Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania waldemar zawodziński, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania waldemar zawodziński, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 stycznia 2024

Premiery i wznowienia przedstawień w planach artystycznych Opery Wrocławskiej

 17 stycznia 2024 r. w Operze Wrocławskiej odbyła się konferencja prasowa. Podczas spotkania z dziennikarzami dyrektor Tomasz Janczak zaprezentował plany artystyczne do czerwca 2024. Przedstawił także Giorgio Crociego jako pierwszego dyrygenta gościnnego Opery Wrocławskiej. O swoich planach i zadaniach artystycznych mówili: Waldemar Zawodziński (reżyser), Rafał Karczmarczyk (p.o. kierownik muzyczny, dyrygent), Małgorzata Dzierżon (kierownik baletu), Anna Grabowska-Borys (kierownik chóru), Kamila Siwińska (reżyserka) i Tomasz Rudnicki (solista).

Z mikrofonem: dyrektor Tomasz Janczak, od lewej: Waldemar Zawodziński (reżyser),
Rafał Karczmarczyk (dyrygent), fot. W. Palacz

Opera Wrocławska jest w trakcie przygotowań przede wszystkim do trzech spektakli premierowych, będą to Manekiny Zbigniewa Rudzińskiego w reżyserii Kamili Siwińskiej (1, 2, 3 marca), Włoszka w Algierze Gioacchino Rossiniego w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego (18, 19 maja) oraz balet Napoli do libretta Augusta Bournonville’a w choreografii Johana Kobborga.

Ponadto na scenę Opery Wrocławskiej w kwietniu powracają dwa tytuły: Rycerskość wieśniacza (Cavalleria rusticana) Pietro Mascagniego i Pajace (Pagliacci)  Rugiero Leoncavallo. Obie opery wystawiane są podczas jednego wieczoru. Premiera obecnej realizacji odbyła się 15 grudnia 2012 r. pod kierownictwem muzycznym Ewy Michnik, w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego. Ostatni raz spektakl był zagrany w październiku 2019 r.

Na melomanów czeka również szereg spektakli repertuarowych: Łucja z Lammermooru Gaetano Donizettiego, Don Giovanni Wolfganga Amadeusa Mozarta, Cyganeria Giacomo Pucciniego. Z pewnością muzycznym wydarzeniem sezonu będzie Tosca z udziałem Aleksandry Kurzak i Roberto Alagny 31 maja i 2 czerwca. Z kolei dla najmłodszej publiczności przygotowaliśmy Yemayę – królową mórz Zygmunta Krauzego, której prapremiera miała miejsce w Operze Wrocławskiej w 2019 roku oraz Pchłę Szachrajkę Macieja Małeckiego wg bajki Jana Brzechwy, a także najnowsza produkcja dla dzieci – Odczarowany flet na podstawie Czarodziejskiego fletu W.A. Mozarta.

informacja prasowa

czwartek, 25 lipca 2019

Impresje operowe Małgorzaty Słoniowskiej /wywiad/

Rozmawiam z wybitną kostiumografem, scenografem i malarką - Małgorzatą Słoniowską, która przez wiele lat współtworzyła wspaniałe przedstawienia w Operze Wrocławskiej, a także w wielu teatrach w kraju i za granicą. 


Małgorzata Słoniowska, fot. z archiwum artystki

W BWA w Kielcach trwa właśnie wystawa projektów Pani kostiumów, zatytułowana "Impresje operowe". Każdy z nich jest właściwie zachwycającym akwarelowym portretem, który ożywia wyobraźnię...

Małgorzata Słoniowska: To miała być w założeniu wystawa projektów, które mają charakter wspomnień. Czuję się przede wszystkim kostiumologiem i marzyłoby mi się pokazanie kostiumów. Przed laty miałam taką wystawę we wrocławskim Ratuszu i do dziś wspominam ją z wielkim sentymentem, bo były to moje ulubione prace z przedstawień w Operze Wrocławskiej, z którą bardzo długo współpracowałam. Z Waldemarem  Zawodzińskim - wybitnym reżyserem i scenografem -  zrobiłam przepiękne plastycznie "Pajace" Ruggiero Leoncavallo, Opowieści Hoffmanna" z muzyką Jacques'a Offenbacha. Praca z nim zawsze była niezwykle inspirująca. Część moich kostiumów z tych przedstawień znajduje się obecnie w Muzeum Miejskim Wrocławia, a część w  Centrum Muzeum Scenografii w Katowicach. Trudno by więc było  zorganizować taką wystawę, bo wypożyczenie ich jest obwarowane wieloma przepisami.

Miała Pani szczęście wykonywać pracę, która była jednocześnie pasją. Interesuje mnie droga, która Panią do tego zawiodła: Napotkani ludzie? Przypadek? Predyspozycje? A może wszystko to razem?

Zapewne wszystko to razem. W dzieciństwie najbardziej lubiłam bawić się w teatr. Zabierałam swoje koleżanki z podwórka do domu i zamęczałam je tymi wymyślanymi przedstawieniami. Pamiętam taką ulubioną książkę "Czarownica znad Bełdan", która mi się ogromnie podobała, szczególnie te jej mazurskie klimaty... Na podstawie tej książki robiłyśmy z moją najlepszą przyjaciółką spektakl, a reszta była widownią i strasznie się nudziła przez te półtorej godziny (śmiech). Ale dla mnie to była najwspanialsza zabawa! Myślę, że wtedy obudziła się we mnie miłość do teatru. Lubiłam także rysować i w pewnym momencie niczego innego nie pragnęłam jak studiować malarstwo. Dostałam się do Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu, ale na ... ceramikę, która była wówczas modna i wydawało się, że daje większe możliwości. Fascynowała mnie szczególnie ceramika artystyczna. Jej rzeźbiarskość wpłynęła potem na kształt moich kostiumów. Były w pewnym sensie przestrzenne. Tak było np. przy projektach kostiumów do "Kantat". Okazały się bardzo trudne w realizacji. Studiowałam potem także malarstwo.

Kostium Mercedes,  "Carmen" G. Bizeta w reż. Roberto Skolmowskiego

A jak przychodzą pomysły na takie, a nie inne kostiumy? Czy muzyka, do której je Pani przygotowuje, ma jakiś wpływ na ich kształt?

Bywa różnie. Najczęściej znam tę muzykę, mam swoich ulubionych kompozytorów, natomiast obie kantaty Bacha poznałam dopiero przy ich realizacji. Zastanawiałam się nad tym, jak powinny wyglądać kostiumy. Dodam, że na początku reżyser przedstawienia prowadzi rozmowy ze scenografem i kostiumologiem na temat swojej koncepcji. Zwykle narzuca swój pomysł pozostałym, ale jeśli nie ma od początku określonej wizji, wymaga to wspólnego przemyślenia. Tak było w przypadku mojej współpracy z Roberto Skolmowskim. Spektakl był trudny inscenizacyjnie, statyczny, toteż wpadliśmy na pomysł, aby wykorzystać malarstwo Archimboldo - jego genialne "Cztery pory roku", te portrety, na których są twarze z warzyw i owoców. Potem przez długi czas patrzyłam na ludzi przez pryzmat tych obrazów, doszukując się w ich twarzach różnych warzyw (śmiech).  Realizacji tych kostiumów towarzyszyły ogromne emocje, bo wykonanie takich rzeźbiarskich kostiumów wymagało nie lada umiejętności od teatralnych krawców. Efekt był jednak fantastyczny! Kostiumy były ciężkie, więc artyści musieli się w nich wolno przesuwać, co korespondowało z rytmem kantaty.

Kostium Buraka, "Kantata chłopska" j. S. Bacha w reż. Roberto Skolmowskiego

Czy pamięta Pani swój pierwszy pokaz? Jakie były początki Pani kariery?

Przed trzydziestu laty zaczęłam pracować jako asystent scenografa. Wtedy też poznałam Roberto Skolmowskiego przy pracy nad "Otellem" w Operze Wrocławskiej. Scenografię do tego spektaklu przygotowywała Barbara Zawada. Na początku byłam wprawdzie "osobą od wszystkiego", ale i tak byłam bardzo szczęśliwa, że uczestniczę w przygotowaniach do spektaklu, który porwał mnie swoją muzyką i do dziś uważam, że był bardzo piękny. Spektakl wprawdzie niezbyt się podobał publiczności, bo nie był klasyczny, a dla niektórych nawet kontrowersyjny, jednak wspominam go do dziś z czułością, bo dla mnie były to wielkie emocje.

Kulkuletnia praca na stanowisku asystenta była moimi prawdziwymi studiami scenograficznymi, bo pracowałam ze wspaniałymi scenografami, prawdziwymi mistrzami. Z Xymeną Zaniewską współpracowałam przy "Traviacie" i byłam zafascynowana jej osobowością. Ten spektakl to było istne szaleństwo, ogromny projekt! Wiele kostiumów wykonywała COPiA, a także nasze pracownie. Nauczyłam się wtedy, jak można logistycznie połączyć różne pracownie, znajdujące się w innych miastach, aby uzyskać właściwy efekt. To była także współpraca z różnymi ludźmi, których trzeba było zachęcić, a także pogodzić różne racje i punkty widzenia. Każdy ma jakąś swoją wizję tego, co robi, należało więc zachowywać się przy tym dyplomatycznie, aby nikogo nie urazić. Xymena Zaniewska umiała to robić znakomicie. Była silną osobowością, a jednocześnie człowiekiem bezpośrednim, swobodnym w kontaktach. Tego się od niej nauczyłam. "Traviatę" reżyserował Adam Hanuszkiewicz, a scenografię robił Mariusz Chwedczuk, mąż Xymeny, która przygotowywała kostiumy. Pamiętam setki falban, w których się lubowała... Nauczyła mnie także dokładności, takiego rodzaju pracy jak przy filmach, kiedy ogląda się detale, co zresztą się dziś szczególnie przydaje, gdy reżyser wykorzystuje w spektaklu projekcje. Dzięki Xymenie zyskałam także pewność siebie i swobodę w pracy.


Kostium Carmen "Carmen" G. Bizeta w reż. Roberto Skolmowskiego


Czy któryś ze współpracujących z Panią reżyserów zostawił jakiś ślad, został szczególnie zapamiętany?

Kimś takim był z pewnością Igor Przegrodzki, z którym miałam współpracować przy realizacji spektaklu Domenico  Cimarosy „Impresario w opałach”. Były to początki pracy w Operze Wrocławskiej pani dyrektor Ewy Michnik - okres bardzo trudny, ponieważ trwał strajk, a środowisko było skonfliktowane. Byłam zrozpaczona, ponieważ w tych warunkach nie było warunków na to, by przygotować spektakl. Z drugiej strony byłam przeszczęśliwa z powodu czekającej mnie współpracy z |Igorem Przegrodzkim. Choć jako osoba z niewielkim doświadczeniem miałam także obawy. Tymczasem Igor potraktował mnie bardzo serdecznie, choć wiadomo było, że nie jest łatwym partnerem. Na scenie lubił grać reżysera i wszyscy dostawali po uszach, więc ostrzegano, że mnie zmiażdży. A tymczasem Igor okazał się uroczym dżentelmenem, który potraktował mnie jak partnera, mimo że byłam wtedy na początku swojej drogi zawodowej. Podjęliśmy pracę nad spektaklem, pomimo trwającego strajku. Starannie narysowałam projekty scenografii, a Igor był po ich obejrzeniu zachwycony. Obserwowanie Go podczas reżyserowania także było dla mnie wielką frajdą, bo to był spektakl w spektaklu. "Cimarosa" był pierwszą premierą po zakończonym strajku. Potem jeszcze zrobiliśmy w Teatrze Muzycznym - Operetce "Księżniczkę czardasza" Imre Kálmána, we współpracy z Teresą Kujawą, która przygotowała choreografię. Teresa jest kolejnym ważnym człowiekiem w moim życiu - wspaniałym, bardzo kolorowym choreografem. Obie te, tak różne osobowości, sprawiały, że praca nad spektaklem była bardzo dynamiczna. Ile tam było ognia! Ile starć! Z Teresą zrobiłam jeszcze w Operze Wrocławskiej, m.in.  "Dziadka do orzechów". Przyjaźnimy się do dziś. Po latach ta wybitna tancerka, choreografka i reżyser powiedziała mi największy komplement: "Słoniowska, ty jesteś prawdziwą artystką!


Pierwsza samodzielna realizacja?

To było  "Bolero" Ravela z Anią Majer. Po latach asystowania ówczesny dyrektor Opery Wrocławskiej, Marek Rostecki, zaproponował mi samodzielne stanowisko i pierwszą inscenizacją, którą miałam przygotować, był balet, właśnie "Bolero" - przedstawienie bardzo zmysłowe, bo taka też wydawała nam się ta muzyka. Kolejnym spektaklem był również balet - "Królewna Śnieżka" Pogdana Pawłowskiego, do którego projektowałam scenografię i kostiumy. Mogłam wtedy zaszaleć - kolorowe, pełne różnorodnych postaci przedstawienie dla dzieci, dawało niemal nieograniczone możliwości dla mojej wyobraźni. Dziecięca widownia była zachwycona, miałam także entuzjastyczne recenzje. Zaczęło się więc od bajek i przyznam, że lubię je do tej pory.

Kostium postaci z chóru, "Pajace" R. Leoncavallo, reż. Waldemar Zawodziński

Przygotowując kostiumy do kolejnych spektakli miała Pani okazję współpracować z różnymi interesującymi ludźmi i to nie tylko w Operze Wrocławskiej, ale także za granicą. Z pewnością było to dla Pani bardzo rozwijające doświadczenie...

Fantastyczne! Można robić wielokrotnie te same przedstawienia ("Dziadka do orzechów" przygotowywałam już jedenaście razy), ale za każdym razem zawsze jest to nowe, inspirujące wyzwanie. To jest w tym zawodzie piękne, że kolejny spektakl jest nową przygodą.

Wobec tego proszę o którejś z tych przygód opowiedzieć.

Tak się złożyło, że przez czternaście lat współpracowałam z Theater Görlitz, gdzie miałam zaprzyjaźnionego scenografa Franza  Huyera, niestety już nieżyjącego. W tamtych latach zupełnie inaczej pracowało się w Niemczech w porównaniu do Polski czy Ukrainy. U nas można było poszaleć, bo praktycznie nie było ograniczeń finansowych. Tymczasem w Görlitz, podobnie jak w każdym teatrze niemieckim, budżet skrupulatnie się planowało i należało się w nim zmieścić. Krawcowe teatralne miały katalogi, przygotowane na rozmaite budżety, więc z góry wiadomo było, że obowiązuje dyscyplina finansowa i trzeba było znaleźć materiały, które zmieściłyby się w planowanym budżecie. Dzięki temu nauczyłam się także dyscypliny finansowej. Jednak przede wszystkim każda realizacja była odkryciem, poznawaniem nowych ludzi, z którymi do dziś się przyjaźnię.

Kostium Patisona, "Kantata chłopska" j. S. Bacha w reż. Roberto Skolmowskiego


Zupełnie inaczej wyglądała praca we Lwowie. Przygotowywaliśmy z Roberto Skolmowskim dla Opery Lwowskiej "Straszny Dwór" Stanisława Moniuszki. Zastaliśmy ogromne pracownie, a w nich fantastycznych specjalistów. Dysponowałam wtedy niewielkim budżetem, w ramach którego trzeba było przygotować jednak coś atrakcyjnego, więc pomyślałam, że zrobimy kostiumy z surowego lnu, na których będą namalowane polskie obrazy z okresu sarmacji. Zostały pięknie wykonane. Roberto Skolmowski miał zwyczaj dynamizować swoje spektakle i stało się to powodem niemałego zamieszania. Zazwyczaj tamtejszy chór stał statycznie na scenie i wykonywał swoje partie. Wobec tego, że pokazywany był tylko z przodu, kostiumy miały charakter frontalny. Tymczasem okazało się, że w tym  spektaklu chór ma tak wiele działań aktorskich, że musi zostać pokazany ze wszystkich stron, co wywołało niemałe zamieszanie. Inną cechą pracy we Lwowie okazało się swoiste bałaganiarstwo i brak dyscypliny. Kiedyś zawaliły się dekoracje, bo ktoś je kiepsko zamocował. Ja z kolei nie mogłam się doczekać gotowych kostiumów. Jeszcze przed próbą generalną ciągle słyszałam: "Не переживай, будут" ("Nie denerwuj się, będą"). I rzeczywiście, kiedy już moje zdenerwowanie sięgnęło zenitu, zobaczyłam na premierze pięknie uszyte kostiumy (śmiech). Bardzo chciałabym wrócić do tego teatru i zobaczyć, co się tam zmieniło.


Kostium postaci z chóru, "Pajace" R. Leoncavallo, reż. Waldemar Zawodziński

Przygotowywała Pani dla Opery Wrocławskiej słynne superprodukcje. Z pewnością w tego rodzaju widowisku strona plastyczna odgrywa ogromną rolę. Jak Pani sobie radziła z takim wyzwaniem?

Wbrew pozorom to się aż tak bardzo nie różni, poza tym, że wszystkiego jest więcej. Miałam do dyspozycji wspaniałe pracownie i krawców-artystów. Trylogię Wagnera przygotowywałam z fantastycznym reżyserem Hansem-Peterem Lehmannem, specjalistą od Wagnera, który miał jasną i precyzyjną wizję spektaklu. Nie chciał, aby było baśniowe. W jego koncepcji kostiumy miały charakteryzować postaci. Zrobiłam intuicyjnie kilka projektów i zostały zaakceptowane. Widowiska cieszyły się ogromnym powodzeniem, mimo że trwały wiele godzin, a muzyka wcale nie była łatwa w odbiorze. Było to zawsze wielkie organizacyjnie przedsięwzięcie, więc panowała ogromna mobilizacja całego zespołu.

Co Pani planuje w najbliższym czasie?

Plany mam obecnie dużo skromniejsze, bo teatry się zmieniły, wielu "moich" reżyserów odeszło... Ostatnio przygotowywałam spektakle z Michałem Znanieckim: "Flisa" Moniuszki dla Opery Bytomskiej,  "Idomeneusza króla Krety"Mozarta w Warszawskiej Operze Kameralnej. To zupełnie inny rodzaj pracy. Znaniecki jest szalenie sprawnym reżyserem, ale wszystko odbywa się internetowo. Brakuje mi najbardziej spotkań, rozmów... Tego we współczesnym teatrze już nie ma. Mimo wszystko jednak nadal odręcznie rysuję projekty, bo sprawia mi to przyjemność. Lubię rysować, studiowałam nawet rysunek na I roku w Kunsthochschule w Halle. Tam właśnie nauczyłam się precyzji rysowania z natury, a także liternictwa. Wtedy bardzo się męczyłam, ale dziś doceniam, bo dało mi to wielką łatwość w rysowaniu. Wróciłam też do malowania.

Może to dziedzina, w której czekają Panią nowe odkrycia... Dziękuję za rozmowę.


Kostium Młynka, "Kantata o kawie" J. S. Bacha, reż. Roberto Skolmowski

MAŁGORZATA SŁONIOWSKA

Absolwentka Wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych, kostiumolog, scenograf i malarka. Od 1988 r. związana zawodowo z Operą Wrocławską, w której pracowała przez 28 lat na stanowisku scenografa.
Zaprojektowała kostiumy i scenografię do blisko 150 spektakli Opery Wrocławskiej oraz wielu teatrów i oper w kraju i za granicą, w tym do wielkich widowisk operowych wystawianych w Hali Stulecia we Wrocławiu: „Aida” /2002/, „Carmen” /2005/ „Borys Godunow” /2007/ „Makbet” /2011/, „Poławiacze pereł” /2013/ oraz superprodukcji plenerowych: „Giocondy” /2003/ prezentowanej na Odrze, „Balu maskowego” /2012/ na stadionie olimpijskim we Wrocławiu, „Latającego Holendra” /2015/ w pergoli.

Stworzyła kostiumy do wszystkich części tetralogii R. Wagnera „Pierścień Nibelunga” w reż. H.P. Lehmanna: „Złoto Renu”/2003/, „Walkiria”/2004/, „Zygfryd”/2006/, „Zmierzch Bogów”/2006/ wystawianej przez Operę Wrocławską w Hali Stulecia dla wielotysięcznej publiczności.

Kostiumy jej autorstwa prezentowane były w 2008 r. na wystawie „Kostiumeria Małgorzaty Słoniowskiej” we wrocławskim Muzeum Sztuki Mieszczańskiej. Zaprojektowane przez nią stroje pokazywane są na festiwalach mody – w latach 2008, 2009 i 2012 r. prezentowane były na Gali Off Fashion w Kielcach; w 2008 r. w Katowicach, w ramach ekspozycji „W przestrzeni Uniwersum / labiryncie śmierci – Inscenizacje plastyczne oper Krzysztofa Pendereckiego” prezentowano kostiumy zaprojektowane przez artystkę do wrocławskiej inscenizacji „Raju utraconego” K. Pendereckiego. W zbiorach Centrum Scenografii Polskiej Muzeum Śląskiego w Katowicach znajdują się kostiumy autorstwa Małgorzaty Słoniowskiej do „Kantaty o kawie” i „Kantaty chłopskiej” J. S. Bacha, wystawionych w Operze Wrocławskiej.

Inspiracje światem operowym, scenografią teatralną i kostiumami znajdują odzwierciedlenie w różnorodności i barokowym stylu dzieł malarskich artystki. Zarówno gotowe stroje, jak i obrazy, są fantastycznymi wariacjami na temat elementów rzeczywistości .

Małgorzata Słoniowska została odznaczona Brązowym i Srebrnym Krzyżem Zasługi oraz uhonorowana Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

Tekst biogramu pochodzi ze strony BWA w Kielcach, Filia w Busku-Zdroju, Galeria "Zielona", gdzie od 28 czerwca 2019 r. prezentowana jest wystawa projektów artystki, kurator: Magdalena Kusztal.

poniedziałek, 13 maja 2024

Premiera "Włoszki w Algierze" Gioacchino Rossiniego w Operze Wrocławskiej /zapowiedź/

 Już w najbliższy weekend na scenie Opery Wrocławskiej ujrzymy to – pełne werwy i rossinowskiego humoru – dzieło w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego, pod kierownictwem muzycznym Georgiosa Balatsinosa. 

Jest to przezabawna dwuaktowa opera buffa, napisana do libretta Angelo Anellego. Partytura dzieła powstała w niespełna cztery tygodnie (jak donosi ówczesna wenecka prasa) i po raz pierwszy została zaprezentowana publiczności 22 maja 1813 r. w Teatro San Benedetto w Wenecji. Osiągnęła triumfalny sukces i do dziś cieszy się powodzeniem na największych światowych scenach operowych. Bogaty i wpływowy Algierczyk Mustafa odstawia na bok swą obecną żonę Elwirę i pragnie zaznać uciech się z inną kobietą. W tym celu rozkazuje swemu zaufanemu pracownikowi Halemu sprowadzić jak najszybciej nową kobietę, najlepiej Włoszkę…

Libretto Anellego było rzekomo oparte prawdziwej historii niejakiej Antonietty Frapolli. Była to młoda mediolańska arystokratka, która w 1805 r. została porwana przez piratów i podobno była przetrzymywana u beja Algieru Mustafy ibn-Ibrahima. Ostatecznie całe zdarzenie zakończyło się szczęśliwym powrotem arystokratki do domu. 

Rossini we "Włoszce w Algierze" ukazuje się nam jako karykaturzysta z wielkim poczuciem humoru. Łączy tu muzycznie operę seria i operą buffa, tworząc dramma giocoso. Dzieło na deskach Opery Wrocławskiej po 1945 r. miało tylko jedną premierę – w styczniu 1986 roku.

Reżyseria, scenografia, reżyseria świateł: Waldemar Zawodziński

Kierownictwo muzyczne: Georgios Balatsinos

Współpraca muzyczna: Rafał Karczmarczyk

Ruch sceniczny: Janina Niesobska

Kostiumy: Maria Balcerek

Obsada

Mustafa - Szymon Kobyliński*/  Jakub Szmidt*

Elwira - Iwona Handzlik*/ Maria Rozynek

Lindoro - Aleksander Kunach* / Paweł Żak*

Izabela - Aleksandra Opała /  Jolana Slavikova*

Zulma - Dorota Dutkowska / Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak

Haly - Tomasz Łykowski* / Adam Woźniak*

Taddeo - Jacek Jaskuła / Łukasz Motkowicz

Orkiestra Opery Wrocławskiej -

Chór opery Wrocławskiej -

* - gościnnie

informacja prasowa

piątek, 18 listopada 2022

"Carmen" Georgesa Bizeta w Operze Wrocławskiej: skazani na sukces 😀 /recenzja/

Najnowsza adaptacja sceniczna "Carmen" Georgesa Bizeta  w reżyserii Marii Sartovej to kolejny wielki sukces Opery Wrocławskiej. Znakomita inscenizacja, wspaniale zagrane i zaśpiewane role oraz piękna muzyka w świetnym wykonaniu Orkiestry Opery Wrocławskiej pod batutą Michała Klauzy przyciąga tłumy, a bilety znikają w zawrotnym tempie. Mimo że przedstawienie trwa bez mała trzy godziny, nie chce się z opery wychodzić, a później jeszcze długo muzyka rezonuje w nas...


Kontrowersyjny temat, spektakularna klęska i pośmiertny triumf

     Libretto "Carmen" powstało na podstawie noweli  Prospera Meriméego, jest to jednakże adaptacja twórcza i znacznie pogłębiająca charakterystykę postaci i problematykę utworu. Sprawili to nie tylko znakomici libreciści: Henri Meilhac i Ludovic Halévy, ale również sam Georges Bizet swoją wspaniałą muzyką. Jego ideałem był geniusz Mozarta, który jak nikt odmalowywał ludzkie namiętności za pomocą ścisłych form muzycznych. O tym, że potrafił zbliżyć się do tego ideału, świadczy poza wszystkim fakt, iż jego dzieło nie tylko przetrwało próbę czasu, ale jest dziś najczęściej graną operą. Nie od razu jednak poznano się na tym geniuszu. To, co zdecydowało o ponadczasowości dzieła: zniesienie granic między gatunkami (opera seria, a z drugiej strony  opéra-comique) sprawia, że  – podobnie  jak w dramatach Shakespeare`a  – postacie są skomplikowane i pełne życiowej prawdy. 

      Problemy z "Carmen" miał Bizet właściwie już od początku, bo dla dyrekcji Opéry-Comique już sam temat był mocno kontrowersyjny: środowisko Cyganów, robotnic, złodziei, a na dodatek  –  jakby tego było mało  – kochanek morduje na końcu tytułową bohaterkę... Buntowali się także podczas prób wykonawcy: chór i orkiestra. Na szczęście, soliści stali murem za kompozytorem i szczęśliwie udało się doprowadzić wszystko do premiery "Carmen" 3 marca 1875 roku. Obecność tak wybitnych postaci, jak: Charles Gounod, Jacques Offenbach czy Aleksander Dumas syn, uświetniła wprawdzie prapremierę "Carmen", ale opera poniosła legendarne fiasko, do czego przyczynił się walnie jej temat i  niedopuszczalne "mieszanie gatunków". Klęska zapewne stała się prawdopodobną przyczyną przedwczesnej, rychłej śmierci 36-letniego zaledwie kompozytora, taka przynajmniej powstała legenda. Cena nowatorstwa bywa nieraz bardzo wysoka... "Nie pierwszy to raz - zauważa kąśliwie Piotr Kamiński - Paryż najpóźniej uznał wielkość francuskiego dzieła". 

       Tymczasem dzieło Bizeta rozpoczęło swój triumfalny pochód przez sceny znanych teatrów Europy i świata. Trafiła także do Warszawy, gdzie "Carmen" zabrzmiała w Teatrze Letnim 5 lipca 1882 roku. Krótko mówiąc, opera wystawiana jest do dziś we wszystkich językach, grana i śpiewana przez najwybitniejszych wykonawców. Ba, stała się, by tak rzec, archetypem opery w ogóle. Nawet ci, których noga nie przestąpiła nigdy szacownych progów jej przybytku, potrafią zanucić "marsz torreadora". 

"Carmen" we Wrocławiu

         Skoro już mowa o spektakularnym triumfie opery Bizeta na scenach całego świata, warto wspomnieć, że we Wrocławiu inscenizowano ją wielokrotnie. Po raz pierwszy  12 stycznia 1949 r. w reżyserii i scenografii Stanisława Cegielskiego, z Bożeną Brun-Barańską w roli tytułowej. "Carmen" grano w latach 50., 60., a w 2002 – za dyrekcji Ewy Michnik – powstały aż trzy inscenizacje, których cechą wspólną były eksperymenty z przestrzenią. Pierwsza, w reżyserii Teresy Kujawy, miała miejsce w Atrium Hotelu Dorint. Scenografia, której autorką była Małgorzata Słoniowska, wykorzystywała istniejącą architekturę. Kolejna odbyła się w salonie samochodowym Mercedes-Benz Frączak, a  trzecia – w ciągle remontowanym gmachu Opery Wrocławskiej. W 2005 roku "Carmen" zaprezentowano jako superwidowisko (które stało się znakiem rozpoznawczym polityki programowej Ewy Michnik), które obejrzało ponad 30 tysięcy widzów (sic!). Zamysł inscenizacyjny reżysera Roberto Skolimowskiego był taki, że akcja rozgrywała się w bliżej nieokreślonym państwie rządzonym przez juntę wojskową. Autorką strojów i scenografii i tym razem była Małgorzata Słoniowska. Kolejna adaptacja opery Bizeta powstała w 2007 roku i była wystawiana w Operze Wrocławskiej przez dwanaście lat, co jest wynikiem imponującym i świadczącym o popularności przedstawienia. Nie na tym koniec! W 2016 roku opera ta uświetniła obchody Europejskiej Stolicy Kultury we Wrocławiu. Wystawiono wówczas superwidowisko "Hiszpańska noc z Carmen — Zarzuela show". Tym razem pomysłem Ewy Michnik było zmodyfikowanie libretta "Carmen" przez  wprowadzenie elementów zarzueli – tradycyjnej hiszpańskiej formy teatralnej łączącej recytację, śpiew i taniec. Widowisko wyreżyserował, a jakże, Hiszpan  Ignacio García (drugim reżyserem był Waldemar Zawodziński), choreografem zaś był jego rodak – Manuel Segovia. Ogromna scenografia na Stadionie Miejskim imitowała hiszpańskie miasteczko. Tytułową rolę zagrała i zaśpiewała Kate Aldrich, solistka Metropolitan Opera w Nowym Jorku, znana wykonawczyni postaci Carmen, a w rolę Don José wcielił się Arnold Rutkowski.

Skazani na sukces  – najnowsza adaptacja "Carmen"

    Mamy więc świadomość, że podejmując się wystawienia "Carmen" po raz kolejny dyrekcja Opery Wrocławskiej miała niełatwe zadanie. Zaproszeni do współpracy artyści sprostali jednak temu wyzwaniu znakomicie. Reżyserka Maria Sartova jak mało kto czuje materię opery, sama będąc z wykształcenia śpiewaczką – uczennicą Ady Sari. Odbyła też studia wokalne za granicą, a jej doświadczenie śpiewaczki (stworzyła główne role w wielu operach na scenach całego świata) zdaje się predestynować artystkę do do tego zadania w sposób szczególny. Od 2002 roku Maria Sartova reżyseruje przedstawienia operowe i musicale. W Teatrze Wielkim w Poznaniu zrealizowała „Poławiaczy pereł" i „Normę", a w szczecińskiej Operze na Zamku  „Bal maskowy" i „Księżniczkę czardasza". Krzysztof Korwin-Piotrowski powiada, że jest to artystka pełna oryginalnych pomysłów i świetnie pracująca ze śpiewakami od strony aktorskiej oraz doskonale znająca partytury. 

Podczas konferencji prasowej Maria Sartova podkreślała, że "Carmen" jest dla niej szczególną operą i reżyserując ją starała się odnaleźć w tekście to, co współczesne i uniwersalne. "Główni bohaterowie: Carmen i Don José  są bardzo bliscy współczesnemu światu  – twierdziła. Dla mnie Carmen jest prototypem feministki. Żyjąc w świecie macho, Cyganów, ludzi żyjących na marginesie społecznym, bohaterka walczy o swoją niezależność. Kocha być zakochana i sama wybiera sobie mężczyzn – to jej sposób na bycie wolną. Z kolei Don José jest prototypem współczesnego, zamkniętego w sobie człowieka, introwertyka, który nie potrafi wyrazić własnych emocji. Kiedy więc po raz pierwszy opanowuje go namiętność, skutkuje to autodestrukcją".

Interesujący jest także ramowy kształt przedstawienia, które rozpoczyna i kończy scena morderstwa, podczas gdy pomiędzy nimi rozgrywa się akcja sztuki. Dramatyczne wydarzenie na początku sprawia, że musimy zadać sobie pytanie, dlaczego do tego doszło.

Aplauz po premierze, w środku dyrygent Michał klauza,
fot. Enen Studio/Opera Wrocławska


       Nad muzyczną stroną spektaklu czuwał Michał Klauza, uznany dyrygent operowy, dyrektor artystyczny Orkiestry Polskiego Radia w Warszawie. Ten niezwykle utalentowany artysta jest bez wątpliwości współtwórcą sukcesu "Carmen" na deskach Opery Wrocławskiej. Posiada duże doświadczenie: współpracował z licznymi orkiestrami w kraju i za granicą, koncertował we Francji, Niemczech, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Włoszech, Brazylii, Armenii, Korei, w krajach Zatoki Perskiej. Współpracował z Operą Bałtycką, Operą Nova w Bydgoszczy, Teatrem Wielkim w Poznaniu. Teatrem Wielkim — Operą Narodową w Warszawie i wielu innymi. Podczas próby mogliśmy podziwiać, z jaką pieczołowitością osiąga zamierzone efekty, panując nie tylko nad orkiestrą, ale również nad wykonawcami, cyzelując akcenty...

       W operze istotną rolę odgrywa także koncepcja scenograficzna. Warto więc zauważyć, że choć scenografia "Carmen" nie jest może aż tak bogata jak w "Tosce" (Gary McCann) czy w "Cosi van tutte" (Renato Theobaldo), ale nie mniej interesująca. Autorem koncepcji scenograficznej wrocławskiej "Carmen" jest Damian Styrna -  grafik, ilustrator, autor scenografii i animacji licznych spektakli, koncertów i realizacji telewizyjnych. Jest uznanym scenografem, laureatem (m. in.) „Złotej Maski” za scenografię do spektaklu "Sześć wcieleń Jana Piszczyka" w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej. Pomysł polegający na połączeniu fukcjonalnej, realistycznej scenografii, znakomicie wprowadzającej widzów w realia, ze scenami nieco odrealnionymi, symbolicznymi (jak puste przestrzenie oświetlone zmiennym światłem księżyca), które dodają widowisku dodatkowych znaczeń  – pogłębiają znaczenia. Hiszpania – dla Bizeta również czarowny egzotyczny świat – została przez Styrnę "wyczarowana" przepięknie.

Scena zbiorowa, scenografia Damiana Styrny,
fot. Enen Studio/Opera Wrocławska

        Kostiumy Małgorzaty Żak  – malarki, scenografki i kostiumologa o dużym doświadczeniu scenicznym  – olśniewające, szczególnie w scenach w Sevilli. Dodajmy, że to nie przypadek, ponieważ autorka kustiumów przez rok przebywała na stypendium w Hiszpanii, gdzie też prezentowała swoje prace. Od 1996 r. jest profesorem tytularnym i kierownikiem katedry Projektowania Kostiumu na Wydziale Plastyki Teatralnej w Królewskiej Wyższej Szkole Sztuk Dramatycznych /RESAD/ w Madrycie. Chciałoby się zakrzyknąć: Olé!

       Istotną rolę, zwłaszcza w takim przedstawieniu jak "Carmen", odgrywa choreografia  – poprzez taniec i ruch sceniczny wiele się tu wyraża. Łatwo się o tym przekonać oglądając (i słuchając) wspaniałej wykonawczyni roli Carmen sprzed laty – Teresy Berganzy, znakomitej  hiszpańskiej śpiewaczki operowej (mezzosopran), która w przedstawieniu z 1980 roku tańczy i porusza się z wielką gracją  – jest wiarygodna, pomimo bliskiej wówczas pięćdziesiątki (sic!). We wrocławskim spektaklu choreografię przygotował hiszpański (a jakże!) baletmistrz – Alfonso Palencia. Artysta doświadczony – współpracował gościnnie jako baletmistrz, pedagog i choreograf z zespołami baletowymi, szkołami baletowymi oraz uczelniami artystycznymi na całym świecie: od Niemczech po Koreę Południową. A w 2017 r. został mianowany dyrektorem baletu Hagen Ballet. We wrocławskim spektaklu tańczą nie tylko tancerze w scenach zbiorowych, ale również główna bohaterka (scena z kastanietami i nie tylko)

Scena zbiorowa, fot. Enen Studio/Opera Wrocławska

        Wymieniłam tylko tych artystów spośród dużego grona współtwórców "Carmen", ale to tylko pokazuje, że w zasadzie ta nowa inscenizacja była "skazana na sukces" i nie musiała mieć kompleksów wobec poprzednich.  

        W operze najbardziej eksponowane miejsce zajmują jednak wykonawcy – to na nich spoczywa ciężar przedstawienia, oni też decydują ostatecznie, czy odniesie ono sukces. Miałam szczęście obejrzeć obie obsady (a w styczniu 2023 roku konsekwentnie wybieram się na trzecią 😁). W pierwszej w głównych rolach wystąpili zaproszeni artyści. W rolę Carmen wcieliła się Monika Ledzion-Porczyńska (mezzosopran)  –  artystka, która od kilku lat z powodzeniem kreuje tę rolę w Operze Krakowskiej, Operze Bydgoskiej, Operze Bałtyckiej, Teatrze Wielkim w Łodzi, Teatrze Wielkim w Poznaniu i Operze Podlaskiej oraz w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej. We Wrocławiu zagrała fantastycznie  – z wielką swobodą, bo zdążyła zrosnąć się niejako z tą rolą. Była porywająca: piękna, silna i uwodzicielska. To nie tylko piękny głos, ale także niepospolite zdolności aktorskie, temperament, ekspresja... Jest wkreowanej przez tę artystkę postaci Carmen wielkie pragnienie prawdziwej miłości odwzajemnionej, potrzeba całkowitego oddania  – aż po śmierć. Nie uznaje kompromisów. Jest radykalna we wszystkim i może to właśnie sprawia, że staje się przedmiotem pragnień i podziwu zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Carmen ma też silnie wpojone przekonanie o sile przeznaczenia, czego dowodzi aria z kartami w akcie III, którą Bizet zderza z kontrastowo i zabawnie brzmiącym duetem jej towarzyszek. Oczywiście, uwodzi wspaniała i doskonale znana aria Carmen, kiedy pojawia się w I akcie opery: "L'amour est un oiseau rebelle", ale już wtedy, choć jest taka zmysłowa i uwodzicielska, ma  świadomość przeznaczenia. 

Giorgi Storua (Don José) i Monika Ledzion-Porczyńska (Carmen),
fot. Enen Studio/Opera Wrocławska 

      Jej partner, grający rolę Don José, niezwykle utalentowany gruziński tenor Giorgi Sturua, nie miał łatwego zadania ze swoim wyglądem poczciwca, a jednak okazał się bardzo wiarygodny, kiedy zagrał i wyśpiewał całą skomplikowaną gamę uczuć: wrażenie, jakie zrobiła na nim Carmen, próbę jego stłamszenia, rozterki, które mu towarzyszą, gdy porzuca służbę, zdając się na łaskę i niełaskę kobiety i jej środowiska, tak mu obcego mentalnie. Wreszcie pojawia się rozpacz i przekonanie, że nie mogąc żyć bez Carmen, musi razem umrzeć wraz z nią. Sturua był przejmujący, porywający, dramatyczny. Wrocławska publiczność miała już okazję podziwiać artystę w roli Cavaradossiego w najnowszej inscenizacji opery "Tosca" G. Pucciniego i można bez przesady powiedzieć, że artysta rowija się ze spektaklu na spektakl. Kreacja Don José była doprawdy poruszająca.

       Trzecią postacią, która pozostaje na długo w pamięci, jest Micaëla, którą operowa publiczność pokochała od razu i nagradzała szczodrymi brawami w obu obsadach. Mnie najbardziej urzekła  Gabriela Legun (piękny, czysty sopran), w której interpretacji postać ma coś z dziecka i kobiety jednocześnie: czysta i niewinna, a zarazem silna i odważna. Jej styl przypomina Małgorzatę z "Fausta" Gounoda, wzbogacony jednakże lżejszą, oryginalną muzyczną myślą. Wszystkiego dopełnia delikatna uroda, no i ten warkocz... Dodajmy, że mimo młodego wieku  Gabriela Legun ma na swoim nie tylko wiele prestiżowych nagród, ale również znaczące role: jako solistka Opery Śląskiej występuje jako tytułowa Łucja z Lammermooru oraz Adina w "Napoju miłosnym" G. Donizettiego, a rola Micaëli nie jest jej pierwszą, ponieważ gra ją również w rodzimej operze 


Gabriela Legun jako Micaëla, fot. Enen Studio/Opera Wrocławska

     Porównując obydwie obsady można sobie jasno uzmysłowić, jak wiele możliwości dają artystom tak dobrze pomyślane role, ile mogą wnieść do nich własnych cech i kreatywności. Trzeba bowiem podkreślić, że każda z postaci wyposażona jest w sobie tylko właściwy język muzyczny. Druga obsada zabrzmiała w związku z tym nieco inaczej, bo pojawiły się na scenie nowe osobowości, z ich warunkami fizycznymi, głosowymi i doświadczeniem scenicznym. Jadwiga Postrożna jako tytułowa Carmen śpiewała wspaniale swoim mocnym mezzosopranem, ale nie miała już tej swobody, co Monika Ledzion-Porczyńska. Przypuszczam, że nastąpi to wraz z coraz głębszym oswajaniem się z postacią. Paradoksalnie, można by tego artystce pozazdrościć  – owego procesu zakorzeniania się w roli drogą twórczych poszukiwań. A wiemy, że stać ją na wiele, jeśli wspomnimy tylko rolę Cyganki Azuceny  w "Trubadurze" Verdiego, za którą otrzymała tytuł „Śpiewaczki Roku”. Jest bez wątpliwości jedną z gwiazd Opery Wrocławskiej, gdzie stworzyła wiele niezapomnianych ról. 

     Partnerujący artystce Paweł Skałuba (tenor) zagrał i wyśpiewał swoją rolę równie znakomicie, jak jego dubler. Podobał mi się zwłaszcza w końcowych scenach, w których pokazał całą skalę swojego talentu. To artysta wielostronny: wystąpił m.in. w roli Alfreda w "Traviacie" G. Verdiego, Cavaradossi w "Tosce" G. Pucciniego, Don Ottavia w "Don Giovannim" W.A. Mozarta, Pierre w "Madame Curie" Elżbiety Sikory , a rola Don José nie jest dla niego żadną nowością, bo śpiewał ją już wcześniej w Operze Bałtyckiej.

Jadwiga Postrożna (Carmen) i Paweł Skołuba (Don José),
 fot. Enen Studio/Opera Wrocławska

     Najnowsza adaptacja sceniczna "Carmen" Georgesa Bizeta  w reżyserii Marii Sartowej to kolejny wielki sukces Opery Wrocławskiej. Znakomita inscenizacja, wspaniale zagrane i zaśpiewane role oraz piękna muzyka w świetnym wykonaniu Orkiestry Opery Wrocławskiej pod batutą Michała Klauzy przyciąga tłumy, a bilety są rozchwytywane. Mimo że przedstawienie trwa bez mała trzy godziny, nie chce się z opery wychodzić, a później jeszcze długo muzyka brzmi rezonuje w nas...


Urodziny Zofii Kossak w Górkach Wielkich

9 i 10 sierpnia w ruinach Dworu Kossaków znów będzie gwarno, jak dawniej, kiedy do Górek Wielkich zjeżdżali się m.in.: Maria Dąbrowska, Wańk...

Popularne posty