prawdziwy Januszek wielokrotnie zjadał taką ilość papryczek i wygrywał zakłady, ale w tym przypadku jednak naprawdę stracił życie.
Dla mnie ta historia jest – jak w przypadku innych Pana bohaterów – przykładem ironii losu. Kiedy spodziewamy się (a może pragniemy) jakiegoś pozytywnego zakończenia, sprawy przybierają zgoła tragiczny obrót.
A czy w ogóle możliwe jest życie inne niż tragikomiczne..?
Ale dla starożytnych Greków było tragiczne.
To prawda, że Grecy nie mieszali tragizmu z komizmem. Prawdopodobnie jedynym zwornikiem był chór antyczny, który komentował wydarzenia na różne sposoby. Moim zdaniem, ten tragikomizm jest naszą daniną, którą musimy oddać jedynemu Bogu, który się ostał w naszej kulturze. W starożytności bogów było wielu. W ”Imieniu róży” Umbert Eco występuje postać, która nie lubi się śmiać:  brat Jorge z Burgos. Ukrywał traktat Arystotelesa o komizmie, przekonany o destrukcyjnej sile śmiechu. Gdybyśmy tak samo myśleli, skutki tego byłyby równie tragiczne, jak w powieści Eco.
We wstępie do swojej powieści podkreśla Pan rolę prawdy, która została wymazana z pamięci narodu oraz istnienie białych plam w historii Rumunii. A z drugiej strony pragnie Pan opowiadać piękne historie: o swoich dziadkach, o swoim mieście… Która z tych motywacji była silniejsza?
Obie te motywacje były równie silne. Część opisanych przeze mnie historii jest prawdziwa, część wymyślona, ale w obu przypadkach chodziło o to, aby jak najbardziej zbliżyć się do prawdy o tamtych czasach. A że przy okazji są to ładne opowieści, to już nie moja zasługa, tylko tego kogoś ”z góry”. Pisarz nie jest właścicielem piękna, raczej jego depozytariuszem. Trudno też  jest jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy tego typu opowieści są w stanie przyczynić się do odzyskania zbiorowej pamięci. Mam jednak nadzieję, że przynajmniej mieszkańcy Medgidii, którzy przeczytali książkę, dowiedzieli się czegoś o nieznanej im kompletnie historii miasta.
Jednak sposób opowiadania historii jest już dla pisarza charakterystyczny. Język Pana opowieści jest dla mnie wprost niezwykły, co jest zapewne także zasługą dobrego tłumacza, bo przecież nie znam oryginału.
No cóż, czasami bywa tak, że tłumacz jest bardziej utalentowany niż autor (śmiech).
Nie przesadzajmy. Sam pomysł, układ opowiadań, które są rodzajem mikrokosmosów, bo każde opowiadanie ma swoją dramaturgię i może stanowić odrębną całość – to wszystko są Pana oryginalne pomysły.
Od samego początku myślałem o tym, żeby napisać powieść, która będzie inna niż wszystkie. Pierwszych kilkadziesiąt części nie sprawiły mi zbyt wiele kłopotu – pisały się gładko. Ale około sześćdziesiątej części zaczęły się poważne problemy. Musiałem bardzo się pilnować, aby początek kolejnej opowieści nie był powtórzeniem tego, co wydarzyło się wcześniej, a jednocześnie akcja musiała postępować i rozwijać się. Należało bardziej wysilić wyobraźnię, aby wygrać zakład z sobą samym o to, że uda mi się stworzyć taką właśnie nietypową opowieść.
Kiedy czytałam Pańską książkę po raz pierwszy, porównałam ją do wschodnich miniatur – precyzyjnie zbudowanych opowieści, mających podwójne dno. Kiedy zajrzałam do niej ponownie, przygotowując się do wywiadu, skojarzyła mi się - toutes proportions gardées - z epopeją Homera. W obu przypadkach mamy do czynienia z opowieścią o końcu jakiegoś świata, a poza tym Pan również zbiera w jedną całość historie, które się wydarzyły naprawdę  i przedstawia je w formie literacko wysublimowanej i dojrzałej. Na ile zmienił Pan gotowe historie, że stały się tym ”czymś więcej”?
Kilkanaście spośród opowiedzianych w książce historii zostało przejętych z opowieści moich dziadków i przyjaciół. Jednak większość z nich jest wytworem mojej wyobraźni. Podczas promocji mojej książki w mieście Medgidia jeden z uczestników spotkania powiedział, że słyszał historię majora Scipiona i zaczął mi o nim opowiadać. Kiedy skończył swoją wypowiedź, z żalem musiałem go poinformować, że takiej osoby nigdy nie było i jest ona całkowicie wytworem mojej wyobraźni (śmiech).
Zawarł Pan w swojej powieści nie tylko ludzkie historie, ale nawet opowieść o psie jednej z bohaterek, co mnie niezwykle urzekło, bo  w ten sposób w Pańskim mikrokosmosie nie brakuje właściwie niczego… Jednocześnie czytelnik ma świadomość, że opisuje Pan świat, którego już nie ma.
Wychowałem się w Medgidii i zapamiętałem z dzieciństwa, jak dwa razy w tygodniu przez miasteczko przejeżdżał wóz hycla, który wyłapywał bezdomne psy. W psich oczach widziałem tak wielki smutek, że zapamiętałem to do końca życia. I kiedy zacząłem pisać tę opowieść, postanowiłem poświęcić jej część również psiemu losowi.
Dziadkom, u których spędziłem wczesne dziecięce lata, zawdzięczam wiele opowieści, dzięki czemu udało mi się zapamiętać atmosferę tamtego świata. Ludzie należący do jego elit zostali zepchnięci po wojnie na obrzeża, ponieważ nowy reżim ich nie tolerował. Odchodzili na moich oczach, a wraz nimi znikał tamten świat. Do Medgidii zaczęli przyjeżdżać za pracą nowi ludzie, którzy nieśli ze sobą inne historie, zupełnie różne od dotychczasowych. Po śmierci dziadka Stefana zrozumiałem, że to jest już zupełnie inne miasto.
Ale powrócił Pan do niego w swojej twórczości…
To nie ja powróciłem do Medgidii, ale ona wróciła do mnie! W pewnym momencie zacząłem sobie przypominać te różne historie i gdyby nie było tych czterech – pięciu głównych postaci, trudno by mi było stworzyć całość opowieści.
Czy w Pańskiej twórczości temat pamięci jest wiodący?
Temat utraconej pamięci jest obecny w mojej prozie od samego początku, kiedy to powstało opowiadanie ”Dom”, w którym zawarłem historię mojej babci z Medgidii. Po opublikowaniu go w antologii, spoczęło w szufladzie, ale już wtedy chciałem podjąć ten temat ponownie i znacznie szerzej. W innej mojej książce – Tainele inimei (”Sekrety serca”) również jest obecna postać majora Scipiona, który całym sobą przypomina o świecie bezpowrotnie minionym.
A co Pan pisze obecnie?
W ubiegłym roku pojawił się pierwszy tom z cyklu Şoseaua Virtuţii. Cartea Câinelui ("Droga cnoty. Księga psa”) – powieść o transformacji ustrojowej, od lat 90., kiedy to tworzył się drapieżny rodzimy kapitalizm. Obecnie pracuję nad drugim tomem, ale myślę też o powieści, która tworzyłaby dopełnienie do ”Medgdii”. Tym razem jednak chciałbym opisać świat dziadków mojej żony, pochodzących z Transylwanii, którzy po wojnie przybyli ”za chlebem” do stolicy. Ich losy stanowiłyby kanwę nowej powieści. Mam nawet w głowie gotowy pierwszy rozdział, w którym opisuję prawdziwe wydarzenie. Otóż kiedy zmarła babcia mojej żony, do drzwi zapukało dwóch ubranych na czarno starszych panów, którzy oświadczyli, że są z towarzystwa pogrzebowego ”Kukułka” i oferują swoje usługi. Okazało się, że babcia posiadała legitymację z numerem jeden tego towarzystwa, a co więcej – jego założycielem był mąż babci. Trumnę miał wieźć wóz zaprzężony w kilka koni, ozdobnie wystrojonych w czarne pióropusze. Był rok 1981 i matka żony odmówiła takiego pompatycznego pogrzebu, ale w moim opowiadaniu babcia zostanie jednak pochowana tak uroczyście.
Dziękuję za rozmowę i czekam na kolejne Pana powieści w polskim tłumaczeniu.
Dziękuję pani Radosławie Janowskiej-Lascar za tłumaczenie rozmowy.
Wywiad ukazał się pierwotnie 22 listopada 2016 r. na portalu Kulturaonline.

czwartek, 14 września 2017

Dan Lungu: "O dziewczynce, która bawiła się w Boga" /recenzja książki/

Tytuł powieści „O dziewczynce, która bawiła się w Boga” brzmi jak przypowieść albo baśń.  Dan Lungu opisuje jednak w taki paraboliczny sposób historię najnowszą, oddając niejako głos swoim bohaterom i stając się – jakby powiedziała Swietłana Aleksijewicz – kronikarzem ich dusz.

Okładka powieści, Wydawnictwo Amaltea


Renesans rumuńskiej kultury

Nie sądziłam, doprawdy, że kolejna powieść rumuńskiego pisarza (po Lucianie Dan Teodorovici i Cristianie Teodorescu) okaże się fascynująca do tego stopnia, że poświęcę noce, nie mogąc się od niej oderwać. Uwielbiam ten rodzaj uwiedzenia, znany mi jeszcze z dzieciństwa, ale zdarzający się, niestety, coraz rzadziej. To stan, w którym lektura książki tak dalece człowieka pochłania, że czas przestaje płynąć, a świat zewnętrzny istnieć… Tym razem sprawiła to powieść Dana Lungu, choć zupełnie się tego nie spodziewałam. Jakże szczęśliwie się myliłam!

Muszę także wyznać, że to już trzecia pozycja rumuńskiej literatury współczesnej, po „Matei Brunulu” Luciana Dan Teodorovici oraz „Medgidii” Christiana Teodorescu, która zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie. Zaczynam więc podejrzewać, że stałam się admiratorką tej – słabo mi dotąd znanej – kultury. Trzeba bowiem dodać do tego obejrzany niedawno film „Sieranevada” Cristi Puiu czy wcześniej – filmy Cristiana Mungiu. Cóż za potencjał! Dopiero teraz przestała mi się kojarzyć wyłącznie z nazwiskami emigrantów: Tristanem Tzarą, Eugen Ionesco, Emilem Cioranem czy Mircea Eliade.

Wracając jednakże do literatury, trzeba podkreślić, że zarówno Teodorovici, jak Teodorescu czy nagrodzony ostatnio Angelusem Varujan Vosganian (z pochodzenia Ormianin) to zupełnie odrębne światy, zarówno w sferze tematyki, jak i formy. Teodorovici rozlicza się z komunizmem, używając do tego metafory teatru lalek, Teodorescu opowiada o wielkiej historii posługując się metaforą małego miasteczka i jego mieszkańców oraz wplatając w tę opowieść osobisty wątek. Voscanian natomiast pisze epopeję o zagładzie Ormian, używając języka pełnego obrazów i metafor, trochę tak, jak Orhan Pamuk. A jaka jest proza Dana Lungu?

Dan Lungu – kronikarz ludzkich dusz


Otóż Dan Lungu, znany w Polsce z powieści Jestem komunistyczną babą!, opisuje historię najnowszą, w której głównym tematem jest emigracja zarobkowa, a czyni to oddając głos swoim bohaterom i stając się – jakby powiedziała Swietłana Aleksijewicz – kronikarzem ich dusz.
Autor „Dziewczynki, która bawiła się w Boga” jest z zawodu socjologiem, co sprawia, że pisze kompetentnie o tym, co stało się w Rumunii po transformacji, ale jednocześnie – dzięki swojej wrażliwości i talentowi literackiemu – tworzy wiarygodne i interesujące ludzkie portrety, w tym portrety dzieci.
Co czuje dziecko, kiedy zostaje pozbawione rodzicielskiej opieki? Jak przeżywają rozstania dorośli? Otóż wszyscy, bez wyjątku, ponoszą głęboki uszczerbek, którego nigdy nie da się wyleczyć, bo nie można „odrobić” tego, co się utraciło.

Z punktu widzenia dziecka


Tytułowa dziewczynka ma na imię Dobrusia i jest wychowywana przez dziadków, ponieważ matka wyjechała zarobkować do Włoch, a ojciec wraz ze starszą córką wyprowadził się od teściów i zupełnie się nią nie interesuje. Dziewczynka żyje w świecie wyobraźni, bo tylko dzięki temu ma poczucie, że panuje nad sytuacją i własnym życiem. Lungu bez trudu wchodzi w dziecięcy świat swojej bohaterki. I nie tylko jej.
Jego narracja jest nieśpieszna – doskonale wie, że to, co najważniejsze, dzieje się wewnątrz człowieka i że wszelkie działania są tego pochodną. Toteż wraz z nim wchodzimy w świat dziewczynki, która nie tylko wyobraża sobie, że ma wpływ na życie otaczających ją ludzi, ale przede wszystkim możemy odczuć na nowo ten rodzaj wrażliwości i wyobraźni, który jest dla dziecka charakterystyczny, a który większość z nas na ogół traci bezpowrotnie. A wygląda to na przykład tak, że wracając ze szkoły, Dobrusia wyobraża sobie, jakby to było, gdyby wydobywający się z komina domu dziadków dym nie tylko tworzył zawijasy w kształcie litery „S”, ale również całe zdania w rodzaju:

„Uwaga, Babunia jest w złym humorze” albo „Witamy cię w domu, Dobrusiu”.

A kiedy matka oznajmia jej, że musi wyjechać, Lungu pisze, że „Dusza uwierała ją jak duża i ciepła kulka, a łzy szczypały w policzki”. Dzieci pozostawionych przez jedno albo oboje  rodziców jest zresztą wiele. Skala zjawiska jest tak duża, że dzieci zamiast indywidualnych imion, noszą nazwy państw, do których wyemigrowali ich bliscy. Nazywają się więc Włochami czy Hiszpanami, a zamiast miłości otrzymują paczki. Charakterystyczne zabawy najdobitniej mówią o ich stanie ducha.
Mały Marek, znajomy Dobrusi, ciągle chce bawić się w dom i wyznacza jej rolę matki. Młodszy od niej, żyje jeszcze bardziej zanurzony w swoim świecie. Opowiada bez przerwy różne historie tak wspaniale i mają one tzw. drugie dno, że aby je zrozumieć, trzeba przytoczyć choćby mały fragment:

Kiedy dajesz kwiatom wodę, musisz się uśmiechać, bo inaczej siedzą obrażone cały dzień i łysieją. (…) Ten kwiat jest dziadkiem pozostałych kwiatów i wszystkie go słuchają. Płaczące dzieci nie rosną i całe życie chodzą z gilami zwisającymi z nosa. On nie płacze, jest odważny jak tato, który walczy z bakteriami w dżungli.

Niekiedy pisarz rezygnuje z mowy pozornie zależnej, przytaczając dosłownie sposób mówienia dziecka, gdy zwierza się ono ze swoich lęków:
Ty umalnęłaś, ale u mnie było gozej… W nocy psysedł do mnie do pokoju wielki Kocul i zjadł mi wszystkie samochodziki.

Ta opowieść chłopca jest bardzo długa i pozornie nie wnosi niczego do głównego wątku, a jednak pisarz w jakimś sensie daje dziecku przestrzeń, aby wreszcie mogło opowiedzieć o swoich lękach, problemach i marzeniach. Jakby on jeden rozumiał, jakie to ważne, nikt bowiem z otoczenia chłopca tego nie słucha… Nawet Dobrusia – choć to pokrewna dusza – zasypia, przytłoczona własnymi zmartwieniami.

Z punktu widzenia dorosłego

Ale nie tylko dzieci próbują sobie wyjaśniać świat. Robią to także dorośli. Oczywiście, nie wszyscy i nie w taki sam sposób. Pozostawiony przez żonę wujek Miron, obsesyjnie opowiada Dobrusi o zwierzęcych i owadzich matkach, czułych i opiekuńczych, nie rozstających się ze swymi dziećmi nawet na chwilę, gotowych za nie umrzeć. Z jego opowiadań wynika, że coś niedobrego dzieje się w świecie ludzi, którzy zachowują się tak, jakby zatracili ów wrodzony instynkt.

Lungu próbuje także wejść w świat tych, którzy wyjechali – zrozumieć, co czują i co przeżywają. Pierwszoplanową postacią jest Letycja – matka Dobrusi, ale pojawiają się też w związku z nią inne postaci, których losy dopełniają obraz złożonego zjawiska zwanego emigracją zarobkową. Jest w tych opowieściach nie tylko to, o czym na ogół wiemy: upokorzenia, ciężka praca, coraz bardziej słabnący kontakt z bliskimi, życie skromne i często w zawieszeniu. Jest także to, co u tego wrażliwego pisarza najistotniejsze: współczująca obserwacja tego, co dzieje się z człowiekiem pod wpływem takiego doświadczenia.

Letycja trafiła stosunkowo dobrze: opiekuje się starszą panią, która traktuje ją z sympatią i szacunkiem. Jej krewni są już inni, ale mimo wszystko kulturalni i przyzwoici. Nie zmienia to jednak faktu, że kobieta doświadcza licznych rozterek i czuje się upokorzona. Począwszy od tego, że jako Rumunka jest postrzegana przez cudzoziemców jako gorszy gatunek człowieka, a jej chlebodawczyni pyta ją nawet o to, czy umie czytać, bo sądzi, że jest analfabetką, a skończywszy na rozważaniach, czy to wszystko ma sens. Nawet wówczas, kiedy okazuje się, że włada nieźle francuskim, jest wykształcona i szybko nauczy się włoskiego, jej poczucie „gorszości” pozostanie, a tęsknota i przeczucie, że dzieje się coś nieodwracalnego, nie przestaną jej dręczyć. Fakt, że otrzymuje pensję będącą równowartością swoich półrocznych zarobków w Rumunii, przywodzi ją najpierw o zawrót głowy, a potem pojawiają się smutne refleksje o zmarnowanych w biedzie latach, braku perspektyw.

Ta koperta – czytamy – uświadomiła jej w jednej chwili, że prowadziła życie niewolnika, larwy, wołu w jarzmie. Płakała nad zapomnianą radością, nad straconym życiem, nad brakiem perspektyw zduszonych przez biedę. (…) Płakała, bo wydało jej się niesprawiedliwe, że jedni rodzą się w Rumunii, a inni we Włoszech, Hiszpanii czy Ameryce.

Wprawdzie zarobione przez nią pieniądze pozwolą na spłacenie długu mieszkaniowego, a rodzicom – na remont starego domu, ale ona sama żyje niezwykle skromnie, wysyłając każdy zarobiony grosz do kraju. Przeżywa tęsknotę, samotność i ma poczucie, że to czas stracony, jeśli chodzi o relacje z bliskimi. Oddalają się od siebie w sposób nieuchronny i nieodwracalny. Wszystko zmierza ku katastrofie. Nie tylko w jej rodzinie, także w innych.

Dan Lungu nie daje żadnej nadziei, choć bardzo byśmy tego pragnęli. A przede wszystkim pragnęliby tego jego bohaterowie. Tytuł powieści „O dziewczynce, która bawiła się w Boga” brzmi jak przypowieść.  I w jakimś sensie nią jest, a jej przesłanie jest mądre i jednoznaczne: emigracja zarobkowa jest złem, a pieniądze okupione ciężką pracą, samotnością i osobistym nieszczęściem, nie dają szczęścia również tym, którzy nimi dysponują..

Świat zaklęty w języku

Chciałabym także zwrócić uwagę na walory artystyczne samej powieści i jej tłumaczenia. Otóż przedstawione postaci – a jest ich niemało, zarówno dzieci jak i dorosłych – to nie tylko osobne, fascynujące światy, ale także różne narracje – zindywidualizowane i jakże prawdziwe. To poprzez język postaci przebija ich duchowość, ich świat wewnętrzny i dzięki temu poruszone zostają w czytelniku najgłębsze struny jego wyobraźni i współczucia. 

Wypada tylko ubolewać, że taki „kronikarz duszy” nie objawił się w polskiej literaturze współczesnej. Próby w rodzaju „My zdies` emigranty” Manueli Gretkowskiej to jednak nie ten kaliber.

Na koniec pragnę skierować wyrazy uznania do tłumaczki – Radosławy Janowskiej-Laskar, której talentowi translatorskiemu zawdzięczamy kolejne literackie odkrycie. A język tej powieści był z pewnością dużym wyzwaniem. 

Powieść Dana Lungu: „O dziewczynce, która bawiła się w Boga” ukazała się w Wydawnictwie Amaltea, w przekładzie Radosławy Janowskiej-Lascar.



Wywiad z pisarzem znajdziecie TUTAJ.



Dan Lungu (ur. 5 września 1969, Botoszany, Rumunia) – rumuński pisarz i dziennikarz. Ukończył studia filozoficzne, ma również doktorat z socjologii. Pracuje jako wykładowca socjologii na Uniwersytecie w Jassach (Rumunia) i redaktor paryskiego magazynu „Au Sud de l’Est”. W latach 2001–2002 był redaktorem naczelnym pisma kulturalnego „Timpul” („Czas”). Opublikował zbiory opowiadań i wierszy, jest także autorem sztuk teatralnych, powieści oraz prac z zakresu socjologii. Na podstawie powieści Jestem komunistyczną babą! powstaje film w reżyserii Stere Gulei.

Z Martą Niedźwiecką o „Burzach namiętności” podczas tegorocznego Festiwalu Wratislavia Cantans /wywiad/

O koncercie laureatów 50. Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej, organizowanym przez NFM i Akademię Muzyczną im. Karola Lipińs...

Popularne posty