Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Billie Holiday. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Billie Holiday. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 kwietnia 2019

Miles Davis, Chat Baker i Billie Holiday na 8. Katowice JazzArt Festivalu

Jednym z najciekawszych wydarzeń towarzyszących Festiwalowi JazzArt w Katowicach będzie wystawa portretów mistrzów jazzu, takich jak Miles Davis, Chat Baker czy Billie Holiday, pokazanych w obiektywie legendarnego amerykańskiego fotografika Lee Friedlandera.
8. Katowice JazzArt Festival to w tym roku rekordowo aż 19 wydarzeń, w tym 17 koncertów. 



8. Katowice JazzArt Festival, który rozpocznie się 26 kwietnia i zakończy w Międzynarodowy Dzień Jazzu 30 kwietnia, to w tym roku aż 19 koncertów i wydarzeń towarzyszących. W 10 zespołach i składach dominują kobiety, jako że festiwal jest częścią inicjatywy Keychange promującej większy udział instrumentalistek w programach europejskich festiwali.
Jednak największymi gwiazdami Katowice JazzArt Festivalu jest dwóch artystów – wiolonczelista Erik Friedlander i jego ojciec, fotografik Lee Friedlander. 


Eric Friedlander, Moers Festival, 2012/Wikipedia

Erik Friedlander od niemal 40 lat jest podporą nowojorskiej, awangardowej sceny jazzowej. Wychowany w domu przesyconym muzyką, szczególnie jazzem, sięgnął po gitarę, a jako ośmiolatek zaczął grać na wiolonczeli.
Największą sławę przyniosła mu wieloletnia współpraca z legendarnym saksofonistą Johnem Zornem. Ale w czasie swojej długiej kariery towarzyszył też na scenie Courtney Love czy Alanis Morissette.
Katowice JazzArt Festival będzie okazją, żeby posłuchać go dwukrotnie. 26 kwietnia wystąpi jako część kwartetu Reverso (godz. 20, sala koncertowa Katowice Miasto Ogrodów). Dzień później posłuchamy go w solowym projekcie „Block Ice & Propane” (27 kwietnia, godz. 21, sala koncertowa Katowice Miasto Ogrodów). Ten ostatni projekt jest muzycznym (uzupełnionym na scenie przez wizualizacje) wspomnieniem podróży po całych Stanach Zjednoczonych, jakie Erik Friedlander odbywał podczas wakacji z całą rodziną pod wodzą swojego ojca, znakomitego fotografika Lee Friedlandera. 


fot. Lee Frielander, Billie Holiday, 1959

I właśnie unikalne fotografie Lee Friedlandera będzie można obejrzeć chwilę wcześniej na wystawie Lee Friedlander „Jazz portraits” (27 kwietnia, godz. 20.30, galeria Engram Miasta Ogrodów). Udostępnione przez Fraenkel Gallery z San Franciso portrety pozwolą nam stanąć twarzą w twarz z legendami amerykańskiego jazzu – Billie Holiday, Theloniousem Monkiem czy samym Milesem Davisem.


Wstęp na wernisaż jest wolny. Ceny biletów na koncert zaczynają się od 20 zł. Więcej o programie festiwalu na jazzartfestival.eu

informacja prasowa



niedziela, 3 września 2017

Billie Holiday, William Dufty: „Lady Day śpiewa bluesa” każdego dnia /recenzja książki/

Pięćdziesiąt lat po amerykańskim wydaniu biografii słynnej wokalistki jazzowej, Billie Holiday, ukazał się w Wydawnictwie Czarne jej polski przekład. Opowieść Billie o sobie samej to jak słuchanie jej nagrań. Przekonajcie się sami.

Billie Holiday, William Dufy, Lady śpiewa bluesa, Wyd. Czarne

Billie Holiday była moją ulubioną piosenkarką w latach młodości, kiedy to interesowałam się jazzem i bluesem. Nie tylko kolekcjonowałam jej nagrania, utrwalając je na magnetofonie szpulowym audycje Polskiego Radia, zwłaszcza „Blues wczoraj i dziś” Marii Jurkowskiej, ale stałam się nawet szczęśliwą posiadaczką mojej ulubionej płyty (oczywiście analogowej): „Lady in Satin”, nagranej w 1958 roku dla Columbia Records, z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej i chóru. To szczególny album, na którym Billie wykonuje głównie utwory pełne smutku, a niedoskonałości jej zmęczonego głosu (było to na rok przed śmiercią wokalistki) zdają się dodawać im bluesowego feelingu. Przede wszystkim brzmią jakoś wyjątkowo prawdziwie i szczerze – jak spowiedź z całego życia. Żadna z jej płyt nie zrobiła na mnie tak wielkiego wrażenia, jak właśnie tamta…

Album Lady in Satin

Pierwsze próby tłumaczenia - Stefan Zondek

W latach 70. biografię Billie Holiday zaczął tłumaczyć znawca i niestrudzony propagator bluesa, Stefan Zondek, tłumacz autobiografii Louisa Armstronga: "Moje życie w Nowym Orleanie". Jednakże pracę przerwała jego przedwczesna śmierć. Chciałabym w tym miejscu o tym fakcie przypomnieć. W liście ze szpitala (datowanym 7 października 1994 r.) Stefan napisał:



A oto fragment tego tłumaczenia: 


Prawda, że niezłe? I pomyśleć, że mogliśmy przeczytać tę biografię 43 lata temu...

Autobiografia Billie Holiday w tłumaczeniu Marcina Wróbla


I oto po tylu latach – wreszcie jest, w znakomitym tłumaczeniu Marcina Wróbla, które pozwala posmakować charakterystycznego sposobu mówienia Billie, przyjrzeć się jej niejako z bliska – na tyle, na ile nas do siebie dopuszcza. Z pewnością nie jest to sensacyjna i skandalizująca biografia znanej wokalistki, jak choćby wydana przez W.A.B. w 2007 roku książka autorstwa Julii Blackburn. Opowieść Billie o sobie samej przypomina słuchanie jej nagrań.

„Billie  jako wokalistka – czytamy we wstępie autorstwa Davida Ritza – bywała przejmująca lub wzruszająca, rozgoryczona lub pełna słodyczy, agresywna albo wycofana, pełna wiary w siebie i zagubiona. Tę książkę charakteryzuje równie brutalna emocjonalna szczerość. A to, że szczerość nie zawsze ma pokrycie w faktach, nie odgrywa większej roli. Nie pisała tego tekstu dla historyków muzyki czy etnomuzykologów. Kierowała nią ta sama potrzeba wyrażenia uczuć, która zmuszała ją do śpiewania”.

Wszystko o mojej matce… i nie tylko


Ilu ludzi, tyle prawd i narracji. Ta ma tę szczególną wartość, że pochodzi z samego źródła, że możemy „posłuchać” barwnego języka Billie Holiday, obejrzeć jej oczami Baltomore lat dwudziestych, poczuć atmosferę klubów jazzowych Nowego Jorku i Los Angeles. Poznamy także galerię znakomitych postaci, nie tylko ze świata jazzu, jak Ethel Wathers, Lestera Younga (to on wymyślił przydomek Lady Day) czy Benny Goodmana, ale także słynnego reżysera Orsona Wellesa czy aktora Clarka Gable`a, których Bllie poznała przy okazji pobytu w Los Angeles, gdy grała w filmie „New Orleans” (1947).

O swoich rodzicach, a szczególnie o matce, pisze szczególnie ciepło – zwłaszcza o jej prawości, skromności, pracowitości i wielkiej gościnności, nie unikając przy tym charakterystycznych kolokwializmów:

„Matka nie tylko kochała ludzi, ale też pokładała w nich dużą wiarę. Jej zdaniem, w każdym było coś dobrego, bo takimi stworzyć nas Bóg. Wszędzie dostrzegała dobro, znajdowała je w najdziwniejszych typach. Nie tylko w dziwkach i alfonsach, ale też w złodziejach i mordercach. (…) Mogłeś być skończonym łajdakiem i złodziejem, ale wystarczyło powiedzieć, że jesteś muzykiem, a matula oddałaby ci ostatnią koszulę”.

Billie Holiday podczas koncertu, zdjęcie ze strony fanpage`a piosenkarki

Mistrzyni interpretacji


Nie miała wykształcenia, ukończyła zaledwie pięć klas i to – jak pisze – w biednych szkołach dla czarnych w Bostonie, a jednak posiadała wrodzoną inteligencję i muzyczną wrażliwość oraz niezwykłą intuicję, które sprawiały, że nawet banalny tekst potrafiła zinterpretować tak, że nagle zyskiwał drugie dno. W jej ustach „My Man” czy „Lover Man” brzmią niepowtarzalnie.

„Każdy musi być inny – czytamy w biografii. Kopiowanie do niczego nie prowadzi. Naśladownictwo oznacza, że robisz coś, czego nie czujesz, cała robota na nic. Nie ma dwóch takich samych ludzi na świecie, tak samo w muzyce, jak i poza muzyką”.
Jej interpretacje piosenek nie mają sobie równych, ale dopiero czytając biografię zaczynamy zdawać sobie sprawę, że to, co było dla nas dotąd oczywiste, wcale nie przychodziło tak łatwo.
„Ludzie naprawdę nie rozumieją, jak mocno trzeba się umordować, żeby nagrać to, co chcesz, dokładnie tak, jak chcesz. Zdarzało mi się walczyć nawet przez dziesięć lat, żeby nagrać utwór, który bardzo kochałam. ( …) Nadal walczę o możliwość zaśpiewania niektórych rzeczy.
Billie opowiada szczerze o swoich kłopotach z uzależnieniem od narkotyków, podkreślając, jak zgubny to nałóg, o pobytach w więzieniu (były to czasy, kiedy karano za posiadanie choćby niewielkich ilości narkotyków), a także o upokorzeniach, biedzie, utraconych miłościach… Wszystko to odnajdziemy w jej interpretacjach piosenek: „Lady sings the Blues” czy w mojej ulubionej: „Don`t  Explain”:

„Często słyszałam – komentuje – że nikt poza mną nie śpiewa z takim uczuciem o głodzie i miłości. Być może dlatego, że nadal pamiętam, co znaczą te słowa”.

Billie Holiday pichci obiad w hotelowym pokoju


W biografii Billie Holiday znajdziemy także niemało anegdot. Po wielkim sukcesie na deskach Metropolitan Opera w Londynie piosenkarka jest wprawdzie we wspaniałym humorze, ale narzeka na hotelowe jedzenie. Postanawia sama przyrządzić sobie posiłek. Otwiera puszkę czerwonej fasoli, którą zawsze wozi ze sobą, dodaje czosnek, trochę mielonego mięsa i gotuje to wszystko na maszynce spirytusowej.
„Myślałam, że w hotelu zaczną się czepiać z powodu zapachu – zwierza się w książce, ale zanim zdążyłam wszystko przygotować, do moich drzwi zaczęli się dobijać windziarze, pokojówki i kierownicy pięter. Wszystkim bardzo smakowało. (…) Do dziś wysyłam tę fasolę znajomym z Londynu”.

Billie z Louisem Armstrongiem podczas zdjęć do filmu New Orleans (1947), fan page Artystki

Frywolne piękno i poetycka szczerość


Biografia Billie Holiday ma wszelkie cechy intymnego zwierzenia, czuje się w niej zaufanie do Williama Dufty`ego, z którym była zaprzyjaźniona i który dyskretnie jej zwierzeniom towarzyszy, nie zaznaczając jakoś swojej obecności. Jest idealnym słuchaczem – pośrednikiem pomiędzy wokalistką a potencjalnymi czytelnikami.
„Kocham tę książkę – pisze we wstępie Ritz. Zakochałem się w niej u progu swojej jazzowej obsesji, gdy miałem zaledwie trzynaście lat. Teraz jestem pół wieku starszy, przeczytałem ją bodaj piąty raz i nadal ją kocham. Cieszy mnie nie tylko frywolne piękno tej prozy i jej poetycka szczerość, jestem wdzięczny, że dzięki tej książce mogę poznać Billie”.
Sądzę, że mogłabym powtórzyć za nim te słowa. „Lady Day śpiewa bluesa” to lektura obowiązkowa nie tylko dla wielbicieli Billie Holiday, ale także dla wszystkich, którzy interesują się jazzem, bo mogą zajrzeć pod podszewkę czasów jazzowych knajpek i segregacji rasowej.

Książka Billie Holiday i Wlliama Dufty: „Lady śpiewa bluesa” ukazała się w Wydawnictwie Czarne, w przekładzie Marcina Wróbla.



Z Martą Niedźwiecką o „Burzach namiętności” podczas tegorocznego Festiwalu Wratislavia Cantans /wywiad/

O koncercie laureatów 50. Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej, organizowanego przez NFM i Akademię Muzyczną im. Karola Lipiń...

Popularne posty