Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania chagall, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania chagall, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 lutego 2025

"Wszystko jest malarstwem". Marc Chagall - poeta ze sztalugą /o wystawie w Muzeum Albertina i nie tylko/

Od 28 września 2024 roku do 9 lutego 2025 w wiedeńskim Muzeum Albertina zaprezentowano około 90 prac Marca Chagalla pochodzących ze wszystkich okresów jego twórczości. Sprowadzone z wielu muzeów, a także z prywatnych zbiorów, obrazy reprezentowały tematy, które malarz podejmował najczęściej, począwszy od 1905 roku, a na latach 80. ub. wieku kończąc. Obrazy pełne poezji i często zagadkowych znaczeń, ale także odnoszące się do historii i wspólnych doświadczeń. Chagall ciągle fascynuje swoim poetyckim, onirycznym widzeniem świata.

Marc Chagall, "Autoportret na tle domu", 1914, fot. Marek Cisek
Wystawa w Muzeum Albertina ukazała mi innego Chagalla – nie tylko tego z zakochanymi parami unoszącymi się nad ziemią, jakiego najbardziej znamy i lubimy. Zobaczyłam malarza wielkich formatów, podejmującego także problemy egzystencjalne ("Narodziny", "Śmierć", "Samotność"), zagadnienia dobra i zła ("Upadający anioł"), historii ("Wojna"), ale także codziennego życia i najbliższego otoczenia oraz tradycji żydowskiej ("Matka przy piecu", "Siostra i szwagier przy stole", "Skrzypek", "Święto Namiotów"), nie licząc licznych autoportretów. Sięgnęłam po jego autobiografię "Moje życie", a także po wydawnictwa poświęcone jego malarstwu. Jednak największą przyjemność sprawiło mi uważne przyglądanie się obrazom, a potem studiowanie ich detali. W rezultacie, zamiast solennej relacji z wystawy, opowiedziałam o Chagallu – poecie palety (wiersze też pisał, a "Moje życie" jest wspaniałym przykładem prozy poetyckiej), który swoim malarstwem opowiadał o świecie w sposób oryginalny i niepowtarzalny. 

Marc Chagall, "Poeta z ptakiem", 1911, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Moisiej Szagał - Rembrandt z Witebska


"Poeta z ptakiem" to obraz powstały w miodowym miesiącu, który Chagall spędził wraz z Bellą na wsi Zaolsze koło Witebska. We wspomnieniach zatytułowanych "Moje życie" pisał:

Lasy, świerki, samotność. Księżyc za lasem. Świnka w oborze, koń za oknem, w polu. Liliowe niebo".

Tytułowy poeta, zdjąwszy kapelusz i skrzyżowawszy ręce na piersi, leży wyciągnięty na trawie i zdaje się delektować chwilą. W tej z pozoru pastoralnej scenie czai się jednak jakaś groźba, zasugerowana przez granatowe niebo i wielkie, ciemne, zasłaniające je potężne drzewo. Z biografii Chagalla wiadomo, że nad artystą wisi groźba wcielenia do carskiej armii i że wojna już daje o sobie znać.

Zanim jednak udało mu się poślubić Bellę, którą potem uwieczniał na licznych obrazach, długo się o nią starał. Pochodziła z bogatej rodziny właścicieli sklepów jubilerskich, podczas gdy Moisiej Szagał był początkującym malarzem i człowiekiem niezbyt zamożnym. W końcu jednak miłość zwyciężyła i młodzi stanęli pod czerwonym baldachimem.

Marc Chagall, "Ślubna para w zimie", 1960, fot. Marek Cisek
Chagall bywa kojarzony przede wszystkim jako malarz, który w charakterystycznej dla siebie poetyce onirycznej pokazywał Witebsk. Jego obrazy zaludniają skrzypkowie, modlący się Żydzi, a także codzienne życie: wiejski sklep, pokój jadalny, postacie rodziców i siostry. Chagall od najwcześniejszych lat przekładał na język malarstwa zarówno życiową filozofię zamieszkujących Witebsk chasydów, jak też ich język. Jego obrazy są często dosłownymi wyobrażeniami metafor i charakterystycznych zwrotów. Na określenie marzyciela używano w jidysz powiedzenia "luftmensch", co oznacza "człowieka powietrznego". U Chagalla wiele postaci unosi się nad ziemią...
Ponadto widział, rzec by można, kolorami.
"Kiedyś rano, jeszcze przedświtem – pisze malarz w "Moim życiu" – dostrzegłem kobietę biegnącą samotnie ulicą, błagała sąsiadów, by ratowali umierającego męża. (...) Światło żółtych świec, barwa tej twarzy, zastygającej w śmierci (...). Nieboszczyk, uroczyście smutny, leży już na ziemi, sześć świec oświetla mu twarz".

Marc Chagall, "Śmierć" "Nieboszczyk"), 1908-1909, fot. Marek Cisek
Obraz daleki od realizmu: postacie nieproporcjonalnie duże, nieboszczyk nie leży w domu, lecz na ulicy – jakby w pamięci malarza stał się widomą częścią tej opowieści. Za rozpaczającą wdową mężczyzna z miotłą sprząta ulicę (a może to figura śmierci z miotłą zamiast kosy?), zaś na dachu jednego z domów siedzi – dobrze widoczny na tle żółtego nieba – skrzypek, który z pewnością gra jakąś żałobną melodię. Na dachu domu wdowy – wyeksponowany but, niczym zbędny już rekwizyt. A może jest to but skrzypka na dachu, wędrownego artysty?
Ten "skrzypek na dachu" stał się właściwie znakiem rozpoznawczym malarza, szczególnie po filmie Normana Jewisona z 1971 roku. Skrzypkowie na obrazach Chagalla to symbol artysty, ale i muzycznego wagabundy, któremu sztuka ułatwia poruszanie się po różnych światach.

Marc Chagall, "Skrzypek", 1911-1912, fot. Marek Cisek

Kim była rodzina malarza? W "Moim życiu" opisuje dziadka, nauczyciela religii, który ulokował ojca w składzie śledzi, gdzie ciężko fizycznie pracował, a po pracy jego ubranie "połyskiwało solą ze śledzi, rozrzucając w górę i na boki refleksy światła. Tylko jego twarz, to żółtą, to bladą, rozjaśniał od czasu do czasu słaby uśmiech. (...) Tylko mnie był bliski – to proste, ciche i pełne poezji serce". 

Marc Chagall, "Ojciec", 1921, fot. Marek Cisek
Najserdeczniej jednak wspomina matkę – dzielną i energiczną małą kobietę, która  "prowadzi dom, kieruje ojcem, nieustannie buduje małe domki, zakłada sklepik, podjeżdża tam całym wozem towarów wziętych na kredyt". A kiedy wieczorem ojciec ze zmęczenia zasypiał przy stole, siadywała przy wysokim piecu, pragnąc z kimś porozmawiać. "Obracała słowami, podawała je tak dobrze, że zakłopotany rozmówca uśmiechał się. (...) Milczała albo przemawiała niczym królowa. Ale nie było nikogo, tylko ja jej słuchałem. (...) Gdzie jesteś teraz, mamusiu? W niebie, na ziemi?(...) Nie proszę, abyś się za mnie modliła. Sama wiesz, jakie mogę mieć zmartwienia. Powiedz mi, mamusiu, czy na tamtym świecie, w raju, w chmurach, tam gdzie jesteś, moja miłość może ci być pociechą? (...) Pewnego pięknego dnia, kiedy moja matka wkładała chleb do pieca i trzymała łopatę, chwytając ją za obsypany mąką łokieć powiedziałem do niej: "Mamo... chciałbym zostać malarzem".

Nie była zachwycona, a mimo to zaprowadziła syna na indywidualne lekcje malarstwa, a potem wspierała, gdy chciał się dalej kształcić. Pisząc we wspomnieniach o licznych wujkach i ciotkach, którzy czytali Biblię albo grali na skrzypcach "jak szewc", powiada: "Wszystko jest malarstwem" i "Jeden tylko Rembrandt mógłby wiedzieć, co myślał stary dziadek, rzeźnik, drobny kupiec, kantor, kiedy jego syn grał na skrzypcach, stojąc przy oknie o zabrudzonych szybach, pokrytych kroplami deszczu i śladami palców". Można by, nawiązując do tego cytatu, powiedzieć to samo o malarzu z Witebska, który taki właśnie świat utrwalił w setkach obrazów. 

Marc Chagall, "Matka przy piecu", 1914, fot. Marek Cisek
Zanim wyjechał na studia do Petersburga, poznał Bellę, musiało jednak upłynąć sporo czasu, zanim podjął starania o jej rękę. Cierpiał nędzę, a w końcu porzucił Szkołę Cesarskiego Towarzystwa Popierania Sztuk Pięknych. W pewnym momencie znalazł jednak mecenasa w osobie Dawida Ginzburga – czołowej postaci petersburskiej społeczności Żydów, który ufundował mu stypendium. Wiele zawdzięczał też Maksymowi Winawerowi, mecenasowi i kolekcjonerowi jego prac – ufundował mu stypendium, dzięki któremu mógł spędzić rok w Paryżu.
Paryż był wówczas mekką artystów, których miał okazję poznać, a z niektórymi nawiązać przyjaźnie. Bywał często w Luwrze, gdzie mógł wreszcie poznać płótna najwybitniejszych malarzy. Po trzech latach, dzięki wystawie na Niemieckim Salonie Jesiennym W galerii Der Strurm, jego obrazy zaczęły się sprzedawać. Po czterech latach, będąc zarabiającym i dobrze zapowiadającym się artystą, mógł rozpocząć starania o rękę ukochanej Belli. Dzięki uporowi dziewczyny, jej rodzice zgodzili się. W owym czasie Chagall dużo maluje. Powstają wówczas dzieła, które stały się najbardziej popularne: ""Żyd w czerwieni", "Rabin z cytryną" czy "Modlący się Żyd".

Marc Chagall, "Rabin z cytryną", 1914, fot. Marek Cisek
Nadciągają trudne czasy: wybucha I wojna światowa. Ponieważ do Paryża nie udaje się wyjechać, Chagall udaje się do Piotrogrodu, gdzie ustosunkowany szwagier umieszcza go w bezpiecznej niszy jakiegoś urzędu. W 1915 roku, miesiąc przed narodzinami córki Idy, wystawia 63 płótna w galerii Dobiczynej., a rok później 45 jego prac zostaje pokazanych na wystawie zbiorowej w Moskwie. Mimo toczącej się wojny, pozostaje aktywny i do czasu rewolucji lutowej (1917) sprzedaje swoje obrazy kilku znaczącym kolekcjonerom. Kiedy obalono carat, Chagall odczuwa przede wszystkim ulgę: "Moje pierwsze uczucie – nie będę już miał do czynienia z paszportowcami" (Żydzi, poruszając się po Rosji, musieli legitymować się paszportem). Kiedy jednak w zaplombowanym wagonie przybywa Lenin, życie zaczyna być bardziej skomplikowane, żeby nie powiedzieć: trudne. 

Marc Chagall, "Do Rosji, osłów i innych", 1911, fot. Marek Cisek

"Lenin przewrócił ją [Rosję] do góry nogami, podobnie jak ja odwracam swoje obrazy - pisał w "Moim życiu". Dwadzieścia lat po rewolucji, zdając sobie sprawę, jak zbrodniczy był to ustrój, sam powiesił Lenina do góry nogami na obrazie "Rewolucja" (1937). Zanim jednak to zrozumiał, został jako "czerwony Żyd" powołany przez Kreml do założenia w Witebsku szkoły sztuk pięknych. Wypisywał głupoty o "burżuazyjnych malarzach", a jednocześnie świętował narodziny władzy radzieckiej wspaniałym projektem, w rezultacie czego na murach Witebska pojawiły się postaci z magicznego cyrku. Władze nie były zachwycone i ... zamówiły cementowe popiersia Lenina i Marksa :-) W 1920 roku, podczas nieobecności Chagalla w Witebsku, niejaki Malewicz dokonał "zamachu stanu" i przekształcił szkołę w Akademię Suprematyzmu. W rezultacie Chagall spakował swój dobytek i wraz z rodziną przeniósł się do Moskwy.

Marc Chagall, "Arlekiny", 1922-44, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Tam panował chaos i nędza. Trzeba było walczyć o kawałek chleba dla rodziny, a wegetowali pod Moskwą w domku z dziurawym dachem. A jednak – paradoksalnie – Chagall zaczął się wtedy w pełni realizować w Moskiewskich Państwowym Żydowskim Teatrze Kameralnym. Związek artysty z teatrem był niejako naturalny, bo lubił teatralizować swoje życie. Podczas mroźnej zimy 1920 roku namalował dekoracje, kurtyny, a nawet ściany i sufit teatru, nie mówiąc już o kostiumach aktorów, które farbował w przeddzień premiery. W tym jego totalnym teatrze pojawiają się postaci  cyrkowych akrobatów, muzyków grających na skrzypcach i dmących w szofar, krowy wystawiają rogi, pojawia się też sam Chagall, niesiony triumfalnie przez kierownika artystycznego teatru. Była to opowieść, w której nie czuło się grozy sytuacji zewnętrznej. Większość tych prac przetrwała w magazynach do lat 70., kiedy to Chagall odwiedził Moskwę i pozwolono mu obejrzeć (i sygnować!) stare prace.


Biblijne korzenie Chagalla

"Biblia – pisze Chagall we wspomnieniach "Moje życie" – absorbowała moje myśli od czasu, kiedy byłem małym dzieckiem. Dla mnie to największe źródło poezji, jakie zna świat. Dlatego szukałem jej refleksów w sztuce i w życiu. Biblia jest jak głos natury, a ja próbuję uchwycić i przekazać jej tajemnice".

Bez Witebska nie byłoby Chagalla, jakiego znamy, nie byłoby go też bez Biblii – i to zarówno hebrajskiej, jak też Nowego Testamentu, które często współegzystują na jego obrazach. Sposoby  interpretacji biblijnych historii są charakterystyczne dla Chagalla i odbiegają od powszechnie przyjętych. Chagall nie jest ani uczonym rabinem, ani biblijnym egzegetą. Jego historie biblijne opowiadane w obrazach mają poetycki charakter. Swobodnie miesza Biblię hebrajską z Nowym Testamentem. 

Nieomal zawsze, kiedy pragnie wyrazić cierpienia swojego narodu, własne, ale także cierpienia ludzkości, powraca do postaci Chrystusa Ukrzyżowanego.  Już w roku 1910 namalował obraz "Święta Rodzina", zaś dwa lata później "Ukrzyżowanie" oraz monumentalne dzieło "Poświęcone Chrystusowi". To ostatnie zostało zaprezentowane na wystawie w Muzeum Belweder pod tytułem "Golgota" ("Ukrzyżowanie"). Kompozycję charakteryzują koliste kubistyczne formy w ciemnych odcieniach czerwieni i zieleni. Fioletowo-siny Jezus na tym obrazie przypomina dziecko, a pozostałe wydarzenia pokazane symultanicznie, niczym w sztuce średniowiecznej, rozgrywają się w prawej dolnej części obrazu: jakaś postać podobna do Charona czeka, by zawieźć ciało ukrzyżowanego na drugi brzeg. 

Marc Chagall, Golgota, 1912, fot. Marek Cisek

O tym, że Jezus w twórczości Chagalla niemal zawsze jest nade wszystko cierpiącym Żydem, świadczą także inne obrazy, które znalazły się na tej wystawie: "Exodus" (1952) czy "Ukrzyżowanie" (1944). Pierwszy z nich podejmuje starotestamentalny temat wyjścia narodu wybranego z ziemi egipskiej. Przywódcą jest Mojżesz trzymający w ramionach tablice Prawa, widoczny w prawym dolnym rogu. Za nim – gęsty nieprzeliczony tłum. Po środku, na pierwszym planie, wyróżniają się dwie postacie z dzieckiem. Możemy interpretować je jako Marię i Józefa z Dzieciątkiem, obiecanym Mesjaszem, ponieważ powyżej widzimy dominującą Jego postać w pozycji ukrzyżowanego. Po lewej stronie – ołtarz całopalenia, ale to Chrystus jest barankiem złożonym w ofierze. Obraz pełen znaczących szczegółów także w lewym i prawym górnym rogu – zdaje się opowiadać całą historię narodu wybranego.

Marc Chagall, "Exodus", 1952-1966, fot. Marek Cisek

Jezus na obrazach Chagalla jest także Żydem ze sztetl, powieszonym na krzyżu w towarzystwie innych Żydów, pełniących rolę ewangelicznych łotrów ("Ukrzyżowanie", 1944). Niekiedy jednak malarz łączy treści biblijne ze swoją osobistą historią. W swoim późnym dziele "Przed obrazem" pokazuje jakiegoś artystę z oślą głową, malującego ukrzyżowaną postać, której twarz przypomina bardziej Apollina aniżeli Jezusa. Ukrzyżowany jedną rękę przyciska do serca i nie wygląda bynajmniej na człowieka cierpiącego. W lewym górnym rogu widzimy dwie postacie ze sztetl (rodzice?), zaś w prawym "okienku" rysują się dwie słabo widoczne postacie, z których pierwsza trzyma świecznik (menorę?). Pionowa belka sztalug, na których opiera się obraz, jest przedłużeniem drewnianego krzyża. W dolnej części obrazu widać sztetl nocą po lewej stronie, po prawej zaś budynek (synagoga?) rozświetla anioł, którego stopy wychodzą poza ramę obrazu. Poza sztalugami przedstawiono młodą kobietę o niebieskich włosach, nad nią zaś szkicowo namalowane drzewo, nad którym widać jakąś tajemniczą dłoń dotykającą płótna...( kojarzyć się może z freskiem z Kaplicy Sykstyńskiej: ręką Boga stwarzającego Adama) Na pionowej belce krucyfiksu widnieje napis hebrajskimi literami, który brzmi w tłumaczeniu: "CHAGALL".

Marc Chagall, "Przed obrazem", 1968-71, fot. Marek Cisek

Pełne poetyckich znaczeń są także obrazy czerpiące wprost z ksiąg hebrajskich Biblii, choć i one odnoszą się do Nowego Testamentu. Zaprezentowany na wystawie "Upadek anioła" jest w istocie kolejną wersją tego tematu (pierwsza ujrzała światło dzienne w 1923 roku), a potem była wielokrotnie zmieniana. W kolejnych latach artysta dodaje nowe elementy: zegar, krowi łeb, skrzypce, płonącą świecę, ponadto powiększa anioła. Ostateczna wersja "Upadku anioła" powstała po wojnie – z krucyfiksem i kobietą z dzieckiem na ręku. Przytaczam te fakty, ponieważ rzucają światło na sposób, w jaki artysta podejmował biblijne tematy. Historia upadłego anioła, namalowana pod wpływem doświadczeń II wojny, staje się aktualną opowieścią o straszliwej katastrofie. Krwawa sylwetka upadłego anioła przecina niejako obraz na dwie części. Po lewej stronie widzimy Żyda trzymającego zwój Tory otwarty – jak się można domyślić – na fragmencie, w którym mowa o buncie przywódcy aniołów, opisanym przez proroka Izajasza (Iz 14, 12-15). Był nim Lucyfer, Syn Jutrzenki, czyli „nosiciel światła”. Upadek anioła zdaje się udaremniać Kobieta z Dzieciątkiem (również zapowiadana przez proroka). Po prawej widzimy światło świecy (nadziei?) oraz postać Ukrzyżowanego  Zbawiciela.. Na górnym skrzydle anioła widać zegar – symbol czasu, teraźniejszości. Wreszcie w górnym lewym rogu Chagall namalował upadek mężczyzny, który prawą nogą dotyka skrzydła anioła, w lewej zaś trzyma laskę łączącą go z głową Żyda pokazującego zwój Tory, jakby chciał powiedzieć: to wszystko zostało napisane. Być może oznacza to, że upadają nie tylko anioły, ale także ludzie, którzy jednak mogą znaleźć oparcie w Bożej obietnicy, zapisanej w księgach biblijnych. Osioł i skrzypce to motywy charakterystyczne dla wielu obrazów Chagalla. Dla mnie są poetycką metaforą czegoś pięknego i prostego, co nie podlega złu.

Marc Chagall, "Upadek anioła", 1923-1947, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Kwintesencją poezji na obrazach Chagalla jest dla mnie przede wszystkim "Król Dawid". Wiadomo, że bohater I i II Księgi Samuela był nie tylko królem, lecz także poetą, któremu przypisuje się autorstwo 73 psalmów.  Biblia określa go jako poetę i pieśniarza, grającego na cytrze, flecie, niekiedy na harfie (co wynika z błędnego tłumaczenia). Płótno przedstawia Dawida ubranego w czerwony królewski płaszcz, siedzącego na tronie z lirą w ręku. Król – śpiewak to poeta o głębokiej duchowości. Artysta.  Poniżej jego postaci widnieje słońce oświetlające wieżę, wokół której zgromadził się tłum ("Wieżą Dawidową" określa się w litanii Matkę Bożą). Do takiej interpretacji upoważnia także postać kobiety karmiącej niemowlę. Postać w prawym dolnym rogu – Żyd spowity w zieloną szatę, a obok niego otwarta księga – przywodzi na myśl proroka Izajasza, który zapowiedział narodowi wybranemu znak w postaci Dziewicy, która urodzi syna, a dziecko to będzie zapowiadanym Mesjaszem. Po prawej stronie – podwójna kobieca postać: zwykła i świetlista (Ewa i Maryja?) trzyma przed Dawidem świecznik z trzema palącymi się świecami (symbol Trójcy i doskonałości). Powyżej kobiet – świetlista postać dzieciątka w żłóbku ("Odrośl i Potomek Dawida"). Natomiast w prawym górnym rogu Chagall namalował postacie i leżące dziecko, a nad nim głowę bydlęcia. Nieco poniżej – skrzypek, niczym sygnatura obrazów Chagalla. 

Marc Chagall, "Król Dawid", 1951, fot. Marek Cisek 

Miałabym ochotę przyglądać się obrazom Chagalla bez końca, ale wtedy nigdy nie dokończyłabym tego artykułu, który i tak piszę już wystarczająco długo... Właściwie był pretekstem do tego, aby lepiej poznać Chagalla i jego malarstwo, choć to niekończący się proces. Lepiej też pozostać z poczuciem niedosytu :-)


niedziela, 5 listopada 2017

Marc Chagall i artyści europejskiej awangardy w Muzeum Miejskim we Wrocławiu

1 lipca 2016 roku, w Muzeum Miejskim Wrocławia, została prezentowana ekspozycja grafik z Muzeum Chagalla w Witebsku. Zobaczymy także prace przedstawicieli awangardy XX wieku, m.in. Georgesa Braque`a, Fernanda Legera, Henri Matisse`a, Joana Miró i Pabla Picassa.

baner wystawy

Chagall – poeta obrazu

We wspomnieniach  ”Moje życie” artysta napisał żartobliwie:

Na imię mam Marc, posiadam głębokie życie wewnętrzne i nie mam pieniędzy, ale mówi się, że mam talent.

Naprawdę nazywał się Moisiej (Mojsze) Szagał (Segal) i urodził się 6 lipca 1887 roku w Łoźnie koło Witebska na Białorusi, jako najstarsze z dziewięciorga dzieci ortodoksyjnych Żydów.  Jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych artystów XX wieku. Choć zaliczany do przedstawicieli kubizmu w sztuce, był w istocie artystą osobnym, nie dającym się zaszufladkować poetą obrazu.

grafiki Marca Chagalla, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Wyznacznikiem fenomenu Chagalla była jego niecodzienna biografia i jej odbicie w świecie niezwykłych motywów – piszą o malarzu autorzy jego monografii: Ingo F. Walther i Rainer Metzger.  A i sam artysta robił wszystko, aby pielęgnować swój image – image szepczącego i zadziwionego cudzoziemca, wiecznego obywatela świata i samotnego wizjonera.
Obrazy rodzinnego Witebska pojawiały się na płótnach artysty przez całe jego życie, stając się z czasem symbolem zaginionego, nostalgicznie traktowanego świata i kultury żydowskiej.

Chagall we Wrocławiu

Chagalla mogliśmy oglądać w 2004 roku na wystawie w Muzeum Narodowym, zatytułowanej "W ogrodach Edenu. Marc Chagall - sceny biblijne". Tym razem po raz pierwszy prezentowane będą prace artysty będące w posiadaniu Muzeum Chagalla w Witebsku.

Chagall tworzy swój własny, rozpoznawalny styl – podkreślał podczas konferencji prasowej Maciej Łagiewski – Dyrektor Muzeum Miejskiego Wrocławia, który przybliżył również sylwetkę malarza.  Przede wszystkim operuje charakterystycznymi tematami i kolorami. Historyczny Witebsk już nie istnieje, ale pozostał na jego obrazach.

F. Leger, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Na konferencji  gościła także Prezes Rady Opieki Muzeum Marca Chagalla w Witebsku, kurator wystawy (wraz z Anną Kanią – Saj) – Ludmiła Chmielnicka, która dodała, że posiadają w swoich zbiorach ponad trzysta grafik tego artysty, jednakże na wrocławskiej wystawie postanowiono pokazać także – również znajdujące się w zbiorach Muzeum – prace współczesnych mu malarzy. Wyraziła także radość, że wystawa ta mogła zostać pokazana we Wrocławiu w ramach Europejskiej Stolicy Kultury.

H. Matisse, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Na wystawie zatytułowanej ”Marc Chagall i artyści europejskiej awangardy” w Muzeum Miejskimi Wrocławia, w Pałacu Królewskim pokazanych zostanie prawie 60 grafik, w tym kilkanaście kolorowych litografii autorstwa Marca Chagalla. Uzupełnieniem dla nich będą prace klasyków sztuki awangardowej XX wieku: Georgesa Braque, Alexandra Caldera, Alberto Giacomettiego, Fernanda Legera, Andree Massona, Henri Matissea, Joana Miró, Pabla Picassa, Raoula Ubaca i innych. Jest to zbiór szczególny, bowiem w całości pochodzi on z założonego w 1997 roku Muzeum Marca Chagalla w Witebsku na Białorusi, w domu rodzinnym artysty.

Pablo Picasso, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek


Wystawie, która potrwa do 31 sierpnia 2016 r.,  towarzyszy specjalnie na nią przygotowana animacja zatytułowana ”Świat wyobraźni Marca Chagalla” oraz film dokumentalny o życiu i twórczości artysty.

Artykuł ukazał się na portalu Kulturaonline.

poniedziałek, 15 kwietnia 2024

Marc Chagall: „Sceny Biblijne”, litografie w na Zamku Królewskim w Sanoku /zapowiedź wystawy/

Muzeum Historyczne w Sanoku oraz Galeria EPICENTRUM w Opolu zapraszają na wystawę: MARC CHAGALL: „Sceny Biblijne”, litografie. Ekspozycja zagości na Zamku Królewskim w Sanoku w dniach od 26 kwietnia do 29 maja 2024. 

Chagall – poeta obrazu

We wspomnieniach  ”Moje życie” artysta napisał żartobliwie:

"Na imię mam Marc, posiadam głębokie życie wewnętrzne i nie mam pieniędzy, ale mówi się, że mam talent".

Naprawdę nazywał się Moisiej (Mojsze) Szagał (Segal) i urodził się 6 lipca 1887 roku w Łoźnie koło Witebska na Białorusi, jako najstarsze z dziewięciorga dzieci ortodoksyjnych Żydów.  Jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych artystów XX wieku. Choć zaliczany do przedstawicieli kubizmu w sztuce, był w istocie artystą osobnym, nie dającym się zaszufladkować poetą obrazu.

"Wyznacznikiem fenomenu Chagalla była jego niecodzienna biografia i jej odbicie w świecie niezwykłych motywów" – piszą o malarzu autorzy jego monografii: Ingo F. Walther i Rainer Metzger.  A i sam artysta robił wszystko, aby pielęgnować swój image – image szepczącego i zadziwionego cudzoziemca, wiecznego obywatela świata i samotnego wizjonera.

Obrazy rodzinnego Witebska pojawiały się na płótnach artysty przez całe jego życie, stając się z czasem symbolem zaginionego, nostalgicznie traktowanego świata i kultury żydowskiej.

W 1910 r., Chagall wyjechał do Paryża gdzie związał się ze środowiskiem awangardowych artystów skupionych w dzielnicy Montparnasse, a już w 1914 roku miał pierwszą wystawę w galerii Der Sturm w Berlinie. W tym samym roku wrócił do Rosji, gdzie przebywał do roku 1922. W latach dwudziestych XX wieku wyjechał do Berlina, a potem do Francji, gdzie zamieszkał na stałe. W 1941 roku wyjechał do USA, gdzie mieszkał przez okres wojenny. Po powrocie do Francji zmienił nieco styl swoich obrazów – odszedł od geometrycznej formy, wykonywał też więcej prac monumentalnych jak witraże czy malowidła ścienne. Ponadto tworzył scenografię i kostiumy, zajmował się rzeźbą, ceramiką, litografią. Marc Chagall zmarł w 1985 w Saint-Paul-de-Vence we Francji.

W 2004 roku Muzeum Narodowe we Wrocławiu zorganizowało podobną wystawę: „W ogrodach Edenu” Marc Chagall – sceny biblijne". Prace Marca Chagalla pochodziły ze zbiorów Muzeum Marca Chagalla w Witebsku. Z trzystu zgromadzonych tam prac siedemdziesiąt dwie grafiki zaprezentowano na wystawie prace graficzne o tematyce biblijnej, powstałe w latach 1931 – 1979, głównie litografie barwne oraz kilka akwafort i akwatint.

Barbara Lekarczyk-Cisek

piątek, 23 sierpnia 2024

Chagall - duża wystawa w Muzeum ALBERTINA w Wiedniu.- od 28 września 2024

Prezentacja obrazów Marca Chagalla w Muzeum Albertina, obejmująca około 90 prac wybranych ze wszystkich okresów twórczości artysty, koncentruje się na jego żywym zaangażowaniu w najbardziej pierwotne i uniwersalne tematy życia, ujawniając w ten sposób różnorodną mnogość "niemożliwych możliwości".

M. Chagall, Wielki cyrk, 1970, Muzeum Albertina, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Marc Chagall (1887–1985) należy do najbardziej znanych artystów XX wieku, a jego jedyna w swoim rodzaju twórczość obejmuje prace powstałe już w 1905 roku i jeszcze w latach 80. Urodzony w ortodoksyjnej chasydzkiej rodzinie i wychowany w małym białoruskim miasteczku Witebsk, wpłynęły na całe jego życie.

Kapryśne i poetyckie, malarskie światy Chagalla, jakkolwiek nam bliskie, nie przestają fascynować i nie skrywają nowych zagadek. Jego twórczość oscyluje między tradycją a awangardą, zarówno pod względem stylu, jak i treści. Opierając się na swoich doświadczeniach związanych z ewolucją sztuki XX wieku od prymitywizmu do kubizmu, fowizmu i surrealizmu, Chagall stworzył swój własny język wizualny – jedną z niewątpliwych cech jest zasadnicza ciągłość nieodłącznie związana z jego wieloaspektową ekspresją artystyczną.

Marc Chagall, Ślub zimą, 1969

Centralne tematy macierzyństwa i narodzin, śmierci i miłości dominują w obrazach Chagalla. Jego malarstwo zdaje się je rozważać i oświetla je z nowej perspektywy w powtórzeniach i wariacjach. Powracające motywy, takie jak kogut i osioł, krowa i ryba, funkcjonują w zmiennym, fantastycznym kosmosie artysty jako elementy, które są opalizują znaczeniami. Pozorne sprzeczności i kontrasty w kompozycjach i światach wizualnych Chagalla są widocznym świadectwem poszukiwania przez artystę "logiki nielogiczności", poprzez którą nadał on tradycyjnym formom malarskim wymiar psychologiczny.

M. Chagall, Śpiąca kobieta z kwiatami, 1972, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Prezentacja w Muzeum ALBERTINA, obejmująca około 90 prac wybranych ze wszystkich okresów twórczości artysty, koncentruje się na jego żywym zaangażowaniu w najbardziej pierwotne i uniwersalne tematy życia – ujawniając w ten sposób różnorodną mnogość "niemożliwych możliwości".

Wystawa powstała we współpracy Muzeum ALBERTINA w Wiedniu i Kunstsammlung Nordrhein-Westfalen w Düsseldorfie i można ją oglądać od 28 września 2024 r. do 9 lutego 2025 r. w muzeum ALBERTINA w Wiedniu.

(źródło: strona Muzeum Albertina)

Relację z wystawy znajdziecie pod tym linkiem

czwartek, 9 stycznia 2020

Pełne kolorów grafiki Marca Chagalla w galerii Patio

Wystawa 60 grafik jednego z najwybitniejszych twórców współczesnej sztuki nowoczesnej, prekursora kubizmu. Chagall wypracował indywidualny styl, w którym współistnieją surrealizm, sztuka naiwna i impresjonizm. Ogromne wrażenie robią pełne wyrazu, żywe, wspaniale dobrane kolory. Wystawa towarzyszy obchodom 300-lecia Suwałk.


Marc Chagall, właściwie Mark Zacharowicz Szagal, urodził się jako Mojsza Zaharowicz Szagałow w 1887 roku w Łoźnie koło Witebska w rosyjskiej rodzinie chasydów. Był czołowym przedstawicielem kubizmu i internacjonalizmu w malarstwie. Artysta malował to, co widział, to, z czego składała się jego codzienność. Szyldy miasta, ludowe rosyjskie oleodruki, czy przedmioty sakralne to tylko część tego, co umieszczał na obrazach.


materiały prasowe

W 1910 r., Chagall wyjechał do Paryża gdzie związał się ze środowiskiem awangardowych artystów skupionych w dzielnicy Montparnasse, a już w 1914 roku miał pierwszą wystawę w galerii Der Sturm w Berlinie. W tym samym roku wrócił do Rosji, gdzie przebywał do roku 1922. W latach dwudziestych XX wieku wyjechał do Berlina, a potem do Francji, gdzie zamieszkał na stałe. W 1941 roku wyjechał do USA, gdzie mieszkał przez okres wojenny. Po powrocie do Francji zmienił nieco styl swoich obrazów – odszedł od geometrycznej formy, wykonywał też więcej prac monumentalnych jak witraże czy malowidła ścienne. Ponadto tworzył scenografię i kostiumy, zajmował się rzeźbą, ceramiką, litografią. Marc Chagall zmarł w 1985 w Saint-Paul-de-Vence we Francji.

fot. materiały prasowe organizatorów

Na wystawie w Galerii Patio zobaczymy sześćdziesiąt grafik, głównie litografii i heliograwiury z różnych cykli artystycznych, m.in.: Księga Wyjścia (1984), Dessins pour la Bible (1960 i 1984), Dafnis i Cloe (1977), Circus (1967), Paul Eluard – Wiersze (1946), ale również portrety Fryderyka Chopina (1950).

“Gdy na początku lat 50-tych XX wieku Marc Chagall rozpoczynał pracę nad Verve, cyklem kolorowych litografii na tematy biblijne, był już autorem wielu czarno-białych rysunków publikowanych w wydawnictwach Cassirera w Berlinie  i Vollarda w Paryżu. W latach 30-tych  stworzył cykl 105 rysunków nawiązujących do tej tematyki, wydanych dopiero w 1957 roku, czyli rok później niż litografie kolorowe  Verve, co świadczy o długotrwałym zainteresowaniu artysty Biblią. Pismo święte było także inspiracją do wykonywanych witraży w kościołach  i katedrach na całym świecie. We wspaniałych poetyckich kompozycjach możemy znaleźć powracające sceny z Verve, których koloryt  potęguje w witrażach naturalne oddziaływanie światła.

fot. materiały prasowe organizatorów

Odwołując się do symboliki judaistycznej, pokazał w swoich wizjach związki  Starego i Nowego Testamentu. Odnajdujemy tu również motywy i formy zaczerpnięte z ojczyzny artysty – Białorusi, reminiscencje ikon kościoła prawosławnego oraz sceny folklorystyczne tworzące fascynującą poezję obrazów. Artysta przedstawia charakterystyczne dla swojej twórczości postacie i formy unoszące się ponad ziemią niczym anioły. Jego malarstwo jest pełne uroku i poezji, delikatne, sugestywne, ulotne. Powiedział kiedyś: – Nasz cały świat wewnętrzny jest rzeczywistością – może nawet bardziej rzeczywistą niż świat, który widzimy. Na tym polega właśnie geniusz Chagalla. Tworzył nową, własną rzeczywistość, która była mistycznym przesłaniem, wypływającym z głębi duszy aktem wiary.

fot. materiały prasowe organizatorów

W ilustracjach do tematów biblijnych dostrzegamy wiele elementów jego języka  symboli. Dawid, Abraham i Izaak, Mojżesz i Dziesięć Przykazań, głowy aniołów zostały namalowane w sposób symultaniczny, łączący w jednym przedstawieniu różne obrazy tych samych rzeczy, różne ich aspekty. (…) Nigdy jednak biblijne wizje Chagalla nie ograniczają się tylko do nieszczęść, gwałtu, grzechu, ofiary czy prześladowań. Pokazują także drogę wyjścia z ciemności, drabinę do nieba, zwrócenie się ku Bogu lub nadzieję na przyszłe szczęście. Artyście udało się za pomocą poezji i koloru oraz symboliki obrazów w genialny sposób wyrazić swoją miłość do Boga i ludzi. Jego dzieła dają nam nadzieję, pocieszenie i wiarę, że kiedyś opuścimy dolinę łez i podążymy ku światłości. Jego twórczość jest modlitwą, którą artysta odmawia za nas, i w której pozwala nam brać udziału.”

Heinz Ess, Deleiden

Piątek, 10.01.2020, godz. 18.00
Galeria Patio, ul. Jana Pawła II 5

wstęp wolny | wystawa czynna do 8.03.2020
Prezentowane prace pochodzą z kolekcji Mazurskiej Fundacji Sztuki Art Progress.

informacja prasowa

czwartek, 6 czerwca 2024

Odkryj zaczarowany świat twórczości Marca Chagalla! /wystawa w Muzeum Podlaskim/

 21 czerwca Muzeum Podlaskie w Białymstoku zaprasza na otwarcie wystawy prac Marca Chagalla: "Między Wschodem a Zachodem". Na wystawie w białostockim ratuszu zaprezentowane będą litografie artysty, wydane zostały w Paryżu. Największy jest zbiór ilustracji z lat 1960-1963 wydanych przez André Saureta, które pokazują rodzinne strony artysty, poruszają tematykę religijną, a także przedstawiają sceny z życia cyrkowców.

Marc Chagall, malarz i grafik żydowskiego pochodzenia, to jeden z najważniejszych przedstawicieli awangardy XX wieku. Urodził się 7 lipca 1887 r. na Peskowatce, ubogim przedmieściu Witebska, jako najstarszy z dziewięciorga dzieci pobożnej, żydowskiej rodziny. Korzenie Marca Chagalla miały olbrzymi wpływ na ukształtowanie się drogi twórczej. Przyszły malarz zachował w wyobraźni małomiasteczkowe widoki, które będą nieustannie powracać na jego płótnach, ilustracjach czy witrażach.

Marc Chagall, Wiosna, materiały prasowe Muzeum Podlaskiego

W przypadku Chagalla trudno mówić o jednym konkretnym stylu malarskim. Jak twierdził sam artysta: „Nie wierzę, żeby teorie naukowe były dobre dla sztuki. Impresjonizm czy kubizm są mi zupełnie obce. Sztuka to przede wszystkim stan duszy”.

W dziełach Marca Chagalla fantazja łączy się z realizmem, żydowski folklor z paryską awangardą, a Wschód z Zachodem. Jednak niewątpliwie, na większości odbiorców największe wrażenie robią żywe, wspaniale dobrane kolory.

Na wystawie w białostockim ratuszu zaprezentujemy litografie artysty, które wydane zostały w Paryżu. Najwięcej jest ilustracji z lat 1960-1963 wydanych przez André Saureta, które pokazują rodzinne strony artysty, poruszają tematykę religijną, a także przedstawiają sceny z życia cyrkowców. Litografie, które ukazały dzięki współpracy z wydawnictwem Tériade w 1952 r. zawierają w sobie elementy paryskiej architektury, widok na Katedrę Notre Dame, Plac de La Concorde czy wieżę Eiffla. Najstarszą prezentowaną na wystawie grafiką jest „Wiosna” z 1938 r.

Marc Chagall – Quai aux Fleurs, materiały prasowe Muzeum Podlaskiego

Kuratorki: Iwona Murawska, Anna Topolewicz

Czas ekspozycji: 21 czerwca- 31 sierpnia 2024 r.

Wystawa zorganizowana we współpracy z Epicentrum Art Gallery

informacja prasowa

czwartek, 28 czerwca 2018

"Malarstwo ciągle żywe" - wystawa ze zbiorów właściciela berlińskiej Galerii – Michaela Haasa

Centrum Sztuki Współczesnej „Znaki Czasu” w Toruniu oraz Fundacja Tumult – organizator Festiwalu Filmowego Camerimage mają zaszczyt zaprosić na wystawę „Malarstwo ciągle żywe”, która odbędzie się w dniach 11 listopada 2018 – 13 stycznia 2019. Wśród prezentowanych prac m.in. Matisse, Picasso, Mondrian, Kokoschka, Warhol.

Chagall-Femme, la Bougie, 1926-27,  Galerie Michael Haas
CSW w Toruniu powstało w ramach Narodowego Programu zainicjowanego przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, którego celem było tworzenie polskich, regionalnych kolekcji dzieł sztuki, prezentowanie zbiorów kolekcjonerów sztuki z kraju i świata oraz zainicjowanie debaty na temat strategii kolekcjonowania dział sztuki. Wystawa „Malarstwo wciąż żywe” nawiązuje do tej idei. Znajdzie się na niej wybór prac ze zbiorów znanego w Europie właściciela berlińskiej Galerii – Michaela Haasa. Kuratorami wystawy są Marek Żydowicz oraz Michael Haas. 

Picasso-Bouquet dans un vase, 1907 Galerie Michael Haas
Cała kolekcja liczy ok. 2 tysięcy dzieł sztuki. Wystawa „Malarstwo ciągle żywe” zaprezentuje 200 prac 173 najwybitniejszych artystów światowej sztuki XX wieku. Wśród nich będzie można zobaczyć m. in. dzieła: Pierre’a Bonnarda, Georgesa Rouaulta, Maurice Denisa, Henri Matisse’a, Otto Dixa, Jankela Adlera, Ernsta Ludwiga Kirchnera, Odille Redona, Emila Nolde, Pabla Picassa, Jamesa Ensora, Giorgio de Chirico, Pieta Mondriana, Francisa Picabii, Rene Magritte’a, Joana Miró, Kurta Schwittersa, Jean Dubuffeta, Oscara Kokoschki, Andy Warhola, Anselma Kiefera, Franka Stelli, Markusa Lüpertza, Hansa Bellmera, Georga Baselitza, Sigmara Polke, Mimmo Palladino, Antoniego Tàpies’a, Leiko Ikemury, Jordi Alcaraza.

W ramach wystawy pojawią się również wątki polskie, między innymi prace zapomnianego polskiego artysty tworzącego na emigracji Pinchasa Bursteina, znanego pod pseudonimem Maryan oraz młodych twórców: Karoliny Zdunek, Wojtka Zasadniego, Tomasza Kowalskiego.

Picasso-Bouquet dans un vase, 1907 Galerie Michael Haas

Bogactwo stylów, technik, środków wyrazu, motywów i tematów podejmowanych przez artystów z całego świata w ciągu ostatnich ponad stu lat, zgromadzone na toruńskiej ekspozycji, pozwoli na niemal podręcznikowe przypomnienie najważniejszych stylów
i tendencji artystycznych minionego stulecia.

Tak szeroka ekspozycja dokonań najwybitniejszych artystów z całego świata w polskiej galerii, to rzadkość. Jej realizacja wymagała ogromnych nakładów pracy, czasu i środków finansowych. Trudne do przecenienia walory edukacyjne przedsięwzięcia wynikają nie tylko z możliwości poznania mniej znanych prac wybitnych twórców, których dzieła są na co dzień rozsiane po najważniejszych galeriach i muzeach na całym świecie, ale także z możliwości zastanowienia się nad ideą kolekcji niemieckiego marszanda, gromadzoną swój niezwykły zbiór dzieł sztuki przez ostatnie czterdzieści lat.

informacja prasowa

Wacław Kuczma - Markus Lüpertz -  Marek Żydowicz - Michael Haas, zdj. organizatorów

czwartek, 26 sierpnia 2021

Joanna Gerigk: Teatr blisko życia /wywiad/

Rozmawiam z Joanną Gerigk, teatrologiem i reżyserką teatralną – o jej teatrze, który dotyka istotnych ludzkich spraw, nie unikając przy tym surrealistycznej, a nawet mistycznej strony egzystencji. Joanna opowiada też o swoich poszukiwaniach teatralnych, podejściu Picassowskim do  formy, o kolekcjonowaniu nietypowych sytuacji i historii, a także o swoich odkryciach i fascynacjach. 

Joanna Gerigk podczas próby spektaklu "Café Panique", fot. T. Papuczys

Spektakl "Café Panique" w Pani reżyserii do tego stopnia zapadł mi w pamięć, że zapragnęłam dowiedzieć się, jaka była Pani droga do tego przedstawienia. Dlaczego i kiedy wybrała Pani teatr jako sposób opowiadania o świecie i o człowieku, a także o sobie?

Na samym początku było Studium Teatralne w Ciechanowie – coś na kształt wrocławskiej SKIBY. Program tego dwuletniego kursu opracowała pani, która ukończyła studia w Odessie. Robiliśmy tam wspaniałe rzeczy. To dzięki temu zapragnęłam robić teatr. A trafiłam tam przypadkiem, choć uważam, że przypadków nie ma. Początkowo sądziłam, że mam uzdolnienia plastyczne i że pójdę w tym kierunku. Manualne zajęcia zawsze mnie fascynowały i uspokajały. Do tej pory maluję, rysuję… Bardzo to lubię, ale w pewnym momencie potrzebuję wyjść do ludzi. Zrozumiałam, że teatr łączy wszystkie moje zainteresowania: pisanie, plastykę, a nawet muzykę, co okazało się stosunkowo niedawno. Jakieś półtora roku temu zaczęłam lekcje śpiewu i odkryłam, że słyszę i czuję muzykę – że to moja kolejna fascynacja (śmiech). 

Można powiedzieć, że teatr Panią pootwierał na różne dziedziny sztuki. To daje też większe szanse na autorskie przedstawienia.

Tak, na przykład Łososie w "Café Panique"  pojawiły się spontanicznie jeszcze na etapie tworzenia scenariusza, a scenograf Michał Dracz uznał, że to bardzo dobry pomysł. Były irracjonalne, ale intuicyjnie czułam, że muszą się znaleźć w przedstawieniu. Sceny te wprowadzały surrealizm, a nawet mistycyzm. Za każdym razem, kiedy Łososie z wielką gracją wchodziły na scenę, wzruszałam się... Otwarcie na eksperymentowanie jest moją wielką pasją od dawna. 

Podczas studiów na Wydziale Wiedzy o Teatrze w Warszawie prowadziłam jednocześnie zajęcia z młodzieżą, a później także z dorosłymi. Trwało to siedem lat, podczas których tworzyłam autorski teatr. Do dziś utrzymuję kontakty z uczestnikami tych spotkań. Wymyślaliśmy prawdziwe cuda, choć nie było na to żadnych środków. Wytrwałam tam tak długo dzięki wspaniałym relacjom z ludźmi, którzy dopingowali mnie do pracy i sami pragnęli coś robić. Mieliśmy nawet prawdziwy fan club składający się z rodziców, krewnych i znajomych, którzy oglądali wszystkie nasze sztuki. Zdarzało się nawet, że nie chcieli wyjść po spektaklu, tylko domagali się, abyśmy zagrali jeszcze raz. (śmiech) To był naprawdę żywy teatr! Kiedy poszłam na studia reżyserskie, dzięki wcześniejszym doświadczeniom, doskonale wiedziałam, czego chcę. Byłam bardzo świadomym studentem i to pomogło mi dobrze wykorzystać studia. 

Scena ze spektaklu "Café Panique", fot. Natalia Kabanow 

Jak można się nauczyć reżyserii, jeśli nie w praktyce…

No właśnie.  W programie mieliśmy jedną obowiązkową asystenturę, a ja zrobiłam ... pięć. Uważam, że to było absolutne minimum. Miałam szczęście dostać się na asystenturę do Anny Augustynowicz, a poza tym do jednego z najlepszych teatrów w Pradze: Dejvicke Divadlo. Dużo dał mi kontakt z dyrektorem tego teatru, Miroslavem Krobotem, reżyserem, wykładowcą DAMU (Akademie Múzických Umění Divadelní Fakulta). W praskiej szkole teatralnej istnieje coś, co można określić giełdą projektów. Zaproponowałyśmy projekt spektaklu z koleżanką, która robiła dyplom ze scenografii, a mnie zaprosiła do współpracy. Gremium, które decyduje o przyznaniu pieniędzy, składa się z pedagogów i studentów. Udało się nam przekonać komisję do naszego przedsięwzięcia i otrzymałyśmy pieniądze na nasze przedstawienie. Miroslav Krobot zgodził się zostać moim pedagogiem prowadzącym, jego metoda pracy polegała głównie na zadawaniu mi pytań.

O czym był ten spektakl?

To było przedstawienie o strachu, a głównym elementem scenografii był wielki magiel. Gdybyśmy je zrobiły realistycznie, byłaby to tragedia rodzinna, ale chciałyśmy opowiedzieć o tym inaczej. W zasadzie spektakl był pretekstem do tego, aby dojść do pewnych rozwiązań formalnych, które pomogłyby nam uchwycić esencję problemu. Nazwałabym to znakami formalnymi relacji rodzinnych. Mnie się to kojarzy z podejściem Picassowskim. Malarz dochodzi do esencji na podstawie rysunku byka. Najpierw przedstawienie jest realistyczne, a w kolejnych fazach realizmu ubywa, aż wreszcie  pozostaje byk zarysowany kilkoma kreskami. To trudne, a zarazem fascynujące. 

Właśnie coś takiego zrobiliśmy w tym przedstawieniu. Pracę trochę komplikował fakt, że dopiero w tym czasie zaczęłam się uczyć czeskiego. Chodziłam przed południem na kurs dla początkujących, a po południu - dla zaawansowanych. Brałam też dodatkowe ćwiczenia, wprawiając w zdumienie moją lektorkę. (śmiech) Znajomość czeskiego była mi potrzebna do prowadzenia prób z Czechami, a to był rodzaj komunikacji na wyższym poziomie niż czysto informacyjny. Pracowaliśmy nad spektaklem przez cztery miesiące. I jakoś się dogadałam! Do praskiej szkoły teatralnej pojechałam na roczne stypendium, ale moja współpraca z praskim środowiskiem trwała wiele lat. 

W latach 80. ubiegłego wieku zdarzyło mi się uczestniczyć w próbach Eugeniusza Korina w Teatrze Polskim. Widziałam już jego wcześniejsze przedstawienia, m. in. wspaniały spektakl dyplomowy „Marata/Sade`a” Petera Weissa i ze zdumieniem patrzyłam, jak pracował z aktorami. Pokazywał im mianowicie, jak powinni zagrać, być może dlatego, że sam był aktorem i tak było prościej. Wtedy wydało mi się to pójściem na skróty, ale być może inaczej nie osiągnąłby takich efektów, jakie zwykł osiągać, w tak krótkim czasie. Czy Pani także ma takie ciągoty?

Przyznaję, że ciągnie mnie na scenę, na tym polega mój problem. Kiedyś aktorzy, z którymi pracowałam, zagrozili mi, że zamontują sztucznego pastucha (śmiech). Jestem kinestetykiem, więc muszę wejść, dotknąć, zobaczyć, poczuć i wtedy dopiero wiem, że coś jest możliwe. To trochę tak, jak w  teatrze formy. Kiedy wezmę jakiś obiekt do ręki, doświadczam i odkrywam jego możliwości. Nawet jeśli ktoś potem twierdzi, że czegoś się nie da wykonać, jestem w stanie pokazać, że jednak jest to możliwe. Czasami, kiedy siedzę na widowni i obserwuję próbę, to okazuje się, że dystans też jest potrzebny – dostrzegam to, czego nie widziałabym z bliska. Jednak momentami muszę wejść na scenę, żeby znaleźć rozwiązanie jakiegoś problemu. Cierpię na rodzaj nadekspresji i chociaż staram się nad tym panować, to w sytuacji, gdy mnie coś pasjonuje, tracę na tym kontrolę. Kiedy chodziłam na przedstawienia „Café Panique” i siadałam z boku widowni, obsługa delikatnie dała mi do zrozumienia, że rozpraszam widzów swoim zachowaniem. Taki już mam włoski temperament. Bardzo przeżywam każdy spektakl.

Wróćmy jednak do praskich przedstawień. Nie poprzestała Pani na jednym?

Nie, zrobiłam tam jeszcze trzy spektakle. Weszłam w kontakt z aktorami i założyliśmy stowarzyszenie Divadlo NoKakabus. W międzyczasie wróciłam do Wrocławia na studia reżyserskie, ale kiedy tylko mogłam, wyjeżdżałam do Pragi. Potem udało mi się załatwić wyjazd na praktykę, która odbywała się w Dejvickem Divadle, gdzie zrealizowałam dwa spektakle. Ostatni z nich wciąż jest grany: „Jak se dělá divadlo” („Jak się robi teatr”), na podstawie felietonu Karela Čapka, jednego z moich ulubionych autorów, bardzo mi bliskiego. To filozof, naprawdę mądry człowiek i na dodatek mający szerokie zainteresowania: teatr, filozofia, ogrodnictwo… A te jego słynne rozmowy z Masarykiem!  Felieton „Jak się robi teatr” został napisany z perspektywy autora, który cierpi, ponieważ reżyser zmienia jego tekst, aktorzy niczego nie rozumieją i w ogóle teatr nie funkcjonuje, wszystko się sypie. Pokazanie teatru od kuchni sprawiło nam wiele radości! Do dziś chętnie wracam myślami do tego spektaklu. 

"Jak się robi teatr", fot. z archiwum Joanny Gerogk

Po powrocie z Pragi robiła Pani również przedstawienia lalkowe…

Tak, ale nie wyłącznie. Zawsze staram się znaleźć dla tematu odpowiednią formę. Teatr lalek to nie tylko lalki, to cały ogromny, często niewykorzystany potencjał - to maska, przedmiot, lalka hybrydowa łączona z ciałem aktora itd. Na świecie powstają wspaniałe spektakle korzystające z formy dla ludzi w różnym wieku, podczas gdy w Polsce istnieje przekonanie, że teatr lalkowy jest adresowany tylko do dzieci.

Był jednak we Wrocławskim Teatrze Lalek okres, kiedy wystawiano przedstawienia dla dorosłych, ze świetną scenografią Jadwigi Mydlarskiej-Kowal. Widziałam m. in. Proces, Gyubala Wahazara i Fausta...

Wiem i sądzę, że należałoby do tego powrócić. Była też taka scena w Poznaniu i w Krakowie… I nagle okazuje się, że musimy wszystko zaczynać od nowa… Myślę, że jest to wynikiem braku lub efektem niedobrej edukacji teatralnej w Polsce. Teatr lalek stał się niszą, w której nie jest łatwo realizować różnorodne przedstawienia. 

Teatr znajduje się obecnie w głębokim kryzysie, ale ludzie przecież tęsknią za dobrą sztuką…

Oczywiście! Sama mam wiele takich sygnałów od aktorów. Choć zabrzmi to może nieskromnie, ale staram się robić dobry, uczciwy teatr – dla widzów. Chcę mówić o - i dla ludzi. Jednocześnie szukam ciekawej formy dla pokazania zajmującego mnie tematu, aby zainteresować nim innych.  Może spektakl wywoła wzruszenie, refleksję, a może tylko kogoś rozbawi, ale będzie czymś żywym. Mnie interesuje żywy teatr, teatr blisko życia, a taki teatr można robić tylko z otwartymi ludźmi. Może stąd też bierze się potrzeba poszukiwania i eksperymentowania.
W 2016 roku zrobiłam w Teatrze im. Bogusławskiego w Kaliszu przedstawienie „Siostra i cień” – o umieraniu, a właściwie o tym, co się dzieje, gdy odchodzi ktoś bardzo bliski, w tym przypadku jedna z bliźniaczek. Pozostawia swoją obecność, którą staraliśmy się projektować na różne sposoby: obrys sylwetki funkcjonujący w projekcji, przez głos, cień… Jakiś czas po premierze rozmawiałam z Izą Wierzbicką, aktorką grającą w tym przedstawieniu. Opowiedziała, że spotkała kobietę, która była na tym spektaklu wraz ze swoją śmiertelnie chorą córką i gorąco dziękowała za to, co obie przeżyły… Spektakl dał im jakiś rodzaj ulgi i nadzieję.   

"Siostra i cień" - finał, fot. Bartek Warzecha

Udaje się Pani podejmować tematy dla każdego ważne, często trudne. Takim żywym teatrem był dla mnie także „Café Panique”. Jak powstawał?

We Wrocławskim Teatrze Pantomimy pracują wspaniali aktorzy. Udało mi się zrobić ten spektakl bez choreografa. Wyszłam z założenia, że mimowie są specjalistami od ruchu, a ja wiedziałam, czego chcę, więc wspólnie pracowaliśmy nad postaciami. Miałam scenariusz z opisanymi scenami. Bohaterów zaczerpnęłam z prozy Topora i włożyłam ich w różne sytuacje – mieli się spotykać, przenikać, zderzać ze sobą. Sprawdzaliśmy, jak dana postać się zachowuje, porusza, jaką ma energię. Nie chodziło mi o ustawianie gotowych schematów, ale o prawdziwy proces pracy nad rolą. Konfrontowaliśmy ze sobą te postaci i obserwowali ich zachowania. To jest trochę tak, jak w czeskim teatrze czy filmie, bo Czesi potrafią się śmiać z własnych problemów, co jest zarazem zabawne i tragiczne. W tym wypadku wyszliśmy od literatury, ale słowo nas nie obciążało, bo docieraliśmy w inny sposób do prawdy o człowieku.

„Café Panique” jest znakomitym, eksperymentalnym przedstawieniem, ale właściwie od początku robiła Pani rozmaite nietypowe eksperymenty, np. w pierwszym autorskim spektaklu we Wrocławskim Teatrze Lalek, który został zauważony: „Po sznurku”.

Rzeczywiście, spektakl okazał się być hitem, ale dla mnie istotne było to, że widziałam na widowni wzruszonych widzów. To był spektakl na troje aktorów, ważną rolę odgrywały w nim relacje międzyludzkie. Nie mogłabym pracować z aktorami, którzy są na mnie zamknięci, bo to jest zbyt trudne i nic ważnego nie udaje się osiągnąć. W tym spektaklu ta bliskość i zaufanie były szczególnie ważne, ponieważ scenariusz powstał na bazie tekstów Piotra Gęglawego, który jest podopiecznym Fundacji Pod Sukniami w Szczecinie, zajmującej się osobami niepełnosprawnymi. Piotr Gęglawy cierpi na zespół Downa i razem z Romkiem Zańko, który jest animatorem w dziedzinie literatury, tworzy różne, czasami przedziwne teksty. Będąc na asystenturze u Anny Augustynowicz w Teatrze Współczesnym w Szczecinie, miałam okazję je poznać dzięki aktorce Beacie Zygarlickiej. Zostały wydane w formie kalendarza, wraz z rysunkami Piotra na każdy dzień roku. Potrafił narysować wszystko, nawet bitwę pod Grunwaldem (śmiech). I wszystko wyglądało jak takie „rozjechane” słoneczko. A same historie..! Była tam np. opowieść o koniu, który jeździ windą, o papieżu, który na Dzień Dziecka chciał połknąć balon, ale mu pękł, przyszła Pani Ania i poradziła żeby połknął pizzę, ale mu nie dano i nie wiedział, co ma począć… Kompletnie przedziwne historie! 

"Po sznurku"

Zafascynowało mnie to, choć na początku nie miałam pojęcia, jak się za to zabrać. Pisząc scenariusz wiedziałam jednak, że w jego podstawie musi się znaleźć coś realistycznego, od czego można by było potem „odlecieć”. Była to historia starszego mężczyzny, pisarza, który obwarował się od prawdziwego życia i karmił się tylko tym, że jest pisarzem, przekonanym, że taka jest jego misja. Mieszkał w brudnym, oklejonym gazetami mieszkaniu, był zamknięty, agresywny w stosunku do każdego, kto próbował się do niego zbliżyć. Pewnego dnia, nie wiadomo jak, pojawia się Piotr, proponuje pisarzowi wspólną grę i całkowicie rozwala mu ten jego poukładany świat. Ostatecznie z pisarza wyłania się człowiek, który przejmuje inicjatywę w tworzeniu historyjek. Do tego materializuje się wymyślona przez Piotra pani Ania, która trzyma wszystko w ryzach. W spektaklu przewidziałam także interakcje z widzem. Kiedy pani Ania przytula pisarza, który już nie wie, o czym pisze i jest tym załamany, zachęca jednocześnie widzów do przytulenia. Czasami dzieci z widowni wchodziły na scenę, aby przytulić się do pani Ani. Kiedyś było ich prawie trzydzieścioro! Na koniec znika Piotr i pani Ania, ale pisarz jest już innym człowiekiem. Bawiliśmy się znakomicie na próbach, a potem równie dobrze bawili się widzowie. Kiedy graliśmy to przedstawienie na festiwalu w Wałbrzychu, to po spektaklu stała kolejka osób z gratulacjami, a niektórzy chcieli się tylko przytulić... Po raz pierwszy przeżyłam coś takiego! Na premierę przyjechał Piotr Gęglawy z połową swojej rodziny. Bardzo emocjonalnie reagował na spektakl, a na koniec wyszedł, dostał kwiaty i był niezmiernie szczęśliwy. To było spotkanie będące czymś więcej niż tylko teatrem. Znacznie później, na festiwalu Kontrapunkt w Szczecinie, spektakl został wyróżniony, a Piotr otrzymał specjalną nagrodę za swoje teksty.

Pani robi teatr nietypowy, nieoczywisty, a przy tym czerpiący inspirację z życia…

Tak, kolejne przedstawienia były albo inspirowane prawdziwymi wydarzeniami, albo autentyczną historią. 
W 2014 roku zrobiłam „Pocztówki z Karłowic” – na podstawie wspomnień ludzi, którzy w 1945 roku przyjechali do Wrocławia. Odwiedzałam ich, a oni opowiadali mi swoje historie. Na tej podstawie powstał scenariusz sztuki, którą zrealizowałam z trójką młodych aktorów  i wykorzystałam w nim stare przedmioty wypożyczone z legnickiego teatru. Spektakl zagraliśmy w bramie na placu Piłsudskiego. Reakcje mieszkańców były bardzo żywe. Przychodzili na każdy spektakl, z rodziną, wnukami... Spektakl trwał pięćdziesiąt minut, ale właściwie nigdy się na tym nie kończył, bo po nim zaczynały się długie rozmowy z widzami. 

"Pocztówki z Karłowic", fot. Marek Suś

Kiedyś zobaczyłam w czeskiej telewizji reportaż o człowieku, który zbudował samochód na panele solarne i objechał nim świat. Tak mnie zafascynował, że zrobiłam o nim spektakl zatytułowany „Solartaxi - samochód na słońce”, który był prezentowany w Teatrze Maska w Rzeszowie. Mało tego, postanowiliśmy się z nim skontaktować. Odpisał, że chętnie by przyjechał, ale będzie w tym czasie na konferencji promującej jego pojazd w Australii. Cieszył się jednak bardzo i gratulował nam pomysłu. W przypadku tego przedstawienia wyzwaniem było pokazanie w teatralnej formie zarówno podróży, jak i materializacji marzeń.

"Solartaxi", fot. materiały prasowe

W Teatrze Lalki i Aktora w Wałbrzychu w 2016 roku powstał spektakl, który był grany bardzo długo i nosił tytuł „Dobrze, że jesteś”. Dotykał trudnej przyjaźni między dwiema osobami. Zadanie, które sobie postawiłam tym razem, dotyczyło znalezienia sposobu na przemianę formy na oczach widza, np. torba podróżna zamieniała się w psa, parasol – w kurę.

"Dobrze, że jesteś", fot. TLiA/W. Łomża

Rok później zaproponowałam własną wersję mitu o Mandragorze w Teatrze Lalki i Aktora w Łomży. Cały spektakl był mocno osadzony w naturalnych materiałach, np. w drewnie, bo chciałam wykorzystać folklor kurpiowski – ze śpiewem białym na żywo i z towarzyszeniem liry korbowej. Lalki wykonane zostały z naturalnych elementów znalezionych w lesie.
Najbardziej eksperymentalny spektakl powstał na bazie krótkiej notatki z gazety i posiadał trzy alternatywne zakończenia, które wybierał widz.

"Mandragora", fot. Michał Dracz

Gdyby się jeszcze trochę cofnąć wstecz, to przypomnę, że w 2015 roku zrealizowała Pani w Jeleniogórskim Teatrze Animacji spektakl o zagadkowym tytule „Kot Zen, czyli o muzyce i ciszy w teatrze”…

Tak, to była część większego projektu edukacyjnego. Wybrałam tym razem temat muzyki i ciszy, bo już wtedy czułam, że z muzyką łączą mnie szczególne więzi, że mnie fascynuje. Forma przedstawienia dawała nam możliwości poeksperymentowania. Aktor opowiadał jakąś historię i jednocześnie ilustrował ją na żywo dźwiękiem, mając mikrofon położony blisko przedmiotów, które wydawały rozmaite odgłosy. Na przykład wędrówkę przez śnieg ilustrował z pomocą dźwięków wydawanych przez mąkę, przy czym nadawała się do tego tylko mąka ziemniaczana. (śmiech) To było poszukiwanie zawarte w dźwiękach

"Kot Zen", fot. materiały prasowe

Również w Jeleniej Górze, ale tym razem w Zdrojowym Teatrze Animacji, zrobiliśmy na początku 2019 roku spektakl "Zielona Gęś, czyli najmniejszy teatrzyk świata" według tekstów Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. To jest rzecz o potrzebie wolności i konieczności wyrwania się z pewnych schematów i ograniczeń. Założenie było takie, że postacie do tego stopnia mają dosyć życia w teatrze, że pragną z niego uciec, ale nie mogą tego zrobić, bo na widowni wciąż siedzą widzowie. (śmiech) Wobec tego muszą wymyślać kolejne skecze  (znane im, bo napisane przez autora Zielonej Gęsi), żeby zabawić publiczność. Wszystko to odbywało się w dużej bliskości z widownią i przypominało improwizację. Chciałam też, aby spektakle były grane z muzyką na żywo i aby uniknąć dodatkowych kosztów, namówiłam do akompaniowania jedną z aktorek, która w przeszłości uczyła się grać na pianinie. Ponieważ od dawna tego nie robiła, ćwiczyła dodatkowo po wspólnych próbach. Było to niełatwe, ale się udało. 

"Zielona Gęś", fot. materiały prasowe

Przed „Zieloną Gęsią” była "Café Panique", a po niej "Kichot" wg Cervantesa we Wrocławskim Teatrze Lalek – cały spektakl w technice lalki stolikowej, mający do dyspozycji kilkadziesiąt rzeźbionych specjalnie form. Po nim zrealizowałam „Zapisanych” na postawie "Płonących świec" Belli Rosenfeld Chagall w Teatrze Lalek Arlekin w Łodzi. (premiera 15 września 2019). Mnie od dawna fascynowała ta książka, ale temat czekał na realizację aż dziesięć lat. Materiał do adaptacji był bardzo obszerny, a trudność polegała na nieznajomości ortodoksyjnego świata religijnych zwyczajów bohaterów. Założyłam, że nie potraktuję tego wątku powierzchownie. Przez dwa tygodnie zbierałam materiały, aby przygotować się do rozmowy z konsultantem. Okazało się, że każdy obrządek, święto są skodyfikowane i obowiązują w nich ścisłe procedury. Wszystkich zamęczałam tymi konsultacjami, łącznie z panią doktor Joanną Lisek z wrocławskiej judaistyki, która mi bardzo pomogła. Zależało mi też na tym, aby w spektaklu zabrzmiał oryginalny język, więc aktorki uczyły się kwestii i pieśni w jidysz, a kompozytor (Sebastian Ładyżyński) współpracował z rabinem, z którym nagrał oryginalne modlitwy… A i to nie wystarczyło! Mieliśmy także spotkanie z panią pracującą w mykwie, bo w spektaklu była także scena rytualnego obmycia. Wtedy – na dwa tygodnie przed premierą! – okazało się, że źle to pokazujemy. W pewnym momencie poczułam, że to już obłęd i zrozumiałam, że dalej w to brnąć nie możemy, bo zwariujemy. Musimy zaprzestać wchodzenia w szczegóły. Wątek żydowskiej tradycji pokazaliśmy metodami teatralnymi, poprawnie, stosując skrót i znak. Miałam potem osobistą satysfakcję, kiedy przyszły osoby z gminy żydowskiej na premierę spektaklu i były zaskoczone, jak poważnie potraktowany został temat.

"Zapisani", fot HaWa

Pamiętam jeszcze Teatr Idy Kamińskiej, w którym te żydowskie obyczaje były znakomicie pokazane. Gorzej było ze spektaklem „Sztukmistrza z Lublina” w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu, choć było to wspaniałe przedstawienie z tekstami Agnieszki Osieckiej. W Pani wypadku to rzetelnie naszkicowane tło obyczajowe i religijne dodawało spektaklowi wiarygodności – czuć w nim było prawdę.

Oczywiście! Mało tego, pewne rzeczy, które odkrywaliśmy, były dla nas bardzo inspirujące. Nagle wchodziliśmy w inny świat, co dla aktorów – przynajmniej dla tych, którzy gotowi są przekroczyć pewne bariery - było doświadczeniem dającym nowe możliwości wyrazu. Przyznać muszę, że jest we mnie niespokojny duch, który każe mi ciągle czegoś poszukiwać, drążyć i zadawać pytania.

Ależ całe szczęście, że tak jest!

A czy wie Pani, jakie to jest trudne? W teatrze tego nikt nie oczekuje, a moim zdaniem teatr powinien być różnorodny. Szukam uniwersalnych tematów, zrozumiałych dla widza i zarazem ciekawej formy. Jednoczęśnie już na początku swojej drogi reżyserskiej założyłam sobie, że nie pójdę na kompromis, bo wystarczy raz to zrobić i potem pojawiają się kolejne. Kiedy przyjeżdżałam na rozmowy z dyrektorami, miałam zawsze kilka propozycji, co dawało mi większe szanse na to, że coś jednak wybiorą. Mam silną potrzebę robić w teatrze coś, co mnie pasjonuje i jest blisko życia.  

Co zamierza Pani teraz robić, bo nie wątpię, że ma Pani w planach jakieś nowe projekty?

Przez tę przerwę wynikającą z pandemii miałam więcej czasu na przemyślenia. Starałam się także modyfikować pracę ze studentami. Doszłam do wniosku, że interesują mnie połączenia projektów badawczych z działaniami artystycznymi. Kilka lat temu  przez rok pracowaliśmy nad tematem teatru komponowanego. To nurt, który wykorzystuje metody i strategie kompozycji muzycznej. Punktem wyjścia do stworzenia spektaklu był wiersz Zbigniewa Herberta „Apollo i Marsjasz”. Powstał rodzaj partytury z zapisanym dźwiękiem, ruchem, gestem itd. Za pomocą specjalnie spreparowanych mikrofonów nagłaśnialiśmy podłogę, elementy scenografii… Dźwięk był przetwarzany na żywo za pomocą iPada. 
Spektakl prezentowany był tylko na pokazach zamkniętych, aby stworzyć możliwość rozmowy z widzami. Wszystko to zostało opisane w mojej rozprawie doktorskiej. Aktualnie piszę także artykuł naukowy o teatrze  komponowanym. Lubię szukać nowych tematów. Mogę się zainspirować np. fizyką kwantową i spróbować oddać tę myśl w teatrze. Kiedyś kolega zaproponował mi, abym mu napisała scenariusz o Tesli i tak powstał spektakl w Teatrze Lalek „Tesla vs Edison, czyli z prądem lub pod prąd”. Najpierw jednak sama musiałam poszukać informacji o nim i sporo się dowiedzieć o dziedzinie nauki, którą się pasjonował. 

"Apollo i Marsjasz" - teatr komponowany, fot. Krystian Lewacki
Niestety, realizacja projektów badawczych nie jest prosta, bo trudno uzyskać na nie fundusze. Być może dobrym wyjściem byłyby projekty międzynarodowe. Mimo wszystko rozpisuję pomysły i przymierzam się do tych projektów, bo chciałabym mieć gotowy materiał, gdyby pojawiła się możliwość realizacji. Wraz ze studentem reżyserii pracujemy obecnie na projektem badawczym dotyczącym szeroko pojętej performatyki formy.

Obejrzałam kiedyś w ramach Millennium DocsAgainst Film Festiwal nietypowy dokument Sama Greena „Miara wszechrzeczy”, zrealizowany na podstawie Księgi Guinessa. Otóż reżyser wystąpił na żywo jako narrator swego filmu, a poza tym towarzyszyła mu kapela grająca muzykę, również na żywo. Ten film nie mógł funkcjonować tak jak każdy inny, bo zakładał obecność twórcy (narratora) i muzyków. Powstał rodzaj kino-teatru, bardzo to było interesujące doświadczenie. Z jednej strony eksperyment, a z drugiej – powrót do bliskiego kontaktu z widzem/słuchaczem. Wydaje mi się, że mocną stroną Pani teatru jest bliskość z aktorem i widzem, a tego nie dało się zrealizować podczas izolacji…

Muszę przyznać, że bardzo tęsknię za aktorem i widzem, czekam więc na nowe otwarcie. Już teraz przygotowujemy  spektakl w Niemczech na przełom 2022/2023 roku. To ważne, aby zachować ciągłość, stawiać sobie zadania, tworzyć oraz być w kontakcie z innymi. Bardzo nam tego potrzeba, szczególnie teraz. Teatr jest w tym wyjątkowy – widzimy, ale także czujemy zapachy, słyszymy dźwięki, tu dochodzi do nieustannej wymiany między aktorem a widzem.

Pani teatr jest właśnie taki: bliski i zmysłowy. Dość wspomnieć „Pocztówki z Karłowic”, który dla mieszkańców dzielnicy z pewnością taki był.

Siły do tego, aby nadal robić spektakle, dają mi głosy widzów, aktorów i innych osób. Ostatnio myślę o realizacji słuchowiska, ale także od wielu lat zbieram historie prawdziwe, żeby ułożyć je w książkę. Opowiadam je w bardzo uproszczonej formie. Te historie liczą maksymalnie 3-4 zdania, ale są mimo to zamkniętymi opowieściami, mają klimat  przypominający „Café Panique” i często poprawiają mi nastrój. Może na innych też tak zadziałają? Poza tym kolekcjonuję rozmaite sytuacje, w których występują przedmioty znajdujące się w innych rolach, niż te, do których je przeznaczono. Robię im zdjęcia i sądzę, że pasowałyby jako ilustracje do moich historii. Chciałabym, żeby wstęp do książki był naukowy, filologiczny, bo dzięki temu absurd stanie się jeszcze bardziej wyrazisty. Poszukuję dla siebie różnych form aktywności i chcę się tym dzielić z innymi. 


Życzę, aby miała Pani po temu wiele okazji. Dziękuję za rozmowę.


„Witold Lutosławski. Opera omnia 09 – drobiazgi”– nowy album wydany przez Narodowe Forum Muzyki

 Prezentujemy album Narodowego Forum Muzyki i CD Accord – "Witold Lutosławski. Opera omnia 09 – drobiazgi". Witold Lutosławski. Op...

Popularne posty