Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Migracje, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Migracje, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 lipca 2020

Agata Stasińska o nowych zabytkach z 500-letnią historią /wywiad/

Agata Stasińska, kurator Galerii Sztuki XII-XV wieku zaprasza na oprowadzanie po bezcennych zabytkach sztuki średniowiecznej, o które wzbogaciła się ostatnio wystawa sztuki średniowiecznej we wrocławskim Muzeum Narodowym.

Agata Stasińska przy rzeźbie św. Katarzyny Aleksandryjskiej,
fot. Magdalena Wyłupek

Barbara Lekarczyk-Cisek: Od momentu ponownego otwarcia Muzeum Narodowego dla zwiedzających można podziwiać trzy bezcenne depozyty: nastawę ołtarzową z XV wieku, Poliptyk Pięciu Boleści Maryi oraz figurę św. Katarzyny Aleksandryjskiej. W jakich okolicznościach trafiły do muzeum i jaka jest ich historia?

Agata Stasińska: Przede wszystkim chciałabym podkreślić naszą radość z powodu zaufania, jakim obdarzyły nas muzea powierzając nam w depozyt te trzy wspaniałe obiekty. Pierwszym z nich jest nastawa ołtarzowa, która trafiła do nas z Muzeum Narodowego w Warszawie, ale pierwotnie znajdowała się w Bazylice św. Elżbiety we Wrocławiu. Jej skrzydła są od dwudziestu lat prezentowane na wystawie stałej naszego muzeum. Kwatera środkowa pojawiła się natomiast na wystawie "Migracje". Dopiero całość daje pojęcie, jak taka nastawa funkcjonowała i robi na zwiedzających odpowiednie wrażenie. Stąd też wziął się pomysł wykonania całej obudowy, inspirowanej wyglądem pierwotnej, która nie przetrwała do naszych czasów. Jest to nastawa baldachimowa i pełniła funkcję czegoś w rodzaju ozdobnej kasety, dzięki której Najświętszy Wizerunek można było zamykać i odsłaniać. Zwiedzający mijają pozostałości ołtarza złotników - drugiej takiej ogromnej baldachimowej nastawy, która do naszych czasów przetrwała we fragmentach, bez obudowy, a dzięki temu sąsiedztwu mogą sobie wyobrazić, jak to pierwotnie wyglądało.

Nastawa ołtarzowa, depozyt Muzeum Narodowego w Warszawie,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Tym, co się szczególnie rzuca w oczy, jest pustka pośrodku nastawy ołtarzowej. Ten brak jest symboliczny i niezwykle dojmujący... Podczas oprowadzania po wystawie "Migracje" jej kuratorka, Agnieszka Patała, opowiadała, że dzieło to powstało wręcz jako oprawa kamiennej Piety z XIV wieku, znajdującej się w centrum tej nastawy, a więc zginęło to, co było najistotniejsze...

Istotnie, bardzo brakuje tej Piety, która się znajdowała w centrum. Prezentujemy obok jej zdjęcie, aby dać zwiedzającym wyobrażenie całości. Skrzydła nastawy, które eksponujemy wraz z kwaterą środkową pochodzą z lat 1470-1480, natomiast Pieta powstała wcześniej, w 1384 roku. Była prawdopodobnie otoczona wielkim kultem, skoro dobudowaną dla niej nastawę ołtarzową. Do dzisiejszych czasów przetrwała tylko ta oprawa, choć możliwe, że były wcześniejsze, które nie zachowały się. Każda nowa oprawa jest także polem popisu dla fundatorów - przedstawicieli możnych rodów albo bogatego kleru.

Ołtarz baldachimowy w figurą Piety
Czasami jednak dzieją się rzeczy tak niezwykłe, jak to było ze srebrnym ołtarzem biskupa Jerina, który został dzięki panu Witeckiemu odkryty na nowo, zrekonstruowany i wrócił na pierwotne miejsce do Katedry Jana Chrzciciela...

W tym przypadku udało się osiągnąć zamierzony efekt i ołtarz wrócił na swoje miejsce. Chcielibyśmy, aby każde przedsięwzięcie kończyło się takim sukcesem, jednak nie zdarza się to często. Tego rodzaju zabytki mają jednak w muzeach odpowiednie warunki oraz opiekę konserwatorską.

Galeria sztuki śląskiej, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Towarzysząc Pani w wędrówce po obiektach sztuki śląskiej, widzę nie tylko układ chronologiczny, ale i harmonię oraz wspaniałą perspektywę. Od najstarszych zabytków, zresztą bardzo pięknych, zmierzamy do sztuki wczesnego renesansu...

Istotnie, prowadzimy zwiedzających od najstarszych obiektów do zapowiedzi renesansu. Na koniec zwiedzający ma okazję zachwycić się tą fantastyczną nastawą, czyli Penaptykiem Pięciu Boleści Maryi. Skrzydła trafiły do naszej kolekcji po wojnie, natomiast pozostała część należy do Muzeum Archidiecezjalnego we Wrocławiu, skąd została przekazana. Dopiero w zestawieniu obiekt ten robi właściwy efekt. W takiej formie pojawiła się już na wystawie "Migracje": z pierwszą parą skrzydeł ruchomych, zdobionych malowidłami po obu stronach, oraz drugą parą skrzydeł nieruchomych w tej samej linii, co kwatera główna. Nie bez przyczyny mówi się o tej nastawie jako o wyjątkowej na Śląsku, bo różniącej się od twórczości artystycznej tego okresu. Widoczne jest to w kolorystyce, w zdobieniach... Penaptyk należy do późnego gotyku i możemy w nim także dostrzec zapowiedź renesansu, o czym świadczy ornament, który mógł dotrzeć z Italii. Jeśli chodzi o samą nastawę, pochodzi ona z warsztatów południowo-niemieckich, pozostających pod wpływem warsztatów niderlandzkich.

Penaptyk Pięciu Boleści Maryi. 1507, Katedra św. Jana Chrzciciela,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
W tym przypadku mamy do czynienia z bardzo ważnym fundatorem - biskupem Janem Turzonem, nie tylko mecenasem, ale i kolekcjonerem sztuki. Został sportretowany na tej nastawie, jak się uważa, dwukrotnie: w centralnym obrazie oraz w osobie św. Stanisława, na górnej kwaterze. Fundatora rozpoznajemy także po inskrypcji na puszce św. Marii Magdaleny, zawierającej inicjał, przypisywany biskupowi oraz datę 1507.

Donator biskup J. Turzon (po prawej), fot. B. Lekarczyk-Cisek

Ciekawa jest również historia tej nastawy. Uważa się, że pierwotnie stanowiła element wyposażenia Katedry wrocławskiej, natomiast w okresie jej barokizacji, gdy przestała pasować do wnętrza, przeniesiono ją do Minkowic Oławskich, gdzie stanowiła nastawę ołtarzową tamtejszej świątyni. Dopiero w okresie przedwojennym trafiła do zbiorów dawnego Muzeum Diecezjalnego. Nie przetrwała w całości na skutek działań wojennych, po czym trafiła do Muzeum Archidiecezjalnego, a skrzydła znalazły się w naszej kolekcji.

Trzecim obiektem, który można podziwiać, jest piękna figura św. Katarzyny Aleksandryjskiej...

Tak, w odniesieniu do tej rzeźby, jesteśmy wdzięczni za zaufanie Muzeum Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. To także obiekt o niezwykłej historii. Od czasu swego powstania, czyli od XVI wieku do początków XIX znajdowała się na fasadzie kamienicy należącej pierwotnie do zespołu klasztornego Dominikanek we Wrocławiu. Kamienica, znajdująca się u zbiegu ulic św. Katarzyny i Purkyniego, niestety, nie przetrwała. Zachował się natomiast XVIII-wieczny rysunek Wernera, na którym widać zabudowę tego klasztoru, narożną kamienicę, w której swego czasu znajdowała się karczma Pod Złotą Katarzyną, a nad głównym wejściem widoczna jest nisza, w której majaczy niewielka figurka, jak się sądzi, świętej Katarzyny.

Katarzyna Aleksandryjska, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
W tych okolicznościach fakt zachowania się owej figury do naszych czasów jest czymś wyjątkowym. Cieszymy się także, że figura znalazła się u nas w nowej odsłonie. W XIX wieku przeszła bardzo radykalną konserwację, na skutek której bardzo się zmieniła. Zakryto uszkodzenia powstałe podczas jej ekspozycji na fasadzie. Obecnie widzimy pozostałości po tych przemalowaniach. Podczas ostatniej konserwacji zdecydowano, aby część poprzedniej rekonstrukcji zachować, dzięki czemu widzimy, jak gruba warstwa farby była położona i jak ukryto naturalne piękno rzeźby. Obecnie figura św. Katarzyny, najprawdopodobniej dzieło warsztatu Jacoba Beinharta, odzyskała swoją barwę. Figura ma piękne loki, które przetrwały do dziś w idealnym stanie. Cała rzeźba została pokryta złotem, dzięki czemu połysk fałd płaszcza został po konserwacji ponownie uwypuklony. Pokazujemy ją w sąsiedztwie innej rzeźby Beinharta, przedstawiającej Madonnę z Dzieciątkiem. Można dzięki temu odkryć także bogactwo tego warsztatu. Zapraszamy do oglądania i kontemplowania!

Katarzyna Aleksandryjska, zbliżenie, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Dziękuję za interesującą opowieść.

środa, 20 lutego 2019

Piotr Oszczanowki: Zależy nam na świadomym odbiorcy /wywiad/

Dyrektor Muzeum Narodowego we Wrocławiu opowiada o okolicznościach powstania i celach  Stowarzyszenia Przyjaciół Muzeum oraz przedstawia jego atrakcyjny program.


Piotr Oszczanowski, dyrektor Muzeum Narodowego we Wrocławiu, fot. Arkadiusz Podstawka

Barbara Lekarczyk-Cisek: Panie Dyrektorze, stosunkowo niedawno powołał Pan do istnienia Stowarzyszenie Przyjaciół Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Czy fakt ten ma związek z obchodzonym z końcem ubiegłego roku 70-leciem istnienia tej placówki, czy też geneza jest bardziej złożona?

Piotr Oszczanowski: Idea powstania Stowarzyszenia Przyjaciół istotnie miała związek z rocznicą 70-lecia powstania Muzeum Narodowego. Nie mniej potrzeba istnienia takiego gremium ludzi z nami zaprzyjaźnionych istniała od dawna, w przeszłości takie stowarzyszenie już funkcjonowało. Grono wiernych nam gości – uczestników różnych przedsięwzięć realizowanych w muzeum – mamy od wielu lat. Nie tylko bywają na naszych wystawach czasowych i stałych, ale również uczestniczą w innych naszych działaniach. Od początku mojej działalności realizuję ideę muzeum przyjaznego i otwartego. To właśnie to określiłem u początku swej kadencji mianem „mody na muzeum”. Wynika  stąd, że w dzisiejszej rzeczywistości, z jej „zagonieniem” i licznymi problemami dnia codziennego, muzeum powinno pełnić rolę swoistej enklawy – miejsca dającego szansę zdobycia dystansu do tej rzeczywistości, ba, odnalezienia tego, co nazywam apetytem na życie. Z jednej strony muzeum musi pozostać klasyczną „świątynią sztuki”, ale jednocześnie miejscem, do którego może wejść każdy i każdy znajdzie tu coś, czego szuka lub jest mu w danej chwili potrzebne – wyjątkowe przeżycie estetyczne, świadomość obcowania z pięknem jednostkowego oryginału, szeroką wiedzę humanistyczną, ale też przyjemność, rozrywkę, relaks, ciekawą rozmowę, intrygującą lekturę, a nawet smaczny posiłek i wyborną kawę.

Członkowie Stowarzyszenia Przyjaciół MN podczas oprowadzania kuratorskiego
przez Barbarę Ilkosz po wystawie "Grupa Krakowska", fot. Małgorzata Matuszewska

Oczywiście mam świadomość, że jest to proces, którego zadaniem jest uczynić z muzeum nie tylko miejsce obcowania ze sztuką, poznając ją, ale również kontemplując i odpoczywając w jej towarzystwie. Staramy się od dawna, aby parter naszego muzeum uczynić strefą rekreacyjną, stąd obecność tutaj kawiarni, a także zmieniającej w najbliższym czasie swój kształt i charakter księgarni, które to przestrzenie w naturalny sposób się „połączą”. W holu pomiędzy nimi będzie można wypoczywać, czytać, rozmawiać. Dziś muzeum ma obowiązek spełniać różne zadania, wśród których znajdują się także te szczególne dla naszych sprawdzonych przyjaciół. Dla nich też stworzyliśmy Stowarzyszenie Przyjaciół Muzeum Narodowego, gdyż chcemy ich w pierwszej kolejności informować o najważniejszych naszych działaniach. A jest ich niemało i są coraz bardziej spektakularne oraz różnorodne. Próbujemy w ten sposób nadać naszej przyjaźni bardziej formalny charakter, by członkowie stowarzyszenia czuli się szczególnie wyróżnieni.

Członkowie Stowarzyszenia Przyjaciół MN podczas oprowadzania kuratorskiego
przez Agnieszkę Patałę po wystawie "Migracje", fot. Anna Kowalów


Na czym polega to wyróżnianie?

Już od pewnego czasu nasze działania poprzedza preview, czyli możliwość obejrzenia wystawy w towarzystwie kuratora, jeszcze przed jej oficjalnym otwarciem. Będziemy też chcieli zabierać naszych przyjaciół na wystawy organizowane poza Wrocławiem. Nie wszędzie się oczywiście nam to uda - proszę bowiem zwrócić uwagę, że na dzisiejszą działalność Muzeum Narodowego we Wrocławiu składają się także jego ważne wystawy, które organizujemy lub współtworzymy poza naszą siedzibą. I to zarówno na przysłowiowym końcu świata (np. wystawa śląskiej sztuki barokowej pt. „Silesia rediviva” w Pekinie), czy też u naszych sąsiadów (wystawa genialnego wrocławskiego ekspresjonisty Otto Muellera w Berlinie). Ta ostatnia za chwilę zagości we Wrocławiu, w naszym gmachu głównym. Ale członkowie naszego stowarzyszenia już mogą czuć się zaproszeni i powoli szykować się do wycieczek do miejsc, w których Muzeum Narodowe we Wrocławiu posiada swoiste „ekspozytury”. Takim miejscem wartym zobaczenia i doprawdy wyjątkowym jest zmodernizowana ostatnimi czasy prezentacja śląskiej sztuki średniowiecznej i nowożytnej z naszej kolekcji prezentowana w Muzeum Piastów Śląskich na Zamku w Brzegu. Przy okazji będziemy oczywiście podziwiać tę znakomitą perłę renesansu śląskiego. Miejscem, w którym chętnie przebywamy od blisko już czterech lat, stał się dla nas także Zamek Książ, ponieważ i tam eksponowane są nasze dzieła sztuki pochodzące z dawnej kolekcji Hochbergów.

Oprowadzanie po wystawie "Migracje" przez kuratorkę, Agnieszkę Ptałę,
 fot. Anna Kowalów


Czy członkowie Stowarzyszenia mają również wpływ na proponowany im program?

U początków istnienia stowarzyszenia to my poczuwamy się w obowiązku, by docenić, nagrodzić, podziękować jego członkom. Jednocześnie pragniemy zachęcić do wstępowania w szeregi tej organizacji. Mamy jednak nadzieję, że z czasem będzie ono również nas wspierało w rozmaitych naszych działaniach. Zależy nam na dialogu – chętnie wysłuchamy, czego oczekują od nas nasi przyjaciele Współcześnie kultura jest marginalizowana, lecz tym bardziej ważne staje się istnienie tych, którzy rozumieją, jak jest ważna i wielokrotnie dawali nam tego dowody. Teraz, dzięki stowarzyszeniu, jego członkowie również będą mieli wpływ na nasze działania.

Obecnie Stowarzyszenie Przyjaciół jest jeszcze w rozwoju i liczy kilkanaście osób. Czy członkowie się z Państwem spotykają?

Naturalnie, ostatnie spotkanie odbyło się z okazji Nowego Roku. Daliśmy im wówczas sposobność zwiedzenia niezwykłej wystawy „Migracje” w towarzystwie pomysłodawczyni i kuratorki, dr Agnieszki Patały. Zorganizowaliśmy także koncert. A zatem chcemy, aby nasze spotkania miały z jednej strony wymiar kulturalny, ale także by stały się pretekstem do rozmowy. Za chwilę, jak już wspomniałem, zobaczymy nieco zapomnianego, a przecież znakomitego malarza związanego z Wrocławiem – Ottona Muellera. Niedługo pokażemy także piękne prace Jerzego Słuczana-Orkusza, wybitnego projektanta szkła. Ale jakiego szkła! To trzeba zobaczyć i ulec tej magii i feerii kolorów. A jesienią zaprosimy na niezwykłe wystawy rzeźby wrocławskiej pierwszej połowy XX wieku oraz na pokaz talentu najwybitniejszego artysty śląskiego baroku – Michaela Willmanna. Doprawdy, będzie się działo w tym roku jeszcze bardzo wiele! W sumie czeka nas jeszcze blisko dwadzieścia wystaw we wszystkich naszych czterech oddziałach.


Koncert podczas spotkania Stowarzyszenia Przyjaciół, fot. Jacek Witecki

Pokażemy również sztukę europejską, światową – we współpracy z Centrum Sztuki WRO, które w tym roku świętuje 30-lecie. To już stało się tradycją, szczególnie w Pawilonie Czterech Kopuł, gdzie pokazaliśmy do tej pory m. in. kolekcję Marxa z Berlina, ciekawą prezentację z Muzeum Sztuki Współczesnej (MOCA) w Londynie, a ostatnio rzeźby Henry Moore`a. A zatem dajemy również pretekst do obcowania z tym, co najwartościowsze w sztuce współczesnej.

Staramy się także, by nasza strona internetowa była interesująca i różnorodna, by docierała do ludzi o różnych potrzebach i wrażliwościach. Prowadzimy blog pt. "Intrygujące", gdzie publikujemy informacje, które nam samym sprawiają radość. Już uruchomiliśmy zakładkę, na której polecamy nasze publikacje muzealne, a niedługo też znajdą Państwo na naszej stronie specjalne wywiady z interesującymi artystami, kuratorami czy krytykami sztuki. Jednym słowem – staramy się, aby ta nasza nowa strona internetowa była jak najatrakcyjniejsza i trafiała do szerokiego kręgu odbiorców.

A czy powstanie również strona Stowarzyszenia, gdzie swoimi wrażeniami będą się dzielić jego członkowie?

Ależ oczywiście! Nasze działania mają na celu wzmożenie ich aktywności.

W Muzeum Narodowym we Wrocławiu, w Pawilonie Czterech Kopuł powstał Teatr Czterech, który może stać się przestrzenią aktywności także dla członków Stowarzyszenia, jak mniemam.

Teatr Czterech jest dobrym przykładem działalności, która wynikła z potrzeby chwili. Uczestnicząc w jego działaniach można było doświadczyć uniwersalności dzieł Henry Moore`a. Odchodzimy od stereotypu interakcji pomiędzy dziełem a widzem. Zależy nam na budowaniu bardzo szerokiej oferty, zmierzając w kierunku pomysłowości i oryginalności obcowania ze sztuką. Codziennie edukujemy dzieci i młodzież – to są nasi przyszli dojrzali odbiorcy i być może także przyjaciele Muzeum Narodowego. Trzeba się pozbyć koturnowości w odbiorze dzieła sztuki. Ma ono wyzwalać w nas pomysłowość, dawać siłę, a wszystko to daje o sobie znać w tej inicjatywie, którą jest Stowarzyszenie Przyjaciół. Na takim świadomym, życzliwym, ale też i krytycznym względem nas oraz gotowym do współpracy i ponoszenia współodpowiedzialności za nasz muzealny program odbiorcy szczególnie nam zależy.

Dziękuję za rozmowę.



Małgorzata Matuszewska, fot. Paulina Popiół
O Stowarzyszeniu Przyjaciół Muzeum Narodowego mówi Małgorzata Matuszewska, zajmująca się promocją wydarzeń.

Stowarzyszenie Przyjaciół Muzeum Narodowego powstało z inicjatywy dyrektora Piotra Oszczanowskiego w grudniu ubiegłego roku – wyjaśnia Małgorzata Matuszewska. Jego celem jest stworzenie społeczności fanów muzealnych, którzy wspieraliby jego działalność. Takie stowarzyszenia działają od wielu lat  przy innych muzeach w Polsce, m. in. w Muzeum Narodowym w Warszawie, gdzie podobna organizacja fantastycznie się rozwija.

Pierwsze spotkanie o charakterze założycielskim odbyło się w grudniu 2018 roku, przy okazji wystawy „Grupa Krakowska”, w Pawilonie Czterech Kopuł. Potem mieliśmy spotkanie noworoczne oraz oprowadzanie kuratorskie po wystawie „Migracje”, a ostatnio – w związku z wystawą "Jan Koloczek – malowane marzenia" w Muzeum Etnograficznym. To jest właśnie istotą funkcjonowania Stowarzyszenia Przyjaciół: przed oficjalnym otwarciem wystawy jego członkowie spotykają się z kuratorem i w kameralnym gronie oglądają wystawę w jego towarzystwie.

Mamy w planach także spotkania z konserwatorami dzieł sztuki. Pracownie konserwatorskie są dla zwykłego zjadacza chleba zupełnie niedostępne, ale dla członków Stowarzyszenia otworzą swoje podwoje i będą nas wtajemniczać w swoje pasjonujące tajemnice. Obecnie trwa restauracja słynnego srebrnego ołtarza z Archikatedry wrocławskiej i członkowie Stowarzyszenia będą mieli możliwość przyjrzenia się temu procesowi, wysłuchania opowieści konserwatorów.

Mamy także w planach wyjazdy, które rozpoczniemy od zaprzyjaźnionych muzeów, na początek do Książa, gdzie znajduje się część zbiorów Muzeum Narodowego. W marcu pojedziemy do Zamku w Brzegu, gdzie nastąpi otwarcie wystawy poświęconej kobietom w secesji.

Aby zostać przyjacielem Muzeum Narodowego, należy złożyć deklarację i opłacić roczną składkę w wysokości 150 złotych. W przypadku statusu miłośnika koszt rocznej składki wynosi 1500 złotych. Można też zostać tytularnym przyjacielem – jeśli ktoś zdecyduje się pokryć koszt odnowienia dzieła sztuki. Członkostwo oznacza także wstęp wolny na niektóre wystawy i wydarzenia, a ponadto duże upusty na ekskluzywne wystawy. Będziemy także organizować rozmaite warsztaty, nie tylko muzealne, np. warsztat parzenia kawy.  Serdecznie zapraszamy!

czwartek, 29 listopada 2018

Agnieszka Patała opowiada o wystawie „Migracje” w Muzeum Narodowym we Wrocławiu /wywiad/

Wraz kuratorką i pomysłodawczynią wystawy "Migracje" rozmawiamy o sztuce późnogotyckiej, do której powstania przyczyniły się zarówno migracje artystów, jak też fundatorów. Dzięki temu powstały wspaniałe dzieła sztuki, które możemy dziś podziwiać na tej wyjątkowej ekspozycji. Co dziś wiemy na ten temat?

Wystawa "Migracje", widok ogólny, fot. B. Lekarczyk-Cisek
Barbara Lekarczyk-Cisek: Prezentacja dzieł sztuki późnogotyckiej, pochodzących z różnych kościołów i muzeów, to nie lada okazja, aby zobaczyć piękne, a zarazem rzadkie artefakty. Jakie okoliczności sprawiły, że  na czas wystawy zgromadzono je w Muzeum Narodowym? I skąd taki intrygujący tytuł?

Agnieszka Patała, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Agnieszka Patała: Pomysł tej wystawy jest po trosze efektem mojej pracy doktorskiej, ponieważ zajmowałam się późnogotyckim malarstwem na Śląsku w kontekście relacji z Norymbergą. Przy okazji tych badań okazało się, że wątek migracyjny jest bardzo istotny i ciekawy, zarówno z perspektywy artystów, którzy tu przybywali, jak też z uwagi na fundatorów. Ci ostatni przyjeżdżali  Wrocławia m.in. w wieku XV, XVI,  XVII i fundując dzieła malarskie, rzeźbiarskie, czy też iluminowane rękopisy i druki, starali się z jednej strony podkreślić swoje obce pochodzenie, z drugiej zaś zaadaptować do tutejszej społeczności. Ten klucz dotyczący migracji wydawał mi się więc bardzo interesujący, ponieważ dzięki niemu można ukazać zarówno zjawiska w sztuce, jak też i poza nią.

Co sprawiło, że na Śląsk przybywali malarze, a także donatorzy?

W XV w. Śląsk, a zwłaszcza Wrocław, był ważnym i atrakcyjnym terenem dla kupców i inwestorów z wielu stron Europy. Przybywali tu na czas jarmarków, nawiązywali relacje handlowe i z czasem niektórzy decydowali się, zwykle z bardzo pragmatycznych przyczyn, aby osiąść tu na stałe. Drugą ważną grupę migrantów stanowiło duchowieństwo, także na najwyższych szczeblach diecezji, czyli kanonicy i biskupi, którzy nie szczędzili środków i wysiłków na fundacje artystyczne. Dla migrujących twórców – malarzy, rzeźbiarzy i pierwszych drukarzy - Wrocław musiał uchodzić za atrakcyjne i pełne możliwości miejsce pracy, w którym mogli liczyć na zlecenia zarówno ze strony mieszczan, jak i parafialnego, zakonnego oraz katedralnego kleru. Przybywali tu z m.in. terenów Nadrenii, Frankonii, Szwabii, Łużyc, Saksonii, Małopolski czy Kujaw, choć nie wszyscy osiągnęli tu spektakularny sukces.

Wilhelmem Kalteysenem von Oche, Poliptyk św. Barbary, fot.Barbara Lekarczyk-Cisek

Czym kierowała się Pani wybierając obiekty na tę imponującą wystawę?

Pierwszym kryterium doboru prac był fakt ich wykonania przez pracownie artystów-migrantów i temu wątkowi podporządkowaliśmy cztery sale wystawy. A zatem w jednej z nich zobaczymy zachowane dzieła wiązane z Wilhelmem Kalteysenem von Oche, artystą prawdopodobnie niezrzeszonym we wrocławskim cechu, który realizował swoje najbardziej prestiżowe zlecenia na Śląsku w latach 40. i 50. XV wieku. Pokazujemy prace wiązane z nim bezpośrednio wraz z dziełami jego przypuszczalnych współpracowników, ukazując jednocześnie wiele obliczy dorobku tego malarza, który współpracował z wieloma artystami. Drugą pracownię, tzw. Mistrza Lat 1486-1487, tworzyli anonimowi twórcy-nomadzi, którzy zmieniali często miejsce wykonywania zleceń. Nie wiemy nawet, gdzie znajdował się ich warsztat. Byli to artyści wykształceni poza Wrocławiem, prawdopodobnie w Norymberdze. Działali bardzo sprawnie, realizując wiele malarskich zleceń metodami typowymi dla seryjnej produkcji. Tymczasem w Pracowni Mistrza Poliptyku z Gościeszowic powstawały zarówno dzieła malarskie, jak i rzeźbiarskie, ponieważ była to liczna grupa malarzy i snycerzy, którzy nie raz rok po roku wykonywali kolejne nastawy ołtarzowe.

Poliptyk z Gościszowic, fot. B. Lekarczyk-Cisek
Wystawa „Migracje” jest pasjonującą opowieścią o sztuce późnego średniowiecza – z jej początkiem, punktem kulminacyjnym i zakończeniem. Proszę nam przybliżyć tę narrację.

Rzeczywiście, początkiem tej opowieści jest prezentacja dzieła, które rozpoczyna historię malarstwa późnogotyckiego gotyckiego na Śląsku, czyli zachowanej środkowej kwatery Poliptyku św.Barbary z pracowni  Wilhelma Kalteysena von Oche. W kolejnych salach zestawiamy prace nieznanych z imienia artystów współtworzących zespoły Mistrza Lat 1486-1487 oraz Mistrza Poliptyku z Gościszowic – jako dwa równoległe wątki, gdyż były to pracownie działające mniej więcej w tym samym czasie, były podobnie zorganizowane, które zajmowały się produkcją nastaw ołtarzowych. Opowieść jest kontynuowana za sprawą działalności fundacyjnej wrocławskim mieszczan, płynnie przechodząc w prezentację zróżnicowania dorobku najsłynniejszego artysty-przedsiębiorcy i migranta zarazem działającego we wrocławskim cechu malarzy i rzeźbiarzy, jakim okazał się pochodzący ze szwabskiego Geislingen Jakob Beinhart. Opowieść kończą fundację wrocławskiego biskupa Jana V Turzona, z których poliptyk Pięciu Boleści Marii ukazuje docierania do Wrocławia tendencji renesansowych. 

Czy znane są jakieś szczegóły dotyczące organizacji tych pracowni? Czy miały charakter familijny, jak choćby pracownia Tintoretta, czy też był mistrz i jego uczniowie?

Tego, niestety, nie wiemy, gdyż nieznane pozostają imiona i nazwiska wielu twórców, a także siedziby ich warsztatów.  Wyjątkowo rysuje się na tym tle przypadek wspomnianego już Jakoba Beinharta, którego nazwisko bardzo często pojawiało się w przekazach archiwalnych. Prezentujemy na wystawie fenom artysty, który w źródłach był określany jako malarz,  jednak historycy sztuki przypisują mu wiele malowanych i rzeźbionych nastaw ołtarzowych oraz pojedynczych dzieł rzeźbiarskich. Wiadomo, że miał potężną pracownię i na przestrzeni lat wykształcił około pięćdziesięciu uczniów. Wiemy ze źródeł, że był bardzo poważany i występował a to jako starszy cechu, a to jako wiarygodny świadek w różnych sprawach. Były na owe czasy kimś w rodzaju menadżera odpowiedzialnego za pozyskiwanie zleceń i ich terminową realizację. Do zleceń zatrudniał pracowników i organizował ich pracę. Ponadto Jakob Beinhart, jako jedyny z prezentowanych artystów, działał w ramach jedynego w regionie i sprawnie funkcjonującego we Wrocławiu cechu malarzy i rzeźbiarzy. Organizacja ta przypominała, z jednej strony dużą rodzinę, a z drugiej strony korporację kontrolującą swoich członków zarówno w zakresie solidności pracy, jak i dobrych obyczajów, pobożności i relacji rodzinnych. 



Św. Katarzyna Aleksandryjska, Jakob Beinhart, fot. B. Lekarczyk-Cisek


Za co i w jaki sposób karano członków cechu?

Karano za bójki, za nieobecność na nabożeństwie, za spory, oszczerstwa… Karano więzieniem albo grzywnami. W tych czasach sfery religijna, obyczajowa i zawodowa były ze sobą ściśle związane. Moralność była gwarantem rzetelności. Dotyczyło to także kupców i przedstawicieli innych zawodów, skupionych w cechach.

Przy których obiektach tej wystawy warto zatrzymać się na dłużej? Jak powinniśmy patrzeć na sztukę gotycką?

Z pewnością trzeba się dłużej zatrzymać przy Poliptyku z Sulechowa, powstałym w 1499 roku, na którego zachowanych malowanych kwaterach dzieje się bardzo wiele, również na dalszych planach.  W okresie Wielkiego Postu wierni mogli podziwiać pierwsze otwarcie, o tematyce pasyjnej, które prezentujemy na wystawie. Składa się z ośmiu scen, której należy czytać od lewej do prawej strony, poczynając od Modlitwy w Ogrójcu, a kończąc na Ukrzyżowaniu. Chrystusowi towarzyszą zarówno apostołowie, jak i żołnierze – przedstawiciele „złej strony”. Widać to po sposobie pokazywania twarzy: źli bohaterowie są szpetni, mają twarze wykrzywione grymasem, krzywe zęby. Bez trudu rozpoznajemy na obrazie, kto jest dobry, a kto jest zły. Celem takie przedstawienia było zarówno zaciekawienie widza, jak też wzbudzenie w nim określonych emocji. Ponadto warto również zwrócić uwagę na takie elementy obrazu, które początkowo umykają uwadze, jak np. złocenia i dekoracja tła, na którym pojawiają się motywy rajskich ptaków. To są cechy bardzo typowe dla warsztatu Mistrza Poliptyku z Gościeszowic . Warto też zwrócić uwagę na dalszy plan, gdzie pojawiają się widoki miasta, czy też pomieszczenie, w których niedawno biczowano Chrystusa.

Poliptyk z Gościszowic, fot. B. Lekarczyk-Cisek
Jednym z najpiękniejszych dzieł na tej wystawie jest  przedstawienie Świętego Łukasza malującego Marię. Święty Łukasz, patron cechu malarzy, jest według legendy autorem cudownego wizerunku Matki Bożej. Mówi ona, że Święty Łukasz przysnął podczas malowania i sama Maria dokończyła swój wizerunek. Płaskorzeźba  ukazuje rodzajową scenę, w której święty Łukasz przystępuje do pracy, maleńki Jezus bawi się u stóp Matki, ta zaś zajęta jest tkaniem szaty, która będzie rosnąć wraz z Jezusem. Dzieło to ukazuje wiele elementów z życia codziennego twórcy tej płaskorzeźby. Całość przedstawienia rozgrywa się w późnogotyckim wnętrzu, którego sklepienie wsparte jest na filarze, a okna zamiast szyb wypełniają gomułki  – w charakterystyczny dla ówczesnych realiów sposób. Pod krzesłem Świętego Łukasza umieszczono jego symbol – wołu.
Dzieło to przypisuje się Jakobowi Beinhartowi, który miał wykonać tę pracę do kaplicy cechu malarzy. Co charakterystyczne, rzeźba ta w założeniu miała pozostać niepolichromowana, stąd artysta zadbał, abyśmy nie dostrzegli na niej śladów dłuta.

Święty Łukasz malujący Maryję, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Oprócz dzieł malarskich i rzeźbiarskich, na wystawie pokazano także wspaniałe rękopisy iluminowane, inne interesujące manuskrypty i druki…

Dobór książek odpowiada tematyce poszczególnych sal, w których zostały zaprezentowane. Poliptykowi Świętej Barbary towarzyszy Mszał z Nysy, w którym przedstawiono scenę Ukrzyżowania uznaną za powstałą w kręgu oddziaływania  Wilhelma Kalteysena von Oche. W sali poświęconej Mistrzowi Poliptyku z Gościeszowic zaprezentowano inkunabuł pochodzący z dawnej biblioteki Opactwa Kanoników Regularnych w Żaganiu – jako rodzaj pars pro toto opactwa, które przypuszczalnie było miejscem, w którym pracownia przez czas jakiś tworzyła. 

Portrety Lorenza i Clary Heugel, warsztat śląski, ok. 1520, fot. B. Lekarczyk-Cisek

W dalszych salach, poświęconych mieszczaństwu, prezentujemy m.in.. podręcznik do arytmetyki, z którego uczyli się od l. 70 XV w. adepci kupieckiego fachu.  Jest także psałterz z kościoła Marii Magdaleny, w którym pojawiają się pierwsze portrety w malarstwie śląskim w pełnym tego słowa znaczeniu, niezależne od reszty przedstawień. Ponadto wystawiamy także mszał, w którym prezentujemy zapisany na wewnętrznej stronie okładki tekst oficjum do św. Sebalda – czczonego wyłącznie przez obywateli Norymbergi lub osoby stamtąd pochodzące. W sali poświęconej Ostrowowi Tumskiemu wyeksponowano trzy mszały związane z trzeba biskupami-migrantami, w tym dwie edycje mszałów drukowanych w Moguncji. 

Opis pielgrzymki Petera Rindfleischa do Ziemi Świętej i Santiago de Compostella, nieznany pisarz na podst. tekstu Rindfleischa, rękopis papierowy, własność: Biblioteka Uniwersytecka we Wrocławiu, fot. B. Lekarczyk-Cisek
W korytarzu księgi pojawiają się przy okazji dwóch wątków. Jednym z nich jest podróż do Ziemi Świętej, której odręcznie napisaną relację znajdziemy na wystawie. Wątek pielgrzymkowy jest także ważnym elementem migracji. Prezentujemy ponadto początki druku oraz handlu księgarskiego na Śląsku, m.in. pierwszy druk z oficyny Caspara Elyana z 1475 roku, w którym zamieszczono zapis statutów synodów diecezji, które zbierały się we Wrocławiu i dążyły do ujednolicenia liturgii oraz zawierające teksty najważniejszych modlitw – po polsku i po niemiecku. Jest to jeden z pierwszych drukowanych tekstów, które powstały we Wrocławiu,  a zarazem pierwszy w ogóle zawierający drukowany tekst w języku polskim. Na wystawie znajduje się także rękopis zawierający teksty związane z osobą  św. Jadwigi, powstały na zlecenie wrocławskiego patrycjusza  Antoniego Horniga.

A które z dzieł prezentowanych na wystawie darzy Pani szczególną sympatią i dlaczego?

Moje ulubione dzieło znajduje się w sali na II piętrze i jest nim dawna nastawa baldachimowa z kościoła św. Elżbiety we Wrocławiu, której malowane skrzydła powstały na przełomie l. 70. i 80. XV wieku, przypuszczalnie dzięki donatorowi pochodzącemu z Norymbergi. Dzieło to powstało jako oprawa kamiennej Piety z XIV wieku, znajdującej się w centrum tej nastawy. Obecnie w miejscu Piety jest pustka, ukazująca, jak bolesne są straty wojenne, o których nie wolno zapominać… Samo dzieło jest szczególne także i przez to, że tego rodzaju nastaw baldachimowych zachowało się na terenach Ślaska niewiele. Jest ono prezentowane w największej Sali wystawy, ukazującej różnych rodzaju nastawy ołtarzowe i ołtarzyki – od najmniejszych, przenośnych, po najbardziej monumentalne, zdobiące ołtarze największych śląskich far, a także kościołów wiejskich.

Ołtarz baldachimowy w figurą Piety sprzed 1939 r./skan katalogu wystawy

Ołtarz baldachimowy w figurą Piety z kościoła Św. Elżbiety we Wrocławiu, stan obecny,
własność Muzeum Narodowego w Warszawie, fot.  B. Lekarczyk-Cisek

Dziękuję za opowieść o sztuce późnogotyckiej w jej rozmaitych przejawach. Mam nadzieję, że zachęci ona do zwiedzania wystawy.

Wystawie towarzyszy pięknie wydany katalog.



A oto pozostałe zdjęcia z wystawy:

Kronika świata wydana w norymberskiej oficynie Antona Krobergera, zawierająca
pierwsze widoki śląskich miast: Wrocławia i Nysy,  fot. B. Lekarczyk-Cisek

Biczowanie, malowana kwatera dawnego retabulum ołtarza głównego NMP na Piasku
Warsztat Mistrza  Lat 1486-1487 i Mistrza Poliptyku z Gościszowic,  fot. B. Lekarczyk-Cisek
Maria z Dzieciątkiem i postacie świętych, Warsztat Mistrza  Lat 1486-1487, fot. B. Lekarczyk-Cisek
Epitafium rodziny Scheuirl, malarz wrocławski 1537, fot. B. Lekarczyk-Cisek
Poliptyk z Konina Żagańskiego, Warsztat Mistrza Poliptyku z Gościszowic, 1506-1507,
fot. B. Lekarczyk-Cisek
Św. Anna Samotrzecia, Warsztat Mistrza  Lat 1486-1487, fot. B. Lekarczyk-Cisek

poniedziałek, 15 października 2018

Migracje. Sztuka późnogotycka na Śląsku

Pokaz dzieł malarstwa, rzeźby, złotnictwa powstałych na terenie Śląska i na potrzeby tutejszych zleceniodawców w innych ośrodkach europejskich w latach 1440–1520. Dzięki wystawie  powracają do Wrocławia i na Śląsk arcydzieła sztuki średniowiecznej znajdujące się obecnie w kolekcjach polskich. Jest fascynującą podróżą ku odległym o ponad pięćset lat czasom działalności utalentowanych anonimowych mistrzów

Mistrz lat 1486-1487, Adoracja Dzieciątka (fragm.), MN Wrocław


„Tytuł ekspozycji odnosi się do zjawiska, które zadecydowało o specyfice śląskich miast, zwłaszcza Wrocławia, i charakterze tutejszej produkcji artystycznej” – mówi dr Agnieszka Patała, kuratorka wystawy. „Migrantami byli artyści, którzy pozostawili po sobie najwybitniejsze i stanowiące dzisiaj ozdobę wielu kolekcji polskich oraz zagranicznych dzieła. Przybywali oni na Śląsk z odległych krain i osiadali w miastach regionu, zakładając wieloosobowe warsztaty realizujące liczne zamówienia, płynące często z bardzo odległych miejscowości. Wśród nich tacy twórcy jak Wilhelm Kalteysen von Oche (którego przełomowy Ołtarz św. Barbary z 1447 r. nazywany jest zasłużenie ‘kometą na śląskim niebie’) czy przybyły ze Szwabii utalentowany i wpływowy artysta-przedsiębiorca Jakob Beinhart wyróżniali się znajomością najważniejszych trendów epoki, pozostawiając po sobie prace sytuujące sztukę śląską w czołówce artystycznej spuścizny ziem obecnej Polski w XV w. i początkach XVI stulecia”. Migrowali również artyści śląscy, którzy, jak złotnik Erasmus Schleupner, rozwijali swoje talenty w zagranicznych ośrodkach, korzystając z mecenatu wrocławskich biskupów.

Jakob Beinhart, Św. Łukasz malujący Madonnę, ok. 1506, MN Warszawa

Zjawisko to nie narodziło się dopiero w latach 1440–1520, tym niemniej dla tego przedziału czasowego dysponujemy wieloma przekazami źródłowymi oraz zachowanymi dziełami, które pozwalają często wyjątkowo dokładnie wniknąć w istotę wspomnianych migracji, dostrzec ich przebieg, zrozumieć motywacje migranta (artysty, zleceniodawcy) czy wreszcie odczytać intencje, funkcjonowanie i oddziaływanie na widza powstających dzieł”.

Oswald Rothe, Relikwiarz św. Jana Chrzciciela, 1512,
parafia katedralna św. Jana Chrzciciela we Wrocławiu

Wystawa jest doniosłym wydarzeniem w powojennej historii wrocławskiego muzealnictwa – po raz pierwszy od czasów II wojny światowej, a nawet od czasu swojego powstania, powracają do Wrocławia i na Śląsk arcydzieła sztuki średniowiecznej znajdujące się obecnie w kolekcjach polskich. Muzeum prezentuje też kilka monumentalnych i artystycznie imponujących dzieł malarskich i rzeźbiarskich trudno dostępnych nawet dla znawców, gdyż na co dzień przechowywanych w niewielkich śląskich świątyniach. Wystawa zabiera widzów w fascynującą podróż ku odległym o ponad pięćset lat czasom działalności utalentowanych anonimowych mistrzów, wędrujących kupców, przedsiębiorczych patrycjuszy i realizującego swe ambicje kleru. Jeszcze nigdy w historii Muzeum nie pokazano tej klasy arcydzieł sztuki średniowiecznej.

Na wystawie zaprezentowano także wyniki przeprowadzonych badań konserwatorskich i technologicznych, dzięki którym można odkryć tajemnice warsztatowe średniowiecznego artysty, śledzić proces twórczy i podziwiać warstwy dzieł niedostępne zwykle ludzkiemu oku, jak np. szkice przygotowawcze nakryte później kolejnymi warstwami farb. Widzowie dowiedzą się również, kiedy, dlaczego i w jaki sposób były otwierane i zamykane ołtarze, do czego tak naprawdę służyły epitafia, kto mógł sobie pozwolić na własny iluminowany modlitewnik i dlaczego fundacje artystyczne pomagały ambitnym mieszczanom w karierze politycznej i duchownej.

Migracje. Sztuka późnogotycka na Śląsku - Migrations. Late Gothic Art in Silesia

informacja prasowa

Relacją z wystawy - pod tym linkiem

poniedziałek, 30 września 2024

Przyjazna przyszłość za sprawą muzyki. Relacja z 59. Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans

W dniach od 5. do 15 września 2024 roku odbył się -  już po raz 59! – Międzynarodowy Festiwal Wratislavia Cantans. Tym razem pod hasłem "Migracje". Były to zatem dni nie tylko wypełnione piękną muzyką, znakomitymi koncertami, ale także czas na refleksję. W niespokojnym świecie ciągłych wojen, powodzi i innych kataklizmów dawał nadzieję, że muzyka potrafi ocalić to, do dla człowieka najważniejsze i dać mu nadzieję na lepszą przyszłość. 


Przyjazna przyszłość dzięki muzyce

Maestro Giovanni Antonini, dyrektor artystyczny festiwalu, który pełnił tę funkcję przez 12 lat, od 2012, co roku, poddawał melomanom pod refleksję  rozmaite interesujące i często nad podziw aktualne tematy, pozwalające przechodzić "Z ciemności w światło" (49. odsłona), śledzić "Niebezpieczne związki" władzy i muzyki (57. Wratislavia), snuć refleksje na temat tego, czym jest wolność (53. "Wyzwolenie") lub –  jak w tym roku: rozważać rozmaite znaczenia słowa "migracje".  Jak mogliśmy przeczytać w książce programowej,  zjawisko to dotyczyło kompozytorów i ich rodzin, czego przykładem jest Georg Friedrich Händel, którego dziadek był kotlarzem w Breslau, zanim przeniósł się z rodziną do Halle. A sam kompozytor... Osobny koncert, w którym znalazły się kompozycje Henryka Mikołaja Góreckiego i Mikołaja Góreckiego poświęcono twórcy Festiwalu Wratisłavia Cantans - Andrzejowi Markowskiemu, nawiązując do jego udziału w Powstaniu Warszawskim. W innym pojawił się Nokturn na orkiestrę smyczkową Romana Palestra - kompozytora urodzonego w Śniatyniu na Kresach, który wyemigrował do Monachium, gdzie współtworzył polską sekcję Radia Wolna Europa, a następnie mieszkał do śmierci w Paryżu. Dla wybitnego dyrygenta Christopha Eschenbacha, obecnie szefa NFM Filharmonii Wrocławskiej, jest to z kolei powrót do miejsca narodzin. Można by na różne sposoby rozważać to zjawisko, faktem jest jednak, że ma ono charakter dość powszechny, o czym świadczą losy i dzieła kompozytorów, których utwory zostały zaprezentowane na tegorocznym festiwalu. W swoim słowie wstępnym Giovanni Antonini zawarł również ważne przesłanie:

"Spotkajmy się na festiwalu w mieście spotkań religii i kultur, przeszłości i teraźniejszości. Spróbujmy pomyśleć o przyjaznej przyszłości dzięki muzyce".

Giovanni Antonini z solistami - od lewej: Julia Lehzneva, Anet Fritsch, 
Lucile Richardot, Krystian Adam Krzeszowiak, koncert " Triumf Czasu",
fot. Karol Adam Sokołowski/NFM


Triumf  Händla


Na początek Festiwalu Wratislavia Cantans zabrzmiało oratorium Georga Friedricha Händla: "Triumf czasu i prawdy", tak bowiem brzmi ostateczny tytuł kompozycji napisanej w trzech różnych wersjach na przestrzeni pięćdziesięciu lat twórczości kompozytora. I to właśnie ten utwór, wraz z oratorium "Izrael w Egipcie", był prawdziwą perłą tegorocznego festiwalu, którego charakter był wszakże w zamyśle jego twórcy Andrzeja Markowskiego oratoryjno - kantatowy.

Händel stworzył własny rodzaj oratorium, który zwykł nazywać "a sacred drama", a który był w istocie wielkim dramatem biblijnym, mającym w sobie niekiedy patos antycznych tragedii. Koncepcja oratorium, świadomość, czym ma być ta forma, dojrzewała w wyobraźni Händla stopniowo, nakładając się na ostatnią fazę aktywności operowej kompozytora. Punktem zwrotnym okazał się przełom 1738/39 roku, kiedy to powstały dwa wielkie oratoria: "Saul" oraz "Izrael w Egipcie", diametralnie odmienne, jak gdyby ich autor chciał wypróbować różne sposoby podejścia do Biblii. 

Pierwsze oratorium Händla, skomponowane wiosną 1707 roku do włoskojęzycznego libretta kardynała Benedetto Pamphiliego nosiło tytuł "Czas i Rozczarowanie" i chociaż zostało skomponowane przez młodego twórcę, dostrzeżemy w nim zalążki geniuszu, a także niewyczerpane źródło pomysłów, do których kompozytor wielokrotnie później sięgał. Jedno jest pewne, że bez tej i kolejnych wizyt w Italii twórczość i kariera Händla potoczyłaby się zupełnie inaczej, ale przecież wielu twórców migrowało do tego kraju, nie osiągając tak wspaniałych rezultatów. Zresztą, ostatecznie Händel został uznany narodowym kompozytorem ... Anglików. 

"Triumf Czasu": od lewej  Stefano Barneschi (skrzypce) i Anet Fritsch (sopran, Piękno),
fot. Karol Adam Sokołowski/NFM

Dwuczęściowe oratorium miało swoją premierę latem 1707 roku w Rzymie. Jedną z jego słynnych arii jest "Lascia la spina, cogli la rosa" (Zostaw cierń, weź różę), przekształconą później w "Lascia ch'io pianga" (Zostaw mnie, abym płakał) w operze "Rinaldo". Dzieło zostało poprawione i rozszerzone do trzech części w marcu 1737 roku, zmieniono również jego tytuł na "Triumf Czasu i Prawdy". Händel mieszkał w tym czasie w Anglii i wystawiał anglojęzyczne oratoria i opery włoskie. Premiera tej wersji odbyła się 23 marca, w następnym miesiącu doczekała się trzech kolejnych wykonań, a wznowiono ją w 1739 roku. W marcu 1757 roku, być może bez większego zaangażowania niewidomego już i starzejącego się Händla, oratorium zostało jeszcze bardziej rozbudowane. Libretto zostało przetłumaczone na język angielski, prawdopodobnie przez ostatniego librecistę kompozytora, Thomasa Morella, podczas gdy John Christopher Smith Jr. prawdopodobnie skomponował partyturę. Chociaż "Jefta" (1751) jest uważany za ostatnie oratorium kompozytora, to trzecia wersja Il trionfo pojawia się później. Takie to były losy pierwszego oratorium Händla...

"Triumf Czasu", od lewej: Lucile Richardot (mezzosopran, Prawda), Krystian Adam Krzeszowiak (tenor, Czas), fot. Karol Adam Sokołowski/NFM

"Triumf czasu i prawdy" ma formę moralitetu: upostaciowane w nim Piękno i Przyjemność zostają skonfrontowane z Czasem i Prawdą. Można by powiedzieć za Freudem, że obrazują pewne etapy rozwoju człowieka, począwszy od okresu narcystycznego, kiedy to skupia się on na sobie – na własnych potrzebach i przyjemnościach, sprawach zewnętrznych, z pominięciem duchowych. Taka postawa prowadzi donikąd, jak usiłuje to w oratorium uświadomić Prawda, bez której człowiek żyje złudzeniami i nigdy nie osiągnie prawdziwej dojrzałości. Ta zaś polega na przyjęciu do świadomości, że istnieją nie tylko przyjemności, ale również cierpienie – bez jego doświadczenia i przyjęcia człowiek nigdy nie stanie się sobą i nie osiągnie prawdziwej wewnętrznej wolności. Uświadamia to także upostaciowany Czas, któremu wszystko podlega. Prawdziwe szczęście (pełnię) osiąga człowiek dopiero w obecności Boga, gdzie Czas nie ma już nad nim władzy. Część III oratorium ukazuje dramatyczną walkę Piękna z samym sobą. Pomimo uświadomienia sobie, że piękno duchowe jest nieprzemijające, ciągle jednak kuszone jest przez Przyjemność, będącą personifikacją "rozkoszy ziemskich", by użyć tytułu obrazu Hieronima Boscha. Ostatecznie jednak Piękno zwycięża, a Prawda i Czas triumfują.

"Triumf Czasu", od lewej: Stefano Barneschi (skrzypce) i Anet Fritsch (sopran, Piękno), 
fot. Karol Adam Sokołowski/NFM

Dramat na dwa soprany, mezzosopran i tenor został zaprezentowany we Wrocławiu przez znakomitych wykonawców: rolę Piękności (Bellezzy) zaśpiewała niemiecka śpiewaczka operowa Anet Fritsch, jako Przyjemność (Piacere) wystąpiła znana i lubiana Julia Lehzneva, partie Prawdy wykonała francuska mezzosopranistka Lucile Richardot, a w roli Czasu wystąpił Krystian Adam Krzeszowiak. Solistom towarzyszył zespół Il Giardino Armonico pod dyr. Giovanniego Antoniniego. Choć bardzo cenię sobie Julią Lehznevą i zazwyczaj piszę o niej entuzjastycznie, jej występ mnie tym razem rozczarował. Artystka wpadła w manierę śpiewania "na pokaz", słabo interpretowała tekst, gdy tymczasem po dojrzałej już wykonawczyni można by tego oczekiwać... Natomiast od pierwszej arii zawojowała mnie Lucile Richardot – piękny mezzosopran o ciemnej barwie (śpiewa także kontraltem i altem), artystka świadoma tego, o czym śpiewa, znakomicie interpretująca tekst libretta. Towarzyszący jej w roli Czasu Krystian Adam Krzeszowiak, dysponujący pięknym tenorem lirycznym, tym razem pokazał swój talent dramatyczny, wyróżniał się także sposobem interpretacji tekstu. 

Koncert "Izrael w Egipcie": Vaclav Luks z Collegium Vocale 1704, fot. Sławek Przerwa

Drugim oratorium Händla, które zaprezentowano podczas tegorocznego Festiwalu Wratislavia Cantans, było dzieło napisane w 1739 roku dla londyńskiego King's Theatre: "Izrael w Egipcie". Wykonał je znakomity Václav Luks ze swoim zespołami Collegium Vocale 1704 oraz Collegium 1704 i równie interesującymi solistami. Charakteryzuje je bogaty skład orkiestry (z trąbkami, rogami, puzonami, kotłami), która staje się głównym medium w jego odkrywczym malarstwie dźwiękowym. To także znakomite sceny realistycznie: oddane wodne kataklizmy (z potężną wizją przejścia przez Morze Czerwone), a chór zaś bierze żywy udział w akcji jako lud Izraela.

Premiera "Izraela w Egipcie" odbyła się 4 kwietnia 1739 roku w londyńskim King's Theatre. Oratorium nie było początkowo dobrze przyjęte przez publiczność, choć zostało pochwalone w "Daily Post". Drugie wykonanie zostało skrócone i ten głównie chóralny utwór został wzbogacony o arie w stylu włoskim. Komponując oratorium "Izrael w Egipcie", Händel przetwarzał muzykę ze swoich wcześniejszych kompozycji, a także szeroko korzystał z muzycznej parodii, czyli przerabiania muzyki innych kompozytorów, co było jego częstą praktyką. W swojej skróconej dwuczęściowej formie "Izrael w Egipcie" był bardzo popularny w XIX wieku dzięki partiom chóralnym. Począwszy od nagrania Johna Eliota Gardinera z 1978 roku, wiele współczesnych wykonań tego utworu wykorzystuje oryginalną, trzyczęściową wersję Händla. Podczas wrocławskiego koncertu, zatytułowanego "Exodus", zaprezentowano wersję dwuczęściową, którą wieńczy "Pieśń Mojżesza" po przejściu Izraelitów przez Morze Czerwone.

Koncert "Exodus", na pierwszym planie: Helena Hozová i Tereza Zimková (soprany),
fot. Sławek Przerwa

Tekst oratorium czerpie ze starotestamentalnej Księgi Wyjścia oraz Księgi Psalmów. Jego treść dotyczy historii Izraela, który zamieszkał w Egipcie w czasach wielkiego głodu, gdy drugą osobą w państwie był Józef, sprzedany niegdyś przez braci kupcom zmierzającym do Egiptu. Po latach zostaje im to wybaczone, a Józef sprowadza do Egiptu całą swoją rodzinę. Gdy jednak umiera, a państwem rządzi inny faraon, niepomny na zasługi Józefa, zaczyna się ucisk Izraelitów. Wreszcie Bóg wysłuchuje ich modlitw i powołuje Mojżesza, by wyprowadził naród z ziemi egipskiej, "domu niewoli". Zanim to się stanie, Bóg zsyła na Egipt dziesięć plag oraz dokonuje innych cudów (jak przejście przez Morze Czerwone), mających ukazać jego potęgę. Wydostanie się z niewoli jest początkiem długiej, trwającej czterdzieści lat, drogi do Ziemi Obiecanej, podczas której Bóg towarzyszy swojemu ludowi, zawiera z nim przymierze, a także obdarowuje przykazaniami, które mają go uchronić przed zniewoleniem grzechami. Chodzi bowiem także o wewnętrzną wolność od rozmaitych niedobrych przywiązań, a uwolnienie od nich jest długim i żmudnym procesem, dlatego Izraelici wędrują tak długo, choć pustynia nie jest przecież wielka. 

Koncert "Exodus", Krystian Adam Krzeszowiak (tenor)

Na początku I części oratorium Izraelici opłakują śmierć swego dobroczyńcy Józefa, Izraelity, a zarazem ulubionego doradcy faraona, króla Egiptu. Po nich następują czasy wzmożonego ucisku. Jest to wyjątkowo dramatyczna partia utworu, w której dominuje chór i orkiestra, odmalowując kolejne plagi spadające na Egipt, po których  następuje przejście przez Morze Czerwone. Na końcu następują dramatyczne wydarzenia: morze powraca na swoje miejsce i otchłań pochłania wojska egipskie ścigające Izraelitów. Po tych wypadkach świętują wyzwolenie. Następuje seria radosnych refrenów, a całość kończy się solowym sopranem i chórem oznajmiającym, że "Pan będzie królował na wieki wieków" oraz że "konia i jeźdźca jego wrzucił do morza". Śpiewom przewodzi prorokini Miriam, siostra Mojżesza i Aarona, a za nią podążają kobiety, tańcząc i grając na bębenkach. 

W interpretacji zespołu Collegium 1704 i Collegium Vocale 1704 Václava Luksa oratorium zabrzmiało niezwykle pięknie i podniośle. Nieliczne pojedyncze głosy: Krystian Adam Krzeszowiak (tenor), Benno Schachtner (kontratenor),  Tomáš Šelc i Tadeáš Hoza (basy), Helena Hozová i Tereza Zimková (soprany) splatały się z partiami chóralnymi. Siłą tego koncertu było doskonałe wyważenie proporcji pomiędzy śpiewem a brzmieniem orkiestry. Nic zatem dziwnego, że spotkał się on z wielkim aplauzem publiczności. 

Dodajmy, że Händel pojawił się także podczas 48 Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej, kiedy to wraz z Orkiestrą Festiwalową pod batutą Andrzeja Kosendiaka wykonano arie i duety z "Almiry". Okazuje się, że kompozytor ten daje rozliczne możliwości, zarówno wytrawnym interpretatorom muzyki dawnej, jak też początkującym śpiewakom.


A jeżeli nie Händel, to kto?

Chociaż Händel triumfował na tegorocznym Festiwalu Wratislavia Cantans, wspaniałych koncertów było więcej. W swojej relacji nie mogę pominąć co najmniej trzech z nich: "Hommage à Markowski", poświęconemu twórcy Wratislavia Cantans, "Głos zmian" z kompozycjami Mykoły Dyleckiego oraz "Nowe początki", które zwieńczyły tegoroczny festiwal.

Yaroslav Shemet podczas koncertu "Hommage à Markowski", fot. Sławek Przerwa


Góreccy - trwałość pamięci

Pierwszy z nich, poświęcony pamięci Andrzeja Markowskiego, wypełniła muzyka Henryka Mikołaja Góreckiego i jego syna - Mikołaja Piotra, a wykonała Orkiestra i Chór Filharmonii Śląskiej w Katowicach pod dyrekcją Yaroslava Shemeta, z udziałem solistów: Izabeli Matuły (sopran) oraz Adama Kutnego (bas). Był to wybór wysoce przemyślany, Andrzej Markowski bowiem najczęściej dyrygował prawykonaniami utworów Henryka Mikołaja Góreckiego. Skomponowany w 1987 roku "Totus Tuus" powstał z okazji trzeciej pielgrzymki papieża Jana Pawła II do Polski. Papieska dewiza, kilkakrotnie powtórzona w Jego testamencie, jest cytatem z modlitwy pochodzącej z "Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny" św. Ludwika Marii Grignion de Montfort i była zawołaniem biskupim już w czasach krakowskich. Libretto zostało zaczerpnięte z wiersza współczesnej pisarki Marii Bogusławskiej, w którym podmiot liryczny zwraca się do Matki Boskiej, patronki Polski. Faktura kompozycji wykorzystuje homofonię, aby umożliwić wyraźny głos libretta, a prosta forma chorału powtarza się, aby powoli budować muzyczną afirmację wiary.  Ostatnie kilka minut "Totus Tuus" jest zniewalająco ciche. W końcowych taktach jest już tak cicho, że ledwo słychać słowa. Efekt tej "szeptanej modlitwy" chwyta za serce i słuchacz rzeczywiście staje się "cały Twój"...

Z kolei wcześniejszy, bo powstały w 1971 roku, Ad Matrem na sopran, chór mieszany i orkiestrę op. 29, dedykowany pamięci matki kompozytora, nawiązuje do motywu Stabat Mater. Język muzyczny utworu cechują niezwykle ostre kontrasty dynamiczne. Początek, w którym narasta dźwięk bębnów, do którego dołączają wysokie dźwięki trąbek, sprawia słuchaczom niemal fizyczny ból, zaś następujące po nich delikatne partie skrzypiec  brzmią jak płacz... Wreszcie następuje stonowany lament głosu solowego (Mater mea, lacrimosa dolorosa), który wraz z towarzyszącymi mu instrumentami i chórem składają się na spójny i bardzo emocjonalny obraz muzyczny. Arcydzieło! 

Izabela Motuła (sopran), fot. Sławek Przerwa

Dojmujące wrażenie zrobiła na mnie także kompozycja Mikołaja Góreckiego: 1944 na chór i orkiestrę, zadedykowana Andrzejowi Markowskiemu w setną rocznicę jego urodzin. Rok zapisany w tytule stanowi odwołanie do daty Powstania Warszawskiego, w którym Andrzej Markowski wziął udział jako żołnierz Armii Krajowej. Przed jego wybuchem zaś grywał w stolicy w kawiarni „U Aktorek”, pisał też piosenki i pieśni, które podnosiły na duchu Polaków w okupowanej ojczyźnie. Fragment jednego z tych utworów zacytowany został w finale kompozycji. 

Yaroslav Shemet znany jest wrocławskiej publiczności z kwietniowego koncertu "Reunification", w którym poprowadził NFM Filharmonię Wrocławską. Tym razem było równie wspaniale i  koncert poświęcony Andrzejowi Markowskiemu z pewnością pozostanie w pamięci słuchaczy.

Koncert "Głos zmian", fot. Joanna Stoga/NFM


Nikoła Dylecki – wspólnota muzycznych doświadczeń

Nie sposób nie napisać choćby krótko o innym niezwykłym koncercie, zatytułowanym tajemniczo "Głos zmian", a zawierającym kompozycje XVII-wiecznego ukraińskiego kompozytora i teoretyka muzyki – Mykoły Dyleckiego. Znalazły one znakomitych interpretatorów: Wrocław Baroque Ensemble pod batutą Andrzeja Kosendiaka, entuzjasty kompozytora i inicjatora tego nagrania, które niedawno ukazało się na płytach Narodowego Forum Muzyki, a w dniu koncertu miało swoją premierę. 

Podczas koncertu w Katedrze Prawosławnej pw. Narodzenia Przenajświętszej Bogarodzicy we Wrocławiu zabrzmiał Kanon Zmartwychwstania (którego miałam okazję wysłuchać w październiku ub. roku) oraz Liturgia Rekwialna.  Dylecki był zaznajomiony z osiągnięciami kompozytorów polskich, m. in. Marcina Mielczewskiego i Jacka Różyckiego, do których twórczości się odwoływał, toteż jego kompozycje są w jakiś sposób zbliżone do muzyki polichóralnej tworzonej dla kościoła katolickiego. Kompozytor brał aktywny udział w przeszczepieniu na grunt muzyki cerkiewnej nowych form i technik zapożyczonych z zachodnioeuropejskiej muzyki barokowej.

Artyści pięknie wykonali a capella teksty liturgiczne. Pierwsza część koncertu: Liturgia Rekwialna była podniosłą pochwałą Trójcy Świętej oraz Bogarodzicy. Z kolei część druga: Kanon Zmartwychwstania zabrzmiała radośnie, głosząc zwycięstwo Chrystusa nad śmiercią:

Chrystus powstał z martwych

Chrystus powstał z martwych, śmiercią

podeptał śmierć i będącym w grobach życie dał.

I nam dał żywot wieczny. Kłaniamy się Jego

Zmartwychwstaniu po dniach trzech.

Zaopatrzeni w tłumaczenie mogliśmy delektować się pięknem wielogłosowego śpiewu, konstatując zarazem, że teksty pieśni brzmią znajomo. "Głos zmian" okazał się głosem wspólnym.

Aldona Bartnik (sopran), koncert "Głos zmian", fot. Joanna Stoga/NFM


Czas zatacza koło – "Nowe początki"


Na koniec, w koncercie o znaczącym tytule "Nowe początki,  zabrzmiały utwory Antona Brucknera
Symfonia d-moll WAB 100 „Zerowa” oraz III Msza f-moll WAB 28. Czekaliśmy niecierpliwie na ten koncert, bo po raz pierwszy NFM Filharmonię Wrocławską miał poprowadzić jej nowy dyrektor artystyczny – światowej sławy dyrygent Christoph Eschenbach, urodzony we Wrocławiu (wówczas Breslau) 20 lutego 1940 roku.  Matka artysty, Małgorzata z d. Jaross, zmarła przy porodzie, zaś ojciec Heribert Ringmann (oboje byli muzykami) został wysłany za poglądy antynazistowskie na front wschodni, gdzie zginął. Chłopiec cudem przeżył i został wychowany przez kuzynkę matki Wallydore Eschenbach, której nazwisko przyjął. Dyrygent gościł już we Wrocławiu w 2016 roku. Uczcił wówczas swoje 76. urodziny. Odsłonięto wówczas płytę upamiętniającą ten koncert i osobę maestro Christopha Eschenbacha, inaugurując tym samym na placu przed gmachem NFM Aleję Gwiazd. W ubiegłym roku, koncertem "Kosmogonia", na który złożyły się utwory Krzysztofa Pendereckiego i Ludwiga van Beethovena, otworzył 58. edycję Festiwalu Wratislavia Cantans. Tym razem jednak artysta powrócił do swego rodzinnego miasta w sposób bardziej trwały – jako dyrektor artystyczny NFM Filharmonii Wrocławskiej. Historia zatoczyła koło, stąd tytuł koncertu "Nowe początki".

Christoph Eschenbach podczas koncertu "Nowe początki", fot. Karol Adam Sokołowski/NFM
Na początku zabrzmiała Symfonia d-moll WAB 100 „Zerowa”, skomponowana przez Antona Brucknera w 1869 roku. W 1895 roku Bruckner oświadczył, że symfonia ta jest "gilt nicht" (nie liczy się) i nie przypisał jej numeru. Później, podczas recenzowania swoich symfonii, Brukner na pierwszej stronie napisał "annullirt" ("unieważniony") i zastąpił oryginalne "Nr. 2" symbolem "∅". stąd jest "Zerowa". Symbol "∅" został następnie zinterpretowany jako cyfra zero, a symfonia otrzymała przydomek Die Nullte ("Nr 0"). Cytując Davida Griegela: "Podobnie jak wielu innych kompozytorów, uważam, że Bruckner był po prostu zbyt samokrytyczny, a nienumerowane symfonie są również dziełami godnymi naszej radości". Kompozycja składa się z czterech części: Allegro Andante, Scherzo: Presto – Trio: Langsamer und ruhiger, Finał: Moderato. Ta niedoceniona przez austriackiego kompozytora symfonia jest rzadko wykonywana, tym bardziej więc była to szczególna okazja do jej wysłuchania na żywo, w dobrym wykonaniu wrocławskich filharmoników. Okazało się, że wcale nie jest taka "zerowa"...

Koncert "Nowe początki": soliści, fot. Karol Adam Sokołowski
Drugim utworem Brucknera, wykonanym tego wieczoru na orkiestrę, Chór NFM i solistów: Marisol Montalvo (sopran), Sarah Romberger (mezzosopran), Peter Sonn (tenor), Jan Martiník (bas-baryton), była monumentalna III Msza f-moll WAB 28. 
Po sukcesie Mszy I d-moll w 1867 roku Bruckner otrzymał zlecenie "napisania nowej Mszy dla Burgkapelle". Pierwszą wersję skomponował na przełomie 1867 i1868 roku w Linzu (tuż przed przeprowadzką do Wiednia). Jej premiera (po rozmaitych poprawkach) odbyła się ostatecznie 16 czerwca 1872 roku w Augustinerkirche, pod batutą samego Brucknera. W latach dziewięćdziesiątych XIX wieku kompozytor wciąż poprawiał utwór, wprowadzając bardzo niewiele zmian w partiach wokalnych. Podczas wykonania tej mszy w listopadzie 1893 roku podobno Johannes Brahms "bił brawo [...] tak entuzjastycznie ... że Bruckner osobiście mu podziękował". 

Msza podzielona jest na sześć części: Kyrie – Moderato f-moll, Gloria – Allegro C-dur, Credo – Allegro C-dur, Sanctus – Moderato, F-dur, Benedictus – Allegro moderato As-dur, Agnus Dei – Andante, f-moll przechodzący w F-dur. 

NFM Filharmonia Wrocławska pod dyr. Christopha Eschenbacha,
fot. Karol Adam Sokołowski
Mimo bogactwa instrumentów, wspaniałego jak zawsze Chóru NFM  i pojedynczych głosów solistów, III Msza f-moll Brucknera była dla mnie sporym wyzwaniem. Nie oklaskiwałam jej tak entuzjastycznie jak Brahms 😓 Być może, wychowana na Mszy h-moll Johanna Sebastiana Bacha, pozostaję głucha na romantyczne (czytaj: nowatorskie) potraktowanie tego tematu. Nie mniej uważam, że koncert wieńczący tegoroczną Wratislavię, miał swoją moc i pozytywne przesłanie. W niespokojnym świecie ciągłych wojen, powodzi i innych kataklizmów dawał nadzieję, że muzyka potrafi ocalić to, do dla człowieka najważniejsze i dać mu nadzieję na lepszą przyszłość. 

Urodziny Zofii Kossak w Górkach Wielkich

9 i 10 sierpnia w ruinach Dworu Kossaków znów będzie gwarno, jak dawniej, kiedy do Górek Wielkich zjeżdżali się m.in.: Maria Dąbrowska, Wańk...

Popularne posty