Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Herbich. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Herbich. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 października 2019

Anna Herbich o "Dziewczynach sprawiedliwych" /recenzja książki/

We wrześniu tego roku ukazała się kolejna książka Anny Herbich z serii "Prawdziwe historie", popularyzującej historię przez pryzmat losów polskich kobiet. Tym razem pisarka podejmuje temat ratowania Żydów, w czym niebagatelny udział miały właśnie Polki. Choć może zabrzmi to patetycznie, ale dzięki tej serii książek kobiety odzykały należne miejsce w Historii będącej jeszcze do niedawna opowieścią o męskich bohaterach.


Mój egzemplarz książki Anny Herbich "Dziewczyny sprawiedliwe"

Parę lat temu, w 2014 roku,  sięgnęłam po pierwszą z tej serii książkę, zatytułowaną "Dziewczyny z Powstania" i porwała mnie wówczas nowa, zupiełnie inna perspektywa narracji. Co więcej, opowieść, a właściwie: opowieści żyjących jeszcze bohaterek okazały się fascynujące przez to, że były relacjami świadków, a nie suchą, pozbawioną emocji opowieścią o historycznych wydarzeniach. Poza tym kobiety nie wstydziły się mówić o swoich emocjach - to były, mimo upływu lat - "gorące" historie.

Rok później, na fali popularności tamtej, ukazała się kolejna opowieść - tym razem o "Dziewczynach z Syberii", po którą sięgnęłam również z osobistych powodów: zarówno moja Mama, jak i Babcia, były takimi "dziewczynami". Mama, podobnie zresztą jak Dziadek, nie lubiła o tym mówić, zaś Babcia snuła opowieści, których nie zapisałam, bo ciągle mi się wydawało, że zdążę... Nie zdążyłam. Tym chętniej więc sięgnęłam po tę relację - żeby lepiej zrozumieć, co przeżyły. Książka okazała się równie pasjonująca, co poprzednia.

Po "Dziewczyny z Wołynia" sięgnęłam po wstrząsającym filmie Wojciecha Smarzowskiego: "Wołyń", choć wyznam, że bałam się tych opowieści. Jednak i one okazały się pasjonujące, a ich bohaterki godne podziwu i zapamiętania.

Ostatecznie, kiedy ukazał się kolejny tom z tej serii - tym razem poświęcony Polkom, które ratowały Żydów, po prostu nie mogłam po niego nie sięgnąć. Tym razem Anna Herbich wybrała spośród tysięcy Polek te, które znajdowały się na liście Sprawiedliwych wśród Narodów Świata i intensywniej od innych działały jeszcze społecznie, mimo podeszłego wieku. Siedem niezwykłych kobiet, których opowieści nie pozwalają się czytelnikowi ani na chwilę oderwać od lektury. No, chyba tylko na chwilę, aby osuszyć łzy :-) Tak, tak, to bardzo poruszające historie!

Za wyjątkiem jednej, każda z nich zaczyna się od dramatycznego wydarzenia, które zmienia diametralnie losy bohaterek - wówczas będących dziećmi albo co najwyżej podlotkami. Giną najbliżsi, którzy płacą najwyższą cenę za ukrywanie Żydów - często sąsiadów, znajomych, ale bywa też, że zupełnie obcych ludzi, których dramat nie pozwala przejść obojętnie i budzi współczucie. Równolegle z tymi opowieściami dowiadujemy się, jak wyglądało życie przed wojną - w jaki sposób Polacy różnych wyznań współegzystowali. Autorka wprowadza nas nieśpiesznie w ten świat, który już nie istnieje, bo umarł wraz z milionami istnień, które faszyzm skazał na zagładę. Stajemy się  świadkami strasznych epizodów, w których giną ludzie, także małe dzieci. Ale autorka pokazuje także sceny, które ukazują ludzką solidarność, wbrew instynktowi samozachowawczemu, a także tęsknotę za życiem, w którym istnieje piękno i dobro. Już w pierwszej opowieści natrafimy na taką scenę, w której przechowywany przez polską rodzinę skrzypek - uciekinier z warszawsiego getta - gra "Czardasza" Vittorio Montiego:

"Grał z przymkniętymi oczami, a naszą izbę wypełniała piękna muzyka - wspomina Jadwiga, córka leśniczego. Jak z innego świata. Nagle zniknęła okupacja, wojna i Holokaust. Tylko te piękne, harmonijne dźwięki. My, dzieci, stałyśmy z rozdziawionymi buziami. Mama też była pod wielkim wrażeniem".

Dodajmy, że po wojnie Jadwiga i jej brat zostali muzykami.

Piękne momenty były jednak rzadkością. Herbich opisuje, ile trudu kosztowało wielomiesięczne, a czasem wieloletnie ukrywanie Żydów. Strach przed szmalcownikami, głód, a wreszcie problemy wynikające z faktu przebywania wielu osób w niewielkiej przestrzeni, pozwala zrozumieć, jakie to wszystko było trudne. To był heroizm codzienności, nieatrakcyjny, chciałoby się rzec: nieliteracki. A jednak znosili wszystko, ponieważ obowiązywały pewne mocne zasady moralne, w których się wzrastało. Zdarzały się także przyjaźnie, miłości...

Wszystkie opowiedziane w książce historie są ważne i pasjonujące, ale mnie najbardziej porwała opowieść pani Władysławy z Lublina. To bardzo dramatyczna i słodko-gorzka opowieść o żydowskiej dziewczynce imieniem Róża, którą uratowała matka bohaterki. Obie - pani Władysława i jej mama - pokochały to dziecko z wzajemnością  i kiedy po wojnie zgłosił się po nią jej stryj, miały dylemat, czy je oddać. Ponieważ był to jedyny żyjący krewny, a w dodatku zapewniał, że Różę wyśle do Ameryki i będzie kształcił, toteż matka z bólem serca zgodziła się na to - dla dobra dziewczynki (sama była zbyt biedna, aby dać jej gruntowne wykształcenie). Rozstanie było dramatyczne i słuch o dziewczynce zaginął na wiele lat. Co się stało potem? Tego nie zdradzę. Przeczytajcie sami, a dowiecie się :-)

Książka Anny Herbich "Dziewczyny sprawiedliwe. Polki, które ratowały Żydów" ukazała się we wrześniu 2019 roku w Wydawnictwie Znak Horyzont.

 

środa, 5 września 2018

Anna Herbich: Dziewczyny z Syberii /recenzja książki/

Podobnie, jak w pozostałych książkach z tego cyklu, autorka wybrała swoje rozmówczynie i spisała ich historie. Jednak słowo "spisała" jest w tym wypadku absolutnie nieadekwatne, bo talent narracyjny Herbich niesie te historie w taki sposób, że trudno się od nich oderwać. Pełne dramatyzmu, obrazowe - rozwijają się niejako na naszych oczach niby film, angażując wyobraźnię i emocje. 

Mój egzemplarz książki
Mogłabym żartobliwie wyznać, że książki Anny Herbich do tego stopnia weszły mi w krew, że muszę po nie regularnie sięgać. Po Dziewczynach z Powstania przeczytałam Dziewczyny z Wołynia, ostatnio zaś pochłonęły mnie Dziewczyny z Syberii. Ta ostatnia lektura - trochę z moralnego obowiązku: moi ukochani Dziadkowie i Mama także byli tam zesłani, a ja nigdy ich wspomnień (rzadkich i niechętnych) nie spisałam... Ta lektura daje mi wyobrażenie, co przeszli. Anna Herbich dedykowała swoją książkę cioci, która wiele wycierpiała, a w końcu umarła na tyfus w Teheranie.  

Podobnie, jak w pozostałych książkach z tego cyklu, autorka wybrała swoje rozmówczynie i spisała ich historie. Jednak słowo "spisała" jest w tym wypadku absolutnie nieadekwatne, bo talent narracyjny Herbich niesie te historie w taki sposób, że trudno się od nich oderwać. Pełne dramatyzmu, obrazowe - rozwijają się niejako na naszych oczach niby film, angażując wyobraźnię i emocje.

Historia Grażyny Jonkajtys-Luby rozpoczyna się od... spotkania z syberyjskimi wilkami, które młoda kobieta heroicznie przepędza. Ale zaraz potem następuje kolejna scena, z której wynika, że ludzie potrafią być gorsi od wilków - bardziej niebezpieczni.

Janina Kwiatkowska z domu Szrodecka, lata 50. Wróciła do zniszczonej wojną
komunistycznej Polski. Jej rodzinny dom zamieniono na PGR. Wkrótce przeniosła się do
Białegostoku, gdzie zdała maturę i rozpoczęła studia medyczne. fot./skan

Bohaterki Anny Herbich to niezwykłe, nieprzeciętne kobiety. Na Syberię trafiają zarówno jako dzieci inteligenckich lub wojskowych rodzin, a więc polskich elit, ale również dlatego, że były sanitariuszkami, walczyły w AK. Wszystkie wyniosły z domu patriotyczne wartości i wiarę. Grażyna Jonkajtys wspomina, że bez względu na to, ile razy rodzina zmieniała na Syberii miejsce pobytu, tylekroć wieszała na ścianach krzyż, Matkę Boską Częstochowską i orła w koronie na kawałku jedwabiu. Z chleba robiłyśmy różańce - opowiada inna dziewczyna z Syberii, Weronika Sebastianowicz. Trwało to bardzo długo, bo chleba dostawałyśmy śmieszne ilości. Nigdy wcześniej i nigdy później nie modliłam się tak żarliwie. Wielokrotnie ocierały się o śmierć.

Kobiety opisują swoją gehennę w więzieniach,gdzie bito je, torturowano, zasadzano we wspólnych celach ze zdegenerowanymi sowieckimi złodziejkami, morderczyniami i prostytutkami, gdzie panował wszechobecny brud, dokuczały pluskwy i wszy. A potem były obozy pracy, mróz i głód. Jedna z nich, Stefania Szantyr-Powolna opowiada, jak to przyszło jej spędzić Wigilię w karcerze w towarzystwie... szczura. Przemarznięta i pełna obrzydzenia najpierw znieruchomiała ze strachu i obrzydzenia, ale potem ... zaczęła śpiewać kolędy. Szczur znieruchomiał, jakby słuchał i nie był agresywny. Kiedy po dziesięciu dniach wróciła do celi i opowiedziała koleżankom, co się jej przytrafiło, te nie mogły wyjść z podziwu i zdumienia, bo szczury nocami rzucały się na ludzi. W końcu doszły do wniosku, że życie uratowało jej to, że śpiewała gryzoniowi kolędy, a rosyjskie szczury są, widać, muzykalne. Tak, nie brakuje w tej książce także anegdot.

Danuta Kamieniecka z domu Waszczuk (w środku) z rodzicami, 1928 /skan

Bohaterki tej znakomitej książki opowiadają też o swoim życiu przed wojną - także o miastach, które wówczas były naszą dumą: o Lwowie, Wilnie, Warszawie... Byliśmy prawdziwymi Europejczykami. Z fotografii spoglądają twarze kobiet i mężczyzn (rodziców bohaterek) w towarzystwie dzieci lub całej rodziny. Uderzają szlachetne rysy twarzy, elegancja tych kobiet.

Dowiadujemy się także o ich trudnych, często skomplikowanych powrotach. Albo o emigracji. Wspomniana pani Weronika Sebastianowicz postanowiła zostać w swoim mieście, które stało się częścią Białorusi, gdzie Polacy nadal  traktowani są źle, Chociaż mam osiemdziesiąt cztery lata - mówi - nie składam broni. Walczę. Mam tyle energii, jest tyle do zrobienia. Polska jeszcze kiedyś nam podziękuje, że wytrwaliśmy na Kresach - dodaje - że kultywujemy tu naszą kulturę i wiarę.

Inne, jak Natalia Zarzycka, znalazły w Workucie swoją miłość. Tak, zdarzały się w tym nieludzkim świecie śluby "w stylu syberyjskim", jak to określa bohaterka tej historii:

Mama przywiozła ze sobą dwie ogromne walizy. W jednej był materiał na suknię ślubną - koleżanki uszyły mi ją w ciągu jednego dnia. Była długa, aż do ziemi. Piękna. Niesamowita odmiana po kilku latach łażenia w obozowych waciakach. Wreszcie znowu poczułam się jak kobieta.


Natalia i Olgierd spotkali się pod koniec grudnia 1955 roku, a już 12 lutego 1956 roku
stanęli na ślubnym kobiercu. Na zdjęciu para młoda w dniu ślubu./skan

W końcu niektóre, jak Natalia,  wracają do kraju i zaczynają nowe życie w siermiężnej, komunistycznej Polsce. Inne, m.in. Danuta Hewanicka, wędrują z armią Andersa przez egzotyczne kraje: Persję, Irak, Afrykę... Służą w wojsku, a jednocześnie uczą się, zdają matury, próbują studiować.Trafiają do Włoch, a potem osiedlają się w Anglii. Kiedy Danuta przyjeżdża do kraju w 1960 roku, przeżywa szok:

Kto nie widział Warszawy przed wojną, ten nie zna tego miasta. To była piękna, europejska metropolia. Paryż Północy. Miasta, które zobaczyliśmy, nie byłam w stanie rozpoznać. Podobnie było z całą Polską. Szara, smutna, komunistyczna. (...) To był już inny świat - opowiada.

Podobnie mówi o Lwowie pani Barbara Litwiniuk z domu Böhm, która została aresztowana za odmowę przyjęcia sowieckiego paszportu. Potem było zesłanie i gorzki powrót. Barbara jako jedyna z rozmówczyń Anny Herbich wracała do Polski nie bydlęcymi wagonami, ale... sleepingiem. Kiedy nocowała na podłodze ambasady polskiej w Moskwie w oczekiwaniu na transport, spotkała rodzinę Jerzego Putramenta. Jego siostry opowiadały o ... cudownych przygodach, które przeżyły na Uralu. O głodzie i poniewierce nic im nie było wiadomo...

Prawdziwym triumfem był dla mnie rok 1989 - opowiada pani Barbara. To, że Polska odzyskała wolność, a ten straszliwy system, który tak skrzywdził moją rodzinę, przeszedł do historii. Sowieci zamordowali mi brata i ojca, dręczyli mnie w więzieniu, deportowali nas na stepy Kazachstanu... Coś takiego nie da się wymazać z pamięci.

....................................................................................................................................

Dziadkowie Waleria i Ignacy Deniszczuk z dziećmi: od lewej - Józef, Narcyza, Zdzisław, Ryszard,
Stanisławów, ok. 1933 r.

A ja dodam, że ani mój zmarły w 1978 roku Dziadek Ignacy, ani Babcia Waleria, która odeszła w ponurym okresie stanu wojennego, w 1983 roku, takiego szczęścia nie mieli. Pozostawili swój, wzniesiony z takim trudem i kosztem wielu wyrzeczeń, dom w Stanisławowie. Zamieszkali w poniemieckim bloku na przedmieściach Świdnicy, w którym ja się urodziłam. Wyrzuceni ze znajomych miejsc, pozbawieni korzeni, potrafili jednak cieszyć się tym, że przeżyli zesłanie. Niezmiernie rzadko narzekali, trzymając się razem z resztą rodziny i - przede wszystkim - głęboko wierząc. Tylko Mama jakoś nigdy nie mogła się z tym pogodzić - do końca pozostał Jej uraz i gniew.

Książka Anny Herbich: "Dziewczyny z Syberii" ukazała się w 2015 roku w Wydawnictwie Znak Horyzont.


poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Anna Herbich: Dziewczyny z Wołynia /recenzja książki/

Zaprezentowane w książce Anny Herbich historie kobiet, które przeżyły ludobójstwo na Wołyniu, układają się w pełną dramatyzmu opowieść o tragicznych wydarzeniach, w których bohaterki uczestniczyły jako dzieci. Jest to także opowieść o zagładzie pewnego świata.




Po sukcesie Dziewczyn z Powstania Anna Herbich poszła na całość i wydała całą serię podobnych książek: ukazały się Dziewczyny z Syberii, Dziewczyny z Solidarności i Dziewczyny z Wołynia. Przyznam, że trochę się obawiałam takiej "seryjnej" literatury, ale uznałam, że skoro Dziewczyny z Powstania bardzo się autorce udały, to i kolejne nie mogą być ze szczętem niedobre. Poza tym pomyślałam, że w przypadku tego rodzaju opracowań istotny jest sam fakt dotarcia do wiekowych rozmówczyń i oddanie im możliwości zabrania głosu.

Oglądałam filmy dokumentalne na temat ludobójstwa na Wołyniu, widziałam także, co oczywiste, film Wojciecha Smarzowskiego, ale tak obszerne, pełne wypowiedzi świadków i uczestników wydarzeń możliwe są tylko w formie książkowej narracji. Ten rodzaj intymnej relacji pomiędzy opowiadającym a słuchającym pozwala bardziej się otworzyć, co przekłada się potem na relację z czytelnikiem, który czyta ją we własnym tempie i ma możliwość "poczuć" owe emocje.

Tak przynajmniej było w moim przypadku. Rozmówczyń było dziewięć. Dlaczego tyle i właśnie te, nie zostało na wstępie wyjaśnione. Układają się one jednak w pełną dramatyzmu opowieść o tragicznych wydarzeniach, w których bohaterki uczestniczyły jako dzieci w różnych miejscowościach Wołynia. Każda historia ma indywidualny, niepowtarzalny charakter, a jednocześnie są jak chór współbrzmiących głosów. I choć temat ludobójstwa jest kluczowy, to z opowieści dowiadujemy się również, jak wyglądało życie na Wołyniu, zanim doszło do owych wydarzeń, a także, jak potoczyły się losy tych nielicznych ocalałych.

Niektóre z nich, jak Janina Kalinowska, bohaterka pierwszej opowieści, wyparły przeżytą grozę z pamięci i o tym, co się wydarzyło w 1943 roku, dowiedziały się z książek i od innych osób. Sierotę wzięli pod opiekę obcy ludzie, potem pobyt w różnych domach dziecka. Z cierpieniem, złymi wspomnieniami i brakiem miłości bliskich trzeba było sobie radzić samemu... Na szczęście, bohaterki dorastały, zakładały rodziny, rodziły dzieci. Janina pojechała na Wołyń dopiero w latach 90., jak większość z rozmówczyń Anny Herbich. W miejscu nieistniejącego domu postawiła rodzicom krzyż. Jednocześnie prawie wszystkie podkreślają swój żal i rozczarowanie postawą polskich władz, która od lat jest taka sama: próbuje się  zachować dobre stosunki z Ukraińcami za wszelką cenę, także za cenę kłamstwa. Ludobójstwo nie skończyło się dla mnie w 1943 roku - mówi Janina. Konsekwencje tej tragedii odczuwałam jeszcze przez wiele, wiele lat. Odczuwam je zresztą do dziś. Całe moje życie upływa w jego cieniu.

Teodorze Zglinieckiej zawdzięczamy bezpośrednią relację z oblężonego kościoła w Kisielinie, podczas tzw. krwawej niedzieli na Wołyniu (11 lipca 1943 roku). Straciła wtedy ojca, a sama cudem ocalała dzięki temu, że garstka wiernych zamknęła się w kościelnej wieży i stawiła opór. Prawie we wszystkich opowieściach powtarza się ten sam scenariusz: Polacy mieszkali na tych terenach często z pokolenia na pokolenie i żyli w bardzo dobrych stosunkach z Ukraińcami i z Żydami - do tego stopnia, że odwiedzali się wzajemnie w czasie świąt. Trudno im było uwierzyć w to, że ci sami sąsiedzi napadną na nich z siekierami i widłami, a potem będą rozkradać ich majątek, aby na końcu spalić go i zrównać z ziemią.

Teraz, po latach, myślę - mówi Teodora - że sąsiedzi to ukartowali. Chodziło o to, żeby Polacy nie uciekali. Żeby można nas było wszystkich złapać w jednym miejscu i zamordować.

Byli jednak i tacy, nieliczni, którzy ostrzegali albo pomagali ukryć się, ryzykując przy tym wiele.

Kiedy tak się czyta te opowieści, uderza myśl o bezbronności tych ludzi, żyjących w swoistej arkadii, w zderzeniu z XX-wiecznymi totalitaryzmami i dzikim ukraińskim nacjonalizmem. Jedna z bohaterek, Janina Wójcik, mówi znamienne słowa: Byliśmy dziećmi Drugiej Rzeczypospolitej. Wychowanymi w patriotycznych domach i patriotycznych szkołach przez świetnych przedwojennych nauczycieli. Kochaliśmy ojczyznę, którą stawialiśmy na pierwszym miejscu. Wyznawaliśmy takie staromodne wartości jak solidarność, umiłowanie wolności, chęć niesienia pomocy bliźnim czy obrona słabszych. Dla tych wartości gotowi byliśmy na najwyższe poświęcenia i wyrzeczenia.

Za wierność tym wartościom zapłacili największą cenę, jednakże wszystkie rozmówczynie podkreślają, że pomimo tych straszliwych, nieludzkich doświadczeń, czują się zwyciężczyniami. Dziś jestem już u schyłku życia - mówi Janina Wójcik. Mam dziewięćdziesiąt jeden lat i spokój w duszy. Nie martwię się o moich synów, bo wiem, że razem z mężem wychowaliśmy ich na porządnych ludzi. Wpoiliśmy im wartości, które sami wyznawaliśmy i w których sami zostaliśmy wychowani. Sztafeta pokoleń trwa. Nie została przerwana. To nasze zwycięstwo.

Po zamordowanych i wypędzonych z Wołynia pozostała pustka. Po naszej miejscowości - mówi Rozalia Wielosz, której matkę porąbano żywcem - pozostali tylko ludzie. Samego Teresina już nie ma. Ukraińcy zrównali wszystko z ziemią, tam, gdzie były domy, posadzili las. W miejscu, gdzie stał nasz dom, wyrósł piękny, owocowy sad. Tyle po nas zostało. Drzewa i samotny krzyż.

Rozalia Wielosz klęcząca pośrodku pola. W tym miejscu znajdowała się jej rodzinna wieś - Teresin.
skan książki

Według historyków, ukraińscy nacjonaliści w okrutny sposób zgładzili podczas II wojny około stu tysięcy Polaków. Prawie tyle samo, ilu Ukraińców mieszka obecnie we Wrocławiu. Polskie władze chętnie ich przygarnęły, pomimo że zabrakło woli sprowadzenia Polaków z Kazachstanu...

Wszystkim polecam lekturę książki Anny Herbut. To ważny kawałek naszej historii, o której nie uczy się w szkole lub uczy za mało i którą niechętnie się głosi, bo ona rzekomo przeszkadza w dobrych stosunkach z Ukraińcami, którzy  bez żadnych skrupułów i moralnych wątpliwości stawiają pomniki Banderze.

Książka "Dziewczyny z Wołynia" Anny Herbut ukazała się w Wydawnictwie Znak Horyzont w 2018 roku.

niedziela, 14 stycznia 2018

Dziewczyny z Powstania mówią (po latach) własnym głosem /recenzja książki/

Anna Herbich, której babcia jest jedną z owych bohaterek, spisała owe „prawdziwe historie” (jak podaje podtytuł) w sposób godny najwyższego uznania. I oto ”Dziewczyny z Powstania” przemówiły po latach własnym głosem.



W sierpniu 2014 roku mija 70. rocznica Powstania Warszawskiego. Pisano o nim różnie, na ogół krytycznie. Ostatnio jednak nie tylko zmienił się ton wypowiedzi, ale zaczęto wydarzenie to przybliżać młodym pokoleniom, realizując rekonstrukcje oraz wydając liczne nowe źródła. Wśród tych ostatnich znalazła  się  książka szczególna, bo zawierająca wspomnienia kobiet – uczestniczek Powstania. Anna Herbich, której babcia jest jedną z owych bohaterek, spisała owe „prawdziwe historie” (jak podaje podtytuł) w sposób godny najwyższego uznania. I oto ”Dziewczyny z Powstaniaprzemówiły po latach własnym głosem.

Nie jest to może pierwsza książka o udziale kobiet w Powstaniu Warszawskim. Przypomnę, że ukazały się m.in. ”Pielęgniarki i sanitariuszki w Powstaniu Warszawskim 1944 r."(1997) Bożeny Urbanek czy ”Uliczka powstańców” - wspomnienia sanitariuszki Marii Zatryb - Baranowskej (2014). Jednakże zebranie w jednym tomie wspomnień tak bogatych i różnorodnych, napisanych żywym językiem, pełne dramatycznych faktów, wyróżnia książkę Anny Herbich spośród innych.

Powstanie widziane z perspektywy kobiet różni się  od tego, do czego przywykliśmy sięgając po tego rodzaju źródła. Kobiety bowiem nie tylko służyły jako sanitariuszki czy łączniczki, ale także walczyły razem z mężczyznami oraz dbały o swoich podopiecznych, zmagając się z własnymi słabościami i ograniczeniami. Rodziły dzieci i z poświęceniem opiekowały się nimi, mimo że czasy były apokaliptyczne.

Kim były? Pochodziły z różnych środowisk: są wśród nich ziemianki, arystokratki, córki zawodowych żołnierzy i dziewczyny z mieszczańskich domów. Wszystkie odebrały patriotyczne wychowanie. Ze starych fotografii spoglądają twarze młode i urodziwe. Jedna z bohaterek była podczas Powstania ośmioletnim dzieckiem, a mimo to jej wspomnienia są niezwykle poruszające i mocne.

Opowiadają swoje historie w taki sposób, że nie można się od nich oderwać. Zazwyczaj każdą z nich rozpoczyna, jak u Hitchcocka, ”trzęsienie ziemi”, a potem jest coraz bardziej interesująco. Śledząc ich wojenne losy, możemy obserwować, jak z naiwnych i niedoświadczonych podlotków stawały się pełnymi determinacji dojrzałymi kobietami. Nie wstydzą się mówić także o swoich emocjach.

”Sławka”  - sanitariuszka z Ochoty - opowiada np. jak zmusiła cywilów do niesienia rannego, grożąc im rewolwerem i sama dziwi się własnej determinacji i temu, że okazała się do tego zdolna. Wszystkie, z wyjątkiem małej Jadwigi, działały w konspiracji, były zaprzysiężone i przeszły szkolenia. Brały udział w różnych akcjach, wielokrotnie narażając życie. „”Rena” – Halina Hołownia z d. Wołłowicz -  do jednej zgłosiła się na ochotnika, bo żaden z mężczyzn się na to nie odważył. Za tę akcję otrzymała Krzyż Walecznych. Codziennie stałam twarzą w twarz ze śmiercią – opowiada. Po wojnie została lekarzem. Powstanie przez wiele lat powracało w snach tak intensywnie, że bała się zasypiać…

”Marzenka” – Krystyna Sierpińska z d. Mieszkowska  straciła rodziców i rodzinne dobra  już na początku wojny. Taki był los wielu ziemiańskich i arystokratycznych rodzin. Mimo to zarówno ona, jak i jej bracia zaczęli działalność konspiracyjną. Wiedzieli, że walka z okupantem jest ich powinnością. Opowiada, jak, mimo głodu, jako sanitariuszka rezygnowała z posiłków, aby za zaoszczędzone pieniądze zakupić materiały opatrunkowe. Przytacza także zupełnie niezwykłe zdarzenie, którego doświadczyła, będąc w obozie jenieckim, dokąd została przewieziona po upadku Powstania. Otóż dokarmiała tam ze swoich racji żywnościowych kobietę w połogu i opiekowała się jej dzieckiem. I oto 30 lat po wojnie spotkała tego, dorosłego już wówczas, chłopca oraz jego matkę. Takie niezwykłe zdarzenia również pojawiają się na kartach tej książki.

Szczególnie dramatyczne są wspomnienia Jadwigi Łukasik, która mając osiem lat omal nie została wraz z matką rozstrzelana i która przeżyła prawdziwe piekło.

Wtedy zobaczyłam po raz pierwszy ciała pomordowanych. Przed szpitalem leżały ich całe zwały, były starte na miazgę gąsienicami czołgu. Byłyśmy przekonane, że wśród nich jest nasz ojciec. 

Płonące ciało kobiety z niemowlęciem przy piersi, w ostatniej chwili odwołana egzekucja, a potem zbiorowe gwałty na kobietach i dzieciach – oto traumatyczne wspomnienia małej wówczas dziewczynki. Mimo to jednak deklaruje: 

Minęło siedemdziesiąt lat, a ja żyję. To jest moje zwycięstwo.

Równie dramatyczne są wspomnienia ”Teresy” – Teresy Łatyńskiej z d. Potulickiej. Opisuje ona m.in. jeden z najbardziej tragicznych epizodów Powstania. Otóż 13 sierpnia 1944 roku  Niemcy porzucili czołg z materiałami wybuchowymi, który Polacy potraktowali jako zdobycz. Jego eksplozja zabiła kilkaset osób. Kiedy opadł pył, ulica pokryta była lepką mazią – mieszaniną ludzkiej krwi z kurzem, a na gzymsach, rynnach i balkonach wisiały strzępy ludzkich ciał… Teresa opowiada także o tym, jak dramatycznym przeżyciem były wędrówki kanałami.

Bohaterki przeżyły dramat klęski Powstania, a później obozy  i prześladowania z rąk aparatu bezpieczeństwa. II wojna światowa była skończona – opowiada Jadwiga Bałabuszko – Sławińska ps. Blizna. Wygrał ją Stalin, a Polacy przegrali. Trzeba było sobie jakoś radzić w nowej,  ponurej rzeczywistości.

I radziły sobie jak umiały. Zostały lekarzami, psychologami, zakładały rodziny, wychowywały dzieci. Gdy byłam mała, babcia powtarzała mi – kończy swą opowieść Jadwiga Bałabuszko – Sławińska – że kobieta ze Wschodnich Ziem musi urodzić dużo dzieci. Bo jedno zginie podczas powstania, drugie zostanie rozstrzelane, a trzecie wywiezione na Sybir. Dopiero kolejne być może będzie miało więcej szczęścia i przetrwa. Jako dorosła kobieta przekonałam się, że babcia miała rację.

Anna Herbich, ”Dziewczyny z Powstania”, 2014. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline w sierpniu 2014 roku.

Z Martą Niedźwiecką o „Burzach namiętności” podczas tegorocznego Festiwalu Wratislavia Cantans /wywiad/

O koncercie laureatów 50. Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej, organizowanego przez NFM i Akademię Muzyczną im. Karola Lipiń...

Popularne posty