wtorek, 2 stycznia 2018

MFF Nowe Horyzonty 2011 – ujęcie szóste: najnowsze trendy w polskim kinie

Istnieje niedobre zjawisko polegające na tym, że polskie filmy są fatalnie dystrybuowane i rzadko pojawiają się w kinach. Tak było w ub. roku z „Wenecją” J. J. Kolskiego, filmem dosłownie oblężonym podczas MFF Era Nowe Horyzonty 2010. Równie tajemnicze było rozpowszechnianie filmu Lecha Majewskiego „Młyn i krzyż” czy Wiesława Saniewskiego „Wygrany”.

W tej sytuacji przegląd i Konkurs Nowe Filmy Polskie czy Polskie Filmy Krótkometrażowe stwarzają jedyną w swoim rodzaju okazję do przyjrzenia się kondycji polskiego kina. O filmach L. Majewskiego i Anny oraz Wilhelma Sasnalów pisałam w poprzedniej relacji. Tu chciałabym znowu zestawić kino tworzone przez pokolenie pięćdziesięciolatków z najnowszym. Dodam także, że obraz powojennego polskiego kina dopełnia retrospektywa wspaniałego twórcy filmowego – Andrzeja Munka, przedwcześnie zmarłego reżysera takich filmów, jak „Eroika”, „Zezowate szczęście” czy „Pasażerka”.

„Maraton tańca”, czyli współczesna Polska prowincjonalna widziana oczami Magdaleny Łazarkiewicz


Maraton tańca, reż. M. Łazarkiewicz

W założeniu film miał być nawiązaniem do wybitnego dramatu Sidneya Pollacka „Czyż nie dobija się koni”. W efekcie powstał obraz, w którym Magdalenie Łazarkiewicz nie udało się przemycić jednej głębszej myśli, a całość jest niejednorodna i stylistycznie niechlujna. Ani to dramat, ani komedia, ale mieszanina satyry z wątkiem baśniowym i w ogóle nie wiadomo co… 

Bohaterem zbiorowym jest całe miasteczko – od wójta począwszy, a na starym kalece skończywszy. Ci „na górze” wymyślają bezczelne oszustwo: stwarzają iluzję wielkiej wygranej w tytułowym maratonie tańca. Korowód tańczących to ludzie, którzy uwierzyli, że wygrana stanie się dla nich przepustką do lepszego życia. Elokwentny konferansjer i piosenkarka Dżessika zapraszają mieszkańców do rywalizacji. Obserwujemy, jak bohaterowie walczą ze sobą o wielką wygraną, a przy tej okazji wylewają swoje żale, pretensje i zdradzają tajemnice. Ale zamiast doprowadzić ich dramaturgię do końca, reżyserka i jej scenarzysta Maciej Kowalewski dokonują nagłej wolty i oto wszyscy nagle się kochają, wspierają i poświęcają dla siebie. Nawet robiąca sceniczną karierę i nieco cyniczna Dżessika daje szczęście jedynemu bez wątpliwości pozytywnemu bohaterowi Krystianowi, wychowankowi domu dziecka i kalece. A potem żyli długo i szczęśliwie… I tak, zamiast obrazu współczesnej Polski prowincjonalnej otrzymujemy infantylną historyjkę z głupawymi bohaterami, których nie sposób polubić ani potraktować serio. Ale… czyż nie dobija się widzów?

„Wygrany” Wiesława Saniewskiego – o wyścigach konnych i ściganiu się w życiu


Wygrany w reż. W. Saniewskiego

W najnowszym filmie Wiesława Saniewskiego przenikają się dwa wątki. Pierwszy związany jest z postacią Franka - profesora matematyki, zapalonego gracza na wyścigach konnych, którego kreuje Janusz Gajos. Drugi ma związek z młodym, wybitnie utalentowanym pianistą polskiego pochodzenia – Oliverem (Paweł Szajda). Po rozstaniu z żoną przyjeżdża on z Chicago do Wrocławia, gdzie ma zagrać koncert, który rozpocznie jego triumfalne turnee po Europie. Zrywa jednak kontrakt i odwołuje koncert. 

Obaj bohaterowie poznają się w hotelowej restauracji i wówczas oba te wątki łączą się ze sobą. Franek stanie się dla młodego pianisty ojcem i mentorem, który nie tylko pomoże mu wyjść z opresji, ale przede wszystkim uświadomi, że najważniejszą sprawą każdego człowieka jest osobista wolność. W sposób szczególny jest ona potrzebna artyście, aby mógł swobodnie tworzyć. Tymczasem podlega on rozmaitym presjom – ambitnej matki, żony, nauczycieli, jurorów, impresariów, władzy. Wyzwolenie się od tych wpływów nie jest bynajmniej łatwym zadaniem, niemniej koniecznym, jeśli chce się osiągnąć dojrzałość - w życiu i w sztuce. 

Dodatkowym atutem tego filmu jest lekkość filmowej narracji, jej humor oraz błyskotliwa gra aktorska, szczególnie Janusza Gajosa. Filmowi można by tylko zarzucić pewną przewidywalność. Z góry wiadomo, że będzie happy and, ale to jedyna słabość tego filmu. Trzeba przyznać, że Saniewski zdecydowanie odrzuca wszystkie polskie kompleksy: bohaterowie są piękni, nie narzekają, biorą się z życiem za bary. A w dodatku, Polacy nie gęsi i… języki znają. Dla Wrocławian zaś – dodatkowa gratka: pejzaże Wrocławia i Dolnego Śląska, w dodatku świetnie sfotografowane.

Argentyńska lekcja pokory i współczucia


Argentyńska lekcja w reż. Wojciecha Staronia

Obawiam się, że zasłodzę i zagłaskam, ale nie mogę inaczej. Otóż na koniec pragnę podać nie deser, ale zaproponować Widzom prawdziwą ucztę. Taką bowiem przygotowali nam Wojciech i Małgorzata Staroniowie, prezentując publiczności „Argentyńską lekcję”. Obsypany – zasłużenie! – licznymi nagrodami na 51 Krakowskim Festiwalu Filmowym, film powstał podczas pobytu rodziny Staroniów w Argentynie, dokąd wyjechali w ramach programu nauczania języka polskiego wśród tamtejszej Polonii, w Azara. Wojciech Staroń zrealizował przed kilku laty podobny dokument z wyjazdu na Syberię („Syberyjską lekcję”), gdzie Małgorzata również uczyła języka polskiego. Tamten wyjazd zaowocował przyjaźniami i został utrwalony na taśmie filmowej, dzięki czemu losy żyjących tam Polaków (i nie tylko ich) głęboko nas poruszyły. Tym razem było podobnie, choć pewno trudniej, ponieważ rodzina się powiększyła i Staroniowie pojechali do Argentyny z dwójką małych dzieci. Dało to jednak nowe możliwości...

Lekcji o tamtym świecie udzielają nam właśnie dzieci, przede wszystkim syn reżysera, siedmioletni Janek i jego nowa argentyńska przyjaciółka Marcia (z pochodzenia Polka). Film niezwykle poruszający. Skrajna bieda tych zapomnianych przez ojczyznę ludzi, o których Staroń nam opowiada, jest wstrząsająca.

Obserwujemy życie około 11-letniej dziewczynki, która mimo młodego wieku, opiekuje się chorą psychicznie matką, ciężko pracuje fizycznie, ręcznie wyrabiając cegły i jednocześnie uczy się. Mimo to Marcia ma marzenia, jest pełna optymizmu i pogody ducha. Tylko raz rozdzierająco płacze, kiedy Staroniowie, z którymi weszła w głęboką emocjonalną więź, wyjeżdżają do Polski. Na spotkaniu po projekcji dowiedzieliśmy się, że mimo wyjazdu zadbali o wykształcenie dziewczynki, oddając ją do szkoły z internatem i że nadal zabiegają o to, by jej pomóc. To rzadki przypadek, kiedy film miesza się z życiem, a jego bohaterów nie traktuje się przedmiotowo, ale z szacunkiem, miłością i odpowiedzialnością. Dodajmy, że i w swojej formie film jest przepiękny: wysmakowane kadry, zbliżenia twarzy bohaterów i poetycko filmowane zjawiska przyrody.

Artykuł ukazał się na portalu PIK Wrocław 1 sierpnia 2011 r.


Jan Komasa: "Sala samobójców". Eros i Tanatos oraz romantyczna niezgoda na świat /recenzja filmu/

Janowi Komasie udało się zrealizować piękny i wieloznaczny film o samotności, alienacji i o miłości, posługując się nowoczesnym językiem filmowym, w którym wirtualny świat istnieje równolegle do rzeczywistości. Znakomicie wyreżyserowany i sfotografowany, zawierający bogactwo kulturowych konotacji, film ma szansę trafić do każdego odbiorcy.

Dominik Gierszał w filmie Sala samobójców w reż. Jana Komasy

”Sala samobójców" jest pierwszym, w pełni samodzielnym, filmem fabularnym Jana Komasy. Podejmuje współczesny temat zagrożeń, jakie niesie ze sobą Internet, a także  zanik autentycznych relacji w rodzinie i środowisku rówieśników. Osadzony jest w tradycji romantycznej, co sugeruje tytuł (samobójstwo jest jednym z głównych tematów literatury romantycznej), a przede wszystkim tropy muzyczne i kreacja głównego bohatera – stylizowanego na współczesnego Wertera. Znakomicie wyreżyserowany i sfotografowany, zawierający bogactwo kulturowych konotacji, film ma szansę trafić do każdego odbiorcy.

Fabuła mogłaby być wzięta wprost z reportażu telewizyjnego. Bohater – 19-letni chłopiec - zostaje skompromitowany przez opublikowanie w Internecie filmów nagranych kamerą w telefonie komórkowym, sugerujących jego homoseksualizm. Towarzyszą temu liczne komentarze i ostracyzm ze strony koleżanek i kolegów z klasy. Dodajmy, że jest on jedynakiem, a rodzice zajęci są karierą i nie zdają sobie sprawy, w jakiej znajduje się opresji. Stawiają mu zamiast wsparcia wymagania i warunki, którym pogrążający się w depresji chłopiec nie umie i nie chce sprostać. Ucieka więc do wirtualnego świata, gdzie znajduje zrozumienie podobnych sobie, wyalienowanych młodych ludzi. Wśród nich najważniejszą rolę odegra dziewczyna, która żywi samobójcze myśli i nakłania pozostałych do samozagłady. Jednocześnie jest znakomitą manipulatorską i emocjonalny związek z nią główny bohater Dominik (gra go Jakub Gierszał) będzie miał dla niego dramatyczne konsekwencje.

Sala samobójców

Film rozpoczyna sekwencja w teatrze. Nasi bohaterowie słuchają pieśni Franza Schuberta do słów wiersza Henryka HeinegoSobowtór”. W tekstach tego poety miłość jest przedstawiana jako sytuacja egzystencjalna. Miłość romantyczna ze swą biegunową ambiwalencją: między jasnością szczęścia a mrokiem rozpaczy stanie się wkrótce doświadczeniem głównego bohatera. Wprowadzając tę pieśń do swego filmu reżyser zapowiada jednocześnie to, co ma nastąpić niebawem. Figurę sobowtóra (niem. Doppelgänger) zaczerpnął Heine z mitologii germańskiej. Określenie to w rodzimym języku Goethego utworzone zostało z dwóch członów: "doppel", oznaczający "dublera, sobowtóra" oraz z "gänger”, co może oznaczać „piechura”, „wędrowca”.

W filmie będzie to awatar Dominika, czyli jego sobowtór w wirtualnym świecie Sali samobójców. Końcowa scena filmu również rozegra się w teatrze. Tym razem rodzice Dominika – każdy w nowym związku - oglądać będą „Orfeusza i EurydykęChristopha Willibalda Glucka. To również historia miłosna, opowiadająca o tym, jak słynny tracki śpiewak z miłości do ukochanej pokonał śmierć i udało mu się uzyskać zgodę na wyprowadzenie je na zewnątrz. Zanim jednak wyprowadzi ją z Hadesu, straci Eurydykę bezpowrotnie. Dominik również próbuje wyprowadzić Sylwię z zamknięcia. Wprawdzie umiera, ale dzięki niemu jego ukochana opuszcza wreszcie swój mroczny pokój i wychodzi do świata. Po raz pierwszy też nie użala się nad sobą, ale płacze po ukochanym.

Kadr z filmu, teatr

Janowi Komasie udało się zrealizować piękny i wieloznaczny film o samotności, alienacji i o miłości, posługując się nowoczesnym językiem filmowym, w którym wirtualny świat istnieje równolegle do rzeczywistości. Jego bohater porusza się pomiędzy nimi, przy czym „wirtualny” oznacza nie tylko dosłownie portal społecznościowy. Jest to świat stworzony z wyobraźni, widziany - jakby powiedział romantyk - „oczyma duszy”. Dotykając w tak subtelny i złożony sposób problemów współczesnego człowieka, budzi u widza empatię i silne emocje, które pozwalają wniknąć w sytuację egzystencjalną bohatera. Jest to z pewnością jedna z ciekawszych wypowiedzi o otaczającym nas świecie.

Artykuł ukazał się na portalu PIK Wrocław 30 lipca 2011 roku.

Trailer filmu "Sala samobójców"


MFF Nowe Horyzonty 2011 – ujęcie piąte, plan (aż nadto) pełny

W piątym dniu Festiwalu będzie wyłącznie o kinie polskim: „Młyn i krzyż” Lecha Majewskiego, „Z daleka widok jest piękny” Anny i Wilhelma Sasnalów.

„Młyn i krzyż” – metafora ludzkiego losu

Młyn i krzyż w reż. Lecha Majewskiego
Najnowszy film Lecha Majewskiego zasługuje na obszerną i wnikliwą interpretację. Ponieważ jednak jest to niemożliwe, gdy żyje się w tempie festiwalowych obrazów, ograniczę się do krótkiej refleksji. 

Przede wszystkim trzeba przypomnieć, że jest to twórca wielostronnie uzdolniony: reżyser filmowy, teatralny i operowy, poeta, prozaik, malarz, a także - czego można było doświadczyć na spotkaniu z artystą – wspaniały gawędziarz. Wypada żałować, że tak rzadko można obejrzeć go w kraju, gdy tymczasem Museum of Modern Arts zorganizowało retrospektywę jego filmów, a w Luwrze, gdzie odbyła się premiera najnowszego - „Młyn i krzyż”, cały luty wystawiane były jego wideoarty. 

„Młyn i krzyż” jest jego drugą – po „Ogrodzie rozkoszy ziemskich” – próbą zmierzenia się z malarstwem dawnych mistrzów. Tym razem artysta ożywił obraz Pietera Bruegela Starszego „Procesja na Kalwarię” (1564). 

To sztuka historyczna, która opowiada Pasji Chrystusa i pasji Flandrii ciemiężonej przez Hiszpanów. Chrystus i dwaj złodzieje stają się tu ucieleśnieniem losu wielu kobiet i mężczyzn torturowanych i straconych w drugiej połowie XVI wieku, w czasach hiszpańskiej inkwizycji – wyjaśnił artysta podczas spotkania z publicznością.

Pejzaż filmu wypełnia ogromna liczbą postaci, wśród których znajdziemy samego Breugela oraz bankiera, który zakupił jego obraz. Większość z przestawionych tam osób jest zajęta swoimi sprawami i nie zdaje sobie sprawy ze znaczenia mającego nastąpić Ukrzyżowania. Tłum przygląda się scenie, w której żołnierze rozkazują Szymonowi Cynerejczykowi pomóc dźwigać krzyż. Na pierwszym planie siedzi wędrowny kramarz, podczas gdy Chrystusa w ogóle nie widać. Tylko jedna grupa postaci kojarzy się z tematyką obrazu, a mianowicie na pierwszym planie, po prawej stronie widzimy grupę kobiet, którym św. Jan dodaje otuchy. Z płaskiej równiny wyrasta w głębi obrazu ogromna skała, na której stoi młyn. 

Zarówno w obrazie, jak i w filmie pełni on rolę metafory: młyńskie koła mielą ziarno, symbolizujące ludzkie życie, a Młynarz staje się figurą zastępczą samego Boga. Obraz istotnie przypomina filmowy kadr, który zaprasza do tego, aby go ożywić za pomocą wyobraźni. I Lech Majewski podejmuje się tego zadania z wielkim sukcesem. A było to zadanie niełatwe, o czym dowiedzieliśmy się podczas spotkania po projekcji. Nie wystarczyło ustawić statystów i aktorów na równinie i włączyć kamerę. 

Przestrzeń filmowa składa się z siedmiu połączonych ze sobą części i jest przestrzenią wykreowaną, podobnie jak na obrazie. Majewski stworzył ją z fragmentów Jury Krakowsko-Częstochowskiej, odpowiednio dla potrzeb filmu przetworzonej, a niebo pochodzi ze zdjęć zrobionych podczas pobytu w Nowej Zelandii. Nawet pająk i jego sieć zostali wykreowani w efekcie bezpośrednich obserwacji i prób. Będąc wiernym odtworzeniem obrazu, film zawiera jednocześnie przesłanie uniwersalne – opowiada o ludzkim losie, pełnym niezawinionego cierpienia, okrucieństwa, a także o roli artysty, który towarzyszy człowiekowi i potrafi zatrzymać czas utrwalając to, co przemijające.

I z daleka i z bliska nie było pięknie...

Z daleka widok jest piękny
Debiut fabularny Anny i Wilhelma Sasnalów – malarzy, grafików, którzy osiągnęli komercyjny sukces sprzedając swoje prace do znanych galerii (m.in. Tate Modern w Londynie, Museum of Modern Art. W Nowym Jorku). Podobnie jak Janusz Majewski, wychodzą więc od malarstwa. Sądzić by zatem można, że naturalna dla artystów, wizualna wrażliwość zaowocuje interesującym obrazem filmowym. Przyznam jednak, że wyszłam z pokazu i spotkania mocno rozczarowana.

Film zatytułowany „Z daleka widok jest piękny” pretenduje do metafory, która ma nam uświadomić swoisty paradoks: że piękno krajobrazu, w którym żyją ludzie jest odwrotnie proporcjonalne do ich moralnej i fizycznej brzydoty.

Główny bohater Paweł (grany przez Marcina Czarnika), o twarzy i manierach typa, którego nie chciałoby się spotkać w ciemnym zaułku, pozbywa się starej chorej matki. Jej miejsce miałaby zająć młoda kobieta, z którą się spotyka. Jednak nie proponuje jej tego, ale znika na czas jakiś. Rodzina dziewczyny ogałaca pod jego nieobecność mieszkanie z tego, co uzna za godne uwagi, po czym wraz ze sąsiadami demolują dom i palą sprzęty. Kiedy bohater wraca, nie zastaje nic.

Tyle fabuła. Dramaturgia filmu i sylwetki bohaterów - płaskie jak równina mazowiecka. Sasnalom wyraźnie brakuje umiejętności tworzenia scenariusza filmowego, zaś o ładunku intelektualnym filmu już nie wspomnę. Sylwetki, twarze, język bohaterów – skrajnie prymitywne. Jeśli to ma być metafora mówiąca o tym, do czego zdolny i jak brzydki pod każdym względem jest człowiek, to może niechby artyści zachowali taką wizję świata dla siebie i nie dzielili się nią z widzami. A tytułowy widok wcale nie był piękny – ot, kawałek natury, płasko i brzydko sfotografowanej. Czy naprawdę, wszyscy muszą robić filmy..?

Artykuł ukazał się na portalu PIK Wrocław 26 lipca 2011 roku.

MFF Nowe Horyzonty 2011 – ujęcie trzecie, plan (równie) pełny

Kameralny dramat norweski "Szczyt", koreański "Arirang", polskie (?) "Italiani" i "Pina" Wendersa wypełniły mój festiwalowy plan projekcji. Najbardziej wstrząsnął mną Koreańczyk Kim Ki-Duk, który po swoim filmie spotkał się z publicznością. Zachwyciła Pina Bausch.


"Szczyt" Ole Giæver, czyli „Norwegia bez granic” (także obyczajowych)

"Szczyt" Ole Giæver

W ramach prezentowanego na tegorocznym festiwalu projektu można zobaczyć nie tylko współczesne kino norweskie. Odbywa się ponadto przegląd filmów Anji Breien, jednej z najważniejszych przedstawicielek kinematografii norweskiej oraz kina feministycznego w Europie, autorki głośnego tryptyku "Żony", prowokacyjnego portretu kilku pokoleń Norweżek.

Projekt ów to także filmy dla dzieci, warsztaty animacji poklatkowej Matsa Groruda oraz indywidualna wystawa twórczości Ane Lana – norweskiego artysty wizualnego i performera, zatytułowana „Są we mnie wszystkie kobiety świata!” Swoją przygodę z Norwegią rozpoczęłam od kameralnego filmu Ole Giæver Szczyt. To bardzo "skandynawski" dramat: dwie kobiety o imionach zaczerpniętych z "Domu lalki" i "Peer Gynta" Ibsena (Nora i Solveig) na tle surowego górskiego krajobrazu, zmagające się ze sobą i przeżytą ongiś w tym miejscu tragedią.

Jedna z bohaterek jest w ciąży, druga straciła w górach syna i wydarzenie to kładzie się cieniem na relacjach kobiet, których związek chyli się ku upadkowi. Oszczędne dialogi, krajobraz górski jesienno-zimowy i pełne napięcia relacje kobiet, pokazane oszczędnymi, subtelnymi środkami. Taki letni Bergman. Można zobaczyć, ale właściwie po co...

Kręcę siebie jako dramat – bezkompromisowa spowiedź artysty w Arirang

Po zrobieniu piętnastu filmów, docenionych zresztą głównie za granicą, Kim Ki - Duk przeżył głęboki kryzys. Rozpoczął się on od dramatycznego incydentu podczas kręcenia "Snu", kiedy to omal nie zginęła jedna z aktorek. Reżyser zaszył się na blisko trzy lata w małej chatce i – można by rzec – zaczął życie pustelnicze, to znaczy pozornie ciche i samotne, ale w rzeczywistości wypełnione walką i dramatycznymi rozmowami z samym sobą. Rozmowy te reżyser rejestrował kamerą cyfrową i – jak wyznał podczas spotkania z publicznością – traktował filmowanie swoich rozterek jako rodzaj terapii. 

Arirang
Tytułowy Arirang jest cytatem z dramatycznej pieśni, którą artysta śpiewa w momentach melancholii i rozpaczy. Bo Arirang to przełęcz, przez którą musi przejść, aby się odrodzić na nowo. Ten film to przede wszystkim pytanie o sens – sztuki, życia… A ponieważ pytania, które stawia, dotyczą każdego człowieka, prawie nikt nie wyszedł po projekcji, pragnąc jeszcze posłuchać i zobaczyć tego bezkompromisowego artystę. Bezkompromisowego nie tylko wobec siebie, ale także wobec widzów. 

Film niełatwy w odbiorze, ale nie jest to bynajmniej monolog kabotyna i ekshibicjonisty. Artysta jest do bólu prawdziwy, właściwie we wszystkim, także w codziennym rytuale życia, kiedy to przygotowuje sobie posiłki, zjada je, sam wykonuje różne skomplikowane urządzenia. Czy któryś pięknoduch zrobiłby sam zaparzacz do kawy albo rewolwer? "Kręcę siebie jako dramat" – powiada w pewnym momencie artysta, mając świadomość, że ból istnienia i potrzeba tworzenia, przede wszystkim siebie, to nieustanna gra z sobą samym i ze światem.

Italiani – Hamlet w sosie Visconti

Italiani w reż. Łukasza Barczyka
Relacjonując przegląd konkursowy Nowe Filmy Polskie wyraziłam opinię, że kondycja polskiego kina jest całkiem dobra. Żeby zatem nie popaść w samozadowolenie, rzucę jednak kamyk do tego ogródka. Otóż obejrzałam wczoraj film Łukasza Barczyka Italiani i stwierdzam stanowczo, że powyższa opinia nie dotyczy tego dzieła (?). 
Autor posłużył się fabułą Hamleta Shakespeare`a, ale akcję swego filmu umieścił we Włoszech, w czasach II wojny. Wszystko to jest jednak bardzo umowne i tylko mundury datują ten film, stając się jednak bardziej teatralnymi kostiumami niż informacją. I właśnie ta teatralność (wnętrza, wnętrza, labirynt ogrodowy) wszystkiego, sztuczność gestów, gry aktorskiej, strojów i makijaży doprowadzona jest do absurdu. Przez tę „teatralność” i włoskie realia film kojarzył mi się z dziełami Viscontiego, np. ze Zmierzchem bogów, ale tamta poetyka miała swój artystyczny podtekst. W filmie Barczyka tego nie dostrzegłam. Film jest nieznośnie sztuczny, od tytułu i pierwszej sceny począwszy. I doprawdy nie wiem, „co autor miał na myśli.” I czy w ogóle była tam jakaś myśl..?

Wydarzenie: Pina Wima Wendersa, czyli o Sztuce w 3D 

Po obejrzeniu filmu można postawić znak równości między Piną a Sztuką (pisaną wielką literą). Wenders nie pokazuje biografii artystki. Ona sama pojawia się z rzadka i jakby w tle. Oglądamy fragmenty najważniejszych przedstawień Piny –Święta wiosny, Vollmond i Café Müller, a jednocześnie na naszych oczach rozgrywa się spektakl, w którym biorą udział artyści ukształtowani przez Nią, tańczący w filmie Wendersa w miejskich plenerach i na scenie. Tworzą własne, niepowtarzalne wizje, a ich taniec staje się cudownym środkiem ekspresji, który przemawia swoim pięknem do każdego. W filmie pada niewiele słów i są one niezwykle trafne zarazem.

Pina w reż. Wima Wendersa
Współgrają z tym, co widzimy: jedna z tancerek opowiada na przykład, że własna nieśmiałość ją blokowała i że musiała sama wyciągnąć się z tego za włosy. Jednocześnie widzimy jej taniec, w którym następuje udosłownienie tej metafory. Na początku i na końcu artyści kroczą w tanecznym, nieco żartobliwym korowodzie. Sztuka jest indywidualną ekspresją, ale jest także piękną i harmonijną współpracą z drugim człowiekiem – zdaje się mówić ta i inne podobne sceny. 

Pina Bausch była artystką niezwykłą. Nie tylko łamała konwencje i stereotypy tanecznej ekspresji, ale taniec był jej ogromną wewnętrzną pasją, którą potrafiła zarazić innych. Był sposobem na życie, czymś pierwotnym i prawdziwym, bez czego człowiek czuje się niepełny. Tańczcie – powiada w pewnym momencie artystka – bo inaczej zginiemy. A więc, drodzy Kinomani, tańczmy w 3D!

Artykuł ukazał się na portalu PIK Wrocław 

MFF Nowe Horyzonty 2011 – ujęcie drugie, plan pełny

MFF Nowe Horyzonty 2011 – ujęcie drugie, plan pełny, czyli o drugim dniu Festiwalu. 


Lekcja anatomii według Nuri Bilge Ceylana, czyli Pewnego razu w Anatolii

Pewnego razu w Anatolii

Dzisiejszą relację z Festiwalu rozpocznę – zgodnie z zapowiedzią – od znakomitego, nagrodzonego Grand Prix na tegorocznym festiwalu w Cannes, obrazu Nuri Bilge Ceylana. Nie bez przyczyny porównuję go do "Lekcji anatomii" Rembrandta, ponieważ kulminacyjna scena filmu poniekąd ją przypomina. Leżący na stole człowiek i prowadzący sekcję lekarz na zawsze pozostaną dla nas zagadką, choć pozornie kryminalna historia została zakończona – sprawcę ujęto i oddano w ręce wymiaru sprawiedliwości. Zanim jednak do tego doszło, towarzyszyliśmy nocnej wyprawie ekipy śledczej, która wraz ze sprawcami usiłowała odnaleźć zaginionego człowieka.

Pozornie rutynowe rozmowy i działania przemieniają się w fascynującą opowieść o tajemnicy, jaką jest człowiek. Pełne humoru, ale i ukrytych dramatów opowieści poszczególnych uczestników wyprawy: policjanta, lekarza, prokuratora, a wreszcie głównego oskarżonego kryją w sobie wiele niedopowiedzeń. Błyskotliwe dialogi, choćby podczas pisania protokołu odnalezienia zwłok zamordowanego, kiedy to prokurator rozładowuje dramatyczne napięcie mówiąc, że zmarły, a także on sam jest podobny do ... Clarke`a Gable.

Dodajmy do tego fantastyczne nocne zdjęcia, np. pięknej dziewczyny podającej herbatę w świetle lampy naftowej albo zbierającej ze sznura bieliznę przed nadciągającą burzą. Ale burza jest także w bohaterach, którzy muszą skrywać prawdziwe uczucia.

Retrospektywa Bruno Dumonta – Życie Jezusa 

kadr z filmu Życie Jezusa
Rozczaruje się ten, kto sądzi, że film ten ma charakter religijny. W istocie, pokazuje on życie młodych ludzi na francuskiej prowincji, właściwie kompletnie pozbawione sfery duchowej, religijnej. Debiut dojrzałego (39-letniego) twórcy przypomina poniekąd kino Roberta Bressona, głównie ze względu na rezygnację z zawodowego aktorstwa na rzecz prawdy, którą wnoszą autentyczni ludzie, tzw. naturszczycy. 

U Dumonta to brzydcy, prymitywni nastolatkowie, którzy wypełniają nudę jazdą na motorach lub starym samochodem. Nie jest to jednak film stricte obyczajowy ani społeczny. Przez sposób filmowania – kiedy kamera kontempluje w długich ujęciach twarze chłopców albo zestawia owe zbliżenia ze zdjęciami przyrody – obraz ten nabiera cech kontemplatywnych, skłania widza do porzucenia stereotypowego odbioru. To raczej zadawanie pytań niż gotowe odpowiedzi na rodzące się pytania o sens życia. 

Co słychać w najnowszym kinie polskim? 

Wbrew temu, co pamiętamy z kultowego filmu Marka Piwowskiego Rejs – a mianowicie, że w polskim filmie nic się nie dzieje – dzieje się i to wiele dobrego. Na obraz ten składają się zarówno filmy starych mistrzów, czego przykładem jest "Księstwo" Andrzeja Barańskiego, jak też dzieła debiutantów, będących u progu swojej filmowej drogi, np. Bartosza Konopki. Co więcej, festiwalowa publiczność o tym wie, czego dowodzi fakt, że trudno jest dostać się na Konkurs Nowe Filmy Polskie. 

Księstwo w reż. Andrzeja Barańskiego

Najnowszy film reżysera "Dwóch księżyców" powstał na kanwie prozy biograficznej Zbigniewa Masternaka i podczas konferencji prasowej, otwierającej festiwal, reżyser wielokrotnie podkreślał jego autentyzm. Ujęcie opowiadanej historii w ramy przypowieści oraz sposób jej filmowania nadają jednak Księstwu cechy uniwersalne. Główny bohater, zwany przez wszystkich Księciem, przypomina jako żywo Kandyda Woltera. Tyle, że jest to polski Kandyd. Pragnie on – jak jego francuski pierwowzór – żyć godnie, jak na to zasługuje potomek szlachetnego rodu, na jakiego ukształtował go ojciec. Cóż, jeśli nie udaje mu się wydobyć z biedy ani przez studia, ani przez uprawianie sportu, a jedyna dziewczyna, którą kocha, postanawia wyemigrować. 

Oczywiście, awansowi bohatera nie sprzyja transformacja w Polsce, bo na niej skorzystali nieliczni i niekoniecznie porządni ludzie, jak choćby właściciel tartaku, który rozpija ludzi i udaje świętoszka. Większość mieszkańców wsi nie ma pracy albo pracuje ponad siły, jak matka bohatera. Barański nie kończy swego filmu wolterowskim obrazem uprawiania własnego ogródka. Jego bohater umiera, w przeciwieństwie do literackiego pierwowzoru. Reżyser zmierza raczej ku smutnej refleksji, że księstwo, o którym opowiada Ojciec, „nie jest z tego świata”. Ale właśnie poetyckość – obok jędrnej i groteskowej rzeczywistości – jest wielkim atutem tego filmu, także za sprawą wspaniałych zdjęć Jacka Petryckiego, znakomitego operatora współpracującego m.in. z Krzysztofem Kieślowskim czy Agnieszką Holland.

Kadr z filmu "Lęk wysokości", na zdj. Krzysztof Stroiński i Marcin Dorociński

"Lęk wysokości" Bartosza Konopki jest debiutem fabularnym autora znanego dokumentu "Królik po berlińsku". Opowiada – podobnie jak film Wiesława Saniewskiego "Dotknięci" (1988) – o relacjach panujących w rodzinie, w której jeden z jej członków dotknięty jest chorobą psychiczną. Bardzo ścisła więź ojca z synem wynika m.in. z faktu, że matka wyemigrowała pod pretekstem pomocy materialnej rodzinie, pozostawiając syna z chorym mężem. Jest to właściwie związek, z którego dorosły już syn nie potraf się wyzwolić. Owo uzależnienie psychiczne od ojca jest zarazem dramatycznie bolesne i piękne - pokazuje, że miłość i wierność choremu mogą im obu wiele dać. W dodatku, jest to film wynikający z osobistych doświadczeń autora, nie będący wyłącznie wypowiedzią artystyczną. Na pewno warto go zobaczyć.

Artykuł ukazał się na portalu PIK Wrocław 23 lipca 2011 roku.

Bruno Dumont: Nie biorę was za kretynów

W ramach jednej z retrospektyw oglądamy w tym roku filmy francuskiego reżysera Bruno Dumonta. To reżyser często i chętnie nagradzany przez krytyków na znaczących festiwalach. Po zaprezentowanym w 2009 roku filmie „Hedewijch” okrzyknięto go mistykiem kina. 

Bruno Dumont, MFF T-Mobile Nowe Horyzonty

Dumont pokazuje miłość zdegradowaną do beznamiętnej kopulacji, a jego bohaterowie są odrażająco brzydcy. Po projekcji „Flandrii” reżyser spotkał się z publicznością. Fragmenty tej rozmowy spisałam i cytuję poniżej.

Prowadzący spotkanie: Czy widzi Pan ten film jako syntezę swojej twórczości? 

Bruno Dumont: Chciałem zrobić film o miłości. (śmiech publiczności, zrozumiały w kontekście ostatniej sceny filmu, kiedy to bohaterka kolejny raz beznamiętnie rozwiera nogi, a mężczyzna kładzie się na niej)

W związku z bohaterką „Flandrii” pojawiły się skojarzenia z postacią Joanny d`Arc. Czy było to Pana zamierzeniem?

Nie, nie wiem dlaczego pan mówi o Joannie d`Arc. (śmiech publiczności)


B. Dumont, Flandria/MFF T-Mobile Nowe Horyzonty

Czy rozgraniczenie na to, co dzieje się we Flandrii i w czasie działań wojennych ma wymiar symboliczny? 

Chciałem rzeczywiście pokazać, że istnieje paralelizm między historią o miłości i wojną. I że źródłem wojny jest miłość. Pragnienie to sprawia, że ludzie chcą walczyć dlatego, że np. pragną tej samej kobiety albo ziemi. U podstaw przemocy jest pragnienie i miłość.

Głos publiczności: Chciałbym zapytać o redukcjonizm w Pańskich filmach. Czemu służy wyludnienie ulic Bailleul czy umieszczenie konfliktu wojennego w bliżej nieokreślonym miejscu?

Rzeczywiście, jeśli chodzi o wojnę, jest to tylko metafora wojny wewnętrznej, jaką toczymy ze sobą. Film jest historią człowieka, który potrzebuje wojny, żeby powiedzieć „kocham cię”. 

Głos publiczności – Chciałbym zapytać o funkcję seksu w Pańskich filmach. Zauważyłem w nich silną skłonność do naturalizmu. 

Film jest świadomie ekspresjonistyczny, tzn. eliminuje pewne aspekty natury.(sic!) Brakuje w nim rozkoszy, przyjemności, dlatego że w życiu tak właśnie się dzieje (?!) Seksualność w tym filmie [mowa o „Flandrii”] jest kompletnie surrealistyczna, nie do końca wiernie odtworzona. 

Głos publiczności: Dlaczego mężczyźni w Pana filmach są bardzo brzydcy, a kobiety – przeciwnie: piękne? 

Cóż, to są po prostu prawdziwi, normalni ludzie. (śmiech publiczności) 

Głos publiczności: W jaki sposób wobec tego przeprowadza Pan castingi? 

Najczęściej udaję się do urzędów pracy. Znacznie prościej jest pracować z bezrobotnymi, bo są dyspozycyjni. Chętniej pracuję z ludźmi, którzy potrzebują pieniędzy. Kino kompletnie ich nie interesuje. Dokonuję więc takiej wstępnej selekcji, następnie przeprowadzam próbę, i tyle. Dużo z nimi rozmawiam i cały czas nimi kieruję, opierając się o ich własne doświadczenie życiowe. Ciekawie jest filmować, kiedy twarze są niezbyt piękne, ale dopiero stają się takie. Kobieta niezbyt piękna może się stać przepiękna poprzez magię jej gry i magię kamery. 

Głos publiczności: Ale postaci w Pana filmie są wydrążone z emocji i miłości! 

Postać w filmie jest po to, żeby Państwa poruszyć, zmienić. Jesteśmy wszyscy wyalienowani, szaleni. Film funkcjonuje jak lustro. Widzicie w nim samych siebie i dlatego się identyfikujecie. Jeżeli bohater czyni rzeczy złe, to będziecie musieli nad tym pracować. Przekonacie się wówczas, że w większym stopniu tworzymy się w oparciu o negatywnych bohaterów (?!) niż pozytywnych. 

Głos publiczności: Ależ są to ludzie prymitywni, niewykształceni… 

To jesteście państwo właśnie! A postaci są abstrakcyjne. Ludzie we Flandrii tak nie wyglądają. Wydaje mi się, że widz będzie mi wdzięczny za to, czego od niego wymagam. Ja po prostu nie biorę was za kretynów!


Rzeczywiście, "mistyk"... Dlatego podarowałam już sobie recenzje jego filmów. Po tej "rozmowie" czuję się usprawiedliwiona. B.L.C.

"Rodzina Brueghlów" w Muzeum Miejskim Wrocławia /relacja z wystawy/

Wrocławska wystawa „Rodzina Brueghlów”, którą możemy oglądać od 23 lipca 2013 roku w Muzeum Miejskim Wrocławia, prezentuje ponad 121 obrazów i grafik słynnej dynastii malarzy flamandzkich z XVI, XVII i XVIII wieku.

plakat wystawy

Cechą wyróżniającą to malarstwo spośród innych dzieł jest charakterystyczne połączenie duchowości z życiem codziennym. Szczegółowość i niemal dokumentalny styl sprawiają, że dzięki temu możemy poznać obyczajowość tamtych czasów w Niderlandach. Jednocześnie jednak obrazy pełne są tajemniczych szczegółów – ukrytej symboliki, często trudnej dziś do interpretacji.

Pomysłodawcą wystawy w takim – rodzinnym, pokoleniowym - ujęciu  jest kolekcjoner i dyrektor Global Art. Exibitions Inc. – Joseph Guttmann, który prezentował już tę ekspozycję w Izraelu i we Włoszech. Jej cechą charakterystyczną jest fakt, że możemy zobaczyć obrazy pochodzące głównie z prywatnych kolekcji. Wystawa jest częścią międzynarodowej inicjatywy, której podmiotami są: Galeria Miejska we Wrocławiu, Stowarzyszenie Art. For Public z Pragi oraz Fundacja Galerii Miejskiej we Wrocławiu.
Takiej ekspozycji jeszcze we Wrocławiu nie było! Dodajmy, że również na świecie, ponieważ poprzednie wystawy rodziny Breughlów były skromniejsze.


Co możemy zatem zobaczyć? Otóż ekspozycja zawiera dzieła rodziny Breughlów, począwszy od Pietera Brueghla Starszego, a na Abrahamie Brueghlu kończąc. Na wystawie zaprezentowano także obraz Hieronima Boscha, zatytułowany „Siedem grzechów głównych”, aby pokazać mistrza Pietera Brueghla Starszego, który tworzył swoje dzieła będąc pod niewątpliwym urokiem fantastycznych, tajemniczych i moralizujących wizji Boscha. W centrum obrazu przedstawił on wnętrze kuli ziemskiej, gdzie rozgrywają się  sceny obrazujące siedem grzechów głównych. U góry obrazu widoczny jest Chrystus Ukrzyżowany w otoczeniu aniołów, u dołu zaś widoczne jest piekło. Tak więc człowiek został zbawiony i znajduje się przed wyborem między dobrem a złem. Nie ma wątpliwości, co czeka grzeszników popełniających grzechy pychy, chciwości, nieumiarkowania, zazdrości, nieczystości, gniewu i lenistwa.

Joachim Patinir, Św. Hieronim w skalistym krajobraziefot. Muzeum Miejskie
Wśród dzieł Pietera Brueghla Starszego warto zwrócić uwagę na „Zimowy krajobraz z pułapką na ptaki”, który przedstawia ślizgających się po zamarzniętej rzece ludzi oraz tytułową pułapkę na ptaki. Wielkość ptactwa, zbliżona do sylwetek ludzkich, każe interpretować tę scenę jako ostrzeżenie wobec niebezpieczeństwa. Ludzie zastawiają pułapki na ptaki, ale sami również ponoszą ryzyko nagłej śmierci. Obok obrazu Pietera  wisi jego wersja, którą namalował Jan Brueghel Młodszy (wnuk), taki był bowiem zwyczaj, że pewne tematy powielano.


Wśród prezentowanych płócien zwraca uwagę niewielki rozmiarami , okrągły w swym kształcie obraz namalowany przez Pietera Brueghla Młodszego – „Pochlebcy”. Nawiązuje on do słynnego obrazu protoplasty rodu – „Niderlandzkie przysłowia”. Napis na ramach brzmi: "Jestem otoczony wieloma ludźmi, ponieważ mam dużo pieniędzy w moim rękawie”. Obraz wypełnia ubrana do pasa w czerwony strój postać mężczyzny, który sypie pieniądze z rękawa, a w miejscu gdzie znajdują się tzw. cztery litery, ma otwór, do którego włażą tytułowi pochlebcy. Metafora udosłowiona.

Pochlebcy, fot. Muzeum Miejskie
Na wystawie zobaczymy także liczne alegorie, m.in. „Alegorię czterech żywiołów”, namalowaną przez Jana Breughla Młodszego we współpracy z Hendrickiem van Balenem. Tego rodzaju współpraca była powszechną praktyką artystów flamandzkich. Obraz przedstawia cztery boginie w lesie, otoczone kwiatami, owocami, ptakami, fragmentami zbroi. Reprezentują one: ogień (Westa), wodę (Amfitryta), powietrze (Urania) i ziemię (Ceres). Każda bogini znajduje się w otoczeniu charakterystycznych przedmiotów. Ceres np. opiera się na rogu obfitości, otaczają ją owoce i warzywa, na ziemi zaś leży rozłupany granat – symbol płodności ziemi.

Jan Brueghel Młodszy i Frans Francken Młodszy, Madonna z Dzieciątkiem i aniołami w girlandzie kwiatów,
fot. Muzeum Miejskie

Wśród obrazów rodziny Breughlów znajduje się spora kolekcja dzieł o charakterze religijnych, często w otoczeniu kwiatów. Wśród nich – „Madonna z Dzieciątkiem i aniołami w girlandzie kwiatów”, namalowany przez Jana Brueghla Młodszego i Fransa Franckena Młodszego. Postać Madonny z Dzieciątkiem i aniołami nad Nią została ujęta w typowo manierystycznym stylu, natomiast ciekawostką jest ujęcie postaci w girlandzie kwiatów przeplecionych przez otwory kamiennych kartuszy, wplątane w gałęzie (często bluszcz).

Ambrosius Brueghel, Bukiet w szklanym wazonie

Wiele obrazów przedstawia tzw. martwe natury, głównie z kwiatami. Należy do nich „Monumentalna martwa natura z kwiatami w rzeźbionej wazie” Jana Brueghla Młodszego. Dzieło powstawało bardzo wolno, ponieważ malarz z pietyzmem odtwarzał gatunki kwiatów kwitnące w różnych porach roku. Kompozycja zawiera ponad 70 gatunków różnych kwiatów, co daje wyobrażenie, jak wyglądała praca malarza.

Wystawa potrwa do 30 września i z całą pewnością będzie wydarzeniem, jak niegdyś ekspozycja prac Salvadora Dali.

"Rodzina Brueghlów" - Pułapka na ptaki

Artykuł ukazał się w lipcu 2013 roku na portalu PIK Wrocław.

Karp faszerowany wyobraźnią – wystawa rysunków Stanisława Ożoga /relacja/

14 listopada 2012 odbył się wernisaż wystawy rysunków Stanisława Ożoga w Centrum Kultury Zamek. Wystawa jest jednym z elementów bogatego programu Festiwalu im. Brunona Schulza we Wrocławiu. 


Stanisław Ożóg, wystawa Karp faszerowany. Kazimierz – świat zaginiony, Drohobycz – świat odnaleziony”,
 fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Pod tytułem „Karp faszerowany. Kazimierz – świat zaginiony, Drohobycz – świat odnaleziony” autor prezentuje cztery cykle rysunków powstałych z inspiracji prozą Bruno Schulza i Szaloma Asza.

„Chciałem przybliżyć twórczość Szaloma Asza i Bruno Schulza – powiedział Stanisław Ożóg podczas otwarcia wystawy. Obaj byli Żydami, pisarzami i mieszkańcami miasteczek, w których przeważała ludność żydowska”. 

Pierwszą wystawę artysta poświęcił Aszowi, mało dziś znanemu autorowi prozaikowi, dramaturgowi i eseiście, autorowi monografii Kazimierza („Miasteczko”, 1904). W przeciwieństwie do niego, skromny nauczyciel rysunków, autor „Sklepów cynamonowych” sprawił, że Drohobycz jest coraz bardziej znany, do czego przyczynił się niemało organizowany tam co dwa lata Festiwal Schulzowski (obecnie jubileuszowy, piąty z kolei).

Stanisław Ożóg, wystawa Karp faszerowany. Kazimierz – świat zaginiony, Drohobycz – świat odnaleziony”,
 fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Wystawa Ożoga była pokazywana w Kazimierzu, Drohobyczu i w Krakowie. Składają się na nią fragmenty czterech cykli rysunków: pierwszy jest inspirowany postacią Asza, drugi zawiera ilustracje do opowiadań Schulza („Sklepy cynamonowe”), trzeci stanowią kolorowe prace inspirowane opowiadaniem Schulza „Druga jesień” (autor wykonał ich aż 60, ale na wystawie pokazano kilkanaście z nich), czwarty zaś to autorskie „Skarby, szpargały”.

Stanisław Ożóg, wystawa Karp faszerowany. Kazimierz – świat zaginiony, Drohobycz – świat odnaleziony”,
 fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Przed naszymi oczami surrealistyczne obrazy, przedstawiające zwierzęco ludzkie sylwetki, o charakterystycznym, onirycznym klimacie i kolorystyce (np. „Samotność”, „Wichura”), fantastyczne tematy wzięte wprost z prozy Schulza, ale twórczo przetworzone, jak np. „Mój ojciec wstępuje do strażaków”: postacie stąpające po ścieżce wyznaczonej przez olbrzymie wąsy, należące do demonicznej twarzy w centrum rysunku, tonacja żółci i czerwieni.

Paweł Lemański, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
W rysunkach inspirowanych twórczością Asza świat również jest fantastyczny: wielka ryna w żydowskim meloniku, z pejsami, tytułowy „Karp faszerowany”, zamieszkały przez ludzkie oblicza, Rabin, Przewoźnik, Widzący… Czarno-biała tonacja, przypominająca starą fotografię – jakby tego świata już nie było…

Klimat refleksji nad światem, którego już nie ma zainicjował solowy koncert klarnecisty Pawła Lemańskiego.



Stanisław Ożóg, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
STANISŁAW OŻÓG, urodzony w 1952 r 
W latach 1972-1978 studiował w Hochschule fur Graphik und Buchkunst w Lipsku na wydziale Grafiki Książki. W latach 1978- 1990 pracował jako kierownik artystyczny Krajowej Agencji Wydawniczej w Rzeszowie. Zajmuje się  projektowaniem graficznym wydawnictw. Ilustruje bajki dla dzieci, powieści, tomiki poezji. Od 1987 roku bierze udział
w Międzynarodowych Plenerach Ilustratorów.
Zajmuje się również rysunkiem satyrycznym.
Jego erotyki zdobią ekskluzywne kolekcje porcelany AS Ćmielów oraz są stałym elementem wystroju  Muzeum Porcelany jako witraże. Swoje rysunki inspirowane prozą Brunona Schulza wystawiał dwukrotnie (2008, 2010) podczas Międzynarodowego Festiwalu Brunona Schulza w Drohobyczu  oraz w Lwowskiej Galerii Obrazów jak również w Instytucie Polskim w Sofii w Bułgarii (2011).


Artykuł ukazał się 14 listopada 2012 roku na portalu PIK Wrocław.

Maria Poprzęcka: O pisaniu historyczno-sztucznym, oku i nosorożcu

W ramach cyklu „Pisanie o sztuce” 9 czerwca 2011 roku mogliśmy posłuchać refleksji znanej historyk sztuki, pani prof. Marii Poprzęckiej. Spotkanie nosiło tytuł „Oko za oko” i w głównej mierze nawiązywało do wydanej przez Wydawnictwo Słowo /Obraz/Terytoria  publikacji  „Inne obrazy. Oko, widzenie, sztuka. Od Albertiego do Duchampa”.

Maria Poprzęcka, fot. Barbara Lekarczyk-cisek

Książka  została nagrodzona w 2009 r. Nagrodą Literacką Gdynia w kategorii eseju. Nagroda ta nabiera szczególnego sensu, kiedy autorka wspomina żartobliwie swój egzamin na historię sztuki przed laty. Zapytana wówczas przez prof. Jana Białostockiego, co też zamierza robić po ukończeniu studiów, odparła tyleż spontanicznie, co naiwnie, że chciałaby  pisać o sztuce. Wywołało to gromki śmiech „areopagu”, któremu to szacownemu gronu odpowiedź taka wydała się szczytem naiwności. Sądzono wówczas (i to dopiero było naprawdę złudne), że dziedzina ta może być wyłącznie przedmiotem naukowego, obiektywnego opisu. 
Kiedy kilka lat później prof. Białostocki wypowiedział się na łamach „Twórczości”,  próbując odpowiedzieć na pytanie, „Czy historykowi sztuki wolno być literatem?”, stwierdził tam kategorycznie, że należy oddzielać pracę naukową od literatury. Podając – jak przytacza Maria Poprzęcka – piękne przykłady „pisania historyczno-sztucznego”, literaturę traktował wyłącznie jako fikcję.

Obecnie wszystko to wygląda zupełnie inaczej.  Maria Poprzęcka uważa za narratywistami, że każde pisanie jest fikcją, tworzeniem. Tym bardziej pisanie o sztuce, a więc o czymś nieuchwytnym w gruncie rzeczy. Profesor Poprzęcka przytoczyła w tym miejscu żart znanego (także z poczucia humoru) historyka sztuki i eseisty Erwina Panofskiego, który stwierdził, że „nie należy oglądać obrazów, bo wtedy nic się nie zgadza”. XVIII-wieczni artyści uważali, że oko powinno być „poprawione” przez rozum. Wyzwalanie się oka z tego racjonalnego systemu trwało długo. Dziś nie mamy wątpliwości, że widzimy świat na różne sposoby. Nie dziwi zatem, że pisanie „historyczno-sztuczne” jest z zasady subiektywne i w tym cała jego uroda. To także uroda esejów Marii Poprzęckiej, piszącej – wbrew i jakby w odpowiedzi na śmiech „areopagu” – subiektywnie i błyskotliwie, na swój sposób, co nie znaczy: niemerytorycznie.

„Często stajemy się strażnikami własnych marzeń, własnej utopii” – stwierdziła podczas spotkania prof. Poprzęcka. Nie tylko historycy sztuki (choć są oni szczególnie podatni na deformacje zawodowe), ale my wszyscy mamy skłonność do pewnej idealizacji obrazu. Kiedy potem konfrontujemy go z rzeczywistością, często wypada on gorzej, inaczej, niż w naszych wyobrażeniach, co wywołuje nasze rozczarowanie, nawet gniew. „Nie zgadzamy się” na ten stan rzeczy, gotowi strzec naszego „skarbu” wbrew oczywistym faktom".

Nosorożec, grafika A. Dürera

Na koniec spotkania Maria Poprzęcka przytoczyła na potwierdzenie tych słów zabawną anegdotę ze swych wojaży. Otóż pod wpływem drzeworytu Dürera przedstawiającego nosorożca, zapragnęła zobaczyć to zwierzę na żywo. Dodajmy, że Dürer żył w Norymberdze, gdzie nosorożce nie występują i chętnie podróżował do Włoch, gdzie nosorożca też nie uświadczysz, natkniesz się natomiast łgarzy, którzy twierdzą, że w czasie wypraw do Afryki czy Indii widywali tę bestię. Dürer narysował więc nosorożca na podstawie opowieści kogoś, kto uważał, że nosorożec jest skrzyżowaniem wielkiej świni z machiną oblężniczą. Wiedziona zapewne tym samym pragnieniem, co mistrz z Norynbergii, profesor Poprzęcka udała się do rezerwatu w Afryce.  Wraz z innymi turystami wędrowała na słoniu cały dzień, upatrując egzotycznego zwierzęcia. Wreszcie, na koniec pojawił się wymarzony nosorożec. 

„Najwyraźniej był tutaj „na etacie” – stwierdziła ze śmiechem Pani Profesor. Znudzony pojawił się o określonej godzinie, dał się sfotografować i znikł.  Czy przypominał „Nosorożca” Dürera, nie dowiedzieliśmy się…

Mimo wszystko warto patrzeć na świat uważnie, bo jest tego wart.

Artykuł ukazał się na portalu PIK Wrocław 15 czerwca 2011 r.


Książka prof. Marii Poprzęckiej z autografem"

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Bobczyński jako Everyman /recenzja teatralna "Według Bobczyńskiego/

Agata Duda – Gracz opowiedziała „Rewizora” Mikołaja Gogola „Według Bobczyńskiego”, stąd tytuł spektaklu. Według Bobczyńskiego to znaczy z punktu widzenia szarego człowieczka – nikogo i Każdego. Podjęła próbę stworzenia  spektaklu będącego  uniwersalnym dyskursem na temat kondycji człowieka, siły relacji międzyludzkich – owego Gombrowiczowskiego „kościoła międzyludzkiego”, w którym rodzą się groźne ideologie, ale który jest także esencją teatru. Spektakl ma bowiem również warstwę autotematyczną. 

Według Bobczyńskiego, fot. WTW
Aktorzy wychodzą na scenę od strony widowni – są z tego samego świata, co my i w naszą stronę kierują swoje monologi, grają, bo to my ich „stwarzamy”.

Główny bohater, o rysach tak zwyczajnych, że nie do zapamiętania, Piotr Iwanowicz Bobczyński, rozpoczyna spektakl, prosząc o skierowanie na siebie światła i wygłaszając swoje najgłębsze pragnienie:

Proszę jak najpokorniej — jak pan pojedzie do Petersburga, niech pan raczy powiedzieć tam różnym możnowładcom, senatorom, admirałom, że, właśnie, wasza ekscelencjo, albo jaśnie oświecony książę, w tym a tym miasteczku mieszka Piotr Iwanowicz Bobczyński. Tak niech pan łaskawie powie: mieszka Piotr Iwanowicz Bobczyński.

Według Bobczyńskiego, fot. WTW

On pierwszy zawiadamia Horodniczego o przybyciu rewizora, a potem towarzyszy mu jak natrętna mucha, byle tylko znaleźć się w orbicie „władzy”. Na koniec umiera, gdy okazuje się, że rewizor nie był tym, za kogo go uważano. Najpierw jednak obserwujemy, jak wszyscy uczestnicy wydarzeń próbują coś ukryć i coś „ugrać”, jak spiskują ze sobą i przeciwko sobie, jak się wzajemnie oskarżają i wykluczają i wreszcie – jak nieustannie prowadzą o siebie grę. Oczywiście, nie tylko Bobczyński pragnie zaistnieć, marzy o tym właściwie każdy: Horodniczy (Krzysztof Kuliński) chciałby mieć jeszcze większą władzę, a nie – być tylko prowincjonalnym bossem. Jego żona Anna Andriejewna (Ewelina Paszke-Lowitzsch), konkuruje z córką (Katarzyna Z. Michalska) o zainteresowanie mężczyzn, zwłaszcza tego „ważnego”, podczas gdy jej mąż stara się wydać swoją pociechę za „ważną figurę”, aby w ten sposób przypieczętować gwarancję własnych interesów. Podobnie zabiegają o względy „ważnej osoby” pozostali, m.in. naczelnik poczty Iwan Kuźmicz Szpiekin (Michał Szwed) czy kurator instytucji filantropijnych Ziemlanika (Krzysztof Boczkowski).

Według Bobczyńskiego, fot. WTW

Reżyserka przyjęła koncepcję, w której rewizor się w istocie nie pojawia, lecz pozostaje w wyobrażeniach i marzeniach bohaterów. Jest niejako ich projekcją, podobnie jak osoby dramatu w „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego. Kiedy więc kolejne postaci udają się do niego z „łapówką”, zrzucają z siebie maski, odkrywając, co najgłębiej ukryte, odsłaniając słabości i braki. Jesteśmy wówczas świadkami doprawdy popisowych etiud aktorskich. Sędzia – człowiek poważny i wiecznie poirytowany, skręca się ze śmiechu – śmiechem „zabija” swoje lęki, jak w „Trans-Atlantyku” Gombrowicza. Ziemlanika okazuje się homoseksualistą i człowiekiem – gumą, który odtąd może być „sobą”...

Według Bobczyńskiego, fot. WTW

Właściwie najmocniejszą stroną spektaklu są poszczególne etiudy – w tym głównego bohatera Bobczyńskiego (gościnnie Tomasz Schimscheiner), który wirtuozowsko rozgrywa scenę opowiadania o domniemanym rewizorze, z panem Piotrusiem (Dobczyńskim – Michał Dudziński) jako swoim echem albo kiedy bezskutecznie usiłuje znaleźć wyjście z domu Horodniczego lub gdy wciela się w postać rewizora i wraz z innymi kokietuje w towarzystwie Annę Andriejewną (której zabawne, przedrzeźniające echo stanowi służący Dzierżymorda (gościnnie Tomasz Wesołowski). Wszyscy się wdzięczą, defilują, romansują i gotowi są na wszystko. I do nas tak, do widzów, maszerują, defilują śpiewają, fałszują, od czego robi się „śmieszno i straszno”.

Przestrzeń sceniczna jest właściwie ograniczona do pudełka sceny, które co pewien czas to pogłębia się, to maleje. Ponadto tworzy ją – i to jest interesujący pomysł autorki scenografii i reżyserki w jednej osobie – światło, a właściwie migoczące punkty, które ogarniają w jedną całość scenę i widownię. Często towarzyszy temu muzyka (Jakuba Ostaszewskiego). W ten sposób spektakl „przenosi się” na widownię i opowieść „Według Boczyńskiego” staje się również  opowieścią nas, widzów.

Według Bobczyńskiego, fot. WTW

Spektakl Agaty Dudy – Gracz "Według Bobczyńskiego" stanowi interesującą propozycję nowego odczytania sztuki Gogola. Niekiedy jest to odczytanie zbyt płaskie i może celowo prostackie (scena gwałtu, aluzje do sytuacji służby zdrowia w Polsce), czasami ma się wrażenie chaosu – kiedy reżyserka próbuje w scenach zbiorowych powiedzieć zbyt wiele na temat historii czy historiozofii, jednakże błyskotliwe etiudy poszczególnych aktorów i interesująca koncepcja całości są wystarczającym powodem, aby uznać „Rewizora” według Agaty Dudy – Gracz za sztukę interesującą, na którą warto się wybrać do teatru.

Recenzja ukazała się na portalu PIK Wrocław w styczniu 2012 roku.

Agata Duda-Gracz
Agata Duda - Gracz (ur. 1974)  reżyser teatralny, scenograf. Absolwentka historii sztuki na UJ oraz reżyserii teatralnej w PWST w Krakowie. Debiut reżyserski Kain G. Byrona (Teatr im. Witkiewicza, Zakopane, 1998), pozostałe spektakle: Woyzeck G. Büchnera (Teatr PWST, Kraków, 1999),Abelarda i Heloiza R. Vaillanda (Teatr im. J. Słowackiego, Kraków, 2002),Kreatura J. Murrela (Teatr PWST, Kraków, 2002) Kaligula A. Camusa (Teatr im. J. Słowackiego, Kraków, 2003), Grzeszne dzieciństwo wg M. Twaine'a (Scena Fundacji Starego Teatru, Kraków, 2003), Nierządy wg J. Geneta (Teatr PWST, Kraków, 2004).

Laureatka nagrody Ludwika za najlepszą scenografię krakowskiego sezonu teatralnego za: Naprawiacza świata T. Bernhardta (reż. L. Piskorz, Stary Teatr, Kraków, 2000) i Abelarda i Heloizę (2001).

Urodziny Zofii Kossak w Górkach Wielkich

9 i 10 sierpnia w ruinach Dworu Kossaków znów będzie gwarno, jak dawniej, kiedy do Górek Wielkich zjeżdżali się m.in.: Maria Dąbrowska, Wańk...

Popularne posty