Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Polański, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Polański, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 listopada 2019

CINERGIA 2019: Gala Zamknięcia i Złoty Glan dla Polańskiego

"Błąd systemu" Nory Fingscheidt oraz "Diagnosis" Ewy Podgórskiej to zwycięzcy tegorocznego 24. Forum Kina Europejskiego CINERGIA w Łodzi. Na uroczystej Gali Zamknięcia w kinie Helios Sukcesja Złotego Glana odebrał Roman Polański. Specjalną nagrodą dla osobowości aktorskiej uhonorowano Sebastiana Fabijańskiego.

Gala zamknięcia, Roman Polański uhonorowany Złotym Glanem,
fot. organizatorów

Jury Europejskiego Konkursu Debiutów i Filmów Drugich w składzie: Maciej Pieprzyca (przewodniczący), Agnieszka Glińska, Agata Passent, Tomasz Tyndyk po obejrzeniu dziewięciu filmów konkursowych postanowiło uhonorować KRYSZTAŁOWĄ ŁÓDKĄ dla najlepszego filmu "Błąd systemu" w reżyserii Nory Fingscheidt. - Film porusza ważny temat: dorośli nie zawsze są w stanie stworzyć system, który uratuje dzieci. Reżyserka umiejętnie i w sposób dojrzały działa na emocje widzów. Wszystkie aspekty filmu, takie jak: zdjęcia, wykonawczyni roli głównej, scenariusz, montaż zrobiły na jury ogromne wrażenie. Werdykt został podjęty jednogłośnie - czytamy w uzasadnieniu Jury. "Błąd systemu" to niemiecki kandydat do Oscara. Film pojawi się w polskich kinach w styczniu, a jego dystrybutorem jest Aurora Films.

"Błąd systemu" w reż. Nory Fingscheidt

Ponadto jury zdecydowało się wyróżnić film Kantemira Bałagowa "Wysoka dziewczyna" poruszający ważne tematy takie jak: rola kobiet w czasie wojny, konsekwencje wojny, niespełnione macierzyństwo. Jury doceniło także wyrafinowaną warstwę plastyczną filmu.

W Konkursie Polskich Debiutów i Filmów Drugich filmu oceniało Jury w składzie: Joanna Kos-Krauze (przewodnicząca), Renata Pajchel i Karolina Bruchnicka. Dziełem, które wywarło największe wrażenie na jury okazało się "Diagnosis" Ewy Podgórskiej nagrodzone KRYSZTAŁOWYM JABŁKIEM oraz czekiem na 5 tysięcy złotych, ufundowanym przez Stowarzyszenie Filmowców Polskich. - Za czułość, kobiecą wrażliwość w stosunku do ludzi i niełatwego, seksownego miasta. Za dyscyplinę i skromność, a jednocześnie nowatorską formę. Za magnetyzm i mistrzowskie zdjęcia - ogłosiła ze sceny Karolina Bruchnicka. Zanim poznaliśmy zwycięzcę Konkursu, również byliśmy świadkami wyróżnienia - dla filmu "Wszystko dla mojej matki" Małgorzaty Imielskiej za podjęcie trudnego tematu w sposób delikatny i bezpretensjonalny. Za empatię w stosunku do bohaterów.

"Diagnosis" w reż. Ewy Podgórskiej

Gościem piątkowej gali był reżyser Roman Polański, który z rąk prezesa Stowarzyszenia Łódź Filmowa Sławomira Fijałkowskiego odebrał Złotego Glana - nagrodę przyznawaną od 2002 roku twórcom niezależnym z uporem przeciwstawiającym się modom i trendom dominującym w kulturze popularnej.

- Dziękuję bardzo, jestem naprawdę wzruszony, bo studiowałem w tym mieście ponad pół wieku temu, więc spróbujcie sobie z tego zdać sprawę, inaczej Łódź wyglądała, a w tej chwili jest to bardzo wzruszające i życzę temu miastu wielkiego powodzenia w swoim rozwoju - powiedział Polański ze sceny. - Mam nadzieję, bo to jest dla mnie najbardziej interesujące. Mam nadzieję, że mój ostatni film, który dzisiaj zobaczycie, wywrze na was wrażenie - dodał zapowiadając projekcję "Oficera i szpiega" wieńczącego Galę Cinergii. Pokazywany w Łodzi przedpremierowo obraz nominowany do tegorocznych Europejskich Nagród Filmowych w kinach pojawi się pod koniec grudnia w dystrybucji Gutek Film. Sala nagrodziła obecność reżysera rzęsistymi oklaskami.

Gala zamknięcia, Roman Polański uhonorowany Złotym Glanem, 
fot. organizatorów

Ostatnim wyróżnieniem tegorocznej Gali CINERGII była Nagroda Virako Monopolis za najlepszą kreację 2019 roku. Jej laureatem został Sławomir Fabijański za przejmujące kreacje w "Mowie Ptaków" Xaverego Żuławskiego oraz "Legionach" Dariusza Gajewskiego.

Organizatorem 24. Forum Kina Europejskiego CINERGIA jest Stowarzyszenie Łódź Filmowa przy wsparciu miasta Łódź i Łódzkiego Centrum Wydarzeń.

informacja prasowa

piątek, 21 maja 2021

Film „Polański, Horowitz. Hometown” otworzy 61. Krakowski Festiwal Filmowy

 Film z Romanem Polańskim i Ryszardem Horowitzem otworzy 61. Krakowski Festiwal Filmowy

Ceremonia otwarcia Festiwalu i światowa premiera filmu „Polański, Horowitz. Hometown” Mateusza Kudły i Anny Kokoszki-Romer odbędzie się 30 maja o godz. 20.00 w Kinie Kijów w Krakowie. Film jest barwną opowieścią o dzieciństwie, przyjaźni, wspólnym żydowskim losie bohaterów i przede wszystkim o Krakowie – miejscu, które mimo upływu czasu i wielu zmian, nadal pozostaje domem.

Na otwarcie festiwalu staramy się wybierać filmy spektakularne, jak również takie, które stanowią pewnego rodzaju wspólny mianownik dla festiwalowego programu. W filmie “Polański, Horowitz. Hometown” jest wiele wątków szczególnie nam bliskich – emocje, humor, nostalgia i Kraków, jako świadek wydarzeń, ale też miejsce akcji filmu. – uzasadnia Krzysztof Gierat, dyrektor Krakowskiego Festiwalu Filmowego.

Kadr z filmu "Polański, Horowitz. Hometown" w reż. Mateusza Kudły i Anny Kokoszki-Romer

Film z udziałem nagrodzonego Złotą Palmą i Oscarem reżysera Romana Polańskiego oraz jego przyjaciela – światowej sławy fotografika Ryszarda Horowitza, zostanie zaprezentowany w konkursie polskim tegorocznego Festiwalu. Bohaterom udało się wreszcie spotkać po kilkudziesięciu latach w rodzinnym mieście. Wędrują po Krakowie śladami swoich wojennych doświadczeń i dawnego getta. Zaglądają do mieszkań, w których spędzili chłopięce lata, wspominają tych, których już nie ma, ale także tych, dzięki którym przeżyli Zagładę.

Odwiedzają znajome miejsca, dzieląc się najbardziej osobistymi wspomnieniami z dzieciństwa i młodości, które ukształtowały przyszłych artystów. Powrót do Krakowa wywołuje u nich uczucia, na które Film z udziałem nagrodzonego Złotą Palmą i Oscarem reżysera Romana Polańskiego oraz jego przyjaciela – światowej sławy fotografika Ryszarda Horowitza, zostanie zaprezentowany w konkursie polskim tegorocznego Festiwalu. Bohaterom udało się wreszcie spotkać po kilkudziesięciu latach w rodzinnym mieście. Wędrują po Krakowie śladami swoich wojennych doświadczeń i dawnego getta. Zaglądają do mieszkań, w których spędzili chłopięce lata, wspominają tych, których już nie ma, ale także tych, dzięki którym przeżyli Zagładę  – zdradza Anna Kokoszka-Romer, producentka i reżyserka filmu.

61. Krakowski Festiwal Filmowy odbędzie się w formule hybrydowej: w krakowskich kinach oraz w Internecie, w dniach od 30 maja do 6 czerwca 2021 roku.

informacja prasowa

niedziela, 12 stycznia 2020

"Oficer i szpieg" Romana Polańskiego. Ofiara układu /recenzja filmu/

Niewątpliwą zaletą filmu są znakomite zdjęcia Pawła Edelmana, wspaniale odtworzone realia epoki (scenografia Philippe Cord’homme, kostiumy Pascaline Chavanne), gra aktorska, a także montaż (Hervé de Luze), za sprawą którego rytm narracji trzyma uwagę widza w napięciu przez ponad dwie godziny. 


Najnowszy film Romana Polańskiego: Oficer i szpieg miał swoja polską premierę z końcem grudnia 2019 roku i - podobnie jak Prawdziwa historia - jest adaptacją powieści, tym razem Roberta Harrisa, który jest również współautorem scenariusza (wcześniej współpracowali przy filmie Autor-widmo). Natomiast oryginalny tytuł filmu: J’accuse (oskarżam) nawiązuje do słynnego artykułu Émile’a Zoli, w którym autor "Germinalu" występuje w obronie Alfreda Dreyfusa - zawodowego oficera francuskiej armii, który zostaje niesłusznie oskarżony o szpiegostwo i skazany na ciężkie więzienie na Diabelskiej Wyspie. Przyjęło się uważać, że stało się tak na skutek jego żydowskiego pochodzenia, ale ofiarą pomyłki, do której nie chcą się przyznać generałowie, obawiając się utraty autorytetu, mógł być właściwie każdy. To sytuacja podobna do historii Józefa K. z "Procesu" Franza Kafki. Jednakże reżyser mocno podkreśla, że przyczyną fałszywych oskarżeń, których ofiarą padł Dreyfus, było właśnie jego żydowskie pochodzenie.

Jean Dujardin jako Georges Picquart w filmie Romana Polańskiego Oficer i szpieg
Powstaje pytanie, dlaczego Polański sięga do tej historii sprzed ponad stu lat, podkreślając wielokrotnie niewinność, szlachetność i bezkompromisowość bohatera oraz będące konsekwencją infamii cierpienia jego i rodziny. Otóż nie pozostaje nic innego, jak tylko skojarzenie w sytuacją samego reżysera, który ostatnimi czasy został wielokrotnie oskarżony o nadużycia seksualne. O gwałt oskarżyła go m.in. niemiecka aktorka Renate Langer, francuska aktorka Valentine Monnier, do dziś nie odpowiedział na zarzut gwałtu na 13-letniej Samancie Geimer w 1977 roku... Ofiary ujawniają się po latach milczenia i nie dotyczy to tylko Polańskiego. Z całą pewnością nie ma to jednak nic wspólnego z antysemityzmem, jednak Polański czuje się niewinny, a skoro tak, to odpowiada na zarzuty ... filmem o aferze wokół niewinnie oskarżonego człowieka, w dodatku Żyda. W świetle tych wszystkich oskarżeń Polański jawi się jako człowiek cyniczny, który nie chce (nie umie?) rozliczyć się ze swoja przeszłością. Nie mniej, mając 87 lat, zrobił kolejny dobry film, to trzeba mu przyznać.

Kadr z filmu Oficer i szpieg
Trwająca ponad dwie godziny historia nie nuży ani przez chwilę, czego nie można powiedzieć o najnowszym Tarantino czy o "Irlandczyku" Scorsese. Film rozpoczyna scena publicznej degradacji Alfreda Dreyfusa - mocna i bardzo dobrze, oszczędnie zagrana przez wcielającego się w tę postać Louisa Garrela. Jednak faktycznym bohaterem filmu jest podpułkownik Georges Picquart (w tej roli wystąpił francuski aktor i scenarzysta filmowy oraz teatralny - Jean Dujardin). Mianowany szefem wywiadu wojskowego, natrafia na na ślad niemieckiego szpiega Ferdinanda Esterhazy’ego i odkrywa, że to on był odpowiedzialny za działalność, za którą skazano Dreyfusa. Jednak jego przełożeni ani myślą przyznać się do omyłki, ponieważ obawiają się, że w ten sposób ucierpi autorytet armii. Zresztą, nawykli do myślenia, że są nieomylni, jak każda władza. Jednak Picquart okazuje się być człowiekiem bezkompromisowym, toteż po ponownym procesie Dreyfus ostatecznie zostaje zrehabilitowany.

Kadr z filmu Oficer i szpieg
Osobnym wątkiem, jakby nieco "doklejonym" przez reżysera, jest romans Georges`a Picquarta z zamężną kobietą, którą jednakże zna "od zawsze". W rolę Pauline Monnier wcieliła się żona reżysera Emmanuelle Seigner, która - stwierdzam do już po raz kolejny - nie jest dobrą aktorką, a jej twarz właściwie niczego nie wyraża: tępy wzrok, sztywna sylwetka, brak pomysłu na postać. Odnosi się wrażenie, że o ile od innych aktorów Polański-perfekcjonista wymaga, to jej zostawia wolną rękę. Jakie są tego efekty - każdy widzi. Ten wątek ma w dodatku wyraźne przesłanie - wolny związek jest trwalszy niż małżeństwo. Hm...

Niewątpliwą zaletą filmu są natomiast znakomite zdjęcia Pawła Edelmana, wspaniale odtworzone realia epoki (scenografia Philippe Cord’homme, kostiumy Pascaline Chavanne), gra aktorska (za wyjątkiem Seigner, która nie wiedzieć czemu uparła się być sex bombą, a mogłaby grać dojrzałe kobiety, co jest ciekawsze), a także montaż ( Hervé de Luze), za sprawą którego rytm narracji trzyma uwagę widza w napięciu.

ocena 6/10


wtorek, 5 listopada 2019

Roman Polański laureatem Złotego Glana i gościem gali zamknięcia 24. Forum Kina Europejskiego CINERGIA

Światowej sławy reżyser, laureat Oscara i Złotej Palmy, a także kilkudziesięciu innych nagród – Roman Polański – będzie gościem gali zamknięcia 24. Forum Kina Europejskiego CINERGIA. Autor m.in. „Pianisty”, „Noża w wodzie” i „Dziecka Rosemary” odbierze statuetkę Złotego Glana, którym łódzka impreza od lat honoruje niepokornych twórców filmowych idących pod prąd modom i trendom. 

Roman Polański, fot. organizatorów


Uczestnicy gali przedpremierowo zobaczą jego najnowsze dzieło – wyróżniony Wielką Nagrodą Jury i Nagrodą FIPRESCI w Wenecji obraz „Oficer i szpieg”.

Urodzony w 1933 roku Roman Polański jest absolwentem Szkoły Filmowej w Łodzi. To
właśnie tu od roku 1954 zdobywał reżyserskie szlify, a pod okiem pedagogów uczelni
powstały jego pierwsze etiudy, jak m.in. „Dwaj ludzie z szafą” i „Gdy spadają anioły”. Zaś z
pomocą przyjaciół poznanych podczas łódzkich studiów zrealizował swój debiutancki „Nóż w
wodzie” (1962), który przyniósł mu m.in. Nagrodę Krytyków na festiwalu w Wenecji i
nominację do Oscara w kategorii „Najlepszy Film Zagraniczny”.

To właśnie ta nominacja w dużej mierze zdecydowała o jego dalszej reżyserskiej karierze,
otwierając przed nim drzwi zachodniego świata. Kolejny obraz - „Wstręt” (1965) nakręcił już
w Paryżu, a produkcja ta zaowocowała Srebrnym Niedźwiedziem Berlinale. Potem była
„Matnia” (1965) i Złoty Niedźwiedź w Berlinie. Zaś po „Nieustraszonych łowcach wampirów”
(1967) o Polańskiego upomniało się Hollywood, gdzie już rok później zrealizował, kultowe
dziś, „Dziecko Rosemary” (1968). Największy, obok mającego aż 11 nominacji do Oscara
„Chinatown” (1974), komercyjny hit w jego karierze. W 1976 roku w Europie powstał
„Lokator”, w którym reżyser osobiście zagrał główną rolę u boku Isabelle Adjani oraz Shelley
Winters. Nakręcona przez niego trzy lata później „Tess” (1979) zdobyła trzy Oscary i dwie
statuetki Cezara. W 1981 roku na krótko wrócił do Polski, by wystawić w warszawskim
Teatrze na Woli „Amadeusza” Petera Shaffera. W połowie lat 80. reżyser ostatecznie już
związał się z Francją, gdzie powstały także kolejne jego filmy „Piraci” (1986), „Frantic”
(1988), „Gorzkie gody” (1992). W 1994 roku przeniósł na ekrany kin sztukę Ariela Dorfmana
„Śmierć i dziewczyna”, a pięć lat później pokazał światu „Dziewiąte wrota” oparte na powieści
Artura Péreza-Revertego.

Jednym z najważniejszych dzieł w jego dorobku pozostaje „Pianista” (2002) – odwołująca się
do osobistych wojennych doświadczeń opowieść o Władysławie Szpilmanie, która przyniosła
Polańskiemu Złotą Palmę na 55. MFF w Cannes, siedem Cezarów oraz trzy Oscary (za
najlepszą reżyserię, scenariusz adaptowany oraz rolę męską Adriana Brody'ego). Kolejne
lata to pasma udanych ekranowych adaptacji – od „Olivera Twista” (2005) wg Charlesa
Dickensa, przez „Autora widmo” (2010) wg Roberta Harrisa, „Rzeź” (2011) opartą na sztuce
„Bóg mordu” autorstwa Yasminy Rezzy, „Wenus w futrze” (2013) na motywach Leopolda von
Sacher-Masocha, po „Prawdziwą historię” (2017) - ekranizację powieści Delphine de Vigan.

Najnowszy obraz Polańskiego „Oficer i szpieg”, który będzie można zobaczyć
przedpremierowo na Cinergii, to ponowne zetknięcie reżysera z prozą Roberta Harrisa.
Kanwą scenariusza była książka przybliżająca najgłośniejszy proces schyłku XIX wieku we
Francji znany jako afera Dreyfusa - francuskiego oficera skazanego na dożywocie za zdradę
swojej ojczyzny i zesłanego na wygnanie. Film przedstawia tę historię z punktu widzenia
szefa wywiadu Georgesa Picquarta, który odkrywa, że dowody w sprawie Dreyfusa zostały
spreparowane i wbrew swoim przełożonym postanowi za wszelką cenę ujawnić prawdę. W
rolach głównych występują nagrodzony Oscarem Jean Dujardin („Artysta”, „Wilk z Wall
Street”), Louis Garrel („Marzyciele”) i Emmanuelle Seigner („Wenus w futrze”). Autorem
zdjęć jest wybitny polski operator Paweł Edelman, od filmu „Pianista” na stałe
współpracujący z Polańskim.

„Oficer i szpieg” wejdzie na ekrany polskich kin 27 grudnia, a jego dystrybutorem jest firma
Gutek Film. 24. Forum Kina Europejskiego CINERGIA będzie drugą imprezą, po
Międzynarodowym Festiwalu Autorów Zdjęć Filmowych EnergaCamerimage, która
przedpremierowo zaprezentuje film polskiej publiczności.
Reżyser przyjedzie do Łodzi na wspólne zaproszenie Cinergii i Monopolis - wieloletniego
partnera festiwalu.

informacja prasowa

niedziela, 20 grudnia 2020

Kilar w bliskim planie. Rozmowy o kompozytorze /recenzja książki/

Z końcem października 2020 roku ukazała się w Polskim Wydawnictwie Muzycznym książka Violetty Rotter-Kozery "Kilar. W bliskim planie". Wśród dziesięciu rozmówców znajdują się nazwiska znane, jak Kazimierz Kutz, Sławomir Idziak, Roman Polański czy Krzysztof Zanussi, jak też mniej znane: Peter Jabłonski, ks. Jerzy Szymik czy Marek Woś. Czy wnoszą coś nowego do znanych z publikacji portretów kompozytora?


Rozmowy o Wojciechu Kilarze nie są bynajmniej pierwszą książką poświęconą kompozytorowi. Pięć lat temu ukazała się kompletna biografia Marii Wilczek-Krupy pod nieco wydumanym (zapewne dla względów komercyjnych) tytułem "Wojciech Kilar. Geniusz o dwóch twarzach". O wiele bardziej podobała mi się inna biografia autora "Krzesanego" pióra Barbary Gruszki-Zych: "Takie piękne życie", napisana nie tylko z większym talentem, ale i wrażliwością. Obecnie, dzięki Polskiemu Wydawnictwu Muzycznemu, otrzymujemy słowem malowane portrety Wojciecha Kilara, wyłaniające się z rozmów z jego znajomymi i współpracownikami. Jak pisze we wstępie autorka, Violetta Rotter-Kozera:

"Historia powstania tej książki jest nierozerwalnie związana z realizacją filmu dokumentalnego Wojciech Kilar. Między awangardą a Hollywood. (...) jest pełnym zapisem przeprowadzonych przeze mnie wywiadów i w tym sensie uzupełnia film".

Wśród dziesięciu rozmówców znajdują się zarówno nazwiska znane: Roman Polański, Antoni Wit, Kazimierz Kutz, Sławomir Idziak czy Krzysztof Zanussi, a także mniej znane, jak pianista polskiego pochodzenia Peter Jabłonski, teolog i poeta ks. Jerzy Szymik czy dyrygent i skrzypek Marek Woś.

Wyznam, że sięgnęłam po tę niedużą książkę z wielką ciekawością. Wyobrażałam sobie, że taki portret polifoniczny ukaże Wojciecha Kilara w relacjach, z nowej perspektywy. Przeżyłam jednak rozczarowanie. Po pierwsze dlatego, że  Violetta Rotter-Kozera nie potrafi rozmawiać i albo zadaje banalne pytania, a czasami w ogóle nie są to pytania, lecz stwierdzenia, albo w ogóle nie potrafi być partnerem w rozmowie i tylko pasywnie notuje. Aby nie być gołosłowną podam przykłady. W rozmowie z Romanem Polańskim zadaje pytania od Sasa do Lasa i nie widać w nich jakiegoś zamysłu. Zaczyna rozmowę od roli Papkina w "Zemście" (sic!) A. Wajdy, potem pada pytanie o Komedę, jest też wątek Gomułki rzucającego popielniczką w ekran, aby wreszcie dotrzeć do tematu znajomości z Kilarem od czasów studenckich. Po czym sama o nich opowiada, zadając na końcu krótkie i bezradne: "Dlaczego?" (...Polański zamówił muzykę u kompozytora po trzydziestu latach). Na koniec autorka pyta Polańskiego o "Pianistę", stwierdzając z niejakim wyrzutem: "Niewiele tam miejsca na muzykę". "No niewiele, ale to kwestia jakości, a nie ilości" - odpowiada przytomnie reżyser...

Z kolei Kazimierz Kutz prawie zupełnie nie dopuszcza pani Violetty do głosu, więc jak sądzę, pytania dopisała post factum. Brzmią one np. tak: "W jakich okolicznościach miało miejsce panów spotkanie?", "Jak w praktyce wyglądała panów współpraca?". No, szkółka! Szczęśliwie Kutz jest (był) gawędziarzem, opowiada rozliczne anegdoty, ale koniec końców przede wszystkim mówi o ... sobie. Podobnie rzecz ma się w przypadku Krzysztofa Zanussiego, który również zdominował wywiad, ale jednak mówił mniej o sobie, a więcej o Kilarze.

Spośród przeprowadzonych wywiadów najbardziej interesujące są dwa: z Krzysztofem Zanussim i z ks. prof. Jerzym Szymikiem, ale wyłącznie dlatego, że ten ostatni jest wrażliwym rozmówcą, który patrzy na Kilara przez pryzmat wiary i uważa, że "Dotknął go Bóg". To, o czym mówi, jest pełne mądrości, niezależnie od "pytań", które w tym przypadku przybierają (przeciwnie niż w przypadku rozmowy z Kutzem) rozmiary elaboratu. 

Do książki "Kilar w bliskim planie" mam stosunek ambiwalentny. Z jednej strony uważam, że dobrze się dzieje, gdy podobne publikacje powstają. Dobrym tego przykładem jest inna pozycja wydawnictwa: „Górecki. Portret w pamięci” Beaty Bolesławskiej-Lewandowskiej, z której wyłania się wiele portretów kompozytowa,  a każdy z nich jest fascynujący i wnosi coś nowego do naszej wiedzy o tym niezwykłym człowieku. Jednakże o książce Wioletty Rotter-Kozera tego powiedzieć nie sposób.


Książka "Kilar. W bliskim planie" Rozmowy o kompozytorze przeprowadziła Violetta Rotter-Kozera, ukazała się 28 października 2020 roku w Polskim Wydawnictwie Muzycznym.


środa, 26 września 2018

Filmy z muzyką Krzysztofa Komedy w Ninatece

Na dobry początek października NINATEKA przygotowała przegląd filmów z muzyką Krzysztofa Komedy: Gdy spadają Anioły Romana Polańskiego, Prawo i pięść Jerzego Hoffmana czy Ambulans Janusza Morgensterna - to tylko niektóre tytuły, w których zabrzmi muzyka kompozytora. Jako dopełnienie cyklu zachęcamy do obejrzenia nieszablonowego dokumentu Krzysztof Komeda. Muzyczne ścieżki życia Claudii Buthenhoff-Duffy.

Krzysztof Komeda, prasowe

Dokument Claudii Buthenhoff-Duffy z 2009 roku pokazuje muzyczne fascynacje Komedy, życie w komunistycznej Polsce, sprzeciw wobec władzy, który manifestował się przede wszystkim w jego twórczości.

„Wśród polskich jazzmanów, Komeda wyróżniał się nowoczesnością, stylem i odrzuceniem tradycyjnego jazzu” – mówi Roman Polański. Jerzy Skolimowski, Roman Polański i Jorgen Leth opowiadają o ciekawych metodach pracy z kompozytorem, a Tomasz Stańko o fenomenie twórczości jazzmana. Komedę wspominają również jego żona i siostra. Wypowiedzi uzupełniają archiwalia – rozmowy z muzykiem, filmy pokazujące go przy pracy i zdjęcia.


Film Gdy spadają anioły (1959) jest pracą dyplomową Romana Polańskiego. Kobieta pracująca w miejskiej toalecie wspomina młodość. Barwne obrazy życia na wsi, pierwszej miłości, ułanów przeplatają się z ponurym obrazem rzeczywistości. Sam Polański występuje w filmie w dwóch rolach: młodego żołnierza, który ginie od pocisku moździerzowego w czasie wojny oraz... jako staruszka, która zaczepia żołnierzy.

Udostępnimy również dwa krótkometrażowe: Ambulans (1961) Janusza Morgensterna i Kraksę (1963) Edwarda Etlera. Wstrząsający Ambulans rekonstruuje metody zabijania żydowskich dzieci podczas wojny. Podobno Krzysztof Komeda długo nie wiedział, jaka muzyka będzie odpowiednia dla tej krótkiej, ale porażającej historii. Janusz Morgenstern miał mu wtedy zanucić zapamiętaną z dzieciństwa, żydowską piosenkę, która stała się motywem filmu. Kraksa jest moralizatorską opowieścią o niefrasobliwej młodej parze.

„Polski western” – jak określili recenzenci film Prawo i pięść (1964) Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzewskiego, rozgrywa  się po II wojnie światowej na Ziemiach Zachodnich. Sensacyjna treść filmu stanowi jedynie punkt wyjścia do ukazania głębszej myśli. „Dla nas fabuła była pretekstem, a nie pamiętnikarskim i historycznie wiernym opisem pierwszych dni po wyzwoleniu na Ziemiach Zachodnich. Mówi się tutaj o uczciwości człowieka wobec siebie samego, niezależności od presji opinii i środowiska” – tłumaczył Jerzy Hoffman.


Nasza ostatnia propozycja to odcinek specjalny niemieckiego programu telewizyjnego Jazz – gehört und gesehen gościnnie zrealizowany w Warszawie. Program pod tytułem Jazz in Poland prezentuje dokonania najważniejszych wykonawców rodzimej sceny jazzowej. Oprócz Kwintetu Krzysztofa Komedy pojawiają się: Warsaw Stompers, Kwartet Namysłowskiego, Kwintet Andrzeja Trzaskowskiego, zespół Bossa Nova Combo oraz Kwartet Wróblewskiego. Koncerty wieńczy All Star Session, czyli wspólny finał ze wszystkimi wykonawcami oraz utworem Family Blues.

Zapraszamy 5 października do portalu Ninateka.pl!

informacja prasowa

środa, 9 maja 2018

"Prawdziwa historia" w reż. Romana Polańskiego. Między prawdą a zmyśleniem /recenzja filmu/

Roman Polański nadal w bardzo dobrej formie, pomimo ukończenia 84 lat i kino wciąż go kręci, czego dowodzi jego najnowszy film: "Prawdziwa historia". Z pozoru przypomina thriller psychologiczny, ale w istocie jest grą z widzem na różnych poziomach. Rasowy kinoman dostrzeże w nim nawiązania do "Misery" Boba Reinera czy do "Persony" Ingmara Bergmana, ale z czasem przekona się, że reżyser bawi się konwencjami i nie tracąc swojego specyficznego poczucia humoru, pragnie nam powiedzieć coś zgoła zupełnie innego. Zgadnij co, koteczku :-)

Polski plakat filmu Prawdziwa historia w reżyserii Romana Polańskiego

        "Prawdziwa historia" jest adaptacją bestsellerowej książki Delphine de Vigan "Based on a True Story", której autorka stworzyła portret swej matki-samobójczyni. W filmie Polańskiego wątek matki pojawia się w szczątkowej postaci - we śnie pisarki. Jego bohaterkami są pisarka  Delphine, grana przez Emmanuelle Seigner, oraz jej fanka Ell (Eva Green), także pisarka tyle, że anonimowa i niespełniona, bo pisuje jako ghostwriter i może stąd bierze się jej obsesja, by Delphine stworzyła autentyczne dzieło o sobie samej. Łączące je więź jest momentami kompletnie niezrozumiała, ale fizyczne podobieństwo, a także fakt iż wykonują podobne zawody, pozwala ujrzeć w ich relacji dwa portrety tej samej osoby, jak we "Wszystko o Ewie" Mankiewicza. Relacja ta jest właściwie osią dramaturgiczną filmu, ale Polański idzie znacznie dalej i mówi znacznie więcej. W pewnym momencie zaczynamy rozumieć, że przede wszystkim interesuje go artysta - jego relacje z ludźmi i sam proces tworzenia, ocierający się o destrukcję i autodestrukcję. 

Emmanuelle Seigner i Eva Green w "Prawdziwej historii"
       Dramatyzm głównego tematu łagodzi wszechobecna ironia i humor, czego przykładem jest już wstępna sekwencja filmu, w której reżyser każe nam patrzeć na podchodzących po autograf czytelników oczami pisarki. Każdy z nich pragnie powiedzieć coś osobistego, wyrazić wdzięczność. Padają ciągle te same, w gruncie rzeczy banalne, bo powtarzane po wielokroć słowa, mówiące o tym, że powieść zmieniła ich życie albo że dotyczy ich samych. Niezależnie więc rodzi się wartość: owa prawda, którą odczuwa czytelnik jako własną. Kiedy natomiast widzimy twarz tej, do której ciągną tłumy czytelników złaknionych prawdziwego kontaktu ze swoją pisarką, dostrzegamy zmęczoną twarz postarzałej kobiety o nieruchomym, nic nie mówiącym spojrzeniu, co rodzi efekt groteskowy. Wzięta pisarka mogłaby być choć odrobinę zadowolona, ale nie jest. Delphine  najwyraźniej nie lubi promocji swoich książek - to dla niej przykry, ale nieunikniony obowiązek. Ożywia się dopiero na widok młodej urodziwej kobiety, Ell (dosłownie: Ona), której imię sugeruje kogoś anonimowego, niekonkretnego. Podczas spotkania autorskiego Delphine odmówiła "Jej" autografu, aby - jak sama stwierdziła - nie robić wyjątków, ale podczas spotkania w klubie postanawia to naprawić, głównie dlatego, że młoda osoba zaczyna ją interesować. Z przyjemnością ucina z nią sobie dłuższą rozmowę i okazuje się, że kobiety nadają na tych samych falach - tak przynajmniej opowiada o tym spotkaniu Delphine swojemu partnerowi François (Vincent Perez) - wziętemu i wiecznie nieobecnemu prezenterowi telewizyjnemu.

Eva Green (Ell) w "Prawdziwej historii"
     Pisarka, mimo sukcesów, czuje się samotna, a w dodatku zaczyna otrzymywać anonimy, w których ktoś zarzuca jej, że wykorzystała i upubliczniła w swojej książce rodzinne historie, które nie powinny ujrzeć światła dziennego. Towarzyszą jej frustracja, złość, a także poczucie twórczej niemocy. Siada przy laptopie i tępo wpatruje się w ekran. To istotny moment. W dawnych filmach bohater zasiadał zwykle nad maszyną do pisania i  białą kartką papieru (pamiętacie Jacka i "Lśnienie"?), teraz siedzi nad laptopem, który wydaje się być jeszcze bardziej bezosobowy i jakby niedostępny - proces twórczy stał się bardziej anonimowy.
      W trudnej chwili dziwnym trafem pojawia się napotkana wcześniej fanka, gotowa zająć się bezradną wobec brutalnych ataków (na Facebooku) i sfrustrowaną pisarką. Ostatecznie wprowadza się do niej i coraz bardziej zawłaszcza jej życie. Ten wątek filmu natrętnie kojarzył mi się z dwoma klasykami: "Personą" Ingmara Bergmana oraz "Wszystko o Ewie J. Mankiewicza. O ile jednak tamte aktorki (Liv Ullman i Bibi Andresson oraz Bette Davis i Anne Baxter) niuansowały swoje postaci i nadawały im psychologiczną prawdę, o tyle role Emmanuelle Seigner i Evy Green są mało przekonujące i szeleszczą papierem. Ani nie czuć między nimi tej "chemii", ani też nie są aktorsko na tyle dojrzałe, aby można było uznać je za pełnokrwiste postaci. Aktorstwo jest, powiedzmy to szczerze, najsłabszą stroną tego filmu.

Prawdziwa historia

     W pewnym momencie następuje nieoczekiwany zwrot akcji - bezwolna i pozornie bezbronna  Delphine okazuje się wampirzycą wykorzystującą ludzkie historie do swoich bestsellerowych opowieści. Skutkuje to zmianą relacji między kobietami, ale na krótko. Wszystko nabiera tempa i kończy się dość ponuro. Pisarka ląduje w szpitalu, cudem unikając śmierci, nie wiemy jednak, co się stało z jej demoniczną opiekunką. Polański każe jej zniknąć. Czyżby była wymysłem pisarki, emanacją jej wyobraźni? Czyżby nigdy nie istniała? Czy to wszystko, co się wydarzyło, rozegrało się wyłącznie w jej umyśle?

Takie otwarte zakończenie zmienia psychologiczny thriller w rozważanie na temat, czym jest tworzenie i jak bardzo potrafi zdominować życie artysty, dla którego dzieła jego wyobraźni stają się rzeczywistością. Albo lepiej: koszmarem. Czyżby taka była cena sławy? A wreszcie - czym jest prawda, a czym zmyślenie - czy można postawić pomiędzy nimi wyraźną granicę?

Takie ujęcie tematu, które wychodzi daleko poza wątek toksycznego związku pomiędzy pisarzem a czytelnikiem, pomiędzy kobietami - pisarkami, wydaje się być interesujące i świeże. Gdyby jeszcze było dobrze zagrane... Film jakoś mnie nie poruszył. Wyszłam z kina z poczuciem lekkiego rozczarowania, choć doceniam kino Polańskiego. Po "Dziewiątych wrotach" straciło swój smak i nadal jakoś nie mogę się go doszukać.

trailer filmu

Film będzie miał swoją polską premierę 11 maja 2018 roku.


piątek, 20 kwietnia 2018

Roman Polański gościem 11.Netia OFF CAMERA

Krakowska publiczność jako pierwsza w Polsce zobaczy „Prawdziwą historię” Romana Polańskiego. Laureat Oscara, reżyser takich hitów, jak „Dziecko Rosemary” czy „Nóż w wodzie”, przeniósł na ekran bestsellerową powieść Delphine de Vigan. W rolach głównych: Emmanuelle Seigner i Eva Green. Premiera z udziałem reżysera już 2 maja w kinie KijówCentrum. Gospodynią wieczoru będzie Grażyna Torbicka.

Gala otwarcia 8 Off Camera, fot. Michal Lichtanski IMG 8071

„Prawdziwa historia” to thriller psychologiczny o rodzącej się przyjaźni popularnej pisarki z tajemniczą czytelniczką, która z czasem ujawnia swoje mroczne oblicze. Delphine (Emmanuelle Seigner) od jakiegoś czasu cierpi na brak weny. Gdy pewnego dnia w trakcie podpisywania książek poznaje tajemniczą kobietę (Eva Green), jej życie zaczyna stopniowo zbaczać z wcześniej wytyczonego toru. Między kobietami rodzi się relacja, która z czasem z przyjaźni zmienia się w toksyczne uzależnienie. Delphine powoli traci kontrolę nad swoim życiem, a wszystko co uważała dotychczas za pewnik, zmienia swe pierwotne znaczenie.

Roman Polański wraca w tym roku na Festiwal. Przed trzema laty odebrał nagrodę „Pod prąd” i zostawił odcisk swojej dłoni na Krakowskiej Alei Filmowej.

Program festiwalu, informacje o biletach i karnetach można znaleźć na www.offcamera.pl. 
Festiwal odbędzie się  od 27 kwietnia do 6 maja 2018 r.w Krakowie. 

informacja prasowa

Prawdziwa historia, polski zwiastun filmu

piątek, 16 lipca 2021

Krakowski Festiwal Filmowy wraca do kin…w lipcu

Rusza przegląd najlepszych polskich filmów dokumentalnych w krakowskich kinach studyjnych.

“Wieloryb z Lorino” reż. Maciej Cuske

Sześć najciekawszych polskich filmów dokumentalnych trafi na ekrany 7 krakowskich kin studyjnych za sprawą Krakowskiej Fundacji Filmowej, która rozpoczyna współfinansowany ze środków Miasta Krakowa projekt będący odpowiedzią na potrzeby widzów i twórców spragnionych kinowej atmosfery. Zobaczymy m.in. laureata polskiego Oscara “Wieloryba z Lorino” oraz ulubieńca publiczności tegorocznego Krakowskiego Festiwalu Filmowego – “Polański, Horowitz. Hometown”. Doskonała okazja by nadrobić festiwalowe zaległości!

“Polskie filmy dokumentalne rzadko trafiają do szerokiej dystrybucji.” – tłumaczy Barbara Orlicz-Szczypuła, Prezeska Krakowskiej Fundacji Filmowej – “Ten projekt jest wyjściem naprzeciw oczekiwaniom krakowskich kinomanów, a zarazem przedłużeniem festiwalowej współpracy z krakowskimi kinami studyjnymi, w których od wielu lat mają miejsce pokazy Krakowskiego Festiwalu Filmowego.”

Seanse w ramach przeglądu odbywać się będą w jednym tygodniu w miesiąca, przez pół roku, od lipca do grudnia 2021. Każdy z 6 wybranych tytułów, creme de la creme festiwalu, trafi w danym tygodniu do wszystkich krakowskich kin studyjnych: Kina Pod Baranami, Agrafki, Kiki, Paradoxu, Kijowa, Mikro i Sfinksa – przechodząc dzień po dniu, z ekranu na ekran.

“Do programu przeglądu wybraliśmy 6 filmów, które cieszyły się największą popularnością wśród widzów Krakowskiego Festiwalu Filmowego, a także te, które zostały docenione przez jury.” – uzasadnia Krzysztof Gierat, dyrektor festiwalu. – “W zestawieniu znajdą się zarówno różnorodne filmowe portrety znanych i mniej znanych bohaterów, a także opowieści o nierozerwalnej więzi człowieka z naturą.”


Harmonogram seansów:


Lipiec (22-27.07) “Wieloryb z Lorino” reż. Maciej Cuske

Sierpień (12-17.08) “Polański, Horowitz. Hometown” reż. Anna Kokoszka-Romer i Mateusz Kudła

Wrzesień (9-15.09) “Antybohater” reż. Michał Kawecki

Październik (14-20.10) “Krafftówna w krainie czarów” reż. Maciej Kowalewski i Piotr Konstantinow

Listopad (18-24.11) “Nature is my Homeland” reż. Marek Gajczak

Grudzień (1621.12) @miriamprompoland reż. Piotr Szczepański

Szczegółowe informacje: Rusza przegląd najlepszych polskich filmów dokumentalnych w krakowskich kinach studyjnych.


61. Krakowski Festiwal Filmowy odbył się w dniach 30 maja do 6 czerwca 2021 roku.

informacja prasowa

czwartek, 4 października 2018

Startuje pierwszy Giżycki Festiwal Filmowy

Już w najbliższy piątek - 5 października wystartuje pierwszy Giżycki Festiwal Filmowy. Na ekranie Kina Nowa Fala debiuty i etiudy uznanych reżyserów, a także tych, którzy dopiero zaczynają swoją filmową przygodę. W repertuarze m.in. nominowany do Oscara pełnometrażowy debiut Romana Polańskiego „Nóż w wodzie". Ten film będzie można zobaczyć w towarzystwie legendy polskiego kina - Zygmunta Malanowicza.


Kraina Wielkich Jezior Mazurskich przez dwa dni od 5-6 października będzie zachwycać nie tylko pięknym krajobrazem. Nieprzypadkowo to Giżycko stało się stolicą nowej inicjatywy na filmowej mapie Polski. To tutaj powstał kultowy „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego, a w pobliskich Wilkasach Krzysztof Kieślowski zdobył uprawnienia żeglarskie. Aby móc wypłynąć na szerokie filmowe wody, trzeba uruchomić odwagę i zadebiutować. Kino Nowa Fala stanie się miejscem oglądania najciekawszych etiud i debiutów filmowych, a także przestrzenią dla interesujących rozmów o kinie.

Podczas giżyckiego festiwalu debiutów i etiud z tymi, którzy dopiero startują w branży filmowej, spotkają się uznani twórcy, z dystansu oceniający już swoje pierwsze dokonania. Taka formuła pozwala na wymianę doświadczeń i bezcenne, międzypokoleniowe spotkania filmowej rodziny.

Gośćmi pierwszej edycji Giżyckiego Festiwalu Filmowego będą:

Tomasz Śliwiński - reżyser i operator nominowanego do Oscara osobistego dokumentu „Nasza klątwa”;

Aleksander Pietrzak - reżyser najgłośniejszego debiutu tego roku, filmu „Juliusz” z Wojciechem Mecwaldowskim w roli głównej;

Zygmunt Malanowicz – odtwórca jednej z głównych ról w filmie „Nóż w wodzie”. Przy okazji tej produkcji uruchomimy filmowy wehikuł czasu i zobaczymy, jak w 1961 roku wyglądało spotkanie 28-letniego reżysera Polańskiego z 23-letnim aktorem Zygmuntem Malanowiczem.

W pierwszy weekend października Kryształowe Żagle – nagrody festiwalu trafią do najciekawszych twórców, których filmy zaprezentujemy w Giżycku. To wyróżnienie z pewnością pozwoli poczuć wiatr w żaglach i znaleźć się na dobrej, filmowej fali.

Ekran kinowy na statku w Giżycku/ fot. organizatorów

Partnerem pierwszej edycji festiwalu jest Warszawska Szkoła Filmowa, w ramach festiwalu będzie można zobaczyć najlepsze etiudy, jakie powstały w tej uczelni. Równie ciekawie zapowiada się przegląd zatytułowany: Najlepsze polskie 30’ ze Studia Munka, pokażemy je w kawiarni festiwalowej Lokal 25. Widzowie zobaczą m.in. nagrodzone w Cannes „Najpiękniejsze fajerwerki ever” w reżyserii Aleksandry Terpińskiej, a także „60 kilo niczego” Piotra Domalewskiego, reżysera, który był niekwestionowanym zwycięzcą ubiegłorocznego festiwalu filmowego w Gdyni. W Giżycku będzie można także zobaczyć, jakie filmy na początku swojej drogi tworzyła Dorota Kobiela, autorka jednej z najgłośniejszych animacji ostatnich lat, filmu „Twój Vincent”.  Na Mazurach pokażemy jej fabularną etiudę „Serce na dłoni”.

W programie festiwalu znalazły się zarówno filmy dokumentalne, fabuły, jak i animacje. W tej ostatniej kategorii na szczególną uwagę zasługuje „Jeszcze dzień życia” – spektakularny debiut na podstawie reportażu Ryszarda Kapuścińskiego. Za tę produkcję odpowiada międzynarodowy duet - Damian Nenow i Raul de la Fuente. Ten film w tym roku otrzymał nagrodę publiczności na Festiwalu Filmowym w San Sebastian.

Siła nowego festiwalu to najciekawsze filmy debiutantów i pasjonujące rozmowy o kinie. Festiwalowe spotkania poprowadzą:

Ajka Tarasow – uznany filmoznawca, reżyser, współpracownik m.in. Andrzeja Kondratiuka, Barbary Sass, Janusza Zaorskiego czy Andrzeja Wajdy;

Magdalena Felis – dziennikarka, redaktorka, realizatorka i scenarzystka telewizyjna. Autorka wielu obszernych wywiadów ze znakomitościami światowego kina. Wśród artystów, z którymi rozmawiała, znaleźli się m.in. David Lynch, Stephen Fears i Aleksander Sokurov.

Weronika Wawrzkowicz – dziennikarka radiowa i telewizyjna, przez lata związana m.in. z Canal+ i programem „Aktualności Filmowe”, blogerka (rozmawiambolubie.pl), a przede wszystkim pasjonatka dobrego kina;

Za organizację festiwalu odpowiadają Paweł Adamski i Adrian Jagieliński z Outdoor Cinema. To już uznana marka w świecie kina. Outdoor Cinema odpowiada m.in. za tworzenie najdłuższego wakacyjnego festiwalu w Polsce – Visa Kino Letnie, a także za unikatowy projekt kina objazdowego. Festiwal etiud i debiutów to kolejne dziecko w filmowej rodzinie.

Kino Nowa Fala, fot. organizatorów

Szczegółowy repertuar festiwalu i plan spotkań z twórcami:

5 października, piątek
KINO NOWA FALA
15:00 – „Nasza klątwa” (reż. Tomasz Śliwiński)
Pokaz filmu i spotkanie z reżyserem i operatorem Tomaszem Śliwińskim
prowadzenie: Ajka Tarasow
Wstęp wolny, wejściówki do odbioru w kasie lub on line

16:30 – Oficjalne rozpoczęcie festiwalu
prowadzenie: Magdalena Felis
Wstęp wolny, wejściówki do odbioru w kasie lub on line

17:15 – Etiuda „Mocna kawa wcale nie jest taka zła” (reż. Aleksander Pietrzak), film „Juliusz” (reż. Aleksander Pietrzak)
Bilety w cenach: 17 zł normalny, 15 zł ulgowy
Po seansach spotkanie z Aleksandrem Pietrzakiem
prowadzenie: Magdalena Felis

20:45 – Etiuda „Serce na dłoni” (reż. Dorota Kobiela), film „Jeszcze dzień życia” (reż. Damian Nenow, Raúl de la Fuente)
prelekcja: Magdalena Felis
Bilety w cenach: 17 zł normalny, 15 zł ulgowy

23:00 – after party w kawiarni festiwalowej Lokal 25


6 października, sobota
KINO NOWA FALA
14:00 – Najlepsze etiudy z Warszawskiej Szkoły Filmowej
prelekcja: Magdalena Felis
Wstęp wolny, wejściówki do odbioru w kasie lub on line

LOKAL 25
16:00 – „Najlepsze polskie 30’, set I: „Najpiękniejsze fajerwerki ever” (reż. Aleksandra Terpińska), „60 kilo niczego” (reż. Piort Domalewski), „Amerykański sen” (reż. Marek Skrzecz)”
Wstęp wolny, wejściówki do odbioru w kasie kina Nowa Fala lub on line

KINO NOWA FALA
20:30 – Etiuda: „Dwaj ludzie z szafą” (reż. Roman Polański), film „Nóż w wodzie” (reż. Roman Polański)
Wstęp wolny, wejściówki do odbioru w kasie kina Nowa Fala lub on line
Przed seansem spotkaniem z Zygmuntem Malanowiczem
Prowadzenie: Weronika Wawrzkowicz


23:00 – after party w kawiarni festiwalowej Lokal 25

informacja prasowa

wtorek, 15 grudnia 2020

Historia i zbiory Muzeum Poczty i Telekomunikacji w opowieści Tomasza Sumy /wywiad/

Rozmawiam z kustoszem Muzeum Poczty i Telekomunikacji we Wrocławiu o historii i zbiorach tej zacnej placówki, a także o tym, jak przygotowując najnowszą wystawę, ubrano żeńskie manekiny w przedwojenne mundury.

Tomasz Suma, fot.MPiT

Barbara Lekarczyk-Cisek: Większość zjadaczy chleba nie ma wyobrażenia, jak bogate są zbiory Muzeum Poczty i Telekomunikacji we Wrocławiu i że ta zacna placówka jest właściwie opowieścią o polskiej historii. Przybliżmy zatem okoliczności jej powstania. Jaka była idea powołania jej do istnienia?

Tomasz Suma: Muzeum zostało ustanowione 25 stycznia 1921 roku, ale  udostępnienie go szerszej publiczności nastąpiło znacznie później. Idea powołania Polskiego Muzeum Pocztowego – bo taka była jego pierwotna nazwa – pojawiła się już w 1919 roku, podczas trwania pierwszej polskiej wystawy filatelistycznej po odzyskaniu niepodległości. Wówczas to minister poczt zadeklarował chęć stworzenia takiego resortowego muzeum, analogicznie do tych, które powstawały po 1918 roku w innych resortach. Idea ta dojrzewała przez dwa lata i dopiero 25 stycznia 1921 roku Minister Poczt i Telegrafów wydał rozporządzenie, w którym obwieścił powstanie Muzeum Pocztowo-Telegraficznego. 

Czy mają Państwo w swoich zbiorach to rozporządzenie?

Niestety, nie, ponieważ de facto było to zarządzenie służbowe, które otrzymał urzędnik pocztowy Wacław Laskowski. Jemu właśnie zlecono zorganizowanie tego muzeum.

Bagatela! (śmiech)

Tak. Natomiast jeszcze w tym samym roku Laskowski oddał to rozporządzenie swojemu przełożonemu – dyrektorowi IV Wydziału Gospodarczego Ministerstwa Poczt i Telegrafów. Niestety, nie udało mi się znaleźć tego dokumentu, mimo usilnych poszukiwań w Archiwach Akt Nowych i w aktach ministerstwa. Nie mamy więc aktu erekcyjnego w Muzeum. Być może dlatego, że jako polecenie służbowe nie było traktowane ze szczególnym pietyzmem. 

Jaki wobec tego najstarszy dokument znajduje się w Muzeum Poczty i Telekomunikacji?

Pierwszy, najstarszy, pochodzi z roku 1919 roku. Kiedy powstał zamysł powołania do życia muzeum, minister zwrócił się do pracowników poczty i społeczeństwa z apelem o nadsyłanie rozmaitych eksponatów. Późniejsze dokumenty pochodzą z lat 20. i jest wśród nich nadanie statutu i kolejne prośby ministra o nadsyłanie eksponatów. To jest najstarszy zachowany dokument dotyczący dziejów naszego Muzeum.

Czy ludzie chętnie je udostępniali?

Bardzo chętnie! Już trzy tygodnie po pierwszym apelu napłynęły pierwsze eksponaty: znaczki warszawiaka, niejakiego Wilhelma Bernsteina, którego pismo również się zachowało. Później było ich coraz więcej.

1919, pierwszy dar dla muzeum (AMPiT, 1-174)

A kiedy nastąpiło oficjalne otwarcie muzeum dla publiczności?

Dopiero w 1928 roku. Zarządzenie o otwarciu muzeum dla zwiedzających wydał Okólnikiem Nr 2062/XI z dnia 19 marca 1928 roku Minister Poczt i Telegrafów, Bogusław Miedziński. Na zwiedzanie wyznaczono dwa dni w tygodniu: czwartek i niedzielę od 12:00 do 14:00, zaś opłata za wejście wynosiła 50 groszy od osoby, z wyjątkiem uczącej się młodzieży i szeregowych żołnierzy, dla których ustalono opłatę 20 groszy. Zasady te obowiązywały przez dziesięć lat i zmienione zostały dopiero 15 czerwca 1938 r. 

Przede wszystkim skupiono się na gromadzeniu i opracowaniu zbiorów. Główną ideą naszego muzeum było gromadzenie pamiątek dotyczących działalności poczty. Łatwo było wówczas udokumentować dzieje poczty z okresu zaborów, ponieważ bardzo dużo eksponatów, które nie zostały zniszczone, było przekazywanych do ministerstwu. Dziś byłoby bardzo trudno otrzymać stemple czy dokumenty, bo muszą one pozostać u operatora pocztowego. W 1921 roku było o tyle łatwiej, że wszystko zostało wymienione – z języków: rosyjskiego i niemieckiego na język polski. Nie było więc zagrożenia, że ktoś wykorzysta je niezgodnie z prawem. Stąd tak dużo u nas pamiątek pozaborowych.

Które z nich określiłby Pan jako najcenniejsze?

To już zależy od tego, do której kolekcji sięgniemy. Jeżeli do historycznej, to najcenniejszymi obiektami są szyldy i skrzynki pocztowe. Posiadamy najstarszy zachowany szyld poczty polskiej, który należał do Urzędu Pocztowego w Słonimiu. To nasze cymelium, które pochodzi z XVIII wieku, a jego uzupełnieniem jest pieczęć, również pochodząca ze Słonimia. W kolekcji stempli również najcenniejszy jest stempel ze Słonimia, a jego uzupełnieniem jest szyld pochodzący również z tej poczty.

Najstarszy szyld pocztowy znajdujący się w zbiorach MPiT,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Z kolei w archiwum historycznym posiadamy dokumenty dotyczące Tadeusza Kościuszki, dr Tomasza Arciszewskiego – pierwszego dyrektora generalnego Poczty Polskiej, który ją organizował od 1919 roku (jesteśmy w posiadaniu m. in. jego aktu nominacji), bezcenną mapę pocztową – pierwszą z legendą w języku polskim (Kolberga), najstarszy zachowany sztandar pocztowy z 1919 roku i wiele innych. Muzeum ma też w swoich zbiorach kilka dokumentów i listów podpisanych przez królów i prezydentów. 

Posiadamy ponadto niewielki zbiór polskich biletów płatniczych, czyli banknotów pieniężnych. Wtedy jeszcze nie było pieniędzy papierowych, tylko owe bilety płatnicze z przełomu XVIII i XIX wieku. 

Bezcenną kolekcję stanowią także projekty znaczków pocztowych przekazywane do muzeum przez ministerstwo od 1921 roku do ostatniego z wykonanych w czasach współczesnych. A jeśli już jesteśmy przy zbiorach filatelistycznych, trzeba podkreślić, że jest ona pełna bezcennych walorów zachowanych tylko w naszym muzeum. Uzupełniają ją wspomniane projekty znaczków, a także akcepty, dokumentacja i korespondencja z artystami, klisze do produkcji znaczków, odbitki próbne i walory, które nie weszły do obiegu. 

Cenna jest także kolekcja mundurów, których liczba przed wojną wynosiła trzydzieści osiem. Wszystkie zaginęły zimą 1940 roku, kiedy to włamano się do muzeum. Nie zostały nigdy odnalezione, jednak po wojnie rozpoczęto rekonstrukcję kolekcji. Obecnie do najcenniejszych obiektów należy frak urzędnika ministerialnego Dyrekcji Generalnej Poczt z początku XX wieku.

Frak urzędnika ministerialnego Dyrekcji Generalnej Poczt z pocz. XX w.
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Dawni urzędnicy poczty byli bardzo eleganccy!

Owszem, jednak musimy tłumaczyć, że tak nie wyglądali zwykli urzędnicy, ale ten najwyższej rangi. W naszych zbiorach znajdują się egzemplarze wszystkich mundurów, począwszy od XIX wieku po dzień dzisiejszy. Niespełna półtora miesiąca temu otrzymaliśmy w darze od Poczty Polskiej najnowsze mundury pocztowe. 

Oglądałam wiele lat temu w Muzeum Narodowym we Wrocławiu wystawę strojów kobiecych od XIX wieku po współczesność i moją uwagę zwróciła estetyka oraz jakość wykonania. W porównaniu z dawnymi stroje współczesnych kobiet były po prostu szpetne i byle jakie. Czy dotyczy to również strojów pocztowych?

Jest analogicznie! Dziś można zobaczyć pracowników poczty w tzw. uniformie pocztowym, którego nawet nie nazywa się mundurem. Składa się nań koszula, spodnie lub spódnica. Natomiast przed wojną i po niej (ostatni mundur zmieniono pod koniec lat 90.) wszyscy urzędnicy i listonosze mieli obowiązek noszenia mundurów. Ich wzory zmieniały się w zależności od potrzeb. Zmieniały też kolory – od brązowego na początku, następnie zielonego, khaki, siwego do niebiesko-granatowego, wpadającego w fiolet. Zmieniała się również jakość mundurów. Przedwojenne mundury były wykonane z sukna, po wojnie zaczęły się pojawiać sztuczne włókna.

Mundury przedwojenne miały także elegancki krój.

Tak, staraliśmy się to pokazać na wystawie. Nawiasem, wiąże się z tym pewna anegdota. Otóż przygotowując najnowszą wystawę (którą będzie można zobaczyć po otwarciu muzeum i zniesieniu obostrzeń epidemicznych), kupiliśmy współczesne manekiny odzwierciedlające posturę standardowego mężczyzny. Wówczas okazało się, że żaden z przedwojennych mundurów do tej sylwetki nie pasuje. Udało się nam ubrać manekiny tylko w powojenne, workowate mundury. Ostatecznie rozwiązaliśmy problem ubierając w przedwojenne mundury manekiny żeńskie, po uprzednim wyrównaniu piersi (śmiech). Mundury przedwojenne miały wąskie talie i biodra, co daje wyobrażenie, jakie przeważały wówczas sylwetki męskie. Pod mundurem przedwojenni pracownicy poczty nosili koszule i podkoszulki i może coś jeszcze – byli nieduzi i bardzo szczupli. 

Czy darczyńcy przynosili także listy, których treść dotyczyła tamtych odległych czasów?

Tak, listy również przynoszono, ale ich treść nie była istotna. W zbiorach przeważa korespondencja o treści urzędowej. Od najstarszego – z XVIII wieku – po czasy powojenne. Wyjątek stanowią listy z Powstania Warszawskiego. Ktoś znalazł worek listów poczty powstańczej i przyniósł go do Muzeum Poczty. Przyniesiono również dwie skrzynki powstańcze, które obecnie są prezentowane na wystawie stałej.

Kartka z okolicznościowym znaczkiem i pieczęciami dokumentującymi
wycieczkę "Batorym", 1936 r., fot. Muzeum Poczty i Telekomunikacji

W przypadku listów liczył się przede wszystkim interesujący znaczek albo pieczęć lakowa czy jakaś interesująca kauczukowa. Chodziło więc raczej o walory filatelistyczne. Prym wiodła filatelistyka. Obecnie to nasza największa kolekcja, licząca około półtora miliona sztuk. W zbiorach znajdują się także projekty i akcepty znaczków.

Wracając do historii Muzeum Pocztowo-Telegraficznego (nazwa kilkakrotnie się zmieniała), do II wojny, a także tuż po niej mieściło się w Warszawie. Jakie były jego losy podczas okupacji?

Podobnie jak całe Ministerstwo Poczty, muzeum zostało we wrześniu 1939 roku ewakuowane. Zbiory zapakowano do 26 drewnianych skrzyń, które miały być ukryte w Polsce i gdzieś wywiezione jako bardzo cenne. Niestety, tak się nie stało i zbiory zostały ukryte w Warszawie. Ówczesny kustosz muzeum, Włodzimierz Polański, wybitny filatelista, spakował je wraz z pracownikami i ukrył w podziemiach Urzędu Telekomunikacyjnego Warszawa 1,. Część trafiła do Urzędu Pocztowego przy św. Barbary 1, gdzie mieściła się w tym czasie siedziba muzeum. Tak więc zbiory zostały nieco rozproszone. Podczas okupacji pocztę polską przejął system poczty niemieckiej: Deutsche Post Osten. Pod naciskiem dyrektora poczt w Berlinie podjęto decyzję, aby Muzeum Poczty i Telekomunikacji w Warszawie zlikwidować, a zbiory przewieźć do Berlina. W 1940 roku oficjalnie zamknięto muzeum i przygotowano zbiory do wysyłki. Ostatecznie nie trafiły do Berlina, lecz błąkały się po różnych częściach Europy. Część zbiorów, uznana przez Niemców za bezwartościową (np. mundury, malarstwo polskie czy projekty), pozostała w muzeum. 

Oznaka listonosza Urzędu Pocztowego Breslau 1, 1937-1944,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

 Czy udało się odzyskać wywiezione zbiory?

Oczywiście! Po zakończeniu działań wojennych reorganizacją muzeum zajął się kustosz Adolf Schöpp (Włodzimierz Polański zginął w 1944 roku). Do 1948 roku udało się odzyskać większość zbiorów. Straty poniosły przede wszystkim zbiory malarstwa. Część cennych obrazów, np. płótna Zofii Stryjeńskiej czy Jana Rosena, nigdy nie odnaleziono. Natomiast reszta przetrwała dzięki temu, że niemieccy urzędnicy wzięli je do urządzania swoich domów i gabinetów. Wśród nich był najcenniejszy – obraz Jana Rosena, jedyny, który ocalał. Część obrazów się nie odnalazła, być może spłonęła w powstaniu.

Jakie okoliczności sprawiły, że muzeum przeniesiono do Wrocławia?

W styczniu 1951 roku muzeum zostało zlikwidowane. W tym czasie zlikwidowano w Polsce większość muzeów technicznych, a za takie uchodziło również Muzeum Poczty i Telekomunikacji. Brakowało sprzętu, toteż próbowano przeznaczyć do użytku eksponaty muzealne. Zastanawiano się także nad przeniesieniem Muzeum Poczty i Telekomunikacji do Wrocławia – na tzw. Ziemie Odzyskane, jednak dopiero w 1955 roku Władysław Kostro - przedwojenny działacz, a od 1954 roku – dyrektor  Okręgu Poczt i Telegrafów we Wrocławiu, podjął ideę ponownego powołania do istnienia Muzeum Poczty. Zostało ono ponownie otwarte w 1956 roku we Wrocławiu. Od 1999 roku, jak większość muzeów w Polsce, nie podlega już ani ministerstwu resortowemu, ani Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego, lecz utrzymują je samorządy lokalne.

Dyliżans pocztowy, Muzeum Poczty i Telekomunikacji we Wrocławiu,
fot. prasowa

Czy w okresie wrocławskim przybyło do muzeum dużo eksponatów i które z nich mają największą wartość?

Z pewnością do najwartościowszych obiektów należy 24-osobowy dyliżans. Żadne muzeum w Europie takiego nie posiada. Po wojnie służył do transportu osób podczas dożynek w pegeerze, podobnie jak drugi, mniejszy. Zyskaliśmy także pulpit telekomunikacyjny, przy którym prezydent Warszawy Stefan Starzyński przemawiał podczas wojny. Od 1956 roku  po lata 80. Poczta Polska przekazywała nam całą dokumentację twórczości filatelistycznej w Polsce, dzięki czemu posiadamy jedyny w Polsce, kompletny zbiór dokumentów dotyczących każdego znaczka i każdej emisji znaczków. Mamy więc projekty, akcepty, próby… Obecnie znaczków już się tak nie projektuje. Kiedyś zatrudniano artystę, który sporządzał odręczne projekty – zazwyczaj kilka wersji. Ostatecznie komisja wybierała jeden z nich. A my posiadamy dokumentację tego procesu na wszystkich jego etapach. Mamy również pamiątkowe eksponaty, które powstały z okazji rocznic, np. 400-lecia poczty: dokumenty, fotografie, pamiątki…

Dokument zawierający zatwierdzenie wybranych znaczków do emisji,
fot. Muzeum Poczty i Telekomunikacji

Po wojnie zaczęliśmy także gromadzić sztandary – posiadamy bardzo bogatą kolekcję sztandarów związkowych i pocztowych, w tym najstarszy, z 1919 roku. To zupełnie unikalna kolekcja. 

Tak Pan rozpalił moją ciekawość, że muszę się udać na wystawę, aby to wszystko zobaczyć! Proszę o towarzyszenie mi.

Ciąg dalszy: Po wystawie Muzeum Poczty i Telekomunikacji oprowadza Tomasz Suma


sobota, 20 stycznia 2018

"Potargana w miłości": Agnieszka Osiecka, mistrzyni autokreacji /recenzja książki/

"Była mistrzynią konfabulacji i miała bardzo wiele wizerunków samej siebie" - pisze Ula Ryciak w nowej biografii Agnieszki Osieckiej "Potargana w miłości". Co autorka odkryła za mitem i czy udało się jej odkryć prawdziwą twarz poetessy?

okładka książki
Agnieszka Osiecka już za życia była legendą. Wkrótce po jej śmierci ukazała się pierwsza obszerna biografia poetki autorstwa Zofii Turowskiej, zatytułowana "Agnieszki. Pejzaże z Agnieszką Osiecką" (Prószyński i S-ka, 2000, 2008), na którą złożyły się rozmowy z nią i jej przyjaciółmi, wzbogacone o dotąd niepublikowane teksty samej poetki. Była to zatem Agnieszka Osiecka sportretowana wielokrotnie, wystąpiła także w roli narratorki tej opowieści. A już szczególnie łaskawy okazał się rok obecny. Poza tym, że wydano kolejny, II tom "Dziennika", pojawiła się również książka wspomnieniowa "Koleżanka" (Dom Wydawniczy PWN), następnie "Zdradziecką Osiecką" Piotra Derlatki wydał Dom Wydawniczy Latarnik, a "Potarganą w miłości" Uli Ryciak - Wydawnictwo Literackie. Ta ostania wydaje się być najbardziej oryginalną próbą opowiedzenia o Osieckiej.

Wiedziała, jak chce budować własną legendę - mówiła w wywiadzie z Magdaleną Smęder pisarka i scenarzystka Ula Ryciak. Często musiałam się przebijać przez mur prawd obiegowych, sentymentalnych klisz, coś demaskować, zadawać niezręczne pytania, żeby zrzucić ją z posągu, bardziej ją zobaczyć.

Biografia jak film


Właśnie słowo "zobaczyć" zdaje się być kluczem do tej biografii, ponieważ opowieść ta przypomina raczej narrację filmową, co jest zrozumiałe, jeśli zważyć, że autorka jest scenarzystką. Sądzę jednak, że to coś więcej niż zawodowy nawyk. To przede wszystkim świadomy zamysł, aby pokazać bohaterkę "w ruchu", a więc zmienną i momentami nieuchwytną.

Film, dodajmy, dokumentalny, choć wykreowany zarazem. Towarzyszymy bowiem bohaterce od pewnego mrocznego poranka, kiedy wychodzi z domu w charakterystycznym fioletowym płaszczu i wchodzi do Cafe Sax, potem następują retrospekcje, a na koniec pierwszego rozdziału, w piątek, 7 marca 1997 roku odchodzi na zawsze. Jaka była? Odchodziła dyskretnie, taktowna tak w chorobie, jak i w życiu.

Sprawiała wrażenie ekstrawertyczki. Ciągle coś opowiadała! Taką kreowała legendę. W rzeczywistości Agnieszka Osiecka była skrytą osobą - stwierdza Ula Ryciak i rozpoczyna swoje własne, wnikliwe "śledztwo w sprawie". 

Dalej biografia Osieckiej przybiera kształt detektywistyczno-psychologicznych rozważań. Autorka przytacza różne fakty i osoby, które odegrały w życiu poetki jakąś rolę, przygląda się im uważnie i wyciąga niekiedy oryginalne wnioski. 

Agnieszka Osiecka w 1965 roku

"Kochankowie z ulicy Kamiennej zamiast skoków do basenu


Osiecka, jak wiadomo, studiowała w łódzkiej filmówce, uczestnicząc pilnie w warsztatach i wykładach, ponieważ po szkole dziennikarskiej odczuwała braki w swojej edukacji, a poza tym szkoła filmowa miała szczególną atmosferę wolności. Nie uczestniczyła jednak we wspólnych szaleństwach. Zawsze była osobna i taką pozostanie. Kiedy więc Roman Polański po zdobyciu brązowego medalu na Expo w Brukseli za "Dwóch ludzi z szafą"  postanowił zorganizować akcję czyszczenia basenu w ogrodzie przy szkole, wiele pięknych dziewcząt pokazało swoje wdzięki podczas skoków do basenu. Ale nie Agnieszka, która w tym czasie przemierzała smutne przedwojenne podwórka i ulice bez drzew, aby pod wpływem ich klimatu napisać piosenkę "Kochankowie z ulicy Kamiennej", którą później zaśpiewała w STS-ie Elżbieta Czyżewska.
W ogóle, będąc w szkole filmowej, Agnieszka najchętniej wciela się w różne role, natomiast jest niezdolna do zarządzania ludźmi i reżyserem nigdy nie zostanie.

Niewinna czarodziejka i mężczyźni


Agnieszka Osiecka

Dzięki szkole filmowej wystąpi także na planie "Niewinnych czarodziejów" Andrzeja Wajdy. Zrobi na nim tak wielkie wrażenie, że sportretuje potem jej postać w "Człowieku z marmuru". Agnieszka Osiecka nie kokietowała, nie miała także urody wampa, a mimo to mężczyźni zakochiwali się w niej często. I to jacy mężczyźni! Najpierw był Marek Hłasko, wówczas u szczytu sławy. Byli nawet zaręczeni, ale Hłasko wyjechał i już nie wrócił. Zresztą oboje trochę grali tę miłość, o ile to była miłość. Związki Osieckiej z mężczyznami były z reguły burzliwe i krótkie. Miały postać fascynacji, która nigdy nie przekształciła się w dojrzałe uczucie. Lista "zakochanych do nieprzytomności" jest długa. Znajdują się na niej i Wojtek Frykowski - złoty młodzieniec tamtych lat (przez kilka miesięcy mąż), Andrzej Jarecki z STS-u, Jeremi Przybora, który dla niej zostawił drugą żonę, Daniel Passent, a nawet podobno sam Giedroijć... Ale od wszystkich Agnieszka ucieka po pewnym czasie. Preferuje miłość na odległość (w listach), nie znosi prozy rzeczywistości. Przede wszystkim jest "niestrudzoną strażniczką wolności", jak ją nazywa Ula Ryciak. Chociaż... Chociaż zdarzyło jej się zakochać do nieprzytomności w młodszym o 15 lat mężczyźnie, ale wówczas gwarantem podtrzymania namiętności  było niespełnienie.
I chociaż - jak to określiła w tytule autorka biografii - Agnieszka Osiecka była potargana w miłości, to jednak nieustannie tę miłość rekomendowała:

Przyjaciele moi i moje przyjaciółki!
Nie odkładajcie na później
ani piosenek, ani egzaminów,
ani dentysty, a przede wszystkim
nie odkładajcie na później miłości.

"W podróży" jak Holly  Golightly


Agnieszka Osiecka napisała dla Kaliny Jędrusik piosenkę zatytułowaną "Ja nie chcę spać", do spektaklu na podstawie opowiadania Capote`a "Śniadanie u Tiffany`ego". Piosenka zrobiła furorę. Autorce tekstu udało się zawrzeć w niej to, co dla niej, a także dla postaci stworzonej przez pisarza było najistotniejsze, a mianowicie obie były wolne i obie nieustannie gotowe do podróży.

Agnieszka Osiecka była obywatelką świata. Wyjeżdżała za granicę już w czasach głębokiego PRL-u: do Paryża, Londynu, do Stanów Zjednoczonych... Bywała tam wielokrotnie i przez długie miesiące, poznawała ludzi, miejsca, a potem tworzyła swoje piosenki. Dworzec w Cansas City, który opisała w konwencji retro, już nie istnieje. Pozostał tylko w znanej piosence Skaldów. W sumie spędziła w Ameryce cztery lata. Spotkała tam ponownie Hłaskę.

Nieustanne podróże, wędrówki, spotkania z różnymi ludźmi stały się dla niej źródłem niezliczonych historyjek, które opowiadała po  wielokroć, ubarwiając towarzyskie spotkania. Były także źródłem kolejnych piosenek.

Myślę, że ta rozmowność to była dla niej forma oddychania, podstawowa czynność organizmu - powie jej córka Agata. Mama miała niesamowity wprost dar narracji, patrzenia polegającego na tym, że widziała to samo, co my wszyscy, tylko inaczej.
Wydaje się, że ów dar narracji nieobcy jest również Uli Ryciak, która opowiada o Agnieszce Osieckiej przenikliwie się jej przyglądając. 

Ula Ryciak ze swoją książką, zdjęcie ze strony autorki

Książka Uli Ryciak "Potargana w miłości. O Agnieszce Osieckiej" ukazała się w Wydawnictwie Literackim.

Recenzja ukazała się na portalu Kulturaonline w lipcu 2015 r.

Z Martą Niedźwiecką o „Burzach namiętności” podczas tegorocznego Festiwalu Wratislavia Cantans /wywiad/

O koncercie laureatów 50. Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej, organizowanym przez NFM i Akademię Muzyczną im. Karola Lipińs...

Popularne posty