Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Kuźniar, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Kuźniar, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty

środa, 5 lutego 2025

"Niewidzialny chłopiec"T. Karpowicza: Utkany ze słów /recenzja teatralna/

Najważniejsze w spektaklu Tymoteusza Karpowicza: "Niewidzialny chłopiec" jest słowo mówione, śpiewane, a także wyjąkane, wykrzyczane, zniekształcone. Aktor zaś jest niczym instrument w jazzowej orkiestrze.

"Niewidzialny chłopiec" w reż. Weroniki Szczawińskiej, fot. Elżbieta Kozak

Był cudownym chodzącym mitem. Postacią niezwykle enigmatyczną - możemy przeczytać w książce Joanny Roszak "W cztery strony naraz... Portrety Karpowicza". Mówił, że zasadzenie jednej rośliny jest warte więcej niż tysiąc słów. Dla niego ogród był rzeczywiście wart tysięcy słów [...]. Panowała w nim obfitość, rośliny przerastały dom, wchodziły do wnętrza oknami. W ogrodzie było jego amerykańskie Wilno, jego wiersze, jego wszystko.

"Portrety" to czwarta publikacja dotycząca Tymoteusza Karpowicza, wydana we wrocławskim wydawnictwie Biuro Literackie (po książkach "Małe cienie wielkich czarnoksiężników", "Mówi Karpowicz" i "Podziemnie wniebowstąpienie"). Biuro Literackie opublikowało ponadto czterotomowe wydanie "Dzieł zebranych" pisarza.  

Od paru lat również Wrocławski Teatr Współczesny przywraca pamięć o twórczości Tymoteusza Karpowicza - poety, prozaika i dramaturga przez wiele lat związanego z Wrocławiem.  W ramach rozłożonego na lata projektu w 2013 roku swoją prapremierę miało słuchowisko "Dźwiękowy zapis doliny",  transmitowane przez Radio Wrocław oraz zdarzenie teatralne według poematu "Odwrócone światło" - obydwa w reżyserii Weroniki Szczawińskiej. Ona też jest autorką adaptacji i reżyserką najnowszego spektaklu na podstawie nigdy niepublikowanego i niewystawianego utworu Tymoteusza Karpowicza -"Niewidzialny chłopiec". Tekst powstał w 1968 roku, ale - zatrzymany przez cenzurę - dopiero teraz ujrzał światło dzienne. To w istocie bardzo ryzykowne, ale i pociągające sięgnąć po dramat, który został napisany w innych okolicznościach, w rzeczywistości tak odległej. A jednak dostrzegamy konsekwencję reżyserki, która w wywiadzie dla "Didaskaliów" w 2010 roku powiedziała coś, co dotyczy również tego spektaklu:

Tekst jest zawsze pretekstem, figurą, do której trzeba podchodzić anarchistycznie. Słowo ma przede  wszystkim swój wymiar fizyczny, performatywny. Intrygują mnie formy dane, rozpoznawane, zderzone z żywym ciałem aktora, spoconym, zmęczonym, sapiącym.

Niewidzialny Chłopiec jako projekcja ukrytych pragnień 

Spektakl fabułę ma konwencjonalną. Przy rodzinnym stole zbiera się wielopokoleniowa rodzina i jej gość - Doktor. Do stołu usługuje Służąca. "Rozmowy przy stole" są banalne, co podkreślić ma "rozbijanie" słów, ich przeciąganie, przeinaczanie i zderzanie. Spotkanie jest bowiem pustą konwencją, konwencją w pewnym sensie teatralną, sztuczną. Nikt nie wyraża siebie "naprawdę", rozmowa i jedzenie również są "na niby". Podobnie jak pozowanie do "rodzinnych fotografii".

"Niewidzialny chłopiec", fot. Bartek Warzecha

Ową sztuczność przerywa pojawienie się Niewidzialnego Chłopca. Odtąd postacie pojawiają się na scenie pojedynczo, wygłaszając/wyśpiewując swoje monologi niejako "w relacji" z owym niewidzialnym. Jak w "Iwonie" Gombrowicza, odsłaniają swoje intymne myśli, pozostając zawsze "wobec" tajemniczej postaci. Jednocześnie są śledzone przez pozostałych. Płynący stąd przekaz brzmi zupełnie współcześnie: rodzina, relacje międzyludzkie, słowo - zostały pozbawione tradycyjnych znaczeń. Stały się pustosłowiem, formą bez treści, ograniczającą ludzi i odbierającą im wolność, możność bycia sobą. 


 Spektakl jak jam session


Spektakl Weroniki Szczawińskiej ma oszczędną, a zarazem interesującą formę. Funkcjonalna scenografia i jednobarwne kostiumy Natalii Mleczak przypominają sztukę minimalistyczną. W tej zaznaczonej zmiennym oświetleniem przestrzeni można bez trudu przywołać w wyobraźni rodzinne przyjęcie, niebo z gwiazdami, drzwi, kanapkę lekarską.... Czerwone kostiumy Państwa i żółty Służącej dopełniają się i komponują na różne sposoby. 

Jerzy Senator (Ojciec), Ewelina Paszke-Lowitzsch (Matka), fot. Bartek Warzecha

Ale najważniejsze w tym spektaklu jest słowo mówione, słowo śpiewane, a także... wyjąkane, wykrzyczane, zniekształcone. Skojarzenie spektaklu z jam session nie jest wcale pozbawione racji. Oto najpierw pojawia się "temat", który podejmują wszyscy, tworząc wokół stołu rodzaj grającej jakiś standard orkiestry jazzowej. Poszczególni aktorzy wykonują najpierw krótkie solówki, a potem następuje szereg improwizacji, które są długimi indywidualnymi występami przed publicznością. Aktor w tym przedstawieniu jest jak instrument. Wydaje z siebie różne dźwięki, posługując się m.in. mikrofonem, który służy nie tylko wzmocnieniu głosu, ale przede wszystkim jego deformacji. Jedyną osobą, która milczy, jest Służąca. Wszyscy jednak nieustannie się do niej zwracają i czegoś od niej chcą. Jest poniekąd ośrodkiem tej kompozycji.

Ewelina Paszke-Lowitzsch (Matka), fot. Bartek Warzecha

Brawa należą się aktorom, którzy nie tylko grają, ale także śpiewają bluesy (Matka – Ewelina Paszke-Lowitzsch, Córka – Anna Kieca), brzmiące egzotycznie pieśni (znakomity, jak zawsze, Zdzisław Kuźniar - co za głos!), znakomicie interpretując ten trudny, lingwistyczny tekst. 

Przedstawienie "Niewidzialny Chłopiec" w reżyserii Weroniki Szczawińskiej miało prapremierę we Wrocławskim Teatrze Współczesnym 14 lutego 2015 roku.

Recenzja ukazała się na portalu Kulturaonline 25 lutego 2015 roku.

środa, 1 września 2021

JA, FEUERBACH. Benefis Zdzisława Kuźniara

Monodram w wykonaniu Zdzisława Kuźniara "Ja, Feuerbach"  zostanie zaprezentowany z okazji 90. rocznicy urodzin aktora oraz 60-lecia pracy 4 i 5 września na Dużej Scenie Wrocławskiego Teatru Współczesnego. 


Sztuka autorstwa niemieckiego dramatopisarza i reżysera Tankreda Dorsta. Została napisana w 1986 roku i od początku wzbudzała zainteresowanie najwybitniejszych aktorów. Zdzisław Kuźniar w spektaklu "Ja, Feuerbach" przedstawił dramat wybitnego, ale już leciwego aktora, który po wielu latach przerwy postanowił wrócić na scenę. Feuerbach, zapomniany aktor, przybywa na spotkanie z reżyserem. Chce zawalczyć o rolę, która pozwoli mu na nowo zaistnieć w teatrze oraz w świadomości ludzi. Ta sceniczna kreacja ma dla Zdzisława Kuźniara bardzo osobisty wymiar, jego monolog bowiem stał się ważnym głosem w dyskusji o kondycji polskiego aktora.

Zdzisław Kuźniar w monodramie Ja, Feuerbach, fot. M. Szwed, 2013

Zdzisław Kuźniar – aktor teatralny i filmowy, w teatrze zadebiutował w 1955 roku, na scenie Teatru Dramatycznego w Poznaniu. Od 1961 r. aktor Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Współpracował m.in. z Andrzejem Witkowskim, Helmutem Kajzarem, Kazimierzem Braunem, Jerzym Jarockim, Krystyną Meissner, Piotrem Cieplakiem, Janem Klatą. Zagrał ponad dziewięćdziesiąt ról teatralnych na scenach Poznania, Gdańska i Wrocławia. W ostatnich latach występował w Niewidzialnym chłopcu, reż. Weronika Szczawińska, Garniturze Prezydenta, reż. Cezary Iber oraz Pidżamowcach, reż. Marcin Liber. 

Z okazji jubileuszu czterdziestolecia pracy scenicznej otrzymał nagrodę Komisji Kultury i Nauki Rady Miasta Wrocławia „Bene merentibus” (dobrze zasłużonym). Odegrał ponad sto czterdzieści ról filmowych. Współpracował z takimi reżyserami jak: Stanisław Lenartowicz, Andrzej Wajda, Janusz Kondratiuk, Waldemar Krzystek, Radosław Piwowarski, Juliusz Machulski. Zagrał m.in. w Wilczych echach, Jak rozpętałem II wojnę światową, Ziemi obiecanej, Va banque. Występował również w serialach telewizyjnych. 

Realizatorzy:

REŻYSER I AKTOR: Zdzisław Kuźniar

AUTOR: Tankred Dorst

PRZEKŁAD: Jacek St. Buras


Ja, Feuerbach. Benefis Zdzisława Kuźniara - trailer

informacja prasowa


piątek, 8 grudnia 2017

Chęciński wśród samych swoich /relacja/

17 marca 2015 roku w Dolnośląskim Centrum Filmowym odbyła się uroczystość związana z 85. rocznicą urodzin Sylwestra Chęcińskiego. Były życzenia, gratulacje, wspomnienia aktorów, a także film o jubilacie i promocja poświęconej mu monografii.

Andrzej Dębski, Sylwester Chęciński i Rafał Bubnicki, fot. B. Lekarczyk-Cisek
Dla mnie było szalenie ważne, abym nauczył się opowiadać bajki. Wszystkiego, co było nowe, nie szukałem w bajce, ale w sposobie opowiedzenia o tym. Starałem się, żeby to opowiedzieć tak, aby zafascynować -  wyznał reżyser na początku filmu "Rozmowa kontrolowana z Sylwestrem Chęcińskim" w reżyserii Jarosława Marszewskiego. W filmie jego bohater opowiada o swoim dzieciństwie, o ważnych dla jego rozwoju postaciach ze świata filmu: Stanisławie Lenartowiczu i Andrzeju Wajdzie. Opowiadają o nim zarówno jego mistrzowie, jak też aktorzy, z którymi pracował: wyżej wymienieni, Anna Dymna, Ilona Kuśmierska, Marek Kondrat, Stanisław Tym, Jan Nowicki... 

Sam reżyser żartobliwie zauważył, że film jest magią i potęgą, co dało się zauważyć po seansie "Rozmowy kontrolowanej...", pokazującej portret wybitnego reżysera. Mogę więc robić filmy - dodał - bo on mnie też do tego przekonał. 

Wśród samych swoich

Również w Dolnośląskim Centrum Filmowym nie zabrakło aktorów, którzy zagrali w filmach Chęcińskiego. Współpracę z nim wspominali m.in. Ilona Kuśmierska (Jadźka z "Samych swoich", Jerzy Janeczek (Witia), Irena Karel, Zbigniew Zamachowski, Teresa Sawicka, Małgorzata Potocka i Zdzisław Kuźniar. 

Opowiadali smakowite anegdoty z planów filmowych, w czym dzielnie sekundował im sam Jubilat. Małgorzata Potocka, która debiutowała u Chęcińskiego w filmie "Legenda", podkreślała, że zetknięcie z nim na początku drogi aktorskiej było dla niej wielkim wydarzeniem i że rzadko spotyka się reżyserów, którzy tak wspaniale pracują z aktorem. A przy tym jest to człowiek niezwykłej klasy i bardzo skromny - dodała. 

Zbigniew Zamachowski również ciepło wspominał współpracę z Chęcińskim przy realizacji filmu "Przybyli ułani", a przy okazji opowiedział związaną z tym anegdotę. Wynikało z niej, że robienie komedii niekoniecznie jest wesołym zajęciem. Otóż reżyser jest znany ze swojej pedanterii na planie filmowym. Jedną z ról wykonywał nieświadomy niczego Artur Barciś, który przyjechał na Mazury, gdzie kręcono film, pogodny i radosny, sądząc, że "zagra swoje" i jeszcze odpocznie w ładnym otoczeniu. Wieczorem, po dniu zdjęciowym wyjeżdżał kompletnie zdruzgotany, skatowany niemiłosiernie, natomiast reżyser był bardzo zadowolony z całodziennej pracy i wyglądał kwitnąco - opowiadał o pracy na planie Zamachowski.

Chciałam podziękować Bogu, podziękować losowi - powiedziała podczas spotkania Ilona Kuśmierska - że zetknął mnie, taką młodą, osiemnastoletnią dziewczynę, studentkę szkoły teatralnej, z człowiekiem tak prawym, prawdziwym i naturalnym, który tego samego wymagał od aktorów. Prawda na planie była priorytetem.

Sylwester Chęciński monograficznie

Sylwester Chęciński z monografią, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Spotkanie z Sylwestrem Chęcińskim miało swoją literacką pointę. Otóż z okazji jubileuszu ukazała się pełna, obszerna i znakomicie opracowana przez Rafała Bubnickiego i Andrzeja Dębskiego monografia poświęcona reżyserowi. Znajdziemy w niej nie tylko obszernie zarysowaną biografię, ale również - po raz pierwszy! - syntezę twórczości, analizę jego filmów, w tym także mniej znanych niż trylogia "Samych swoich" czy "Wielki Szu". Tom zawiera również kilka rozmów z reżyserem oraz z innymi - o nim. Ponadto zaś autorom opracowania udało się opublikować teksty kolaudacji. Jest także pełna filmografia, spektakle telewizyjne i teatralne opatrzone (auto)komentarzami i  recenzjami. Jak opowiadali autorzy monografii, jej pisanie zajęło im około trzy lata, ale efekt tej pracy jest nie do przecenienia.

Jubileuszowy przegląd filmów Sylwestra Chęcińskiego


Ponadto od 18 do 31 maja trwa w DCF-ie przegląd wszystkich filmów Sylwestra Chęcińskiego. Nie tylko „Sami swoi” (w tym pokazy dla szkół), ale również "Roman i Magda", "Bo oszalałem dla niej", "Historia żółtej ciżemki"... Wstęp wolny za wejściówkami, dostępnymi w kasie kina.  Otwarto też wystawę zdjęć z  planów filmowych Jubilata.

monografia poświęcona Jubilatowi

Artykuł ukazał się na portalu Kulturaonline w marcu 2015 roku.

poniedziałek, 30 października 2017

WROSTJA 2013: Rozważania o sztuce aktorskiej

Tegoroczne, 47.  Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora, skłaniają przede wszystkim do refleksji na temat sztuki aktorskiej i roli teatru. A ponieważ jest to temat niemal nieobecny we współczesnych teatralnych trendach, toteż jemu chciałabym poświęcić swoje pofestiwalowe rozważania.

logo 2013

Odniosę się przy tym do trzech prezentowanych podczas WROSTJA monodramów: Olgierda Łukaszewicza „A kaz tyz ta Polska, a kaz ta”, Zdzisława Kuźniara „Ja, Feuerbach” oraz – w zupełnie innej tonacji – Jerzego Pala „Kolega Mela Gibsona”. 

Polskę współczesną twórzcie („Wyzwolenie”) - Komendant Sceny Narodowej


Olgierd Łukaszewicz w monodramie A kaz tyz ta Polska, a kaz ta, fot.M. Szwed

Cytat z „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego w tytule monodramu Olgierda Łukaszewicza wskazuje na jego problematykę. W istocie spektakl jest inteligentną kompilacją kilku tekstów autora „Wyzwolenia”. Mimo upływu lat, brzmią one niezwykle współcześnie. Dodajmy, że jest to monodram w pełni autorski – Olgierd Łukaszewicz jest autorem scenariusza, reżyserem, odtwórcą głównej roli: Komedianta Narodowej Sceny.  Może należałoby przypomnieć, że „Wyzwolenie” jest – podobnie jak wcześniejsze o rok „Wesele” – diagnozą Polski, brzmiącą nad wyraz aktualnie… Spektakl ukazuje rozpaczliwą sytuację narodu rozdartego, podzielonego na skłócone warstwy, klasy, stronnictwa, ideologie, które zwalczają się nawzajem, lecz nie posiadają żadnego konkretnego programu przemian. Prawda, że brzmi współcześnie? 
Olgierd Łukaszewicz jako Komediant Narodowej Sceny, ubrany w błazeńską czapkę z gazet, którymi usłany jest także stół, sugeruje w ten sposób, jak istotną, a zarazem destrukcyjną rolę odgrywa w życiu Polaków prasa, która „mąci narodową kadź”. Wiersz Wyspiańskiego płynie ze sceny jak potężna fala, która wobec zalewu atakującej nas zewsząd mowy potocznej, często prymitywnej i wulgarnej, działa na widza elektryzująco. Trwający ponad godzinę monodram Olgierda Łukaszewicza, którym artysta uczcił 45-lecie swojej obecności na scenie, widzowie obejrzeli w jakimś niezwykłym skupieniu. Myślę, że wszyscy tęsknimy za takim teatrem, który przemawia do nas dobrym i mądrym ojczystym językiem i mówi o sprawach ważnych dla każdego. Takiego teatru brakuje obecnie na tzw. zawodowych scenach dotkliwie, toteż oklaskom nie było końca.

„Ja, Feuerbach” – dramat starego aktora 


Zdzisław Kuźniar w monodramie Ja, Feuerbach, fot. M. Szwed

Monodram w wykonaniu 82-letniego artysty – Zdzisława Kuźniara – zdaje się być sztuką napisaną właśnie dla starego aktora, zarazem jednak to spektakl wymagający od wykonawcy bardzo wiele, szczególnie jeśli pamiętamy znakomitego poprzednika, Tadeusza Łomnickiego (znacznie wówczas młodszego), który również sięgnął po ten dramat. „Ja, Feuerbach” Tankreda Dorsta jest sztuką, której akcja rozgrywa się na pustej teatralnej scenie: sławny aktor – Feuerbach – chce wrócić do zawodu po latach przerwy spowodowanej załamaniem nerwowym. Przychodzi więc na przesłuchanie, ale zamiast znajomego reżysera, pana Lettau, spotyka jego asystenta, który należy już do innego pokolenia i który zdaje się nie rozumieć problemów naszego bohatera. Stary wrażliwy aktor, pragnący za wszelką cenę powrócić na scenę i obojętny, żeby nie powiedzieć: cyniczny asystent reżysera, będący de facto przedstawicielem „nowego świata”, którego stary człowiek nie jest częścią, lecz raczej przeciwieństwem. Zdzisław Kuźniar zagrał tę rolę wspaniale, ponieważ był prawdziwy – był sobą. Świadczą o tym m.in. cytaty z jego własnych ról, jak choćby rola Kantora ze „Sztukmistrza z Lublina”. Tamten Kuźniar, sprzed wielu lat, śpiewał „Chwalmy Pana” wspaniałym, potężnym barytonem, obecny – nie ma już siły tamtego. Ta konfrontacja z samym sobą jest doświadczeniem bardzo przejmującym, bo dotyczy w gruncie rzeczy każdego z nas… Sam aktor zdaje się tak właśnie traktować tę rolę:
"Ja Feuerbach" to nie jest sztuka o aktorze-dziwaku - powiada. To jest sztuka o Nas. Granice szaleństwa są płynne i trudno określić, czyja nadwrażliwość jest kontrolowana. I nie słowa są tu najważniejsze, ale to, czy widz uczestniczy w tym, co dzieje się w człowieku – aktorze po drugiej stronie sceny”.

"Kolega Mela Gibsona”, czyli wieczny aktor 


Jerzy Pal w monodramie Kolega Mela Gibsoba, fot. M. Szwed

Monodram Jerzego Pala również ma charakter autotematyczny, tym razem jednak mamy do czynienia z komedią, miast dramatu. Znakomicie zinterpretowany tekst Tomasza Jachimka żartobliwie, a niekiedy satyrycznie, przedstawia kondycję aktora, który nie może przestać grać, nawet gdy jego jedynym widzem jest … komisarz policji. Przez ponad dwadzieścia lat bohater grał Cyrana de Bergeraca, zażywając przy tym sławy prowincjonalnego aktora (udzielanie wywiadów lokalnym gazetom, rozdawanie autografów, chałtury dla Polonii itd). Ostatecznie dyrektor teatru pozbywa się tego „aktora jednej roli” i wtedy okazuje się, że nasz bohater bez grania żyć nie umie i nie może. Postanawia więc zrealizować samodzielny i dający pieniężne profity „projekt” (jakbyśmy to dziś określili), a mianowicie… postanawia zagrać napaść na kantor. Układa (z trudem) scenariusz swojej roli, ćwiczy regularnie i do bólu, wreszcie – pełen tremy (jak każdy aktor przed wyjściem na scenę) wchodzi do kantoru i wypowiada sakramentalne „To jest napad”. I cóż się okazuje? Kiedy zwątpił, czy ktoś go jeszcze pamięta z teatralnych ról, kasjerka w kantorze wyznaje mu, że kochała się w nim będąc podlotkiem, gdy grał rolę de Bergeraca. Na takie dictum nasz wzruszony artysta obdarza ją obszerną dedykacją na swoim zdjęciu, podczas gdy ona pakuje walutę do jego kufra. Reszty można się domyślić. Jerzy Pal – aktor o emploi Szwejka – fantastycznie i jak kameleon przedzierzgał się w rozmaite role, zabawnie je przy tym komentując. I mimo iż publiczność, w tym niżej podpisana, śmiała się do rozpuku, przez cały czas trwania sztuki pozostaliśmy w przeświadczeniu, iż jej komediowa powierzchnia skrywa wiele mądrych obserwacji dotyczących zawodu aktora.

Pozostaje wyrazić wdzięczność Organizatorom WROSTJA oraz ich Gościom za te chwile refleksji i radości, które nam podarowali po raz kolejny. Pozostawili też poczucie niedosytu oraz nadzieję, że za rok aktorzy i prezentowane przez nich monodramy pozwolą na nowo uwierzyć, że teatr nadal jest sztuką, w której chodzi o coś ważnego dla aktora i dla widza.

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu PIK

Monoteatr Wiesława Gerasa /wywiad/

Rozmawiam z Wiesławem Gerasem  – cenionym animatorem kultury, dziennikarzem i działaczem społecznym, związanym przede wszystkim z Wrocławiem...

Popularne posty