Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Piotr Tomaszuk, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Piotr Tomaszuk, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 października 2017

Teatr Wierszalin: „Traktat o manekinach” /recenzja teatralna/

„Traktat o manekinach” jest autorską sztuką Piotra Tomaszuka, wyrastającą z inspiracji prozą Brunona Schulza. Przedstawia spełnienie fantazji Ojca Józefa, w którym stwórczy gest Demiurga zostaje zastąpiony tworzeniem „gorszej rangi”. Kiedy człowiek „manekizuje, czyli pozyskuje manekiny z ludzi”, możliwa jest wszelka zbrodnia i każde szaleństwo.

Traktat o manekinach, reż. Piotr Tomaszuk, fot. prasowa

Przedstawienie Piotra Tomaszuka można by porównać do sztuk Tadeusza Kantora. Obaj są demiurgami stwarzającymi teatralną rzeczywistość. I choć Tomaszuk realizuje koncept Schulza, rozwija go, dopisując (w duchu prozy autora „Sklepów cynamonowych”), to wszystko, o co wzbogaciło jego, a także nasze doświadczenie obu totalitaryzmów: hitlerowskiego i stalinowskiego. Odczytanie „Traktatu o  manekinach” jako ich zapowiedzi uzupełnia Tomaszuk projekcjami własnej wyobraźni i doświadczeń. Włącza do spektaklu film, będący przykładem owej rzeczywistości „drugiej rangi”, bo stworzonej ludzką ręką, zarazem zaś zapowiadającej okrucieństwa II wojny. Oglądamy fragmenty „Psa andaluzyjskiego” Luisa Bunuela ze słynną sceną przecinania oka, a także sceny z filmów Charlie Chaplina, w których Charlie ciągle jest bity, popychany i poniewierany. 

Scena zbiorowa spektaklu "Traktat o manekinach"
Perorujący Ojciec przemienia się a to w Stalina, a to w Hitlera… Świat przestaje być zrozumiały, staje się groźny. Śmiech Adeli – podobnie jak widzów filmu  – zamiera, a w jego miejsce pojawia się  groza. Na naszych oczach to, co było fantomem – światem zaklętym w celuloidzie, przemienia się w Historię. Żołnierz rosyjski, żołnierz niemiecki – wszyscy pytają o Żydów i oczywistym jest, co takie pytanie znaczy. Uprzedmiotowienie bohaterów i ich „manekizacja” sprawiają, że wyroki śmierci nie są już ludobójstwem, ale co najwyżej niszczeniem „przedmiotów drugiej rangi”…

Przedstawienie Wierszalina – doprawdy wstrząsające. Jednocześnie tak różne od przeciętnego spektaklu. Znakomity, nośny i twórczo potraktowany tekst. Funkcjonalna, a zarazem symboliczna dekoracja i rekwizyty. Za niebanalną scenografię należą się brawa Julii Skuratowej. Wreszcie – bardzo dobre aktorstwo: precyzyjne środki wyrazu, ruch sceniczny, świetnie zrealizowane skomplikowane zadania aktorskie (np. Syn jest  Narratorem, szwaczkami, Żołnierzem rosyjskim i niemieckim). Brawurowo zagrali je: Rafał Gąsowski jako Ojciec, Miłosz Pietruski jako Syn oraz Dariusz Matys jako Adela.  Znakomicie współgra ze słowem muzyka tego spektaklu, pochodząca z nagrań zespołu "Accordion Tribe".

"Traktat o manekinach", prasowe

Na przestrzeni wielu lat – powiedział w wywiadzie autor sztuki Piotr Tomaszuk - widać jak bardzo twórczość Schulza jest realna i ponadczasowa. Manekin krawiecki bliski jest człowiekowi sztucznemu, który sprowadzany jest do roli przedmiotu nie mającego żadnej indywidualności. W tym przedstawieniu pokazujemy, że czym innym są idee które rodzą się w głowach filozofów, humanistów, a czym innym stają się, kiedy trafiają w ręce polityków mówi reżyser. – To dwie różne rzeczywistości: jedna człowieka rozwija, druga niszczy. 

fragmenty spektaklu

"Traktat o manekinach"

inscenizacja i reżyseria: Piotr Tomaszuk
scenografia: Julija Skuratova (Litwa)
videodekor i projekcje: Piotr Tomaszuk
Współpraca : Rafał Gąsowski

Występują:

Rafał Gąsowski jako Manekin Ojca

Dariusz Matys jako Manekin Adeli

Miłosz Pietruski jako Nie-Syn

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu PIK Wrocław

O tęsknocie za transcendencją i tajemnicach ludzkiej duchowości /„Wierszalin. Reportaż o końcu świata”/

Podczas 2. Festiwalu Teatru Nie-Złego w Legnicy, w 2012 roku obejrzałam  dwa spektakle Teatru Wierszalin z Supraśla w powiecie białostockim: „Wierszalin. Reportaż o końcu świata” oraz „Bóg Niżyński”. Historia sekty proroka Ilji w interpretacji Piotra Tomaszuka i aktorów Teatru Wierszalin jest porywającą opowieścią na temat tajemnic ludzkiej duchowości, tęsknoty za prawdą i ładem na tym świecie.

Włodzimierz Pawluczuk, Wierszalin. Reportaż o końcu świata 30 lat później

Wierszalin. Reportaż o końcu świata


Spektakl „Wierszalin. Reportaż o końcu świata”, zrealizowany w 2007 roku, jest – można by rzec – opowieścią założycielską Teatru Wierszalin z Supraśla. Historia sekty religijnej pod przywództwem proroka Ilji jest jednocześnie pretekstem do rozważań na temat ludzkiej duchowości i jej tajemnic, a także metafizycznych źródeł teatru, których jądro tkwi w micie i starej opowieści. Bezpośrednim źródłem inspiracji tego przedstawienia jest kultowa książka Włodzimierza Pawluczuka pod tym samym tytułem, wydana po raz pierwszy w latach 70. ub. wieku. Autor – socjolog, antropolog i religioznawca, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego - opisał w niej historię najliczniejszej sekty religijnej, która powstała na Białostocczyźnie w latach 30. I przetrwała – już bez przywódcy – do lat 80. 

Piotr Tomaszuk, prasowe
Wybierając z książki niedużo, w gruncie rzeczy nie pomijam niczego istotnego – powiedział podczas spotkania z widzami założyciel i reżyser Teatru Wierszalin PiotrTomaszuk. Są wszystkie wątki tej opowieści, które udało się Pawluczukowi spisać. Kiedy zobaczył to przedstawienie, był zachwycony i powiedział, że tak właśnie to sobie wyobrażał”. Cóż to jednak była za historia? Otóż Eliasz Klimowicz, stary i nieuczony chłop, postanowił jeszcze przed I wojną wybudować we wsi Grzybowszczyzna cerkiew. Gdy wybuchła wojna, rozpoczętą cerkiew zburzono, a ludzi wywieziono do Rosji. Po wojnie ludzie wrócili, jeszcze biedniejsi niż przedtem, a mimo to Eliasz zrobił rzecz zupełnie niepojętą: sprzedał pole, aby opłacić koszty pozwolenia i budowy i począł wznosić cerkiew od nowa. Zaczęto organizować kwesty w prawosławnych parafiach i poczęła się rozchodzić wieść, że powstał biblijny prorok Eliasz. Przybywało wyznawców i w swoim rozkwicie sekta liczyła ok. 10 tysięcy ludzi oraz wielu sympatyków, którzy gotowi byli wesprzeć proroka Ilię, wierzyli bowiem w świętość jego posłannictwa. Prorok zaś głosił, że na Grzbowszczyźnie powstanie największe miasto świata – Nowe Jeruzalem, którego centrum stanowić będzie cerkiew. Nazwa nowej stolicy świata – Wierszalin – pochodziła od słowa „wierch”, czyli „szczyt”.

 „Dzieje tego mitu – pisze w swojej książce „Wierszalin. Reportaż o końcu świata. Trzydzieści lat później” Włodzimierz Pawluczuk – są odbiciem dziejów świata w mijającym stuleciu. W micie Wierszalina można było szukać jakiejś prawdy o sobie, o człowieku, o Bogu”.

Historia pewnej sekty

Piotr Tomaszuk przedstawia nam tę historię z charakterystycznym dla siebie humorem, pod którym jednak kryją się ważne myśli i refleksje. Całość spina rodzajem klamry śpiew chóralny, który – jak się okazało – był autentycznym zapisem pieśni śpiewanych przez członków sekty.

Scena ze spektaklu, prasowe
Przed oczami widzów ożywia Tomaszuk tamten świat, przytaczając relacje różnych świadków opisywanych wydarzeń. Jeden z nich, Dorofiejuk, opowiada jak to doświadczył osobiście kilku cudów, m.in. podczas wybierania z jamy kartofli miał widzenie czwartego nieba i bram raju. Twierdził, że taki właśnie napis – rosyjskimi literami – widział podczas swojej duchowej wędrówki i że słyszał archaniołów dmących w srebrne trąby. 

Obraz ten wykorzysta Tomaszuk w zakończeniu przedstawienia, kiedy to wszyscy bohaterowie przechodzą na „tamtą stronę” przez taką właśnie bramę raju, o jakiej mówi Dorofiejuk. Członkowie sekty potępiali chciwych popów, modlili się i odprawiali swoje nabożeństwa. 

Inny świadek i uczestnik wydarzeń – niejaki Daniluk, prawa ręka proroka, który spisywał i drukował wypowiedzi Ilji niczym ewangelista, opowiada o tym, jak wysłał orędzie do redakcji „Gromady – Rolnika Polskiego” i do „Trybuny Ludu”, ale mu nie odpisano, natomiast otrzymał odpowiedź od najwyższych władz Związku Radzieckiego – że będą jego list rozpatrywać… 

scena ze spektaklu, prasowe
W przedstawieniu pojawia się także relacja diaka Marczuka, opowiadającego o nawiedzonej kobiecie, która – rozebrawszy się do naga – wybijała okna domów, wieszcząc Koniec świata!. Uwięziona przez współwyznawców pozostawała przez długi czas bez jedzenia, co z kolei uznano za cud, a ją – za świętą. Wśród świętych i nawiedzonych pojawił się także car Mikołaj II z carycą. Okolicznej ludności nie zmyliło, że rozmawiał po polsku i szył chłopom buty. I tak wiedzieli swoje. 

Prorok Ilja ogłosił nawet koniec świata, ale kiedy się okazało, że ten nie nastąpił, postanowiono go ukrzyżować, aby ponownie zbawić świat. Prorok wprawdzie ukrzyżować się nie dał i stracił w ten sposób część wyznawców, ale kiedy w czasie wojny wkroczyli Rosjanie – wywieźli go i słuch o nim zaginął. Pozostały domysły. Po wojnie grupa wyznawców, którzy wierzyli w boską naturę Klimowicza, gromadziła się na modlitwach i śpiewach w jednej ze zbudowanych przez niego chat aż do lat 80. 

Historia sekty proroka Ilji w interpretacji Piotra Tomaszuka i aktorów Teatru Wierszalin jest porywającą opowieścią na temat tajemnic ludzkiej duchowości, tęsknoty za prawdą i ładem na tym świecie. Jest przedstawieniem, które czerpie soki z takich właśnie historii jak dzieje owego proroka. 

Rafał Gąsowski w scenie spektaklu, prasowe

To jest po prostu rodzaj zakorzenienia, kapitału, który ma każdy człowiek, tylko nie zawsze ma szansę z tego skorzystać – powiedział podczas spotkania w legnickim Teatrze im. H. Modrzejewskiej Piotr Tomaszuk. Ten mit wierszaliński to jest przecież historia jak niewystygła lawa: ona po prostu płynie, bo są ludzie, którzy jeszcze coś pamiętają, którzy tym jeszcze żyją. Każda ich relacja może zmienić bieg tej opowieści.
............................................................................................................................................
Wierszalin. Reportaż o końcu świata” Premiera: 12 maja 2007 r. w Supraślu 
Reżyseria: Piotr Tomaszuk 
Scenografia: Ewelina Pietrowiak 
Muzyka: Piotr Nazaruk 
Obsada: Rafał Gąsowski jako car Mikołaj II, Katarzyna Siergiej jako Olga G., , Ewa Gajewska-Jasińska, Paula Czarnecka, Edyta Łukaszewicz-Lisowska/Katarzyna Grajlich, Dariusz Matys, Karol Smaczny

Recenzja ukazała się pierwotnie 9 czerwca 2012 na portalu PIK Wrocław.

środa, 5 sierpnia 2026

Piotr Tomaszuk – cicerone teatralnych podróży /wywiad/

„W teatrze najpiękniejsze jest to, że czasem zabiera nas w podróż z takim cicerone, bez którego nigdy byśmy sami tej podróży nie odbyli. A ponadto nie miałaby ona takiego charakteru”. Rozmawiam z Piotrem Tomaszukiem – reżyserem i dramaturgiem teatralnym, scenarzystą, współzałożycielem działającego już 35 lat unikalnego autorskiego Teatru Wierszalin w Supraślu, wielokrotnie nagradzanym w Polsce i na świecie.

Piotr Tomaszuk, fot. Magdalena Rybij

Barbara Lekarczyk-Cisek: Podziwiam Pańskie dokonania od dawna, nigdy jednak nie miałam okazji porozmawiać o Pańskim niezwykłym teatrze. Uznałam, że jest teraz dobra do tego okazja: Teatr Wierszalin świętuje w tym roku 35-lecie istnienia, Pana zaś uhonorowano tytułem doktora honoris causa Uniwersytetu w Białymstoku. Wszystko to skłania do rozmaitych refleksji, przede wszystkim nad tym, jak te lata poświęcone intensywnej pracy nad spektaklami wpłynęły na Pańskie postrzeganie teatru i życia. Bo w Pańskim przypadku są to sfery nierozłączne…

Piotr Tomaszuk: Teatrem zacząłem się interesować ponad pięćdziesiąt lat temu. W czasach mojej młodości, chłonnej i kształtującej, miałem okazję zetknąć się w Teatrze Dramatycznym im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku z interesującymi reżyserami, począwszy od Jerzego Zegalskiego, a skończywszy na Andrzeju Witkowskim czy Wojciechu Pisarku. To była ekipa, która przyjechała do Białegostoku w latach 70. I realizowała ambitny repertuar. Działał też znakomity Białostocki Teatr Lalek, który prowadził od końca lat 60. Krzysztof Rau i gdzie ciekawe przedstawienia reżyserował również Jan Wilkowski. Wtedy właśnie zaczęła się moja fascynacja teatrem, dzięki której zdecydowałem się na studia na Wydziale Wiedzy o Teatrze w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie. Erudycję zawdzięczam znakomitym wykładowcom, począwszy od prof. Zbigniewa Raszewskiego, poprzez Stefana Mellera, Martę Fik, Zbigniewa Wilskiego, Andrzeja Wanata, po Jerzego Koeniga i Aleksandrę Okopień-Sławińską. To byli wspaniali pedagodzy, którzy potrafili rozżarzyć moją fascynację teatrem w sposób sensowny i wzbogacający. Cała moja młodość była fascynacją teatrem kogoś, kto ogląda i opisuje, ale potem zacząłem się nim zajmować praktycznie. Zdałem egzaminy na reżyserię teatru lalek w Białymstoku i właściwie jej nie ukończyłem, bo wcześniej zacząłem reżyserować. W tamtym czasie klasyka miała jeszcze mocną pozycję i był to okres, który nie pozwalał zwątpić w teatr. A 35 lat tworzenia teatru na scenie zmienił mój ogląd: zacząłem patrzeć na teatr od środka, a to zupełnie co innego. 

Różnic jest wiele, ale na szczęście początek z końcem się spotykają: ciągle uważam, że teatr jest czymś fascynującym – oddałem mu całe swoje życie. 

Zanim znalazł się Pan w teatrze i pojął, że jest to dziedzina sztuki, w której najpełniej się odnajduje, to „na początku było słowo”. Pan nie tylko adaptuje teksty, które potem stają się osobistymi wypowiedziami, ale również sam pisze, czego przykładem może być „Traktat o manekinach” Bruno Schulza. Chciałabym zapytać o Pańskie inspiracje literackie. Co sprawia, że przemawia do Pana taki, a nie inny tekst?

Inspiracje są bardzo różne. Do Mickiewicza doszedłem bardzo późno. Na początku swojej działalności reżyserskiej nie śmiałem po niego sięgnąć – uważałem, że jest to literatura, do której nie dorosłem. I chyba dobrze się stało. Mickiewicza warto tworzyć z aktorami na scenie wówczas, kiedy człowiek pozbył się tych ambicji, które każą mu myśleć, że wie więcej niż autor. Bardzo wielu młodych reżyserów wychodzi z tego właśnie założenia. Próbują więc autora zmienić i niejako „przerobić pod siebie”. Powstają dzieła często nawet interesujące formalnie, ale nie przyczyniają się do zrozumienia tekstu. A ja jestem jednak wychowany w tradycji reżyserii interpretującej. Sztuka interpretacji jest jedną z podstawowych umiejętności reżyserskich, ale ta umiejętność obecnie zanika. Pojawiła się za to tendencja do narzucania autorom myśli zupełnie im obcych, aberracyjnych w stosunku do nich. Rodzaj lektury, by tak rzec, skromnej i ostrożnej wypadł z mody. Tymczasem po Mickiewicza warto sięgnąć, gdy człowiek się pozbył tych nadmiernych ambicji osobistych i szuka prawdy w autorze.

Inspiracje literackie były dla mnie zawsze punktem wyjścia, bo teatr jest domem literatury. Nie wierzę w teatr, który powstaje z pominięciem tekstu. Oczywiście, teatr może sięgać po takie środki wyrazu, upodobnić się do pantomimy czy do moving theatre, gdzie ważny jest głównie wyraźny i plastyczny ruch, ale wszystko, co dotyczy literatury, znika przygniecione tą wizją. Taki teatr nigdy mnie nie pociągał. Uważałem go zawsze za miejsce, gdzie literatura obleka się w ciało. I fascynujące jest, że teatr pozwala zmaterializować to, co na poziomie tekstu jest tylko „marą bladą”, jakby powiedział Mickiewicz. Zawsze fascynowało mnie odkrywanie tego backgroundu, który drzemie w dobrym tekście dramatycznym napisanym przez Ibsena czy Czechowa. Wszędzie tam są pewne okoliczności i elementy rzeczywistości obiektywnej otaczającej bohaterów. I ta rzeczywistość musi zaistnieć, aby tekst miał sens. Odkrywanie świata, który stoi za słowami, zawsze mi się szalenie podobało jako działalność poniekąd detektywistyczna. Kiedy wraz z aktorami zaczynamy się zastanawiać, co jest podstawą takiego, a nie innego zdania, takiej, a nie innej uwagi odautorskiej zawartej w didaskaliach. To praca analityczna, pozwalająca zrekonstruować wizję autora. Ten rodzaj reżyserii zawsze był mi bliski. Oczywiście, nie rezygnowałem też z wymogu wyrazistości formalnej. Teatr Wierszalin od początku różnił się od innych także tym, że myśmy zawsze wykorzystywali fizyczność aktora, wprowadzając m. in. doświadczenia i metodę ćwiczeń Jerzego Grotowskiego czy też po prostu dbając o pewną wyrazistość, którą do teatru polskiego wprowadził swoimi spektaklami Tadeusz Kantor. Podzielam założenie kantorowskie, że teatr opracowuje zasady istnienia sam dla siebie, na rzecz jednego przedstawienia i że ten świat od początku do końca jest spójny albo rozlatuje się w odbiorze widza i nie zostaje z niego nic. Pierwsze przedstawienia Kantora zobaczyłem będąc na studiach w Warszawie i od tego momentu wiedziałem, że to jest dla mnie niedościgły wzór. Natomiast przedstawień Grotowskiego nie widziałem na żywo. Jednak dużo na ten temat czytałem i sam praktykowałem wiele ćwiczeń, które Grotowski i jemu podobni proponowali aktorom. Myślę, że ten rodzaj treningu aktorskiego dał mi bardzo dużo w sensie rozumienia tego, o co chodzi na scenie i czego potrzebuje aktor, aby wiarygodnie zaistnieć. 

Miałam szczęście zobaczyć wszystkie przedstawienia Tadeusza Kantora w ramach Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych, odbywającego się przez wiele lat w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Spektakle Cricot 2 były zachwycające i niepowtarzalne, niepodobne do żadnych innych i bardzo poruszające, np. „Wielopole, Wielopole”… Natomiast Grotowskiego widziałam na żywo kilkakrotnie „Apocalypsis cum figuris” i było to także szczególne doświadczenie. Kantor jednak poruszał mnie bardziej, zarówno podejmowanymi tematami, jak i formą.


Z perspektywy czasu uważam, że Kantor był artystą znacznie istotniejszym dla polskiego teatru niż Grotowski, który był przede wszystkim bardzo interesującym eksperymentatorem poszukującym środków wyrazu aktorskiego. Jeśli jednak chodzi o całościową wizję i dzieło teatralne, sądzę, że Kantor go przewyższa. 

Do tych niewątpliwie wybitnych artystów teatru dodałabym jeszcze Jerzego Grzegorzewskiego, którego przedstawienia miałam okazję oglądać  w z końcem lat 70. podczas jego pracy we wrocławskim Teatrze Polskim, m.in. niezwykle piękny poetycki „Sen nocy letniej” Szekspira i inspirującą inscenizację opowiadania Tadeusza Różewicza: „Śmierć w starych dekoracjach”, dzięki której przekonałam się, że nie istnieją tzw. dzieła niesceniczne. Od tamtej pory w Grzegorzewskim widziałam również wizjonera teatru.

W tamtym czasie Grzegorzewski wydawał mi się reżyserem bardzo hermetycznym i właściwie unikałem jego przedstawień. Miałem do niego „pretensję”, że za bardzo skupia się na sobie i niszczy materię tekstu. Ale po latach chyba zmieniłbym swoją ocenę. Z wiekiem uświadomiłem sobie, że Grzegorzewski był reżyserem bardzo indywidualnym, osobnym, a w związku z tym autorzy, po których sięgał, zyskiwali jakiś odrębny znaczeniowy odcień. Ten rodzaj zanurzenia w literaturze, który cechował Grzegorzewskiego, jest mi obecnie coraz bliższy. To jest rodzaj „błądzenia” po tekstach i wewnątrz tekstu zgodnie ze swoimi przeczuciami, marzeniami, wizjami. Grzegorzewski przeniósł potem do Teatru Narodowego w Warszawie ten rodzaj opowiadania własnego świata wyobraźni, który uruchamia się na styku indywidualności i wielkiej literatury. To jest właśnie najciekawsze w teatrze, kiedy możemy podążać za autorem, ale mając takiego przewodnika, jak interesujący reżyser. W teatrze najpiękniejsze jest to, że czasem zabiera nas w podróż taki cicerone, bez którego nigdy byśmy sami tej podróży nie odbyli. A ponadto nie miałaby ona takiego charakteru, gdybyśmy podróżowali sami. 

Rafał Gąsowski w spektaklu Piotra Tomaszuka: "Bóg Niżyński"
fot. Bartek Siejwa
W moim odczuciu Pan także jest takim cicerone, dzięki któremu przeżyłam pasjonujące teatralne przygody i dotyczy to wszystkich bez wyjątku spektakli, które mogłam obejrzeć na żywo. Dla mnie ważne jest, że swoim teatrem dotyka Pan spraw istotnych. Od dłuższego czasu tkwię po uszy w prozie Sandora Marai`ego, o którym można by powiedzieć (on sam to zresztą tak określał), że w swoich powieściach i dziennikach dotykał spraw fundamentalnych: badał mianowicie ludzką duszę, ale także dusze poszczególnych narodów: Francuzów, Niemców… Pan poprzez teatr robi w gruncie rzeczy coś podobnego, bada duszę człowieka poddanego ekstremalnym doświadczeniom. Taką tendencję dostrzegłam w „Bogu Niżyńskim”, „Reportażu o końcu świata” czy w „Traktacie o manekinach”. A człowiekiem nie można zajmować się w sposób płaski, pozbawiony sfery transcendencji, tajemnicy… 

Rzeczywistość, którą pokazujemy widzom, musi być bogata, a jej bogactwo zależy od tego, jak głęboko sami jesteśmy w stanie zrozumieć rzeczywistość. Człowieka łatwo jest sprowadzić do jednego wymiaru, ale cała sztuka polega na tym, aby przy pomocy wehikułu, jakim jest teatr, ukazywała całe bogactwo człowieka, jego wielowymiarowość. Ważny jest także wybór tematów. „Reportaż o końcu świata” adaptowałem właśnie dlatego, że wydawał mi się bogaty wewnętrznie. Temat poruszony przez Włodzimierza Pawluczuka w jego książce był wielokrotnie podejmowany przez różnych autorów. Tadeusz Słobodzianek napisał aż trzy sztuki poświęcone sekcie grzybowskiej, której przewodził prorok Ilja, ale żadna z tych sztuk nie jest bogata i do pięt nie dorasta książce Pawluczuka. Ludzie, którzy zaludniają świat dramatów Słobodzianka, są prymitywni, jednowymiarowi w taki sposób, jak on sam rozumie człowieka. Ja natomiast zawsze wolałem zakładać istnienie w człowieku jakiejś tajemnicy, która ujawnia się, gdy bohater nie jest tylko poważny, ale potrafi być czasem śmieszny, ma swoje małości, ale one nie przeszkadzają temu, aby mógł istnieć także w swoich wielkościach. Może nie jest to tak widoczne w przedstawieniach mickiewiczowskich, bo tam człowiek funkcjonuje w zupełnie innej perspektywie.

Ale u Szekspira także współistnieją te dwie rzeczywistości…

Tak, u Szekspira to jest. W wielkiej literaturze dramatycznej zawsze jest to podejrzenie wielkości człowieka.

Czy temat szaleństwa w spektaklu „Bóg Niżyński” nie służy także odsłonięciu tajemnicy człowieka? Tam z kolei punktem wyjścia stał się dziennik słynnego tancerza.

Inspiracją była dla mnie sama postać Niżyńskiego, ale także jego dziennik, który ukazał się w języku polskim, bez cenzury, na początku lat 2000. Dla mnie to było olśnienie, bo zrozumiałem, że ten zapis, będący na pozór dokumentem, jest z drugiej strony rodzajem pułapki. Traktując tekst jako coś, czemu mielibyśmy uwierzyć do końca, zrobilibyśmy krzywdę jego autorowi. Widziałem w Łodzi realistyczne przedstawienie Kamila Maćkowiaka na podstawie „Dziennika” Wacława Niżyńskiego i zobaczyłem klęskę tego aktora. Zrozumiałem wtedy, że muszę to zrobić inaczej, niż adaptując sam tekst. Dochodzenie do świadomości, jak uczynić bohatera prawdziwie pojemnym w teatrze, było procesem, który najlepiej zaowocował „Bogiem Niżyńskim” i „Ofiarą Wilgefortis”. Spektakle te są najlepszym przykładem na to, że to, co jest pierwowzorem, pozwala zbudować tę głębię w odbiorze widza, której ja sam bym oczekiwał. Nigdy nie zadawalałem się powierzchowną, najłatwiej dostępną warstewką. Sam tytuł „Bóg Niżyński” pokazuje z jednej strony skalę wzniosłości, a z drugiej – skalę upadku. To jest najlepszy przykład na to, czego oczekuję od swoich bohaterów. Muszą streścić także kawałek naszego życia – nas samych. Niżyński był z jednej strony bożyszczem tysięcy, z drugiej – został skazany na dobrą lub złą wolę swoich opiekunów, kiedy popadł w obłęd. Sens teatru polega m. in. na przypomnieniu takich ludzi, pokazaniu ich wielkości i upadku. Ku przestrodze, do przemyślenia, wejścia w samych siebie. Pokazujemy w naszym teatrze historię, która jest ciekawsza i bogatsza niż świat na zewnątrz, bardziej symboliczna, otwierająca. 
Wspaniałym tego przykładem są przedstawienia mickiewiczowskie, bo jego słowa – te światy, które otwiera przed nami swoją poezją, są oczyszczające – to prawdziwa katharsis. W teatrze zawsze poszukiwałem takiego oddziaływania. Wzruszenie było dla mnie podstawą relacji z widzem. Widz, którego nie udało mi się wzruszyć, był dla mnie stracony przez mój nieumiejętny wysiłek.

Teatr to nie tylko reżyser, ale także aktorzy, którzy go współtworzą. Czy zrobiłby Pan „Boga Niżyńskiego” bez tak utalentowanego aktora jak Rafał Gąsowski?

Oczywiście, że nie! Całe to myślenie o bohaterze wynikało też stąd, że moim aktorem i przyjacielem zarazem jest wspaniały artysta Rafał Gąsowski, który był w stanie udźwignąć tę postać, m. in. dlatego, że nie jest tancerzem. Gdyby, jak Maćkowiak, miał za sobą szkołę baletową, być może ta cała praca by nam nie wyszła. Myśmy poszli w kierunku dramatu człowieka, który nie jest już w stanie tańczyć, a jednak buduje „taneczną mszę”. Rozwijaliśmy tę postać w rozmowach, pokazywałem Rafałowi napisane wcześniej fragmenty scenariusza, bo było dla mnie istotne, czy odnajduje się w tych tekstach. „Bóg Niżyński” jest pisany dwoma językami: językiem dokumentu, a także językiem poematu. Dialogi mają charakter utworu poetyckiego. To, że mogłem konfrontować swój tekst z wykonawcą, było szalenie ważne. 

Rafał Gąsowski w spektaklu Piotra Tomaszuka: "Bóg Niżyński",
fot. Bartek Siejwa
Czy tego rodzaju praca z aktorem jest w Pana wypadku regułą?

Nie zawsze, bo nie każdy artysta jest gotowy na taką współpracę. Jeśli wyczuwam w aktorze coś w rodzaju wulkanu, który nie musi dymić, ale jest, to tak z nim pracuję. Często jednak mamy do czynienia z artystami, którzy tylko udają, że coś się w nich gotuje, ale kiedy dochodzi do konieczności pokazania emocji czy zbudowania relacji, to się okazuje, że w środku mają wystygłą lawę i nic z tego nie wynika. Nie ma gotowości stawania się. W przypadku aktorów, a także reżyserów, najbardziej twórcza jest gotowość do zdrady samego siebie, porzucenia wszystkiego, co się wie. Jeżeli w aktorze nie ma gotowości, żeby spróbować od początku, wejść w coś, co pociąga, a czego jeszcze nie zna, bo można w teatrze dowiedzieć się czegoś o sobie samym, to taki aktor jest jak wypalona świeca. Często używam takiego porównania, że jeśli reżyser jest jak słońce, to aktor musi być jak księżyc – odbić światło słoneczne i świecić tam, gdzie słońce nie dosięga. To odbite światło jest często jeszcze wzmacniane przez aktora. Ta zdolność soczewkowania, przez osobowość aktora skumulowana, zwielokrotniona – to jest w aktorze najcenniejsze. Do tego trzeba gotowości, słuchania, setek godzin rozmów, a także rozeznania samego siebie, swoich pragnień, oczekiwań… Jeżeli tego nie ma, to nie ma współpracy ani twórczości. Jeśli jednak udaje się zgrać potencjał aktora z potencjałem reżysera,  jest szansa na prawdziwy wielki teatr. 

Przywiódł mi Pan na myśl Konrada Swinarskiego, który taki właśnie teatr uprawiał i przebywał stale ze swoimi aktorami, aby ich lepiej poznać.

Tak, to jest dobry przykład na to, że ten rodzaj bliskości, nieustannego dialogu, który prowadził Swinarski ze swoimi aktorami, są drogą do prawdziwego teatru. Gdyby tego nie było, nie byłoby też Teatru Starego. Teatr rodzi się z przecięcia osobowości reżysera, który jest pierwszym widzem i który bierze odpowiedzialność za całość. 

Piotr Tomaszuk w "Dziadach" we własnej reżyserii,
fot. Magdalena Rybij
Pan przekroczył jednak tę barierę, w „Dziadach” zaczął Pan także grać...

Chciałem po prostu spróbować tej sfery teatru, która była wyzwaniem, ale bałem się tam wkroczyć. Kierowała mną ciekawość, ale także śmiałość wynikająca z tego, że Guślarz, który jest reżyserem obrzędu, jest w moim przypadku wiarygodny. Bardzo dobrze wspominam ten moment, bo dzięki temu zrozumiałem do końca, czego potrzebuje aktor w teatrze. Myślę, że dzięki temu doświadczeniu więcej się dowiedziałem o aktorstwie wchodząc na scenę, niż reżyserując aktorów przez kilkadziesiąt lat. W każdym razie już nie próbuję dorównać Gąsowskiemu, co najwyżej mogę mu udatnie partnerować, kiedy potrzebuje jakiegoś starszego kolegi (śmiech). 

Nawiązując do etymologii nazwy Teatru Wierszalin, mogę wprost powiedzieć, że osiągnęliście szczyty tego, co można zdobyć w teatrze, realizując przez lata znakomite spektakle, doceniane nie tylko w Polsce, ale i na świecie, o czym świadczą liczne znaczące nagrody. Jak Pan sobie radzi z tyloma sukcesami?
 
Odpowiem na to trochę przewrotnie: ja mam na ten temat wiedzę wynikającą z długiego zawodowego życia. Wkraczam w ostatni etap ze świadomością tego, co mi się udało zrobić. Otóż ten sukces, który przychodzi z jednym przedstawieniem, potem z drugim, trzecim, jest jak cukier – uzależnia. Ten rodzaj uzależnienia od sukcesu, chęć powtórzenia go, doznania tych samych emocji, tej słodyczy – jest oczywiście przemożny. Powstaje pytanie, jak go powtórzyć, jak przebiec sto metrów szybciej. Problem polega na tym, że coraz szybciej się nie da. W pewnym momencie człowiek orientuje się, że szybciej już było i teraz jest coraz wolniej. Jak sobie z tym poradzić? Ja znalazłem taką receptę: od kilku lat sięgamy po przedstawienia, które już zaistniały na naszej scenie i były wielkimi wydarzeniami. W ubiegłym roku wróciłem do „Turlajgroszka”, w tym – do „Ofiary Wilgefortis” i mam zamiar robić to nadal. Można by nieco żartobliwie powiedzieć, że jest to lista przebojów Teatru Wierszalin, przedstawień, które chciałbym zawsze mieć w naszym teatrze. „Reportaż o końcu świata”, „Bóg Niżyński”, „Turlajgroszek”, „Ofiara Wilgefortis”, „Święty Edyp”, „Dziady”… Okazuje się, że jest to taki zbiór tytułów, które podobały się ludziom 25-30 lat temu i nadal bardzo się podobają, mimo że widownia się zmieniła. Mam do Teatru Wierszalin taki sam stosunek jak do zespołu rockowego: jak się już zaśpiewało kiedyś przebój stulecia, to warto go nadal mieć w repertuarze i wykonywać. Póki starczy życia. To nie byłoby możliwe w tradycyjnym teatrze repertuarowym, ale my w naszym Królestwie Wierszalin możemy sobie na ten luksus pozwolić. Dzięki temu nasze hity będą wiecznie żywe. I to jest, myślę, odpowiedź na pytanie, jak być na fali. Nie obawiałem się sprawdzić, czy to, co zrobiłem kiedyś wartościowego, zachowało coś ważnego do dziś. Polecałbym również innym reżyserom ten rodzaj wędrówki ku własnym nieprzemijającym hitom, bo zamiast robić, pardon, nowe shity, lepiej sięgnąć po stare hity.

Bardzo Panu dziękuję za interesującą refleksję dotyczącą teatru, pracy z aktorem, a także za poradę, jak sobie radzić z sukcesem. Życzę kolejnych pięknych powrotów do zrealizowanych w przeszłości przedstawień. Mam nadzieję, że będzie mi jeszcze dane uczestniczyć w prezentacji hitów Teatru Wierszalin.



Piotr Tomaszuk
urodził się 17 czerwca 1961 roku w Białymstoku. Jest reżyserem teatralnym, dramatopisarzem i scenarzystą, założycielem oraz dyrektorem Teatru Wierszalin w Supraślu.

Ukończył Wydział Wiedzy o Teatrze w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie (1984) oraz reżyserię teatru lalek w Białymstoku. Swoją karierę rozpoczął w 1986 roku w Białostockim Teatrze Lalek spektaklem "O medyku Feliksie". Kolejny spektakl, "Turlajgroszek", przyniósł mu ogólnopolskie uznanie i doprowadził do założenia w 1991 roku — wspólnie z Tadeuszem Słobodziankiem — istniejącego do dziś Teatru Wierszalin w Supraślu.

Prowadzony przez Tomaszuka teatr stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych i uznanych polskich teatrów alternatywnych, zdobywając trzykrotnie nagrodę Fringe First na Festiwalu w Edynburgu za spektakle: "Turlajgroszek" (1993), "Merlin" (1994) oraz "Medyk" (1997). Tomaszuk wypracował unikalny styl, łączący wybitne aktorstwo z perfekcyjnym wykorzystaniem lalek oraz form plastycznych. Przez polską krytykę Teatr Wierszalin uznawany jest za kontynuatora tradycji Teatru Reduta Juliusza Osterwy, Teatru Laboratorium Jerzego Grotowskiego oraz Teatru Cricot 2 Tadeusza Kantora.

Tomaszuk jest laureatem licznych nagród, w tym Nagrody im. Konrada Swinarskiego (1993), Nagrody im. Leona Schillera (1995) oraz Srebrnego (2006) i Złotego Medalu „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2023). Za swoją działalność został również odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2023).

Do najważniejszych spektakli autorskich należą: "Turlajgroszek", "Głup", "Ofiara Wilgefortis", "Święty Edyp", "Bóg Niżyński", "Wierszalin. Reportaż o końcu świata" oraz komedia "Wziołowstąpienie". Do najważniejszych realizacji innych autorów należą: "Merlin" Tadeusza Słobodzianka, "Klątwa" oraz "Wyzwolenie" Stanisława Wyspiańskiego, a także inscenizacje tekstów Adama Mickiewicza: "Dziady", "Ballady i romanse", "Liryki lozańskie".

Teatr Wierszalin w swojej historii występował kilkakrotnie w Tokio (Japonia), Stanach Zjednoczonych, Indiach, Meksyku oraz w większości krajów europejskich, w tym na Wystawie Światowej w Hanowerze (Niemcy) w 2000 roku.
(biogram ze strony internetowej Teatru Wierszalin)



sobota, 13 października 2018

"Dziady. Noc druga" - spektakl Teatru Wierszalin

Teatr Wierszalin zaprasza do Małopolskiego Centrum Kultury SOKÓŁ w Nowym Sączu na spektakl "Dziady. Noc druga" w reżyserii Piotra Tomaszuka.


Dziady. Noc druga w reż Piotra Tomaszuka, Teatr Wierszalin

Przeczytać Mickiewicza - to jedno. Zrozumieć Mickiewicza - to drugie. Ale usłyszeć Mickiewicza, to coś jeszcze zupełnie innego. Osobiście, po dwóch latach spędzonych na pracy nad "Dziadami", mam wrażenie, że są one wielką partyturą. Ta muzyka ukryta jest w słowach, to requiem dedykowane męczennikom "narodowej sprawy" - twierdzi Piotr Tomaszuk, reżyser spektaklu.

To będzie wielkie wydarzenie artystyczne! W ramach projektu Teatr Polska  w Małopolskim Centrum Kultury SOKÓŁ 31 października br. obejrzymy  spektakl DZIADY. NOC DRUGA Teatru Wierszalin z Supraśla.

"Dziady. Noc Druga" w wykonaniu Teatru Wierszalin reprezentowały w tym roku polski teatr na Międzynarodowej Olimpiadzie Teatralnej w Indiach i Festiwalu Stolic Niepodległości w Rumunii.

31 października 2018, godz. 18.00
Małopolskie Centrum Kultury SOKÓŁ w Nowym Sączu
sala im. Lucjana Lipińskiego

Reżyseria: Piotr Tomaszuk
W ramach projektu TEATR POLSKA
Bilety już w sprzedaży w kasie MCK SOKÓŁ. W ramach projektu zapraszamy na warsztaty "Maska - druga twarz aktora", które odbędą się w dniu spektaklu 31 października o godz. 12:00 w sali im. Bolesława Barbackiego (II piętro).

Wstęp na warsztaty na podstawie rezerwacji telefonicznej: 18/448-26-30 lub e-mailowej: k.kozuch@mcksokol.pl. Liczba miejsc ograniczona.

informacja prasowa


czwartek, 5 października 2017

Teatr Wierszalin: „Bóg Niżyński”. Transgresja i szaleństwo, świętość i grzech /recenzja teatralna/

Przedstawienie Teatru Wierszalin zatytułowane „Bóg Niżyński” miało swoją premierę w 2006 roku. Zaprezentowany na 2 Festiwalu Teatru Nie-Złego, okazał się spektaklem znakomitym, mimo upływu sześciu lat. Choć Piotr Tomaszuk robi obecnie inne przestawienia, z wykorzystaniem wideo-dekoracji, jak np. „Traktat o manekinach”, jednak to, co jest najistotniejsze: refleksja nad tragizmem ludzkiego losu, wciąż głęboko porusza.

Rafał Gąsowski w tytułowej roli w spektaklu Bóg Niżyński, w reż. Piotra Tomaszuka

Spektakl „Bóg Niżyński” powstał pod wpływem fascynacji książką biograficzną o tancerzu: „Gdy rozum śpi, a w mięśniach rodzi się obłęd”, której autorem jest znany psychiatra Tadeusz Nasierowski.

„Gdy zaczynam robić adaptację, postacie zaczynają we mnie żyć w taki niezależny sposób, że zaczynam mówić nimi, myśleć nimi i to one „żądają” zapisywania tych słów – zwierzył się PiotrTomaszuk podczas spotkania z widzami w legnickim Teatrze im. H. Modrzejewskiej. Pomyślałem, że skoro mam takiego aktora jak Rafał Gąsowski, obdarzonego lotnością swej cielesnej powłoki, to byłoby niepowetowaną stratą, gdybym nie zrobił takiego tematu, nie dotknął takiego zagadnienia jak Niżyński”

Transgresja i szaleństwo, świętość i grzech

Nie jest więc to spektakl, który czerpie z ludowych opowieści pogranicza. Dotyka natomiast takich spraw, jak problem artysty i jego sztuki, transgresja i szaleństwo, świętość i grzech. Niżyński w interpretacji Rafała Gąsowskiego jest znanym tancerzem, ale jest też Każdym. 

Wacław Niżyński


Wacław Niżyński w "Popołudniu fauna", 1912

Prototyp postaci – Wacław Niżyński był z pochodzenia Polakiem, choć urodził się w Kijowie i studiował w Petersburgu, gdzie zadebiutował już w wieku 18 lat. Baletnicą była także jego siostra Bronisława. Sławę zdobył przede wszystkim jako tancerz Baletów Rosyjskich Diagilewa, którego został kochankiem. Podczas występów w Ameryce Południowej Niżyński wykorzystał nieobecność Diagilewa i ożenił się z węgierską tancerką Romolą de Pulszky. Usunięty z zespołu, próbował robić samodzielną karierę, ale na przeszkodzie stanęła postępująca choroba psychiczna – schizofrenia. W tym czasie zaczął pisać swój dziennik, który osłania tajemnice jego przeżyć i psychiki. Do dziś towarzyszy mu legenda geniusza – najwybitniejszego tancerza swojej epoki, o niespotykanym talencie i technice, która pozwalała mu pokonać ograniczenia własnej fizyczności. 

Rafał Gąsowski jako Niżyński, fot. Bartek Siejwa
Przedstawienie Tomaszuka pokazuje epizod rozgrywający się w zakładzie psychiatrycznym, gdzie bohater dowiaduje się po śmierci Diagilewa w Wenecji i staje się to impulsem do odprawienia panichidy nad ciałem zmarłego, zgodnie z obietnicą daną mu kiedyś, że "zatańczy na jego grobie". W towarzystwie innych chorych Niżyński „odgrywa” swoje kolejne role, zarówno baletowe („Pietruszka”, „Popołudnie fauna”, „Święto wiosny”), jak i życiowe – w relacjach z matką, żoną, kochankami, a przede wszystkim - z Diagilewem. Cynizm tego ostatniego zderzony zostaje z wrażliwością i poczuciem winy Niżyńskiego, który bezskutecznie usiłuje oderwać się od przeszłości, a nie potrafi jej zaakceptować. 

Ciemne drogi szaleństwa


Czy szaleństwo jest rodzajem ucieczki, czy też pozwala przekraczać ograniczenia cielesne, mentalne, moralne..? Podobnie jak to było w romantyzmie, z pewnością jest formą poznania, także poznania samego siebie. Jednakże poznanie to nie przynosi człowiekowi ani pewności, ani poczucia spełnienia. Przeciwnie, bohater coraz bardziej pogrąża się w swoim szaleństwie. Jako grzesznik próbuje odkupić swoje winy, kreując się na Ukrzyżowanego, a więc na Boga. Niżyński Tomaszuka i Gąsowskiego to człowiek pełen sprzeczności: kocha i nienawidzi, czuje się największym grzesznikiem, ale też Bogiem.

scena zbiorowa spektaklu

Kształt sceniczny

Gra aktorów, a zwłaszcza popisowa rola tytułowa – to aktorstwo najwyższej próby. Oszczędne środki wyrazu, znakomita choreografia – tworzą swoisty balet gry. Niekiedy ociera się on o ekshibicjonizm, ale nigdy nie przekracza tej niewidzialnej granicy. Aktorzy śpiewają, tańczą, tworząc bogaty wachlarz scenicznych postaci. To aktorstwo „gorące”, a przy tym bardzo precyzyjne i sugestywne. 

Rafał Gąsowski zdaje się być stworzony do roli Niżyńskiego; kreuje tę postać lekko i jakby od niechcenia, ale zarazem sugestywnie, dobierając środki scenicznego wyrazu w sposób nieomal doskonały. Wirtuoz po prostu! 

Na osobną uwagę zasługuje funkcjonalna i pełna ukrytych symboli dekoracja i kostiumy Evy Farkasovej i Jano Zavarsky`ego. Główny podest przypomina katafalk, ale pełni także funkcję łóżka i sceny baletowej. Wnętrze będące to kaplicą, to szpitalnym pokojem… Owa dwoistość i wieloznaczność wymowy scenografii odpowiada także dwoistości i niejednoznaczności głównego bohatera. 

Teatr Wierszalin przyzwyczaił nas także do znakomitej oprawy muzycznej, również funkcjonalnej wobec całości przedstawienia. Pieśni chóralne, fragmenty utworów Igora Strawińskiego, a także oryginalne kompozycje Piotra Nazaruka tworzą niepowtarzalną atmosferę tego spektaklu. 

Tekst ukazał się pierwotnie 13 czerwca 2012 roku na portalu PIK Wrocław.

sobota, 22 grudnia 2018

Katarzyna Knychalska: Być wiernym prawdziwemu teatrowi /wywiad/

Rozmowa z dyrektor artystyczną Festiwalu Teatru Nie-Złego, Katarzyną Knychalską 

Katarzyna Knychalska. fot. rozmówczyni

Barbara Lekarczyk-Cisek: To niezwykłe, że grupa młodych ludzi organizuje wspaniały festiwal teatralny, że prowadzi pismo pod intrygującą nazwą „nietak!t”. Imponujące! Jak to się zaczęło?

Katarzyna Knychalska: W Fundacji Teatr Nie-Taki, którą założyliśmy 3 lata temu, jesteśmy wszyscy absolwentami filologii polskiej, ze specjalizacją teatrologiczną. Podczas studiów należeliśmy do Studenckiego Koła Naukowego Teatrologów „Dalej”. Jeździliśmy wspólnie po  Polsce – do różnych miejsc, gdzie znajdowały się teatry znane nielicznym, takie jak: Wierszalin, Gardzienice, Cinema. Uczyliśmy się takiego teatru, który ma misję i jest raczej sposobem na życie niż instytucją. I w takim teatrze się zakochaliśmy. Wartością była także sama podróż i spotkanie ludzi, którzy go tworzą.

W tytułach fundacji, festiwalu i czasopisma pobrzmiewają deklaracje niezgody – na co?

One się zrodziły z niezgody na to, co nam, młodym, usiłuje się wmówić, a mianowicie, że teatr, który za podstawę działania obrał sobie konsekwencję i rzetelną pracę, jest konserwatywny, że nie ma go po co oglądać, bo jest już passé. Główny nurt teatru jest dziś bardzo wyrazisty – to poszatkowany, zdekonstruowany świat i często młodym się wmawia, że to ich świat, że dla nich się go na scenie odtwarza.  Wstydliwe jest opowiadanie historii, niemodnie jest pokazywać oryginalność. Wolimy mówić co nam się podoba, niż negować, ale tych wyraźnych tendencji niszczących indywidualność w sztuce nie da się nie zauważyć.

A jaki jest teatr, za którym tęsknicie?

Promujemy teatry, które nie tylko charakteryzują się najwyższym poziomem artystycznym, ale są dziełem wynikającym z umiłowania sztuki teatru. Tworzą je ludzie wyjątkowi, utalentowani  jak Piotr Tomaszuk z Wierszalina czy nasz niedawny gość – Tadeusz Słobodzianek.

Festiwal Teatru Nie-Złego odbywa się już po raz drugi. Czy trudno było zaangażować w to przedsięwzięcie teatr instytucjonalny, jakim jest Teatr Modrzejewskiej w Legnicy? 

Wychowałam się w Legnicy, gdzie teatr jest również szczególny. Ma bowiem swój autorski pomysł, jest teatrem zakorzenionym w mieście. A zatem – na ile się da – łączy swoją funkcję instytucji kultury z misją – z przekonaniem, że poziom artystyczny musi być na pierwszym miejscu i że z widzem trzeba rozmawiać, a nie prowokować go, zmuszać do czegoś, co jest mu obce czy nawet obrażać. Zaczęliśmy współpracować z dyrektorem Jackiem Głombem znacznie wcześniej niż powstał pomysł na Festiwal, po założeniu gazety. Wszystko, co się dzieje, przebiega w duchu przyjaźni i partnerstwa. Nie czujemy, że jesteśmy młodymi ludźmi, którzy muszą dopiero terminować.

I edycja Festiwalu Teatru Nie-Złego miała miejsce w 2011 roku i trwała cztery dni. Obecna – przy tych samych założeniach – jest rozłożona w czasie, zakłada zaproszenie czterech zespołów na cztery weekendy w 2012 roku. Dzięki temu możemy dłużej utrzymać w Legnicy zainteresowanie teatrem, a poza tym  mamy możliwość zaproszenia na dany weekend jednego zespołu z dwoma lub trzema spektaklami. Festiwal ma też misję edukacyjną: wydajemy katalogi, organizujemy spotkania z twórcami spektakli. Jestem przekonana, że dzięki Festiwalowi będziemy mieć niedługo najlepiej wyedukowaną publiczność teatralną w Polsce (śmiech). Dzięki nam  widzowie nie muszą nigdzie jeździć, aby zobaczyć najwybitniejsze spektakle.

Jakie spektakle gościcie?

Staramy się zapraszać najbardziej reprezentatywne spektakle znakomitych grup teatralnych. Dlatego m.in. zaprosiliśmy starsze przedstawienia Teatru Wierszalin: „Wierszalin. Reportaż o końcu świata” i „Bóg Niżyński”. Podczas kolejnych weekendów będziemy gościć we wrześniu Teatr Zar z Wrocławia z tryptykiem „Ewangelie dzieciństwa” natomiast w listopadzie przyjedzie na Festiwal Teatr Provisorium z Lublina z przedstawieniami: „Bracia Karamazow” i „Ferdydurke”.

A inne plany?

We wrześniu współorganizujemy Wrocławski Festiwal Ruchu Cyrkulacje.  Jest to cykl warsztatów teatru ruchu, które po kilku dniach kończą się pokazem efektów pracy. Poza tym planowane są rozmowy z tancerzami i panel dyskusyjny na temat “Ciało tancerza/ Tancerz cielesny”. Odbędą się także warsztaty pisania o tańcu. Raz w miesiącu prowadzimy teatralny  klub dyskusyjny. Mamy kontakty z różnymi teatrami i zaczynamy myśleć o swoich projektach. Wierność teatrowi z czasem procentuje.

Dziękuję za rozmowę i za możliwość obejrzenia wspaniałych spektakli Teatru Wierszalin, życzę jeszcze wielu wspaniałych i twórczych projektów.

Wywiad ukazał się na portalu PIK Wrocław w czerwcu 2012 roku.

Katarzyna Knychalska - założycielka i prezeska Fundacji Teatr-Nie Taki we Wrocławiu. Wydawca, redaktorka naczelna portalu Teatralny.pl i czasopisma o teatrach niezależnych „nietak!t”. Współtwórczyni Ogólnopolskiej Offensywy Teatralnej zajmującej się jednoczeniem ruchu teatrów offowych. Dramatopisarka i adaptatorka (Moja Bośnia, premiera: Bolesławiec 2014; Stilon – najlepszy ze światów, premiera: Gorzów Wielkopolski 2016, Wiele demonów wg Jerzego Pilcha, premiera: Batumi, Gruzja 2016, Stacyjka, premiera: Poniewież, Litwa 2017). Konsultantka programowa w Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy, dyrektorka Festiwalu Teatru Nie-Złego w Legnicy, współtwórczyni Festiwalu Teatrów Niezależnych „Zwrot” we Wrocławiu. (informacja prasowa)

Urodziny Zofii Kossak w Górkach Wielkich

9 i 10 sierpnia w ruinach Dworu Kossaków znów będzie gwarno, jak dawniej, kiedy do Górek Wielkich zjeżdżali się m.in.: Maria Dąbrowska, Wańk...

Popularne posty