Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Giovanni Sollima. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Giovanni Sollima. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 czerwca 2025

Giovanni Sollima & Cello Chronicles w Narodowym Forum Muzyki /zapowiedź koncertu/

W piątek, 13 czerwca o 19.00, ponownie usłyszymy w Narodowym Forum Giovanniego Sollimę – znamienitego sycylijskiego kompozytora i wirtuoza wiolonczeli, którego koncerty są zawsze wydarzeniami pełnymi ekspresji i zaskakujących muzycznych niespodzianek. Artysta o porywającej scenicznej osobowości, znany z efektownych interpretacji i doskonałej techniki, wraz z muzykami Polish Cello Quartet i NFM Orkiestry Leopoldinum prowadzonej przez maestra Alexandra Sitkovetsky’ego wykona dzieła należące do kanonu muzyki baroku oraz kultowe utwory Nirvany czy System Of A Down.

Giovanni Sollima, fot. SHOBHA

Wieczór rozpocznie skrzący się witalnością Koncert d-moll RV 565, op. 3 nr 11 Antonia Vivaldiego. To utwór należący do słynnego zbioru L’estro armonico z początku osiemnastego stulecia, będącego zarazem – wedle Michaela Talbota, wieloletniego badacza spuścizny Vivaldiego – jednym z najbardziej cenionych tego typu dzieł przeznaczonych na instrumentarium smyczkowe. Opublikowany w Amsterdamie cykl szybko zyskał uznanie i popularność w kręgach artystycznych, zwracając uwagę ówcześnie cenionych twórców. W podobnym czasie tworzył Leonardo Leo, w którego dorobku zaznaczały się wyraźne wpływy estetyki późnego baroku, a jednocześnie tendencje skierowane w stronę stylu galant. Giovanni Sollima sięgnie po partyturę Koncertu wiolonczelowego d-moll stanowiącego przykład wykrystalizowanego już języka artystycznego tego kompozytora. 

Włoski wirtuoz wiolonczeli oprócz znamienitego warsztatu wykonawczego znany jest także z własnej – momentami enigmatycznej i niepozbawionej iskry szaleństwa – twórczości. Podczas koncertu zabrzmią między innymi nieco melancholijne Hell I czy The Family Tree o żywiołowym rysie. Najjaśniejszym punktem programu będzie prawykonanie Cello Chronicles – dzieła stworzonego z myślą o zespołach kameralnych NFM, które będą towarzyszyć artyście na scenie. Charakterystyczne dla Sollimy jest również łamanie wszelkich konwencji stylistycznych, czego doskonałym przykładem są jego liczne aranżacje utworów szeroko pojętego rocka, takich kapel jak Gentle Giant, System of A Down czy Nirvana, a także jednego z najbardziej ekscentrycznych amerykańskich artystów Franka Zappy. Sollima, sięgając po całe spektrum rozmaitych środków, buduje obraz wiolonczeli jako instrumentu totalnego.

Giovanni Solima podczas koncertu we Wrocławiu, 2014 r. fot. Bogusław Beszlej

Program:

A. Vivaldi Koncert d-moll RV 565, op. 3 nr 11 ze zbioru L’estro armonico

G. Sollima The Family Tree, Hell I

L. Leo Koncert wiolonczelowy d-moll

G. Sollima Moj E Bukura More

***

G. Sollima Cello Chronicles* (prawykonanie)

Gentle Giant Knots (oprac. na wiolonczelę i smyczki G. Sollima)

F. Zappa Wild Love (oprac. na wiolonczelę i smyczki G. Sollima)

System Of A Down Chop Suey! (oprac. na wiolonczelę i smyczki G. Sollima)

Nirvana Polly; Dumb; Smells Like Teen Spirit (oprac. na wiolonczelę i smyczki G. Sollima)


Wykonawcy:

Alexander Sitkovetsky – skrzypce solo, kierownictwo artystyczne NFM Orkiestry Leopoldinum

Giovanni Sollima – wiolonczela, wiolonczela piccolo

Christian Danowicz – skrzypce

Marcin Misiak - wiolonczela

Polish Cello Quartet:

Tomasz Daroch, Wojciech Fudala, Krzysztof Karpeta, Adam Krzeszowiec – wiolonczele

NFM Orkiestra Leopoldinum

informacja prasowa

 

środa, 18 września 2019

54. MF Wratislavia Cantans /relacja z festiwalu/

Tegoroczny 54. Międzynarodowy Festiwal Wratislavia Cantans zabrał nas w muzyczną podróż na Południe. Okazało się, że znaczenie i barwy tej nazwy są zmienne i różnorodne, ale zawsze kojarzą się z piękną muzyką. Największe wrażenie wywarły na mnie trzy koncerty: "Judyta triumfująca" A. Vivaldiego, III Symfonia G. Mahlera oraz "Sud , sud" G. Solimy. Oto dlaczego:


54. edycja Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans, podobnie jak poprzednie, utwierdziła nas w przeświadczeniu, że wiek nie ma tu nic do rzeczy, ba, w przypadku muzyki dawnej jest to wręcz zaleta :-) Najważniejszy jednak jest fakt, iż od kilku lat festiwal prowadzi Giovanni Antonini, który łączy w sobie pasję, pracowitość i odpowiednie kompetencje. Każda kolejna odsłona festiwalu jest dla nas swoistym muzycznym objawieniem - spaja bowiem jedną przewodnią myślą rozmaite, często niezwykłe wydarzenia muzyczne. W tym roku inspiracją stało się Południe.

Konferencja prasowa 44. MF Wratislavia Cantans, drugi od lewej dyr. Andrzej Kosendiak, obok niego: Giovanni Antonini, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Romantycy, którym patronował J. W. Goethe jako autor "Podróży włoskiej", traktowali Południe jak mekkę albo słoneczną krainę przypominającą Arkadię. Jeszcze większe bodaj znaczenie miało dla naszej kultury słynne dzieło Pawła Muratowa: "Obrazy Włoch", które odcisnęło swoje piętno zarówno na polskiej literaturze (Jarosław Iwaszkiewicz, Zbigniew Herbert), jak i na muzyce. Karol Szymanowski, rówieśnik Muratowa, w latach poprzedzających wybuch I wojny światowej także podróżował do Włoch. Prawdziwą rewelacją był dla niego zwłaszcza pobyt na Sycylii. Wrażenia te znalazły odbicie w znakomitych dziełach tworzonych już w czasie wojny, w rodzinnej Tymoszówce. Powstały wtedy Maski, Metopy, Mity, III Symfonia, I Koncert skrzypcowy. Napisał także powieść "Efebos", w której chciał zawrzeć swoje marzenia o lepszym świecie. Miała ona za tło włoskie pejzaże i włoską sztukę i stanowiła apologię piękna, miłości, swobody. W tym samym czasie — i czerpiąc z podobnych inspiracji — rozpoczynał Szymanowski pracę nad "Królem Rogerem". Opera dotykała podobnej problematyki, co Efebos: związków i napięć między dionizyjską i apolińską wizją życia i twórczości. Scenerią były znów Włochy. Libretto pisał młody kuzyn Szymanowskiego Jarosław Iwaszkiewicz, który wypełniał jedynie zalecenia wielkiego kompozytora. Jednak później sam stał się autorem takich utworów, jak "Śpiewnik włoski", "Kochankowie z Werony" czy "Podróże do Włoch". Całe Włochy bowiem, nie tylko ich południe, są dla Polaków Południem - ową wymarzoną krainą. Przede wszystkim jako miejsce najpiękniejszej, najstarszej kultury, w której wciąż czujemy się jak "barbarzyńcy w ogrodzie". Mit Południa trwa, choć - jak mogliśmy się przekonać podczas tegorocznej Wratislavii - różne są jego oblicza.

Program dowiódł niezbicie, że istnieje wiele rytów religijnych, które miały swój początek na południu: chorał bizantyjski, śpiew mozarabski, muzyka etniczna z okolic Neapolu i afrykańska, a wreszcie wykroczyliśmy poza teren Europy doświadczając muzyki Południa Stanów, przetworzonej przez Georga Gershwina w operze "Porgy i Bess". Niektóre rodzaje muzyki były nam doskonale znane, jak choćby muzyka Gershwina czy nasza własna twórczość w postaci polskiej muzyki ludowej. Jak się podczas festiwalu osobiście przekonaliśmy, "Południe" oznacza szerokie spectrum i różne perspektywy, o czym zresztą uprzedzał nas maestro Giovanni Antonini na konferencji prasowej:

"Południe ma zawsze w sobie coś względnego, nie jest niczym absolutnym, i to zarówno geograficznie, jak i kulturowo. Jest to temat bardzo szeroki, ale o tych trudnych relacjach między Północą a Południem chcieliśmy w naszym programie także powiedzieć".

Bóg - uosobienie miłości, do której wszystko podąża: III Symfonia 

Gustawa Mahlera


Oficjalne rozpoczęcie festiwalu zainaugurował niezwykły koncert: III Symfonia Gustawa Mahlera w wykonaniu Israel Philharmonic Orchestra i pod dyrekcją Zubina Mehty. Maestro i jego muzycy wystąpili już podczas 50. odsłony Wratislavia Cantans. Zagrali wówczas IX Symfonię - uznaną za ostatnią symfonię romantyczną. Zasłużony dyrygent został także upamiętniony w Alei Gwiazd przed Narodowym Forum Muzyki.

O swoim utworze napisał Mahler w jednym z listów:

"Moja symfonia będzie czymś takim, czego jeszcze świat nigdy nie słyszał. Cała Natura dochodzi tutaj do głosu i wyjawia tajemnicę tak głęboką, jaką jedynie we śnie można przeczuć".

Maestro Zubin Mehta i Israel Philharmonic Orchestra, fot. Sławek Przerwa

Jest to zatem w założeniu symfonia-misterium, którą cechuje maksymalizm i poczucie nieograniczonej mocy twórczej. W płaszczyźnie symboliki symfonia tak rozumiana pragnie wyrazić kosmos i miejsce człowieka w nim z perspektywy nadziei, zgodnie z chrześcijańską koncepcją ludzkiej kondycji. To najbardziej rozbudowana, najbogatsza formalnie symfonia Mahlera - prawdziwe wyzwanie dla wykonawców. Maestro Mehta wraz z Israel Philharmonic Orchestra, a także solistką Gerhild Romberger i Chórem Chłopięcym NFM wspaniale ją zinterpretował. Całość ma charakter narracyjny, polifoniczny jak w powieściach Dostojewskiego, do których porównał ten utwór Bohdan Pociej. Na ten trop wskazują także tytuły poszczególnych części, które kompozytor usunął przed publikacją w 1898 roku.


Gerhild Romberger i Chór NFM, Chór Chłopięcy NFM, fot. Sawek Przerwa

Część I, zatytułowana pierwotnie "Pan budzi się, nastaje lato" (dosł. "nadciąga w rytmie marsza"), utrzymana w tonacji F-dur (jak zwykło się czynić od czasów "Pastoralnej"), zawiera bogactwo dźwięków natury, oddanych za pomocą oboju, skrzypiec, puzonu, trąbki, rogu i klarnetu. Kolejne części III Symfonii także nosiły pierwotnie znaczące tytuły: „Co mi mówią kwiaty na łące” (forma menueta), „Co mówią mi zwierzęta w lesie” (odgłosy zwierząt i ptaków), „Co mówi do mnie człowiek”. W tej części dopiero pojawia się partia wokalna, którą na wrocławskim koncercie wykonała Gerhild Romberger (cudowny mezzosopran!) w towarzystwie jednolitego akompaniamentu. Istotną rolę odgrywa w tej partii sam tekst, będący fragmentem dzieła Friedricha Nietzschego "Tako rzecze Zaratustra":

O Mensch! Gib Acht! (O człowieku! Uważaj!), mówiący o nieuniknionym cierpieniu, ale także o tym, że "Cała radość poszukuje wieczności" i nie pozwala człowiekowi się poddać.

Niezwykły, tajemniczy fragment, splatający się z chórem chłopięcym, śpiewającym o miłości Boga:

 „Co mówią mi anioły”oraz "Co mówi Miłość". W muzycznej wizji Mahlera świat ma charakter hierarchiczny - prowadzi człowieka w rejony wyższe, zamieszkałe przez doskonalsze formy bytu: aniołów i Boga pojmowanego jako uosobienie miłości, do której wszystko podąża. Oto przesłanie III Symfonii:

Niebiańska radość jest błogosławionym miastem,
niebiańska radość, która nie ma końca!
Niebiańska radość została udzielona Piotrowi
przez Jezusa i dla całej ludzkości na wieczne szczęście.

Toteż ostatnia część utworu została nasycona pełnią brzmienia orkiestry smyczkowej i częstą obecnością figur gruppetto - romantycznego symbolu miłości. Fragment ten zagrany został w tonacji D-dur Langsam — Ruhevoll — Empfunden (powoli, spokojnie, głęboko odczuwany) i na długo pozostanie w sercu...

Mohiko Fujimura i Israel Philharmonic Orchestra, fot. Sławek Przerwa

Trzeba było dyrygenta tak znakomitego i dojrzałego jak Zubin Mehta, aby wszystkie te niuanse Mahlerowej kompozycji oddać w sposób świadczący o głębokim zrozumieniu intencji kompozytora. To był tak wspaniały koncert, że wystarczyłby za wszystkie.A jednak maestro Antonini zadbał o to, abyśmy wysłuchali jeszcze innych, nie mniej pięknych, ba, olśniewających. Z pewnością należało do nich oratorium Antonia Vivaldiego "Judyta triumfująca"


Triumf Judyty i ... Julii


"Edyta Triumphans", 1. wydanie dzieła/ fot. Wikipedia


"Judyta triumfująca" Antonia Vivaldiego zawiodła nas na południe Włoch - do Wenecji, tam bowiem powstało to piękne, a jedyne zachowane oratorium tego kompozytora, tzw. "oratorium wojenne" (sacrum militare oratorium), które opisuje historię spotkania dzielnej izraelskiej wdowy Judyty z asyryjskim wodzem Holofernesem, którego skutki okazały się dla tego ostatniego tragiczne - stracił głowę w przenośni i dosłownie. Vivaldi podjął tę historię na nowo, mając własny zamysł. Oto bowiem w 1716 roku nastąpił zwrot w wojnie peloponeskiej. Turcy odstąpili od oblężenia twierdzy Korfu. Otóż Cassetti, librecista oratoriów Vivaldiego, użył biblijnej historii oblężenia Betulii w wojnie między Żydami a Asyryjczykami jako alegorii konfliktu Wenecji z Imperium Osmańskim. Oratorium miało zatem dawać nadzieję na zwycięstwo. A ponieważ kompozycja powstała z myślą o uczennicach szkoły, w której Rudy Ksiądz, jak go nazywano, pracował, toteż ów thriller rozpisany został na głosy wyłącznie żeńskie i z barokową przekorą podany w dość lirycznym sosie.


Sonia Prina jako Judyta e oratorium "Judyta triumfująca", NFM, fot. Sławek Przerwa

Na plan pierwszy wysuwa się motyw uwiedzenia ciemiężyciela przez naszą bohaterkę i dwuznaczne gry między parą protagonistów. Holofernes Vivaldiego zaś, jak zauważa Michael Talbot, to wprawdzie łajdak, ale czarujący, trochę jak Don Giovanni. Po wysłuchaniu cudownej arii "Sede, o cara" słuchacz jest wręcz przekonany o tym, że najgroźniejszy generał Nabuchodonozora wcale nie jest jakimś krwiożerczym potworem, ale czułym na niewieście wdzięki wrażliwym mężczyzną :-)  A gdybyśmy jeszcze mieli wątpliwości, wystarczy posłuchać arii "Nox obscura tenebrosa" oraz kolejnych recitatiwów, aby docenić, jak bardzo mu na Judycie zależy. W rezultacie odczuwamy dyskomfort, kiedy Judyta ostatecznie pozbawia go życia. Skłonni jednak jesteśmy wybaczyć Vivaldiemu brak dramatyzmu, który w tej sytuacji aż się prosi, a wszystko dlatego, że arie, które napisał, są niewyobrażalnie piękne. W "Judycie" nie ma duetów, dwukrotnie pojawia się chór reprezentujący kolejno wojowników asyryjskich oraz dziewczęta z Betulii. Mimo to jednak nie czujemy monotonii, ponieważ każdy z tych kobiecych głosów ma inne brzmienie, a ponadto charakterystyki dopełnia instrumentacja utworu.

Mary-Ellen Nesi jako Holofernes (mezzosopran)
NFM, fot. Sławek Przerwa

Judyta we wrocławskiej wersji oratorium dysponowała niskim kontraltem Soni Priny. Dawało to wrażenie godności i dystansu, który bohaterka przejawia w stosunku do Holofernesa. Ponadto Judyta ma do dyspozycji kobiece brzmienia violi d`amore, szałamaję i mandolinę. Przykładowo, po recitatiwach z Holofernesem, na koniec części II oratorium, zaśpiewała piękną liryczną arię z towarzyszeniem mandoliny: "Transic aetas", w której mówi o przemijaniu wszystkiego, także miłości, podczas gdy tylko dusza pozostaje nieśmiertelna.

Julia Lehzneva jako Vagaus (sopran), NFM, fot. Sławek Przerwa

Paradoksalnie, Holofernes w wykonaniu Mary-Ellen Nesi (mezzosporan) był bardziej liryczny od Judyty, szczególnie w ariach miłosnych, np. "Noli, o cara", gdzie towarzyszą mu oboje i organy obligato. Najczęściej jednak śpiewał w towarzystwie smyczków. Tak czy owak po tylu pięknych ariach każda kobieta by mu uległa :-) Ale nie Judyta!

Rolę sługi Holofernesa, Vagausa, zaśpiewała we Wrocławiu znana tu i kochana Julia Lehzneva (sopran), przydając blasku tej nieco marginesowej postaci. Wydaje się, że nie bez przyczyny była najgoręcej oklaskiwana po każdym swoim występie, począwszy od "Volate servi" ("Pośpieszcie słudzy"), a na dramatycznym "Armate di fuoko e di serpi", z przywoływaniem furii, ognistych smoków i węży, które miałyby pomścić pana. Jeśli ktoś triumfował w tym oratorium, to ośmielę się powiedzieć, że była to właśnie Julia.

Francesca Ascioti (kontralt) jako Ozjasz, NFM, fot. Sławek Przerwa

Godny zapamiętania był także kapłan Ozjasz w wykonaniu Francesci Ascioti (kontralt), śpiewającej szczególnie pięknie majestatyczny "Gaude felix". Poruszył mnie ponadto chór dziewic modlących się w Betulii: "Mundi Rector de Caelo micanti" w  niezwykle subtelnym wykonaniu Chóru NFM. Pojedyncze arie, oprawne we wciąż zmieniające się instrumentarium w wykonaniu fantastycznego Il Giardino Armonico, były w tym oratorium prawdziwym crème de la crème, czyniąc ten wieczór prawdziwym i niezapomnianym muzycznym przeżyciem.

Mary-Ellen Nesi jako Holofernes (mezzosopran) i Raffaella Milanesi jako Abra (sopran), w tle Chór NFM,
fot. Sławek Przerwa

Giovanniego Solimy podróże w czasie i przestrzeni


O tegorocznym Festiwalu Wratislavia Cantans mogłabym pisać bez końca, ale rozsądek nakazuje mi skupić się na tych koncertach, które szczególnie mnie poruszyły. Należał do nich z pewnością występ wybitnego włoskiego kompozytora i wiolonczelisty Giovanniego Sollimy, który pojawił się na festiwalu dwukrotnie: podczas 48. jego odsłony, a także rok później. Od początku wziął szturmem festiwalową publiczność i nic się pod tym względem nie zmieniło w tym roku. Muzyk to absolutnie niezwykły, oryginalny – i jako kompozytor, i jako wykonawca. Kogoś tak grającego tematy klasyczne, etniczne i współczesne nigdy wcześniej nie słyszałam. Niezwykła wyobraźnia muzyczna i wirtuozeria połączone z nieudawaną radością tworzenia.

Giovanni Solima (wiolonczela) i Michele Pasotti (teorba), Synagoga pod Białym Bocianem,
fot. Joanna Stoga

Koncert w Synagodze pod Białym Bocianem, zatytułowany "Sud, sud - a Musical Journey from Rome Beyond the Mediterranean Sea", rzeczywiście okazał się muzyczną podróżą z Rzymu na południe, sięgającą aż za Morze Śródziemne. Była to także podróż w czasie - od utworów z przełomu XVI i XVII wieku włoskiego kompozytora Giulio de Ruvo, hiszpańskiego twórcy Bartolome de Seima y Salaverde, poprzez  utwory XVIII-wiecznego kompozytora włoskiego Giovanni Batista Costanzi, po kompozycje współczesne Eliodoro Solimy oraz własne.  Artysta  grający na wiolonczeli wystąpił tym razem w towarzystwie Michele Pasotti - na teorbie, ale wykonał także wiele utworów solo.

Giovanni Solima (wiolonczela), Synagoga pod Białym Bocianem, fot. J. Stoga

Nie sposób opisać jego gry, bo jest to muzyk, który potrafi cudownie zagrać utwory klasyczne z niesłychaną wprost lekkością. Z drugiej zaś strony ciągle eksperymentuje z instrumentem, wydobywając z niego dźwięki skrzypiec, elektrycznej gitary, perkusji, a nawet ... całej orkiestry symfonicznej. Pomaga sobie głosem - własnym i publiczności. Solima to prawdziwy człowiek-orkiestra, w dodatku z taką ekspresją, że czasami nie sposób oddzielić człowieka od instrumentu. Mnie się nie bez przyczyny skojarzył z Mickiewiczowskim Wojskim:

Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało,
Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.
(...)
Z oczyma wzniesionymi, stał jakby natchniony,
Łowiąc uchem ostatnie znikające tony.
A tymczasem zagrzmiało tysiące oklasków,

Tysiące powinszowań i wiwatnych wrzasków.

Zapewniam, że Solima grał w podobnym natchnieniu, a po jego koncercie zagrzmiały oklaski i głośny aplauz.

Sądzę, że dotyczy to całego Festiwalu Wratislavia Cantans - niby skończył się, a jednak w uszach brzmią ciągle jego dźwięki, zaś pod powieką zatrzymały się obrazy śpiewaków i instrumentalistów... Dziękuję!

Barbara Lekarczyk-Cisek

środa, 21 marca 2018

O 48. edycji Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans – entuzjastycznie

Na koncertach Wratislavia Cantans bywam od lat, ale tak przemyślanego programu  i tylu pięknych wykonań podczas jednej odsłony festiwalu jeszcze nie słyszałam. Giovanni Antonini okazał się dla Wratislavii człowiekiem opatrznościowym. Łączy w sobie pasję, pracowitość i odpowiednie kompetencje. Wszystko to zdecydowało, że festiwal nabrał szczególnego blasku. Jego tegoroczna odsłona przebiegła pod znakiem podróży do Włoch.



„Równoległe żywoty” i duchowe piękno: Bach i Händel


Zaczęło się z „górnego C”, którym były dwa koncerty objęte wspólnym tytułem „Równoległe żywoty. Dwa młodzieńcze dzieła Bacha i Händla”. Idąc na ten koncert miałam nadzieję, że wczesna kantata Bacha będzie niejakim zadośćuczynieniem za brak mojego ukochanego kompozytora w dalszej części programu i że Händel będzie do niego „dodatkiem”. Rozpuszczona przez Paula McCreesha, który w ubiegłym roku zaprezentował aż dwie Pasje, byłam na początku – przyznaję – trochę zawiedziona tak skromnym udziałem w festiwalu lipskiego Kantora. Tymczasem - ku mojej uciesze i pożytkowi -  już ten pierwszy koncert rozbił moje stereotypy i oczekiwania. Pomyślany został jako spotkanie kompozytorów, do którego w rzeczywistości nigdy nie doszło. Kiedy komponowali zaprezentowane na koncercie utwory, obaj mieli po dwadzieścia kilka lat.

Jan Sebastian Bach po ślubie ze swoją daleką kuzynką Marią Barbarą udał się do  Mühlhausen w Turyngii, gdzie otrzymał posadę organisty w kościele św. Błażeja. Kantata „Z głębokości wołam do Ciebie, Panie” (Aus der Tiefen Rufe Ich, Herr, zu dir , BWV 131) powstała właśnie w tym czasie. Tekst nawiązuje do Psalmu pokutnego 130 oraz do drugiej i piątej strofy chorału Bartholomäusa Ringealdta „Herr Jesu Christ, du hőchstes Gut”. Kantata jest napisana na chór oraz dwóch solistów: bas i tenor. Nie ma w niej recitatiwów. Dopiero później, pod wpływem muzyki włoskiej właśnie, kompozytor łączy arie i recitatiwy. Mimo to, w tym wczesnym utworze zawiera się geniusz przyszłego autora wspaniałych kantat, w których komponowaniu osiągnął prawdziwe mistrzostwo, a mianowicie ich niezwykłe, duchowe piękno. Tego wieczoru, kiedy w Kościele Uniwersyteckim zabrzmiała kantata „Aus der Tiefen Rufe Ich, Herr, zu dir” ,  mogliśmy się o tym przekonać. Zarówno chór, jak też soliści, wprowadzili nas w ów duchowy nastrój: Christopher Purves jako bas, a przede wszystkim Krystian Adam Krzeszowiak jako tenor liryczny pięknie interpretowali tekst kantaty. Wydawało się, że po tym koncercie może być już tylko gorzej, a tymczasem… Dopiero po przerwie przekonaliśmy się, że i  Händel może być duchowy i poruszający.

Johann Sebastian Bach -- Kantata Aus der Tiefen rufe ich, Herr, zu dir BWV 131,
Wratislavia Cantans 2013
Mając niewiele ponad dwadzieścia lat Georg Friedrich Händel podróżował po Włoszech i zaczynał doświadczać sławy, czego dowodem było m.in. zamówienie na serenatę,  zlecone prawdopodobnie przez księżnę Donnę Aurorę Sanseverino z okazji uroczystości ślubnych księcia Alvito, Tolomeo Saverio Gallo oraz Beatrice Tocco di Montemiletto. „Acis, Galatea i Polifem” był rodzajem opery pasterskiej, której libretto  nawiązuje do historii opisanej w „Metamorfozach” Owidiusza. W istocie historia wielkiej nieszczęśliwej miłości Acisa, syna Fauna i nimfy oraz nereidy Galatei, którą udaremnił zazdrosny potwór Polifem, miała w wersji Händla pozytywny wydźwięk, mówiła bowiem o tym, że miłość jest silniejsza niż śmierć.

Acis, Galatea i Polifem/NFM
Trzeba przyznać, że wykonawcy partii solowych: Roberta Invernizzi– sopran (Acis), Sonia Prina – kontralt (Galatea) oraz Christopher Purves – bas (Polifem) śpiewali brawurowo i było oczywiste, że świetnie się czują w tym repertuarze. Początkowo były to prawdziwie wirtuozowskie popisy i byłoby wspaniale nawet wówczas, gdyby ograniczono się tylko do tego. Ale wykonawcy poszli znacznie dalej. Mniej więcej od dramatycznej arii Polifema, w której wyśpiewuje on swój smutek istoty niekochanej i odrzuconej, zaczęły się dziać rzeczy niebywałe, które mnie, profanowi, trudno nawet opisać. Otóż każda kolejna aria i duet stały się tak wyrafinowanie piękne, że publiczność zamarła w jakimś zachwycie i tak już było do końca. Mnie zafascynował szczególnie piękny kontralt Sonii Priny (Galatea), ale zachwyciła też niezwykle subtelna, prawie „wyszeptana” aria sopranu, w której Roberta Invernizzi wzniosła się na prawdziwe wyżyny mistrzostwa interpretacji. Dzięki temu odkryłam „innego” Händla: uduchowionego jak Bach…

Julia Lezhneva jak Jenny Lind, czyli „Włochy widziane z Północy”


Julia Lezhneva/NFM

Po takim koncercie mogłam sądzić, że już nic lepszego mnie nie spotka, ale znowu się szczęśliwie myliłam. Bo moim kolejnym odkryciem stała się Julia Lezhneva, niespełna dwudziestotrzyletnia artystka z Rosji – mezzosopran koloraturowy o niepowtarzalnym brzmieniu. Wykonała utwory: Franza Schuberta (Uwertura w stylu włoskim D-dur D590), Felixa Mendelssohna-Bartholdy`ego (Infelice – aria koncertowa), Wolfganga Amadeusza Mozarta (motet Exsultate, jubilate KV 165) oraz – na bis – arię z Händla. W jej głosie było przejmujące piękno, które dotykało ludzkiego ducha. Nie wiem nawet kiedy, ale tak właśnie „dotknięta” poczułam, że łzy ciekną mi po policzkach i działo się to jakby poza mną albo niezależnie ode mnie. Później, po koncercie, dowiedziałam się, że niemal wszyscy tak to odczuliśmy… Przypomniała mi się w związku z tym postać szwedzkiej śpiewaczki Jenny Lind – przyjaciółki Andersena, w której autor baśni bez wzajemności się kochał. Wiemy z przekazów, że śpiewała tak pięknie, że ludzie słuchający jej głosu płakali…  Zachwycał się nią sam Chopin, jej talent docenił także Mendelssohn, który twierdził, że „to najlepsza artystka, którą w życiu spotkał, najprawdziwsza i najszlachetniejsza”. Jestem przekonana, że gdyby usłyszał Julię Lehznewą, powtórzyłby to samo. Jej talent wymyka się wszelkim próbom racjonalizacji – to dar niezwykły i jedyny, który zdarza się niezwykle rzadko.

„Muzyczne nieszpory” Heinricha Schűtza i „La Betulia Liberata” Wolfganga Amadeusza Mozarta jako owoc podróży do Italii


Kiedy Heinrich Schűtz został zaproszony do stolicy Saksonii przez księcia Johanna Georga I, był już po swoich włoskich peregrynacjach bardzo dobrze zaznajomiony z muzyką Italii, uczył się bowiem w Wenecji u Giovanniego Gabrielego. Jednocześnie jednak znał znakomicie tradycję protestancką i był jednym z ostatnich kompozytorów, komponujących swoje utwory w średniowiecznej skali modalnej. Podróże do Wenecji zaś sprawiły, że przyswoił nieznany wówczas w Niemczech styl koncertujący i recytatywny. Zaadaptował także nowe, barokowe techniki kompozytorskie i wykonawcze. Można by bez większej przesady powiedzieć, że bez Gabrielego  i Monteverdiego nie byłoby takiego Schűtza, bez niego zaś – Bacha i Brahmsa.


Toteż w programie koncertu „Muzycznych nieszporów dla Kościoła Dworskiego w Dreźnie” pojawił się uczeń i mistrz - Heinrich Schütz i Giovanni Gabrieli (pierwszy i ostatni utwór). Usłyszeliśmy m.in. Psalm 40 „Boże, pośpiesz, by mnie wybawić” oraz śpiewaną po łacinie kompozycję „O Jesu, nomen dulce”. Zespół instrumentów dawnych Collegium Cartusianum zabrzmiał pod batutą Petera Neumanna, podobnie jak założony przez niego w 1970 roku Kölner Kammerchor. Najciekawsze podczas koncertu były  eksperymenty z chórem, który w pewnym momencie przemieszczał się i śpiewał z różnych miejsc w Kościele Uniwersyteckim. Brzmienie było fantastyczne!  Kompozycje Schütza, choć surowe i nie tak genialne jak muzyka Jana Sebastiana, dzięki włoskim inspiracjom zapowiadały już Mistrza z Lipska.

Wpływy włoskie odnaleźliśmy także w oratorium Wolfganga Amadeusza Mozarta „La Betulia liberata KV 118”, które to dzieło stworzył 15-letni zaledwie kompozytor podczas pierwszej podróży do Italii. Libretto napisał Pietro Metastasio (właśc. Pietro Antonio Domenico Trapassi), wybitny włoski poeta i librecista. Zainspirowane jest Księgą Judyty, w przeciwieństwie jednak do pierwowzoru, tematem przewodnim jest dramat upadku i odzyskania wiary przez mieszkańców Betulii, do czego walnie przyczyniła się dzielna wdowa Judyta, która nie tylko wiary nie utraciła, ale pokonała największego i najokrutniejszego wroga  - Holofernesa. 

Choć wczesne dzieło Mozarta razić może swoją przewidywalnością, jednak piękne głosy solistów i chóru znacznie nam to zrekompensowały. Wystąpił Chór Filharmonii Wrocławskiej oraz B'Rock (Belgian Baroque Orchestra Ghent) pod dyrekcją Carrado Rovarisa, a także znane nam już z pierwszego koncertu: Roberta Invernizzi– sopran (Chabris) oraz Sonia Prina – kontralt - w roli Judyty. Ponadto zaśpiewali: Silvia Frigato– sopran, Loriana Castellano– mezzosopran, Anicio Zorzi Giustiniani– tenor (Ozjasz) oraz Gianluca Buratto– bas (Achior). Moją uwagę zwróciła przede wszystkim Sonia Prina – kontralt o niezwykłej barwie i dramatyzmie. Tekst Metastasia – wbrew temu, co słyszałam w kuluarach – zabrzmiał wyjątkowo współcześnie: brak wiary i zwątpienie często stają się przyczyną ludzkiej klęski. I przeciwnie: wiara w Bożą Opatrzność sprawia, że wbrew tzw. logice zwycięża to, co jest pozornie słabe i łatwe do pokonania.

„Korzenie” i ten niezwykły Sollima


O tegorocznym Festiwalu Wratislavia Cantans mogłabym pisać bez końca, ale rozsądek nakazuje mi skupić się na tych dziełach i kompozytorach, które mnie szczególnie poruszyły. Należał do nich z pewnością wybitny włoski kompozytor i wiolonczelista Giovanni Sollima, który wystąpił na festiwalu dwukrotnie: w ramach koncertu z wrocławskimi wiolonczelistami oraz na zakończenie – podczas koncertu „Korzenie”.  Muzyk to absolutnie niezwykły, oryginalny – i jako kompozytor, i jako wykonawca. Kogoś tak grającego tematy klasyczne, etniczne i współczesne nigdy wcześniej nie słyszałam. Niezwykła wyobraźnia muzyczna i wirtuozeria połączone z nieudawaną radością tworzenia. Wszyscyśmy się nim zachwycili, toteż bisował wielokrotnie.

Giovanni Solima/NFM

Na koniec dodam, że bogaty i różnorodny program festiwalu znakomicie mieścił się w formule „Podróż do Włoch”. Uzupełniały go imprezy towarzyszące, cieszące się ogromnym powodzeniem, jak choćby prowadzony przez Andrzeja Kosendiaka kurs interpretacji, próby otwarte: J. Haydn – Symfonia B-dur w wykonaniu Kammerorchesterbasel pod batutą Giovanniego Antonioniego, a także sesja naukowa „Muzyka oratoryjna i kantatowa w aspekcie praktyki wykonawczej” oraz sympozjum naukowe na temat problemów pedagogiki wokalnej. Nieoceniony okazał się także starannie przygotowany od strony merytorycznej i interesujący wizualnie katalog festiwalowy, w którym przypomniano postać twórcy festiwalu Wratislavia Cantans – Andrzeja Markowskiego i który był wspaniałym przewodnikiem po wydarzeniach muzycznych.

Pomysłodawcy i Organizatorom tegorocznego 48. Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans  należą się bez wątpienia słowa uznania i wdzięczności.

Artykuł ukazał się 16 września 2013 roku na portalu PIK Wrocław

Z Martą Niedźwiecką o „Burzach namiętności” podczas tegorocznego Festiwalu Wratislavia Cantans /wywiad/

O koncercie laureatów 50. Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej, organizowanego przez NFM i Akademię Muzyczną im. Karola Lipiń...

Popularne posty