Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania wrocławski teatr współczesny, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania wrocławski teatr współczesny, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty

środa, 5 lutego 2025

"Niewidzialny chłopiec"T. Karpowicza: Utkany ze słów /recenzja teatralna/

Najważniejsze w spektaklu Tymoteusza Karpowicza: "Niewidzialny chłopiec" jest słowo mówione, śpiewane, a także wyjąkane, wykrzyczane, zniekształcone. Aktor zaś jest niczym instrument w jazzowej orkiestrze.

"Niewidzialny chłopiec" w reż. Weroniki Szczawińskiej, fot. Elżbieta Kozak

Był cudownym chodzącym mitem. Postacią niezwykle enigmatyczną - możemy przeczytać w książce Joanny Roszak "W cztery strony naraz... Portrety Karpowicza". Mówił, że zasadzenie jednej rośliny jest warte więcej niż tysiąc słów. Dla niego ogród był rzeczywiście wart tysięcy słów [...]. Panowała w nim obfitość, rośliny przerastały dom, wchodziły do wnętrza oknami. W ogrodzie było jego amerykańskie Wilno, jego wiersze, jego wszystko.

"Portrety" to czwarta publikacja dotycząca Tymoteusza Karpowicza, wydana we wrocławskim wydawnictwie Biuro Literackie (po książkach "Małe cienie wielkich czarnoksiężników", "Mówi Karpowicz" i "Podziemnie wniebowstąpienie"). Biuro Literackie opublikowało ponadto czterotomowe wydanie "Dzieł zebranych" pisarza.  

Od paru lat również Wrocławski Teatr Współczesny przywraca pamięć o twórczości Tymoteusza Karpowicza - poety, prozaika i dramaturga przez wiele lat związanego z Wrocławiem.  W ramach rozłożonego na lata projektu w 2013 roku swoją prapremierę miało słuchowisko "Dźwiękowy zapis doliny",  transmitowane przez Radio Wrocław oraz zdarzenie teatralne według poematu "Odwrócone światło" - obydwa w reżyserii Weroniki Szczawińskiej. Ona też jest autorką adaptacji i reżyserką najnowszego spektaklu na podstawie nigdy niepublikowanego i niewystawianego utworu Tymoteusza Karpowicza -"Niewidzialny chłopiec". Tekst powstał w 1968 roku, ale - zatrzymany przez cenzurę - dopiero teraz ujrzał światło dzienne. To w istocie bardzo ryzykowne, ale i pociągające sięgnąć po dramat, który został napisany w innych okolicznościach, w rzeczywistości tak odległej. A jednak dostrzegamy konsekwencję reżyserki, która w wywiadzie dla "Didaskaliów" w 2010 roku powiedziała coś, co dotyczy również tego spektaklu:

Tekst jest zawsze pretekstem, figurą, do której trzeba podchodzić anarchistycznie. Słowo ma przede  wszystkim swój wymiar fizyczny, performatywny. Intrygują mnie formy dane, rozpoznawane, zderzone z żywym ciałem aktora, spoconym, zmęczonym, sapiącym.

Niewidzialny Chłopiec jako projekcja ukrytych pragnień 

Spektakl fabułę ma konwencjonalną. Przy rodzinnym stole zbiera się wielopokoleniowa rodzina i jej gość - Doktor. Do stołu usługuje Służąca. "Rozmowy przy stole" są banalne, co podkreślić ma "rozbijanie" słów, ich przeciąganie, przeinaczanie i zderzanie. Spotkanie jest bowiem pustą konwencją, konwencją w pewnym sensie teatralną, sztuczną. Nikt nie wyraża siebie "naprawdę", rozmowa i jedzenie również są "na niby". Podobnie jak pozowanie do "rodzinnych fotografii".

"Niewidzialny chłopiec", fot. Bartek Warzecha

Ową sztuczność przerywa pojawienie się Niewidzialnego Chłopca. Odtąd postacie pojawiają się na scenie pojedynczo, wygłaszając/wyśpiewując swoje monologi niejako "w relacji" z owym niewidzialnym. Jak w "Iwonie" Gombrowicza, odsłaniają swoje intymne myśli, pozostając zawsze "wobec" tajemniczej postaci. Jednocześnie są śledzone przez pozostałych. Płynący stąd przekaz brzmi zupełnie współcześnie: rodzina, relacje międzyludzkie, słowo - zostały pozbawione tradycyjnych znaczeń. Stały się pustosłowiem, formą bez treści, ograniczającą ludzi i odbierającą im wolność, możność bycia sobą. 


 Spektakl jak jam session


Spektakl Weroniki Szczawińskiej ma oszczędną, a zarazem interesującą formę. Funkcjonalna scenografia i jednobarwne kostiumy Natalii Mleczak przypominają sztukę minimalistyczną. W tej zaznaczonej zmiennym oświetleniem przestrzeni można bez trudu przywołać w wyobraźni rodzinne przyjęcie, niebo z gwiazdami, drzwi, kanapkę lekarską.... Czerwone kostiumy Państwa i żółty Służącej dopełniają się i komponują na różne sposoby. 

Jerzy Senator (Ojciec), Ewelina Paszke-Lowitzsch (Matka), fot. Bartek Warzecha

Ale najważniejsze w tym spektaklu jest słowo mówione, słowo śpiewane, a także... wyjąkane, wykrzyczane, zniekształcone. Skojarzenie spektaklu z jam session nie jest wcale pozbawione racji. Oto najpierw pojawia się "temat", który podejmują wszyscy, tworząc wokół stołu rodzaj grającej jakiś standard orkiestry jazzowej. Poszczególni aktorzy wykonują najpierw krótkie solówki, a potem następuje szereg improwizacji, które są długimi indywidualnymi występami przed publicznością. Aktor w tym przedstawieniu jest jak instrument. Wydaje z siebie różne dźwięki, posługując się m.in. mikrofonem, który służy nie tylko wzmocnieniu głosu, ale przede wszystkim jego deformacji. Jedyną osobą, która milczy, jest Służąca. Wszyscy jednak nieustannie się do niej zwracają i czegoś od niej chcą. Jest poniekąd ośrodkiem tej kompozycji.

Ewelina Paszke-Lowitzsch (Matka), fot. Bartek Warzecha

Brawa należą się aktorom, którzy nie tylko grają, ale także śpiewają bluesy (Matka – Ewelina Paszke-Lowitzsch, Córka – Anna Kieca), brzmiące egzotycznie pieśni (znakomity, jak zawsze, Zdzisław Kuźniar - co za głos!), znakomicie interpretując ten trudny, lingwistyczny tekst. 

Przedstawienie "Niewidzialny Chłopiec" w reżyserii Weroniki Szczawińskiej miało prapremierę we Wrocławskim Teatrze Współczesnym 14 lutego 2015 roku.

Recenzja ukazała się na portalu Kulturaonline 25 lutego 2015 roku.

środa, 17 kwietnia 2024

Wieczór Tadeusza Różewicza we Wrocławskim Teatrze Współczesnym /zapowiedź/

Wrocławski Teatr Współczesny zaprasza na wieczór poświęcony twórczości Tadeusza Różewicza, upamiętniający dziesiątą rocznicę śmierci dramaturga i poety. 

"Duszyczka", Teatr Narodowy w Warszawie, fot. Wojciech Plewiński

24 kwietnia zostanie zaprezentowany spektakl „Wyszedł z domu. Tak zwana komedia” w reż. Marka Fiedora oraz realizację telewizyjną spektaklu „Duszyczka” z Janem Englertem w roli głównej. Spektakl w reż. Jerzego Grzegorzewskiego powstał na podstawie poematów Tadeusza Różewicza pt. „Duszyczka” i „Et in Arcadia ego”. 

Jerzy Grzegorzewski sięgał po twórczość Tadeusza Różewicza wielokrotnie. Bohater poematu „Duszyczka", który sam autor polecił czytać „jednym tchem”, zaczyna sumować życie, prowadzi przez labirynty pamięci, rozlicza się ze swoim sumieniem, rozprawia z męskością. „Duszyczka" to opowieść o ludzkiej duszy – słabej, śmiesznej, ale i pięknej. W roli głównej - Jan Englert.

Wyszedł z domu. Tak zwana komedia" to zaś groteskowa i tragikomiczna historia Henryka (w tej roli Mariusz Kiljan) – męża i ojca, głowy rodziny, który pewnego dnia „wychodzi z domu” i traci pamięć. Jak wpłynie to na życie jego bliskich i metaforą czego jest tytułowy „dom" – człowieka, rodziny czy Polski? Czy warto odzyskać pamięć, czy lepiej udawać amnezję? Spektakl „Wyszedł z domu. Tak zwana komedia" w reżyserii Marka Fiedora powstał na podstawie sztuki Tadeusza Różewicza, który ironicznie zaliczył ją do gatunku komediowego.

Wieczór Tadeusza Różewicza w WTW

24.04.2024, godz. 19.00 „Wyszedł z domu. Tak zwana komedia", reż. Marek Fiedor

spektakl Wrocławskiego Teatru Współczesnego

[Scena na Strychu, czas trwania: 80 min]


godz. 20.30, „Duszyczka", reż. Jerzy Grzegorzewski

na podstawie poematów „Duszyczka" i „Et in Arcadia ego"

zapis telewizyjny [TVP] spektaklu Teatru Narodowego w Warszawie,

premiera: 30.01.2004, premiera tv: 18.04.2005

[Duża Scena, 73 min]

bilety: 5 zł

dla widzów „Wyszedł z domu. Tak zwana komedia" – wejście bezpłatne.

informacja prasowa

piątek, 2 września 2022

Aldona Struzik: Najważniejsza jest wyobraźnia /wywiad/

"Właściwie wszystko, co nam się przydarza i czego się nauczymy w życiu, może się okazać przydatne w pracy nad rolą" –  z okazji jubileuszu 35-lecia pracy artystycznej rozmawiam z Aldoną Struzik, popularną wrocławską aktorką Teatru Polskiego. Artystka opowiada o swoich mistrzach, pracy nad rolą, o zamiłowaniu i pasji, a także o trudach zawodu aktora.

Aldona Struzik, fot. z archiwum aktorki

Barbara Lekarczyk-Cisek: Jubileusz 35-lecia pracy artystycznej to dobry moment na to, aby poddać refleksji swoje doświadczenia i przeżycia związane z zagranymi rolami, spotkanymi ludźmi, którzy wpłynęli na ich kształt, a niekiedy również na nas samych. Jest to wreszcie dobry czas na to, aby sobie odpowiedzieć na pytanie, czy wybór zawodu aktora okazał się trafny i jak za jego sprawą potoczyło się życie… W ogóle pasjonuje mnie fenomen tego zawodu, który Pani z takim powodzeniem i entuzjazmem uprawia od tylu lat. Czy marzyła Pani w dzieciństwie, aby zostać aktorką?

Aldona Struzik: Sądzę że tak!… Podobnie jak wiele innych małych dziewczynek.  Powiem więcej. Kiedy byłam w pierwszej klasie szkoły podstawowej, na pytanie: „Kim chcesz zostać w przyszłości”, odpowiedziałam, że – właśnie! – aktorką. Ale tak naprawdę nie wszystko na tej mojej drodze było takie oczywiste jak wówczas, kiedy byłam mała. To marzenie, nawet jeśli kiedyś zakiełkowało we mnie, to jednak zrealizowało się przede wszystkim dzięki niezwykle ciekawym i nietuzinkowym ludziom, których w życiu spotykałam. Najpierw byli to rodzice, którzy wiedząc, że jestem śpiewającą, tańczącą i pełną pomysłów dziewczynką, postanowili zapisać mnie do szkoły muzycznej w moim rodzinnym mieście Namysłowie. Miałam jednocześnie wielkie szczęście spotkać panią Wiolettę Trelińską – polonistkę i moją wychowawczynię, która zachęciła mnie do aktywności w ramach koła teatralnego, tanecznego i folklorystycznego. Jakby tego było mało, śpiewałam także w chórze  i grałam w szkolnej kapeli. Występów zatem było co niemiara! To wszystko miało ogromny wpływ na rozwój mojej wyobraźni.                                                                                                     

A tę bez wątpienia miałam, skoro w szóstej czy może siódmej klasie napisałam opowiadanie pt. „Moja przyszła rodzina”. Wygrało ono pierwszą nagrodę w ogólnopolskim konkursie, czytano je w radio, drukowano nawet w prasie. Niedługo potem wygrałam kolejny konkurs, tym razem „Świata Młodych”, w którym nagrodą był rejs żaglowcem  „Zawiszą Czarnym”. Proszę sobie wyobrazić trójkę nagrodzonych 13-latków w gronie marynarzy i to przez całe pięć dni! Teraz patrzę na to z wielkim rozrzewnieniem, choć wtedy było to niezłe wyzwanie i momentami nawet się trochę bałam, choć za żadne skarby świata bym się do tej „duszy na ramieniu” nie przyznała. Wszystkie te i wiele innych zdarzeń z mojego dziecięcego życia uważam za wspaniałe przygody, które uruchamiały moją wyobraźnię i kształtowały charakter. A kto wie, czy właśnie wyobraźnia nie jest najważniejszym bodźcem w życiu każdego z nas.

Aldona Struzik, fot. Mariusz Olszewski

Przypomina to czas, kiedy będąc dziećmi, bawimy się stwarzając różne światy, nie z doświadczeń, bo tych niewiele wówczas mamy, ale właśnie z wyobraźni. Aktor, podobnie jak poeta, zachowuje ten rodzaj fantazjowania, które ma dziecko, prawda? Jednak nie wszystkie dzieci wyrastają na artystów. Nie wszystkie zostają poetami albo aktorami. Jak to się stało, że Pani jednak się to udało?

 Oczywiście, że nie wszystko w moim dorosłym życiu przebiegało tak jak  to sobie w dzieciństwie wyobrażałam.  Ale przecież pewne życiowe sukcesy, a zwłaszcza trudności, które mogą nas budować, a gdy są przepracowane, mogą stać się źródłem przemyśleń wzbogacających naszą wyobraźnię, a co za tym idzie – pozwalają głębiej pojmować i konstruować postaci, które gramy. Właściwie wszystko, co nam się przydarza i czego się nauczymy w życiu, może się okazać przydatne w pracy nad rolą.                Ale wracając do Pani pytania o to, jak zostałam aktorką. Droga do tej decyzji była długa i raczej nieoczywista. Najpierw, kiedy zdałam egzaminy do PSM II stopnia w Opolu, sądziłam, że zostanę nauczycielką muzyki. Jednocześnie decyzja o wyborze tej szkoły oznaczała dość wczesne oderwanie od rodzicielskiego domu i zamieszkanie w internacie (Bursie Szkół Artystycznych), a co za tym idzie – nowe  doświadczenia, które ukształtowały moje poczucie odpowiedzialności. Dla mnie był to bardzo trudny czas z powodu tęsknoty za domem. Poza tym uczęszczałam jednocześnie do dwóch szkół średnich i właśnie w Liceum Ogólnokształcącym znowu miałam szczęście trafić na kogoś niezwykłego, kogo Opatrzność postawiła na mojej drodze. Andrzej Pałosz – poeta, polonista, który nie był wprawdzie moim nauczycielem, ale zwrócił uwagę na moje zdolności recytatorskie i starał się uświadomić mi, co znaczy rzemiosło w tym zawodzie. Sądzę, że w zawodzie artystycznym  wyobraźnia jest czymś niezbywalnym, a uruchomiona, podparta solidną pracą i olbrzymim poświęceniem, czyni z rzemieślnika artystę. Ale do tego potrzeba jeszcze odrobiny szczęścia.

Pani miała szczęście, bo dostała się do szkoły teatralnej już za pierwszym razem.

Tak! Udało mi się to, co dla mnie samej było niezwykłym zaskoczeniem. Oczywiście, rok przed egzaminami byłam pełna obaw. Niezbyt często miałam okazję bywać w teatrach, po trosze dlatego, że uczęszczałam jednocześnie na wszystkie zajęcia w dwóch szkołach dziennych, a do tego angażowałam się w wiele przedsięwzięć poza nimi, choćby w wolontariat (działałam m. in. na rzecz niewidomych). Wolnego czasu niewiele mi pozostawało, ale wszystkie te doświadczenia ubogacały moją osobowość i moje myślenie o świecie. A pewne umiejętności (gra na pianinie, poczucie rytmu, taniec ) bardzo się w  naszym zawodzie przydały.  Teraz, po latach, przypuszczam, że dostałam się do PWST za pierwszym razem dlatego, że byłam niezbyt świadoma tego, jak trudny do pokonania był ten próg i że to moja świeżość i dziecięcość spodobała się komisji, bo była po prostu nieudawana. Nikt mnie do egzaminów nie przygotowywał, sama wybrałam teksty i zdecydowałam o ich interpretacji. Była to również niespodzianka dla moich rodziców.  Ukrywałam fakt, że zdaję do szkoły teatralnej. Kiedy prawda wyszła na jaw, mama była bardzo zadowolona i dumna, a mój tata był tym mocno zaniepokojony, choć i w jego oczach widziałam radość. Szczęśliwie okazało się, że dość szybko się w tym nowym świecie odnalazłam. A mając już wcześniej ogrom zajęć,  byłam przygotowana na wielką ilość obowiązków i samodzielną pracę, która jest charakterystyczną cechą uczelni artystycznej. Bardzo dobrze wspominam te lata, choć czasami nie była to „bułka z masłem”. Musiałam wiele zmienić w swoim myśleniu, bo byłam tzw. „grzeczną dziewczynką” i nie potrafiłam jeszcze spontanicznie otwierać się na różne wyzwania stawiane przede mną przez profesorów. Ale pokonałam wszelkie trudności i studia ukończyłam z bardzo dobrymi dyplomami. Sadzę, że duża w tym zasługa moich profesorów z Wydziału Aktorskiego PWST, bo wykładowców miałam rzeczywiście wspaniałych. 

Aldona Struzik (Anna) z Bolesławem Abartem w spektaklu "Panny z Acheronu"
w reż. G. Sobocińskiego, źródło: Wrocławski Teatr Współczesny

Wspominam z wielką sympatią i wdzięcznością mojego dziekana Igora Przegrodzkiego, Jadwigę Skupnik- Kurowską, Igę Mayr – cudownych, niezwykłych ludzi, którzy zawsze we mnie wierzyli, a także w sposób szczególny – wspaniałego Bogusia Kierca od scen klasycznych, nie tylko aktora, ale także poetę. Zwłaszcza, że sama po latach zostałam wykładowczynią wiersza i kocham to robić! Pierwszą moją panią profesor tego przedmiotu była śp. Majka Zbyszewska – aktorka Teatru Współczesnego. Odeszła przedwcześnie, ale noszę Ją w sercu do dziś… Jej też zawdzięczam swoją pierwszą rolę teatralną – debiut w „Pannach z Acheronu” Joe Alexa w reż. Grzegorza Sobocińskiego, gdzie zagrałam Annę, córkę Ministra, w którego rolę wcielił się Bolesław Abart.

Przyznam, że byłam zdumiona, gdy przygotowując się do wywiadu zobaczyłam, że zagrała Pani już jako młoda dziewczyna tyle ról i to tak znaczących, jak choćby Irinę Wsiewołodownę w „Szewcach” Witkacego czy Sonię Marmieładową w „Zbrodni i karze”, że nie wspomnę o kultowym „Sztukmistrzu z Lublina|” w reżyserii Jana Szurmieja… Jak u Hitchcocka – zaczęło się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rosło… Irina jakoś mi nie pasuje do Pani emploi, więc to były interesujące wyzwania.

Miło, że Pani tak patrzy na moją pracę zawodową! Rzeczywiście, już na studiach dostawałam od reżyserów różne ciekawe propozycje, Zaczęłam przecież grać we Wrocławskim Teatrze Współczesnym będąc na drugim roku. Na studiach dostajemy bardzo duże i wymagające role, jak wspomniana  przez panią Irina u profesora A. Makowieckiego czy wcześniej – Stella w spektaklu „Przy drzwiach zamkniętych” Sartre`a.  Ale schody zaczynają się dopiero w zawodowym teatrze. Role, które mi powierzano, były różnego kalibru: większe, mniejsze, ale zawsze podchodziłam do nich z takim samym zapałem. Mam na swoim koncie Nagrodę dla Młodego Aktora z 1997 roku (do dziś wisi w moim domu dzieło Geta-Stankiewicza, które otrzymałam w dowód uznania). Otrzymałam też nagrodę za najciekawszy epizod teatralny – rolę Ekspedientki w „Leworęcznej kobiecie” P. Handke`go, wyreżyserowanej przez Monikę Pęcikiewicz, co dowodzi, że nawet najmniejszą dobrze zagraną rolą można widzowi zapaść w pamięć.

Jako Ekspedientka w spektaklu "Leworęczna kobieta"
w reż. Moniki Pęcikiewicz, 3 lutego 2001, fot. Anna Łoś, źródło: Instytut Teatralny
Aby jednak tak się stało,  trzeba intensywnie pracować, kształcić technikę aktorską i wzbogacać swoją wyobraźnię. Wiele zawdzięczam współpracy z wielkimi reżyserami i aktorami, jakich miałam szansę spotkać na swojej drodze. Dość wspomnieć takie nazwiska, jak: Krystian Lupa, Jerzy Jarocki, Andrzej Wajda, Maciej Englert, Maciej Wojtyszko, Kazimierz Kutz, Krzysztof Babicki, Jan Klata, Krzysztof Zaleski, Mikołaj Grabowski czy Jan Szurmiej, w którego spektaklach gram do dziś. Po raz pierwszy spotkaliśmy się podczas pracy nad wspomnianym przez Panią  „Sztukmistrzem z Lublina” – moim drugim dyplomem na PWST.

Doskonale pamiętam to znakomite przedstawienie i przypuszczam, że bycie jego częścią musiało być dla Pani wielkim przeżyciem formacyjnym dla młodej aktorki…

Tak! To było takie przeżycie...  Bycie częścią zespołu, tworzenie wspólnie czegoś wyjątkowego i to przez wiele lat z rzędu...Czuliśmy się teatralną rodziną. Tak to pamiętam. W dodatku graliśmy to przedstawienie z wielkimi sukcesami, jeżdżąc po wielu festiwalach, również zagranicznych.  Udział w tym spektaklu przywodzi mi na myśl pewne zdarzenie, tak charakterystyczne dla tamtych doświadczeń. Otóż, ze względu na moją ciążę i przejście do Teatru Polskiego rolę Halinki przejęła po mnie koleżanka Marzena Obernkorn. Zatem ostatnie, tzw. „zielone przedstawienie”, oglądałam z widowni. Jednak w przerwie spektaklu, kierowana emocjami, poprosiłam koleżankę i reżysera żeby pozwolili mi zagrać w drugim akcie. Przekonałam ich chyba swoją desperacją (śmiech). Nie obyło się bez wzruszeń i radości, bo koledzy na scenie byli ogromnie zaskoczeni tą sytuacją. Fajnie, że Marzenka się zgodziła wymienić kostiumem, a na samym końcu wyszłyśmy obie, tworząc krąg kobiet zakochanych w Jaszy. Zostaliśmy nagrodzeni wspaniałymi brawami, a ja byłam szczęśliwa, że znowu jestem w tym świecie, bo dla mnie był to świat początków mojej drogi w zawodzie aktora. Przyznaję, że trafiłam  w tym teatrze na świetnych kolegów i serdecznego dyrektora, jakim był dla mnie Jan Prochyra, którego bardzo szanowałam i który otaczał mnie swoją wręcz ojcowską opieką. Tak to czułam. W tym miejscu nadmienię, że jeżdżąc po Polsce ze „Sztukmistrzem...” odmówiłam (ze względu na sprawy życiowe i rodzinne) angażu Zbigniewowi Zapasiewiczowi – dyrektorowi  Teatru Dramatycznego w Warszawie! A Janek Prochyra do końca swojego życia nie mógł mi wybaczyć tej mojej decyzji (śmiech). Kto wie? Być może to jakaś moja utracona szansa...

"Sztukmistrz z Lublina" w reż. Jana Szurmieja, Aldona Struzik w białej sukience pośrodku,
źródło: Instytut Teatralny
Uczyłam się tego zawodu nie tylko wychodząc na scenę, ale także oglądając spektakle, w których nie grałam (mieszkałam wówczas w służbowym mieszkaniu w teatrze). Wyznam, że do dziś chętnie chodzę do różnych teatrów, aby zobaczyć, co grają moi koledzy, jak się rozwijają i w jakim kierunku są prowadzeni przez reżyserów.

Bardzo wiele zależy od reżysera i jego pomysłów inscenizacyjnych. Miałam szczęście oglądać znakomite przedstawienia Jerzego Grzegorzewskiego, m. in. niezwykle piękną plastycznie „Nie-Boską komedię”, a także „Śmierć w starych dekoracjach”. To ostatnie przedstawienie uświadomiło mi, że nie ma sztuk "niescenicznych", bo to, co zrobił Grzegorzewski z przestrzenią teatralną, jak prowadził aktorów – było genialne! Pamiętam Erwina Nowiaszaka przebranego w kobiecy strój i śpiewającego altem na trzecim balkonie – był kwintesencją sztuczności, z którą reżyser w taki sposób rozprawił się w swoim przedstawieniu. To był prawdziwy mistrz, który wyczarowywał teatralne światy bardzo sugestywnie, a zarazem mówił o sprawach istotnych dla każdego. Pani się z nim wprawdzie nie zetknęła, ale spotkała na swojej drodze wielu twórczych i inspirujących reżyserów.

Tak jak Pani powiedziała, nie spotkałam się osobiście z Jerzym Grzegorzewskim w mojej pracy zawodowej, ale pamiętam jeszcze Jego przedstawienia ze wspaniałymi aktorami, jak: Jadwiga Skupnik,  Igor Przegrodzki, Andrzej Mrozek, Piotr Kurowski czy Erwin Nowiaszak. Znakomite spektakle! Zresztą nie bez powodu od 2005 roku nasza duża scena przy ul. Gabrieli Zapolskiej  nosi imię Jerzego Grzegorzewskiego.  Niemal całe swoje zawodowe życie przepracowałam w Teatrze Polskim we Wrocławiu i tu właśnie miałam przyjemność zagrać u takich reżyserów – inscenizatorów „niezwykłych światów”, jak np. Krystian Lupa czy Jerzy Jarocki. To były niezapomniane spotkania! Ale chłonęłam również wiele od aktorów i reżyserów w innych miejscach, choćby przy realizacjach Teatrów TV,  podczas pracy z Kazimierzem Kutzem, Laco Adamikiem czy Krzysztofem Babickim.

Zanim to jednak nastąpiło, zagrała Pani kilka ról w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu – w interesujących przedstawieniach, u boku znanych reżyserów, m. in. w „Kotce na rozgrzanym od słońca blaszanym dachu”  – słynnej sztuce Tennessee Williamsa, w reżyserii Janusza Kijowskiego czy  w „Zbrodni i karze” Fiodora Dostojewskiego w reż. Krzysztofa Rościszewskiego.

Aldona Struzik jako Sonia w spektaklu "Zbrodnia i kara"
w reż. Krzysztofa Rościszewskiego, źródło: Wrocławski Teatr Współczesny
W tym pierwszym przedstawieniu miałam akurat dosyć proste dla mnie zadanie aktorskie. Polegało na przerywaniu poważnych, niemal filozoficznych dysput, zabawami dziecięcymi i innymi szalonymi działaniami. W zamyśle reżysera tej swoistej psychodramy nasze role (grałam w parze z Elą Golińską) miały stworzyć kontrapunkt do psychologicznej akcji sztuki. Wiele się tam nauczyłam, obserwując reżysera i kolegów. Patrząc z perspektywy lat, bardzo dobrze pracowało mi się w Teatrze Współczesnym. Wspaniale się tam czułam i szybko się  zaadaptowałam, a co więcej – już  na IV roku dostałam angaż, mimo że nie miałam jeszcze magisterium. Dlatego też obchodzę jubileusz 35-lecia pracy właśnie w tym roku. Do Teatru Polskiego zaś przeszłam na prośbę dyrektora Jacka Wekslera i od razu zagrałam Checcę w przedstawieniu „Awantura w Chioggi” C. Goldoniego  w reżyserii 
Macieja Wojtyszki, a wkrótce potem – Dianę w „Ani z Zielonego Wzgórza”, w reż. Jana Szurmieja.

Wróćmy jednak do roli Soni w „Zbrodni i karze”, którą powierzył Pani Krzysztof Rościszewski – niezwykła szansa dla młodej aktorki…

To była wymarzona rola i odnalazłam się w niej od samego początku. Cieszyłam się, że jestem blisko widza, bo graliśmy w niekonwencjonalnym układzie sceny – na planie krzyża, a pomiędzy jego ramionami siedzieli widzowie. Bywało, że dostrzegałam, jak reagowali. Czasem nawet ktoś płakał. Uskrzydlało mnie to, że jesteśmy w stanie wzbudzić w widzach takie emocje. Przyznam też, że praca nad tą rolą na wielu płaszczyznach była niełatwa, choć niezwykle fascynująca. Odrobinę trudności, ale i wiele wartości wnosili do mojej interpretacji roli Soni również partnerzy  – dwaj dublujący się koledzy, grający rolę Raskolnikowa. Trzeba mieć świadomość, że sceniczny partner może mocno pomóc lub utrudnić budowanie postaci.  Moim zdaniem, udało mi się znaleźć w sobie tę Sonię, która potrafiła pokochać Raskolnikowa bezwarunkowo i zrobić dla niego wszystko. Ta postać przez długi czas była ze mną. I to właśnie uwielbiam. Tak! Najpiękniejsza w tym zawodzie jest możliwość bycia w danej roli kimś innym, niż jesteśmy na co dzień.

To jakby się żyło wielokrotnie…

Tak, to prawda. I to jest jedna z wielu rzeczy, która tak bardzo fascynuje mnie w tej profesji.                    Przypomina mi się rola Rozalii z „Damy z jednorożcem” H. Brocha w reżyserii Krystiana Lupy. Postać tragiczna kobiety poniewieranej, zgwałconej, pełnej lęków, której budowanie nie należało do najłatwiejszych. Praca nad tą rolą wymagała głębokiego skupienia i wejścia w najtajniejsze zakamarki ludzkiej duszy. Myślę, ze dzięki Krystianowi Lupie, jego wrażliwości i przenikliwości w pracy z aktorem, osiągnęłam grając tę postać coś nieuchwytnego, co dostrzegali widzowie.

A jakie jeszcze trudności nastręcza praca nad rolą?

O! Jest ich wiele. Na przykład – tekst.  Często widzowie pytają nas: „Jak mogli państwo nauczyć się tak dużej ilości tekstu?”. Tymczasem pamięciowe opanowanie tekstu, nawet obszernego, nie jest problemem. Istotne jest natomiast, aby go w sobie poczuć – niejako przełożyć go na własne myślenie i emocje. Przy czym środki wyrazu powinny być adekwatne do roli, nie przesadne ani nazbyt dosłowne. O problemach współpracy z aktorami już trochę powiedziałam. A im większa ilość kolegów  na scenie, tym te trudności się multiplikują. Co więcej: kostiumy, muzyka, choreografia, ruch sceniczny, piosenki – czyli składowe części spektaklu mają także ogromny wpływ na konstruowanie postaci, którą gramy. Mogą zarówno wspomagać, jak i utrudniać tworzenie roli. Ostatecznie teatr to przede wszystkim aktor i widz! Już od premiery widz ma ogromny wpływ na to, jak spektakl jest przez nas grany w danym dniu. Swoimi reakcjami wymusza na nas niejako trochę inny sposób interpretacji. Najlepiej widać to w komedii, gdzie śmiech widowni potrafi nieprawdopodobnie ponieść aktora, podczas gdy brak reakcji zmusza go do większego skupienia i zupełnie innej gry. Pandemia uświadomiła nam z całą wyrazistością, jak bardzo ważną częścią spektaklu jest widz i jego energia.

Sądzę, że dotyczy to także koncertu, literatury… Wiesław Myśliwski twierdzi, że dopiero czytelnik współtworzy jego powieść i każdy robi to w inny sposób, ponieważ ludzie są niepowtarzalni. A zawód aktora jest szczególną profesją.

Każdy zawód ma swoje szczególne potrzeby. Zawód aktora wymaga specyficznego rodzaju poświęcenia, zabiera nam dużą część naszego życia, także prywatnego. Bywa okupiony dużymi wyrzeczeniami, bo choć zdarzają się w nim piękne chwile, to jednak trzeba za nie płacić jakąś cenę. Ktoś, kto nie jest aktorem, raczej tego nie zrozumie. Czasem statyści, gdy sami doświadczają nawet tak błahych niedogodności, jak wielogodzinne oczekiwanie na planie zdjęciowym, wyznają, że nie zdawali sobie sprawy, jak trudna to praca. Bywa, że aktor musi, mimo zmęczenia i niesprzyjających okoliczności, zagrać w pełnym skupieniu kilka trudnych psychologicznie scen albo narażać swoje zdrowie dokonując niemalże kaskaderskich wyczynów. Tak, ten zawód wymaga wiele cierpliwości i samozaparcia, a także poczucia odpowiedzialności. Bywa nawet, że staje się niebezpieczny. Sama przeżyłam kilka zdarzeń, które skończyły się wezwaniem karetki pogotowia. Ostatnim z nich była sytuacja, kiedy kolega upuścił mnie na scenę niczym worek ziemniaków. Poobijałam się, uszkodziłam kręgosłup,  czego skutki odczuwam do dziś, mimo kilkumiesięcznej rehabilitacji. A przecież zawód aktora wymaga fizycznej i psychicznej sprawności.

Dziewica Maryja, "Prezydentki" w reż. Krystiana Lupy, 
fot. z archiwum aktorki
Mam nadzieję, że nie udało się Pani odstraszyć nowych adeptów tego pięknego jednak zawodu (śmiech). Sama Pani postawa – ten nieustający apetyt na granie – są bodaj najlepszym dowodem na to, że zawód aktora przynosi więcej satysfakcji niż zawodów, choć wiadomo, że łatwy nie jest. Przede wszystkim stwarza możliwość zetknięcia się z wybitnymi osobowościami, dającymi impuls do rozwoju. Wspomniała Pani m. in. o Krystianie Lupie i Jerzym Jarockim, należącym do panteonu sztuki teatru.

Tak. Jednym z moich mistrzów jest Krystian Lupa. Wystąpiłam wprawdzie tylko w dwóch jego spektaklach: w  „Damie z jednorożcem” (oraz w „Hannie Wendling”, który był telewizyjną realizacją tego pierwszego) oraz w „Prezydentkach” wg Wernera Schwaba. W pierwszym z nich zagrałam Rozalię, o której już wcześniej wspominałam. Krystian widział ją jako postać bardzo dziwną, wsobną, zagadkową i tajemniczą. Ten reżyser pracuje z aktorem opowiadając wiele o danej postaci, a aktor  przepuszczając tę opowieść przez swoją wrażliwości i doświadczenie buduje rolę.

Czy tak jak Swinarski – jego mistrz – „dopisywał” biografie postaciom scenicznym?

Tak!  Tworzył wokół postaci rozmaite historie. Moja bohaterka miała być w jego zamyśle osobą nieszczęśliwą, głęboko skrzywdzoną. Pracując ze mną nad rolą, poruszał we mnie ukryte struny, oddziaływał na wyobraźnię  i potrafił mnie nawet doprowadzić do płaczu, jeśli była taka potrzeba. Dzięki niemu poszukiwałam emocji mojej bohaterki w sobie samej, ale także w otaczającym mnie świecie. Do tego miałam znakomitych partnerów, m. in. Krzesisławę Dubielównę jako Kucharkę oraz Mariusza Kiliana jako Ogrodnika, podczas gdy ja grałam Służącą Rozalię. Żyłam tą rolą! Miałam czas na to, aby zbudować tę postać w najmniejszych szczegółach. Nie było żadnej przypadkowości. I było to w dużej mierze zasługą Krystiana. Mam nadzieję, że teatr jeszcze powróci do tego rodzaju tworzenia, gdzie każdy detal, każde słowo  jest ważne. Krystian nauczył mnie tego, że muszę sobie stworzyć cały świat postaci, aby dotrzeć do widza po to, aby jej współczuł, a może nawet nią gardził, ale aby nie pozostał obojętny. Z kolei w „Prezydentkach” miałam niewielkie zadanie  – byłam Dziewicą Maryją, która przychodzi i pochyla się nad pogubionymi, zrozpaczonymi bohaterkami. Jednak i ta epizodyczna postać miała ogromne znaczenie – jej wygląd, specyficzna tandeta pochodziły z wyobraźni trzech głównych postaci, ich brudnego, okropnego świata. Mogłam także obserwować, jak Krystian Lupa pracował z moimi koleżankami nad ich dużymi rolami. To było wspaniałe doświadczenie!

Zagrała Pani także u innego wybitnego twórcy teatru (bo powiedzieć „reżyser” to za mało) – u Jerzego Jarockiego, który zrealizował we Wrocławiu kilka znakomitych przedstawień. Jaki był Jarocki jako reżyser?

Zagrałam u Jerzego Jarockiego w „Pułapce” Tadeusza Różewicza jedną z małych dziewczynek - Elli. Wyznam, że to, co działo się na próbach, było godne zapamiętania. Ułożenie w szafie ludzi, którzy ukrywali się przed gestapo, trwało godzinami! Ważne było tempo, kolejność, układ postaci, najmniejsze spojrzenie … Pamiętam, jak Edwin Petrykat (Herman, ojciec) godzinami uczył się, jak wielkimi sztućcami pokroić indyka (zawsze ptak był prawdziwy), a potem komu z nas i jaki kawałek przydzielić – to miało istotne znaczenie! Jerzy Jarocki był w swoich wymaganiach bardzo precyzyjny, nadawał tempo naszej grze, czasami pracował z aktorem nad jednym zdaniem godzinami. Był reżyserem, który dążył do osiągnięcia prawdy w teatrze – Jego prawdy.

Aldona Struzik, Włodzimierz Press, i Magdalena Mokrzycka. "Pułapka" w reż. Jerzego Jarockiego,
30 maja 1992  Teatr Polski (Wrocław), fot. Stefan Okołowicz, źródło: Instytut Teatralny

Podobnie jak Tadeusz Kantor, który zawsze miał precyzyjną wizję swojego spektaklu.

Dokładnie tak. Myśmy często tego nie rozumieli, dlaczego tak ma być, ale efekty tej pracy były olśniewające. W „Pułapce” bliskość widzów pozwalała im poczuć np. nasz strach lub inne emocje.
Podobnie pracującym reżyserem jest także Rudolf Zioło. Zagrałam u niego Justysię w spektaklu „Kubuś Fatalista i jego pan” Diderota, a kilka lat później postanowił mnie obsadzić w kolejnej roli. Pracowaliśmy wówczas nad „Mizantropem”, w którym zagrałam Eliantę – postać dla mnie trudną, bo wsobną i hieratyczną, a do tego niezwykle dystyngowaną, czyli taką, jaką nie jestem (śmiech). Rudek mnie bardzo pięknie prowadził, bo cierpliwie osadzał w tej roli, polecił mi nawet obniżyć głos i ograniczyć ruch. Rezultat był taki, że jeden z moich kolegów, zdumiony moją nową odsłoną, gratulował mi po spektaklu, twierdząc, że wykonałam ogromny skok, czym sprawił mi wielką przyjemność.

Zdarzyło się też Pani współpracować z kobietami – reżyserkami, np. z Ulą Kijak – jakie to doświadczenie?

Zagrałam gościnnie w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu – w „Sztandarze ze spódnicy” – spektaklu na podstawie tekstów Gabrieli Zapolskiej. Reżyserka celowo dobrała aktorki różnych pokoleń. Byłam zdumiona, kiedy Ula obsadziła mnie w roli Kokoty, co było dla mnie kolejnym wyzwaniem. Była bezkompromisowa w dochodzeniu do prawdy o postaci i bardzo lubiłam z nią pracować, a poza tym jestem jej wdzięczna, bo i ona stworzyła mnie „od nowa”. Otrzymałam nie tylko rudą perukę, ale także polecenie, aby zagrać osobę czującą wyższość w stosunku do całego świata. Z tą rolą wiąże się też pewna anegdota. Otóż na premierę przyszła moja koleżanka wraz z mamą i przez długi czas trwania spektaklu kompletnie mnie nie rozpoznała. Podobnie twierdzili moi studenci – że byłam kimś kompletnie innym, a to była najlepsza recenzja tej roli!

Jako Adela w "Xięgach Schulza" w reż. Jana Szurmieja,
z Dariuszem Bereskim w roli Józefa, fot. Jan Oborski, Jarek Kuśmierski
Aktualnie gra Pani znaczącą rolę kobiecą – Adelę w „Xięgach Schulza” w reżyserii Jana Szurmieja. Trudno oprzeć się wrażeniu, że koło się zamyka: kiedyś ”Sztukmistrz z Lublina”, a dziś… Jaka jest Pani Adela – dojrzała, a zarazem bardzo kobieca?

Adela jest symbolem matki, opiekunki, będąc zarazem znakiem kobiecości. Dla mnie jest to postać niejednoznaczna: z jednej strony kusi młodego bohatera, ale też roztacza nad nim opiekę. To piękny poetycki spektakl.
Lubię także rolę Jewtuszenki – matki Marusi w przedstawieniu „Zmierzch świtem” w reżyserii, inscenizacji i choreografii Jana Szurmieja, bo jest zupełnie inną postacią niż te dotychczas przeze mnie grane. Aby stworzyć tę postać, powróciłam do lektury dramatu i „Opowiadań odeskich” Babla. Pijana, prostacka, pazerna, a zarazem głęboko nieszczęśliwa, szukająca za wszelką cenę polepszenia swojej egzystencji – Jewtuszenko jest postacią, jakiej do tej pory nie grałam.  

Ma Pani za sobą również doświadczenie pracy w Teatrze Telewizji oraz w filmie. Kilkakrotnie zagrała Pani u Waldemara Krzystka, Kazimierza Kutza… Na czym w Pani przypadku polega bycie aktorem filmowym?

Zaczynałam swoją przygodę z kinem jeszcze jako studentka – od debiutanckiego filmu Waldemara Krzystka: „W zawieszeniu”, gdzie zagrałam epizodyczną rolę, ale było to dla mnie prawdziwe wydarzenie, bo po raz pierwszy zetknęłam się z kamerą i pracą na planie filmowym. Potem był Teatr Telewizji, gdzie wystąpiłam jako Irena Goldfarb w sztuce „Dobry adres”, również w reżyserii Waldemara Krzystka. To był bardzo dobry spektakl, a Krzystek okazał się niezwykle utalentowanym wnikliwym reżyserem.

Z Krzysztofem Globiszem w "Kartotece rozrzuconej" w reż. Kazimierza Kutza
Natomiast z Kazimierzem Kutzem miałam szczęście pracować przy „Kartotece rozrzuconej” Tadeusza Różewicza. Przy tej okazji miałam szczęście grać razem z Krzysztofem Globiszem i Jerzym Trelą. Mnie przypadła w udziale rola Sekretarki Bohatera, którego grał Krzysztof Globisz. Przez wiele godzin dziennie leżałam w łóżku wraz z nim, a wokół nas toczyła się akcja. Na koniec kamera jednym ujęciem filmuje wszystkie postacie, które pojawiają się w życiu Bohatera. Kazimierz Kutz to jeden z najwspanialszych polskich reżyserów, mający swój charakterystyczny styl i sposób bycia na planie filmowym. Czasami mówił bardzo dużo, stosując swoje słynne „przerywniki”, które jednak nikogo nie raziły, a niekiedy popadał w milczenie, a aktorzy grali swoje role. To był dla mnie bardzo dobry czas. Polubiliśmy się z Krzysztofem Globiszem, wiodąc po pracy długie rozmowy. A Jerzy Trela z wielką atencją odnosił się do mojej pracy. Muszę przy tej okazji stwierdzić, że im większy aktor czy reżyser, tym prezentuje większy szacunek do zawodu i do ludzi.

Wystąpiła Pani także w filmie Antoniego Krauzego „Smoleńsk”, co zresztą przysporzyło Pani kłopotów i nie podobało się w tzw. środowisku. Jak się współpracowało z tym wielce skądinąd zasłużonym reżyserem?

Wielkie wrażenie zrobił na mnie „Czarny czwartek” i od tego czasu bardzo chciałam zagrać u Krauzego. Wprawdzie „Smoleńsk” okazał się nie tak wybitny, ale bardzo dobrze się nam współpracowało, bo to był bardzo  mądry, oczytany człowiek. Kiedy się spotkaliśmy, był już nieco zmęczony, czuł mocną presję i chyba sobie z tym nie poradził…

Współpracowała Pani także z Agnieszką Holland przy „Pokocie” – jakie wrażenia?

Zagrałam tam wprawdzie niewielką rólkę, ale miałam szansę obserwować panią Holland przy pracy. Doskonale wie, czego chce od aktora, jest konkretna, opanowana i szalenie precyzyjna – to była prawdziwa lekcja! Agnieszka Holland swoim sposobem reżyserowania przypomina mi Jerzego Jarockiego, a przy tym jest sympatyczna, uśmiechnięta, kobieca, ciekawa ludzi. Przy okazji grania w filmach mam taką refleksję, że o ile w teatrze można mieć wpływ na budowanie roli, o tyle w filmie zawsze ostatnie słowo ma reżyser i montażysta.

Tak, film ostatecznie powstaje w montażu, podczas gdy sztuka teatralna rodzi się z próby na próbę. Jest to chyba jednak ryzyko, które aktor musi zaakceptować, jeśli uczestniczy w takich projektach… W swojej karierze zawodowej była Pani nie tylko aktorką teatralną i filmową, ale również wykładowczynią w PWST – jak się Pani spełniała w tej dziedzinie? Podobno studenci Panią kochali.

Pracowałam w PWST przez dziesięć lat i uwielbiałam to robić! Zaproponowała mi tę pracę Jadwiga Skupnik, moja przyjaciółka, pokazując najpierw, jak pracuje ze studentami, a później coraz bardziej się usamodzielniałam, sama prowadząc zajęcia z wiersza. Swoją pracę wykonywałam z wielkim zapałem, bo bardzo lubię młodzież i w ogóle ludzi. Poświęcałam wiele czasu na to, aby każdy mógł znaleźć własną interpretację. Z pewnością jest to trudniejsza droga, nie od razu przynosząca efekty. Te pojawiają się czasem po wielu latach, ale taki jest los nauczyciela – to, co robi, jest niemierzalne. Ponieważ ciągle brakowało mi czasu, toteż zabierałam dodatkowo swoich studentów na warsztaty z młodzieżą i seniorami, gdzie również mogli się czegoś nauczyć. Przygotowywałam także ze studentami spektakl „Baśń o Kluskowej Bramie”, który wielokrotnie zagrali w Sali Koncertowej Radia Wrocław. Główną postać – narratora, opowiadacza, dziadka, uwielbianego przez dzieci – grał nieżyjący już, niestety, Stasio Wolski, a pozostałe postaci grali moi studenci. Muzykę do tego spektaklu napisał mój brat Tomek, który jest kompozytorem. Dla mnie było to bardzo interesujące doświadczenie, bo nie tylko reżyserowałam i przygotowałam choreografię, ale musiałam też zapanować nad całą masą spraw organizacyjnych. 

Aldona Struzik w wyreżyserowanym przez siebie monodramie 
"Daisy - błękitna tożsamość", fot. Piotr Dziedziul
Przydały się więc doświadczenia z okresu, kiedy przygotowywałam monodram „Daisy”, który był dla mnie lekcją pokory i wytężonej pracy. Chciałam pokazać bohaterkę nie tyle jako arystokratkę, ale przede wszystkim jako kobietę, w której mogłaby się zobaczyć każda z nas. Koncepcja przedstawienia przypominała trochę "Ostatnią taśmę Krappa" S. Becketta: stara kobieta wspomina swoje życie (ta część została wcześniej nagrana na taśmie filmowej), a ja grałam na żywo młodszą bohaterkę. Premiera w Teatrze Zdrojowym w Szczawnie Zdroju zaowocowała sukcesem u publiczności, a ja poczułam ulgę i radość, że się udało. Praca nad monodramem i w szkole teatralnej była rodzajem rekompensaty za trudny czas w teatrze, kiedy grałam niewiele.

Od paru lat znowu gra Pani częściej w spektaklach Teatru Polskiego.

Tak, rzeczywiście gram więcej, z czego się bardzo cieszę. Ale najbardziej życzyłabym sobie, aby po trudnym okresie pandemii widzowie znowu wrócili  w komplecie na widownię naszych scen i by wychodzili z teatru zawsze zadowoleni, zainspirowani i usatysfakcjonowani.

Życzę więc, aby te marzenia się spełniły. Dziękuję za rozmowę.


środa, 22 września 2021

Plany repertuarowe Wrocławskiego Teatru Lalek w sezonie 2021/2022

Wrocławski Teatr Lalek rozpoczął 75. sezon swojej działalności nieco wcześniej niż zwykle, bo już w sierpniu. Jakie są plany? Trzy premiery, 6. edycja Przeglądu Nowego Teatru dla Dzieci, działania edukacyjne oraz jubileuszowe niespodzianki.

Wrocławski Teatr Lalek, fot. materiały prasowe

Po doświadczeniach ubiegłego roku, kiedy to kilkukrotnie zmuszeni byliśmy zawiesić działalność stacjonarną i przenosić aktywność do sieci, wracamy  na dobre - z nadzieją i wiarą, że będzie to sezon bezpośrednich spotkań z naszą publicznością. Cieszymy się, że widzowie nie zapomnieli o nas, czego dowodem mogą być pełne – w ramach limitów – widownie i szybko ubywające bilety na wrześniowe przedstawienia. Radość i wdzięczność nie sprawiają jednak, że zapominamy o bezpieczeństwie. Naszym priorytetem pozostaje zdrowie zarówno widzów, jak i pracowników. We wszystkich działaniach przestrzegamy bieżących wytycznych i ograniczeń związanych z pandemią.

Na sezon 2021/2022 zaplanowaliśmy trzy premiery przeznaczone dla dzieci w wieku szkolnym i bliskich im dorosłych. Ze względu na trwającą epidemię zdecydowaliśmy, że wszystkie nowe spektakle zostaną zrealizowane na Dużej Scenie, dzięki czemu w przypadku wprowadzenia obostrzeń będziemy mogli je bezpiecznie grać dla widowni szerszej niż ta na Scenie Kameralnej. 

Jesienią 2021 r. Wrocławski Teatr Lalek obchodzi swoje 75-lecie. Symboliczna data urodzin to 18 października 1946 r. – dzień premiery „Przygód Gęgorka” w reż. Elżbiety Kalinowicz, inaugurującej działalność Teatru Lalki i Aktora przy ul. Rzeźniczej. Obchody zaczniemy jednak nieco wcześniej niż w październiku. Ich głównym punktem jest prapremiera LALKI KAFKI w reżyserii Marka Zákostelecký’ego – 25 września na Dużej Scenie.

Teatralne jubileusze to zwykle wydarzenia o charakterze środowiskowym, przeznaczone dla dorosłych. Chcemy, by nasz był inny - dlatego zamiast uroczystości i gal przygotowaliśmy program jubileuszowy dla naszych widzów. Obejmuje on m.in.: dwie publikacje: historyczną o początkach WTL i ilustrowany przewodnik po naszym budynku dzień otwarty, w którym będzie można zwiedzić budynek teatru i wziąć udział w nieodpłatnych warsztatach (3 października), a także spacer w przestrzeni miejskiej śladami historii WTL (17 października).

PROGRAM JUBILEUSZOWY:

PUBLIKACJE na 75-lecie:

Hubert Michalak, SKĄD SIĘ WZIĘLIŚMY – o początkach Wrocławskiego Teatru Lalek, elektroniczna publikacja jubileuszowa dla dorosłych

Tekst napisany na zamówienie Wrocławskiego Teatru Lalek, przybliżający zarówno sytuację teatru po zakończeniu II wojny światowej w zrujnowanym mieście, jak i najważniejsze postaci, które przyczyniły się do tego, że Teatr Lalki i Aktora pojawił się we Wrocławiu. W eseju pojawiają się m.in. Elżbieta i Zenon Kalinowiczowie (założyciele), Irena Solska (wybitna aktorka młodopolska, w powojniu – popularyzatorka kultury na Dolnym Śląsku) czy Roman Modrzejewski, przychylny pomysłowi Kalinowiczów urzędnik miejski. Nakreślone zostanie tło historyczne i kontekst społeczny powstawania sceny. Treść eseju oparta jest na badaniach własnych autora i tekstach źródłowych. Przygotowana przez historyka teatru opowieść przybliża skomplikowaną i fascynującą historię powstania teatru lalkowego we Wrocławiu.

Katarzyna Krajewska (tekst), Katarzyna Walentynowicz (ilustracje i projekt graficzny) WROCŁAWSKI TEATR LALEK. TU JESTEŚ U SIEBIE - jubileuszowe wydawnictwo dla dzieci

Interaktywny przewodnik dla dzieci po Wrocławskim Teatrze Lalek – jego budynku, historii, a także tym, czym teatr jest obecnie. W książce, poza ważnymi informacjami i ciekawostkami dotyczącymi teatru, dzieci znajdą zabawy i zadania do wykonania. Celem nie jest więc jednostronny komunikat dla biernego odbiorcy, ale raczej wskazywanie ciekawych obszarów do dalszej eksploracji. Ilustracje do publikacji stworzyła Kasia Walentynowicz – jedna z najbardziej znanych i najczęściej nagradzanych polskich ilustratorek, współpracująca z wieloma instytucjami kultury przy projektach skierowanych do dzieci (m.in. festiwal Kino Dzieci, Muzeum Narodowe w Warszawie).

DZIEŃ OTWARTY WTL - 3 października 2021

TU MI GRAJ!  | godz. 10:30

Warsztaty muzyczno-teatralne dla dzieci w wieku 3-5 l. wraz z bliskimi dorosłymi

Prowadzenie: Agata Cejba, Monika Jeszke

LALKI I MY | godz. 11:00-13:00

Warsztaty lalkowe dla dzieci

Prowadzenie: Edyta Skarżyńska

17 października 2021 / 11:00

Spacer zrealizowany we współpracy z Fundacją t: w ramach projektu .portal Wrocławskie podróże teatralne

Spacer teatralny śladami Elżbiety i Zenona Kalinowiczów, założycieli Teatru Lalki i Aktora we Wrocławiu, pozwoli wspólnie przyjrzeć się historii miasta. Cofniemy się w czasie o 75 lat, do 1946 roku, bo to właśnie wtedy Kalinowiczowie przyjechali do Wrocławia. Nasze miasto wyglądało wtedy zupełnie inaczej niż dzisiaj – nawet teatr lalek był w innym miejscu niż teraz jest. Pod koniec II wojny światowej Wrocław został zniszczony, a jego odbudowa trwała wiele lat. Miasto było zdewastowane I niebezpieczne – ale też gościnne i otwarte na przybyszów z różnych części świata. Miało swoje sekrety (dla marzycieli) i obietnice (dla odważnych). Spróbujemy ich poszukać przy pomocy niezawodnej maszyny czasu – wyobraźni.

Prowadzenie: Hubert Michalak

PREMIERY

LALKA KAFKI 

Prapremiera 25 września 2021 z okazji 75-lecia WTL


Pewnego dnia, kiedy Franz Kafka spacerował po berlińskim parku Steglitz, spotkał małą dziewczynkę, z płaczem szukającą zagubionej lalki. Pisarz starał się jej pomóc, ale na próżno – zguby nie udało się odnaleźć. Nazajutrz Kafka wręczył dziewczynce list „napisany” przez lalkę: „Proszę, nie płacz. Pojechałam na wycieczkę, aby zobaczyć świat”. Tak rozpoczęła się niezwykła przyjaźń. Do końca życia Franz Kafka pisał do dziewczynki listy, opisujące podróże i przygody jej lalki.

Czy ta historia wydarzyła się naprawdę? Nie wiemy – jedynym jej śladem są wspomnienia przyjaciółki pisarza, Dory Diamant. Okazała się jednak tak inspirująca, że dała początek teatralnemu przedstawieniu. LALKA KAFKI to spektakl stworzony przez polsko-czeski duet: Elżbietę Chowaniec i Marka Zákostelecký’ego, dobrze znanych widzom Wrocławskiego Teatru Lalek. Twórcy „Czarodziejskiego fletu” i „Burzy” udowodnili już, że dzieła Mozarta i Shakespeare’a można z powodzeniem inscenizować w teatrze dla dzieci. Ich najnowsze przedstawienie przybliża młodym widzom osobę i twórczość Franza Kafki.

Motywem przewodnim LALKI KAFKI jest opowieść o przygodach zagubionej lalki, ale w spektaklu pojawiają się także odniesienia do prozy i opowiadań pisarza. Marek Zákostelecký, reżyser i scenograf przedstawienia, po raz kolejny w swojej inscenizacji gra z klasyką i żongluje konwencjami, sięgając m.in. do teatru lalek, teatru groteski, filmu niemego. Ten szalony teatralny rollercoaster dokądś jednak prowadzi. Dzieci i dorośli odbywają nim wyprawę do świata Franza Kafki, poznając jego biografię i czasy, w których żył.

Tekst i dramaturgia: Elżbieta Chowaniec 

Reżyseria, scenografia: Marek Zákostelecký 

...........................................................................................................................................................

KOLORY. Spotkanie pomarańczowe | godz. 12:30

Sensualne warsztaty teatralne dla dzieci w wieku 1,5 – 3 l. i bliskich im dorosłych. Prowadzenie: Marta Kurowska, Bartosz Kurowski

MACHINA TEATRALNA, czyli jak to wszystko działa | godz. 14:00

Interaktywny spacer po teatrze dla dzieci wraz z bliskimi dorosłymi

Prowadzenie: Katarzyna Starczewska

WĘDRUJĄCY OBIEKT | Godz. 14:30

Warsztaty teatralne dla dzieci 6+ wraz z bliskimi dorosłymi

Prowadzenie: Katarzyna Krajewska

SPACER TEATRALNY DLA RODZIN Z DZIEĆMI

............................................................................................................................................................

OPOWIEŚCI Z WIELKICH BLOKÓW (6+)

Prapremiera 5 marca 2022

W marcu zaprosimy naszych Widzów na prapremierę sztuki Ewy Mikuły w reżyserii Marty Streker.Opowieści z Wielkich Bloków” to historia Weroniki, która wakacje spędza, siedząc sama w domu. Pewnego dnia dziewczynka odkrywa, że w jej bloku znajduje się przejście do innego wymiaru. Weronika poznaje w nim przyjaciół – podobnie jak ona zamkniętych w czterech ścianach. Główną rolę w spektaklu zagra głucha aktorka Dominika Kozłowska. Spektakl jest grany w dwóch językach: polskim oraz polskim języku migowym, dzięki czemu jest dostępny dla osób z dysfunkcjami słuchu.

Dawno, dawno temu stworzono Świat Wysokich Bloków. Już dawno zapomniano, jak wysokich. Nadano światu perspektywę pionowej bryły. Ludzie dobudowywali do siebie kolejne piętra, aż wkrótce przestano liczyć. Windy nie mieściły liczby przycisków danych pięter, więc przestano je oznaczać, a one zatrzymywały się losowo. W pewnym momencie poruszanie się windą niosło ze sobą ryzyko bezpowrotnego opuszczenia domu. Ludzie z góry nie wiedzieli nic o ludziach z dołu. Coraz rzadziej zaczęli zjeżdżać w dół, a żeby wjeżdżać w górę nie było powodu. Czasem cały tydzień trwało zjeżdżanie windą do wyjścia - pięter było tak wiele. Dlatego rozpoczęto handel wewnętrzny na pobliskich piętrach i uprawy jedzenia na balkonach. Na początku mieszkańców było zbyt wielu, by zmieścili się w windach, dlatego windy z przeciążenia coraz częściej zaczęły się psuć, a śmiałków, którzy mogli wchodzić tak wysoko po schodach., było niewielu Ludzie wyrzucali zużyte rzeczy przez okno. Niektórzy przemierzali po  schodach codziennie te same trasy. Trzy klatki w górę, trzy klatki w dół. Dla zachowania formy ciała i umysłu. Niektórzy wariowali. Nie potrafili znieść zamknięcia, więc rzucali się ze schodów. Od czasu do czasu powstawały konflikty między piętrami, jednak nigdy nie przerodziło się to w poważne powstanie. Całe pokolenia żyły i umierały w tych wysokich blokach. Czasami mieszkania pozostawały puste, w innych rodziły się dzieci. Niektórzy zostawiali swoich zmarłych w domach, niektórzy wyrzucali ich przez okna. W pewnym momencie ludzie zaczęli się bać poruszać nawet pomiędzy piętrami. Dlatego stopniowo tracili zdolność rozmawiania ze sobą. Nie tylko międzysąsiedzką, ale również tę między domownikami. Rozmowy przeprowadzane w kółko wyrabiały języki tylko do poruszania się w bardzo określonych pozycjach. Jeśli ktoś codziennie powtarzał to samo zdanie - “Odrób lekcje”, “Nie lubię poniedziałków”, “Jasne, nie ma sprawy”, “Nienawidzę cię”, “Dla mnie obojętnie” - z czasem nie potrafił powiedzieć nic innego, a jeśli próbował, słowa te brzmiały bardzo niewyraźnie i pokracznie (na metrażu nie było zbyt wielu logopedów). 

Mieszkańcy nie wiedzieli, co się dzieje na zewnątrz, więc zaczęli budować wokół tego mity. Uważali świat zewnętrzny za niebezpieczny, podobnie jak ich sąsiedzi. Woleli udawać, że ich nie ma - tak było prościej. Z czasem zaczęli bać się ludzi zza ściany. 

Tekst i dramaturgia: Ewa Mikuła

Reżyseria: Marta Streker

Scenografia: Katarzyna Leks

Kostiumy: Julia Kosmynka

Muzyka: Maciej Zakrzewski


ROMEO I JULIA (13+)

Premiera 27 maja 2022 na otwarcie 6. Przeglądu Nowego Teatru dla Dzieci

Sezon 2021/2022 zakończymy szóstą, dwukrotnie odraczaną z powodu pandemii, edycją Przeglądu Nowego Teatru dla Dzieci. Planowany termin to 27.05-1.06.2022. Premierę tradycyjnie otwierającą Przegląd wyreżyseruje tym razem Bartosz Szydłowski, reżyser, twórca stowarzyszenia teatralnego „Łaźnia” i festiwalu „Boska Komedia”.

Klasyczny dramat o tym, jak niezgoda między dorosłymi niszczy życie młodych ludzi – temat zawsze aktualny, a może szczególnie żywy we współczesnej Polsce. Bartosz Szydłowski po sukcesie krakowskiego „Hamleta” (Złoty Yorick tegorocznego Festiwalu Szekspirowskiego) będzie kontynuował pracę nad dziełem wielkiego Stradfordczyka. 

Przedstawienie przeznaczone dla młodzieży wpisze się w nurt WTL-owskich przedstawień opartych na reinterpretacji tekstów klasycznych (jak „Burza” Shakespeare’a czy „Jaki ten świat jest wielki!” według Andersena). Chociaż repertuar Wrocławskiego Teatru Lalek opiera się głównie na sztukach współczesnych, jesteśmy przekonani, że każde pokolenie powinno mieć „swojego Szekspira” – spektakl, który będzie ich pierwszym spotkaniem z wiecznie żywymi dramatami 

Na podstawie “Romea I Julii” Williama Shakespeare’a

Przekład: Stanisław Barańczak

Reżyseria: Bartosz Szydłowski


6. PRZEGLĄD NOWEGO TEATRU DLA DZIECI 

27 maja - 1 czerwca 2022

To organizowany jest od 2013 r. To największy taki festiwal w regionie. Edycja 6., zaplanowana planowo na przełom maja i czerwca 2020 r., musiała zostać odwołana ze względu na epidemię. 

Hasło towarzyszące 6. edycji - „Poszerzenie pola lalki” jest dla autorów programu, Marii Wojtyszko i Jakuba Krofty, inspiracją do stworzenia mozaiki najciekawszych wydarzeń teatralnych dla dzieci i młodzieży z minionych dwóch sezonów, ze szczególnym naciskiem na obszar teatru lalek i teatru formy.  Krofta i Wojtyszko chcą poszukać odpowiedzi na pytania o kondycję współczesnego teatru lalek. Czy teatr lalkowy jest obecnie w kryzysie? Czy – a jeśli tak, dlaczego – współczesny teatr odchodzi od klasycznych form? Czy "nowe" typy animantów, pojawiające się na scenach teatrów lalkowych i dramatycznych, są mniej wartościowe niż "tradycyjne" lalki? Dzięki Przeglądowi młodzi widzowie będą mieli okazję nie tylko zapoznać się z bogactwem możliwych form animacji, ale także zweryfikować swoje wyobrażenia na temat teatru lalkowego – nierzadko oparte na złych doświadczeniach lub stereotypach.

Wybierając spektakle na 6. edycję Przeglądu, autorzy programu kierowali się przede wszystkim chęcią ukazania różnorodności form, jakie przyjmuje dziś sztuka animacji. Współczesny teatr jest miejscem fuzji form i gatunków, co znalazło pełne odzwierciedlenie w wyborze przedstawień. W programie znajdzie się zatem musical lalkowy, improwizacja z lalkami, teatr uliczny, ale też spektakl-koncert, teatr tańca oraz dwa przedstawienia, w których scenografia jest w nowatorski sposób kreowana na żywo przy użyciu nowych technologii. 

DZIAŁANIA EDUKACYJNE

Jesienią, po przerwie spowodowanej pandemią, powrócą regularne działania edukacyjne w ramach Pracowni Pedagogiki Teatru. Zaproszeni do współpracy artyści i pedagodzy przeprowadzą warsztaty dla dzieci i bliskich im dorosłych oraz młodzieży i seniorów. 

Pod koniec września i w październiku rozpoczną się dwa nowe cykle warsztatów weekendowych: KOLORY dla najmłodszych oraz MIGRAJKI dla dzieci w wieku przedszkolnym. Swoją działalność kontynuować będzie także istniejąca od 2018 r. młodzieżowa grupa ROBIMY. 

Wraz z grupami szkolnymi do teatru wrócą teatralne zajęcia dla szkół: warsztaty do spektakli, lekcje teatralne, warsztaty lalkowe i scenograficznie.

Młodzieżowa grupa teatralna ROBIMY (13-18 l.)

ROBIMY to młody kolektyw twórczy działający od 2017 r. Grupa ma za sobą dwa spektakle: CHŁODNO O MIŁOŚCI (2017) i NIEWYDARZONE (2018), zrealizowane pod opieką Martyny Majewskiej, Dawida Majewskiego, Anny Haudek i VJ Emiko, a także film CASTING APOKALIPSA (2021), powstały pod opieką Marty Streker i Agnieszki Wolny-Hamkało jako efekt pracy grupy w czasie pandemii. We wrześniu 2021 grupa wraz z pedagożką teatru Katarzyna Krajewską wzięła udział w projekcie “21 postulatów dla przyszłości teatru”, realizowanym przez teatr Łaźnia Nowa w Krakowie w ramach festiwalu Mała Boska Komedia. Efektem pracy była instalacja artystyczna mówiąca o teatrze, jakiego chcą i potrzebują młodzi.

W ramach projektu uczestnicy biorą udział w cotygodniowych warsztatach teatralnych: aktorskich, muzycznych i scenograficznych. Pod koniec roku odbywa się pokaz finałowy – prezentacja efektów pracy warsztatowej. Nad pokazem grupa pracuje zespołowo przez cały rok.

KOLORY. Warsztaty sensualne dla dzieci w wieku od 9 mies. do 3 lat

KOLORY to cykl sensualnych warsztatów teatralnych, adresowany do najmłodszych 

(w wieku od 9 miesięcy do 3 lat) i bliskich im dorosłych.

Wyruszamy w fascynujący świat i na wyprawę w głąb siebie. Inspiracją dla każdego spotkania jest jeden kolor – badamy jego dźwięk, smak, zapach. Emocje i skojarzenia, które wywołuje. Sensoryczne eksperymenty stymulują wszystkie zmysły, pobudzają kreatywność i rozwijają wyobraźnię. Pozostajemy w bliskim kontakcie z przyrodą i najbliższym otoczeniem, sięgamy po najciekawsze dzieła sztuki – tak adresowanej do dzieci, jak i zupełnie „dorosłej”. Inspirujemy dziecięcą wrażliwość i opowiadamy je po swojemu. Wspólnie doświadczamy plastyki, animacji, tańca, muzyki, teatru i słowa.

Kolory to teatr dla najmłodszych, w którym dziecko nie jest już tylko obserwatorem. Każdy warsztat jest małym przedstawieniem, a dziecko znajduje się w centrum, jest jego aktywnym twórcą.

Kolory to także warsztaty dla rodziców. Podczas teatralnych spotkań inspirujemy do wprowadzania dziecka w świat sztuki, stwarzamy przestrzeń do wzmacniania relacji z rodzicami i stymulujemy elementy komunikacji niewerbalnej. Wprowadzamy działania integracyjne dla rodziców, a każdy warsztat kończy się krótką ewaluacją – podsumowaniem najważniejszych wątpliwości i spostrzeżeń.

Prowadzenie warsztatów: Marta Kurowska, Bartosz Kurowski / Fundacja t:

MIGRAJKI. Warsztaty muzyczno-migowo-teatralne dla dzieci w wieku 3-5 l. wraz z bliskimi dorosłymi

Warsztaty muzyczno-migowo-teatralne, czerpiące z kilku źródeł: metody rytmiki Émile’a Jaques’a-Dalcroze’a oraz teorii uczenia się muzyki Edwina Eliasa Gordona z wykorzystaniem choreografii I języka migowego. Program zajęć oparty jest o autorskie, stworzone specjalnie na potrzeby cyklu kompozycje i teksty piosenek, a także proste układy ruchowe i rytmiczne.

W trakcie zabaw muzycznych dzieci ilustrują muzykę ruchem, słuchają melodii w różnych skalach i rytmiczanek o zróżnicowanym metrum. Każde zajęcia zaczynają się i kończą specjalnie ułożoną muzyczną powitanką i pożegnanką. Język migowy towarzyszy uczestnikom przez cały czas warsztatów - nie tylko jako środek komunikacji, ale także gest, wykorzystywany w zabawach teatralnych.

Warsztaty są współprowadzone przez Monikę Jeszke - nauczycielkę rytmiki i wychowania przedszkolnego, instruktorkę zajęć gordonowskich oraz Madi Rostkowską - choreografkę pracującą z językiem migowym.

MACHINA TEATRALNA, czyli jak to wszystko działa
MACHINA TEATRALNA to interaktywny spacer po zakamarkach WTL dla dzieci wraz z bliskimi im dorosłymi
Czy zdarzyło się Wam się kiedyś być w teatrze poza godzinami spektaklu? Myślicie, że nic się wtedy w nim nie dzieje? Nic bardziej mylnego. Czasami widok z kulis jest równie ciekawy jak ten ze strony widowni.
MACHINA TEATRALNA to interaktywny spacer po zakamarkach WTL. W trakcie godzinnych zajęć zwiedzimy miejsca, do których publiczność zazwyczaj nie ma dostępu, ale także wspólnie się pobawimy. Zadamy pytania, których zwykle w teatrze się nie zadaje i zajrzymy wszędzie tam, gdzie się nie zagląda. Oswoimy trudne słowa: sztankiet, gabit, czempuryt. Zastanowimy się, co montaż ma wspólnego z remontem, a próba teatralna z naszymi codziennymi życiowymi próbami.
Prowadzenie: Katarzyna Starczewska

FESTIWALE

Sezon 2021/2022 to również udział WTL w festiwalach teatralnych. W ramach Festiwalu Małych Parapremier, organizowanego przez Teatr Lalki i Aktora w Wałbrzychu, 13 września na naszej scenie zagraliśmy autorskie przedstawienie duetu Maria Wojtyszko/Jakub Krofta „OJEJA! albo o dziewczynce, która nie znała własnego imienia”. Spektakl został entuzjastycznie przyjęty i rozbił festiwalowy bank nagród, zbierając nagrody za tekst, reżyserię (Maria Wojtyszko i Jakub Krofta), muzykę (Grzegorz Mazoń) oraz główną rolę kobiecą (Anna Makowska-Kowalczyk).

Kolejne prezentacje spektakli w ramach festiwali już na początku października. „Ile żab waży księżyc” w reżyserii Agaty Kucińskiej oraz „Jaki ten świat jest wielki!” w reżyserii duetu SKUTR zagramy podczas XXX Opolskiego Festiwalu Teatru Lalek. 

Szczegółowe informacje dotyczące bieżących wydarzeń, repertuaru i warsztatów znajdują się na stronie www.teatrlalek.wroclaw.pl oraz w mediach społecznościowych Wrocławskiego Teatru Lalek. 

LALKA KAFKI (6+)
Prapremiera 25 września 2021 
z okazji 75-lecia WTL 

Pierwsza premiera sezonu 2021/2022 to dzieło duetu dobrze znanego widzom WTL. Elżbieta Chowaniec i Marek Zákostelecký zrealizowali na naszej scenie już dwie wariacje na temat światowej klasyki - „Czarodziejski flet” na motywach opery Wolfganga Mozarta i „Burzę” na podstawie sztuki Williama Shakespeare’a. Jesienią 2021 zamkną ten tryptyk, konfrontując się z twórczością Franza Kafki w przedstawieniu „Lalka Kafki”.
Spektakl opowiadający magiczną podróż pewnej lalki będzie inspirowany mało znanym epizodem z życia Franza Kafki. By go lepiej zrozumieć, trzeba przybliżyć fakty z życia Franza Kafki. 
Franz Kafka przyszedł na świat 3 lipca 1883 roku w Pradze. Żył tylko 40 lat, ale pozostawił po sobie bogaty i  dorobek literacki. Dora Diamant (Dwojra Dymant) urodziła się 4 marca 1898 roku w Pabianicach, a zmarła 15 sierpnia 1952 roku w Londynie. Była wielką miłością Franza Kafki, która po śmierci pisarza przechowała część jego dzieł, dopóki nie zostały skonfiskowane przez gestapo w 1933 roku (było to 35 listów i około 20 notesów). Poszukiwania tych zaginionych dokumentów jak dotąd nie dały rezultatu.
Dlaczego ten wątek jest tak istotny? Kiedy Franz Kafka wraz z Dorą mieszkali w Berlinie, pisarz poznał podobno małą dziewczynkę, która zgubiła lalkę. Ponieważ była bardzo smutna z tego powodu, pisał listy do dziewczynki z perspektywy zagubionej lalki. Tę historię znamy jedynie ze wspomnień Dory Diamant. Oto ona:
W 1923 roku Franz Kafka spacerował po berlińskim parku Steglitz. Pewnego dnia spotkał małą dziewczynkę, która płakała, ponieważ zgubiła ukochaną lalkę. Kafka próbował pomóc jej w poszukiwaniach, ale na próżno. Nazajutrz Kafka dał dziewczynce list "napisany" przez lalkę i informujący, że ta udała się w podróż. Tak rozpoczęła się historia, która trwała do końca życia pisarza.
Kafka pisał do dziewczynki starannie skomponowane listy, opisujące przygody ukochanej lalki. Ostatni opisywał powrót lalki do Berlina. Razem z nim pisarz wręczył dziewczynce nową lalkę – z kartką "Moje podróże mnie zmieniły". Kilka lat później dorosła już dziewczyna znalazła w lalce zwitek papieru. Krótki, napisany przez Kafkę list brzmiał: "Wszystko, co kochasz, utracisz, ale wróci do ciebie w inny sposób”.
Próby odnalezienia dziewczynki podejmowano już w 1959 roku (m.in. poprzez lokalną gazetę w Steglitz, dzielnicy Berlina), ale nie przyniosły one żadnego rezultatu, podobnie jak poszukiwania skonfiskowanych listów i notesów Franza Kafki. Do dziś nie wiemy więc, czy ta historia jest prawdziwa, okazała się jednak inspirująca dla wielu twórców: na jej podstawie powstało dotąd kilka książek i sztuk teatralnych. LALKA KAFKI Elżbiety Chowaniec nie jest adaptacją żadnej z nich, ale napisaną na nowo metaforyczną opowieścią, sięgającą do całej biografii i twórczości Franza Kafki.

Przedstawienie ma konstrukcję szkatułkową, mieści się w nim kilka planów. Pierwszy to czasy współczesne Kafce, Berlin w roku 1923 r. – tu dochodzi do spotkania pisarza z dziewczynką. Drugi to Kafkalandia, czyli świat wyobraźni Kafki – w nim odbywają się przygody lalki Dory. Trzeci – współczesny świat Kafkologów, naukowców, badaczy biografii i dzieła pisarza. Te trzy światy przenikają się na scenie, a my jako widzowie przechodzimy płynnie z jednego do drugiego, w każdym z nich dowiadując się czegoś o bohaterze. Nie wszystkie informacje są podane wprost. Część z nich to symbole, aluzje i nawiązania do wydarzeń z życia lub utworów Kafki, czekające na odczytanie. 

Tekst i dramaturgia: Elżbieta Chowaniec 
Reżyseria, scenografia: Marek Zákostelecký
Muzyka: Vratislav Šramek
Ruch sceniczny: Piotr Soroka
Światło: Alicja Pietrucka
Projekcje i udźwiękowienie: Robert Maniak
Obsada: Anna Bajer, Agata Cejba, Aneta Głuch-Klucznik, Radosław Kasiukiewicz, Marek Koziarczyk, Grzegorz Mazoń, Sławomir Przepiórka. 
Inspicjentka: Agnieszka Drobna

Spektakl zostanie dostosowany do potrzeb osób z dysfunkcjami wzroku i słuchu dzięki opracowaniu tłumaczenia na Polski Język Migowy oraz audiodeskrypcji. Przedstawienie z dostosowaniem zostanie zagrane po raz pierwszy 12.10.2021 r. Do spektaklu powstaną także teatralne warsztaty kontekstowe dla grup szkolnych. 

informacja prasowa



poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Sopot Non-Fiction

W tym roku Festiwal Teatru Dokumentalnego i Rezydencja Artystyczna Sopot Non-Fiction odbędzie się już po raz ósmy. Jak co roku pod koniec sierpnia, nad morze zjadą się twórcy teatralni z całej Polski, zamieniając na tydzień Sopot w stolicę teatru dokumentalnego.



Podczas rezydencji artystycznej reżyserzy, dramaturdzy i aktorzy pracują nad projektami teatralnymi do których bazą są reportaże, wywiady, artykuły prasowe i inne materiały dokumentalne. Ich działania kończy Maraton Non-Fiction – dwudniowy, otwarty dla publiczności, pokaz pracy warsztatowej. W tegorocznej rezydencji weźmie udział około 40 twórców, a pokazy odbędą się 30 i 31 sierpnia na Scenie Kameralnej Teatru Wybrzeże.

Sopot Non-Fiction to również prezentacje spektakli, które powstały jako efekt poprzednich edycji festiwalu oraz przedstawień autonomicznych, reprezentujących nurt teatru dokumentalnego. Podczas tegorocznej edycji pokazane zostaną trzy spektakle, których zaczątki można było oglądać w poprzednich latach: RZECZY, KTÓRYCH NIE WYRZUCILIŚMY w reżyserii Magdy Szpecht, MOSKWIN w reżyserii Leny Frankiewicz oraz GROTOWSKI NON-FICTION w reżyserii Katarzyny Kalwat. Dodatkowo pokazany zostanie spektakl PODRÓŻ DO BUENOS AIRES w reżyserii Adama Nalepy oraz odbędzie się pokaz przedpremierowy duetu [Ć/DŹ] KOŃCZĄ MI SIĘ SŁOWA. Przedstawienia będą pokazywane na Scenie Kameralnej Teatru Wybrzeże w Sopocie oraz w Teatrze BOTO.

Spektakle prezentowane na Scenie Kameralnej


wtorek, 27 sierpnia, godz. 20:00 
RZECZY, KTÓRYCH NIE WYRZUCILIŚMY 
reż. Magda Szpecht
Teatr Fredry w Gnieźnie

środa, 28 sierpnia, godz. 20:00 
MOSKWIN 
reż. Lena Frankiewicz
Wrocławski Teatr Lalek

czwartek, 29 sierpnia, godz. 20:00 
GROTOWSKI NON-FICTION 
reż. Katarzyna Kalwat
Teatr Dramatyczny im. Jana Kochanowskiego w Opolu
Wrocławski Teatr Współczesny

Miejsca: Scena Kameralna Teatru Wybrzeże w Sopocie oraz Teatr BOTO
Organizator: Fundacja Teatru BOTO
Współorganizator: Teatr Wybrzeże w Gdańsku
Kuratorzy: Adam Nalepa, Adam Orzechowski, Roman Pawłowski

informacja prasowa

piątek, 2 sierpnia 2019

Piątek na Nowych Horyzontach /2 lipca 2019/

12 spotkań z twórczyniami i twórcami, wystawy i koncert Women’s Voices: Kobiety ratują planetę w Klubie Festiwalowym w Arsenale.


Zaczynamy drugi weekend z Nowymi Horyzontami. Na dobry początek polecamy Q&A z Liną Marią Mannheimer po filmie Okres godowy (10:00). Wczesnym popołudniem będzie też okazja, aby spotkać się Rossaną Torres i Hiroatsu Suzuki – po seansie Ziemi (12:45) oraz z Albertem Serrą (reżyserem) i Montse Triolą (produkcja) po Śpiewie ptaków (13:00).

Kadr z filmu "Mowa ptaków"

O 13:00 zapraszamy na drugi pokaz Mowy ptaków i spotkanie z twórcami filmu: Xawerym Żuławskim (reżyseria), Sebastianem Fabijańskim, Erykiem Kulmem, Sebastianem Pawlakiem, Żanetą Palicą, Katarzyną Chojnacką (obsada) i Marcinem Wierzchosławskim (produkcja). W tym samym bloku godzinowym polecamy także film Ona jest innym spojrzeniem (13:15, gość: Christiana Perschon).

Kadr z filmu "Ona jest innym spojrzeniem"

Po południu będzie przedostatnia okazja, aby zobaczyć Córki ognia (15:45, goście: Albertina Carri, reżyserka i Eugenia Campos Guevara, producentka). O 16:00 zapraszamy na czwarty zestaw filmów w ramach festiwalowej shortlisty. Naszymi gośćmi będą: Maria Ornaf (Piołun), Daniel Banaczek (Dzień pierwszy), Zuzanna Grajcewicz (Dog Days), Dominika Gnatek (Zwykłe losy Zofii) i Daniel Stopa (Chudy). Również o 16:00 będzie okazja, aby spotkać się z Ianem Henrym, twórcą Autonomicznego. O 16:15 polecamy pokaz Sacavèm i sesję Q&A z Júlio Alvesem (reżyseria) i Empar Casanovą Planą (produkcja).

Kadr z filmu "Sacavèm" 

O 16:30 zapraszamy na ostatnie spotkanie z Hilalem Baydarovem, autorem Urodzin. O 18:45 poznamy Honor rycerza, o którym opowiedzą Albert Serra, reżyser oraz Montse Triola, producentka filmu. Magdalena Kamińska i Agata Szymańska – odpowiedzialne za produkcję Wilkołaka – wezmą udział w sesji Q&A po seansie filmu o 19:00.

Spragnionym wrażeń pozafilmowych polecamy performance interaktywny Kontr-akt (17:30) w IP Studio. O 18:00 rozpocznie się ostatnie oprowadzanie po wystawie "Życie wewnętrzne: Brzuch" (galeria Studio BWA Wrocław), w którym udział weźmie specjalny gość: Ola Jasionowska. Dziś polecamy również Panoramę horyzontalną. Kodry w TIFF Gallery, instalację multimedialną Alberta Serry Król Słońce w OP ENHEIMIE i interaktywną wystawę Gabinet | Das Kabinett pod Halą Stulecia. O 19:00 będzie można zobaczyć teatralną adaptację Magnolii P. T. Andersona, w reżyserii Krzysztofa Skoniecznego (Wrocławski Teatr Współczesny).


Piątkowy wieczór na Nowych Horyzontach należeć będzie do wyjątkowych artystek. Katarzyna Nosowska, Edyta Bartosiewicz, Mela Koteluk, Julia Pietrucha i Paulina Przybysz zaśpiewają podczas koncertu Women’s Voices: Kobiety ratują planetę w Klubie Festiwalowym w Arsenale. Od 22:20 zapraszamy także na set didżejski Kobiety Mocy: Girls to the Front.

informacja prasowa

piątek, 21 grudnia 2018

"Radio Armagedon" we Wrocławskim Teatrze Współczesnym: Buntownicy bez powodu /recenzja/

Wrocławski Teatr Współczesny sięgnął ponownie po tekst "Radia Armagedon" Jakuba Żulczyka. Tym razem reżyser Tomasz Hynek zaprezentował interesujący w formie spektakl teatralny. 




Historia opowiedziana przez Żulczyka rozgrywa się w latach 80. ubiegłego wieku. Jej bohaterami są uczniowie prywatnego liceum: trzej chłopcy i dziewczyna. Wszyscy pochodzą z bogatych rodzin i przeżywają - każdy z osobna - frustracje związane z wiekiem dojrzewania. Podobnie jak ich rówieśnicy w kultowego filmu "Buntownik bez powodu". Z inspiracji charyzmatycznego przywódcy zakładają zespół: Radio Armagedon. Nazwa budzi skojarzenia eschatologiczne. Pochodzi z Apokalipsy św. Jana i określa sytuację, w której narody ziemi i ich armie, inspirowane przez diabła i demony, wystąpią przeciw Bogu. W odniesieniu do sztuki natomiast słowo armagedon oznacza bunt przeciwko  zastanemu światu i jego wątpliwym autorytetom. Cyprian jest tym, który piętnuje konformizm i gloryfikuje wolność. Pozostałym wydaje się to pociągające.

Napiętnowanie konformizmu


Radio Armagedon, fot. WTW

Szymon (Piotr Bondyra) jest nieśmiałym, wrażliwym chłopcem, który kocha się platonicznie w koleżance, a potem dziewczynie Cypriana - Nadziei (Aleksandra Dytko), Gnat (Maciej Kowalczyk) jest jego przeciwieństwem. Granie w zespole jest dla niego okazją do zdobycia popularności i podrywania dziewczyn. Najwrażliwsza i najbardziej refleksyjna jest Nadzieja, po uszy zakochana w liderze grupy. I wreszcie  - Cyprian (Konrad Wosik), dojrzały, pewny siebie, zbuntowany młody człowiek, który nie mieści się w żadnych schematach. Odnoszą jako zespół spektakularny sukces, jednak w pewnym momencie lider zespołu znika, a grupa się rozsypuje. Wszyscy - może za wyjątkiem Gnata - boleśnie przechodzą swój akces do dorosłego życia. Rozczarowani, nieufni, osobni - nie są już tymi ludźmi, co kiedyś. 


Kształt sceniczny 

Przedstawienie ma oryginalny kształt - rozgrywa się w kilku planach i łączy materię teatralną z koncertem, co akurat w tym przypadku jest w pełni uzasadnione. Akcja rozgrywa się "po latach". Dorośli już bohaterowie odwiedzają swoją szkołę, snują wspomnienia, które ożywają w postaci teatralnych scen. Każdy z tej trójki inaczej wspomina moment, w którym pojawił się w ich życiu Cyprian, inny jest też ich stosunek do siebie nawzajem. Wspomnienia przypominają trochę psychodramę, w której cierpienie i ból miesza się ze słowną agresją i specyficznym humorem. 

Radio Armagedon, fot. WTW


Sztuka wydaje się oryginalna zarówno co do formy scenicznej, zawiera też mocny, prawdziwy przekaz. Przedstawienie było interesujące, jeśli chodzi o koncepcję, dobrze zagrane (niektóre sceny, jak choćby etiuda z matką Szymona, były prawdziwymi perełkami). Na podkreślenie zasługuje także precyzyjny ruch sceniczny, interesujące plastycznie wykorzystanie światła i kolorów, stroje bohaterów... Wszystkie elementy przedstawienia tworzą dobrze skomponowaną, wyrazistą całość.


Opowieść prawdziwa


.Podczas trwania spektaklu aktorzy wielokrotnie nawiązywali kontakt z publicznością, a ta żywo reagowała. Zaobserwowałam na widowni wielu młodych  ludzi, do których głównie ta sztuka była adresowana. Odbiór był gorący! Ale i dla mnie była to opowieść prawdziwa - o buncie wobec zastanego świata, pierwszych miłościach, rozczarowaniach, trudnych relacjach... Wszyscy przez to przechodziliśmy, choć każde pokolenie miało inną muzykę i inne środki wyrazu. Dla mnie najtrudniejszym doświadczeniem była właśnie muzyka na żywo. Na ogół był to chaotyczny wrzask, którego kompletnie nie rozumiałam. Zapewne jednak wśród publiczności przeważali odbiorcy takiej właśnie muzyki i sądzę, że w ich przekonaniu miała ona swoje walory, na które nie jestem otwarta.

Spektakl adresowany jest wprawdzie do młodzieżowej publiczności, ale jego liczne walory sprawią, że zarówno średnie, jak i dojrzałe pokolenie widzów znajdzie tam coś dla siebie.

Przedstawienie ma oryginalny kształt - rozgrywa się w kilku planach i łączy materię teatralną z koncertem, co akurat w tym przypadku jest w pełni uzasadnione. Akcja rozgrywa się "po latach". Dorośli już bohaterowie odwiedzają swoją szkołę, snują wspomnienia, które ożywają w postaci teatralnych scen. Każdy z tej trójki inaczej wspomina moment, w którym pojawił się w ich życiu Cyprian, inny jest też ich stosunek do siebie nawzajem. Wspomnienia przypominają trochę psychodramę, w której cierpienie i ból miesza się ze słowną agresją i specyficznym humorem. 

Radio Armagedon, fot. WTW
Sztuka wydaje się oryginalna zarówno co do formy scenicznej, zawiera też mocny, prawdziwy przekaz. Przedstawienie było interesujące, jeśli chodzi o koncepcję, dobrze zagrane (niektóre sceny, jak choćby etiuda z matką Szymona, były prawdziwymi perełkami). Na podkreślenie zasługuje także precyzyjny ruch sceniczny, interesujące plastycznie wykorzystanie światła i kolorów, stroje bohaterów... Wszystkie elementy przedstawienia tworzą dobrze skomponowaną, wyrazistą całość.



Opowieść prawdziwa


.Podczas trwania spektaklu aktorzy wielokrotnie nawiązywali kontakt z publicznością, a ta żywo reagowała. Zaobserwowałam na widowni wielu młodych  ludzi, do których głównie ta sztuka była adresowana. Odbiór był gorący! Ale i dla mnie była to opowieść prawdziwa - o buncie wobec zastanego świata, pierwszych miłościach, rozczarowaniach, trudnych relacjach... Wszyscy przez to przechodziliśmy, choć każde pokolenie miało inną muzykę i inne środki wyrazu. Dla mnie najtrudniejszym doświadczeniem była właśnie muzyka na żywo. Na ogół był to chaotyczny wrzask, którego kompletnie nie rozumiałam. Zapewne jednak wśród publiczności przeważali odbiorcy takiej właśnie muzyki i sądzę, że w ich przekonaniu miała ona swoje walory, na które nie jestem otwarta.

Spektakl adresowany jest wprawdzie do młodzieżowej publiczności, ale jego liczne walory sprawią, że zarówno średnie, jak i dojrzałe pokolenie widzów znajdzie tam coś dla siebie.


trailer spektaklu

Spektakl "Radio Armagedon. Transmisja" na podstawie powieści Jakuba Żulczyka "Radio Armageddon" i w reżyserii Tomasza Hynka miało swoją prapremierę  16 listopada 2014 roku.

Recenzja ukazała się 9 grudnia 2014 roku na portalu Kulturaonline.

"Herr Jesu" - koncert kantat J. S. Bacha w Narodowym Forum Muzyki /61. Wratislavia Cantans/

Dziś (12 września) o 19.00, w ramach Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans, zabrzmią w Narodowym Forum Muzyki kantaty Johanna Sebas...

Popularne posty