Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Andrzej Chłopecki, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Andrzej Chłopecki, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 grudnia 2017

Andrzej Chłopecki: Wirtuoz słowa /recenzja "Muzyka wzwodzi"/

O czymkolwiek pisze autor tomu felietonów "Muzyka wzwodzi", czyni to błyskotliwie, zajmująco i dowcipnie, a jego teksty przypominają swoim kształtem kompozycje muzyczne.

Polskie Wydawnictwo Muzyczne
Drugi tom felietonów Andrzeja Chłopeckiego jest lekturą niezwykłą, od której nie sposób się oderwać. O czymkolwiek bowiem pisze autor, czyni to błyskotliwie, zajmująco i dowcipnie. Jego eseje/felietony mają precyzyjny kształt - przypominają bowiem kompozycje muzyczne, w których każda nuta, dynamika wypowiedzi, a nawet cisza mają właściwe sobie miejsce. 

Po tomie poprzednim,  który ukazał się pod tytułem "Dziennik ucha. Słuchanie na ostro", obecny nosi prowokacyjny tytuł zapożyczony z jednego z tekstów Chłopeckiego: "Muzyka wzwodzi", w którym autor dowcipnie  udowadnia myśl Kierkegaarda ze "Stadiów erotyki bezpośredniej, czyli erotyki muzycznej", iż muzyka jest tym, co demoniczne i co w genialności erotyczno-zmysłowej znajduje ona swój przedmiot absolutny. 

Po takim Prologu możemy się spodziewać wszystkiego... I rzeczywiście, Chłopecki co i rusz to nas zaskakuje, choć niekoniecznie erotycznie, ale zarówno podejmowanymi tematami, jak też erudycją i twórczym do nich podejściem .

W części zatytułowanej "Diagnozy" zajmuje się stanem kultury i przewiduje jej przyszłość. Próbuje także na nią wpływać, nakłaniając czytelników do pewnych zachowań i postaw. W pierwszym eseju tego rozdziału, zatytułowanym "Między zmierzchem i świtem, czyli kultura na rozdrożu", rozważa ni mniej ni więcej, tylko zmierzch kultury, by następnie zająć się ... ciszą w muzyce, po czym udziela rad, jak żyć twórczo i jak należy słuchać muzyki.

Chłopecki bowiem pisze z poczuciem misji i to także jest w nim piękne - że pisze po coś, nie uprawia - jak większość - "krytyki muzycznej". A być "wychowywanym" przez jego teksty to wyłącznie przyjemność obcowania z mistrzem - człowiekiem o wielkiej erudycji, wrażliwym i uważnym, a przy tym nazywającym rzeczy po imieniu, zanurzonym w rzeczywistości i nieustannie poddającym ją refleksji.
Część drugą nazwano Portretami, ale myli się, kto sądzi, że np. w rozdziale "Preisner, czyli apologia kiczu" znajdzie portret kompozytora sensu sctricte. Chłopeckiego interesują zjawiska szerszej natury, np. funkcjonowanie kiczu, który "łudząco przypomina" znane, oryginale kompozycje. Nie tylko zresztą muzyka - konkluduje autor - ale cała kultura tworzy alternatywny świat łudząco podobny do niej samej.

Czas twórczości recyklingu


W felietonie "Między zmierzchem i świtem, czyli kultura na rozdrożu" Chłopecki przygląda się zmianom, które nastąpiły na skutek rewolucji technicznej we wszystkich dziedzinach życia. Rozważa, jak zmieniły się przestrzeń i czas, skoro jednym kliknięciem myszy komputerowej można połączyć się na Skype z rozmówcą znajdującym się bardzo daleko. Skoro odręcznie pisany list zastąpił mail, a wreszcie dzięki programom komputerowym coraz więcej ludzi zajmuje się twórczością nieprofesjonalną. Status twórcy niezwykle się przez to zdemokratyzował.

Internet  stał się  globalnym magazynem treści i wartości - konstatuje Chłopecki które dla rzeszy amatorów stały się materiałem do zremiksowania, skompostowania, splądrowania i wyplucia w postaci nowych reinterpretacji. (...) Podstawowym więc  jego - naszego twórcy amatora - sposobem na twórczość jest plądrofonia.

I tak bawiąc się tym neologizmem, autor żartobliwie wnioskuje, że utwór plądrofoniczny nie mógł być ponownie splądrofowany, a więc nastaje czas coraz intensywniej uprawianej twórczości recyklingu.

Zmienił się nie tylko status twórcy, ale również odbiorcy, a dzieło stało się produktem. Meloman nie musi chodzić na koncerty, które zresztą coraz częściej przypominają zjawiska multimedialne i odbywają się w różnych miejscach, niekoniecznie do tego stworzonych. Być może to także zmierzch instytucji kultury.

Na Warszawskiej Jesieni - prorokuje autor - wystąpi wrocławska orkiestra laptopowa, był już na festiwalu koncert, polegający na wspólnym wykonywaniu utworu przez muzyków, znajdujących się w czasie koncertu w różnych miejscach świata, (...) oraz widzianych na ekranie.

A jednak swoją wizję antyutopii kończy Chłopecki wezwaniem do czytelnika, aby wyłączył czasem swojego iPoda, wstał rano i posłuchał śpiewu autentycznego słowika.

Z kolei w innych esejach autor zachęca do twórczego życia oraz do aktywnego słuchania muzyki i jej wykonywania. 

Artystą się bywa


Życie cię nuży i męczy? Pomyśl, co jest twoją życiową pasją - zachęca w eseju "Artystą się bywa". Co kochasz? - drąży. Bez czego życie stałoby się dla Ciebie szare i bez powabu? 
Po czym stwierdza, że na twórczość nigdy nie jest za późno. I nie chodzi bynajmniej o to, by stać się artystą na miarę Pendereckiego czy Hasiora, lecz by stworzyć siebie i przetwarzać najbliższe otoczenie na ciekawsze, atrakcyjniejsze, niż jest do tej pory.
Samo działanie twórcze jest - zdaniem autora - człowiekowi niezbędne do życia, choć nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę. Bez tego popadamy we frustracje, a nawet nerwice, podczas gdy zaprzestanie tłumienia tego, co żąda ujścia  daje radość życia i leczy.Toteż Chłopecki zachęca, abyśmy nie ustawali w poszukiwaniach tego, co sprawia nam radość i staje się rodzajem autentycznej ekspresji naszego niepowtarzalnego ja. Nawet u schyłku życia może się okazać, że mamy jakiś talent, który możemy rozwinąć.

Brzmienie ciszy, czyli wirtuoz słowa


Wprawdzie nie sposób wartościować eseje Chłopeckiego, ale zwrócę uwagę na jeden z nich, jest on bowiem szczególnym przykładem wirtuozerii warsztatu pisarskiego autora.

Otóż rozpoczyna go tekst ciągły, bez pauz i znaków interpunkcyjnych:

hmmmgdybym niewpadłnapomysł...

Ten zaskakujący sposób wprowadzenia w temat ciszy od razu przykuwa uwagę. Brak pauz w tekście - tłumaczy muzykolog - to jakby pozbawienie oddechu. I powołuje się wielokrotnie na Johna Cage`a, który twierdził wręcz, że cisza nie istnieje. Kolejne podrozdziały wprowadzają nas w zagadnienie. Noszą zagadkowe, niekiedy aluzyjne tytuły: "Mapa naszego słyszenia", "Po drugiej stronie ucha", Cisza... i strach.

Potrzebujemy dźwięków. Potrzebujemy przecież też ciszy - twierdzi autor. Czym są dźwięki - wiemy. Czym jest cisza? Złudzeniem naszych zmysłów.
Z równą łatwością i lekkością powołuje się w swoich rozważaniach zarówno na Johna Cage`a, jak na Arystotelesa czy na Norwida, dla którego p r z e m i l c z e n i e jest niezawodnie częścią mowy.

Odczuwamy strach przed ciszą i oklejamy się dźwiękowymi tapetami. W pomieszczeniach, w których przebywamy, stale coś dźwięczy. A czasami ten dźwięk izoluje nas od hałasu świata zewnętrznego. Staje się ciszą. 
Na koniec tych rozważań pojawia się, oczywiście, błyskotliwa konkluzja:  

Nie, nie wszystko wysłyszymy w ciszy. Ale bez ciszy możemy ogłuchnąć. I wtedy już nawet ciszy nie będziemy zdolni usłyszeć. Nie tylko masywnego akordu orkiestry symfonicznej granego w forte fortissimo. Czyli bardzo głośno. Także harmonii niebiańskich sfer.

Andrzej Chłopecki z pewnością delektuje się już ową harmonią sfer, ale my musimy się jeszcze postarać, aby móc ją również kiedyś usłyszeć. Myślę, że wsłuchując się w jego teksty, mamy taką szansę.

Książka Andrzeja Chłopeckiego "Muzyka wzwodzi. Diagnozy i portrety" ukazała się w Polskim Wydawnictwie Muzycznym SA

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline w 2015 roku.

niedziela, 18 marca 2018

Wratislavia Cantans: Piękna pięćdziesięcioletnia /relacja z festiwalu/

Stare utwory na historycznych instrumentach, nowe, pogłębione interpretacje, znakomici wykonawcy, szczególna atmosfera - jaka była jubileuszowa edycja wrocławskiego festiwalu?


Pamiętacie słynnych "Szpetnych czterdziestoletnich" Agnieszki Osieckiej? Wiek nie zawsze musi iść w parze ze szpetotą. Takie refleksje nasunęły mi się mnie podczas trwania 50. festiwalu Wratislavia Cantans. Doszłam bowiem do wniosku, że po 50. pięknieje się i to bardzo. Taka bowiem była tegoroczna Wratislavia. Upływ czasu jej nie szkodzi, wręcz przeciwnie! Stare utwory, grane na historycznych instrumentach, nowe, pogłębione interpretacje, znakomici wykonawcy, a wreszcie - sama atmosfera festiwalu - wszystko to sprawiło, że był on w tym roku szczególny.

fot. Łukasz Rajchert
Na tę niepowtarzalność wpłynął m.in. pomysł ponownego wykonania koncertów, które zaprezentowano na pierwszym festiwalu, który odbył się w 1966 roku. Mogliśmy posłuchać ich znowu - w innym wykonaniu, a jednocześnie w tych samych wnętrzach, zaś co  poniektórzy mogli przeżyć swoiste déjà vu. Przede wszystkim zaś prowokowało to refleksje na temat samej muzyki - jej wykonawstwa dziś, po upływie 50 lat.

fot. Ł. Rajchert
 14 sierpnia 1966 roku na koncercie inaugurującym festiwal zaprezentowano m.in. "Magnificat" Mikołaja Zielińskiego na trzy chóry raz "Psalmy Dawida" Krzysztofa Pendereckiego. Ale najgoręcej oklaskiwano "Poemes de Jean Tardieu" Konstantego Regameya, jak się możemy dowiedzieć z recenzji tego koncertu Ewy Kofin w "Słowie Polskim". Dyrygował wówczas twórca festiwalu - Andrzej Markowski. Zagrano także Mszę i Nieszpory XVII-wiecznego kompozytowa polskiego baroku: Marcina Mielczewskiego. Dziś trudno to pojąć, ale w tamtych czasach, wykonanie takich utworów, w dodatku w kościele, było czymś doprawdy rewolucyjnym... Po 50 latach znowu mogliśmy ich wysłuchać w zupełnie innym kontekście. Koncert zatytułowano 
Wratislavia pulcherrima

czyli "Piękna Wratislavia". W istocie, koncert był niezwykły, przepięknie zaśpiewany. W części pierwszej śpiewacy wykonywali utwory a capella. Pierwszy utwór: "Confitermini Domino et invocate nomen eius" ("Sławcie Pana i wzywajcie imię Jego", podobnie jak następne, wyrasta z tekstu psalmicznego. Wykonany na pięć głosów (sopran, alt, dwa tenory i bas), swoim kształtem przypomina motet. Teksty wcale niełatwe do zaśpiewania, wymagające dużej skali głosu i dobrej techniki, zabrzmiały wspaniale w klimatycznej, pogrążonej w ciemnościach, Katedrze pw. św. Marii Magdaleny, w której - jak sięgam pamięcią - wysłuchaliśmy w przeszłości wielu pięknych koncertów. Część druga - nieszpory: "Vesperae Dominicales", również oparta na psalmach,  została dodatkowo wzbogacona o  instrumentarium. Śpiewakom towarzyszyła Wrocławska Orkiestra Barokowa pod batutą Andrzeja Kosendiaka. To harmonijne, zespołowe brzmienie głosów i instrumentów wydobyło z kompozycji Mielczewskiego całe jej polifoniczne piękno. 

Jubileusz Tadeusza Strugały

Jubileusz festiwalu splótł się w tym roku z 80-leciem urodzin jego wieloletniego dyrektora - Tadeusza Strugały. Z tej okazji Maestro zaprezentował "Symfonię pieśni żałosnych" Henryka Mikołaja Góreckiego oraz I Symfonię c-moll Johannesa Brahmsa. Na początku jednak zabrzmiała inna kompozycja autora III Symfonii, fanfara "Wratislaviae gloria", która powstała na zamówienie Andrzeja Markowskiego i miała pełnić rolę sygnału Festiwalu Polskiej Muzyki Współczesnej we Wrocławiu.

Orkiestra Symfoniczna NFM pod batutą T. Strugały i sopranistka Ewa Vesin,
fot. Ł. Rajchert

III Symfonia Henryka Mikołaja Góreckiego to utwór szczególny, porażająco piękny... Skomponowana w 1976 roku, miała swoją polską prapremierę na Warszawskiej Jesieni w 1977 r. i wywołała skrajne opinie. Dopiero kiedy nagrała ją ponownie London Sinfonietta pod batutą Davida Zinmana, stała się swoistym przebojem, o ile można tak powiedzieć o utworze muzyki poważnej. 
Nie ma nowojorczyka, który by nie wiedział o tym, że powinien sobie kupić III Symfonię Henryka Mikołaja Góreckiego na kompakcie - pisał w jednym ze swoich esejów Andrzej Chłopecki. (...) Popularność powoduje, że nagranie, które nie zostało uhonorowane którąś z prestiżowych artystycznych nagród fonograficznych, zostało uznane w Londynie za nagranie roku 1993. 

Symfonia składa się z trzech części, które zaczynają i kończą mroczne dźwięki kontrabasów. Ale największe wrażenie robi partia wokalna - sopran śpiewający tekst "Lamentu świętokrzyskiego", w drugiej części - autentyczny zapis słów wyrytych na ścianie więziennej celi przez uwięzioną tam Helenę Błażusiak: "Mamo, nie płacz, nie. Niebios Przeczysta Królowo, Ty zawsze wspieraj mnie. Zdrowaś Mario". Dziewczyna została schwytana 25 września 1944 przez Niemców w Schronisku na Lubaniu i więziona w zakopiańskim Palace. W trzeciej części wykorzystano śląską piosenkę ludową o matce szukającej syna poległego w powstaniach śląskich.
Utwór niezwykle przejmujący, nieomal mistyczny - bardzo polski, a zarazem uniwersalny (motyw Stabat Mater), oszczędny melodycznie... W wykonaniu Orkiestry Symfonicznej NFMpod batutą Tadeusza Strugały zabrzmiała przejmująco, ale szczególnego blasku nadała mu wykonująca partie sopranu Ewa Vesin. Śpiewała znakomicie interpretując tekst, ale to było coś więcej niż tylko dobra interpretacja. Śpiewała w takim uniesieniu, że udzielało się ono słuchaczom. 

Wariacje Goldbergowskie Pierre`a Hantaï 

Wariacje Golbergowskie J.S. Bacha i Pierre Hantaï 
Równie niezwykły, jak III Symfonia Henryka Mikołaja Góreckiego, był także kameralny koncert Pierre Hantaï. Dla dwóch powodów. Pierwszym jest fakt, że chodzi o mojego ukochanego kompozytora Jana Sebastiana Bacha, drugim - mistrzostwo interpretacji. Chodzi, rzecz jasna, o "Wariacje Goldbergowskie".

Albert Schweitzer podaje, że utwory klawesynowe zwane "Wariacjami..." powstały na prośbę hr. Kayserlingka, który cierpiał na bezsenność i kazał niejakiemu Goldbergowi umilać sobie bezsenne noce graniem. Hrabiemu tak się spodobały owe wariacje, że niestraszne były mu odtąd bezsenne noce. Czy Golberg był temu rad, nie wiemy. Wiemy natomiast, że kompozytor otrzymał za nie sute wynagrodzenie. 
Niepodobna polubić tego utworu przy pierwszym słuchaniu - pisze Schweitzer. Trzeba się z nim oswoić i wraz z Bachem z ostatniego okresu wznieść na te wyżyny, gdzie nie żąda się już od prowadzenia głosów naturalnego piękna brzmienia, lecz znajduje zadowolenie i radość w wyżywaniu się w absolutnej swobodzie ruchu. Z chwilą zaś, gdy do tego dochodzimy, pojmujemy też ową łagodną i pocieszającą pogodę, przezierającą z uśmiechem z tych pozornie tak sztucznych kompozycji.

Słowa te doskonale odnoszą się do dwóch interpretatorów "Wariacji..." - Glenna Goulda (ale jemu było łatwiej wydobyć niuanse, bo grał na fortepianie) i - właśnie - Pierre Hantaï . Moje obawy, że "będzie nudno", rozwiał natychmiast i na zawsze. Słuchacze mogli jedynie podziwiać, jak ten skromny i opanowany muzyk wydobywa z klawesynu dźwięki, dzięki którym można by się zgodzić nawet na bezsenne noce. Po prostu wirtuoz! No, ale Hantaï z miłości do muzyki Jana Sebastiana nauczył się grać na klawesynie i gra tę muzykę od tylu lat, że zdążył zgłębić wszystkiej jej tajniki. Jednak to co więcej niż tylko wspaniała technika...

 Symfonia Mahlera na finał

Jacek Kaspszyk, Orkiestra Symfoniczna NFM, fot. B. Beszlej
Na koniec chciałabym jeszcze wspomnieć koncert finałowy, bo był wprost oszałamiający. Stanowczo wolę kameralistykę, ale mimo to Maestro Jacek Kaspszyk porwał mnie, podobnie jak resztę wypełnionej po brzegi dużej sali NFM.
Gustaw Mahler pisał ten utwór w prawdziwym natchnieniu:
Pochwycił mnie Spiritus Creator i potrząsał mną, i prowadził mnie przez następne osiem tygodni, aż moje największe dzieło było gotowe - zanotował.
Utwór jest rzeczywiście napisany z niesłychanym rozmachem, potężny, co na początku może wprawić, że człowiek czuje się mały i bezradny wobec jego ogromu. Jednak tylko tak potężny kształt dźwiękowy mógł ewokować w słuchaczach wizję Kosmosu i Nieba, uprzystępnić i zobrazować poruszaną problematykę.Ale kiedy wybrzmi hymn "Veni Creator", orkiestra, chóry i arie zaczynają nas urzekać swoim pięknem i harmonią.
Wydaje się, że Uniwersum zaczyna brzmieć. Już nie są to ludzkie głosy, lecz krążące planety i słońca - pisał Mahler po zakończeniu prac nad swoim dziełem, które miało swoją prapremierę 12 września 1910 roku.  Kosmiczny wymiar treściowy realizuje też sfera tonalna utworu. Zasadnicza tonacja symfonii, Es-dur, od czasów Mozarta i Beethovena była zarezerwowana dla kategorii najważniejszych – takich jak Bóg, Kosmos, duchowość, wiara i modlitwa. Mahlerowski hymn do Ducha Świętego nawiązuje więc do tych tradycji. 
Maestro Kaspszyk - wieloletni dyrektor artystyczny wrocławskiej Orkiestry Symfonicznej - jak prawdziwy Demiurg zapanował nad wykonaniem "Symfonii Tysiąca", która stała się prawdziwym ukoronowaniem jubileuszu Wratislavii Cantans.

Artykuł ukazał się na portalu Kulturaonline 25 września 2015 roku.

czwartek, 26 października 2017

„Zabobony gasnącego stulecia” Andrzeja Chłopeckiego: Świat opisany za pomocą słownych kliszy /recenzja książki/

Ukazała się trzecia, może najważniejsza, książka Andrzeja Chłopeckiego: „Zabobony gasnącego stulecia”. Jej autor uświadamia nam, jak chętnie i często uciekamy się do gotowych schematów pragnąc opisać świat.

Polskie Wydawnictwo Muzyczne

Nieodżałowany, niezapomniany muzykolog, myśliciel i eseista – Andrzej Chłopecki miał świadomość kryzysu słów, którymi próbujemy opisać świat, a nie tylko muzykę. Twierdził:

Opisujemy jednak, posługując się słowami, które dawno straciły niewinność terminów „czystych” – funkcjonują obarczone historią swojego używania, jak klisze, wytrychy, zabobony.

Toteż trzeci tom jego wydanych pośmiertnie pism służy temu właśnie, aby nas na owe klisze uczulić, aby je skompromitować i pobudzić do myślenia. Jeśli nawet misja ta wydaje się być trudna do zrealizowania, nie można odmówić Autorowi kreatywności, ba, błyskotliwości w jego próbach „odczarowania” zabobonów. Czterdzieści dwa hasła, które ukazują się pięć lat po śmierci Chłopeckiego zostały uzupełnione przez jego przyjaciół i uczniów o kolejne 61, kontynuujące ten zamysł. Ale jest to także zaproszenie dla czytelników, cechą pisarstwa autora „Dziennika ucha” i „Muzyka wzwodzi” jest bowiem nieustający, dowcipny dialog. Wśród owych „zabobonów” w trzecim tomie pism Andrzeja Chłopeckiego znajdują się nie tylko terminy muzyczne, ale także wiele innych, jak choćby „piękno”, „oryginalność”,  „kryzys”, po tak nieoczekiwane, jak … „bolszewizm”.

Mnie najbardziej rozbawiło i tym samym utkwiło w pamięci pojęcie „krytyka muzyczna”. Otóż autor wymienia słowa-wytrychy, nagminnie stosowane i odkrywa ich prawdziwy sens. Znajdziemy tam m.in. takie perełki:

Zwięzłość formy – utwór był krótki,
Finezję pomysłów kolorystycznych – krytyk się nie połapał, na czym grają,
Kunsztowną, kapryśną rytmikę – krytykowi nie udało się ustalić metrum utworu nawet na podstawie gestów dyrygenta,
Plastyczność motywów – nie da się zaśpiewać (zagwizdać) żadnego motywu,
Intensywną ekspresję – było głośno,
Bogatą paletę środków wyrazu – było i bardzo głośno, i bardzo cicho, a nadto i szybko, i wolno,
Cyzelację środków – krytyk domniemywa, że kompozytor nad utworem pracował długo.

Na koniec jednak konkluduje, że mimo wszystko krytyka jest potrzebna, ponieważ Świat nieopisywany nie istnieje.

W książce znalazły się także wspomnienia o autorze, m.in. zapis rozmowy, która odbyła się 28 kwietnia ubiegłego roku w warszawskiej siedzibie Polskiego Wydawnictwa Muzycznego. Dowiadujemy się z niej, że „Zabobony gasnącego stulecia” powstały z fascynacji lekturą „Stu zabobonów” o. Józefa Marii Bocheńskiego.

Umiejętność uchwycenia istoty sprawy i wyrażenie jej w lapidarnej formie niestroniącej przy tym od szczypty erystyki – podsumowuje swoje wspomnienie Stanisław Krupowicz – to chyba cechy charakterystyczne tego szczególnego umysłu, jaki cechował Andrzeja.

Ale najbardziej poruszające świadectwo daje o Andrzeju Chłopeckim jego żona, Beata:

On żył muzyką i to jest prawda, a nie tylko banał. Już jako brzdąc w kołysce słuchał, jak jego mama gra na pianinie i uczy gry starszego brata. Potem jego samego posadziła do pianina i Andrzej już w wieku 5 lat próbował grać lekkie utwory dziecięce, poszedł też do przedszkola muzycznego. Zaczęłam się teraz zastanawiać, czy gdyby go z muzyki wyrwać, byłby w stanie funkcjonować… I dochodzę do wniosku, że nie, to byłoby niemożliwe.

Książka Andrzeja Chłopeckiego: „Zabobony gasnącego stulecia. Kontynuacje” ukazała się w Polskim Wydawnictwie Muzycznym.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.


„Górecki. Portret w pamięci” Beaty Bolesławskiej-Lewandowskiej: Kompozytor w oczach bliskich i przyjaciół

Rozmiłowany w polskiej kulturze, głęboko wierzący, kompozytor z powołania, traktujący pracę jako służbę, serdeczny i dowcipny – oto portret Henryka Mikołaja Góreckiego, pozostały w pamięci bliskich i przyjaciół.


Wydana przez PWM Edition książka Beaty Bolesławskiej-Lewandowskiej: „Górecki. Portret w pamięci” jest właściwie bezcennym źródłem informacji o zmarłym przed blisko siedmioma laty kompozytorze. Zebrane przez autorkę rozmowy tworzą bogaty, mieniący się różnymi znaczeniami portret człowieka niezwykłego.

Moją intencją w pracy nad książką – pisze we wstępie Beata Bolesławska-Lewandowska – było zbudowanie z przeprowadzonych rozmów tytułowego „portretu z pamięci” – portretu jak najlepiej oddającego bogactwo osobowości kompozytora oraz pozostającego świadectwem ludzkiej pamięci o nim, pamięci najbardziej bezpośredniej – osób, które miały z nim bliski kontakt i na które on sam w znaczący sposób oddziałał.

Portrety tworzyli z pamięci zarówno członkowie rodziny kompozytora: żona Jadwiga, córka Anna oraz syn Mikołaj, także kompozytor, jak również inni kompozytorzy i wykonawcy, muzykolodzy, zagraniczni artyści, którzy zetknęli się z kompozytorem, po interpretatorów, wśród których znalazł się m.in. Andrzej Chłopecki i Krzysztof Zanussi. Dzięki tak dużemu spectrum poznajemy Henryka Mikołaja Góreckiego zarówno prywatnie, jak i w relacjach zawodowych, ponadto zaś w różnych okresach życia.

Był zawsze sobą


Tak twierdzi żona kompozytora, od której dowiadujemy się, jaki był Górecki w czasach studiów, kiedy się poznali: młodym człowiekiem z wielką czupryną, o którym mówiło się, że „to ten zdolny z Rybnika”.  Od niej usłyszymy także, że był człowiekiem emocjonalnym, a nawet wybuchowym i że to pani Jadwiga musiała niejednokrotnie występować w roli negocjatorki. A jednocześnie był czułym ojcem, lubił czytać, oglądać mecze piłki nożnej, słuchać z bliskimi muzyki (nie swojej). Zapytana, czy słuchając muzyki męża, rozpoznaje go w niej, odpowiada:

Wszędzie go słychać takim, jakim był naprawdę. I wybuchowość młodości, i stateczność, i kontemplację. Był zawsze sobą, pisał jak chciał.

Praca – służba nadająca właściwy wymiar życiu


Eugeniusz Knapik, kompozytor, pianista, student Góreckiego mówi o związkach muzyki swego mentora z miejscem urodzenia i wiarą. Autor „Krzesanego” był zauroczony Tatrami i pod koniec życia tam osiadł, ale był również mocno związany ze Śląskiem i jego specyficznym etosem pracy.
Chodzi o sposób traktowania pracy jako obowiązku nie tylko wobec bliźniego, ale również wobec Boga – wyjaśnia Knapik. Praca nie dla zysku, ale praca jako służba nadająca właściwy wymiar życiu. To charakteryzuje także jego twórczość.

Rozmiłowany w polskiej kulturze i głęboko wierzący


Z kolei Leon Markiewicz, muzykolog i publicysta, przyjaciel Góreckiego, opowiada nie tylko o swoim autentycznym zachwycie muzyką Mistrza już od jego pierwszych kompozycji, w których jego uwagę zwróciły pomysłowość i energia, a także śmiałość, która pozwalała przekraczać to, co można było sobie wyobrazić.

Komponowanie było naprawdę jego autentycznym posłannictwem w życiu – twierdził, dodając, iż Henryk miłość do Polski wyssał z mlekiem matki i z patriotycznych zrywów śląskich.
Symbolem tego jest użycie w III Symfonii zarówno cytatów z „Lamentu świętokrzyskiego”, jak też ludowej pieśni śląskiej. W pamięci Leona Markiewicza Henryk Mikołaj Górecki był człowiekiem bardzo rozmiłowanym w kulturze polskiej, jak też głęboko wierzącym. Stąd wzięły się takie utwory, jak: II Symfonia „Kopernikowska” czy Kantata o św. Wojciechu.

Serdeczny gest, szelmowski uśmiech


Portretów Góreckiego jest wiele, a każdy fascynujący i wnosi coś nowego o tym niezwykłym człowieku i kompozytorze, toteż na koniec chciałabym przytoczyć wspomnienie Joanny Wnuk-Nazarowej, dyrektorki Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach:
Zapamiętałam go właśnie z tym serdecznym gestem „dominanta”, poklepującego ojcowską po ramieniu… (…) I ten gest będę pamiętać, ale też i jego uśmieszek szelmowski w reakcji na mój żart, że może to nie on sam napisał III Symfonię…

Książka „Górecki. Portret w pamięci” Beaty Bolesławskiej-Lewandowskiej ukazała się w PWM Edition.

Urodziny Zofii Kossak w Górkach Wielkich

9 i 10 sierpnia w ruinach Dworu Kossaków znów będzie gwarno, jak dawniej, kiedy do Górek Wielkich zjeżdżali się m.in.: Maria Dąbrowska, Wańk...

Popularne posty