Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura litewska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura litewska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 października 2017

Kristina Sabaliauskaitė: O nadmiarze wyobraźni /wywiad/

Litewska pisarka opowiada o fascynacji szczegółem, roli wyobraźni i ograniczeniach, które każą zostawiać pewne fakty ”poza kadrem”.

Kristina Sabaliuskaite, fot. Rokas Daluli

Barbara Lekarczyk-Cisek: Polscy czytelnicy mogą od niedawna cieszyć się możliwością obcowania z Pani fascynującą powieścią "Silva rerum". Wyznam, że na mnie zrobiła ona wielkie wrażenie - zarówno z powodu interesującej formy, jak też fascynującej treści i erudycji. Pani bohaterowie - rodzina Narwojszów - są polską szlachtą żyjącą w XVII wieku. Dlaczego tacy bohaterowie i dlaczego XVII wiek? Czy ma to jakiś związek z Pani polskimi korzeniami?
Kristina Sabaliauskaitė:  Ależ ja opisuję litewską szlachtę!  Narwojszowie pochodzą z Miłkont na Żmudzi i są typowo litewską średnią szlachtą herbu Kościesza. To rozpoznanie Narwojszów przez polskiego czytelnika jako "swojej" szlachty jest miłym dowodem, jak niewiele kulturowo w tych czasach różniło szlachtę Wielkiego Księstwa Litewskiego i Korony, przecież byliśmy jedną Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Obecnie wiele przedstawicieli litewskich rodów arystokracji z powodu historycznych wstrząsów XX wieku mieszka w Polsce – może to też wzmacnia pojęcie polskości dawnego litewskiego nobilitetu. Jednak w XVII-XVIII wieku tożsamość szlachcica Wielkiego Księstwa Litewskiego nie była określana poprzez język, lecz przez tożsamość polityczną i wyznaniową. Nawet genealogicznie litewska arystokracja wywodziła się nie z Sarmatów jak Polacy, tylko od starożytnych Rzymian i Palemona. Lecz praktycznie, z powodu koligacji, bliskich więzi politycznych i osobistych, rzeczywiście stanowili jeden szlachecki naród Rzeczypospolitej. Wiek XVII i XVIII znam najlepiej z powodu studiów, więc naturalnie, że trafił na strony moich powieści. A korzenie... Czesław Miłosz kiedyś powiedział, że jest ostatnim obywatelem Wielkiego Księstwa Litewskiego... Niech więc ja będę obywatelką i, miejmy nadzieję, że nie ostatnią, ponieważ pamięć historyczna o tej epoce nadal trwa i ma wielu zwolenników.
Obraz Wilna w powieści odbiega od obrazów, które znamy z polskich książek historycznych. Poza znakomitą znajomością architektury, wykazała się Pani również wielką erudycją, jeśli chodzi o historię Uniwersytetu, uczone dzieła tamtych lat, a nawet znajomością klasztornej reguły. Jak wyglądało zbieranie materiałów do książki?
Mam nadzieję, że ten obraz w moich powieściach nie odbiega od historycznych studiów naukowych. Miałam taki zamysł, by połączyć  w moich powieściach naukę historii ze sztuką i literaturą piękną, więc chciałam wykorzystać swoją wiedzę akademicką.  Oczywiście, opisując poszczególne zjawiska – epidemię dżumy, medycynę, historię uniwersytetu czy wileńskich Żydów – trzeba sięgać po dodatkowe źródła, ale jak już ma się dobre  naukowe instrumentarium badawcze, nie jest to dużym wyzwaniem. Kiedy więc opisuję przestrzeń konwiktu – muszę wiedzieć, ile tam stoi lóżek, ile jest okien, jakie jest ogrzewane, co wisi na ścianach i co studenci jedli na śniadanie, jakich słów czy przekleństw używali. Niekoniecznie to wszystko jednak musi trafić na strony, trzeba znać miarę...
Przeczytałam gdzieś,  jak Roman Polański filmował "The Ghost Writer" – sam w półotwartej szafie porządkował wiszące garnitury, chociaż operator filmowy uprzedził go, że najprawdopodobniej ta szafa nie znajdzie się w kadrze... Ale on musiał wiedzieć, w jakim porządku wiszą garnitury jego bohatera. Ja pracuję podobnie i tak samo dużo tej zebranej wiedzy, paradoksalnie, ”pozostawiam poza kadrem”. Nie chcę popełnić błędu, który zdarza się wielu literatom po raz pierwszy sięgającym po powieść historyczną i pracę ze źródłami:  fascynują się każdym egzotycznym dla siebie, nowo odkrytym, szczegółem i z powodu tej fascynacji zbyt dużo tych zbędnych opisów i detali trafia na strony powieści.
Jak więc wygląda moje zbieranie materiałów do książki? 15-20 lat studiów i pracy archiwalnej, stosy literatury naukowo-historycznej z poszczególnych dziedzin i... bezwzględne odrzucanie wszystkiego, co zbędne, z pozostawieniem tylko tego, co jest konieczne dla  literackiego dzieła. Gdy opisuję jak bohaterowie jedzą jesiotra (w ”Silva rerum” cz. III), to oprócz wiedzy na temat XVIII-wiecznego jadłospisu, ma to również znaczenie symboliczne dla całej narracji...
Pani bohaterowie doświadczają tak charakterystycznej dla ludzi tamtej epoki ulotności życia i na różne sposoby próbują sobie z tym poradzić. Zarazem jednak mamy nieodparte wrażenie, że są tacy sami jak my: przeżywają problemy okresu dojrzewania, poszukują sensu życia, buntują się przeciwko narzuconym rolom, a także upływowi czasu. Skąd u Pani taka przenikliwość psychologiczna, która sprawia, że nawet drugoplanowe postaci nie szeleszczą papierem?
Każde pokolenie widzi historię przez pryzmat własnych doświadczeń, a powieść historyczna nie jest wyjątkiem. Bohaterowie Dumasa czy Sienkiewicza to raczej portrety  XIX-wiecznego romantycznego człowieka w kostiumie z dawnej epoki. Chciałam tego uniknąć, lecz będąc historykiem, miałam świadomość ograniczoności poznania i zdawałam sobie sprawę, że nie mogę tak po prostu "teleportować się" w ciało i duszę XVII-wiecznego człowieka. Jednocześnie miałam do dyspozycji rozmaitość historycznych źródeł, które dawały mi bardziej wielowymiarowe pojęcie o człowieku baroku. Nie był to wyłącznie pobożny, ciągle medytujący swoją kruchość osobnik – czasami jego wiara była teologicznie wyrafinowana, czasami – bardzo naiwna, wręcz magiczna czy zabobonna. W kronikach żeńskich klasztorów znajdujemy kiełki pierwotnego feminizmu i dążenia do pracy intelektualnej. W księgach sądowych zaś – całą paletę grzechów tego ”pobożnego człowieka baroku”, a w sztuce – fascynację cielesnością i zmysłowością, o których może ludzie tej epoki krępowali się pisać w osobistych dokumentach. Pewne wątki są ogólnoludzkie, więc w niektórych aspektach XVII-wieczni bohaterowie  może są nam bliżsi niż XIX-wieczni: pruderyjni i sentymentalni romantycy. Ale nie, nie są tacy sami jak my – chociaż w drugiej połowie XVIII wieku, razem z oświeceniem i sekularyzmem, staną się jeszcze bardziej nam bliscy. "Obłąkany książę" Radziwiłł z ”Silva rerum” cz. III, tak demonizowany przez XIX-wiecznych historyków, był synem swojej epoki, a jednocześnie może być bardzo dobrze zrozumiany przez współczesnego czytelnika. Właśnie do jego psychiki - geniusza-szaleńca było mi najciekawiej – jako  pisarce – zajrzeć. Konsultowałam się nawet na jego temat z lekarzami psychiatrii, ustalając możliwą diagnozę. Sądzę, że w powieści historycznej autor musi spróbować dodać do suchego faktu czy postaci historycznej prawdę o egzystencji i ludzkim losie.
Niektóre sceny z Pani powieści są bardzo barwne i na długo pozostają w pamięci, np. piękna scena nad jeziorem w Milkontach czy ślub Jana Kirdeja z Urszulą w pustym, zniszczonym kościele... Czy były jakieś inspiracje, czy też takie sceny biorą się z wyobraźni?
To tajemnica twórczego laboratorium, której nie zdradzę! (śmiech). Ale sądzę, że nadmiar wyobraźni nigdy nie był chyba wadą dla pisarza... (śmiech). Myślę, że dobra powieść jest trochę jak to holenderskie pudełko trompe-l'oeil, o którym piszę w pierwszej części „Silva rerum”: daje nam iluzję spojrzenia na jakiś mały, magiczny, zamknięty świat, który funkcjonuje według swoich reguł i zmusza nas, aby w niego bezwarunkowo uwierzyć, jeżeli chcemy dostać się do jego wnętrza. Czasami, w niektórych przypadkach, udaje  się  taka iluzja bezpośredniego ”bycia we wnętrzu powieści”. Dowiedzieć się, jak jest konkretnie stworzona – to trochę jakby ją zburzyć i tym samym zniszczyć coś cudownego. Można się przy tym strasznie rozczarować widząc, co jest w środku i jak to jest zrobione.
W Pani narracji bardzo lubię to, że jest nieśpieszna: długie zdania, czasami na całą stronę, a jednak czytelnik nie ma wrażenia, że jest nudno - przeciwnie, nawet, jeśli "nic się nie dzieje", np. w scenie, gdy Kazimierz delektuje się starymi księgami z biblioteki Sapiehy. Współczesny człowiek posługuje się najczęściej skrótami. Czy nie obawiała się Pani, że będzie to dla niego swoistym wyzwaniem, któremu nie sprosta?
Może nic się nie dzieje w tej scenie w bibliotece, ale jednak nie jest ona całkiem przypadkowa, co  zauważą czytelnicy następnych części (śmiech). Skróty i szybkość, ciągły brak czasu – są znakiem ubóstwa naszej epoki. Szybkie jedzenie, szybko wyprodukowane tanie rzeczy, które wyrzuca się po kilku użyciach, szybkie spotkania, szybkie, krótkotrwałe związki podyktowane wygodą… Albo książki typu paperback – do  szybkiego przeczytania i wyrzucenia lub jeszcze bardziej efemeryczne ebooki... Jednak największym luksusem nadal pozostają rzeczy stworzone powoli – nie sms, a zaproszenie dostarczone pocztą czy kurierem, napisane odręcznie, atramentem, na herbowym papierze. Albo długo dojrzewające wino, coś zrobionego odręcznie, specjalnie i na wymiar. Nie CD, ale bilet na koncert symfoniczny... Zgadzam się, że książki, w które włożono wiele lat pracy – czasami całe dekady badań i osobistego dojrzewania – mogą  być traktowane jako wyraz  kultury nietypowej. Jednakże  zaleta tego "luksusu"  jest taka, że jest to luksus demokratyczny i dostępny wielu ludziom. A zatem moja wielowarstwowa historyczna powieść może jest rodzajem buntu przeciwko tej współczesnej szybkości życia i trendom wydawniczym?
Nikt nie będzie czytał długich zdań, ludzie przyzwyczajeni do sms-ów? I to jeszcze bez dialogów?! Zobaczymy, zobaczymy... (śmiech). Mówiąc poważnie – myślę, że pewne kreatywne ograniczenia, które twórca stawia sam sobie, są czasami bardzo dobre, bo stają się wyzwaniem i są wyrazem dążenia do pewnej, jemu tylko wiadomej, wirtuozerii. Nie, nie obawiałam się, że tak skomplikowany tekst bez dialogów stanie się wyzwaniem dla czytelnika – ponieważ nigdy nie myślę, że czytelnik jest głupszy ode mnie i nigdy nie staram się go intelektualnie zdominować. A i dialogi mogę napisać – moje opowiadania "Danielius Dalba & inne historie" zawierają mnóstwo dialogów i dialektów środowiskowych.
Nie znamy jeszcze w Polsce pozostałych części trylogii. Czy możemy liczyć na to, że zostaną również przetłumaczone? A może uchyli Pani rąbka tajemnicy, o czym one opowiadają?
To pytanie trzeba zadać wydawnictwu. Pierwsza część to dopiero początek całej przygody, choć mogę zdradzić, że jeden tom to jedno pokolenie rodziny Narwojszów i jeden etap historii kraju. Druga część opowiada o latach 1707-1711, o Wojnie Północnej i o wielkiej dżumie na Litwie, trzecia – o dosyć spokojnym czasie, latach 1748-1749, kiedy jednak mamy do czynienia z dwoma wielkimi pożarami w Wilnie. Jest także ”ciemna strona” pozłacanego i porcelanowego okresu rokoka, a jednym z głównych jej bohaterów jest obłąkany Książę Marcin Mikołaj Radziwiłł i  jego ucieczka do ezoterycznego świata kabały oraz domniemane przejście na judaizm.
Potomek Narwojszów stanie się świadkiem i powiernikiem tego XVIII-wiecznego skandalisty, który, całkiem możliwe, dał początek żydowskiej legendzie o wileńskim Ger Cedeku. Tak więc pierwsza część to dopiero początek. Czytelników czeka bardzo nietypowa historia miłosna z  wojną i dżumą w tle, kwestie predestynacji, ślepych przypadków i nieubłaganego losu, podróże, szaleństwa, ucieczki w podświadomość i świat rozkoszy, awanturnicy, święci, magnaci, egzystencjalne pytania dotyczące grzechu i zbawienia...  Typowe XVIII-wieczne życie, ale ciekawostką jest to, że losy bohaterów są kontynuowane przez kolejne tomy powieści. Możemy zaobserwować, jak dzieje jednego pokolenia wpływają na kolejne... Obiecuję, że czytelnicy na pewno dowiedzą się w następnych częściach, co stało się z Kazimierzem, Urszulą i Birontem, jak ułożyły się ich losy oraz zapoznają się z ich potomkami, którzy są nie mniej kolorowymi charakterami. I będą wiele, wiele razy zaskoczeni...
Tym bardziej niecierpliwie czekamy! Dziękuję za rozmowę.

Kristina Sabaliuskaite, fot. Monika Penkulu


Kristina Sabaliauskaitė – litewska  pisarka o polskich korzeniach, doktor historii sztuki, od 2002 zamieszkała w Londynie. Autorka bestsellerowej trylogii ”Silva rerum” (2008-2014), wielopokoleniowej sagi szlacheckiej rodziny Narwojszów, w której z wielką pieczołowitością odmalowała czasy Rzeczpospolitej Obojga Narodów XVII i XVIII wieku na Litwie, przyczyniając się do przywrócenia tego okresu do szerokiej świadomości. Pierwsza część ”Silva rerum”, której polskie wydanie ukazało się w 2015 roku, została uznana za jedną z 10 powieści dekady przez litewski PEN Club, a cała trylogia została w 2015 roku nagrodzona prestiżową nagrodą im. Liudasa Dovydėnasa. Została także uhonorowana przez miasto Wilno Nagrodą św. Krzysztofa, którą z litewskich pisarzy otrzymał tylko Venclova.

Wywiad ukazał się 17 lutego 2016 roku na portalu Kulturaonline.


Kristina Sabaliauskaitė: Silva rerum. Pamiętnik znaleziony w ...Wilnie /recenzja książki/

Kristina Sabaliauskaitė   prowadzi czytelnika przez fascynujący, pełen tajemnic świat XVII-wiecznego Wilna, w którym bohaterowie przeżywają chwile piękne, ale częściej dramatyczne, zmagając się z kruchością życia, cierpieniem i obecnością zła.

Kristina Sabaliauskaitė, Silva rerum, Wydawnictwo Znak

Wyznam na wstępie, że dawno nie czytałam prozy równie uwodzicielskiej, od której wprost trudno się oderwać. Narracja pozbawiona jest dialogów i przypomina opowieść ustną, w której osoba opowiadacza w zupełności wystarcza, aby roztoczyć przed oczami wyobraźni barwny, fascynujący świat.

Łaciński tytuł nawiązuje do szlacheckiej księgi domowej, w której spisywano właściwie wszystko: wydarzenia z życia rodziny, przepisy, przemówienia, sentencje, wypadki polityczne... Taką księgę prowadzi jeden z bohaterów - Jan Maciej Narwojsz. Ale autorka powieści - Kristina Sabaliauskaitė wykorzystuje ten tytuł, podobnie jak wiele innych, aby oddać skomplikowany, pełen tajemnic świat XVII-wiecznych bohaterów, którzy bynajmniej tak bardzo się od nas mentalnie nie różnią. 

Śmierć w Wilnie, raj w Milkontach

A zatem autorka zabiera nas w podróż do XVII wieku - czasów potopu szwedzkiego, kontrreformacji, fascynacji śmiercią, a także - wobec poczucia kruchości istnienia - fascynacji życiem, jego zmysłową urodą. Jest to zarazem podróż w konkretne miejsca: do XVII-wiecznego Wilna oraz do majątku Milkonty na Żmudzi, należącym do głównych bohaterów - rodziny Narwojszów.

Opowieść zaczyna się - a jakże - od "trzęsienia ziemi": latem 1659 roku, kiedy to Jan Maciej i Elżbieta  uciekają wraz z małymi dziećmi z Wilna przed rzezią, którą mieszkańcom zgotowali Kozacy. Nie uda się im jednak uciec od budzących zgrozę obrazów śmierci, które staną się źródłem wątpliwości co do  istoty cierpienia i umierania, rozumianych jako część Bożego planu. 

Również para bliźniąt - Kazimierz i Urszula - musi się zmierzyć problemem śmierci, ale choć jest to doświadczenie wpisane w życie każdego człowieka, jakże niełatwo oswoić się  z nim. Ich ojciec próbuje złagodzić to poważnym i pełnymi współczucia "naukowym" tłumaczeniem, ale sam także przeżywa rozterki i ostatecznie notuje w swojej sylwie taką oto sentencję, że "nauka daje odpowiedzi, a wiara siły, żeby się z nimi pogodzić". Dzieci jednak - pod wpływem śmierci młodszej siostrzyczki i rozpaczy matki, postanawiają sprawdzić, czy ich mruczący ulubieniec – kot Maurycy nie ożył i dopiero ten wstrząsający widok rozkładających się zwłok stanie się przyczyną decyzji Urszuli pozostania świętą, aby w ten sposób zwyciężyć śmierć i postępujący rozkład. Ową atmosferę apokalipsy podsyca jeszcze przepowiednia szalonego Bonifacego Głuptaska, który wieszczy rodzeństwu dramatyczne wypadki, a wkrótce potem sam ginie okrutnie zamordowany.

Tymczasem Jan Maciej, pragnąc pocieszyć rozpaczającą żonę, tworzy dla niej rajski ogród, w którym może zagospodarować dom od nowa, tworząc w ten sposób nowe życie dla siebie i rodziny. Ona jednak marzy o ucieczce z tego pełnego okrucieństw świata, w którym na dodatek czuje się zniewolona rolą żony i matki. Przyjdzie jednak moment, kiedy w pięknej, nieomal malarsko odmalowanej scenie nad jeziorem, porzuci te mrzonki i stanie się w pełni wolnym, dojrzałym człowiekiem, który przeszedł kolejne etapy życia, aby  na koniec poczuć tę prawdziwą wolność - wewnętrzną.

Wątki te rozwijają się dramatycznie i pasjonująco, wiadomo bowiem, że raj nie jest na ziemi możliwy. Ważną część powieści stanowi przyjazd rodziny Narwojszów do Wilna, w związku z decyzją Urszuli o wstąpieniu do klasztoru. Wątek klasztorny okazuje się również bardzo interesujący, autorka bowiem opisuje życie w klasztorze z dużą znajomością rzeczy, nie stroniąc zarówno od aspektów duchowych i psychologicznych takiego wyboru, jak również okazując jego niebezpieczeństwa i ciemne strony. Także i w tym wątku nie brakuje tajemnic, a nasza bohaterka przejdzie niezłą szkołę życia.

Jana Kirdeja Bironta "retoryka stosowana"

Równie istotny w powieści jest wątek innego pierwszoplanowego bohatera, którego los złączy się ściśle z dziejami rodziny Narwojszów, a mianowicie Jana Kirdeja Bironta - bakalarza filozofii, który studiuje głównie "retorykę stosowaną", niczym się mentalnie nie różniąc od współczesnych pijarowców. No, może tym, że osiąga w dziedzinie manipulacji ludźmi prawdziwe mistrzostwo, ale potrafi też pod wpływem miłości zejść z tej drogi prowadzącej donikąd. Życiorys tego bohatera, który jako jedyny ocalał z rzezi kozackiej, sam w sobie jest szalenie pasjonujący, pokazuje bowiem jeszcze inną reakcję na cierpienie i śmierć. Jest nią chęć użycia, a także cynizm i manipulowanie ludźmi, które daje mu poczucie panowania nad nimi. Dopiero miłość do Urszuli wywraca ten świat do góry nogami.

Wątek uczelni i jej studentów to również barwne tło obyczajowe - z jednej strony obficie czerpiące z wiedzy o epoce, z drugiej zaś dziwnie znajome. Relacje międzyludzkie - podobnie jak bohaterowie tamtych czasów - przypominają ludzi współczesnych. Tym zresztą różni się powieść Sabaliauskaitė od sposobu opowiadania o przeszłości naszego Henryka Sienkiewicza, że ukazuje ludzi z krwi i kości - podobnych nam, bliskich psychologicznie o wiele bardziej niż pan Wołodyjowski czy Andrzej Kmicic. Dodajmy, że autorka posiada niezwykłą w jej wieku dojrzałość i wiedzę psychologiczną, mówiąc wprost: znajomość ludzkiej natury, toteż żadna z jej postaci, nawet drugoplanowa, nie szeleści papierem.

Wobec zła

Wszyscy bohaterowie, poprzez wypadki życia, które są źródłem cierpienia, dojrzewają i zmieniają się. Na koniec Jan Maciej, leżąc na łożu śmierci, nie może już mówić, ale mimo to, a może właśnie dlatego staje się tym, który wysłucha spowiedzi Jana Kirdeja. Sam już zupełnie inaczej myśli o złu:

Nie ma żadnych złych znaków, jest tylko ciemne myślenie o nich, podobne do żyjącego w ciemnej piwnicy bazyliszka; wystarczy go stamtąd wywlec na światło, a się okaże, że jest on tylko małym, oślizgłym, biednym stworzeniem, którego wszyscy nienawidzą i które nienawidzi samego siebie, i jest groźne tylko wtedy, gdy człowiek boi się mu spojrzeć w oczy, bo bazyliszek to nic innego jak strach przed sobą i nieczyste sumienie.

Kristina Sabaliauskaitė - zjawisko niezwykłe

Choć sama opowieść jest znakomicie opowiedziana, to jednak nie wyczerpuje jej zalet. Litewska pisarka posiada bowiem wielką erudycję, jeśli chodzi o historię, a w szczególności historię Wilna, w którym się urodziła Także zabytków i postaci tamtej epoki... Posiada nawet wiedzę z zakresu ogrodnictwa! To talent na miarę Jana Potockiego, choć "Silva rerum" brzmi bardziej współcześnie od "Pamiętnika znalezionego w Saragossie". Nie bez przyczyny porównuje się ją do Marqueza - z powodu zmysłowości i atmosfery magii, a także do Umberto Eco - ze względu na erudycję i grę konwencjami. Jednakże   mimo tych porównań, Kristina Sabaliauskaitė pozostaje zjawiskiem oryginalnym i jedynym w swoim rodzaju. Jej wspaniała narracja - długie barokowe zdania - pokazuje, że w czasach, kiedy posługujemy się skrótem, taka wybujała opowieść może być fascynująca dla wielu i sprawia, że nie oderwiemy się od niej ani na chwilę, pozostając pod jej przemożnym urokiem. Jest w tej powieści wszystko: i liryzm, i dramatyzm, i komizm, a ostatecznie także wiara, że życie nie jest absurdem, lecz ma głęboko ukryty sens, który można dostrzec, kiedy się człowiek trochę potrudzi.

Kristina Sabaliauskaitė napisała całą trylogię, której akcja rozgrywa się w Wilnie. Pierwsza jej część ukazała się w ubiegłym roku w Wydawnictwie Znak. Pozostaje zatem mieć nadzieję, że znakomita tłumaczka tej prozy - Izabela Korybut-Daszkiewicz przybliży polskim czytelnikom kolejne dzieła tej litewskiej pisarki o polskich korzeniach.  

Recenzja ukazała się pierwotnie na Kulturaonline.

Wywiad z pisarką - pod tym linkiem.

Z Martą Niedźwiecką o „Burzach namiętności” podczas tegorocznego Festiwalu Wratislavia Cantans /wywiad/

O koncercie laureatów 50. Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej, organizowanego przez NFM i Akademię Muzyczną im. Karola Lipiń...

Popularne posty