piątek, 29 grudnia 2017

Bogusław Klimsa: Jestem wielozawodowcem /wywiad/

Z Bogusławem Klimsą – muzykiem, kompozytorem, reżyserem, autorem widowisk muzycznych – o jego fascynacji jazzem, różnorodnych doświadczeniach zawodowych  oraz o najnowszej książce poświęconej jazzowi we Wrocławiu.

Bogusław Klimsa, prasowe


Barbara Lekarczyk-Cisek:  Ukazała się właśnie unikatowa książka Pańskiego autorstwa – ”Jazz we Wrocławiu 1945 – 2000”. Jakie były początki Pańskiej fascynacji muzyką jazzową?

Bogusław Klimsa: Jako dziecko zostałem w ramach kindersztuby posłany do szkoły muzycznej. Tam spotkałem podobnych jak ja młodych „wariatów” zafascynowanych synkopowaną muzyką. Jazz był wówczas owocem zakazanym, a taki smakuje najlepiej, więc szybko zainteresowałem się nim. W domu był gramofon i do niego mnóstwo szelakowych płyt, głównie z przedwojennymi szlagierami. Były też płyty, moje ulubione, z nagraniami orkiestry Glenna Millera. Słuchałem ich aż do zdarcia.

Początkowo uczył się Pan grać na pianinie, ale potem zamienił instrument na trąbkę. Czy marzyło się Panu, aby być takim muzykiem jak Louis Armstrong?

Armstrong był wtedy nie tylko moim idolem, był dla mojego pokolenia kwintesencją jazzu. Dla mnie i moich kolegów granie jego muzyki stało się bardziej atrakcyjne niż obowiązkowa w szkole nauka muzyki poważnej. A zamiana fortepianu na trąbkę… Może przytoczę znaną anegdotę. Geniusz saksofonu altowego Charlie Parker zaczynał karierę jazzmana jako perkusista. Szybko jednak porzucił perkusję dla saksofonu. Dlaczego? Otóż zanim po koncercie złożył i powkładał w futerały „baniaki”, to koledzy z zespołu już mu wszystkie dziewczyny ”wyjęli”, …. więc zaczął grać na saksofonie.

Czyli zależało Panu na dziewczynach?

A mogło być inaczej ? Wtedy jazzman to był ktoś, a  pozycja frontmana, (mówiąc współczesnym młodzieżowym językiem), zdecydowanie w tym pomagała. Dlatego szybko załapałem się na trąbkę. Może to i dzięki Armstrongowi? Jego śpiew nas fascynował! Był inny: ochrypły, swobodny…wesoły… Słuchając go człowiek czuł się wolnym. Dorosłych przywykłych do „foggowego belcanta”, ten śpiew szokował.

Kiedy znalazł się Pan we Wrocławiu?

Przyjechałem tutaj na studia. Początkowo ”kierowałem się” w stronę Krakowa.  Później jednak wybrałem Wrocław, bo Kraków wydawał mi się miastem ospałym, drobnomieszczańskim. Wrocław natomiast stanowił ludzką zbieraniną z całej Polski, pozbawiony był zapyziałej mieszczańskiej klasy, był miastem młodych, więc znalazłem tu bliski mi klimat. Klimat awangardy. Prawie natychmiast założyłem zespół, a granie i komponowanie stało się dla mnie częścią życia.

A kiedy zajął się Pan dziennikarstwem muzycznym?

Kabaret Ojców; zdjęcie z archiwum Bogusława Klimsy
Jestem wielozawodowcem i lubię pracować. Kiedy brakowało pracy czy też pomysłów w danym obszarze moich zainteresowań, brałem się za coś nowego, innego. Zaczynałem w kabaretach i teatrach studenckich. Jak wielu moich przyjaciół artystów, jestem ”dzieckiem Pałacyku”. Pracowałem w różnych estradach,  akompaniując z własnym zespołem rozmaitym artystom i piosenkarzom. Komponowałem i nagrywałem muzykę do sztuk teatralnych. Byłem kierownikiem muzycznym w Teatrze Lalek. Pisałem muzykę do teatrów pantomimy. We wrocławskiej telewizji etatowo zacząłem pracować pod koniec lat osiemdziesiątych, aż, z czteroletnią przerwą, dotarłem do emerytury, na którą poszedłem w 2004 roku. Stworzyłem ze swoim wspaniałym zespołem imponującą ilość programów, koncertów, filmów – głównie muzycznych. Dziennikarstwo wciągnęło mnie tak bardzo, że zostałem współtwórcą związku zawodowego dziennikarzy. Czy to wszystko miało sens, czas pokaże.

Znalazł Pan jednak inną formę realizacji swoich pasji. Najpierw – z Wojciechem Siwkiem – napisał historię festiwali Jazz nad Odrą. Obecnie zaś ukazała się publikacja – pierwsza z trzech poświęconych muzyce rozrywkowej: ”Jazz we Wrocławiu 1945 – 2000”. Jak powstawała ta prekursorska książka?

okładka książki, Wydawnictwo C2


Banałem jest stwierdzenie, że to lata tworzenia fotograficznej dokumentacji, gromadzenia wycinków prasowych, zapisków i godziny pracy dokumentalisty.  Cieszy mnie, że monografia  "50 lat JnO" została niedawno uhonorowana nagrodą wydawniczą SILESIANA, przyznawaną za publikację, która treścią, osobą autora lub formą edytorską najlepiej promuje Dolny Śląsk i stanowi wizytówkę regionu. 
Ukazujący się właśnie, wydany tak jak poprzednia książka  przez specjalizujące się w tego typu muzycznych pozycjach  wrocławskie wydawnictwo C2 -  ”Jazz we Wrocławiu  1945-2000” - to kolejna praca poświęcona wrocławskiej muzyce, jej historii, ludziom i środowisku. Jest to zarazem tom pierwszy trzytomowego opracowania mojego autorstwa: ”Muzyka  rozrywkowa we Wrocławiu  1945- 2000”. Następny tom, który ukaże się w przyszłym roku, poświęcony będzie muzyce rockowej. Kolejny - piosence estradowej, kabaretom, a także wrocławskim klezmerom  grającym w lokalach gastronomicznych.
”Jazz we Wrocławiu 1945-2000”, w odróżnieniu od wielu  pozycji poświęconych  historii jazzu w Polsce, a także w Warszawie, Krakowie czy Gdańsku,  jest pierwszym takim opracowaniem dotyczącym Wrocławia. Książka zawiera zapis muzycznych dziejów mojego miasta, które stanowią znaczącą część polskiej kultury.

Dziękuję za rozmowę.


Mój egzemplarz książki z dedykacją Autora.


Wywiad ukazał się na portalu Kulturaonline w maju 2015 roku. 


Magdalena Zawartko i Grzegorz Piasecki: Dzielić się muzyką z innymi /wywiad/

Z młodymi muzykami: Magdaleną Zawartko i Grzegorzem Piaseckim  o ich debiutanckiej płycie ”Leć głosie” oraz o  początkach wspólnego grania.

Magdalena Zawartko i Grzegorz Piasecki/z archiwum artystów

Barbara Lekarczyk-Cisek: Jesteście zespołem szczególnym, w którym muzyczne pasje i osobiste związki splotły się w nierozerwalną całość, czego najlepszym, widomym dowodem jest malutki Leoś. Wydaliście na świat także swoją pierwszą płytę: ”Leć głosie”. Jak do tego wszystkiego doszło?

Magdalena Zawartko: Poznaliśmy się w Akademii Muzycznej w 2009 roku, kiedy zaczęłam studiować wokalistykę klasyczną. Grzegorz studiował wtedy kontrabas na II roku Wydziału Instrumentalnego, w Zakładzie Jazzu.
Wychowałam się wprawdzie w domu, w którym były żywe tradycje muzyki klasycznej, rodzice i siostra są bowiem śpiewakami operowymi, mnie jednak pociągała muzyka jazzowa. Studia śpiewu klasycznego miały mi dać dobre podstawy, ale coraz częściej zaczęłam się pojawiać w Zakładzie Jazzu, gdzie poznałam wspaniałych muzyków, dzięki którym odnalazłam się w świecie tej muzyki. Wtedy też poznałam Grzegorza i zaczęliśmy wspólnie muzykować.

Jaki rodzaj jazzu najchętniej Pani wykonywała?

To ewoluowało – na początku śpiewałam swing w Big Bandzie Aleksandra Mazura, a moją ulubioną wokalistką była w tym czasie wspaniała Ella Fitzgerald. Później jednak, poprzez poznawanie innych odmian jazzu, zaczęłam łączyć sztukę improwizacji z różnymi stylami muzycznymi. Nie tylko jazzowymi, ale także z klasyką i muzyką różnych regionów świata, bo oboje z Grzegorzem lubimy poznawać różne kultury. W rezultacie poszliśmy wspólnie w kierunku etnicznym.

Czego przykładem jest Wasza płyta…

okładka płyty Leć, głosie

Tak, każdy utwór, który wykonuję, niesie ze sobą jakąś historię. Z każdym z nich długo się zaprzyjaźniałam, na różne sposoby – były one wykonywane w różnych wersjach i aranżacjach. Kiedy już w nas dojrzały, postanowiliśmy nagrać je na płytę. Chcieliśmy, aby – pozostając utworami klasycznymi – były jednocześnie wyrazem nas samych. Niektóre utwory zawierają temat lub fragment melodii, ale sposób jego ujęcia jest nasz. Czasami oddaliśmy tylko klimat utworu, który stworzyliśmy niemal od nowa, dodając swoje tematy.

A jakie były początki Waszego wspólnego muzykowania?

Początkowo zaczęliśmy od kwintetu, składającego się z muzyków Akademii Muzycznej, z którym graliśmy różnorodny repertuar w różnych projektach. Moment kulminacyjny naszej współpracy miał miejsce w 2012 roku, podczas 42. Festiwalu FAMA w Świnoujściu, na który zostaliśmy zaproszeni przez Włodka Pawlika i Adama Klocka do projektu ”We Are From Here”, którego celem było zaprezentowanie muzyki klasycznej i ludowej w innych, nowych  aranżacjach. Otrzymaliśmy utwór ”Leć głosie po rosie” – na  kanwie kompozycji Karola Szymanowskiego, który mieliśmy zaprezentować we własnej aranżacji. Utwór miał wiele wersji, a ostateczną można usłyszeć na naszej płycie. W końcowym efekcie pozostawiliśmy tylko pierwszy wers, będący naszą inspiracją, a wszystko poza tym zostało zmienione. Dlatego na płycie widnieje informacja, że to moja muzyka i tekst. Mamy piękne utwory w naszej tradycji, o czym często się zapomina, dbamy więc, aby nie poszły w zapomnienie.

Gdzie szukacie inspiracji do Waszych utworów?

Grzegorz Piasecki: Z tym bywa różnie. Na przykład utwór ”Monastyr” czerpie z kultury rosyjskiej. Przed laty uczyłem się grać na harmonii, toteż repertuar akordeonowy był mi znany, a szczególną sympatią darzyłem okres romantyzmu i kompozytorów rosyjskich oraz ukraińskich. Poznałem wówczas utwór Władysława Zołotariewa ”Monastyr Ferapont”, który na całe lata zapadł mi w pamięci. Kiedy więc przydarzyła się okazja, zapragnąłem do niego powrócić. Z utworu oryginalnego zaczerpnąłem cytat, która pojawia się na płycie na początku utworu, natomiast cała pozostała część jest oryginalna. Jako kontrabasista wyznaczyłem sobie dwutaktową frazę, która powtarza się w poszczególnych częściach utworu i wyznacza pewną linię, która jest wyznacznikiem harmonii i melodii. Na tej podstawie budowane są improwizacje, dodane są też głosy…

z nagrodą za Leć, głosie

Magdalena Zawartko: Czerpaliśmy również inspiracje z Pisma Świętego (modlitwa żydowska rozpoczynająca i kończąca płytę), a także z kręgu naszej kultury religijnej, o czym świadczy interpretacja hymnu wielkanocnego "Niech w święto radosne".

(do Grzegorza Piaseckiego) Czy w Pańskiej rodzinie również były tradycje muzyczne?

Nie mam muzycznych korzeni, jak Magdalena, ale bardzo chciałem nauczyć się grać i swoją naukę rozpocząłem od gry na akordeonie. Natomiast zgodnie z rodzinną tradycją ukończyłem studia politechniczne w Łodzi. Jednak w międzyczasie zainteresowała mnie gitara basowa i kontrabas, a w konsekwencji nauczyłem się grać na kontrabasie. Jeździłem na warsztaty, grałem w orkiestrze Politechniki Łódzkiej, której dyrygentem był profesor Akademii Muzycznej. Na warsztatach jazzowych poznałem prof. Jacka Niedzielę, który zachęcił mnie, abym przyjechał na studia muzyczne do Wrocławia. Po ukończeniu studiów politechnicznych zdałem więc pomyślnie egzaminy na Akademię Muzyczną we Wrocławiu i trafiłem na środowisko znakomitych muzyków, dzięki którym mogłem rozwijać swoje muzyczne pasje. Bardzo dużo pracowałem, aby im porównać i obecnie robię studia doktoranckie.

A w którym momencie zaczęliście Państwo grać wspólnie?

Magdalena Zawartko: Zawsze miałam takie ciągoty, aby śpiewać z kontrabasem, szczególnie w duetach. Zaczęliśmy więc dużo grać wspólnie i aranżować utwory jazzowe. Uznałam jednak, że to bardzo trudne, kiedy kontrabas jest podstawą, bo nie ma wypełnienia harmonicznego, a ja prowadzę linię melodyczną. W rezultacie poszukiwań Grześ zaczął wykorzystywać kontrabas także jako instrument harmoniczny. Ja z kolei wykonywałam partie rytmiczne, będąc niejako ”podkładem” dla fragmentów solowych kontrabasu, co było dla mnie bardzo dobrą szkołą dyscypliny rytmicznej. Grześ z kolei musiał dbać o intonację, ponieważ mój głos zawsze podążał za jego dźwiękami. Musieliśmy więc wykonać dużo pracy, aby się dobrze zgrać. A ponieważ jesteśmy ludźmi poszukującymi, którzy pragną się nieustannie rozwijać, doszliśmy do wniosku, że jeżeli taki skład instrumentalny nas rozwija, należy go kontynuować. Wspólne aranżacje dawały nam dużo radości i wtedy zrodził się w nas taki pomysł, że może warto założyć duet. Po raz pierwszy wystąpiliśmy w duecie dwa lata temu, w restauracji państwa Kwiatków, w urokliwych Czterech Porach Roku. Kiedy zagraliśmy pierwszy koncert, miałam ze sobą instrumenty perkusyjne, bo obawiałam się, że wszystkiego we dwójkę nie udźwigniemy. Tymczasem ludzie bardzo dobrze odebrali ten koncert. Twierdzili, że muzyka była trudna, ale bardzo interesująca.

A kiedy zdecydowaliście się nagrać płytę?

Praca nad nagraniem zaczęła się dwa lata temu. Sygnujemy ją naszymi nazwiskami, ale zaprosiliśmy gości, którzy pomogli nam naszą wizję zrealizować. Początkowo miał to być tylko duet, ale postanowiliśmy poszerzyć skład muzyków. Brakowało nam kolorów, masy dźwięku, bo repertuar piosenek jest niezwykle wielobarwny. Zresztą, są na płycie utwory, które mają większy skład wykonawczy, ale są i takie, które gramy i śpiewamy w duecie. Zaproszeni muzycy wnieśli do nagrań coś od siebie, dlatego płyta okazała się w rezultacie tak intrygująca.
Najbardziej zależy nam na tym, aby podzielić się naszą muzyką z innymi.

Życzę sukcesów i dziękuję za rozmowę.


Koncert promujący płytę ”Leć głosie” odbędzie się 12 grudnia 2015 r. w Narodowym Forum Muzyki.

Leć, głosie, official video

Wywiad ukazał się na portalu Kulturaonline w grudniu 2015 roku.

czwartek, 28 grudnia 2017

Pokłon Trzech Króli i Adoracja pasterzy w literaturze i sztuce

Temat Narodzin w ubogiej stajence łączy się często z tematem Adoracji Pasterzy oraz Trzech Króli, zwanych niekiedy magami. Pasterze pojawiają się już na wczesnochrześcijańskich przedstawieniach narodzin Chrystusa, np. na sarkofagach. Przyjrzyjmy się, jak różnorodnie bywa przedstawiany. 


Fra ANGELICO, Adoracja magów, 1423-24, Museo Diocesano, Cortona

W zbiorach Zakładu Narodowego im. Ossolińskich znajduje się bogata kolekcja rękopisów, rysunków  i grafik  o tematyce  Staro- i Nowotestamentowej. Są to wspaniałe miedzioryty niderlandzkie oraz rysunki ze zbiorów Muzeum Książąt Lubomirskich, ponadto piękne stare rękopisy iluminowane oraz całkiem współczesne, jak notatki Romana Brandstaettera do „Kręgu biblijnego” i „Jezusa z Nazaretu” czy rękopis „Pokłonu Trzech Króli” Jana Parandowskiego. W Dziale Starych Druków z kolei znajdziemy wielką obfitość grafik, głównie miedziorytów i drzeworytów, którymi ilustrowano zarówno Biblie, jak też dzieła o ambicjach naukowych, np.  „Physica Sacra” Johanna Jacoba Scheuchzera.

Pokłon Trzech Króli i Adoracja Pasterzy
Temat Narodzin w ubogiej stajence łączy się często z Adoracją Pasterzy i Trzech Króli, zwanych niekiedy magami. Pasterze pojawiają się już na wczesnochrześcijańskich przedstawieniach narodzin Chrystusa, np. na sarkofagach. Występują jako pierwsi reprezentanci wszystkich ludzi, którzy mogą podziwiać i poświadczyć przyjście na świat Zbawiciela. Natomiast przedstawienie pokłonu pasterzy powstało pod wpływem pobożności franciszkańskiej (XIV w.).  Opowieść o mędrcach (magach) ze Wschodu pojawia się w Ewangelii św. Mateusza. Św. Augustyn widział w Trzech Mędrcach pierwszych pogan, którym objawił się Bóg. Jednocześnie przez odniesienie do przepowiedni starotestamentowych stają się oni królami. („I pójdą narody do twojego światła, królowie do blasku twojego wschodu” – Iz 60,3). Pokłon Trzech Króli stanie się popularnym tematem w sztuce romańskiej i gotyckiej, rozwiniętym następnie w sztuce późnośredniowiecznej i w baroku (pod wpływem jasełek). Po ten temat sięgali najwybitniejsi malarze: Leonardo da Vinci, Sandro Botticelli, Pieter Breughel Starszy, Peter Paul Rubens…
Phisica sacra” J.J. Scheuchzera (Augsburg-Ulm 1731/35), ilustracje: Johann Andreas Pfeffel (der Ältere), 
Dział Starych Druków ZNiO

   Znajdujące się w Dziale Starych Druków oprawne w skórę piękne czterotomowe wydanie (1731/35)  „Physica Sacra”  Johanna Jacoba Scheuchzera,  zawiera wiele miedziorytów ze scenami Starego i Nowego Testamentu”, począwszy od Księgi Genesis, na Apokalipsie św. Jana kończąc, również sceny z życia i Pasji Jezusa Chrystusa. Autor – Johann Jacob Scheuchzer (1672-1733) – urodzony w Szwajcarii, syn fizyka, studiował matematykę w Niemczech, po czym wrócił do ojczyzny z tytułem profesora.  Jak wielu naukowców jego czasów, odczytał on biblijną historię Starego Testamentu jako autentyczną, literalną historię Ziemi. Dał temu wyraz właśnie w łacińsko-niemieckiej publikacji zatytułowanej „Physica Sacra”(1728). Autorem ilustracji jest Johann Andreas Pfeffel (der Ältere) (1674-1748).  Wszystkie wyobrażone przez niego sceny otacza rodzaj artystycznej  ramy, zawierającej nie tylko elementy dekoracyjne, ale również figuralne, korespondujące ze scenami w środku.  

Phisica sacra” J.J. Scheuchzera (Augsburg-Ulm 1731/35), ilustracje: Johann Andreas Pfeffel (der Ältere)
Pod każdym takim obrazem znajduje się zaznaczony fragment Pisma Świętego, do którego grafika nawiązuje. W scenie Narodzin  i Pokłonu Trzech Króli – podobnie jak w sztuce niderlandzkiej – widać całe bogactwo obyczajowego tła. Na pierwszym planie – w szopie – Maryja z Dzieciątkiem i św. Józefem. Chrystus jest źródłem światła, pozostali mają aureole.  Jezus w pozycji półsiedzącej (na kufrze podróżnym pokrytym sianem), czule wpatrzony w Matkę, wyciąga ku Niej rączki. Obok nich gotuje się w kociołku jakaś strawa. Na drugim planie – solidny mieszczański dom i postać człowieka niosącego drewno. Trzeci plan – w oddali grupa jeźdźców – to Trzej Królowie. Całość tworzy nie tylko rodzaj Świętej Historii, której poszczególne elementy zostają z sobą powiązane, jest to zarazem obraz niewyidealizowany, lecz w dużej mierze realistyczny – dzięki obyczajowym smaczkom i zastosowaniu kolorytu lokalnego. Autor pozostaje jednak wierny tekstowi biblijnemu, o czym świadczą m.in. wyobrażenia kadzidła, mirry i złota – darów królewskich na ramie obrazu.


Adoracja pasterzy, La Sainte Bible, Paryż 1789-1803, Dział Starych Druków ZNiO
Adoracja pasterzy, La Sainte Bible, Paryż 1789-1803, Dział Starych Druków ZNiO

Zupełnie różne od tego, wyidealizowane ujęcie tematu, odnajdziemy w innym starodruku – XVIII-wiecznej francuskiej Świętej Biblii (La Sainte Bible). Świętej Rodzinie przedstawionej na miedziorycie w nieco teatralnych pozach towarzyszą roje aniołków w chmurkach. Tytułowych pasterzy prawie nie widać, ot, czyjaś głowa z prawej strony, tuż za św. Józefem. Natomiast w scenie pokłonu Trzech Króli Maryja trzyma na kolanach Dzieciątko, które błogosławi przybyłych. W progu można dostrzec ciekawskie twarze sług zajmujących się wielbłądami.


Pokłon Trzech Króli.  Biblia wydana w Amsterdamie przez Jacoba Pietersza  Wachterta w 1643 r.,  z licznymi miedziorytami, mapami i planem Jerozolimy, Dział Starych Druków ZNiO

Bliższy XVII-wiecznym grafikom niderlandzkim jest  Pokłon Trzech Króli w tzw. Biblii Amsterdamskiej, wydanej przez Jacoba Pietersz. Wachtert  w 1643, z licznymi miedziorytami, mapami i planem Jerozolimy. Scena rozgrywa się na pierwszym planie, pośrodku obrazu. Nie ma stajenki. Maria z Dzieciątkiem siedzi przy ruinie starej budowli, która może symbolizować synagogę, a wokół Świętej Rodziny i królów z darami widać tłum ludzi ubranych w XVII-wieczne stroje z epoki. Możemy się domyślać, że sportretowani zostali prawdziwi mieszczanie, którzy w ten sposób uczestniczą w Świętej Historii.


"Icones. Biblicae Veteris et Novi Testamenti". Norymberga 1680, Dział Starych Druków ZNiO

Scenę adoracji pasterzy  można odnaleźć w wielu ujęciach. Jednym z nich jest grafika z "Icones. Biblicae Veteris et Novi Testamenti", wydanej w Norymberdze w 1680 roku, z rycinami (miedzioryt z akwafortą) znanego niemieckiego sztycharza Melchiora Kussela. W centrum sceny znajduje się Matka Boska z Dzieciątkiem, po lewej św. Józef wskazujący na Narodzonego, z obłoku zaś i w  cudownej poświacie widoczne są główki aniołków. Prawą stronę tej sceny wypełnia grupa pasterzy, którzy klęczą i nachylają się nad Zbawicielem. Wśród nich dominuje kobieca sylwetka z dzbanem na głowie i stojący przy niej starzec o lasce. Ich sylwetki dają olbrzymi cień na ścianie. Trudno właściwie o jednoznaczną interpretację tej sceny. Być może oznacza ona, że do szopy przybyli wszyscy: starzy i młodzi, kobiety i mężczyźni. Dotarli tam jakby się zbiegli, z tym, co mieli. Obraz jest  nokturnem, stąd gra światła i cienia.


Nowy Testament to jest Święta Pana Jezusa Christusa Ewangelia" Kraków, drukował Stanisław Scharffenberger, 1568, Dział Starych Druków ZNiO

Adoracja Trzech Króli  w polskojęzycznym starodruku Nowy Testament to jest Święta Pana Jezusa Christusa Ewangelia", drukowanym w Krakowie  przez Stanisława Scharffenbergera w 1568 roku. Uproszczony drzeworyt  ukazuje Matkę z Dzieciątkiem w  architekturze symbolizującej Nowy Kościół. Trzej królowie ubrani w różne szaty, w tym czarnoskóry, oznaczają, że cały świat składa pokłon Dzieciątku, a gest błogosławieństwa oznacza błogosławieństwo całej ludzkości.


Breviarum cum callendario Gallico, Kodeks pergaminowy z XIV w. ,  pisany  w języku  łacińskim,
Dział Rękopisów, Zakład Narodowy im. Ossolińskich

Przepiękna miniatura w brewiarzu z XIV w. przedstawia Matkę Bożą z błogosławiącym Dzieciątkiem siedzących na tronie. Trzej królowie ubrani w szaty czerwone, niebieskie i zielone. W bogatej ornamentyce – ptak (gołąb - symbolizuje Ducha Świętego )  i jeleń (w tradycji chrześcijańskiej był personifikacją Chrystusa, symbolizując zmartwychwstanie, czystość i dobroć).


Pokłon Trzech Króli, Mszał łaciński, kodeks pergaminowy z XIV w., Dział Rękopisów Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Pokłon Trzech Króli z Mszału łacińskiego przedstawia wprawdzie Matkę Bożą z Jezusem w ubogiej stajence, ale zarówno jej wnętrze wyłożone królewską materią, jak również strój NMP – niebiański – wskazują na idealistyczny charakter przedstawienia. Kielich, który podaje Dzieciątku pierwszy Król, a które Ono przyjmuje, jest zarazem kielichem ofiarnym, który w Ogrodzie Oliwnym przyjmuje od Ojca Jezus Chrystus. Na drugim planie  widoczna góra może być Górą Oliwną. Postać Maryi i Jezusa przenika światło gwiazdy betlejemskiej.

Pokłon Trzech Króli stał się inspiracją również dla literatury. Przykładem może być  opowiadanie Jana Parandowskiego, którego autograf  znajduje się w Dziale Rękopisów.


Pokłon Trzech Króli, rękopis Jana Parandowskiego, 
fragment opowieści, 1943, Dział Rękopisów ZNiO

Już ta niewielka ilość przykładów dowodzi, jak inspirująco potrafi oddziaływać taki temat na różne dziedziny sztuki. A choć temat jest jeden i, wydawałoby się, pozornie prosty i jednoznaczny, to sztuka ujawnia bogactwo przesłania jego jawnych i ukrytych treści, za każdym razem wzbogacając nimi odbiorcę.

Boże Narodzenie w literaturze i sztuce

Celem malarstwa religijnego było poznawanie Pisma Świętego, krzewienie wiary, niesienie pociechy duchowej. Czy dziś potrafimy je właściwie interpretować?


Boże Narodzenie, Francesco di Giorgio Martini ( Siena 1439–1501) 


W zbiorach Zakładu Narodowego im. Ossolińskich znajduje się bogata kolekcja rękopisów, rysunków  i grafik  o tematyce  Staro- i Nowotestamentowej. Są to wspaniałe miedzioryty niderlandzkie oraz rysunki ze zbiorów Muzeum Książąt Lubomirskich, ponadto piękne stare rękopisy iluminowane oraz całkiem współczesne, jak notatki Romana Brandstaettera do „Kręgu biblijnego” i „Jezusa z Nazaretu” czy rękopis „Pokłonu Trzech Króli” Jana Parandowskiego. W Dziale Starych Druków z kolei znajdziemy wielką obfitość grafik, głównie miedziorytów i drzeworytów, którymi ilustrowano zarówno Biblie, jak też dzieła o ambicjach naukowych, np.  „Physica Sacra” Johanna Jacoba Scheuchzera.

Sztuki wizualne, obrazujące dzieje Izraela, a także żywot Jezusa Chrystusa, powstawały z myślą o kościołach, klasztorach lub prywatnych miejscach kultu. Do czasów soboru trydenckiego (XVI w.) artyści tworzyli w oparciu o źródła biblijne, a także apokryfy oraz średniowieczne adaptacje i interpretacje Świętej Historii. Po soborze dzieła religijne czerpały natchnienie głównie z Pisma Świętego, a jeśli tego nie czyniły, ich autorzy mieli z tego powodu problemy, czego doświadczył m.in. Caravaggio.
  
Dzięki obrazom osoby nie umiejące czytać poznawały treść Pisma Świętego z obrazów,  miniatur, fresków, rzeźb i innych dzieł sztuki. Celem malarstwa religijnego było zatem poznawanie Pisma Świętego, krzewienie wiary, niesienie pociechy duchowej. W czasach współczesnych znajomość Pisma Świętego, jak i ikonografii (czyli tematu i sposobu jego realizacji), wymaga – jak każda dziedzina – studiowania, dla poznania i głębszego zrozumienia. Bez tej wiedzy człowiek porusza się w obszarze architektury i sztuki religijnej zupełnie nieświadom, jakie niesie ona treści.


Narodzenie



Narodzenie, Mszał łaciński, kodeks pergaminowy z XIV w.Dział Rękopisów Zakładu Narodowego im. Ossolińskich

          Do najstarszych ilustracji przedstawiających życie Jezusa Chrystusa należą rękopisy iluminowane, głównie brewiarze. Miniatura przedstawiająca Narodzenie pochodzi z kodeksu pergaminowego z XIV w. – z Mszału łacińskiego. Składa się on z kalendarza i właściwego mszału zawierającego teksty mszalne na różne święta. Kodeks jest pisany w dwóch kolumnach na stronie i bogato iluminowany  Zawiera też inicjały w kolorze czerwonym, niebieskim i złotym. Szczególną ozdobą są kolorowe miniatury zawierające sceny z życia Chrystusa i świętych. Słowo iluminacja wywodzi się od łacińskiego illuminare (rozświetlać) i pierwotnie oznaczało bogate zdobienie powierzchni kart publikacji złotem. Miniaturą była ręcznie malowana ilustracja lub inicjał w średniowiecznym tekście rękopiśmiennym lub małych rozmiarów malowidło, zazwyczaj portretowe, wykonane na pergaminie, w kości słoniowej, metalu czy porcelanie. Zdobienie książek rękopiśmiennych miniaturami zaczęło się od Karola Wielkiego, który zlecił wykonanie kilku wspaniale iluminowanych łacińskich Biblii. Wysyłał artystów do Rawenny, gdzie mogli studiować chrześcijańskie i bizantyjskie malowidła ścienne i mozaiki, stąd widoczna w tych księgach tradycja bizantyjska, w połączeniu z elementami wczesnochrześcijańskimi, anglosaskimi i germańskimi.

     W scenie Narodzin pochodzącej z Mszału łacińskiego  w centrum obrazu klęczy Matka Boża z pobożnie złożonymi rękami, wpatrzona w Dzieciątko. Za Nią stoi św. Józef. Rysunek nieco uproszczony, natomiast intensywne i symboliczne są kolory: lazur i złoto szat Matki Bożej oraz złota aureola wokół Jej głowy, Dzieciątko nie jest owinięte w pieluszki, jak głosi tekst Ewangelii św. Łukasza, ale nagie, otoczone blaskiem świętości, która spływa z nieba i której źródłem jest także Ono samo. Święty Józef odziany jest w czerwony królewski płaszcz, spod którego widać niebieską szatę. Poza wiatą stajenki, oddzielone płotem, stoją osioł i wół – zwierzęta stanowiące dwa najpopularniejsze motywy apokryficzne towarzyszące narodzinom Jezusa, a będące nawiązaniem do proroctwa Izajasza: Wół rozpoznaje swego pana i osioł żłób swego właściciela (Iz 1,3)

  
Narodzenie, Breviarum cum callendario Gallico, kodeks pergaminowy z XIV w., Dział Rękopisów ZNiO
           Równie piękne, choć nieco odmienne w sposobie przedstawienia Narodzenie zobaczymy na innym kodeksie pergaminowym z XIV w., a mianowicie w Breviarum cum callendario Gallico. Miniatura przedstawiająca Narodzenie ukazuje w centrum  królewskie łoże, na którym spoczywa Dzieciątko w złotej aureoli. Obok łoża klęczy Matka Boża z nimbem świętości, ubrana w królewskie szaty: złoto i błękit. Tren szaty podtrzymuje anioł, drugi klęczy za łożem. Po prawej, na pierwszym planie przykląkł przy Dzieciątku św. Józef ubrany w niebieską szatę, podobnie  jak Maria,  i z pobożnie złożonymi rękami. Taka idealizacja obrazu może sugerować, że „nastało już Królestwo Niebieskie”. Nad tak przedstawioną sceną namalowano Boga Ojca, który – czule uśmiechnięty – błogosławi Syna. W bordiurze uważny obserwator dostrzeże kilkukrotnie powtarzającą się nagą sylwetkę człowieka , po drugiej zaś stronie motywu kwiatowego, który kształtem swym przypomina krzyż, znajdujemy sylwetkę orła. Człowiek, lew, orzeł i wół, oznaczający ewangelistów, symbolizują zarazem osobę Chrystus. Według Grzegorza Wielkiego – wół Jego cierpliwość, lew – Boską moc, orzeł – Jego powrót do nieba, skąd przyszedł. Postać pawia natomiast jest symbolem  nieśmiertelności i życia wiecznego.

Tekst pod miniaturą rozpoczyna ozdobny inicjał „D” (Deus). Całość została ujęta w dekoracyjną bordiurę roślinną, w dominujących kolorach grubo kładzionego złota, niebieskości i czerwieni, które w czasach starożytnych oznaczały bogactwo i królewskość, w przypadku zaś starożytnego Izraela  sugerowały, że Jahwe jest potężnym królem. Stajenka, wół i osioł stanowią dla tej sceny rodzaj tła.


Święta Rodzina


        W zbiorach grafiki Muzeum  Książąt Lubomirskich znajdziemy także  artystycznie dojrzałe i interesujące ujęcia  Świętej Rodziny.   Przedstawienie Świętej Rodziny należało do ulubionych tematów sztuki dojrzałego renesansu. Najwybitniejsi artyści chętnie malowali Maryję z Dzieciątkiem i św. Józefem, dodając często chłopięcą postać św. Jana Chrzciciela. Temat ten pozwalał na ukazanie ciepła wzajemnych relacji, ważności rodziny w kształtowaniu dziecka, ponadto zaś potwierdzał ludzki wymiar Bożego Syna.

Hendrick Goltzius, Święta Rodzina, 1593, miedzioryt ze zbiorów grafiki Muzeum Lubomirskich

Na  XVII-wiecznej grafice Hendrika Goltziusa   przedstawiono Świętą Rodzinę nieco odmiennie niż na  XIX-wiecznym rysunku Cypriana Kamila Norwida. Hendrik Golzius (1558-1617), holenderski rytownik i malarz okresu baroku, autor rycin z serii „Życie Marii”, jak wielu malarzy niderlandzkich i włoskich, wprowadza do biblijnego tematu koloryt lokalny. W centrum przedstawienia znajduje się Matka Boża – oparta o drzewo, boso, w stroju wiejskiej dziewczyny, wpatruje się z uśmiechem w Dzieciątko, które czule przytula Jana Chrzciciela. Nad nimi – św. Józef, który stojąc przy drzewie, pochylony, obserwuje z uśmiechem sielankową scenę. Rozgrywa się ona w ogrodzie przed domem oplecionym bluszczem, który symbolizuje życie wieczne i odradzanie. Umieszczenie postaci w ogrodzie jest zresztą przywołaniem rajskiego ogrodu, Maria bowiem jest Nową Ewą, a Chrystus - Nowym Adamem. Może to być także hortus conclusus – „ogród zamknięty”, jak w wielu przedstawieniach z Maryją. Byłoby to z kolei nawiązanie do Pieśni nad Pieśniami (Ogrodem zamkniętym jesteś, siostro ma, oblubienico, ogrodem zamkniętym, źródłem zapieczętowanym, PnP 4,12). We framudze okiennej – pręgowany kot, często występujący w scenach z Maryją, w sztuce symbol złego ducha, tutaj zdaje się być pozbawiony takich konotacji. W tle – podobnie jak w wielu obrazach renesansowych – swojski krajobraz. Miedzioryt powstał na podstawie projektu z 1593 roku.

Cyprian Kamil Norwid, Święta Rodzina, 1855, rysunek ze zbiorów grafiki Muzeum Książąt Lubomirskich 

     Znacznie późniejszy jest rysunek ołówkiem C.K. Norwida,  powstał bowiem w 1855 roku. Matka Boska z Dzieciątkiem na kolanach siedzi w ogrodzie przed domem, obok Niej mały Jan Chrzciciel, do którego Jezus wyciąga dłoń, pragnąc jakby odebrać mu kielich (męczeństwa?). W lewej ręce Chrystus trzyma nożyce – symbol śmierci w sztuce sepulkralnej. Tutaj jednak może oznaczać, że oto narodził się Ten, który „zerwał pęta śmierci” Z tyłu, po lewej stronie, stoi w progu domostwa św. Anna, z prawej natomiast św. Józef. Szaty dorosłych postaci są obszerne i fałdziste, stylizowane na wschodnie, podczas gdy dzieci zaś są nagie.

Artykuł, w nieco zmienionej postaci, ukazał się w "Nowym Życiu", w grudniu 2010 r.


środa, 27 grudnia 2017

Konrad Jarodzki: Maluję, więc jestem /wywiad/

Z nestorem wrocławskiej sztuki współczesnej, profesorem i wieloletnim rektorem Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, malarzem i architektem Konradem Jarodzkim rozmawiam o jego początkach we Wrocławiu oraz o wystawie jako pamiętniku artysty.

Konrad Jarodzki, z archiwum malarza

Barbara Lekarczyk-Cisek: Pańska obecna wystawa znajduje się w miejscu szczególnym  - na    Dworcu Głównym we Wrocławiu. Czy taka przestrzeń, kojarząca się z podróżą, wywołuje wspomnienia z przeszłości?

Prof. Konrad Jarodzki: Kiedy przyjechałem do Wrocławia w 1949 roku, ten dworzec wyglądał zupełnie inaczej. To była ruina, ale panował niesamowity ruch, ponieważ przyjeżdżali przesiedleńcy ze Wschodu. I ja byłem w tym czasie byłem kimś takim, bo przyjechałem z Lublina. To mi się kojarzy z inną podróżą. Ponieważ mieszkaliśmy w Wolbromiu koło Krakowa, więc kiedy przeszedł front, wracaliśmy do Lublina – rodzimego miejsca – pociągiem  towarowym, z otwartymi drzwiami, zimą. Na środku wagonu leżała blacha, na której paliło się ognisko i wokół niego gromadziliśmy się, żeby się ogrzać. Jechaliśmy bardzo długo, bo priorytet miały pociągi wojskowe. I właśnie z Lublina, po kilku latach, ruszyliśmy na Zachód – do Wrocławia, gdzie rozpocząłem studia architektoniczne.

Dlaczego architekturę, a nie malarstwo?

Ze studiami miałem pewne perypetie, które jednak wyszły mi na dobre. Ponieważ w Lublinie nie było wydziału architektury, zacząłem studiować matematykę, ale kiedy po roku okazało się, że jest możliwość studiowania architektury we Wrocławiu, porzuciłem matematykę. Architekturę studiowałem już konsekwentnie, z tym, że będąc w połowie rozpocząłem równolegle studia w Wyższej Szkole Sztuk Pięknych. Po skończeniu studiów architektonicznych zacząłem pracować w Miastoprojekcie.

Skąd się wzięło u Pana Profesora zainteresowanie malarstwem?

Malarstwem zainteresowałem się jeszcze w dzieciństwie. Dużo wówczas malowałem i miało to związek z czytanymi książkami. Literatura była pierwszym impulsem do wizualnego przedstawiania swoich przeżyć. Malowałem wówczas akwarelami, ale w sposób gwaszowy, rozmaite sceny z ”Ogniem i mieczem” Henryka Sienkiewicza czy ”Popiołów” Stefana Żeromskiego.


Brzmienie V, 1977


Studia malarskie zmieniły jednak Pańskie podejście do tej sztuki.

Studiowałem przede wszystkim różne techniki malarskie, o których nie miałem pojęcia w dzieciństwie. Szkoła była w tym czasie w kiepskim stanie – panowała ciasnota, ale panowała w niej wspaniała atmosfera. Po tych wojennych latach, kiedy normalnej nauki nie było, wszyscy studiowali z entuzjazmem. Sam uczyłem się w czasie wojny z rodzicami w domu. Dopiero kiedy wraz z rodzeństwem znaleźliśmy się w Lublinie, kontynuowaliśmy normalną regularną naukę, ale w systemie przyśpieszonym, starając się nadrobić stracony czas. We Wrocławiu studiowałem w pracowni malarstwa Gepperta razem z Zbigniewem Paluszakiem, Janiną Żemojtel, a wyżej studiowali Józef Hałas, Alfons Mazurkiewicz, Jerzy Rosołowicz. Już po studiach, w 1961 roku zawiązaliśmy słynną grupę artystyczną, która nosiła nazwę Szkoły Wrocławskiej, a po 1967 roku - Grupy Wrocławskiej.

Czy pamięta Pan Profesor swoją pierwszą wystawę?

Pierwszą wystawę miałem wkrótce po ukończeniu studiów w Muzeum Architektury. Zachowały się nawet zdjęcia z tej ekspozycji.

Uczelnia wiele Panu zawdzięcza. Nie tylko prowadził Pan własną pracownię i kształcił pokolenia studentów, ale był także rektorem i rozbudował ją Pan.

W tamtych czasach panowała ciasnota. Kiedy więc uzyskałem fundusze z ministerstwa, zaprojektowałem  rozbudowę uczelni o całe skrzydło od ulicy Purkyniego. Później, po moim odejściu, prace te kontynuowano. Jako rektor niewiele miałem czasu na malowanie, dbałem raczej o kondycję uczelni.


Dwie figury, cykl Figury

Swoje prace wystawiał Pan Profesor w różnych miejscach – w galeriach, muzeach, kościołach (w stanie wojennym). Każda z tych przestrzeni była z pewnością jakąś wartością dodaną i wpływała na odbiór dzieł sztuki. Co Pan o tym sądzi?

Uwarunkowania zewnętrzne miały z pewnością wpływ. Miałem także wystawy za granicą, najczęściej we Francji, w Paryżu, zaproszony przez tamtejszą uczelnię architektoniczną. Kontakty te umożliwił mi mój przyjaciel – Francuz, który studiował we Wrocławiu filologię polską, a później trudnił się przekładami literatury polskiej na język francuski.

Jest Pan Profesor również założycielem pierwszego prywatnego, rodzinnego  biura architektonicznego „ARCHIKOM”. Czy to było trudne, zważywszy, że był to rok 1986?

Rzeczywiście, dzieci poszły w moje ślady. Córka ukończyła studia architektoniczne, zięć również jest architektem, syn ukończył architekturę wnętrz. Gdy założyliśmy pierwsze takie prywatne biuro projektowe, mówiono nam, ze ten eksperyment się nie uda, że zbankrutujemy. Po jakimś czasie okazało się, że zbankrutowały biura państwowe, a prywatne się rozrosły. Eksperyment się powiódł i firma funkcjonuje do dziś.

Erotyk

Wracając do malowania, proszę zdradzić, jak to jest u Pana z tworzeniem – czy to nieustający proces, czy też tematy przychodzą i znikają?

Malarstwo jest profesją, która wymaga nieustannego czuwania, ciągłej pracy. Będąc na oficjalnej emeryturze, maluję nadal, ponieważ artysta nigdy nie jest na emeryturze. Jest wprost odwrotnie – nasiliłem swoją pracę artystyczną, bo trzeba ją wykonywać codziennie. Jeśli chodzi o tematykę, to dla mnie impulsem jest wszystko to, co mnie porusza, co mną wstrząsa. Zaczyna się od tematu realistycznego lub literackiego, a później, w trakcie malowania, technika i poszukiwania formalne biorą górę i obraz staje się niemal abstrakcyjny. Jednak jądro tego tematu, który mnie zainteresował, pozostaje wyczuwalne w obrazie. Podczas malowania to obraz rządzi malarzem, jest czynnikiem wiodącym.

Obecna wystawa, nosząca tytuł ’Impulsy”, jest dość obszerną prezentacją Pańskich prac, począwszy od lat 70. Jaka myśl towarzyszyła Panu podczas selekcji obrazów na tę wystawę?

Impuls jest zawsze na początku, a obraz jest po to, aby wyrazić swój stosunek do tematu. Przykładem może być obraz „Syria”, przedstawiający szare, niespokojne linie, będąc moją reakcją na to, co dzieje się w Syrii.

Widziałam też Pańskie obrazy powstałe pod wpływem tragedii z 11 września, zatytułowane WTC, o podobnie niespokojnych, rozedrganych  liniach…

Również i na tej wystawie pokazany został ten temat. Obrazy moje z tego cyklu nie stanowią ilustracji i fotograficznej wierności tego wydarzenia. Są rodzajem metafory i symbolu. Wyrażają starcie harmonii istniejącej rzeczywistości z destrukcją spowodowaną fanatyzmem i nienawiścią. Malarstwo jest milczeniem, ale może być też krzykiem.


WTC

Czy trudno było podjąć decyzję, które obrazy pokazać na wystawie?

To zawsze jest trudna decyzja – co pokazać, a czego nie pokazywać. Obrazy na tej wystawie ukazują mój stosunek do świata, do tego, co się w nim dzieje. Nie interesuje mnie czysta forma, lecz raczej taka, która wynika z jakiegoś przeżycia. Obrazy zgromadzone na tej wystawie są rodzajem rozliczenia z tego, co się zdarzyło. Postanowiłem pokazać pewne etapy – od najwcześniejszych prac do tego, co najbardziej aktualne. Mógłbym porównać tę wystawę do etiud, które składają się na pewne resumé. Stworzyłem ekspozycję, która jest malarskim pamiętnikiem artysty. Na jej otwarcie przygotowałem taką oto parafrazę: Maluję, więc jestem.

Dziękuję za rozmowę.


Kosmos


Wystawa ”IMPULSY” czynna jest do 8 października w galerii ART MAIN STATON by mia na Dworcu Głównym we Wrocławiu


Konrad Jarodzki, Początek, ze strony internetowej Artysty
Konrad Jarodzki - architekt, artysta malarz

Urodził się w 1927 roku w Zaklikowie. Malarz i rysownik, członek „Grupy Wrocławskiej”.
Ukończył Gimnazjum i Liceum im. Kunickiego w Lublinie, po czym rozpoczął studia na Wydziale Matematyki Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. W latach 1949-1955 studiował na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej, 1955-1958 w PWSSP we Wrocławiu pod kierunkiem Eugeniusza Gepperta. W latach 1957 – 1969 pracował w Miastoprojekt jako projektant. Od 1967 do 971 roku był wykładowcą PWSSP, od roku 1973 st. wykładowcą. W 1976 roku został docentem, a w 1984 i w latach 1992-1999 rektorem tej uczelni. Otrzymał również tytuł profesora zwyczajnego.

Zrealizował wiele projektów architektonicznych – szczególnie w powojennym Wrocławiu. Miał też wiele wystaw malarskich. Jego obrazy znajdują się w kolekcjach muzealnych i prywatnych na całym świecie, m. in. w Muzeum Narodowym w Warszawie, Szczecinie i Wrocławiu, Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Kopernika w Toruniu,  jak również we francuskiej Fundacji  w Vence czy paryskiej Galerii Regas Langroris. Mieszka i pracuje we Wrocławiu. (informacje ze strony mia Art Gallery).

Wywiad ukazał się na portalu Kulturaonline w październiku 2016 roku.

Apocalypsis cum figuris: Drzeworyty Albrechta Dürera ze zbiorów Muzeum Narodowego w Gdańsku

Pełny cykl 15 drzeworytów Albrechta Dürera  można było oglądać do 2 października 2016 r. w gdańskim Muzeum Narodowym. Wśród prezentowanych prac znajduje się także słynna grafika przedstawiająca czterech jeźdźców Apokalipsy.

Dürer, Apocalypse


Od 3 sierpnia do 2 października zaprezentowano w Muzeum Narodowym w Gdańsku wystawę słynnego cyklu drzeworytów Albrechta Dürera: ”Apokalypsis cum figuris”. To już trzecia ekspozycja prezentowana w ramach cyklu ”Między słowami”, w ramach którego demonstrowane są ryciny i rysunki wybitnych artystów różnych epok, będące ilustracjami do wydawnictw literackich i muzycznych.
”Apokalipsa” Albrechta Dürera ze zbiorów Muzeum Narodowego w Gdańsku prezentowana jest w całości po raz pierwszy. Wszystkie eksponowane ryciny są wykonane w warsztacie Dürera. Wskazuje na to papier oraz znaki wodne, jakimi je opatrzono.

Wstrząsnąć ludźmi przed zbliżającym się końcem świata

Bestia z rogami jagnięcia i bestia z siedmioma głowami


Grafiki powstały w okresie przed Reformacją, z jej nabrzmiewającymi w tych czasach konfliktami społecznymi i religijnymi. Miały z jednej strony przemówić do książąt i biskupów, ale też wstrząsnąć wyobraźnią humanistów. To dramatyczne wrzenie i niepokój widoczne są we wspaniałej wizji artysty, który świetnie oddał panujące wówczas nastroje, związane także z przekonaniem o mającym nastąpić końcu świata (zbliżał się rok 1500).

Męczeństwo św. Jana


Pierwszy z wyeksponowanych na wystawie drzeworytów przedstawia męczeństwo św. Jana i jest to jedyna ilustracja, która nie odnosi się bezpośrednio do treści Apokalipsy. Autor Księgi Objawienia miał ponieść śmierć we wrzącym oleju, ale dzięki Boskiej interwencji został ocalony. Wizja, którą otrzymał na wyspie Patmos, dotyczy końca czasów.
Na wystawie znajduje się także słynna rycina przedstawiająca czterech jeźdźców Apokalipsy, którzy tratują wszystko, co napotkają na swej drodze, nie zważając na to, czy mają do czynienia z cesarzem, czy z żebrakiem. Wedle tradycji symbolizują wojnę, zarazę i głód. Czwarty jeździec – Śmierć jedzie za nimi zbierając łupy.

Czterej jeźdźcy Apokalipsy

Jest także pełna ukrytych symbolicznych znaczeń rycina przedstawiająca Niewiastę Apokaliptyczną z siedmiogłowym smokiem (obrazem szatana), którą utożsamia się zazwyczaj z Matką Bożą i Kościołem.

Ostatnia rycina, zatytułowana ”Anioł z kluczem od otchłani” przedstawia dzień pokoju na niebie i ziemi, kiedy to szatan został wtrącony do otchłani przez anioła dzierżącego klucze do niej, zaś powyżej drugi anioł pokazuje św. Janowi Nową Jeruzalem, która na drzeworycie Albrechta Dürera przypomina niemieckie średniowieczne miasteczko. Jego bram strzeże kolejny anioł.

Niewiasta Apokaliptyczna i smok z siedmioma głowami_11

Maluje to nawet, czego odmalować się nie da

Cykl grafik "Apocalypsis cum figuris" stworzył co prawda artysta zaledwie 24-letni, ale w już pełni dojrzały i znajdujący się u szczytu swych możliwości. Erazm z Rotterdamu - przyjaciel malarza - pisał z podziwem:

Maluje to nawet, czego odmalować się nie daje: ogień, promienie światła, pioruny, błyskawice czy nawet – jak mówią – chmury na ścianie, wszelkie odmiany charakteru i uczuć, całą wreszcie duszę człowieka przebijającą z wyglądu ciała, niemalże wreszcie sam głos.

Opublikowane po raz pierwszy w 1498 roku grafiki przedstawiające Apokalipsę św. Jana, przyniosły Dűrerowi  wielką sławę. Zarazem było to pierwsze tak sławne dzieło wykonane w technice drzeworytniczej.  Połączenie słowa objawionego i wizerunku graficznego robiło wrażenie swoją ekspresją i bogactwem znaczeń. A przy tym można było za niewielkie pieniądze stać się posiadaczem tego wspaniałego dzieła, dzięki technice drzeworytniczej, bardzo wówczas  popularnej i łatwo dostępnej. Dodajmy, że Dűrer  jest również autorem innych popularnych cykli drzeworytów: ”Żywot Marii” i ”Wielka Pasja”. Nie mniej wcześniejszy od nich ”Apocalypsis cum figuris” pozostaje jednak dziełem najdoskonalszym.

Apokalipsa – twierdzi znany historyk sztuki Jan Białostockiosiągnęła swój wspaniały ładunek ekspresyjny dzięki połączonemu działaniu rzeczywistości i fantazji. Wizja ukazana jest z niebywałą siłą, ale skontrastowana z rzeczywistym światem, istniejącym w realnej, trójwymiarowej przestrzeni znalazł przekonywujący obrazowy wyraz w dziele Dűrera. Na niebie toczy się walka między duchami, symbolami sił dobrych i złych. Poniżej – cichy pejzaż, zamarły jakby w oczekiwaniu na wynik bitwy. Ale klęski przychodzą i na ziemię. Kolejne drzeworyty pokazują jej dramatyczny przebieg.
Oprócz wizji św. Jana, na niektórych drzeworytach artysta ukazuje średniowieczne miasto, z jego charakterystyczną architekturą.

Anioł z kluczem w otchłani


Wystawę "Między słowami. Albrecht Dűrer (1471–1528). Apocalypsis cum figuris – najwybitniejszy cykl graficzny Europy” można oglądać w Oddziale Sztuki Dawnej Muzeum Narodowego w Gdańsku do 2 października 2016 r. Kuratorkami cyklu wystaw ”Między słowami” są: Alicja Andrzejewska-Zając i Maja Baran.

Hymn na adorację Baranka

Artykuł został opublikowany na portalu Kulturaonline w sierpniu 2016 roku.

Wszystko jest poezją. O wystawie Ewy Rossano w Muzeum Pana Tadeusza

10 kwietnia w Muzeum Pana Tadeusza we Wrocławiu otwarto wystawę "Ogród wypowiedzianych słów", której autorką jest malarka i rzeźbi...

Popularne posty