Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Staroń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Staroń. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 marca 2020

Małgorzata i Wojciech Staroniowie: Warto mówić o rzeczach, których nie widać /wywiad/

Już w najbliższy czwartek rusza czwarta edycja Akademii Filmu Dokumentalnego MovieWro. W jej ramach mogliśmy w ubiegłym roku nie tylko obejrzeć bardzo interesujące filmy, ale również spotkać się z ich twórcami. Zwieńczeniem w wielkim stylu były projekcje dwóch filmów dokumentalnych Wojciecha Staronia: „Syberyjska lekcja” i „Argentyńska lekcja”. Spotkanie z małżeństwem Staroniów stało się także okazją do przeprowadzenia wywiadu.

Małgorzata i Wojciech Staroniowie z dziećmi, fot. z rodzinnego archiwum
Barbara Lekarczyk-Cisek:  Tworzy Pan piękne filmy o ludziach, a jednocześnie mają one bardzo osobisty ton. Wplata Pan do opowiadanych historii swoją własną, rodzinną. Skąd takie podejście do filmu dokumentalnego?

Wojciech Staroń: Poznaliśmy się z moją żoną Małgosią w liceum i już wówczas zastanawialiśmy się nad tym, aby – wykonując swój zawód – pracować jednocześnie wspólnie. Tak zrodził się pomysł filmu o Syberii, gdzie Gosia podjęła pracę nauczycielki, a ja miałem opowiedzieć historię o tym, jak to młoda dziewczyna wyjeżdża na Syberię, aby uczyć języka polskiego. To był mój pierwszy film – sytuacja bardzo dobra dla dokumentu, który lubi, gdy się coś dzieje pierwszy raz…

Pańskie filmy mają nieśpieszny rytm narracji i nastrojowe piękno obrazu. Potrafi Pan skupić się na kropli deszczu, zrobić zbliżenie więdnących kwiatów, żeby wyrazić upływ czasu… W „Lekcji argentyńskiej” są to często impresje z deszczem albo mini-scenki z dziećmi: śpiący syn czy czesząca się córeczka. W rezultacie powstaje coś więcej niż zwykły zapis rzeczywistości.

Wojciech Staroń: Tak, bo warto poprzez film mówić o rzeczach, których nie widać. To znaczy, że obraz ma nam coś pokazywać, ale jednocześnie mówić o czymś, czego nie widzimy. Trzeba być wrażliwym na sztukę i na ludzi, zbierać przeżycia. Wtedy ma się ochotę powiedzieć coś od siebie, oddać coś światu.

Państwo pojechali najpierw na Syberię, później do Ameryki Południowej i za każdym razem spotykali Polaków, którzy tam zostali i o których Polska w jakimś sensie zapomniała. Oddaliście im głos, przypomnieli, że istnieją. Co więcej, nie tylko zostali przez Was wydobyci z cienia, ale stworzyliście z nimi głębsze relacje, przyjaźnie nawet.

Małgorzata i Wojciech Staroniowie z dziećmi, fot. z rodzinnego archiwum

Wojciech Staroń: Dla nas jest ważne, że wkraczamy z kamerą w życie pewnej społeczności i stajemy się na jakiś czas jej cząstką. Dlatego staramy się prowadzić normalne życie w tym miejscu, w którym kręcimy film. W Argentynie na przykład bardzo nam to pomogło, że tworzyliśmy rodzinę i tak przede wszystkim byliśmy postrzegani. To nam dawało zaufanie i miejsce w tej społeczności. Staraliśmy się być jej cząstką. Wchodząc tam z kamerą nie zaburzaliśmy relacji, choć wpływaliśmy na nie. Był to jednak rodzaj symbiozy: filmując, jednocześnie zostawialiśmy coś od siebie. I oczywiście, więzy, które się tworzą, trwają nadal. Tak się stało z bohaterką „Lekcji argentyńskiej”, Marcią, którą gościliśmy przez dwa tygodnie. Chcielibyśmy, aby przyjechała do Polski na studia, kiedy będzie już pełnoletnia.

Pani Małgosiu, czy utrzymuje Pani jeszcze kontakty ze swoimi uczniami z Syberii?

Małgorzata Staroń: Na początku kontakt był bardziej intensywny. Dostawałam od nich kartki na święta. Obecnie jednak nie mam kontaktu z ludźmi, którzy tam mieszkają, choć mam tam dwie chrześnice. Wiadomo mi jednak, że siedmioro spośród moich uczniów dostało się na studia w Polsce. Większość z nich osiadła na Ukrainie. Bardzo serdeczny kontakt mamy z księdzem Ignacym Pawlusem, który dawał nam ślub na Syberii, a potem chrzcił naszego Jasia. To rodzaj szczególnej wspólnoty podobnego spoglądania na ten świat… Dodam jeszcze, że Rosjanin, który tłumaczył Pismo św. na język polski, był dwukrotnie na kursie językowym w Warszawie. To wyjątkowa historia, ponieważ człowiek ten potrafił się sam nauczyć języka polskiego. Twierdził, że do nauki polskiego zainspirowała go książka, którą zobaczył na wystawie księgarni w Irkucku. Poruszyła go mianowicie litera „Ł”…

Jaś Staroń z ojcem, fot.  archiwum rodzinne

Panie Wojtku, współpracował Pan również z innymi reżyserami, m.in. jako operator przy realizacji filmów Krzysztofa Krauzego, Jacka Bławuta, Pauli Markovitch. Jakie to były doświadczenia?

Wojciech Staroń: Robiąc filmy z innymi reżyserami, mam poczucie, że uczestniczę w procesie tworzenia z osobami, które szczególnie sobie cenię. Z Paulą mamy podobną wrażliwość na to, co niesie autentyczna sytuacja. Mimo że akcja filmu („Nagroda”)  rozgrywała się w latach 70. I był precyzyjnie napisany scenariusz, oboje byliśmy wyczuleni na autentyczność wydarzeń i ich nastrój. Miałem dużą swobodę jako operator i dzięki temu film został opowiedziany przede wszystkim obrazem i nastrojem. Współpraca z Paulą Markovitch [reżyserka ma polskie korzenie – przyp. B.L.C.] była tak owocna, że przygotowujemy razem następny film.


Mieczysław i Alfons Kołakowscy z Małgorzatą i Wojciechem Staroniami

Od kilku lat realizuje Pan film o braciach, którzy po latach spędzonych w Rosji, gdzie utracili całą rodzinę, a także przeżyli całe niemal życie, postanowili wrócić do Polski. Cóż to za niezwykła historia?

Wojciech Staroń: Rzeczywiście, niezwykła. To jest film o braterskiej miłości, ale też o goryczy starości, o tułaczce, bo obaj przeżyli Gułag i sowiecką Rosję. Jeden z nich był geologiem, a drugi malarzem pejzaży. Ich marzeniem był powrót do Polski i w 1997 roku osiedlili się na Mazurach jako repatrianci. Mieczysław i Alfons Kołakowscy mają obecnie blisko dziewięćdziesiąt lat. Przyjechali z całym dobytkiem, który, na nieszczęście, spłonął. Poszło z dymem m.in. kilka tysięcy obrazów… To będzie film o ponownym poszukiwaniu swojego miejsca.

Małgorzata Staroń: Jeden z nich miał cztery, a drugi siedem lat, gdy zostali deportowani. Mając ponad siedemdziesiąt lat nauczyli się języka polskiego na nowo. I mówią świetnie! Malarz miał żonę, do której był bardzo przywiązany. Drugi z braci był kawalerem. Oprócz  zawodu kartografa, był tym, który wykonywał wszystkie praktyczne czynności. Malarz cały czas się rozwija, poznaje nowych ludzi, podczas gdy kartograf już się spełnił…

Wojciech Staroń: Są dumni ze swego polskiego pochodzenia i mieli wielką potrzebę powrotu. Jednak w Rosji dużo osiągnęli, byli elitą, mieli pozycję zawodową, piękny dom w Ałma Acie… Obracali się wśród profesorów, artystów. Tymczasem tutaj trafili na wioseczkę, gdzie są odcięci od świata… Mimo że zmagają się ze starością, nie narzekają jednak i nie chcą wracać.

O czym zatem będzie ten film?

Wojciech Staroń: Przede wszystkim będzie to film o ich obecnym życiu, choć historia braci również się w nim pojawi. Opowiadam o ich relacjach, o tym, że każdy jest inny, bo jeden jest bardzo pragmatyczny, a drugi żyje z głową w chmurach. Pokazuję, jak się wspierają całe życie, spierają, niszczą i odbudowują…

Czekając z niecierpliwością na kolejny Państwa film, dziękuję za rozmowę i życzę przeżycia i utrwalenia wielu jeszcze ważnych i interesujących historii.

Recenzję filmu "Bracia" znajdziecie TUTAJ.


Wojciech Staroń (ur. 1973 r.) – reżyser filmów dokumentalnych („Syberyjska lekcja”, „Argentyńska lekcja”, „Czas trwania”, „Na chwilę”, „Pani Nikifor”), operator filmowy (m.in.. „El Premio” Pauli Markovitch, „Plac Zbawiciela” K. Krauzego, „Jeszcze nie wieczór” Jacka Bławuta).
Nagrody: Grand Prix MFF w Kantonie, Srebrny Niedźwiedź w Berlinie, Srebrny Gołąb na DOK w Lipsku, Złoty Róg na 51. Krakowskim Festiwalu Filmowym.

Małgorzata Staroń - doktor psycholingwistyki (Paryż, Sorbona 2006). nauczyciel języka polskiego na Syberii i w Argentynie; dźwiękowiec i współtwórca filmów Wojciecha Staronia, producent filmów „Argentyńska lekcja”, „El Premio” („Nagroda”), „Sześć” tygodni”, „Bracia”.

Wywiad ukazał się pierwotnie w KINO 2012 r. , nr 9.

czwartek, 27 grudnia 2018

Wojciech Staroń: "Bracia". Przypowieść o pięknie i trudach życia /recenzja filmu/

Wojciech Staroń o miłości, tułaczce, goryczy starości i głębokiej zażyłości w swoim najnowszym filmie dokumentalnym: "Bracia".



Bracia Kułakowscy i Historia


Film dokumentalny Wojciecha Staronia powstawał przez kilka lat, jego bohaterów zaś - Mieczysława i Alfonsa Kułakowskich - poznał jeszcze wcześniej, około dwadzieścia lat temu, podczas swojej pierwszej podróżny na Syberię, która zaowocowała "Syberyjską lekcją". To przykład dokumentu, który utrwala coś więcej, niż tylko to, co można dostrzec "zewnętrznym okiem". Poprzedza go rodzaj głębokiej zażyłości, może nawet przyjaźni z bohaterem. O swoim filmie tak mówili Małgorzata i Wojtek Staroniowie w rozmowie ze mną w 2013 roku:

Wojciech Staroń: To jest film o braterskiej miłości, ale też o goryczy starości, o tułaczce, bo obaj przeżyli Gułag i sowiecką Rosję. Jeden z nich był geologiem, a drugi malarzem pejzaży. Ich marzeniem był powrót do Polski i w 1997 roku osiedlili się na Mazurach jako repatrianci. Mieczysław i Alfons Kułakowscy mają obecnie blisko dziewięćdziesiąt lat. Przyjechali z całym dobytkiem, który, na nieszczęście, spłonął. Poszło z dymem m.in. kilka tysięcy obrazów… To będzie film o ponownym poszukiwaniu swojego miejsca.

Małgorzata Staroń: Jeden z nich miał cztery, a drugi siedem lat, gdy zostali deportowani. Mając ponad siedemdziesiąt lat nauczyli się języka polskiego na nowo. I mówią świetnie! Malarz miał żonę, do której był bardzo przywiązany. Drugi z braci był kawalerem. Oprócz zawodu kartografa, był tym, który wykonywał wszystkie praktyczne czynności. Malarz cały czas się rozwija, poznaje nowych ludzi, podczas gdy kartograf już się spełnił…

Wojciech Staroń: Przede wszystkim będzie to film o ich obecnym życiu, choć historia braci również się w nim pojawi. Opowiadam o ich relacjach, o tym, że każdy jest inny, bo jeden jest bardzo pragmatyczny, a drugi żyje z głową w chmurach. Pokazuję, jak się wspierają całe życie, spierają, niszczą i odbudowują…


Bracia w reż. Wojciecha Staronia

Przypowieść o pięknie i trudach życia

Zanim jednak dokument został zmontowany, zmieniały się koncepcje opowiedzenia tej historii. Ostatecznie powstała wydestylowana kameralna opowieść, obywająca się niemal bez słów, a jednak gęsta obrazami i niosąca wiele istotnych refleksji: o trwałości więzi, jedności przeciwieństw, o sile życia i jego pięknie, także w starości. Mimo niezwykłości losów braci Kołakowskich, każdy może się w tym filmie przejrzeć i odnieść go do siebie. A przy tym historia ta jest pięknie wizualnie opowiedziana.

Kamera jest zawsze blisko bohatera - przeważają wielkie plany, bo - może to truizm, ale - najwięcej można wyczytać z twarzy i oczu bohaterów. Uderzające, jak w zestawieniu z utrwalonymi na taśmie filmowej przed laty są to twarze piękne, które odbijają charakter postaci, to, czego wcześniej nie było widać. Białe włosy, brody jak u proroków, melancholijne spojrzenie niebieskich oczu...

Młodszy - Alfons jest wyższy, szczuplejszy i ruchliwy, starszy - Mieczysław jest niższy, tęższy i bardziej bierny. Atakowany przez brata i mobilizowany do wysiłku, odpowiada z sarkazmem i niechęcią. Pogodził się już z faktem powolnego odchodzenia i właściwie denerwuje go "nadpobudliwość" brata. Jednak ulega jego perswazji i mimo niechęci wychodzi na wspólne spacery. Z czasem role się odmieniają: już nie starszy opiekuje się młodszym, ale odwrotnie. Z wielką cierpliwością, tak do niego niepodobną, Alfons ubiera starszego brata, gdy ten staje się coraz bardziej niesprawny. Towarzyszy mu także podczas hospitalizacji. Rozmowy między braćmi są rzadkie, ale widać, że porozumiewają się najczęściej bez słów, że są one po prostu zbędne. Reżyser wydaje się być właściwie nieobecny i to jego dyskretne towarzyszenie braciom, przy jednoczesnym byciu z nimi także w trudnych momentach - jest znakiem rozpoznawczym Wojciecha Staronia, który zawsze patrzy na swoich bohaterów czule i z miłością. Scenom towarzyszy często delikatny humor, jak choćby ubieranie skarpetek przy użyciu "narzędzi pomocniczych" albo rozmowa o wielbłądach przy łóżku chorego.

Alfons i Mieczysław Kołakowscy z Małgosią i Wojtkiem Staroniami

Film jak ludzka pamięć 

Bracia znajdują się  najczęściej w charakterystycznym dla siebie anturażu: w domu pełnym obrazów oraz w plenerach, które z taką pasją maluje Alfons. Mało tego, kadry filmu stają się także w pewnym momencie malarskie: wysadzana drzewami droga służy kontemplacji, przestaje być tłem dla bohaterów. Zaczynamy, podobnie jak reżyser, patrzeć na świat oczami bohaterów. Również użyte w filmie materiały archiwalne zostały twórczo wykorzystane. Na początku, gdy starszy z braci ogląda w telewizji defiladę, stanowią rodzaj odniesienia do jego biografii, Mieczysław bowiem był w młodości operatorem i na zlecenie wojska filmował takie właśnie uroczystości. Kiedy indziej obraz ćwiczącego nad rzeką, blisko dziewięćdziesięcioletniego Alfonsa uzupełnia nagranie archiwalne, na którym widzimy go jako młodego akrobatę i już wcale nas nie dziwi ten jego stosunek do ćwiczeń fizycznych. Widzimy w tym jakąś naturalną konsekwencję.

Ale prawdziwe mistrzostwo stanowią fragmenty starych ujęć filmowych, które czas naruszył i obraz "rozmywa się" na naszych oczach, jak owe freski w "Rzymie" Felliniego. Można by uznać, że są to obrazy ludzkiej pamięci - coraz bardziej wypełniają ją luki, pozostają jedynie strzępy tego, co wydarzyło się kiedyś. Alfons z młodzieńczą pasją utrwalający otaczające go krajobrazy, staje się symbolem artysty, który wprawdzie przemija, ale pozostawia jednak po sobie obrazy rzeczywistości równie ulotnej, jak ludzkie życie...

"Bracia" Wojtka Staronia są filmem słodko-gorzkim, który na długo pozostaje pod powieką.

trailer filmy "Bracia" Wojciecha Staronia

Z Martą Niedźwiecką o „Burzach namiętności” podczas tegorocznego Festiwalu Wratislavia Cantans /wywiad/

O koncercie laureatów 50. Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej, organizowanego przez NFM i Akademię Muzyczną im. Karola Lipiń...

Popularne posty