Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apokalipsa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apokalipsa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 sierpnia 2020

Motyw apokalipsy w twórczości polskich poetów

Polscy poeci współcześni nawiązują do Apokalipsy św. Jana tworząc  własne, odmienne  wizje końca świata. Ich wyobrażenia noszą piętno doświadczeń ich twórców, mają też odmienne od pierwowzoru przesłanie.

Albrecht Dürer, Św. Jan i 24 starców w niebie

     O tym, że ludzkość od dawna interesowały zagadnienia początku i końca świata, świadczą najstarsze teksty, do których należą: Stary i Nowy Testament. Najbardziej znaną wizję końca świata znajdziemy w Apokalipsie Św. Jana.  Należy jednak pamiętać, że próby wyjaśnienia, jak będzie wyglądał koniec świata, odnajdziemy również w księgach Starego Testamentu. np. w Księdze Daniela, Księdze Baruha, a także w utworach apokryficznych, np.  wyroczni Sybilii, psalmach Salomona czy tzw. Apokalipsie Abrahama. Apokaliptyczny charakter mają też niektóre fragmenty Nowego Testamentu np. Ewangelia wg Św. Marka (13: 24-26, 14:61-62) czy  Listy Św. Pawła. ( I i II do Koryntian (2:6-8; 12:2-4).

Samo słowo „apokalipsa” pochodzi od greckiego apokalipsis tzn. odsłaniam to, co ukryte i oznacza objawienie przez Boga tajemnic za pośrednictwem wybranego proroka.
Dzięki popularności tego motywu, powstał gatunek piśmiennictwa narracyjnego objaśniającego ukrytą przyszłość za pomocą zagadkowych symboli. Nosi on nazwę apokalipsy.
Jako rodzaj literacki apokalipsa oddziałuje przede wszystkim na literaturę o charakterze katastroficznym i mistycznym.

Głównym tematem piśmiennictwa apokaliptycznego są wizje Sądu Ostatecznego. Najważniejszym źródłem obrazów końca świata jest dla literatury Apokalipsa Św. Jana. Jej treścią jest ciąg wizji, których doznał Jan. Szczególną rolę należy przypisać symbolom Apokalipsy, w tym symbolice cyfr. Wśród nich podkreśla się szczególną rolę liczby siedem. Od niej pochodzą charakterystyczne znaki i symbole. Należą do nich: Wizja tronu i Baranka otwierającego kolejnych siedem pieczęci, znak Niewiasty, Smoka i aniołów z siedmioma plagami, czterech jeźdźców apokalipsy, Archanioł Michał walczący ze Smokiem, a także siedmiogłowa bestia. Siedem jest cyfrą oznaczającą doskonałość i pełnię.

Albrecht Dürer, Wizja Chrystusa i siedmiu świeczników/Wikipedia

W epoce romantyzmu Apokalipsę Św. Jana uważano za wzorcowe dzieło sztuki, zwłaszcza poezji. Romantyczna koncepcja poety – kapłana i proroka, będącego pośrednikiem między człowiekiem a Bogiem, została sformułowana przez niemieckich filozofów. Wyznaczała także status polskiego poety romantycznego i charakter jego wyobraźni. Jej ślady odnajdziemy w: „Nie-Boskiej komedii” Zygmunta Krasińskiego, w twórczości Adama Mickiewicza w młodzieńczym „Hymnie na dzień Zwiastowania”, a także w „Widzeniu” ks. Piotra w III cz. „Dziadów” czy w Prologu „Kordiana” Juliusza Słowackiego.  W nawiązującej do romantyzmu epoce Młodej Polski powróciły katastroficzne wizje końca świata. Najbardziej  znaną jest hymn Jana Kasprowicza „Dies irae”.
W późniejszych epokach II wojna światowa widziana jest przez poetów jako „apokalipsa spełniona”.  Wśród nich wyróżnia się twórczość Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, autora m. in. „Czterech Jeźdźców Apokalipsy” i „Sądu Ostatecznego”.

Również literatura współczesna nie jest wolna od wątków apokaliptycznych. Pojawiają się one w literackich utopiach i antyutopiach np. w twórczości Herberta George’a Wellsa i George’a Orwella, których utwory są chętnie przenoszone na ekran, co dowodziłoby aktualności problematyki.
Wizje końca świata pojawiają się również we współczesnej literaturze polskiej. Najbardziej znanym utworem nawiązującym już w tytule do tego motywu jest „Mała apokalipsa” Tadeusza Konwickiego. Motyw apokalipsy pojawił się także w twórczości Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, w opowiadaniach „Drugie przyjście”, „Pożar w Kaplicy Sykstyńskiej” czy „Jubileusz”.


Przeciwko katastroficznym wizjom


Wiersz Czesława Miłosza o charakterystycznym tytule „Piosenka o końcu świata” pochodzi z wydanego tuż po wojnie tomu poezji "Ocalenie", ale napisany został podczas wojny. Możemy więc domyślać się, że temat końca świata został sprowokowany przez przeżycia wojenne autora.
Wizja Miłosza nie przypomina jednak wcale jego biblijnego pierwowzoru. Już sam tytuł jest rodzajem prowokacji. Piosenka kojarzy się z czymś zwykłym i banalnym, niepasującym do poważnego i dramatycznego tematu końca świata. Poeta tymczasem przedstawia ów dzień, który wygląda jak każdy inny. Ludzie pracują, ptaki i owady, a także ryby morskie wykonują odwieczne te same czynności i tylko obraz węża może kojarzyć się z jego biblijnym przodkiem.
Poszczególne obrazy nie zawierają żadnych znaków. Obserwujemy zwykłe sceny obyczajowe: kobiety idą pod parasolami, sprzedawcy warzyw się nawołują, a pijak zasypia na skraju trawnika.
Przywołując postać proroka, podmiot mówiący przekornie oświadcza, że nie jest on prorokiem „bo ma inne zajęcia”. Ów prorok-nie-prorok  powtarza zresztą dwukrotnie, że innego końca świata nie będzie.
Utwór Miłosza nie poddaje się jednoznacznej interpretacji. Mądrość życia polega, jego zdaniem, na świadomości śmierci. Jednocześnie odrzuca wizję Św. Jana jako nieprawdziwą. Koniec świata w jego interpretacji dziejów – człowieka doświadczonego przez wojnę - dokonuje się bez znaków, patosu, wielkich wizji i bez pocieszenia.

Kosmiczna i prywatna eschatologia jako triumf totalitaryzmu w wierszu Zbigniewa Herberta „U wrót doliny”


        Inaczej wyobraża sobie koniec świata Zbigniew Herbert. Jego wiersz zatytułowany „U wrót doliny” wyrasta nie tyle z przeżyć wojennych, co raczej z doświadczenia totalitaryzmu.
W utworze tym  odnajdziemy nawiązania do Apokalipsy Św. Jana już na początku. Deszcz spadających gwiazd i łąka popiołów są metaforami, które mają wyraźny związek z wizjami Św. Jana. Jednocześnie roztacza on przed nami obraz, w którym „pod strażą aniołów” nieliczni ocaleni są pędzeni na Sąd Ostateczny. Ludzie ci przypominają „beczące stado dwunogów”, co jest ironicznym nawiązaniem do motywu Dobrego Pasterza i jego owiec. 
    Część tego wiersza ma charakter reportażu, w którym beznamiętnie opowiada się o rozgrywających się tutaj dantejskich scenach. Za pomocą licznych metafor, które oddają grozę tej sytuacji, np. świst eksplozji, świst ciszy, opowiada się nam o bezwzględnym odłączaniu od siebie ludzi i istot sobie bliskich. Wbrew temu bowiem, czego nauczają ewangeliści, „będziemy zbawieni pojedynczo”. Obraz ten przypomina raczej transport do obozu pracy, w którym rolę strażników więziennych pełnią aniołowie stróże. 
   Herbert korzysta także z innych środków wyrazu przypominających swoją poetyką film. Są to mikroscenki przedstawiające intymne dramaty, np. rozstanie wieloletniego małżeństwa, staruszki z jej ulubionym kanarkiem, a nawet drwala z jego narzędziem pracy. Okazuje się, że trzeba wyzbyć się wszystkiego. Są i tacy, którzy nadaremne próbują przemycić drogie im pamiątki, ale nie udaje im się to.
Na koniec, posługując się cytatem z Ewangelii,  nazywa Herbert Sąd Ostateczny „ostatecznym podziałem” na zgrzytających zębami i śpiewających psalmy.

Obydwaj poeci pod wpływem doświadczenia wojny, okupacji, totalitaryzmów, utracili wiarę w naturalny sprawiedliwy porządek rzeczy, a tym samym w obietnicę zawarte w Biblii, a w szczególności w Apokalipsie, mówiące o tym, że koniec świata będzie w istocie końcem śmierci i zła i że „Bóg otrze każdą łzę, a śmierci już nie będzie”. Ich apokalipsa nie ma ani wspaniałych wizji, ani nie niesie pociechy.


Groteskowe obrazy apokaliptyczne w "Końcu świata" Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego


      Odmienną od zaprezentowanej w wierszach Miłosza i Herberta wizję końca świata przedstawia Konstanty Ildefons Gałczyński w utworze, który powstał jeszcze przed drugą wojną światową - w 1922 r. Nie jest on więc obciążony doświadczeniami drugiej wojny i totalitaryzmu.
Ujęcie tematu ma charakter typowy dla Gałczyńskiego, tzn. żartobliwy i groteskowy. Groteska przejawia się tutaj w zderzeniu poważnej treści z żartobliwą formą. Zarówno tytuł, jak i motto, mają taki właśnie charakter. Podtytuł „Wizje Świętego Ildefonsa” są informacją, że nie należy traktować utworu zbyt serio, ponieważ nie ma takiego świętego, po drugie nie ma nawet takiego imienia. Gałczyński przybrał je prowokacyjnie i używał jako rodzaj żartu. Również motto i dedykacja są wymieszaniem powagi z żartem. Cytaty zapowiadające koniec świata po łacinie mieszają się tutaj z określeniami w rodzaju „trąby powietrznej w kwiecie wieku”.

        Akcja rozgrywa się we Włoszech, w Bolonii, gdzie pracownicy akademii o wymyślnych imionach w rodzaju Pandafilanda, zapowiadają koniec świata. W efekcie wszyscy wpadają w panikę. Dzieją się rozmaite znaki, nie mające jednak nic wspólnego z Apokalipsą Św. Jana, np. pękają lustra, co zdaniem narratora jest karą za grzechy.
Zagłada postępuje, wszystko się rozpada: teatry, sklepy, cyrki, ubikacje. Tymczasem ludzie postanowili zaprotestować przeciwko temu i tłum ruszył w pochodzie. Nie był to jednak pochód zwyczajny ale – jak to u Gałczyńskiego – „anarchiści niosący piekielne maszyny szli obok masonów, marksistów, rewolucjonistów i kukluksklanów”.
W pewnym momencie następują wprost nawiązania do Apokalipsy Św. Jana, ale z użyciem kolokwializmów: „Kosmiczna zaczęła się chryja z całą straszliwą atmosferą. Vide Święty Jan – apokalipsa – Patmos”. Na koniec „świat jak łódź bez steru, jak potworny kadłub Tytanika zatonął w odmętach eteru”.
Ostatecznie okazuje się, że wszystko to „sługa boży Ildefons słyszał przez telefon” i zapisał jako swoją księgę apokalipsy.

      Jak widać z przytoczonych przykładów, polscy poeci współcześni nawiązują do Apokalipsy św. Jana tworząc  własne, odmienne  wizje końca świata.
Czesław Miłosz w „Piosence o końcu świata” wyobraża go sobie – w opozycji do Apokalipsy św. Jana - bez znaków i dramatycznych zapowiedzi, ale jako proces, który „staje się już”.
Zbigniew Herbert nadaje wydarzeniom reporterski ton i przedstawia je na podobieństwo doświadczeń pokolenia, które zaznało okrucieństwa totalitaryzmu.
     Można też temat Apokalipsy i końca świata potraktować z dystansem i na wesoło, bawiąc się słowami, obrazami, mieszając realizm z fantazją, jak to robi Konstanty Ildefons Gałczyński. Jego apokalipsa przypomina bardziej groteskowo-satyryczny kabaret niż koniec świata.
Wszystkie te wyobrażenia końca świata noszą piętno doświadczeń ich twórców, mają też odmienne od pierwowzoru przesłanie.


środa, 27 grudnia 2017

Apocalypsis cum figuris: Drzeworyty Albrechta Dürera ze zbiorów Muzeum Narodowego w Gdańsku

Pełny cykl 15 drzeworytów Albrechta Dürera  można było oglądać do 2 października 2016 r. w gdańskim Muzeum Narodowym. Wśród prezentowanych prac znajduje się także słynna grafika przedstawiająca czterech jeźdźców Apokalipsy.

Dürer, Apocalypse


Od 3 sierpnia do 2 października zaprezentowano w Muzeum Narodowym w Gdańsku wystawę słynnego cyklu drzeworytów Albrechta Dürera: ”Apokalypsis cum figuris”. To już trzecia ekspozycja prezentowana w ramach cyklu ”Między słowami”, w ramach którego demonstrowane są ryciny i rysunki wybitnych artystów różnych epok, będące ilustracjami do wydawnictw literackich i muzycznych.
”Apokalipsa” Albrechta Dürera ze zbiorów Muzeum Narodowego w Gdańsku prezentowana jest w całości po raz pierwszy. Wszystkie eksponowane ryciny są wykonane w warsztacie Dürera. Wskazuje na to papier oraz znaki wodne, jakimi je opatrzono.

Wstrząsnąć ludźmi przed zbliżającym się końcem świata

Bestia z rogami jagnięcia i bestia z siedmioma głowami


Grafiki powstały w okresie przed Reformacją, z jej nabrzmiewającymi w tych czasach konfliktami społecznymi i religijnymi. Miały z jednej strony przemówić do książąt i biskupów, ale też wstrząsnąć wyobraźnią humanistów. To dramatyczne wrzenie i niepokój widoczne są we wspaniałej wizji artysty, który świetnie oddał panujące wówczas nastroje, związane także z przekonaniem o mającym nastąpić końcu świata (zbliżał się rok 1500).

Męczeństwo św. Jana


Pierwszy z wyeksponowanych na wystawie drzeworytów przedstawia męczeństwo św. Jana i jest to jedyna ilustracja, która nie odnosi się bezpośrednio do treści Apokalipsy. Autor Księgi Objawienia miał ponieść śmierć we wrzącym oleju, ale dzięki Boskiej interwencji został ocalony. Wizja, którą otrzymał na wyspie Patmos, dotyczy końca czasów.
Na wystawie znajduje się także słynna rycina przedstawiająca czterech jeźdźców Apokalipsy, którzy tratują wszystko, co napotkają na swej drodze, nie zważając na to, czy mają do czynienia z cesarzem, czy z żebrakiem. Wedle tradycji symbolizują wojnę, zarazę i głód. Czwarty jeździec – Śmierć jedzie za nimi zbierając łupy.

Czterej jeźdźcy Apokalipsy

Jest także pełna ukrytych symbolicznych znaczeń rycina przedstawiająca Niewiastę Apokaliptyczną z siedmiogłowym smokiem (obrazem szatana), którą utożsamia się zazwyczaj z Matką Bożą i Kościołem.

Ostatnia rycina, zatytułowana ”Anioł z kluczem od otchłani” przedstawia dzień pokoju na niebie i ziemi, kiedy to szatan został wtrącony do otchłani przez anioła dzierżącego klucze do niej, zaś powyżej drugi anioł pokazuje św. Janowi Nową Jeruzalem, która na drzeworycie Albrechta Dürera przypomina niemieckie średniowieczne miasteczko. Jego bram strzeże kolejny anioł.

Niewiasta Apokaliptyczna i smok z siedmioma głowami_11

Maluje to nawet, czego odmalować się nie da

Cykl grafik "Apocalypsis cum figuris" stworzył co prawda artysta zaledwie 24-letni, ale w już pełni dojrzały i znajdujący się u szczytu swych możliwości. Erazm z Rotterdamu - przyjaciel malarza - pisał z podziwem:

Maluje to nawet, czego odmalować się nie daje: ogień, promienie światła, pioruny, błyskawice czy nawet – jak mówią – chmury na ścianie, wszelkie odmiany charakteru i uczuć, całą wreszcie duszę człowieka przebijającą z wyglądu ciała, niemalże wreszcie sam głos.

Opublikowane po raz pierwszy w 1498 roku grafiki przedstawiające Apokalipsę św. Jana, przyniosły Dűrerowi  wielką sławę. Zarazem było to pierwsze tak sławne dzieło wykonane w technice drzeworytniczej.  Połączenie słowa objawionego i wizerunku graficznego robiło wrażenie swoją ekspresją i bogactwem znaczeń. A przy tym można było za niewielkie pieniądze stać się posiadaczem tego wspaniałego dzieła, dzięki technice drzeworytniczej, bardzo wówczas  popularnej i łatwo dostępnej. Dodajmy, że Dűrer  jest również autorem innych popularnych cykli drzeworytów: ”Żywot Marii” i ”Wielka Pasja”. Nie mniej wcześniejszy od nich ”Apocalypsis cum figuris” pozostaje jednak dziełem najdoskonalszym.

Apokalipsa – twierdzi znany historyk sztuki Jan Białostockiosiągnęła swój wspaniały ładunek ekspresyjny dzięki połączonemu działaniu rzeczywistości i fantazji. Wizja ukazana jest z niebywałą siłą, ale skontrastowana z rzeczywistym światem, istniejącym w realnej, trójwymiarowej przestrzeni znalazł przekonywujący obrazowy wyraz w dziele Dűrera. Na niebie toczy się walka między duchami, symbolami sił dobrych i złych. Poniżej – cichy pejzaż, zamarły jakby w oczekiwaniu na wynik bitwy. Ale klęski przychodzą i na ziemię. Kolejne drzeworyty pokazują jej dramatyczny przebieg.
Oprócz wizji św. Jana, na niektórych drzeworytach artysta ukazuje średniowieczne miasto, z jego charakterystyczną architekturą.

Anioł z kluczem w otchłani


Wystawę "Między słowami. Albrecht Dűrer (1471–1528). Apocalypsis cum figuris – najwybitniejszy cykl graficzny Europy” można oglądać w Oddziale Sztuki Dawnej Muzeum Narodowego w Gdańsku do 2 października 2016 r. Kuratorkami cyklu wystaw ”Między słowami” są: Alicja Andrzejewska-Zając i Maja Baran.

Hymn na adorację Baranka

Artykuł został opublikowany na portalu Kulturaonline w sierpniu 2016 roku.

czwartek, 5 października 2017

O tęsknocie za transcendencją i tajemnicach ludzkiej duchowości /„Wierszalin. Reportaż o końcu świata”/

Podczas 2. Festiwalu Teatru Nie-Złego w Legnicy, w 2012 roku obejrzałam  dwa spektakle Teatru Wierszalin z Supraśla w powiecie białostockim: „Wierszalin. Reportaż o końcu świata” oraz „Bóg Niżyński”. Historia sekty proroka Ilji w interpretacji Piotra Tomaszuka i aktorów Teatru Wierszalin jest porywającą opowieścią na temat tajemnic ludzkiej duchowości, tęsknoty za prawdą i ładem na tym świecie.

Włodzimierz Pawluczuk, Wierszalin. Reportaż o końcu świata 30 lat później

Wierszalin. Reportaż o końcu świata


Spektakl „Wierszalin. Reportaż o końcu świata”, zrealizowany w 2007 roku, jest – można by rzec – opowieścią założycielską Teatru Wierszalin z Supraśla. Historia sekty religijnej pod przywództwem proroka Ilji jest jednocześnie pretekstem do rozważań na temat ludzkiej duchowości i jej tajemnic, a także metafizycznych źródeł teatru, których jądro tkwi w micie i starej opowieści. Bezpośrednim źródłem inspiracji tego przedstawienia jest kultowa książka Włodzimierza Pawluczuka pod tym samym tytułem, wydana po raz pierwszy w latach 70. ub. wieku. Autor – socjolog, antropolog i religioznawca, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego - opisał w niej historię najliczniejszej sekty religijnej, która powstała na Białostocczyźnie w latach 30. I przetrwała – już bez przywódcy – do lat 80. 

Piotr Tomaszuk, prasowe
Wybierając z książki niedużo, w gruncie rzeczy nie pomijam niczego istotnego – powiedział podczas spotkania z widzami założyciel i reżyser Teatru Wierszalin PiotrTomaszuk. Są wszystkie wątki tej opowieści, które udało się Pawluczukowi spisać. Kiedy zobaczył to przedstawienie, był zachwycony i powiedział, że tak właśnie to sobie wyobrażał”. Cóż to jednak była za historia? Otóż Eliasz Klimowicz, stary i nieuczony chłop, postanowił jeszcze przed I wojną wybudować we wsi Grzybowszczyzna cerkiew. Gdy wybuchła wojna, rozpoczętą cerkiew zburzono, a ludzi wywieziono do Rosji. Po wojnie ludzie wrócili, jeszcze biedniejsi niż przedtem, a mimo to Eliasz zrobił rzecz zupełnie niepojętą: sprzedał pole, aby opłacić koszty pozwolenia i budowy i począł wznosić cerkiew od nowa. Zaczęto organizować kwesty w prawosławnych parafiach i poczęła się rozchodzić wieść, że powstał biblijny prorok Eliasz. Przybywało wyznawców i w swoim rozkwicie sekta liczyła ok. 10 tysięcy ludzi oraz wielu sympatyków, którzy gotowi byli wesprzeć proroka Ilię, wierzyli bowiem w świętość jego posłannictwa. Prorok zaś głosił, że na Grzbowszczyźnie powstanie największe miasto świata – Nowe Jeruzalem, którego centrum stanowić będzie cerkiew. Nazwa nowej stolicy świata – Wierszalin – pochodziła od słowa „wierch”, czyli „szczyt”.

 „Dzieje tego mitu – pisze w swojej książce „Wierszalin. Reportaż o końcu świata. Trzydzieści lat później” Włodzimierz Pawluczuk – są odbiciem dziejów świata w mijającym stuleciu. W micie Wierszalina można było szukać jakiejś prawdy o sobie, o człowieku, o Bogu”.

Historia pewnej sekty

Piotr Tomaszuk przedstawia nam tę historię z charakterystycznym dla siebie humorem, pod którym jednak kryją się ważne myśli i refleksje. Całość spina rodzajem klamry śpiew chóralny, który – jak się okazało – był autentycznym zapisem pieśni śpiewanych przez członków sekty.

Scena ze spektaklu, prasowe
Przed oczami widzów ożywia Tomaszuk tamten świat, przytaczając relacje różnych świadków opisywanych wydarzeń. Jeden z nich, Dorofiejuk, opowiada jak to doświadczył osobiście kilku cudów, m.in. podczas wybierania z jamy kartofli miał widzenie czwartego nieba i bram raju. Twierdził, że taki właśnie napis – rosyjskimi literami – widział podczas swojej duchowej wędrówki i że słyszał archaniołów dmących w srebrne trąby. 

Obraz ten wykorzysta Tomaszuk w zakończeniu przedstawienia, kiedy to wszyscy bohaterowie przechodzą na „tamtą stronę” przez taką właśnie bramę raju, o jakiej mówi Dorofiejuk. Członkowie sekty potępiali chciwych popów, modlili się i odprawiali swoje nabożeństwa. 

Inny świadek i uczestnik wydarzeń – niejaki Daniluk, prawa ręka proroka, który spisywał i drukował wypowiedzi Ilji niczym ewangelista, opowiada o tym, jak wysłał orędzie do redakcji „Gromady – Rolnika Polskiego” i do „Trybuny Ludu”, ale mu nie odpisano, natomiast otrzymał odpowiedź od najwyższych władz Związku Radzieckiego – że będą jego list rozpatrywać… 

scena ze spektaklu, prasowe
W przedstawieniu pojawia się także relacja diaka Marczuka, opowiadającego o nawiedzonej kobiecie, która – rozebrawszy się do naga – wybijała okna domów, wieszcząc Koniec świata!. Uwięziona przez współwyznawców pozostawała przez długi czas bez jedzenia, co z kolei uznano za cud, a ją – za świętą. Wśród świętych i nawiedzonych pojawił się także car Mikołaj II z carycą. Okolicznej ludności nie zmyliło, że rozmawiał po polsku i szył chłopom buty. I tak wiedzieli swoje. 

Prorok Ilja ogłosił nawet koniec świata, ale kiedy się okazało, że ten nie nastąpił, postanowiono go ukrzyżować, aby ponownie zbawić świat. Prorok wprawdzie ukrzyżować się nie dał i stracił w ten sposób część wyznawców, ale kiedy w czasie wojny wkroczyli Rosjanie – wywieźli go i słuch o nim zaginął. Pozostały domysły. Po wojnie grupa wyznawców, którzy wierzyli w boską naturę Klimowicza, gromadziła się na modlitwach i śpiewach w jednej ze zbudowanych przez niego chat aż do lat 80. 

Historia sekty proroka Ilji w interpretacji Piotra Tomaszuka i aktorów Teatru Wierszalin jest porywającą opowieścią na temat tajemnic ludzkiej duchowości, tęsknoty za prawdą i ładem na tym świecie. Jest przedstawieniem, które czerpie soki z takich właśnie historii jak dzieje owego proroka. 

Rafał Gąsowski w scenie spektaklu, prasowe

To jest po prostu rodzaj zakorzenienia, kapitału, który ma każdy człowiek, tylko nie zawsze ma szansę z tego skorzystać – powiedział podczas spotkania w legnickim Teatrze im. H. Modrzejewskiej Piotr Tomaszuk. Ten mit wierszaliński to jest przecież historia jak niewystygła lawa: ona po prostu płynie, bo są ludzie, którzy jeszcze coś pamiętają, którzy tym jeszcze żyją. Każda ich relacja może zmienić bieg tej opowieści.
............................................................................................................................................
Wierszalin. Reportaż o końcu świata” Premiera: 12 maja 2007 r. w Supraślu 
Reżyseria: Piotr Tomaszuk 
Scenografia: Ewelina Pietrowiak 
Muzyka: Piotr Nazaruk 
Obsada: Rafał Gąsowski jako car Mikołaj II, Katarzyna Siergiej jako Olga G., , Ewa Gajewska-Jasińska, Paula Czarnecka, Edyta Łukaszewicz-Lisowska/Katarzyna Grajlich, Dariusz Matys, Karol Smaczny

Recenzja ukazała się pierwotnie 9 czerwca 2012 na portalu PIK Wrocław.

środa, 4 października 2017

Swietłana Wasilenko: "Głuptaska". Opowieść o końcu świata /recenzja książki/

"Głuptaska"Swietłany Wasilenko jest niezwykłą przypowieścią o świętości zbawiającej świat. Obrazowość języka oraz religijna i baśniowa symbolika mieszają się w niej z rzeczywistością państwa totalitarnego.


Wydawnictwo Czarne

Lektura powieści Swietłany Wasilenko "Głuptaska" przypomina oglądanie filmu. To ten typ narracji, który sprawia, że "wyświetlają się" w naszej wyobraźni obrazy - słyszymy i widzimy. Jest to z pewnością cecha wielkiej literatury, choć rozmiarami powieść ta jest bardzo skromna. 

Słyszymy więc na początku skrzypienie huśtawki, na której kołysze się bohaterka. Kołysze się tak, że zdawać by się mogło, że uleci w niebo. Następuje zbliżenie twarzy:

... jej pąsowa ze szczęścia twarz o szalonych wypukłych oczach wzlatuje ponad ziemię i leci ku mnie okropnie prędko (...) Patrzę w jej źrenice, blisko, bliziutko.

Dziewczynka nie jest już Nadźką, staje się Hanną, tą samą, która przybywa do Kapustinego Jaru podczas upalnego lata 193.... roku. Tak oto przenosimy się w inny czas - czas obozów i totalitarnego reżimu. A to znaczy - w czas wielkiego cierpienia. 


Kapustin Jar - miejsce realistyczne i mityczne


Akcja opowieści rozgrywa się bowiem na dwóch płaszczyznach czasowych: podczas tzw. konfliktu kubańskiego, który miał miejsce w 1962 roku oraz w latach 30. ubiegłego wieku. Miejscem akcji jest astrachański Kapustin Jar. W czasach komunizmu było to miasteczko wojskowe, którego celowo nie zaznaczono na mapie. Zarazem jest to "mała ojczyzna" autorki powieści - Swietłany Wasilenko. Kraina doświadczona cierpieniem, a zarazem mająca bogatą historię.

Święta "głuptaska" w totalitarnym piekle


Główna bohaterka nosi znaczące imię - Nadźka (Nadieżda oznacza Nadzieję), a w części powieści, która rozgrywa się w latach 30. występuje jako Hanna. Ponieważ takiego imienia w ogóle w języku rosyjskim nie ma, podkreśla ono jej odmienność i obcość. I w pierwszym, i w drugim przypadku jest to ta sama  osoba - niema, "słaba na umyśle" dziewczynka, jurodiwa - święta. Żyje niejako na pograniczu dwóch światów: wewnętrznego, pełnego dobroci, wrażliwości i współczucia oraz zewnętrznego - z którym komunikuje się śpiewem i krzykiem. Uchodzi za miejscową głuptaskę.

Historia z lat 30. zaczyna się od przybycia dziewczynki do domu dziecka wraz z opiekującą się nią do tej pory ułomną kobietą o niespotykanym imieniu Charyta. Astrachańską wioskę Kapustin Jar zamieszkują wówczas zesłańcy, "wrogowie ludu", którzy w proteście udają, że nie słyszą i nie mówią, a co za tym idzie - nie rozumieją rozkazów.

Narracja powieści jest nie tylko obrazowa, jest także pełna ukrytej symboliki. Dziewczynka i jej opiekunka przybywają podczas burzy piaskowej i nie mogą znaleźć nikogo, kto by wskazał im drogę. Widzą z daleka postać jakby oczekującą, aby im pomóc. Udają się więc w jej kierunku, ale postać okazuje się kamiennym pomnikiem Lenina, którego stopy zanurzone są w klombie pełnym czerwonych tulipanów - niczym we krwi... Potem słyszą dzwonek wędkarski i napotykają miłego chłopca, który niesie srebrne rybki. Uśmiecha się i wskazuje Charycie drogę do domu dziecka, z którego wymknął się w poszukiwaniu pożywienia. Kiedy jednak odwraca się i zdejmuje czapkę, aby obetrzeć spoconą od upału twarz, okazuje się, że ma na głowie wygolony krzyż. W ten sposób strzyże się dzieci w domu dziecka, aby je naznaczyć. Jadą więc za nim - Za żywym krzyżem.... 

Dom dziecka znajduje się w budynku po starej cerkwi i zarządza nim zapiekła komunistka Traktorina Pietrowna, wraz ze stróżem Jegoryczem, którego rolą jest "wychowywanie"... poprzez bicie.

My dla nich z Jegoryczem jesteśmy jak matka i ojciec. I karmimy, i poimy, i bijemy; wszystko jak w rodzinie - rzekła uroczyście Traktorina Pietrowna. W naszej zgodnej radzieckiej, robotniczo - chłopskiej rodzinie!

Ciotka Charyta zaczyna rozumieć, że ratując Hannę przed głodem, naraziła ją na cierpienie i złe traktowanie, ale nie ma już odwrotu. Choć kaleka, jest to jednak osoba silna wiarą, nie boi się konsekwencji swoich czynów. Okazuje serdeczność i dobroć również innym dzieciom, biorąc je w obronę, czym naraża się Traktorinie.

Jest czas wielkanocny. Pragnąc nakarmić wiecznie głodne sieroty, ciotka Charyta udaje się z nimi na bazar i oznajmia ludziom, że Chrystus Zmartwychwstał!  Wówczas wszyscy - niemi i zastraszeni zesłańcy - zaczynają składać sobie życzenia oraz obdarowywać głodne dzieci czym kto może. Mało tego, Charyta swoim zachowaniem przywraca także godność rozpitemu ojcu Wasilijowi uświadamiając mu jego posłannictwo w tych tak trudnych okolicznościach. Drobna, stara i ułomna - przywraca niejako dawny, bosko-ludzki porządek. Chrzci także umierające dzieci, które zapewnia przy tym, że ich życie jest wieczne, bo mają nieśmiertelną duszę. Kończy się to aresztowaniem kobiety, która w tym dramatycznym momencie mówi do Traktoriny, będącej uosobieniem zbrodniczego systemu:

Myśmy ci wszystko oddali: i nasze ciała, i nasze mienie, nasze sprawy i myśli; ojczyznę ci, szatanie, oddaliśmy. Ale duszy nam nie zabierzesz. Odejdź!


Po aresztowaniu Charyty przez NKWD główna bohaterka, Hanna, będzie ciągle uciekać, a jej wędrówka przez kraj ukaże czytelnikowi rzeczywistość, w której pleni się podłość, donosicielstwo, strach i okrucieństwo. Realistyczny obraz przenikają staroruskie baśnie oraz legendy o skarbach i rzecznych księżniczkach. Rzeczywistość historyczna i mityczna splatają się w jedną nierozerwalną całość. Opowieść o astrachańskim wolnym królestwie przeplata się z ewangelicznymi scenami,  w których bohaterka uzdrawia wszystkich chorych i cierpiących.

Stiepan Razin - czytamy - zebrał wszystkich skrzywdzonych ludzi z całej ziemi rosyjskiej i postanowił: Tutaj, w Astrachaniu, będzie cesarstwo nie Zła, ale Dobra. Niewolnym dał wolność, biednym rozdał cały majątek, jaki zdobył, z więzień wypuścił niesprawiedliwie zasądzonych, domom Bogarodzicy - cerkwiom - się pokłonił.

Ta sama postać - już jako Nadźka, głuchoniema, niedorozwinięta dziewczynka - ratuje Kapustin Jar przed zagładą atomową podczas konfliktu kubańskiego. Ona jedna jest do tego zdolna, aby ocalić świat...

Znowu jesteśmy świadkami cudu. Ciężarna Nadźka wznosi się ku niebu, a po chwili rodzi słońce - olbrzymie, czerwone, nowe słońce. Jest ono jak zapowiedź Nowego Jeruzalem w Apokalipsie św. Jana:

Nagle zrozumiałem, że dzisiaj wojny nie będzie, że Nadźka nas uratowała, że nie będzie ataku jądrowego, rakiet... Nie będzie śmierci...!

Rosyjskość i uniwersalizm opowieści


Swietłana Wasilenko zdaje się być kontynuatorką twórczości Fiodora Dostojewskiego. Hanna/Nadźka mogłaby być przecież Sonią Marmieładową w świecie, przed którym pisarz ostrzegał: Jeżeli Boga nie ma, wszystko jest dozwolone... Zarazem jednak powieść ma uniwersalny wymiar, zrozumiały pod każdą szerokością geograficzną, ukazuje bowiem wędrówkę bohaterki z Domu w Świat i jej powrót, aby ocalić Dom przed zagładą.

Poetycki język narracji


Powieść, choć skromna rozmiarami, zawiera nie tylko istotne i głęboko poruszające treści. Trafia do wyobraźni i wrażliwości czytelnika również dzięki obrazowemu, poetyckiemu językowi. Pisarka snuje opowieść o sprawach tragicznych i smutnych z perspektywy dziecka, trochę tak, jak opowiada się baśń (a czyż baśnie Braci Grimm nie są okrutne?). Posługuje się przy tym językiem filmowym, obrazowym, tak bliskim współczesnemu człowiekowi. Jeśli ktoś pamięta "Labirynt fauna" (a tego filmu nie da się zapomnieć), z pewnością zrozumie, co mam na myśli. Jednocześnie pozostaje wrażliwą na słowo poetką. 
Książka Swietłany Wasilenko to wspaniała opowieść, do której można i trzeba powracać, jak do każdej wielkiej literatury.

"Głuptaska" Swietłany Wasilenko ukazała się w Wydawnictwie Czarne, w tłumaczeniu Jerzego Czecha.

Recenzja ukazała się na portalu Kulturaonline w 2015 r. w związku ze sceniczną wersją "Głuptaski" w reż. Jerzego Bielunasa.

Z Martą Niedźwiecką o „Burzach namiętności” podczas tegorocznego Festiwalu Wratislavia Cantans /wywiad/

O koncercie laureatów 50. Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej, organizowanego przez NFM i Akademię Muzyczną im. Karola Lipiń...

Popularne posty