poniedziałek, 17 lutego 2020

Premiera odrestaurowanego cyfrowo "Ostatniego etapu" w sekcji Berlinale Classics

Podczas tegorocznej edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie, w ramach sekcji Berlinale Classics, odbędzie się światowa premiera cyfrowo odrestaurowanego filmu Ostatni etap (The Last Stage) w reżyserii Wandy Jakubowskiej z 1948 roku.

© WFDiF, autor: W. Urbanowicz

Ostatni etap to jeden z najwcześniejszych filmów dotykających tematyki Holocaustu, częściowo zrealizowany na terenie obozu Auschwitz-Birkenau. Reżyserka realistycznie obrazuje w nim horror przymusowej pracy i masowej eksterminacji, ale także opór więźniarek. Film Jakubowskiej, zdaniem filmoznawcy Tadeusza Lubelskiego, nie tylko zmienił tuż po II wojnie światowej krajobraz polskiego kina, ale też po raz pierwszy zapewnił mu międzynarodowy prestiż.

Epicka opowieść o życiu i walce bohaterskich kobiet różnych narodowości, więźniarek Auschwitz-Birkenau. Film ma luźną konstrukcję, akcja obejmuje kilka równoległych wątków. Marta jest polską Żydówką, tłumaczką, działa w obozowym ruchu oporu; ginie podczas próby ucieczki. Rosyjska więźniarka – lekarka Eugenia, próbująca ratować chorych, zostaje poddana torturom i stracona. Niemiecka komunistka Anna trafia do obozowego bunkra. Tragiczne losy więźniarek, zdziczenie i sadyzm niemieckiej załogi obozu – ten syntetyczny obraz rzeczywistości obozowej przekazała była więźniarka Auschwitz – Wanda Jakubowska, która jest również współautorką scenariusza (druga scenarzystka, Gerda Schneider, również była więźniarka obozu). Pierwszy polski film, który wszedł na ekrany w ponad pięćdziesięciu krajach i który prasa światowa uznała za dzieło wielkiego formatu. Jeden z najbardziej wstrząsających filmów na temat drugiej wojny światowej. Zrealizowany został w autentycznej scenerii obozu.

Restaurację cyfrową filmu przeprowadziła Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny we współpracy ze Studiem Filmowym TOR (obecnie Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych). Restauracja obrazu objęła usunięcie nabytego migotania, korektę geometrii/deformacji obrazu, stabilizację, usunięcie zabrudzeń i uszkodzeń mechanicznych zawartych na taśmie filmowej. Skanowanie, mastering i cyfrową kinową kopię dystrybucyjną wykonano w standardzie 4K.

© WFDiF, autor: W. Urbanowicz

Podczas zbliżającego się Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Berlinale odbędą się dwa pokazy Ostatniego etapu – 22 lutego i 1 marca. Gośćmi specjalnymi premierowego seansu będą: Dariusz Wieromiejczyk – Dyrektor Filmoteki Narodowej – Instytutu Audiowizualnego oraz Monika Talarczyk – historyczka kina, autorka książki Wanda Jakubowska. Od nowa.

informacja prasowa

sobota, 15 lutego 2020

"Jesu, meine Freude" - koncert kantat J. S. Bacha w Narodowym Forum Muzyki /zapowiedź/

23 lutego 2020 r. o godz. 18.00 Narodowe Forum Muzyki zaprasza na wyjątkowy koncert kantat Johanna Sebastiana Bacha. Usłyszymy kantatę Ich habe genug, motet Jesu, meine Freude, kantatę Christ lag in Todesbanden oraz Ich bin vergnügt mit meinem Glücke

Wrocław Baroque Ensemble, fot.Łukasz Rajchert

Pod dyrekcją Andrzeja Kosendiaka zabrzmią cztery utwory kompozytora. Kantata Ich habe genug (Zadosyć już mam) BWV 82 należy do najczęściej wykonywanych i nagrywanych dzieł lipskiego kantora. Kompozycja powstała w Lipsku z okazji święta Ofiarowania Pańskiego, a jej prawykonanie miało miejsce 2 lutego 1727 roku.

Zaledwie tydzień później, 9 lutego, wykonano następną kantatę Bacha: Ich bin vergnügt mit meinem Glücke (Rad jestem wielce z mego szczęścia) BWV 84. Oba utwory mają podobną budowę, rozpoczynają się bowiem od arii solowych, które przeplatane są recytatywami.

Znacznie wcześniejszym dziełem jest kantata Christ lag in Todes Banden (Legł Chrystus w śmierci pętach) BWV 4. Bach napisał ją prawdopodobnie już w 1707 roku, podczas pobytu w Arnstadt. Kompozytor wykorzystał tutaj tekst i melodię dzieła Marcina Lutra, które należy do najważniejszych hymnów protestanckich.
Programu koncertu dopełni motet Jesu, meine Freude (Jezu, moja radości) BWV 227. Nie znamy dokładnej daty powstania tej kompozycji, ale badacze przypuszczają, że ten rozbudowany i ekspresyjny utwór także powstał na potrzeby lipskiego kościoła św. Tomasza.

Zagra  Wrocław Baroque Ensemble pod batutą Andrzeja Kosendiaka: Zbigniew Pilch – I skrzypce
Mikołaj Zgółka – II skrzypce, Michał Mazur – altówka, Thomas Meraner – obój, Julia Karpeta – viola da gamba, Krzysztof Karpeta – violone, Marta Niedźwiecka – pozytyw. Zaśpiewają znakomici soliści: Aldona Bartnik (sopran), Aleksandra Turalska (sopran), Piotr Olech (alt), Maciej Gocman (tenor) oraz Tomáš Král (bas).


informacja prasowa

Wizerunki aniołów w literaturze i sztuce

Anioły na obrazach dawnych malarzy są piękne, dlatego często zapominamy, że są niematerialne i że ich piękno ma charakter duchowy. Sztuka próbuje dokonać rzeczy niemożliwej: pokazać coś, czego nie widać i powiedzieć nam przy tym coś istotnego. 

Św. Michał Archanioł,  Angelo Bronzino (1503–1572),
fresk w kaplicy Eleonora Toledo w Palazzo Vecchio we Florencji

Nazwy aniołów i ich rola

  Większość z nas wyobraża sobie anioła jako zwiewną istotę ze skrzydłami. Taki wizerunek anioła utrwalił się dzięki dawnym mistrzom. Kiedy mowa o aniele Gabrielu, widzimy go oczami wyobraźni Leonarda da Vinci albo Boticcellego: klęczy przed Marią, ubrany w piękny renesansowy strój, ze skrzydłami lekko uniesionymi, jakby dopiero sfrunął na ziemię. Anioły na obrazach dawnych malarzy są piękne, dlatego często zapominamy, że są niematerialne i że ich piękno ma charakter duchowy. Sztuka próbuje dokonać rzeczy niemożliwej: pokazać coś, czego nie widać i powiedzieć nam przy tym coś istotnego.

Wyobrażenia aniołów pochodzą ze Starego i Nowego Testamentu, ale każda epoka próbowała zinterpretować je zgodnie ze swoim światopoglądem. Najbardziej spopularyzował wizerunek anioła renesans. Portrety aniołów Leonarda da Vinci czy Rafaela do dziś uchodzą za najwybitniejsze dzieła sztuki o tej tematyce.

Słowo anioł jest określeniem funkcji. W języku hebrajskim mal’ak, greckim angelos oznacza posłańca, wysłannika. Dlatego też anioły przedstawiano przede wszystkim jako skrzydlatych posłańców Boga.

       Spośród wielu aniołów szczególnie wyróżniają się archaniołowie, znajdujący się najbliżej Boskiego tronu. Wśród nich jest Rafael, którego imię oznacza ‘uzdrowienie, lekarstwo Boże’. Z kolei archanioł Michał uważany jest za przywódcę wojsk niebiańskich. Jego imię oznacza ‘Któż jest jak Bóg?’. Postać tego anioła  pojawia się zwłaszcza w scenach Sądu Ostatecznego, kiedy pokonuje bestię. Archanioł Gabriel, którego imię oznacza ‘mąż silny’ albo ‘Bóg jest mocny’, wielokrotnie spełniał rolę boskiego posłańca, między innymi w Nowym Testamencie zwiastował narodziny Jana Chrzciciela i poczęcie Mesjasza.Ostatnim z archaniołów jest Uriel, którego imię oznacza ‘Światło Boga’.

Co możemy jednak powiedzieć na temat wyglądu anioła na podstawie tekstu źródłowego, jakim jest Biblia? Otóż Stary Testament nie daje nam opisu zewnętrznej postaci anioła. Będąc istotą niematerialną, przybiera on niekiedy jakąś postać, by ułatwić człowiekowi obcowanie ze sobą. Tak było w przypadku anioła Rafała, który wcielił się w postać Azariasza – krewnego Tobiasza.
Czasami anioł miał jakiś szczególny wygląd, o czym świadczy fragment Ks. Daniela: „Lecz widzę czterech mężów rozwiązanych, przechadzających się pośród ognia i nie dzieje się im nic złego; wygląd czwartego przypomina anioła” (Dn 3,92).

Jan Lebenstein, Anioł Apokalipsy, ilustracje do wydania Ks. Apokalipsy w tłum. Cz. Miłosza

Jednak pełny opis anioła odnajdziemy dopiero w Apokalipsie św. Jana:

”I ujrzałem innego potężnego anioła, zstępującego z nieba, obleczonego w obłok, tęcza była nad jego głową, a oblicze jego było jak słońce, a nogi jego jak słupy ogniste, i w prawej ręce miał otwartą książeczkę. Nogę prawą postawił na morzu, a lewą na ziemi (Ap 10,1-3). Jednak i ta wspaniała wizja wymaga od zwykłego śmiertelnika niemałej wyobraźni.

Wizerunki aniołów odnajdziemy w sztuce począwszy od starożytności, a na współczesności kończąc. Jest to motyw popularny i nośnik różnych treści. Także pozareligijnych i związanych z kulturą masową. Najstarsze przedstawienia chrześcijańskie aniołów znajdują się w katakumbach rzymskich i ukazują istoty niebiańskie bez skrzydeł. Anioły ze skrzydłami i aureolą pojawiły się dopiero na początku V wieku.

Serafin we fragm. fresku Sąd Ostateczny Pietra Cavalliniego w Kościele św. Cecylii w Rzymie, XII w..

Początkowo najchętniej przedstawiano sceny Zwiastowania, Abrahama ofiarującego syna Izaaka oraz podróż Rafaela z Tobiaszem. Do najwybitniejszych obrazów należy Zwiastowanie Fra Angelico, Leonard da Vinci, Rafaela, Tycjana i Rembrandta.
Innym popularnym tematem, w którym pojawiają się aniołowie, jest Sąd Ostateczny. Szerzej piszę o tym w artykule o śpiewających aniołach.

Boska Komedia Dantego, ilustracje Gustawa Dore 

Poza sztukami plastycznymi, motywy aniołów pojawiają się także w literaturze, na przykład Dante w ‘Boskiej Komedii’ przedstawia olśniewające wizje aniołów. W literaturze polskiej  upodobał je sobie szczególnie romantyzm. Jest to epoka, w której wiara w istnienie tajemniczego, niematerialnego świata była bardzo mocna. W XX wieku obrazy aniołów pojawiają się także w twórczości takich pisarzy jak: Jean Coctau, Paul Claudel, Bolesław Leśmian, Jerzy Zawiejski, Czesław Miłosz, Zbigniew Herbert. Poza sztuką wysoką anioły przeniknęły także do sztuki popularnej, a mianowicie do  filmu. Najbardziej znany jest cykl filmów z aniołem w Krakowie Artura Więcka, z Krzysztofem Globiszem w roli tytułowej, a także  film Wima Wendersa „Niebo nad Berlinem” czy "Grający z talerza" Jana Jakuba Kolskiego,, gdzie Anioł Śmierci przybiera postać kobiety, jak słyynym cyklu Jacka Malczewskiego Thanatos.

Motyw anioła w literaturze - Dziady  Adama  Mickiewicza 

Prawiek Olgi Tokarczuk


Istotną cechą romantyzmu była wiara w istnienie niewidzialnego świata, duchów, zjaw, aniołów, które w sposób istotny wpływają na życie człowieka. O ludzką duszę toczy się nieustanna walka między dobrem a złem.
Widać to szczególnie w III części Dziadów Adama Mickiewicza. Świat przedstawiony przez poetę  jest rządzony przez Opatrzność, która bezustannie czuwa nad losem jednostek  i narodów, a zarazem nad historią całego kosmosu. Bóg posługuje się przy tym aniołami, których funkcja polega na pośredniczeniu między ludźmi a Nim.

W Dziadach szczegółowy obraz kondycji głównego bohatera poznajemy w Prologu III części. Podczas snu opiekujący się Gustawem Anioł Stróż zdradza nam szczegóły swojej misji i życiorysu swego podopiecznego. Dowiadujemy się, że Gustaw jest sierotą i dzieckiem trudnym. Anioł Stróż spełnia więc zarazem rolę matki, wpływa na dobre myśli i próbuje kreślić przed dzieckiem wspaniałą przyszłość. Czasami jednak, gdy dobro w żaden sposób nie zachęca bohatera do poprawy, anioł przybiera postać piekielnej larwy, by niegrzeczną duszę ukarać.
Romantyczny Anioł Stróż podlega emocjom jak człowiek: płacze, wątpi, denerwuje się, wstydzi, jednak wstawiennictwo zmarłej matki sprawia, że nawet zniechęcony podejmuje trud opieki nad Gustawem. Decyduje się też uprosić Boga, aby poddał Gustawa ciężkiej próbie. Stąd uwięzienie i doświadczenie upadku.

Archanioł Rafał z Tobiaszem, Boticcelli

Poza Aniołem Stróżem pojawiają się też w Dziadach cz. III chóry aniołów i archaniołowie, którzy śpiewają pieśni na chwałę Boga. Teksty tych pieśni wypełnia Mickiewicz ważnymi treściami dotyczącymi postępowania człowieka. Aniołowie wierzą głęboko, że Jezus na pewno ulituje się nad tym grzesznikiem, który nie przestał szanować Jego matki. Koncert ten jest jednocześnie wielkim śpiewem o włączeniu Gustawa/Konrada do Bożego planu zbawienia, podczas którego zostanie mu powierzona pewna misja. Będąc pośrednikami między niebem a ziemią, aniołowie towarzyszą człowiekowi w jego trudnej drodze do zbawienia. Światopogląd romantyczny każe wierzyć człowiekowi, że na tej drodze nie jest on sam, a szczególną pomocą są dla niego właśnie aniołowie,  zwłaszcza Anioł Stróż.

Archanioł Michał

Anioł Stróż w powieści współczesnej pisarki Olgi Tokarczuk jest inny niż anioł romantyczny. Podobna jest natomiast wiara, że każdy człowiek ma przypisanego sobie anioła, który towarzyszy mu od narodzin aż do śmierci. Anioł Misi w przeciwieństwie do anioła Gustawa - nie posiada instynktów, emocji ani potrzeb. Jest czystą duchowością i mądrością. Zna przeszłość i przyszłość. Świat poznaje wyłącznie przez siebie samego. Anioł Stróż w ‘Prawieku’ nie sądzi, nie podlega emocjom, nie myśli logicznie. Jest to więc „rozum wyzbyty myślenia, a wraz z nim - omyłek, lęku, uprzedzeń”. Jedynym uczuciem, w jakie został wyposażony jest instynkt współczucia. Anioły nie wiedzą wprawdzie, czym jest cierpienie, ale mają świadomość, że świat jest go pełen.

Inną cechą aniołów w Prawieku jest ich zmienność. Czasem patrzą na inne światy i anioły i wówczas zdarza się, że nie towarzyszą ludziom gdy ci ich potrzebują. Anioł widzi więcej niż człowiek, ale nie wszystko. Widzi na przykład ludzkie myśli i stara się ulżyć człowiekowi, którego ma pod opieką. Na przykład anioł Misi towarzyszy jej nie tylko podczas narodzin, ale także wówczas, gdy Misia rodzi własne dziecko. Widząc jej cierpienie, zabiera ją wówczas do Jerozolimy, aby zaznała uczucia miłości od Zbawiciela. Dzięki temu Misia z ufnością i bez trudu wydaje na świat syna.
Poza Aniołem Stróżem pojawiają się w Prawieku archaniołowie, którzy strzegą go ze wszystkich stron. Liczba cztery jest symbolem świata. Tokarczuk nawiązuje w ten sposób do tego samego boskiego porządku, o którym pisze Mickiewicz i zarazem przypomina, jakie są zadania aniołów.

Archanioł Gabriel, L. da Vinci, Zwiastowanie

Południowej granicy, od strony miasteczka, strzeże archanioł Gabriel. Sąsiedztwo miasteczka jest niebezpieczne, ponieważ  „rodzi pragnienie posiadania i bycia posiadanym”. Niebezpieczeństwo południowej granicy łączy się też z nieopanowanym erotyzmem. Zachodniej granicy Prawieku strzeże archanioł Michał - najwyższy rangą wojownik, stojący na czele hufców anielskich. Niebezpieczeństwem zachodniej granicy jest wpadnięcie w pychę.

Archanioł Uriel

Na wschodzie granicy Prawieku strzeże archanioł Uriel, uznawany za anioła światła, gdyż reprezentował światło bożej nauki. Prowadzi on rodzaj ludzki do zdrowia i dobrobytu, jednak jeśli jego wiedza jest nadużywana, wówczas ludzie ponoszą karę. Niebezpieczeństwem tej granicy jest głupota.
Na północy granicą opiekuje się archanioł Rafał - patron podróżnych. Rodzi ona niepokój podróży i niebezpieczeństwo demonów.

Według biblijnej tradycji, każdy z archaniołów zajmuje określone miejsce w stosunku do boskiego tronu chwały: Michał po prawej, Gabriel po lewej stronie, Rafał za tronem, a Uriel przed nim. Odpowiednio każdy archanioł strzegł wyznaczonego boku człowieka i jednej ze stron świata. Jednak archaniołowie w Prawieku nie stoją na swoich pozycjach. Jedynie Rafał stoi we właściwym sobie miejscu. Pozostali przesunęli się o jedno miejsce w lewo. Powoduje to destrukcję przestrzeni i degenerację tego miejsca. Wszystko zmierza ku upadkowi, a bohaterowie są skazani na cierpienie.
Można zatem stwierdzić, że o ile świat Dziadów Adama Mickiewicza ma swój porządek w Bożym ładzie, o tyle Olga Tokarczuk pokazuje zagładę tego porządku świata. Nawet aniołowie mylą swoje miejsca albo zapominają o swoich podopiecznych, gdy dzieje się im krzywda.

Wizerunki aniołów w sztuce są pochodną ich funkcji. Sposób ich przedstawienia nawiązuje do  przekazu biblijnego, ale kształtuje go  estetyka epoki i indywidualny styl autora.  Widać to wyraźnie, jeśli porównamy twórczość Adama Mickiewicza z powieścią współczesnej pisarki- Olgi Tokarczuk. Poza różnicami istnieją również podobieństwa i obserwujemy, jak jedni artyści wpływają na drugich, czego przykładem jest obraz Anioła Śmierci w twórczości Jacka Malczewskiego i jego filmowa wersja w Grającym z talerza Jana Jakuba Kolskiego.
Mimo wielu różnic w sposobach funkcjonowania aniołów sztuce, a co za tym idzie – w ludzkiej wyobraźni, pełnią one funkcję duchowych opiekunów człowieka.
Wielość prac literackich, malarskich, filmowych  dowodzi, że człowiek – także współcześnie – tęskni za sferą duchową, której aniołowie są widomymi znakami.




piątek, 14 lutego 2020

„Bo we mnie jest seks” – Maria Dębska jako Kalina Jędrusik

„Bo we mnie jest seks” w reżyserii Katarzyny Klimkiewicz to historia artystki, która stała się symbolem niezależności nie tylko dla kobiet. W tym roku przypada 90. rocznica urodzin Kaliny Jędrusik. W Warszawie zakończyły się właśnie zdjęcia do filmu, w którym w roli głównej wystąpi Maria Dębska. Prezentujemy pierwsze zdjęcia z planu. 

Maria Dębska, Bo we mnie jest seks, fot. Bartosz Mrozowski

Kalina Jędrusik, czyli polska Marylin Monroe – te dwa nazwiska zestawiano ze sobą nie bez powodu. Skandale obyczajowe, elektryzujący seksapil, kultowe anegdoty. W rolę tej niezwykłej gwiazdy polskiego kina wcieliła się Maria Dębska.
W filmie pojawią się postaci z otoczenia Jędrusik, w tym Stanisław Dygat, Jeremi Przybora, Barbara Krafftówna, Kazimierz Kutz, Tadeusz Konwicki. Pojawi się również Wiesław Gomułka.

Maria Dębska, Bo we mnie jest seks, fot. Bartosz Mrozowski

Zdjęcia realizowano w Warszawie, m.in. w Parku Rydza-Śmigłego, na ul. Czackiego i Smoczej, Pl. Konstytucji, na terenie kina „Tęcza”, w przestrzeni basenu w Pałacu Młodzieży (PKiN), w Teatrze Polskim, Teatrze Wielkim – sali im. Młynarskiego, na Torze Służewiec.
Premiera kinowa zaplanowana jest na 2021 rok.

***
„Bo we mnie jest seks”

reżyseria: Katarzyna Klimkiewicz
scenariusz: Patrycja Mnich, Katarzyna Klimkiewicz
produkcja: RE Studio, Renata Czarnkowska-Listoś, Maria Gołoś
koproducenci: Telewizja Polska, Next Film, Mazowiecki i Warszawski Fundusz Filmowy, Chimney Poland, DI Factory, Spot - Muzyczne Studio Produkcyjne
współfinansowanie: Polski Instytut Sztuki Filmowej
zdjęcia: Weronika Bilska
scenografia: Wojciech Żogała
kostiumy: Anna Imiela-Szcześniak
charakteryzacja: Ewa Kowalewska, Janusz Kaleja
reżyseria obsady: Marta Kownacka
dźwięk: Robert Czyżewicz, Maciej Pawłowski
muzyka: Radek Luka
montaż: Ireneusz Grzyb
kierownictwo produkcji: Ewa Jastrzębska, Sylwia Rajdaszka
postprodukcja obrazu: DI Factory
VFX: Chimney Poland
postprodukcja dźwięku: Spot - Muzyczne Studio Produkcyjne

Dystrybucja: NEXT FILM

informacja prasowa

Unikatowy projekt Stanisława Wyspiańskiego i dzieło ze słynnego cyklu Jana Lebensteina | Dwie wystawy Prac na Papierze

Projekt polichromii Stanisława Wyspiańskiego, interesujące dzieło Władysława Strzemińskiego i praca Jana Lebensteina, dzięki której artysta zdobył nagrodę główną I Biennale de Paris w 1959 roku. To tylko kilka ze 176 dzieł prezentowanych na dwóch lutowych wystawach prac na papierze w DESA Unicum. Pokazane zostaną zarówno dzieła sztuki dawnej, jak i współczesnej.

Stanisław Wyspiański, Kwiat wiśni, fot. DESA Unicum


W 1895 roku Stanisław Wyspiański otrzymał zlecenie zaprojektowania wnętrz słynnej Bazyliki św. Franciszka z Asyżu położonej w pobliżu krakowskich Plant. Za prace architektoniczne przy renowacji zniszczonego w pożarze kościoła odpowiadał wybitny architekt Władysław Ekielski. To właśnie on zaprosił młodego, zaledwie 26-letniego, Wyspiańskiego do współpracy. Uznawany dziś za klasyka artysta odpowiadał za stworzenie niezwykłych witraży i polichromii. W monumentalnych realizacjach krakowskiego twórcy możemy dostrzec wiele kwiecistych motywów. Inspiracja światem flory pochodzi z „Zielnika”, szkicownika artysty, który pełen był niezwykłych rysunków polskich kwiatów: irysów, bławatków, kaczeńców, lilii, słoneczników i maków. Dziś jeden z oryginalnych projektów polichromii do kościoła Franciszkanów możemy oglądać na wystawie w DESA Unicum. Wykonany pastelami barwny „Kwiat wiśni” stanowi emblematyczny przykład stylu artysty.

Poza pracą Wyspiańskiego na wystawie poświęconej twórczości dawnych mistrzów będzie można zobaczyć dzieła m.in. Leona Wyczółkowskiego, Stanisława Ignacego Witkiewicza (Witkacego), Meli Muter, Stefana Norblina i Juliusza Kossaka.

Władysław Strzemiński, Idący chłopczyk, fot. DESA Unicum

Z kolei na wystawie poświęconej sztuce współczesnej znalazła się m.in. praca Władysława Strzemińskiego. Najbardziej znany jest on ze swego cyklu „Powidoki”. O ile dzieła z tej serii skupiały się na abstrakcyjnym zagadnieniu zjawisk wzrokowych, których doświadczamy, patrząc w słońce, rysunek przedstawiony na wystawie w DESA Unicum ma realistyczny charakter. Jest przez to pracą wyjątkową na tle całej twórczości Strzemińskiego. Rysunek „Idący chłopczyk” powstał podczas letnich wakacji, które artysta spędzał w Bierutowicach. Przedstawia jednego z podopiecznych lokalnego domu dziecka. Co ciekawe praca została wykorzystana jako ilustracja propagandowego artykułu wychwalającego poczynania komunistycznego rządu w czasopiśmie „Wieś”.

Jan Lebenstein, z cyklu Figury osiowe, fot. DESA Unicum

W opozycji do realistycznego rysunku Strzemińskiego stoi abstrakcyjne dzieło Jana Lebensteina z cyklu „Figury Osiowe”, który zapewnił artyście główną nagrodę podczas I Biennale de Paris w 1959 roku. Wchodzące w skład serii prace rysunkowe i malarskie charakteryzuje geometryczny podział. W ich centrum Lebenstein umieszczał schematyczne, anatomiczne sylwetki czasem przypominające kobiece ciała, a czasem owady. Inspiracją dla jego twórczości były apokaliptyczne wizje świata. W 2010 roku w Zachęcie odbyła się wystawa w całości poświęcona twórczości Jana Lebensteina, a jego prace znajdują się w najważniejszych instytucjach sztuki takich jak choćby nowojorska MoMA. Jedna z „Figur Osiowych” wchodziła w skład w prestiżowej kolekcji Davida Rockefellera – multimiliardera uznawanego za jednego z najbogatszych ludzi świat. Dzieło pokazywane w DESA Unicum to praca z tej samej serii.
Oprócz niego zaprezentowane zostaną prace innych wybitnych współczesnych twórców takich jak m.in. Zbigniew Makowski, Henryk Musiałowicz, Józef Hałas, Franciszek Starowieyski, Rajmund Ziemski czy Edward Dwurnik. Po zakończeniu obu wystaw wszystkie obiekty zostaną zlicytowane.

Wystawa Sztuka Dawna Prace na Papierze: 15-25 lutego 2020, godz. 11-19 (poniedziałek-piątek) i godz. 11-16 (sobota), Dom Aukcyjny DESA Unicum, ul. Piękna 1A, Warszawa, wstęp wolny
Aukcja Sztuka Dawna Prace na Papierze: 25 lutego 2020, godz. 19.00, Dom Aukcyjny DESA Unicum, ul. Piękna 1A, Warszawa

informacja prasowa

czwartek, 13 lutego 2020

Kossakowie: Juliusz Kossak i Wojciech Kossak - wystawa w białostockim Ratuszu

Wystawa przygotowana ze zbiorów Fundacji Rafako oraz zbiorów prywatnych eksponowana będzie w białostockim Ratuszu od 21 lutego do 28 czerwca 2020 r. Wernisaż wystawy w piątek 21 lutego 2020 r. o godz. 18.00.


Batalistyczne i historyczne malarstwo Juliusza i Wojciecha Kossaków, przedstawicieli rodu bogatego w talenty artystyczne, literackie i naukowe, cieszy się w Polsce niesłabnącą od ponad stu lat popularnością. Jego ikoną stał się koń, ułan z dziewczyną, kresowy step.
 
Na wystawie zaprezentowanych zostanie 39 prac obu malarzy. Zamierzeniem autorki scenariusza i kuratorki wystawy jest ukazanie najważniejszych wątków w twórczości obu artystów oraz różnic i analogii pomiędzy ich malarstwem. Obaj, Juliusz i Wojciech Kossakowie podejmowali zbliżone tematy. Były to: sceny batalistyczne, motywy czerpane z historii polskich zwycięstw, przedstawienia rodzajowe odwołujące się do kresowej lub podkrakowskiej obyczajowości.

J. Kossak, Przed pałacem w Krzeszowicach, fot. materiały prasowe

Mimo pozornej bliskości tematycznej i wspólnoty zainteresowań, malarstwo Juliusza Kossaka w swojej istocie jest obce twórczości jego nie mniej uzdolnionego i pracowitego syna. Cezurą rozdzielającą epoki, w których tworzyli, okazało się powstanie styczniowe (1863–1864). Twórczość artysty oddawała ducha przedpowstaniowej Polski. Była rodzimym odpowiednikiem niemieckiego biedermeieru, w którym mieszczańskie wnętrza i praktyczność codziennego życia zastąpił dworek i zamknięty na świat drobnoszlachecki zaścianek. Swojskość i ograniczenie życiowych horyzontów do spraw gospodarskich i sąsiedzkich dobrze komponowała się z niewielkimi rozmiarami, bladymi w kolorze i rodzimymi w tematyce i scenerii akwarelowymi kompozycjami seniora malarskiego rodu. Nowoczesny, bo oddający ducha swoich czasów w okresie młodości, artysta w latach dojrzałych pozostał obojętny na oznaki zmieniającego się wokół świata. Najchętniej malował sceny z siedemnastowiecznej historii Polski, gdy należała ona do potęg ówczesnej Europy. Był piewcą Polski sarmackiej i jej bohatera Jana III Sobieskiego. Sięgał także do wydarzeń powstania styczniowego. Artysta, coraz bardziej oddalając się swoją twórczością od żywego nurtu europejskiej sztuki, pozostał wyrazicielem polskiego ducha. Krucha i delikatna materia jego malarstwa stawała się dalekim echem minionego w czasie sarmackiego świata.

Juliusz Kossak,  Stadnina przy wodopoju, fot. materiały prasowe

Juliusz Kossak, malarz, rysownik, ilustrator, był mistrzem akwareli, trudnej i wymagającej pewnej ręki techniki malarskiej. Tworzył brawurowo komponowane wielofiguralne sceny historyczne lub obyczajowe. Był uważnym obserwatorem natury, perfekcyjnie opanował znajomość anatomii ludzi i zwierząt. Bezbłędnie stosował silne skróty perspektywiczne. Używał jasnej, lekko wyblakłej kolorystyki.
Wśród pokazanych na wystawie prac Juliusza Kossaka szczególną uwagę zwraca akwarela: Stadnina u wodopoju (1857, 53,5 x 95,5 cm, Fundacja Rafako). Wielofigurowe sceny najlepiej oddają charakter talentu autora i jego fascynację Kresami, polskim folklorem i miłość do koni, które portretował ze znawstwem i czułością. Kontrastuje to z wyciszonym Powrotem z polowania, rzadkim w twórczości Juliusza obrazem olejnym (1870, 38 x 47,5 cm, kolekcja prywatna).

W. Kossak,Odwrót spod Moskwy, fot. materiały prasowe
 
Wojciech Kossak, tak jak ojciec był malarzem batalistycznym i historycznym.  Tworzył, zgodnie z duchem swojej epoki zainteresowanej człowiekiem, jego psychiką, liczne portrety – arystokratycznej i finansowej socjety polskiej, europejskiej i amerykańskiej. Chętnie malował autoportrety, co wynikało z jego potrzeby autoprezentacji. Był piewcą epopei napoleońskiej, ale pracował także na zlecenia cesarza Niemiec Wilhelma II, więc na jego płótnach pojawiały się np. epizody z wojen pruskich. Kontynuował zainteresowania ojca, ale tematy batalistyczne interpretował zgodnie ze swoim wybujałym temperamentem artystycznym. Używał techniki olejnej, często malował kompozycje wielkoformatowe, w tym także kilka panoram we współpracy z innymi twórcami. Jego prace odznaczają się doskonałym rysunkiem i taką kompozycją. Malował szerokimi, swobodnymi pociągnięciami pędzla, używał głębokich, nasyconych barw, nie stronił od kontrastów kolorystycznych. Przedstawienia syntetyzował, upraszczał, nie dbał o szczegóły. Chętnie stosował skróty perspektywiczne. Jego malarstwo cechuje ekspresja i rozmach. Znajomość anatomii zwierząt, umiejętność ich obserwacji pozwoliła artyście na tworzenie wielkich scen batalistycznych, odznaczających się realizmem przedstawienia, ale pozostających w duchu romantycznych idei. Był, tak jak Juliusz Kossak, niezrównanym portrecistą koni.

W. Kossak, Szwoleżer w wąwozie Samossiery, fot. materiały prasowe

Część ekspozycji poświęcona twórczości Wojciecha Kossaka uderzała swoją różnorodnością. Brawurowo namalowana scena batalistyczna Pod Stoczkiem (82 x 146 cm, zbiory prywatne) z tumultem walki, kurzem, dymami i wirującymi w bitewnym zacietrzewieniu ułanami została zestawiona z utrzymanym w tej samej tonacji kolorystycznej, majestatycznym w wyrazie Doboszem – motywem z panoramy Olszynka Grochowska (1931, 71 x 55,5 cm, kolekcja prywatna). Eksponowany tu też jest Autoportret z koniem (46 x 38 cm, Fundacja Rafako).
Juliusz i Wojciech Kossakowie to twórcy malarstwa na wskroś polskiego. Nastrojowego i ekspresyjnego, wyciszonego, ekspansywnego – przedstawiającego świat szerokich stepów, zaciekłych potyczek i pięknych kobiet.
                                                                                       Eliza Ptaszyńska, kurator wystawy

informacja prasowa

Premiera słuchowiska na podstawie „Innego świata” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego w radiowej Dwójce

W najbliższą sobotę, 15 lutego, Program 2 Polskiego Radia zaprezentuje premierowe słuchowisko na podstawie „Innego świata” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. W obsadzie m.in. Andrzej Mastalerz i Piotr Bajtlik. Początek o godz. 19.00.



Książka Gustawa Herlinga-GrudzińskiegoInny świat. Zapiski sowieckie” jest jednym z najważniejszych świadectw niewoli, pracy przymusowej i życia w łagrze, i zarazem jednym z najistotniejszych utworów w historii polskiej, a także światowej literatury XX wieku.

Bolesne wspomnienia Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, więźnia gułagu w Jercewie, potem żołnierza II Korpusu Polskiego, uczestnika bitwy o Monte Cassino, zostały przez niego spisane w latach 1949–1950, a po raz pierwszy opublikowane  w przekładzie angielskim w 1951 roku. Dwa lata później w Londynie ukazało się pierwsze wydanie książki po polsku. Przez cały okres PRL-u twórczość Herlinga-Grudzińskiego była w kraju na indeksie, nie dopuszczana przez cenzurę do publikowania i rozpowszechniania, na zasłużona sławę czekała niemal 40 lat. – Poprzez prowadzoną z dystansu czasowego opowieść świadka i uczestnika wydarzeń otrzymujemy wstrząsającą wiwisekcję mechanizmów sowieckiego totalitaryzmu i obraz ludzkiej natury, stającej wobec najcięższych prób, autor bada jej granice – wyjaśnia Katarzyna Hagmajer-Kwiatek z radiowej Dwójki.

Autorem radiowej adaptacji „Innego świata” jest Wojciech Tomczyk (w minionym roku zdobył Grand Prix na festiwalu Dwa Teatry za słuchowisko oryginalne „Wielka Improwizacja”), a słuchowisko wyreżyserowała Anna Wieczur-Bluszcz (nagradzana również na festiwalu Dwa Teatry, między innymi za reżyserię słuchowisk „Lento rubato” i „Podróż na księżyc”). Wśród wykonawców usłyszymy między innymi: Andrzeja Mastalerza, Piotra Bajtlika, Tomasza Borkowskiego, Annę Srokę-Hryń, Monikę Pikułę i Leona Charewicza. Ogromnie dużą rolę w wykreowaniu przestrzeni dźwiękowej słuchowiska odgrywa też muzyka stworzona specjalnie przez Pawła Szamburskiego. Akustycznie zrealizował je Andrzej Brzoska.

Przed premierą radiowa Dwójka wyemituje dwie audycje poświęcone wydarzeniu. W środę 12 lutego Małgorzata Szymankiewicz zaprasza na specjalne wydanie „O wszystkim z kulturą” (godz. 17.30) – gośćmi będą: prof. Włodzimierz Bolecki, znawca życia i twórczości Gustawa Herlinga-Grudzińskiego oraz Wojciech Tomczyk – scenarzysta, dramaturg, autor adaptacji radiowej „Innego świata”.

Z kolei „Kwadrans bez muzyki” w piątek 14 lutego poświęcony będzie pracy nad tym słuchowiskiem: Paweł Szamburski opowie, jak przy pomocy jakich instrumentów wykreował sugestywną, ale niedosłowną przestrzeń dźwiękową więzienia i gułagu, a Anna Wieczur-Bluszcz zdradzi, jak przekłada się tak trudną prozę na język radiowy. – Będziemy mieli również okazję podsłuchać reżysera dźwięku Andrzeja Brzoski oraz aktorów podczas pracy nad spektaklem – dodaje Katarzyna Hagmajer-Kwiatek.

Premiera „Innego świata” w „Wieczorze ze słuchowiskiem” radiowej Dwójce w sobotę 15 lutego o godz. 19.00.

informacja prasowa

Rafał Łuc - tańczący z akordeonami /wywiad/

Rozmawiam z Rafałem Łucem - wybitnym akordeonistą i muzycznym eksperymentatorem, absolwentem brytyjskiej Royal Academy of Music - o początkach jego muzycznej kariery, pasjach i eksperymentowaniu z muzyką.

Rafał Łuc, fot. Bartosz Maz


Barbara Lekarczyk-Cisek: Nawiązując do znanego filmu o Ryszardzie Riedlu, mogłabym powiedzieć o Panu: "Skazany na akordeon". Czy mam rację?

Rafał Łuc: Poniekąd tak jest. Nie pamiętam, czy było mi kiedyś zadane pytanie o to, czy chcę grać na tym instrumencie - pewnie tak, a gram na nim od siódmego roku życia. Owszem, pytano mnie, czy chciałbym pójść do szkoły muzycznej, ale widząc w swoim domu różne instrumenty, obcując ciągle z muzyką – oczywiście, chciałem. Jeżeli ojciec, również akordeonista, mnie jakoś ukierunkowywał, to robił to w sposób dla mnie niezauważalny.

Nie zbuntował się Pan nigdy?

Na pewno się buntowałem, bo współpracować z rodzicem jest trudno. Nie jest mi znanych wiele takich związków, na myśl przychodzi Krzysztof Jakowicz z synem Jakubem. Znam jednak przypadki, kiedy ta współpraca nie ułożyła się dobrze. Z nami było inaczej.
Początkowo gra na akordeonie była dla mnie rodzajem zabawy, ale później, kiedy zaczęły się regularne ćwiczenia, to już nie było takie oczywiste. Wyobraźmy sobie: jest ciepły dzień, koledzy biegają po podwórku i słyszę ich wesołe głosy… W takich okolicznościach małe dziecko nie ma zbyt wielu chęci do ćwiczenia Później, w okresie gimnazjum, kiedy rodzice wracali do domu, a ja siedziałem akurat przy komputerze lub przy telewizorze, pytali mnie, czy ćwiczyłem, a ja odpowiadałem na to twierdząco. Oczywiście, jeździłem już wówczas na konkursy i uczyłem się dobrze. Kiedy jednak szkoła zakupiła nowy włoski instrument, nauka gry na nim zaczęła mi się już bardziej podobać. Dostrzegłem wówczas, że robię postępy. Od tego czasu pragnąłem ćwiczyć, uczyć się tego repertuaru. Od taty także dostałem więcej swobody: ustalaliśmy na początku roku, co będziemy robić, ale ćwiczyłem już sam, we własnym tempie. A kiedy czułem, że opanowałem materiał, wówczas nasza praca się intensyfikowała. W rezultacie jechałem na kolejny konkurs i albo wracałem z jakąś nagrodą, albo nie. Po czym dostawałem czas do nadrobienia tego, co było w szkole, a potem znowu następowały ćwiczenia. Dzięki temu nauczyłem się pracować i organizować sobie czas. W dodatku dzięki nagrodom i stypendiom miałem poczucie, że moja praca przynosi wymierne efekty, że ktoś docenia małego chłopca, który gra na akordeonie.

Kiedy te ćwiczenia stały się dla Pana pasją?

Kiedyś chciałem wyjść do kolegów na boisko, aby zagrać w piłkę, a dopiero potem ćwiczyć. Potem stało się odwrotnie: najpierw chciałem grać, a dopiero potem wyjść na podwórko. W pewnym momencie w ogóle nie wychodziłem, bo ciągle ćwiczyłem. Teraz staram się jednak znaleźć czas dla przyjaciół i być w ruchu.

Rafał Łuc, fot. Bartosz Maz

Po ukończeniu Akademii Muzycznej we Wrocławiu wyjechał Pan do Londynu, aby kształcić się dalej w Royal Academy of Music u prof. Owena Murraya. Dlaczego właśnie tam?

Zarówno ojciec, jak i ja zdawaliśmy sobie sprawę, że abym się dalej rozwijał, powinienem gdzieś wyjechać i znaleźć kogoś, od kogo mógłbym się nauczyć nowych rzeczy. A ponieważ dobrze znałem angielski, mój wybór padł na szkołę anglojęzyczną o dużym prestiżu. Ponadto profesor Murray studiował u legendarnego Mogensa Ellegaarda z Kopenhagi, który stworzył podwaliny do nauki akordeonu – to także miało istotne znaczenie

Jak wyglądało Pana życie w Londynie? Trudno było?

Oczywiście, nikt mi tam nie pomagał. Musiałem się przystosować do innego kraju, odmiennej kultury. Musiałem też nauczyć się pewnych życiowych umiejętności: załatwiać różne sprawy, robić zakupy, zadbać o siebie po prostu. Myślę jednak, że bardzo dobrze się zaaklimatyzowałem, poznałem wiele osób z całego świata – muzyków, z którymi miałem wielką ochotę współpracować. W rezultacie zakładaliśmy zespoły kameralne, aby móc grać i koncertować. Można powiedzieć, że pomieszkiwałem na uczelni, a do domu chodziłem tylko po to, aby się wyspać, a i to nie trwało długo, bo szkoda było mi czasu. Koło uczelni był park, gdzie wychodziło się odetchnąć świeżym powietrzem, był też bar, w którym spożywało się posiłki i chodziło na piwo wieczorami z kolegami i profesorami. Miałem świadomość, że przyjechałem się czegoś nauczyć i nie marnowałem tego czasu. Poza tym miałem finansowe wsparcie od Rodziców i od Miasta, więc tym bardziej czułem się zobowiązany, nie mogłem zawieść pokładanych we mnie nadziei, toteż ciężko pracowałem. Później uczelnia także dawała nam duże możliwości koncertowania, przy czym czasu na przygotowanie nie było zbyt wiele. Było więc bardzo dużo różnorodnej pracy. Aby wykorzystać tę szansę, trzeba było pracować szybko i intensywnie, w przeciwnym razie można było ją stracić. 

Czy to właśnie ta szkoła sprawiła, że nabrał Pan takiego rozpędu - od Bacha do muzyki elektronicznej i eksperymentalnej?

Szkoła uczyła mnie repertuaru klasycznego, ale jednocześnie działał prężnie wydział kompozycji, którego studenci chętnie pisali utwory na akordeon. Współpracowałem z nimi przy różnych okazjach, m.in. grywałem z angielską wiolonczelistką Jessicą Hayes, potem założyłem duet z altowiolistą Ianem Andersonem... Projektów było naprawdę sporo. Wtedy też zacząłem interesować się muzyką elektroniczną, a w konsekwencji znalazłem swoją niszę – pomysł na siebie. Szczególną wartość miało dla mnie także to, że mogłem współpracować z kompozytorami i brać udział w prawykonaniach utworów.

Kiedy wrócił Pan do Polski, miał już pomysł, co pragnie robić?

Skorzystałem z zaproszenia prof. Krystiana Kiełba, który namówił mnie na pisanie doktoratu. Wróciłem z prawdziwym zapałem i poczuciem, że powinienem podzielić się zdobytą wiedzą i umiejętnościami. Londynem byłem już po czterech latach trochę zmęczony, więc wróciłem z ochotą, ale ciągle utrzymuję nawiązane kontakty i cały czas de facto tam jeżdżę. Myśląc o temacie doktoratu, zdałem sobie sprawę, że mamy na wrocławskiej Akademii Muzycznej bardzo silny wydział kompozycji i chciałem połączyć jego mocne elementy z akordeonem. 


"Zapomniane Miasto" - Rafał Łuc – akordeon 

Skąd ta elektronika?

We Wrocławiu działa bardzo prężnie Studio Kompozycji Komputerowej, które założył prof. Stanisław Krupowicz z Cezarym Duchnowskim i Marcinem Bortnowskim. Poprosiłem Cezarego, a także Pawła Hendricha i Sławomira Kupczaka o napisanie kompozycji na akordeon i elektronikę i w konsekwencji nagrałem je na płytę. Był to 2015 rok, ale nasza współpraca trwa do dziś i zaowocowała trwałymi przyjaźniami. Potem zaprosiłem do współpracy kolejną generację – moich  młodszych kolegów – kompozytorów, m. in. Mikołaja Laskowskiego, Jacka Sotomskiego, Adama Porębskiego, którzy obecnie odgrywają ważną rolę w tworzeniu najnowszej muzyki polskiej, zarówno w kraju, jak i za granicą.

13 lutego daje Pan wraz z przyjaciółmi koncert zatytułowany tajemniczo: "Sekretne znaki" w Narodowym Forum Muzyki. Jak wygląda dobór i układ repertuaru?

Wychodzę z założenia, że program musi być zawsze przemyślany i dobrze dobrany. Zawsze też staram się przemycić jakiś najnowszy, często nietypowy utwór. Chodzi o to, by publiczność, nawet ta niezaznajomiona z nowoczesną literaturą muzyczną miała styczność z kulturą najnowszą. Takie utwory, jeśli są odpowiednio zapowiedziane, mogą być przez słuchaczy pozytywnie odebrane i otworzyć ich na nowy rodzaj muzyki. Tak było na przykład podczas cyklu "Zapomniane miasto", kiedy to przygotowałem klasyczny repertuar, ale dodałem też krótki utwór włoskiej kompozytorki Marceli Pavi, zatytułowany Sonanze, który był oparty na klasterach. Zagrany na podwórku kamienicy na Szewskiej, gdzie dźwięki pięknie się odbijały po znajdującej się tam studni.

Jak w takim radzie wygląda konstrukcja czwartkowego koncertu?

Przeważa nowa muzyka. Staraliśmy się, aby znalazły się w repertuarze utwory kobiet-kompozytorek na równi z mężczyznami-kompozytorami, a poza tym chciałem, aby było i lokalnie, i międzynarodowo. W koncercie znalazły się dwa utwory z naszej najnowszej płyty. Na początek zabrzmi Fere Vetus Canticum na sopran, akordeon i elektronikę Cezarego Duchnowskiego – utwór skomponowany siedem lat temu, ale w Polsce dotąd niegrany, do tekstu Horacego – ody do Postumusa, będącej refleksją nad upływającym czasem. To niezwykle wyważona i wysmakowana, krótka kompozycja, ascetyczna, ale o pięknym dźwięku. Drugim utworem Duchnowskiego jest tytułowa kompozycja z nowej płyty: cROSSFADe 3 na sopran, akordeon i elektronikę, będąca – jak sugeruje tytuł – zderzeniem odmiennych artystycznych wizji, „próbą uchwycenia zjawisk na styku, pomiędzy – jak tłumaczy w dołączonej do płyty książeczce Rafał Augustyn. Przy czym chodzi o „fuzję postaw radykalnych".

Kolejnym utworem koncertu jest Unisono II na głos, akordeon i elektronikę Agaty Zubel, wrocławianki i znanej kompozytorki. Obok wrocławskich kompozytorów koncert wypełnią także: kompozycja warszawianina Wojciecha Błażejczyka: Dziewięćset dwudziesty roczek na sopran, akordeon i elektronikę oraz utwory kompozytorów zagranicznych. Tych ostatnich reprezentują: wybitna serbska kompozytorka mieszkająca w Niemczech - Milica Djordjević, pisząca dla czołowych zespołów. Usłyszymy dość krótki jej utwór I ti hoćeš da se volimo (Żebyśmy byli kochani) – trzyminutową miniaturę na akordeon i głos. W programie znalazł się też utwór norweskiej kompozytorki Maja Solveig Kjelstrup Ratkje do szwedzkiego tekstu Hemliga tecken, czyli Sekretne znaki. Są to pięknie napisane tanga, melodyjne, klasycznie brzmiące. Czerpiemy wielką radość z ich grania. Autorem ostatniej kompozycji do francuskiego tekstu Longue durée na głos, akordeon i elektronikę, jest Amerykanin Christopher Trapani. Nasze partie w tym utworze są piękne i ascetyczne, mają dużo wybrzmień.

A zatem czekamy na Wasze sekretne znaki. Dziękuję za rozmowę.

Secesja w metalu - nowa wystawa w Muzeum Narodowym we Wrocławiu

Wazony, tacki na wizytówki, pucharki, dzbanki, pudełko na biżuterię, zegar – te i inne zabytki wykonane z cyny, brązu czy mosiądzu można oglądać od 18 lutego do 19 kwietnia 2020 r. na kameralnej wystawie przygotowanej przez Muzeum Narodowe we Wrocławiu. W muzealnym skarbcu pokazanych zostało prawie 40 secesyjnych wyrobów powstałych w latach 1898–1910. 

Dzban, Europa Zachodnia, ok. 1900, ceramika z aplikacjami srebrnymi, MN Wrocław

Zapowiedzi secesji pojawiły się w Anglii w latach 70. i 80. XIX w., do innych krajów europejskich styl przeniknął około roku 1890, a jego szczytowe osiągnięcia przypadają na lata 1892–1902, obejmując oprócz Europy także Stany Zjednoczone.

„Secesja była stylem totalnym, który programowo objąć miał nie tylko malarstwo czy architekturę, ale też szeroko pojmowaną sztukę użytkową, wprowadzając kategorię wzornictwa przemysłowego” – wyjaśnia Jacek Witecki, kurator wystawy. „Zastawy stołowe, wyposażenie wnętrz i wszelkiego rodzaju drobne przedmioty dekoracyjne miały trafić do domów średniozamożnej klasy średniej, kusząc nabywców niezwykłym wyglądem i niewysoką ceną”.

Tacka, Europa Zachodnia, ok. 1900, cyna


Seryjnie wytwarzane wyroby były efektem pracy wybitnych artystów-projektantów zatrudnionych przez duże firmy specjalizujące się zwłaszcza w technice obróbki metali, która na przełomie XIX i XX w. osiągnęła nieznany wcześniej poziom. Nowe, opatentowane stopy umożliwiały tworzenie trwałych przedmiotów o atrakcyjnym wyglądzie, konkurując skutecznie ze szlachetnymi metalami jak srebro i złoto.

Rezygnacja z dużych domieszek ołowiu na rzecz miedzi, srebra i antymonu przyniosła nowe, interesujące materiały, z których można było tworzyć przedmioty o skomplikowanych kształtach, atrakcyjnym wyglądzie i dużej trwałości.

Wazon, Francja, ok. 1900, brąz, MN Wrocław


Na wystawie pokazane zostały prace takich artystów jak Hugo Leven, Theo Blum, Friedrich Adler czy Ernest Sanglan, pracujących dla znanych europejskich wytwórni J.P. Kayser und Sohn, Orivit lub WMF.

Popularność stylu secesyjnego trwała do początków I wojny światowej. Nowa, burzliwa epoka w dziejach Europy miała przynieść inne kierunki, odpowiadające lepiej atmosferze niespokojnych czasów niż refleksje nad delikatnym pięknem natury.

Uchwyty do szklanek, wytwórnia J.P. Kayser & Sohn, Krefeld (Niemcy), ok. 1900, stop Kayserzinn


Secesja w metalu

18 lutego – 19 kwietnia 2020   

informacja prasowa

wtorek, 11 lutego 2020

Wejdź w obrazy Beksińskiego - wirtualny spacer po świecie wyobraźni artysty

Muzeum Narodowe w Kielcach zaprasza do świata wizji Zdzisława Beksińskiego, wybitnego i wszechstronnego artysty malarza, fotografika, rzeźbiarza oraz grafika komputerowego przy pomocy zaawansowanej technologii. Pokaz ma miejsce w Dawnym Pałacu Biskupów Krakowskich przy placu Zamkowym 1, od 22 stycznia do końca lutego 2020.

Fot. materiały prasowe Muzeum Narodowego w Kielcach

Zdzisław Beksiński w latach 90. XX wieku mówiąc o przyszłości sztuki, wskazywał na wirtualną rzeczywistość jako jedno z narzędzi przekazu. Marzył wówczas o możliwości założenia specjalnych rękawic i hełmu z okularami, rzeźbieniu w wirtualnej glinie i zapisywaniu informacji w wirtualnej rzeczywistości. Po niemal 30 latach Fundacja Beksiński niejako kontynuuje myśl twórczą Mistrza. Przy pomocy zaawansowanej technologii powstał wirtualny spacer po świecie wyobraźni Twórcy.

Obrazy Beksińskiego z ich atmosferą i niezwykłą wizją stają się równoległymi światami, w których można się znaleźć, będąc jednocześnie ich częścią. Dopełnieniem tego niezwykłego doświadczenia jest nastrojowa muzyka, pogłębiająca wrażenia estetyczne – o pokazie mówi Janusz Barycki, prezes Fundacji Beksiński.

Pokaz wirtualnej rzeczywistości Zdzisława Beksińskiego można oglądać w Muzeum Narodowym w Kielcach, Dawnym Pałacu Biskupów Krakowskich przy placu Zamkowym 1, od 22 stycznia do końca lutego 2020.

Pokaz jest organizowany we współpracy z Fundacją Beksiński jako wydarzenie towarzyszące wystawie Strach, na której można zobaczyć dzieła Beksińskiego.

 informacja prasowa




Weekend z Witkacym w Muzeum Narodowym w Poznaniu

135. rocznica urodzin Witkacego stanie się doskonałą okazją do pochwalenia się witkacowskimi zbiorami Muzeum Narodowego w Poznaniu. Podczas lutowego weekendu zostanie zaprezentowana pełna kolekcja prac artysty.


Stanisław Ignacy Witkiewicz, Autoportret, Muzeum Narodowe w Poznaniu

W okazałej przestrzeni starego holu zaprezentowane również zostaną bogate zasoby muzealnych magazynów. W sumie pokaz obejmie 36 dzieł, m. in prace słynnej „Firmy portretowej”, obrazy olejne, w tym autoportret artysty a także wczesny „Krajobraz zimowy ze strumieniem” z 1913 roku. Prezentowany zespół obejmuje również 15 niewielkich szkiców narysowanych ołówkiem i kolorowymi kredkami oraz dwa duże portrety męskie wykonane węglem, które zakupione zostały od Modesty Zwolińskiej, zakopiańskiej przyjaciółki Witkacego, siostry jednej z jego kochanek – Neny Stachurskiej.

Witkacy wykonywał je tym, co miał akurat pod ręką na przypadkowych kartkach papieru – były szybkim zapisem jego pomysłów, jakie rodziły się podczas towarzyskich spotkań; nierzadko ciętym, albo i pikantnym, sprowadzonym do absurdu komentarzem wobec otaczającej go rzeczywistości i własnej kondycji; są też skrótowym zapisem wątków, jakie pojawiają się w jego literackiej spuściźnie; cudem ocalały tylko dzięki przenikliwości sióstr, które skrzętnie je gromadziły i przechowały. Portrety węglem, niezidentyfikowanego mężczyzny przedstawiają dwa etapy podejścia artysty do modela – jeden z portretów jest bardziej poprawny i realistyczny, drugi ma już znamiona przedstawienia symbolicznego; datowane na ok. 1912 r. najprawdopodobniej należą do zespołu wczesnych prac, w listach jakie Witkacy pisał do ojca określanych mianem „potworów”.

Postać tego kontrowersyjnego i bezkompromisowego artysty-filozofa uczcimy również spotkaniami poświęconymi jego wszechstronnej twórczości. Zaproszeni goście przypomną nam kulisy zarówno plastycznej jak i literackiej działalności Witkacego. Wisienką na torcie będzie rozmowa – wywiad z jego wnukiem stryjecznym Maciejem Rafałem Witkiewiczem.

W muzealnym sklepie proponujemy zwrócić uwagę na katalog dzieł artysty z kolekcji muzeum, opatrzony wybranymi fragmentami Pożegnania Jesieni. Wydawnictwu towarzyszy płyta z muzyką Bogdana Mizerskiego – utworów na kontrabas skomponowanych z inspiracji twórczością Stanisława Ignacego Witkiewicza.

****************


Program spotkań:


21.02, piątek, godz. 18:00
…Zęby djabli wezmą, portrety zostaną… Firma Portretowa „S.I. Witkiewicz”

Bogato ilustrowany wykład dotyczyć będzie jedynego w swoim rodzaju przedsięwzięcia społeczno-artystycznego, czyli jednoosobowej Firmy Portretowej „S.I. Witkiewicz”, działającej w latach 1925–1939. Omówione zostaną typy portretów i regulamin firmy oraz sylwetki klientów – zarówno tych powszechnie znanych z historii i kultury międzywojennej Polski, jak i tych, którzy znani są głównie dlatego, że sportretował ich Witkacy. Ponadto zostaną podkreślone związki portretów Stanisława Ignacego Witkiewicza z europejską tradycją artystyczną.
Prowadzenie: Beata Zgodzińska (Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku), autorka książki Firma Portretowa „S.I. Witkiewicz”

Wstęp w cenie biletu do muzeum

22.02, sobota, godz. 11:00

Cień zimy

Wykład poświęcony twórczości malarskiej, fotograficznej i literackiej S.I. Witkiewicza. Autorka w czasie prelekcji będzie omawiać także obrazy znajdujące się w zbiorach Muzeum Narodowego w Poznaniu.

Inspiracją dla tego wystąpienia stała się 135. rocznica urodzin Witkacego, a także obecna w jego twórczości zima. Zimowe pejzaże to temat, który Witkacy często podejmował w swojej artystycznej działalności. Z pewnością miało na to wpływ wiele czynników ‒ krajobraz wokół jego domu, tradycja malarska ojca i innych malarzy doby impresjonizmu czy też poezja Młodej Polski. Niebieskie cienie na ośnieżonych przestrzeniach, wirujące płatki śniegu, topniejący lód ‒ wszystko to tworzy chwilami fantastyczne formy. Artysta pokazuje, jak bardzo złudne jest wrażenie uchwytności substancji i jak delikatne jest jej istnienie. A może zresztą w ogóle go nie ma? W doświadczeniu malarskim, fotograficznym i literackim Witkiewicza czas zimy ma jednak swój cień, uaktywnia całą sferę kulturowych znaczeń ‒ jest symbolem wiecznego zasypiania, chłodnej śmierci, zmrożenia pamięci.

Prowadzenie: dr hab. prof. UAM Ewa Szkudlarek (Instytut Filologii Polskiej UAM, Zakład Estetyki Literackiej), autorka książki Portrety cieni Witkacego

Wstęp w cenie biletu do muzeum

22.02, sobota, godz. 15:00

Witkacy oczami Witkiewicza.
Spotkanie ze stryjecznym wnukiem Witkacego – Maciejem Rafałem Witkiewiczem

Rodzinne historie, cień legendy sławnego dziadka, losy cennych pamiątek i niezwykłe opowieści kryjące się za postaciami z portretów Witkacego – to tylko niektóre z wielu wątków, wokół których skupione będzie spotkanie pełne witkiewiczowskich napięć!
Opowiadać będzie stryjeczny wnuk Witkacego Maciej Rafał Witkiewicz w rozmowie z Martyną Łukasiewicz (MNP).

Wstęp w cenie biletu do muzeum

informacja prasowa

poniedziałek, 10 lutego 2020

Jadwiga Postrożna: Głęboko zrozumieć rolę /wywiad/

Rozmawiam z Jadwigą Postrożną - wspaniałym mezzosopranem Opery Wrocławskiej - o jej odkrywaniu swojego powołania, o tym,  jakie niespodzianki mogą się przytrafić z własnym głosem, a także jak powstaje sceniczna postać. 

Jadwiga Postrożna, fot. Małgorzata Chrastek

Jak wygląda dzień śpiewaczki operowej? Wstaje Pani rano i rozpoczyna dzień jakąś arią - pogodną lub smutną - w zależności od nastroju. Czy odnajduje się Pani w takim scenariuszu?

Jadwiga Postrożna: (śmiech) Żaden normalny śpiewak nie zaczyna dnia od śpiewania arii! Ale rzeczywiście muzyka ciągle mnie zaprząta. Teraz pracuję nad rolą Carmen, więc mam w głowie arie i duety z tej opery.

Celowo zadałam takie prowokacyjne pytanie, bo zapewne większość zwykłych zjadaczy chleba tak to sobie wyobraża. A tymczasem diva operowa zupełnie inaczej zaczyna dzień - jak?

Najzwyczajniej w świecie: parzę kawę, robię makijaż i wcale przy tym nie śpiewam, bo wiem, że sąsiedzi tego nie lubią. Zresztą wcześniej także tego nigdy nie robiłam. Rano daję mojemu organizmowi czas na to, aby się obudził w sposób naturalny.

A czy słucha Pani muzyki? Ja na przykład lubię mieć do wszystkiego "muzyczny podkład" - inny do śniadania, inny do domowych prac - lepiej mi wówczas wszystko przychodzi i wprawiam się w odpowiedni nastrój.

Słucham dużo muzyki operowej, ale przede wszystkim wtedy, kiedy uczę się jakiejś roli. W ten sposób, obcując z nagraniami dobrych śpiewaczek, przygotowuję się do występu. Dzięki temu także mój aparat dźwiękowy rozgrzewa się w prawidłowy sposób.

Jadwiga Postrożna w Kandydzie L. Bernsteina w Operze Wrocławskiej,
fot. Jacek Tyszkiewicz

Kiedy poczuła Pani, że ma piękny i mocny głos i że śpiewanie sprawia Pani radość?

Prawdę mówiąc, nie miałam świadomości swojego głosu. Odkryła go dopiero pani prof. Małgorzata Miecznikowska-Gurgul, do której pojechałam na konsultacje, zachęcona przez kolegę, który twierdził, że mam operowy głos. Zaśpiewałam wówczas Pieśń wieczorną Stanisława Moniuszki i okazało się, że potrafię w sposób naturalny zaśpiewać ją operowo. Trafiłam do szkoły muzycznej w Nowym Sączu, a potem dostałam się do Akademii Muzycznej we Wrocławiu, do klasy pana profesora Tadeusza Pszonki.

Mezzosopran, którym Pani dysponuje, to rodzaj głosu o dużej skali, znacznie większej niż np. sopran, a więc daje większe możliwości interpretacji. Jak Pani pracuje nad głosem i czy jego barwa jest czymś wrodzonym, czy też zmienia się z czasem?

Zanim ukończyłam trzydzieści lat, pani profesor Helena Łazarska powiedziała do mnie na jakimś kursie wokalnym: "Dziecko, dopiero po trzydziestce zobaczysz, jakim jesteś głosem". Na studiach uważano, że jestem sopranem, ale zawsze wolałam śpiewać niższą tessiturą i od czasu do czasu pójść w górne rejestry. Kiedy przekroczyłam trzydziestkę, zapadłam na poważną chorobę gardła i ważyły się losy nie  tylko mojej śpiewaczej kariery. Nie było wiadomo, czy w ogóle będę mówiła! Był to mój pierwszy rok pracy w Operze Wrocławskiej, więc spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba. Kiedy jednak zdystansowałam się do lekarskiej diagnozy i uznałam, że Pan Bóg nade mną czuwa i będzie jak ma być, wówczas po prostu znowu zaczęłam śpiewać. Mało tego, poczułam, że mój głos się zmienił – stał się wyższy i poczułam, że mam większe możliwości i większą łatwość śpiewania górnych partii. Widzę to po roli Santuzzy w Cavalleria Rusticana P. Mascagniego, którą śpiewam prawie od początku mojej pracy w Operze Wrocławskiej, a więc ok. siedem lat. Obecnie wykonuję tę rolę w Stadtheatre Bremerhaven i odkrywam ją ponownie – czuję, że jest dojrzalsza. Podobnie jest z głosem: przy odpowiednim doborze repertuaru rozwija się. Sprawia mi to wielką radość, że nie stoję w miejscu, ale cały czas odkrywam coś nowego.

Jadwiga Postroż jako Santuzza, Cavalleria Rusticana, Stadtheatre Bremerhaven,
fot. z archiwum Stadttheatre Bremerhaven

W filmie dokumentalnym Toma Volfa "Maria Callas" artystka twierdzi w jednym z wywiadów, że nigdy nie śpiewa tak samo, bo dojrzewa wraz z rolami i jej życiowe doświadczenia także odciskają swoje piętno na śpiewanych rolach. Muszę w tym miejscu podziękować Pani za to, że "oswoiła" mnie z operą, która długo wydawała mi się nieznośnie sztuczna. Dopiero po obejrzeniu i wysłuchaniu Trubadura przekonałam się, że najbardziej idiotyczne libretto przestaje być przeszkodą wobec pięknej i wiarygodnej interpretacji roli. A tak było w przypadku granej przez Panią Cyganki Azuceny. Zrozumiałam wtedy, jak ważny jest śpiew, który coś we mnie porusza i jestem Pani za to bardzo wdzięczna. Pani Azucena była prawdziwa i dojrzała, a jej rozpacz wiarygodna. Jak udało się Pani to osiągnąć?


Kiedy pracowałam nad rolą Azuceny, znałam ją tak dobrze, że mogłabym ją zaśpiewać nawet wówczas, gdyby mnie obudzono w środku nocy, mimo że nie jest łatwa. Łotewski reżyser Andrejs Žagars, niestety nieżyjący, pracował ze mną bardzo intensywnie. W jednej ze scen był ze mnie ciągle bardzo niezadowolony i ciągle powtarzał, że gram źle, niewiarygodnie, przedrzeźniał mnie nawet, abym zrozumiała, o co mu chodzi, ale w taki sposób doprowadzał mnie do rozpaczy. Byłam zła na siebie i na niego, bo nie potrafiłam stanąć na wysokości zadania. Poprosiłam o chwilę przerwy, dałam upust emocjom, a po chwili wróciłam i zaśpiewałam arię w taki sposób, że reżysera po prostu olśniło. Po tym doświadczeniu doszłam do wniosku, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Każdą kolejną rolę staram się głęboko zrozumieć, utożsamić się z postacią. To jest najważniejsza część pracy.

Są jednak postacie, z którymi niełatwo jest się utożsamić. Jak to jest w przypadku Carmen?

Staram się zawsze zrozumieć tekst roli. Na próbach z pianistą skupiam się najpierw nad recytatywami, starając się poznać, a potem oddać pewne emocje, które przeżywa postać. W zrozumieniu postaci Carmen bardzo pomogła mi także lektura noweli Mérimée pt. Carmen, na postawie której Georges Bizet stworzył swoją operę. Mamy wyobrażenie bohaterki jako postaci czystej i pięknej, a ona wcale taka nie jest! To sprytna osóbka o wielkim uroku, która potrafi tak manipulować uczuciami Don José, że zrobi dla niej wszystko. W noweli to on opowiada historię Carmen i swojego oczarowania nią, siedząc w więzieniu. Bardzo mi to wszystko pomogło przy tworzeniu charakteru postaci. Marzyłam o tej roli od czasu studiów i cieszę się, że wreszcie się ono spełniło. Bardzo skomplikowana rola – jak osobowość Carmen, ale i fascynująca. Kobieca, uwodzicielska, mogłaby mieć każdego mężczyznę, a ona wybrała sobie najtrudniejszego partnera. Taka rola daje wiele możliwości.


Jadwiga Postrożna w roli Marty, Faust Gounoda w Operze Wrocławskiej, fot. Marek Grotowski

Od premiery Fausta Gounoda odkryłam w Pani także talent do ról komicznych. Sąsiadka Małgorzaty – Marta, która gotowa jest poślubić nawet diabła, byle tylko nie być sama, jest nieodparcie komiczna.

Tak, grywałam już postacie dramatyczne, liryczne, komiczne, a ze względu na głos grywam także... duchy. Na przykład Fruma-Sara w Skrzypku na dachu czy Głos Matki w Opowieściach Hoffmanna, gdzie śpiewam w tercecie na wysokości pięciu metrów, a potem zjeżdżam do ziemię. Cieszę się, że mogę grać tak rozmaite role, w tym charakterystyczne!

Znakomity tenor Pavarotti w filmie dokumentalnym Rona Howarda opowiada dowcipnie, jak to po ukończeniu konserwatorium wiele nauczył się występując - od swoich scenicznych partnerek, np. umiejętności pracy przeponą podczas wykonywania duetów miłosnych. Mówił o tym, co prawda z humorem, ale przecież to ważne, z kim śpiewamy, kto nas prowadzi, kto wpływa na naszą praktykę wykonawczą, prawda?

Sama tego doświadczyłam, będąc na I roku studiów, kiedy śpiewałam w chórze Operetki Wrocławskiej. Pierwszym moim spektaklem był Skrzypek na dachu, następnie Księżniczka czardasza, Kraina uśmiechu... Śpiewałam przez cztery lata i kiedy wykonywałam swój ostatni spektakl – ponownie był to Skrzypek na dachu – w którym wykonywałam rolę Plotkary, to miałam sposobność zauważyć, jak wiele się w tym czasie zmieniło. Nie byłam już taka nieśmiała, stałam się swobodna, nauczyłam się nie tylko lepiej śpiewać, ale także poruszać, reagować na partnerów. Myślę, że każdy student wokalistyki powinien mieć możliwość pracy w zawodowym teatrze, bo wtedy uczy się w sposób naturalny od starszych i bardziej doświadczonych śpiewaków.


Jadwiga Postrożna jako Dorota w operze W. Bogusławskiego Krakowiacy i górale,
fot. Marek Grotowski

Jednak nie poprzestała Pani na praktyce wykonawczej, ale zrobiła studia doktoranckie, a także rozwijała swoje umiejętności kończąc studia podyplomowe w dziedzinie muzyki oratoryjnej... 

Bardzo lubię muzykę oratoryjną! Wykonywałam ją występując w chórze mieszanym Canticum Iubilaeum pod dyr. Marka Michalika. Zawsze, ilekroć powracam do rodzimej Limanowej, mam w sobie wielką radość, gdy idę na pasterkę, a pierwszą pieśnią jest zawsze Wśród nocnej ciszy. Grzmią organy, a ja z chóru widzę tłum ludzi śpiewających potężnym głosem tę piękną kolędę i wtedy czuję głębokie wzruszenie. Lubię także śpiewać pieśni. Miałam przyjemność współpracować ze świetną pianistką Anitą Tashkinovą nad dwoma cyklami pieśni: Kindertotenlieder Gustava Mahlera - mój ukochany cykl, który śpiewałam podczas studiów na dyplomie, oraz Wesendonck Lieder Wagnera, który na początku wydawał mi się nie do przejścia – mentalnie i pod kątem interpretacji. Ostatecznie jednak powstał wspaniały koncert – publiczność siedziała jak zaczarowana, a na koniec zgotowała nam gorący aplauz. Przy tym okazało się, że choć rzadko wykonuję pieśni, ich interpretowanie sprawia mi wielką satysfakcję.

Ten rodzaj wykonawstwa, kiedy muzyk pozostaje sam na scenie, jest zapewne ciekawym doświadczeniem... Wymaga od śpiewaka odwagi i dojrzałości. Słuchałam z przyjemnością wspaniałych pieśni Schuberta Winterreise w wykonaniu Christopha Prégardiena i Marka Padmore`a i doszłam do wniosku, że dopiero wtedy błyszczy ich prawdziwy kunszt.

Z pewnością. Moim marzeniem jest zaśpiewać ponownie Pieśni cygańskie Antonína Dvořáka, podobnie jak Miłość i życie kobiety Roberta Schumanna. Myślę, że do dobrych interpretacji dochodzi się przez praktykę i że jest to proces. 


Jadwiga Postrożna w Nabucco G. Verdiego w Operze Wrocławskiej,
fot. Łukasz Kurek

Wiadomo mi z Pani wypowiedzi, że dzieli się Pani swoim doświadczeniem z innymi – z chórem z Limanowej, a także z Chórem Ars Cantandi Uniwersytetu Ekonomicznego. 


Lubię uczyć, pracować z nieprofesjonalistami, którzy śpiewają realizując swoje pasje. Mam przy tym świadomość, że sama ciągle się uczę. Praca z chórem jest także możliwością zdobycia doświadczeń. Chór Ars Cantandi, z którym współpracuję od piętnastu lat z przerwami czy chór z Limanowej, z którym także od lat pracuję nad emisją głosu, są dla mnie nieocenionym źródłem doświadczeń. Cieszę się ich sukcesami, bo są one także moim udziałem.

To piękne, że podtrzymuje Pani kontakty z miejscem swoich początków! Nawet robiąc doktorat i nagrywając przy tej okazji płytę, przywróciła Pani szerszej publiczności postać pedagoga i kompozytora z okolic Starego Sącza - Jana Joachima Czecha. 

Zastanawiając się nad tematem pracy doktorskiej, skontaktowałam się z dyrektorem Domu Kultury "Sokół" w Nowym Sączu i to on podsunął mi pomysł. Chciałam, aby był to ktoś z moich rodzimych stron. I tak trafiłam na bardzo interesującego człowieka - Jana Joachima Czecha, nauczyciela i niezwykle płodnego kompozytora, tworzącego z myślą o swoich uczniach. Komponował na głosy, rozmaite instrumenty, tworzył też orkiestry i chóry. Opisałam każdą dziedzinę jego bogatej działalności. Był to prawdziwy pedagog i człowiek- orkiestra, któremu wielu ludzi z tamtego rejonu zawdzięcza umiejętności muzyczne. Moja płyta z jego utworami zawiera pieśni, także religijne, wodewilowe, napisane z myślą o jasełkach itd.

A jakie są Pani najbliższe plany?

Aktualnie – jak wspomniałam – przygotowuję się do roli Carmen w spektaklu Opery Wrocławskiej, który reżyseruje Marta Sartova. Dyrygentem jest Adam Banaszak – człowiek wielkiej pasji. Premiera jest przewidziana na marzec tego roku. W maju zadebiutuję rolą Feneny w Nabucco G. Verdiego w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej, spektaklu w reżyserii Marka Weissa i pod batutą Tadeusza Kozłowskiego, w świetnej międzynarodowej obsadzie.  Ponadto w maju i w czerwcu zagram rolę Czarownicy w przedstawieniu Engelberta Humperdincka Jaś i Małgosia, w reżyserii Pawła Szkotaka i pod dyrekcją Adama Banaszaka. W lutym kończę mój półroczny kontrakt ze Stadtheatre Bremerhaven, gdzie grałam Santuzzę w operze Cavalleria Rusticana P. Mascagniego pod batutą Marca Niemanna. Mam nadzieję, że współpraca z tym wspaniałym zespołem zaowocuje kolejnymi projektami.

Tego Pani życzę i bardzo dziękuję za rozmowę.

Wszystko jest poezją. O wystawie Ewy Rossano w Muzeum Pana Tadeusza

10 kwietnia w Muzeum Pana Tadeusza we Wrocławiu otwarto wystawę "Ogród wypowiedzianych słów", której autorką jest malarka i rzeźbi...

Popularne posty