Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania kazimierz braun, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania kazimierz braun, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

środa, 27 grudnia 2017

Kazimierz Braun: Świadek historii i Człowiek Teatru /recenzja książki "Pamięć. Wspomnienia")

Kazimierz Braun pozostawił po sobie pamięć znakomitych inscenizacji. Autor książek z dziedziny historii teatru, dramaturg i prozaik. dokonał tym razem podsumowania swojego życia i twórczości. 

Wydawnictwo Marszałek
Książka Kazimierza Brauna nosi znaczący tytuł "Pamięć. Wspomnienia". Cóż to może oznaczać?

Zasadniczo opieram się na własnej pamięci - wyjaśnia we wstępie autor. I dodaje: Pamiętamy to, co związane było ze szczególną emocją, uderzającym obrazem, przenikliwym słowem, szczególnym nastrojem, porą dnia czy roku, światłem, a najbardziej z określonymi ludźmi: ich twarze i wyrazy twarzy, ich imiona, czynności, słowa, zdania, intonacje głosu. Pamięć lubi dobro. Utrwala to, co piękne, jasne, miłe, przyjazne, przyjemne. Rzadko przechowuje ból. 

Taka myśl przenika wspomnienia Kazimierza Brauna, które są w swej głębszej istocie summą życiowych doświadczeń autora i refleksją nad nimi. 


Wszechogarniający las i dzieje rodziny

Pamięć jest wartością, a pamiętanie służbą - zakłada reżyser i zaprzęga swoje wspomnienia w służbie innym: bliskiej i dalszej rodzinie, swoim mistrzom, a także napotkanym  obcym ludziom, którzy - jego zdaniem - na wspomnienie zasługują. Ono ich ocala od zapomnienia, a książka staje się rodzajem żywicy, w której zatopieni - pozostają na zawsze. Wspomnienia są także świadectwem głębokiej wiary ich autora, który nigdy nie dał się zwieść pokusie robienia kariery za wszelką cenę, a swoją niezłomność w tym względzie czerpał  właśnie z tradycji i wiary. Wreszcie jawi się on także jako świadek historii - wojny oraz przemian, które przyniósł komunizm i zniewolenie. 

Aby swoje wspomnienia uporządkować i zarazem nadać im głębszy sens, Kazimierz Braun dzieli je na etapy, które opatruje znaczącymi tytułami. I tak dziesięcioletni okres dzieciństwa, które spędził w majątku rodziców, w domu w Milechowicach, zatytułował "Las", jest to bowiem krajobraz, który ukształtował jego wrażliwość i wyobraźnię. O lesie pisze poetycko:

Las był moim żywiołem, środowiskiem, krajobrazem. Dom był w lesie, więc las zaczynał się natychmiast, gdy spojrzało się z okna, gdy tylko wyszło się za próg. (...) Las miał ciągłość i siłę wszechogarniania. (...) Był las letni, suchy, pełen brzęku pszczół, komarów przeróżnych owadów. Był las mokry na wiosnę i na jesieni, z kroplami kapiącymi, spadającymi z liści i igieł prosto za kołnierz. Był las później jesieni, bez liści podszycia i gałęzi, więc jakby przeźroczysty, widać było przezeń dlatego. Był las unieważniony, jakby wykasowany przez mgłę i wiedziało się, że tam jest, ale widać było tylko pnie najbliższych drzew...

Las to także wspomnienie wojny, powrót ojca z niemieckiego więzienia, święta i uroczystości rodzinne we dworze w Mokrsku, gdzie autor przyszedł na świat. Również  ukochani dziadkowie i ich dzieje. Autor opisuje dramatyczne losy starszego pokolenia, a także rodzeństwa ojca - Juliusza Henryka Brauna i siostry Jadwigi. Wspomina Kazimierza - legionistę, który walczył z bolszewikami w 1920 roku, ale był także poetą i skomponował słynną pieśń "Płonie ognisko w lesie". Jako ostatni Delegat Rządu na Kraj został uwięziony po wojnie, a następnie wyemigrował i zmarł na wygnaniu. Juliusz  miał także siostrę Jadwigę - aktorkę, która została skazana na osiem lat łagrów za udział w Związku Walki Zbrojnej, ale udało się jej wyjść z Armią Andersa. Po wojnie zamieszkała w Londynie, a następnie  żyła na emigracji w Kanadzie. Autor poświęca wiele miejsca rodzicom i dziadkom, a nawet pradziadkom - ukazując typowe losy ziemian, z którymi historia obeszła się okrutnie. Znajdujemy w tych wspomnieniach zarówno smakowite ciekawostki, jak choćby ta, że pradziadek Konstanty Miller (urodzony na Podolu), studiował i podróżował po zachodniej Europie, był zaprzyjaźniony z Cyprianem Kamilem Norwidem i przez czas jakiś przebywał w Stanach Zjednoczonych, gdzie pracował jako pianista i nauczyciel muzyki. 

Ze wspomnień dowiadujemy się także, jak wyglądały święta w Milechowach - jak się do nich przygotowywano, jakie jadano potrawy, a także jak wyglądały codzienne praktyki religijne i jakie były popularne dziecięce zabawy. Ten wspaniały świat tradycji i kultury polskiej został całkowicie zmieciony przez komunizm.

... ci wszyscy ziemianie - konkluduje autor - to byli po prostu ludzie ciężkiej, wielkiej, pożytecznej, uczciwej pracy. Wstawali do dnia, wyjeżdżali w pole, doglądając robót, prowadzili księgowość swoich majątków, załatwiali wszelkie transakcje, zatrudniali, dając zarobek i dach nad głową, dziesiątkom, a sezonowo setkom ludzi. Utrzymywali szeroką rodzinę. Budowali kościoły i szkoły. Dotowali klasztory. Fundowali stypendia.

Dożywali zaś żywota w ciasnych, jednopokojowych mieszkaniach, pozbawieni możliwości pracy i napiętnowani jako "wrogowie ludu"... 

Miasto - studia polonistyczne  i wyjazdy za żelazną kurtynę

W 1946 roku Kazimierz Braun przeniósł się wraz z rodzicami do Częstochowy. W tym samym czasie odwiedził także w Krakowie Mehoffera, u którego rodzice zamówili obraz. Widział też powojenną zrujnowaną stolicę. Ojciec pracował w Izbie Przemysłowo-Handlowej jako dyrektor tej instytucji, a także jako rektor Wyższej Szkoły Administracyjno-Handlowej. Niedługo jednak, choć tak wiele zrobił dla miasta. W grudniu 1948 roku został aresztowany, podobnie jak stryj Jerzy i wielu innych. Siedział długo i wyszedł po latach z zaawansowaną gruźlicą. Wprawdzie przeżył, ale został całkowicie odsunięty, a jego zdolności i umiejętności nigdy już nie zostały wykorzystane. Rodzina "wroga ludu" żyła przez pięć lat w nędzy, bo fizyczna praca matki  (absolwentki Uniwersytetu Jagiellońskiego) nie wystarczała na utrzymanie dzieci i teściowej. Od czasu do czasu rodzinę wspomagał Kościół - również w tych latach represjonowany. 

Po zdaniu matury Kazimierz nie miał szansy dostać się na studia, mimo że wyjechał do Poznania, gdzie przygarnęła go pod swój dach dalsza rodzina, aby w ten sposób wspomóc krewnych.  Kiedy nie dostał się na filologię germańską (informacje o tym, że ojciec jest uwieziony jednak za nim dotarły), rozpoczął pracę jako robotnik na budowie, dzięki czemu otrzymał skierowanie na studia. W tym czasie ojciec został urlopowany z więzienia, zapadł bowiem poważnie na gruźlicę. W rezultacie nowych okoliczności Kazimierz dostał się na polonistykę, a jednocześnie rozwijał zainteresowania teatrem: grał w studenckich przedstawieniach, próbował reżyserować, współpracował z radiem i telewizją jako spiker. Za pracę w teatrze studenckim otrzymał w nagrodę wczasy w Szwajcarii, które jednak odwołano. Pojechał za to później na festiwal do Paryża z ekipą Bim-Bomu. Była to podróż niezwykle owocna pod wieloma względami. Poznał wówczas Konstantego Jeleńskiego i Jerzego Giedrojcia, co zaowocowało wydaniem powieści "Pomnik", rekomendacją do Radia Wolna Europa i ... wielokrotnymi odmowami otrzymania paszportu. 

Było także zwiedzanie Paryża "śladami Norwida", oglądanie filmów i spektakli, a nawet pielgrzymka do Lisieux – na prośbę ojca, który uważał, że swoje uwolnienie zawdzięcza św. Teresce.  Mógł wreszcie zobaczyć swoich krewnych, którzy wyemigrowali i dla których wizyta kogoś z Polski była równie niezwykłym przeżyciem. Nie sądzili, iż taka podróż jest w ogóle możliwa. Odwiedzając w Londynie ciocię Jadzię - aktorkę, Kazimierz Braun nie tylko konstatuje, że Polonia żyje bardzo skromnie, ale ma również niepowtarzalną okazję obejrzeć zbiory British Museum, Tate Galery oraz występ Marcela Marceau. 

Studia reżyserii i praca w teatrze

Braun bardzo interesująco opowiada o studiach na Wydziale Reżyserii w Warszawie. Jego mistrzami byli: Bohdan Korzeniewski (który uczył się teatru inscenizacji u samego  Leona Schillera oraz - pośrednio - u Gordona Craiga) i Erwin Axer. Ich błyskotliwie nakreślone portrety pozwalają wyobrazić sobie, jakimi byli ludźmi i jaką stwarzali wokół siebie atmosferę. Z pewnością byli wymagającymi profesorami, ponieważ były to wielkie osobowości, o szerokich horyzontach i olbrzymiej wiedzy. Korzeniewski był błyskotliwy i okrutny zarazem, a studenci musieli  na zaliczenie przedstawiać prace inscenizacyjne, które składały się z opracowania pisemnego oraz projektu inscenizacji w formie makiety. Zabierało to mnóstwo czasu, ale można było zaszaleć, tzn. zaproponować każde, nawet najbardziej zaskakujące, rozwiązanie, byleby je rzeczowo uzasadnić. Jednak chyba najwięcej zyskał młody student reżyserii pracując pod opieką Erwina Axera, który tak go sobie upodobał, że szybko zrobił go swoim asystentem. Braun przyznaje, że najsilniej utkwiły mu w pamięci zajęcia z seminarium scenograficznego Andrzeja Pronaszki - prawdziwego wizjonera. Braun był także asystentem Stanisławy Perzanowskiej przy "Pastorałce" Schillera. Dla starszego pokolenia - znana jako Matysiakowa, była Perzanowska już wówczas legendą polskiej sceny. Zagrała w prapremierowym przedstawieniu "Pastorałki" przygotowanym w 1922 roku przez samego Leona Schillera w Reducie. Pamiętam ją jeszcze ze znakomitej krakowskiej inscenizacji "Czekając na Godota" Becketta, którą reżyserowała w latach 70. ubiegłego wieku.

Pisząc o początkach swojej pracy jako reżysera, Braun nie stroni od anegdot i refleksji. Opowiadając np. o tym jak asystował Axerowi w "Biedermannie i podpalaczach" Maxa Frisha i konstatuje, że autor już w latach 60. zobaczył groźbę rozpanoszenia się w Europie potencjalnych podpalaczy, przybyszów z zewnątrz. Sztuka opowiada, jak to do mieszczańskiego domu Biedermannów przychodzi domokrążca, którego gospodarze zapraszają na śniadanie. Potem pojawia się drugi. Zaczynają się panoszyć i wreszcie doprowadzają do tego, że kiedy chcą podpalić dom, gospodarz usłużnie podaje im zapałki… 

Braun snuje równolegle swoją opowieść o pracy w teatrze - dyrekcjach, zwolnieniach z kolejnych placówek, znaczących w jego karierze przedstawieniach - na wrocławskiej "Dżumie" w okresie stanu wojennego kończąc. Jednocześnie pisze o swoim życiu osobistym: szczęśliwym małżeństwie, które zaowocowało trzykrotnym ojcostwem, o poznanych dzięki teatrowi ludziach: przyjaźniach, charakteryzuje trafnie znane postaci ze świata teatru, m.in. Tadeusza Łomnickiego, Jerzego Grotowskiego, Krystynę Skuszankę i Jerzego Krasowskiego, Krzysztofa Chamca, Aleksandrę Śląską… Pisze także o swojej idei teatru wspólnoty:
Zrozumiałem, że ta wspólnota może powstać w widowisku teatralnym, jeśli aktorów i widzów zjednoczy, uczyni wspólnotą właśnie, jakiś jeden wspólny czynnik, moc, energia. (…) Przeżycia oraz społeczne relacje wspólnotowe pomiędzy aktorami i widzami powstawały na gruncie wartości zarówno w dziedzinie kultury, jak polityki, a ogólnie losu.

„Pamięć. Wspomnienia” Kazimierza Brauna jest to znakomite źródło dla teatromanów, ale także dla wszystkich, którzy pamiętają lub chcieliby poznać życie teatralne i społeczne w Polsce w latach 60., 70. i 80. Autor pisze o tym barwnie i z charakterystyczną dla siebie swadą. Dotyczy ona także współczesności - życia na obczyźnie i nieustającej pracy twórczej. Kazimierz Braun bowiem jest nie tylko znakomitym inscenizatorem, o czym mogliśmy się przekonać wielokrotnie, oglądając jego przedstawienia w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu. Każde z nich było wydarzeniem: "Anna Livia" na podst. "Ulissesa" Joyce`a, czy sztuki Tadeusza Różewicza, a także "Dziady" Adama Mickiewicza pozostają w pamięci na zawsze. Braun to autor wielu książek o teatrze, a także dramatów i powieści. Wielki Nieobecny polskiego teatru. Szkoda...

Książka Kazimierza Brauna "Pamięć. Wspomnienia" ukazała się nakładem Wydawnictwa Adam Marszałek.

Recenzja ukazała się na portalu Kulturaonline w lutym 2016 r.

niedziela, 15 października 2017

Kazimierz Braun: Nadal czuję się wrocławianinem /wywiad/

Kazimierz Braun – wybitny reżyser teatralny, znawca historii teatru i pisarz, a także potrójny Jubilat – opowiada o fascynacji teatrem, początkach pracy, a także o wrocławskim okresie swojej kariery zawodowej.

Kazimierz Braun, fot. Marek Dusza

Kazimierz Braun – wybitny reżyser teatralny, dramaturg i autor książek z dziedziny historii teatru – został honorowym obywatelem Tarnowa. 22 października 2016 odbyła się w tarnowskim Ratuszu uroczysta premiera sztuki Kazimierza Brauna "Powrót Norwida" w reżyserii autora oraz Tomasza Żaka, w wykonaniu aktorów Teatru Nie Teraz. Premiera uświetniła potrójny jubileusz Kazimierza Brauna: 80 lat życia, 55 lat pracy teatralnej oraz 45 pracy uniwersyteckiej. Z tej też okazji szanowny Jubilat otrzymał od Prezydenta RP Andrzeja Dudy Krzyż Komandorski Orderu Polonia Restituta, a od Rady Miejskiej Tarnowa – tytuł  Honorowego Obywatela Miasta Tarnowa. Ponadto w Teatrze Oratorium w Warszawie wystawiono sztukę autorstwa Kazimierza Brauna: "Moj syn Maksymilian" (o św. Maksymilianie Kolbe).
Kazimierz Braun jest częstym gościem w tarnowskim Gimnazjum nr 4, które nosi imię jego stryja - Jerzego Brauna, autora znanej pieśni ”Płonie ognisko i szumią knieje”. W mieście tym Jubilat kilkakrotnie pracował, inscenizując na scenie Solskiego spektakle własne i innych autorów. W darze dla miasta napisał nawet dramat ”Tarnowski wiatr niepodległości”.

Kazimierz Braun Honorowym Obywatelem Miasta Tarnowa, prasowe
Wrocław był w karierze Kazimierza Brauna miastem szczególnym, w którym w latach 1975-1984 wyreżyserował wiele wybitnych spektakli, a ponadto pracował także jako pedagog w PWST oraz na Uniwersytecie Wrocławskim. W przeprowadzonym przeze mnie wywiadzie Profesor opowiada o fascynacji teatrem, początkach pracy, a także o wrocławskim okresie swojej kariery zawodowej.


Barbara Lekarczyk-Cisek: Mimo Pańskiej długiej nieobecności w życiu kulturalnym Wrocławia, ciągle pamiętam Pańskie znakomite inscenizacje – zawsze były wydarzeniem. W Panu Tadeusz Różewicz znalazł twórczego interpretatora. Pamiętam też ”Dziady” Adama Mickiewicza z końca lat 70., które wystawił Pan w różnych przestrzeniach i wykorzystał nadmarionety Petera Schumanna. A także ”Dziady” i ”Dżumę” stanu wojennego, które trafnie oddawały naszą, Polaków,  dramatyczną sytuację… Znakomity reżyser i inscenizator – wizjoner nie pojawia się znikąd. Jakie były tego początki?  Dlaczego teatr?

Kazimierz Braun: Teatr był w atmosferze naszego domu od momentu, kiedy zacząłem być świadomym dzieckiem, w ”atmosferze świata”, jakby powiedział Norwid. To piękne określenie. Dodam przy okazji, że Norwid był moim pierwszym ośrodkiem zainteresowania i to poprzez Norwida doszedłem do Różewicza. Chociaż do autora ”Vademecum” wracałem wielokrotnie. Pozostał dla mnie źródłem inspiracji.
Teatr był w atmosferze mojej rodziny bardzo konkretnie: mój stryj Jerzy Braun – poeta, polityk, później ostatni przywódca polskiego państwa podziemnego podczas wojny i po niej, był także dramatopisarzem. Po latach zrealizowałem przedstawienie na podstawie jego dramatu: ”Europa”, z wykorzystaniem fragmentów innych dramatów, spełniając w pewnym sensie jego testament teatralny.
Aktorką teatralną była moja ciotka Jadwiga Domańska, z domu Braunówna. Ukończyła Instytut Teatralny prowadzony przez Aleksandra Zelwerowicza. W pewnym momencie jej legenda zaczęła do mnie docierać. Jak wszyscy członkowie mojej rodziny, była zaangażowana w walkę o niepodległość. Po klęsce kampanii wrześniowej przystąpiła do  wojskowej konspiracji (ZWZ) i została kurierką. Aresztowana przez sowietów, znalazła się w łagrze, a potem dotarła do Armii gen. Andersa. Dostała rozkaz zorganizowania teatru i tak powstał Teatr Dramatyczny Armii Polskiej, z którym przebyła cały szlak wojenny, aż do Londynu. Po wojnie pozostała za granicą, ponieważ domyślała się, że w Polsce czekałby ją los okrutny, jaki spotkał jej braci: Juliusza i Jerzego.

A wracając do inspiracji teatralnych, w mojej rodzinie był także krakowski aktor Antoni Żuliński. Pamiętam go melorecytującego przy fortepianie monologi Konrada z ”Wyzwolenia”, do którym komponował muzykę. Ponieważ sam pisałem wiersze, więc kiedy zdałem maturę, postanowiłem zdawać na polonistykę. W tym czasie mój ojciec siedział w więzieniu, więc nie dostałem się na studia. Kiedy jednak z powodu choroby ojciec został przedterminowo zwolniony, dostałem się na polonistykę w Poznaniu i już jesienią tego roku zacząłem poszukiwać zajęć teatralnych. O mały włos nie zostałem przyjęty do obsady okropnej sztuki socrealistycznej, na szczęście jednak odrzucono moją kandydaturę. I tak trafiłem do ”Wieczoru trzech króli”. Wtedy na dobre połknąłem bakcyla teatru. Już podczas studiów polonistycznych postanowiłem zdawać na reżyserię teatralną. Złożyłem pracę i zostałem przyjęty, co wyznaczyło moją dalszą drogę.

Jak wyglądały w tamtych czasach studia reżyserii teatralnej?

Studia reżyserii były wtedy ogromnie wymagające, trudne. Trzeba było walczyć, żeby się na nich utrzymać. Miałem szczęście, że zostałem wzięty pod opiekę przez Erwina Axera, który był doskonałym zawodowcem. Oprócz zajęć na uczelni, studenci mieli wówczas rano i wieczorem próby w teatrze. Byłem asystentem Axera przez całe studia i bardzo wiele mu zawdzięczam, szczególnie w sferze pracy z aktorem.
Natomiast teatru inscenizacji uczył nas Bohdan Korzeniewski. Nie był reżyserem, ale naukowcem, historykiem teatru, teatrologiem. Obok Erwina Axera, był dla mnie również ważnym nauczycielem i źródłem inspiracji. W ogóle miałem wspaniałych nauczycieli!  Scenografii uczył mnie największy artysta tamtych czasów – Andrzej Pronaszko, który robił m.in. scenografię do schillerowskich ”Dziadów” w latach 30. Pracy z aktorem uczył mnie Jan Świderski, a analizę dramatu prowadził z nami Edward Csato – wybitny teatralny.

Pański debiut miał miejsce w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku…

To Erwin Axer mnie zarekomendował. Jako zawodowy reżyser zadebiutowałem tam trzema jednoaktówkami Sławomira Mrożka: ”Karol”, ”Na pełnym morzu”, ”Strip-tease”. Obsada była znakomita: Tadeusz Gwiazdowski, Tadeusz Wojtych, Zdzisław Maklakiewicz, którzy życzliwie mnie przyjęli, co nie zawsze się zdarza debiutantom. Dodam jeszcze, że moim przedstawieniem dyplomowym był ”Pierścień wielkiej damy” Norwida na Scenie Kameralnej Teatru Polskiego w Warszawie. I było to pierwsze z wielu przedstawień norwidowskich, które zrealizowałem w ciągu następnych lat. To jakby drugie skrzydło – poetyckie moich zainteresowań teatralnych.

Czy będąc dyrektorem teatru w Lublinie miał Pan większą wolność w doborze repertuaru?

Tak się złożyło, że zawsze mogłem wynegocjować z kierownikiem literackim teatru czy jego dyrektorem to, nad czym będę pracował. Natomiast kiedy objąłem kierownictwo artystyczne, a po pewnym czasie również dyrekcję Teatru w Lublinie, to spełniając różne uwarunkowania i obowiązki, zapraszałem różnych reżyserów, a sam mogłem koncentrować się na tym, co mnie najbardziej interesowało. Właśnie w Lublinie spotkałem się po raz pierwszy z Różewiczem i zrealizowałem ”Akt przerywany”. Nota bene, było to moje pierwsze przedstawienie pokazywane we Wrocławiu na Festiwalu Sztuk Współczesnych. Pamiętam pierwsze rozmowy z Różewiczem… Starałem się jakoś wejść w jego dramaturgię, przełożyć ją na widowisko teatralne, co nie było proste. Tadeusz Różewicz zadał sobie trud i przejeżdżał do Lublina, a w końcu zaakceptował moją pracę, co było dla mnie formą zachęty, aby sięgać ponownie po jego teksty. Po ”Akcie przerywanym” zrobiłem ”Kartotekę”, ale zarówno ta, jak i kolejne moje ”Kartoteki” to były zupełnie inne przedstawienia. Sam tekst zmieniał się zresztą wielokrotnie, bo nie podobał się cenzorom. Różewicz opublikował dziesięć lat później tzw. ”Sceny dodane” i tak odbyła się druga premiery tej sztuki. Jest to świetna sztuka do pracy z aktorami, także do nauki aktorstwa. Robiłem ją później w PWST w Krakowie i na uniwersytetach amerykańskich. Stała się także podstawą do realizacji ”Kartoteki rozrzuconej”. Uważam, że Wrocław ma szczególny obowiązek, aby zrealizować przedstawienie w oparciu o ten tekst. Mnie odmówiono realizacji tego projektu, więc zrealizowałem go Stanach Zjednoczonych – w języku angielskim.

Pamiętam, jaki sukces odniosło ”Białe małżeństwo” w Pana reżyserii, w 1975 roku…

To była pierwsza sztuka Tadeusza Różewicza, którą realizowałem we Wrocławiu. Po niej były następne. Napisałem nawet książkę o teatrze Różewicza i została ona przyjęta do druku w Wydawnictwie Dolnośląskim, ale gdy w stanie wojennym wyrzucono mnie z teatru, książka gdzieś zginęła. Po latach, będąc już na emigracji, napisałem ją na nowo we współpracy z Krystyną Hoffman – krytykiem teatralnym i literatką.  Próbowałem kiedyś policzyć, ile przedstawień tekstów Różewicza zrobiłem w życiu i wyszło na to, że jest ich dziewiętnaście, więc z tą monografią będzie tych moich różewiczowskich prac równo dwadzieścia.

Mimo tych rozlicznych zasług, w stanie wojennym zwolniono Pana w trybie natychmiastowym…

Zawsze traktowałem teatr jako sztukę oraz płaszczyznę porozumiewania się ludzi, ale było to umocowane w bieżącym życiu, a więc także w polityce. Choć w samą politykę nigdy się bezpośrednio nie angażowałem. W stanie wojennym trzeba się było jasno zadeklarować. Został rozwiązany Związek Literatów, do którego należałem, a do nowego – pod auspicjami władz komunistycznych – nie zapisałem się. Podobnie było z ZASP-em. Bardzo  istotnym źródłem mojego konfliktu z władzami stanu wojennego stała się realizacja ”Dżumy” na motywach powieści Alberta Camusa. Myśmy się zastanawiali w teatrze, jak mamy odpowiedzieć na to, co zrobiono z nami i z całym narodem. ”Dżuma” była artystycznym oskarżeniem tego, co się stało w Polsce, co się stało z nami, gdy wprowadzono stan wojenny. Przedstawienie zostało zdjęte, a potem na krótko wznowione, ale wściekłość władzy narastała. Nie powiedziano mi o niczym wprost, ale kiedy już zaplanowałem repertuar na nowy sezon, 4 lipca 1984 roku zostałem z dnia na dzień zwolniony z Teatru Współczesnego. Wraz ze mną, w solidarnym proteście, odeszło wielu pracowników tej instytucji. Dla mnie była to katastrofa. Nie planowałem nigdy emigracji, choć miewałem propozycje reżyserowania na Zachodzie. Musiałem utrzymać rodzinę, więc pojechałem na zaproszenie moich przyjaciół  do Stanów Zjednoczonych i tam zacząłem pracować. Ale cały czas zachowywałem polski paszport, żeby móc wrócić. Jednak takie zaproszenie nigdy nie przyszło przez ponad dwadzieścia lat. Mimo to jednak nadal czuję się wrocławianinem…

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad ukazał się pierwotnie na portalu Kulturaonline. Przeprowadziłam go jednak wcześniej, ok. 2012 roku, kiedy to Profesor prowadził warsztaty w Teatrze Arka, na zaproszenie jego dyrektorki śp. Renaty Jasińskiej, która była przed laty aktorką Teatru Współczesnego. Spotkaliśmy się dwukrotnie i nasza rozmowa trwała w sumie ponad 3 godziny. Powyższy jej fragment został przeze mnie opracowany na okoliczność jubileuszu Profesora. 

czwartek, 25 października 2018

"Silesia, Silentia" w Teatrze Współczesnym: Świat zły /recenzja teatralna/

Spektakl "Silesia, Silentia" w reż. Marka Fiedora w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu jest poetycką opowieścią o stworzeniu świata, który nie udał się Stwórcy – więcej w nim zła i cierpienia, niż dobra. Jest to także refleksja na temat burzliwej historii Wrocławia i i Dolnego Śląska jego, ujęta w ramy moralitetu. Szkoda, że zbyt ”rozgadanego”.




Nieumiarkowana opowieść o stworzeniu świata 

Spektakl Teatru Współczesnego: "Silesia, Silentia", na podstawie dramatu Lidii Amejko, jest poetycką opowieścią o stworzeniu świata, który raczej nie udał się Stwórcy. Kreatorem owego świata jest żydowski Krawiec z Breslau (w tej roli znakomity Przemysław Kozłowski), który - podobnie jak jego poprzednik w dramacie Sławomira Mrożka – okazuje się nie tylko twórcą, ale może przede wszystkim – ofiarą  epoki pogardy i świadkiem Zagłady. Głównym bohaterem, którego powołuje do istnienia jest... męski Płaszcz (Maciej Kowalczyk), który pojawia się na scenie wraz ze swoją Duszą (Aleksandra Dytko). Ich miłość nie trwa jednak długo – Dusza  zostaje bowiem Płaszczowi bezpowrotnie odebrana, zaś on sam przechodzi różne koleje losu – ciągle  zmienia właścicieli, stając się zarazem świadkiem i uczestnikiem tragicznej historii. Płaszcz "czarny, gabardynowy, męski" jest dla Amejko nie tylko świadkiem historii i przedmiotem, na którym odciska ona swoje piętno; jest także symbolem minionej bezpowrotnie epoki – jej  materialnym śladem. Paradoksalnie, to materia i wszystko, co się z nią dzieje, interesuje autorkę "Silesia, Silentia", nie zaś "nieśmiertelna dusza", którą traktuje pogardliwie – jako  ”przypadkowe kaszlnięcie Stwórcy” i która zbyt szybko i łatwo jest odbierana temu, co materialne. W przeciwieństwie do duszy, to, co materialne, nie jest bynajmniej przypadkowe, lecz dokładnie przemyślane i starannie "wykrojone z nicości".

Silesia Silentia, fot. z próby, B. Lekarczyk-Cisek

Świat stworzony ulega destrukcji – niszczy go wojna i obydwa totalitaryzmy. Autorka nieustannie mnoży biblijne,  literackie, a nawet malarskie nawiązania, wskutek czego widz gubi się w nadmiarze aluzji i metafor. Brakuje jednak pewnej klarowności i powściągliwości narracji. Zamiast tego pojawia się ”wszystkoizm”.

Milczący Śląsk, niemy Wrocław

Dramat Lidii Amejko to nie tylko erudycyjny moralitet o "odrobinie dobra i ogromie zła", jakby powiedział Ryszard Przybylski, to również opowieść o mieście, które przestaje być Breslau – zniszczone  i sponiewierane przez wojnę staje się Wrocławiem, miejscem, którego historię próbuje się stworzyć od nowa. Narracja miasta, które przeminęło, zostaje zastąpiona nową opowieścią, ponieważ ludzie, którzy tu przybyli ze Wschodu, nie potrafią się w tym miejscu zakorzenić. Dla nich ono jest martwe i milczące - nie opowiada niczego, co byłoby swojskie i znane. Przeciwnie – kojarzy  się z wygnaniem z raju i trudami życia. Nowa władza próbuje odgórnie narzucić własną narrację, dlatego właśnie we Wrocławiu organizuje się zjazd intelektualistów z całego świata.

Silesia Silentia, fot. z próby, B. Lekarczyk-Cisek

Pojawia się Pablo Picasso (zagrany przez Jerzego Senatora), który świetnie się czuje jako dopieszczany przez komunistyczne władze artysta, w związku z czym masowo rysuje gołąbki pokoju, czyli "s… gołąbkami”, jak powiada inny ważny gość – Iréne  Joliot-Curie. W zabawnej scenie naśladującej "Śniadanie na trawie" E. Maneta pokazani zostali także Paul Ėuard (Marek Kocot), Maria Dąbrowska (Elżbieta Golińska) i Zofia Nałkowska (Irena Rybicka). Ich obecność na Kongresie Intelektualistów była potrzebna po to, aby tę przestrzeń nobilitować, nadać jej nową, pełną optymizmu narrację. Oczywiście, nie tylko Wrocław musi rozpocząć nową opowieść. Dotyczy to w równym stopniu całego Śląska, który po upływie kilku wieków stał się ponownie polski. Łaciński tytuł nie jest przypadkowy, nawiązuje bowiem do początków państwowości, kiedy to nazwę wywodzono od rzeki Silesius i już od XIII w. książęta tych ziem tytułowali się dux Slesie. Jednak dla przybyszów ze Wschodu (i nie tylko) Dolny Śląsk i Wrocław były nieme, a ich historia – obca. O tym także mówi ta sztuka.

Eksperyment z przestrzenią teatralną

Marek Fiedor - reżyser i scenograf w jednej osobie znalazł dla tych skomplikowanych i złożonych treści interesujący ekwiwalent. Twórczo wykorzystał przestrzeń sceniczną, nawiązując tym samym do znakomitych tradycji Teatru Współczesnego, kiedy to w latach 70. I 80. ówczesny dyrektor i reżyser – Kazimierz  Braun wielokrotnie eksperymentował z przestrzenią teatralną, m. in. wprowadzając na scenę autentyczny wagon kolejowy w inscenizacji ”Przyrostu naturalnego” Tadeusza Różewicza. Tamten był prawdziwy, realistyczny, zaś wagon w przedstawieniu "Silesia, Silentia" został pomyślany jako element ruchomej (i wieloznacznej) scenografii: symbolizuje miejsce (raj?), gdzie spotykają się teatralni Adam i Ewa, czyli Płaszcz i Dusza, jest gettem, pociągiem wiozącym do obozu śmierci, a także przywożącym wygnańców ze Wschodu - nowy lud tej ziemi.


Silesia Silentia, fot. z próby, B. Lekarczyk-Cisek

Akcja dramatu rozgrywa się pośrodku sceny, w różnych jej miejscach, widzowie zaś - usadowieniu po obu stronach - stają się świadkami / obserwatorami / uczestnikami zdarzeń. Najmniej udany był, w moim odczuciu, pomysł z muzyką na żywo. Miała ona w założeniu sygnalizować czas wydarzeń, służyć jako akompaniament, naśladować odgłosy wojny itd. Wyszło jakoś "szkolnie", w dodatku zbyt głośno, dominująco... Interesujące były natomiast kostiumy, które spełniały w przedstawieniu rozmaite role i były pięknie, starannie wykonane.

"Silesia, Silentia" Lidii Amejko, mimo pewnych niedociągnięć inscenizacyjnych oraz oszałamiającego nadmiaru rozmaitych treści i aluzji,  stanowi jednak interesującą próbę wpisania refleksji na temat historii Wrocławia (Śląska) w ramy moralitetu.

Spektakl miał premierę 23 stycznia 2016 roku na deskach Wrocławskiego Teatru Współczesnego we Wrocławiu.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.

Urodziny Zofii Kossak w Górkach Wielkich

9 i 10 sierpnia w ruinach Dworu Kossaków znów będzie gwarno, jak dawniej, kiedy do Górek Wielkich zjeżdżali się m.in.: Maria Dąbrowska, Wańk...

Popularne posty