Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Krauze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Krauze. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 listopada 2019

20-lecie premiery "Długu" Krzysztofa Krauzego

19 listopada 1999 roku na ekrany polskich kin wszedł "Dług" Krzysztofa Krauzego – jeden z najgłośniejszych polskich filmów przełomu wieków i zarazem symboliczny koniec lat 90. w polskim kinie. Dokładnie 20 lat później odbędzie się jubileuszowy pokaz filmu oraz spotkanie z udziałem członków ekipy.

Dług | © Studio Filmowe "Zebra" Canal+ Polska ITI Cinema

Obraz, który jednocześnie wstrząsnął opinią publiczną, spotkał się z olbrzymim odzewem społecznym i zachwycił krytykę. Jeden z najmroczniejszych obrazów polskiej transformacji ekonomicznej i mechanizmów działających w cieniu „polskiego snu”, został nagrodzony Złotymi Lwami na Festiwalu Filmowym w Gdyni. Kino społeczne, w którym autentyczne wydarzenie stanowi pretekst do zadania pytania o stan etyczny społeczeństwa i cenę kapitalizmu. Identyfikacja widowni z młodymi bohaterami, jednocząca obawa przed przestępczością i przekonanie o nieskuteczności prawa, które nie chroni uczciwych obywateli, wzmocniły interwencyjny charakter filmu: nie tylko wywołał dyskusję, ale też przyczynił się do ułaskawienia skazanych na 25 lat więzienia mężczyzn będących pierwowzorami ekranowych postaci.

Polska lat 90. XX wieku. Dwóch przyjaciół: Adam (Jacek Borcuch) i Stefan (Robert Gonera) planuje wspólny biznes – import skuterów. Kiedy zaczynają mieć problemy z kredytem, na ich drodze pojawia się Gerard (Andrzej Chyra) – dawny kolega z dzieciństwa, chętny pożyczyć pieniądze. Tego spotkania młodzi przedsiębiorcy wkrótce gorzko pożałują. Jeden z najgłośniejszych polskich filmów przełomu wieków, symboliczny koniec lat 90. w polskim kinie.

Po filmie odbędzie się spotkanie ze scenarzystą Jerzym Morawskim oraz aktorami: Jackiem Borcuchem i Andrzejem Chyrą. Rozmowę poprowadzi Tomasz Kolankiewicz.

Pokaz odbędzie się w ramach cyklu Kino 89+. W 2019 roku minęło dokładnie 30 lat od wielkiej transformacji ustrojowej jaką przeszła Polska. To 30-lecie było szalenie interesujące, obfitujące w wiele procesów rzutujących na teraźniejszość, ale także bardzo dramatyczne. Kino 89+ to seria projekcji i rozmów, podczas których z perspektywy rodzimej kinematografii można przyjrzeć się zachodzącym w tym burzliwym okresie zjawiskom.

Do wstępu upoważniają bezpłatne wejściówki, które będziemy wydawać od 18:30. Liczba miejsc jest ograniczona. Jedna osoba może odebrać maksymalnie 2 wejściówki.

Kiedy i gdzie?

Wtorek, 19 listopada, g. 19:00 | FINA Wałbrzyska 3/5

informacja prasowa

poniedziałek, 13 listopada 2017

„Nikifor” czyli „Niosący zwycięstwo” /recenzja filmowa "Mojego Nikifora"/

Nic nie dorówna życiu pokornemu, nieświadomemu, upartemu.
Paul Claudel

Mój Nikifor, plakat
Film „Mój Nikifor” Krzysztofa Krauzego i Joanny Kos-Krauze  prowokuje do refleksji nad pytaniami fundamentalnymi: „Kim jestem?”, „Po co żyję?”, „Ku czemu zmierzam?”...
Żyjemy w kulcie sukcesu i „bycia Kimś”, ale co to tak naprawdę znaczy? I czy w ogóle coś znaczy?

Krystyna Feldman w filmie Mój Nikifor

      Tytułowy bohater zdaje się być uosobieniem Nikogo, a jednak – paradoksalnie – staje się Kimś o wiele bardziej niż ci, którzy nim pogardzają i uważają za żebraka i nieudacznika.
Nikifor był nieślubnym dzieckiem, kaleką i analfabetą.  Nie używał prawdziwego nazwiska. Sam podpisywał swoje prace „NIKIFOR MALARZ – NIKIFOR ARTYSTA.  Dopiero po wielu latach okazało się, że był Łemkiem i prawdopodobnie nazywał się Epifan Drowniak. Był człowiekiem głębokiej wiary i artystą z Bożej łaski. Od dzieciństwa chodził do cerkwi, a jego malarstwo ma wiele wspólnego z tradycją cerkiewnych ikon.

  Film Krauzego ukazuje kilka ostatnich lat z życia malarza i nie ma bynajmniej ambicji biograficznych. Postać Nikifora staje się tu pretekstem do rozważań nad powołaniem artysty, ale i każdego człowieka.

  Czym jest sztuka dla Nikifora? Jest zapisem otaczającej go rzeczywistości, ale sięga poza nią samą, zmierzając w stronę metafizyki i Transcendencji – do Boga. Ważna zdaje się być postawa artysty wobec swojej pracy. Jest w niej wiele pokory, uporu, on sam nie liczy się zupełnie. Prawie nie mówi, niewiele zajmują go sprawy doczesne, pracuje nieomal zawsze, bez względu na okoliczności.

Nikifor (Krystyna Feldman), Marian Włosiński (Roman Garncarczyk)

   Film ukazuje go w zgrzebnych dekoracjach Polski lat 60: socjalistyczne hasła, proste teksty piosenek Kasi Sobczyk („O mnie się nie martw!”) czy Ludmiły Jakubczak – cały ten światek przywodzi raczej na myśl naiwne malarstwo niż materialną rzeczywistość. Przed naszymi oczami przesuwają się statyczne „obrazki” małego miasta odrealnionego nocą, kiedy błyszczy światłami na tle granatowego nieba. Większość scen rozgrywa się we wnętrzach, ale prawdziwa rzeczywistość rodzi się między ludźmi. Te, ledwo naszkicowane, realia zostają zresztą „unieważniona” w końcowej sekwencji filmu i zastąpione rzeczywistością o cechach niezmiennych – utrwaloną na obrazach Nikifora. Zanim to jednak nastąpi, zanim „oswoimy” bohatera, autorzy filmu przywrócą nam zapomnianą nieco postać malarza „naiwnego”, abyśmy – jak w biblijnej przypowieści – mogli rozpoznać w nim „swojego” Nikifora.

Krystyna Feldman w roli Nikifora

      Kiedy widzimy go po raz pierwszy, patrzymy na niego oczami głównego bohatera – Mariana Włosińskiego (w tej roli Roman Garncarczyk), to znaczy prawie go nie dostrzegamy. Pod koniec filmu, gdy Nikifor umiera, wzruszeni, ocieramy łzę, jakbyśmy stracili kogoś bliskiego... Pomiędzy tymi scenami stajemy się świadkami przemiany, która zachodzi w życiu Włosińskiego.
     Włosiński jest z wykształcenia malarzem, ma jednak świadomość, że brak mu prawdziwego talentu. Sam określa siebie ironicznie jako „plastyka na gwizdek”. Perspektywa kariery w Krakowie nęci go przez chwilę, ale nie jest to typ karierowicza. Wtedy to w jego życiu pojawia się Nikifor. Początkowo traktuje go jako niegroźnego pomyleńca, który irytuje go i zarazem fascynuje swoją odmiennością. To nie jest przypadek, że „wprowadza się” właśnie do jego pracowni, aby w niezwykłym skupieniu całymi dniami malować. Właściwie prawie ze sobą nie rozmawiają, a jednak tworzy się między nimi pełna napięcia więź. Odczuwa ją także rodzina bohatera – żona i dwie córeczki. Jego milcząca obecność w tej rodzinie przybiera jednak dramatyczne oblicze, kiedy okazuje się, że Nikifor jest poważnie chory na gruźlicę. Ponieważ Włosiński nie potrafi czy też nie może pozbyć się intruza, robi to za niego żona. Przegnany z pracowni, bez słowa odchodzi. Nie buntuje się, bo doświadczenie wygnania jest obecne w jego życiu od początku, ale nie znaczy to, że mu nie doskwiera, że nie boli. Film subtelnie pokazuje, że jednak mu ono ciąży, kiedy w pięknie sfilmowanej przez Krzysztofa Ptaka scenie widzimy jak ciężko opada na łóżko i nie ma nawet siły zdjąć butów. Oznajmia też  z goryczą, że nie będzie już więcej malował... Trwa to jednak krótko, bo w następnej scenie widzimy go podążającego w stronę miasteczka, żeby „zarobić na opał”.

kadr z filmu

      Włosiński próbuje teraz „żyć normalnie”: kiedy spacerując z córkami napotyka siedzącego na murku malarza, ucieka na drugą stronę ulicy, jak się ucieka od swego przeznaczenia. Ale od swego przeznaczenia uciec się nie da.... Rezygnuje z kariery, z wyjazdu do Krakowa, a nawet z rodziny. To nie są racjonalne wybory i film nie próbuje nas o tym przekonać. Przeciwnie: prowokuje do zastanowienia nad własnymi postawami, tak często odległymi od racjonalnych.  Postawa tego, który „siebie ofiarowuje” zracjonalizować się nie daje, ale przecież wiemy jak bardzo buduje ona dającego, jak bardzo on się wtedy „staje”...

     Trzeba w tym miejscu szczególnie podkreślić znakomitą kreację Krystyny Feldman. Mistrzyni epizodu, aktorka charakterystyczna, która – można bez przesady powiedzieć – zagrała rolę swego życia. Jest do Nikifora nie tylko łudząco podobna, ale przede wszystkim stworzyła niezwykle bogaty portret malarza i człowieka. Bez niej nie byłoby tego filmu w takim kształcie. Wiernie sekunduje jej Roman Garncarczyk, grający Romana Włosińskiego – ciepły, przekonujący i prawdziwy.

Krystyna Feldman jako Nikifor

W jakimś momencie Włosiński staje się postacią nieomal ewangeliczną: opiekuje się chorym malarzem, tuła wraz z nim, zmusza go do leczenia, nosi, myje mu nogi.

 Najwyższy wymiar sztuka zyskuje dopiero wtedy, kiedy uwalniamy się od swojego „ja”. (...) – wyjaśnia w wywiadzie reżyser – Z trwogi jak to „ja” wypada w oczach świata, tracimy intuicję, zaczynamy naśladować, przestajemy mówić własnym głosem. (...) Pełnię sztuki osiąga się tą samą drogą jak pełnię człowieczeństwa. Tylko kiedy porzuci się „ja”, można rozpoznać w drugim człowieku siebie samego.

Włosiński przechodzi duchową przemianę od „ja” do „nikt”, to znaczy od „brać” do „dawać”; od egzystencji nieautentycznej, zniewolonej i zaburzonej do życia w prawdzie, wolnego od presji innych. Taka postawa może się wydawać heroiczna i zapewne taką jest. Autentyczne życie, wypełnione ciszą, w której można usłyszeć głos własnego powołania, nie może być łatwe, ale czy „pogoń za wiatrem” może przynieść człowiekowi radość spełnienia..?

kadr z filmu Mój Nikifor

     Kiedy się to wszystko staje, jesteśmy świadkami scen pięknych i „jasnych” – dosłownie i w przenośni, scen niosących pociechę: wyjazdy za miasto, wystawa w Zachęcie, ciepły humor towarzyszą nam już do końca filmu.

      Nikifor nie zajmował się promocją swojej twórczości, a jednak stał się jednym z najbardziej znanych malarzy neoprymitywistów. Tak niewiele potrzebował ten artysta, aby wyczarować świat pełen znakomitej linearnej formy i przepięknej kolorystyki – prosty i skomplikowany zarazem. Świat utrwalony w jego obrazach odnajdziemy przede wszystkim w końcowej sekwencji filmu, w przepięknych zdjęciach operatora Krzysztofa Ptaka. Statyczne ujęcia Krynicy nocą i w czasie dnia, nieśpieszny, służący refleksji rytm obrazów, zmienia się w finale w prawdziwą feerię barw i niezwykłych treści. Widzimy w nich zawartą całą przebogatą wyobraźnię Nikifora, czerpiącą z głębokiej wiary i – ostatecznie – zwycięską.
Imię Nikifor pochodzi od greckich słów: „nike” i „foros” – „niosący zwycięstwo”... 

rysunek Nikifora
A oto eleganccy święci spacerują wraz z kuracjuszami po krynickim deptaku, widać domy i stacyjkę, suną dorożki. Pośród nich dominuje duża sylwetka wykwintnego pana z pędzlem i akcesoriami do malowania. Jak na płótnach starych mistrzów, patrzy on na nas i nie mamy wątpliwości, że jest to autoportret artysty, prawdziwego artysty. A świat przed naszymi oczami, darowany nam przez niego - to świat prawdziwy, piękny i harmonijny, w którym – wiemy to z całą pewnością – bylibyśmy prawdziwie szczęśliwi.
Kadr z filmu "Mój Nikifor"



Mój Nikifor, trailer


Recenzja ukazała się pierwotnie w "Nowym Życiu" 2004/11, s. 9

środa, 25 października 2017

"Papusza". Epicki fresk o życiu w wolności /recenzja filmu/


Tytuł filmu - „Papusza” - w reżyserii duetu Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze sugeruje, że jest on biografią cygańskiej poetki Bronisławy Weis. W istocie jednak jest to epicki fresk o życiu Romów, który oddziałuje na widzów przede wszystkim pięknym, czarno-białym obrazem.

plakat filmu, Next Film

Film ujęty jest w rodzaj klamry, a jego fabuła odsłania się stopniowo przed widzem w formie chronologicznie zaprezentowanych retrospekcji. Rozpoczyna go dziejąca się w latach 70. nieco groteskowa scena, kiedy to Papusza zostaje wypuszczona z więzienia na polecenie ministra (odbywa karę za „recydywę w kradzeniu kur”), a następnie – wbrew woli – bierze udział jako gość honorowy koncertu „Pieśni Papuszy”. Wykonywana przez klasycznych śpiewaków i orkiestrę piękna i tęskna pieśń o życiu Cyganów, w ich oryginalnym języku,  towarzyszy nam również w końcowych kadrach filmów, kiedy to w ujęciu z góry oglądamy wędrujący tabor -  wolny jak ptaki i jak one instynktownie podążający sobie tylko wiadomymi drogami.  

kadr z filmu - ślub Papuszy

Fabuła filmu obejmuje lata 1910 – 1987, będące ramami życia Papuszy. Najpierw poznajemy okoliczności jej narodzin: młodziutka Cyganka, dziecko nieledwie, ogląda z podziwem wystawę, na której stoi wspaniale ubrana lalka przedstawiająca damę w długiej sukni i w kapeluszu. Potem obserwujemy dyskretnie ukazany samotny poród w otoczeniu przyrody, obrzędy związane z narodzinami i nazwaniem noworodka. Dziewczynka otrzymuje imię Papusza, czyli Lalka, niejako w odniesieniu do sceny ze sklepową witryną i marzeniami młodej matki. Czynności te wprowadzają nas w egzotyczny, tajemniczy  świat cygańskich wierzeń i obrzędów. Jednocześnie zaś w sposób symboliczny obrazy pokazują zaledwie zasugerowaną tęsknotę za przynależnością do otaczającego świata – pięknego i eleganckiego, który jest jednak niedostępny. Całe życie Papuszy jest taką niewypowiedzianą tęsknotą za tym innym, lepszym światem, w którym pozycja kobiety jest zupełnie inna niż w romskiej tradycji. Tradycja ta bowiem jest typowa dla kultury Dalekiego Wschodu – patriarchalna.

kadr z filmu, Next Film

Narracja filmu jest bodaj najsłabszą jego stroną. Jakby opowiadając historię Papuszy, autorzy filmu nie mogli się zdecydować, czy główną bohaterką jest ona, czy też Romowie. Początkowo oglądamy pięknie zaaranżowane sceny, przywołujące realia przedwojennych miasteczek i wsi, przez które wędrują cygańskie tabory. W miarę rozwoju akcji, zwłaszcza gdy w grę wchodzi osobisty dramat bohaterki, narracja zyskuje na potoczystości i widz łatwiej się jej poddaje.

Romowie są postrzegani jako obcy i traktowani z daleko idącą niechęcią, a nawet atakowani. Jedynie śpiew i umiejętność gry na różnych instrumentach nobilituje ich do tego stopnia, że są przyjmowani nawet na eleganckich przyjęciach. Na jednym z nich grający na cytrze Cygan zakochuje się w znacznie młodszej od siebie Papuszy i kupuje ją od jej ojczyma, jak to jest w zwyczaju, mimo sprzeciwu dziewczyny. Holocaust, ukrywanie się po lasach i powojenna nędza – to tematy kolejnych retrospektyw. Wśród nich na uwagę zasługuje scena w więzieniu. Otóż Romom zostaje odebrane stare prawo wykonywania publicznego muzyki oraz wolnego przemieszczania się. Mimo to jednak, zamknięci w ciasnej celi, rozpoczynają szalony koncert, który jest najlepszym wyrazem ich wewnętrznej, prawdziwej wolności.

Jowita Budnik jako Papusza, Next Film

Papuszę jako poetkę odkrywa Jerzy Ficowski, chroniący się w taborze cygańskim przed Służbą Bezpieczeństwa. Lata spędzone wśród Romów zaowocowały opracowaniami na temat ich życia i obyczajów. Stało się to zresztą przekleństwem dla Papuszy, której wiersze Ficowski tłumaczył i publikował, ponieważ posądzono ją o zdradę cygańskich tajemnic. Potraktowana jako zdrajczyni, przeżyła nerwowe załamanie i wielokrotnie leczyła się w zakładzie psychiatrycznym. Romowie nie traktowali jej wierszy i książki Ficowskiego jako próby ocalenia pamięci o cygańskiej kulturze, lecz jako zdradę. Papusza płaci więc najwyższą cenę – cenę wykluczenia ze wspólnoty. Jej strach i niechęć do publicznego przyznania się, że jest poetką, staje się wówczas zrozumiała.

Dramatyczne losy tej kobiety zostały w filmie ukazane w sposób bardzo subtelny – przede wszystkim za pomocą obrazów. Papusza mówi niewiele, jest bardzo oszczędna w gestach, ale kiedy już zabiera głos, to jej słowa mają szczególny ciężar. Tak jest np. w scenie, kiedy pyta Ficowskiego, czy jego książka jej nie zrani, a on tego oczywiście nie rozumie. Jowita Budnik znakomicie wcieliła się w postać Papuszy – jest równie prawdziwa, jak prawdziwa była w roli Beaty w filmie „Plac Zbawiciela”. Jest też niezwykle poruszająca – w oszczędnych, ale znaczących gestach i spojrzeniach. Równie wyraziście zarysowana jest postać męża Papuszy – cygańskiego harfisty, zagrana przez Zbigniewa Walerysia. Brutalny i władczy, potrafi jednak stanąć w obronie żony, a później także odwiedza ją w zakładzie psychiatrycznym. Pyszne są sceny, kiedy Weis przechwala się, że jego gra tak się spodobała Leninowi, że chciał, aby muzyk towarzyszył mu podczas przeprowadzania rewolucji, on jednak był już umówiony z Piłsudskim, którego również oczarował swoją grą na harfie.

kadr z filmu Papusza, Next Film

Dodać należy, że jest to pierwszy film, w którym aktorzy posługują się językiem romskim. Oczywiście, występują też prawdziwi Romowie – i są fantastyczni!
Najbardziej ujmuje uroda zdjęć: czarno-białe, dające wrażenie zapisu dokumentalnego, są jednocześnie artystycznie wysmakowane, co jest zasługą dwóch znakomitych operatorów: Krzysztofa Ptaka i Wojciecha Staronia.

Realizatorom należą się również słowa uznania za niezwykle staranne przygotowanie filmu o Romach – świetna znajomość i kultury i języka czyni ten obraz szczególnie wartościowym.

Film Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego: "Papusza" miał swoją polską premierę 15 listopada 2013 roku.
Obejrzałam go niedawno ponownie, tym razem w telewizji i utwierdziłam w przekonaniu, że to wspaniałe artystyczne kino. Recenzję napisałam tuż po premierze, ale jej nie opublikowałam, dopiero teraz postanowiłam to zrobić.

zwiastun filmu

Z Martą Niedźwiecką o „Burzach namiętności” podczas tegorocznego Festiwalu Wratislavia Cantans /wywiad/

O koncercie laureatów 50. Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej, organizowanego przez NFM i Akademię Muzyczną im. Karola Lipiń...

Popularne posty