Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania konrad jarodzki, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania konrad jarodzki, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

środa, 27 grudnia 2017

Konrad Jarodzki: Maluję, więc jestem /wywiad/

Z nestorem wrocławskiej sztuki współczesnej, profesorem i wieloletnim rektorem Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, malarzem i architektem Konradem Jarodzkim rozmawiam o jego początkach we Wrocławiu oraz o wystawie jako pamiętniku artysty.

Konrad Jarodzki, z archiwum malarza

Barbara Lekarczyk-Cisek: Pańska obecna wystawa znajduje się w miejscu szczególnym  - na    Dworcu Głównym we Wrocławiu. Czy taka przestrzeń, kojarząca się z podróżą, wywołuje wspomnienia z przeszłości?

Prof. Konrad Jarodzki: Kiedy przyjechałem do Wrocławia w 1949 roku, ten dworzec wyglądał zupełnie inaczej. To była ruina, ale panował niesamowity ruch, ponieważ przyjeżdżali przesiedleńcy ze Wschodu. I ja byłem w tym czasie byłem kimś takim, bo przyjechałem z Lublina. To mi się kojarzy z inną podróżą. Ponieważ mieszkaliśmy w Wolbromiu koło Krakowa, więc kiedy przeszedł front, wracaliśmy do Lublina – rodzimego miejsca – pociągiem  towarowym, z otwartymi drzwiami, zimą. Na środku wagonu leżała blacha, na której paliło się ognisko i wokół niego gromadziliśmy się, żeby się ogrzać. Jechaliśmy bardzo długo, bo priorytet miały pociągi wojskowe. I właśnie z Lublina, po kilku latach, ruszyliśmy na Zachód – do Wrocławia, gdzie rozpocząłem studia architektoniczne.

Dlaczego architekturę, a nie malarstwo?

Ze studiami miałem pewne perypetie, które jednak wyszły mi na dobre. Ponieważ w Lublinie nie było wydziału architektury, zacząłem studiować matematykę, ale kiedy po roku okazało się, że jest możliwość studiowania architektury we Wrocławiu, porzuciłem matematykę. Architekturę studiowałem już konsekwentnie, z tym, że będąc w połowie rozpocząłem równolegle studia w Wyższej Szkole Sztuk Pięknych. Po skończeniu studiów architektonicznych zacząłem pracować w Miastoprojekcie.

Skąd się wzięło u Pana Profesora zainteresowanie malarstwem?

Malarstwem zainteresowałem się jeszcze w dzieciństwie. Dużo wówczas malowałem i miało to związek z czytanymi książkami. Literatura była pierwszym impulsem do wizualnego przedstawiania swoich przeżyć. Malowałem wówczas akwarelami, ale w sposób gwaszowy, rozmaite sceny z ”Ogniem i mieczem” Henryka Sienkiewicza czy ”Popiołów” Stefana Żeromskiego.


Brzmienie V, 1977


Studia malarskie zmieniły jednak Pańskie podejście do tej sztuki.

Studiowałem przede wszystkim różne techniki malarskie, o których nie miałem pojęcia w dzieciństwie. Szkoła była w tym czasie w kiepskim stanie – panowała ciasnota, ale panowała w niej wspaniała atmosfera. Po tych wojennych latach, kiedy normalnej nauki nie było, wszyscy studiowali z entuzjazmem. Sam uczyłem się w czasie wojny z rodzicami w domu. Dopiero kiedy wraz z rodzeństwem znaleźliśmy się w Lublinie, kontynuowaliśmy normalną regularną naukę, ale w systemie przyśpieszonym, starając się nadrobić stracony czas. We Wrocławiu studiowałem w pracowni malarstwa Gepperta razem z Zbigniewem Paluszakiem, Janiną Żemojtel, a wyżej studiowali Józef Hałas, Alfons Mazurkiewicz, Jerzy Rosołowicz. Już po studiach, w 1961 roku zawiązaliśmy słynną grupę artystyczną, która nosiła nazwę Szkoły Wrocławskiej, a po 1967 roku - Grupy Wrocławskiej.

Czy pamięta Pan Profesor swoją pierwszą wystawę?

Pierwszą wystawę miałem wkrótce po ukończeniu studiów w Muzeum Architektury. Zachowały się nawet zdjęcia z tej ekspozycji.

Uczelnia wiele Panu zawdzięcza. Nie tylko prowadził Pan własną pracownię i kształcił pokolenia studentów, ale był także rektorem i rozbudował ją Pan.

W tamtych czasach panowała ciasnota. Kiedy więc uzyskałem fundusze z ministerstwa, zaprojektowałem  rozbudowę uczelni o całe skrzydło od ulicy Purkyniego. Później, po moim odejściu, prace te kontynuowano. Jako rektor niewiele miałem czasu na malowanie, dbałem raczej o kondycję uczelni.


Dwie figury, cykl Figury

Swoje prace wystawiał Pan Profesor w różnych miejscach – w galeriach, muzeach, kościołach (w stanie wojennym). Każda z tych przestrzeni była z pewnością jakąś wartością dodaną i wpływała na odbiór dzieł sztuki. Co Pan o tym sądzi?

Uwarunkowania zewnętrzne miały z pewnością wpływ. Miałem także wystawy za granicą, najczęściej we Francji, w Paryżu, zaproszony przez tamtejszą uczelnię architektoniczną. Kontakty te umożliwił mi mój przyjaciel – Francuz, który studiował we Wrocławiu filologię polską, a później trudnił się przekładami literatury polskiej na język francuski.

Jest Pan Profesor również założycielem pierwszego prywatnego, rodzinnego  biura architektonicznego „ARCHIKOM”. Czy to było trudne, zważywszy, że był to rok 1986?

Rzeczywiście, dzieci poszły w moje ślady. Córka ukończyła studia architektoniczne, zięć również jest architektem, syn ukończył architekturę wnętrz. Gdy założyliśmy pierwsze takie prywatne biuro projektowe, mówiono nam, ze ten eksperyment się nie uda, że zbankrutujemy. Po jakimś czasie okazało się, że zbankrutowały biura państwowe, a prywatne się rozrosły. Eksperyment się powiódł i firma funkcjonuje do dziś.

Erotyk

Wracając do malowania, proszę zdradzić, jak to jest u Pana z tworzeniem – czy to nieustający proces, czy też tematy przychodzą i znikają?

Malarstwo jest profesją, która wymaga nieustannego czuwania, ciągłej pracy. Będąc na oficjalnej emeryturze, maluję nadal, ponieważ artysta nigdy nie jest na emeryturze. Jest wprost odwrotnie – nasiliłem swoją pracę artystyczną, bo trzeba ją wykonywać codziennie. Jeśli chodzi o tematykę, to dla mnie impulsem jest wszystko to, co mnie porusza, co mną wstrząsa. Zaczyna się od tematu realistycznego lub literackiego, a później, w trakcie malowania, technika i poszukiwania formalne biorą górę i obraz staje się niemal abstrakcyjny. Jednak jądro tego tematu, który mnie zainteresował, pozostaje wyczuwalne w obrazie. Podczas malowania to obraz rządzi malarzem, jest czynnikiem wiodącym.

Obecna wystawa, nosząca tytuł ’Impulsy”, jest dość obszerną prezentacją Pańskich prac, począwszy od lat 70. Jaka myśl towarzyszyła Panu podczas selekcji obrazów na tę wystawę?

Impuls jest zawsze na początku, a obraz jest po to, aby wyrazić swój stosunek do tematu. Przykładem może być obraz „Syria”, przedstawiający szare, niespokojne linie, będąc moją reakcją na to, co dzieje się w Syrii.

Widziałam też Pańskie obrazy powstałe pod wpływem tragedii z 11 września, zatytułowane WTC, o podobnie niespokojnych, rozedrganych  liniach…

Również i na tej wystawie pokazany został ten temat. Obrazy moje z tego cyklu nie stanowią ilustracji i fotograficznej wierności tego wydarzenia. Są rodzajem metafory i symbolu. Wyrażają starcie harmonii istniejącej rzeczywistości z destrukcją spowodowaną fanatyzmem i nienawiścią. Malarstwo jest milczeniem, ale może być też krzykiem.


WTC

Czy trudno było podjąć decyzję, które obrazy pokazać na wystawie?

To zawsze jest trudna decyzja – co pokazać, a czego nie pokazywać. Obrazy na tej wystawie ukazują mój stosunek do świata, do tego, co się w nim dzieje. Nie interesuje mnie czysta forma, lecz raczej taka, która wynika z jakiegoś przeżycia. Obrazy zgromadzone na tej wystawie są rodzajem rozliczenia z tego, co się zdarzyło. Postanowiłem pokazać pewne etapy – od najwcześniejszych prac do tego, co najbardziej aktualne. Mógłbym porównać tę wystawę do etiud, które składają się na pewne resumé. Stworzyłem ekspozycję, która jest malarskim pamiętnikiem artysty. Na jej otwarcie przygotowałem taką oto parafrazę: Maluję, więc jestem.

Dziękuję za rozmowę.


Kosmos


Wystawa ”IMPULSY” czynna jest do 8 października w galerii ART MAIN STATON by mia na Dworcu Głównym we Wrocławiu


Konrad Jarodzki, Początek, ze strony internetowej Artysty
Konrad Jarodzki - architekt, artysta malarz

Urodził się w 1927 roku w Zaklikowie. Malarz i rysownik, członek „Grupy Wrocławskiej”.
Ukończył Gimnazjum i Liceum im. Kunickiego w Lublinie, po czym rozpoczął studia na Wydziale Matematyki Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. W latach 1949-1955 studiował na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej, 1955-1958 w PWSSP we Wrocławiu pod kierunkiem Eugeniusza Gepperta. W latach 1957 – 1969 pracował w Miastoprojekt jako projektant. Od 1967 do 971 roku był wykładowcą PWSSP, od roku 1973 st. wykładowcą. W 1976 roku został docentem, a w 1984 i w latach 1992-1999 rektorem tej uczelni. Otrzymał również tytuł profesora zwyczajnego.

Zrealizował wiele projektów architektonicznych – szczególnie w powojennym Wrocławiu. Miał też wiele wystaw malarskich. Jego obrazy znajdują się w kolekcjach muzealnych i prywatnych na całym świecie, m. in. w Muzeum Narodowym w Warszawie, Szczecinie i Wrocławiu, Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Kopernika w Toruniu,  jak również we francuskiej Fundacji  w Vence czy paryskiej Galerii Regas Langroris. Mieszka i pracuje we Wrocławiu. (informacje ze strony mia Art Gallery).

Wywiad ukazał się na portalu Kulturaonline w październiku 2016 roku.

wtorek, 7 września 2021

Konrad Jarodzki WTC 9/11 - wystawa towarzysząca koncertowi "9/11: In memoriam" w Narodowym Forum Muzyki

11 września w Narodowym Forum Muzyki, w rocznicę tragicznych wydarzeń ataku na WTC, zostanie zaprezentowana wystawa prac Konrada Jarodzkiego - profesora i wieloletniego rektora Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, malarza i architekta. Wystawa towarzysząca koncertowi "9/11: In memoriam". Początek o godzinie 11.00.

Konrad Jarodzki, Początek, ze strony internetowej Artysty

Konrad Jarodzki - architekt, artysta malarz

Urodził się w 1927 roku w Zaklikowie. Malarz i rysownik, członek „Grupy Wrocławskiej”.

Ukończył Gimnazjum i Liceum im. Kunickiego w Lublinie, po czym rozpoczął studia na Wydziale Matematyki Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. W latach 1949-1955 studiował na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej, 1955-1958 w PWSSP we Wrocławiu pod kierunkiem Eugeniusza Gepperta. W latach 1957 – 1969 pracował w Miastoprojekt jako projektant. Od 1967 do 971 roku był wykładowcą PWSSP, od roku 1973 st. wykładowcą. W 1976 roku został docentem, a w 1984 i w latach 1992-1999 rektorem tej uczelni. Otrzymał również tytuł profesora zwyczajnego.

Zrealizował wiele projektów architektonicznych – szczególnie w powojennym Wrocławiu. Miał też wiele wystaw malarskich. Jego obrazy znajdują się w kolekcjach muzealnych i prywatnych na całym świecie, m. in. w Muzeum Narodowym w Warszawie, Szczecinie i Wrocławiu, Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Kopernika w Toruniu,  jak również we francuskiej Fundacji  w Vence czy paryskiej Galerii Regas Langroris. Mieszka i pracuje we Wrocławiu. (informacje ze strony mia Art Gallery).

19 września 2013 roku w Nowym Jorku odbył się wernisaż wystawy Konrada Jarodzkiego. W prestiżowej galerii na Manhattanie zaprezentowano wówczas ok. pięćdziesiąt jego prac. Tam też miał swoją nowojorską premierę najważniejszy cykl artysty poświęcony zamachowi na World Trade Center 11 września 2001 r.

W 20 rocznicę tragicznych wydarzeniach w Nowym Jorku w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu zostanie zaprezentowanych dziewięć wybranych prac z tego cyklu. (inf. ze strony NFM)

informacja prasowa

Wywiad z prof. Konradem Jarodzkim znajdziecie TUTAJ.




środa, 27 marca 2019

Konrad Jarodzki: "Pośród" - wystawa w nowej siedzibie Mia Art Gallery

Mia Art Gallery zaprasza do nowej siedziby przy Placu Solnym 11 na wystawę prac Konrada Jarodzkiego malarza i architekta, jednego z najważniejszych artystów wrocławskiego świata sztuki współczesnej, związanego przez lata z Państwową Wyższą Szkołą Sztuk Plastycznych (obecnie ASP) we Wrocławiu, jej wieloletniego Profesora i Rektora, członka „Grupy Wrocławskiej”, twórcy Archicomu.




"Malarstwo Konrada Jarodzkiego zrodzone jest z malarstwa. Pozostaje jednym z niezbyt licznych przykładów sztuki powstałej z techniki, którą artysta uznał za najbardziej naturalną, czy może wręcz za jemu przypisaną. Koliste i posuwiste ruchy pędzla w gęstej farbie oraz powstające w ich wyniku smugi i kolorystyczne przejścia w nieunikniony sposób przywołują na myśl formy organiczne. Owszem, jednak nie znaliśmy ich wcześniej, nie widzieliśmy nigdy podobnych do nich, a zarazem odczuwamy je i odczytujemy jako naturalne. To chyba największy sukces malarskiego procederu Jarodzkiego, który własne, tworzone na bieżąco w ścianach pracowni formy, nie istniejące wcześniej, objawia światu jako naturalne i odwieczne. Dość niezwykły pozostaje fakt, że Jarodzki czyniąc niewiele w sferze malarskich rozwiązań, uruchamia tak wielkie pokłady naszej wyobraźni i potrzeby poszukiwania nowych sensów. Piszący prześcigają się wprost w dopisywaniu kolejnych znaczeń tym kompozycjom. Jest to dość naturalna tendencja ludzka, by nienazwane nazywać. A gruncie rzeczy powinniśmy przy tym niepoznawalnym pozostać. W ostatnich malarskich dziełach Jarodzki zastosował tą swoją technikę do innych rozwiązań, tym razem już nie abstrakcyjnych, a przedstawiających. Zjawiła się seria liter, pojawiły się portrety, ptaki na śniegu, a wreszcie najpoważniejszy malarski zamiar malarza, czyli seria w hołdzie World Trade Center, w której dość nieoczekiwanie okazało się, że sprawdza się ona również w realizacji konkretnych wyobrażeń i to tak mocno naładowanych dramatyzmem."

/ Bogusław Deptuła /


KONRAD JARODZKI – POŚRÓD

kurator: Bogusław Deptuła

wernisaż: 5 kwietnia, godz. 19.00


mia ART GALLERY / Plac Solny 11, Wrocław

informacja prasowa

poniedziałek, 16 maja 2022

Nowy tydzień z 19 Millennium Docs Againts Gravity we Wrocławiu! Czego nie przegapić podczas najbliższych dwóch dni?

Zaczynamy nowy tydzień z 19 edycją Millennium Docs Againts Gravity w Dolnośląskim Centrum Filmowym! Przed nami dalsze pokazy, dyskusje i wydarzenia specjalne. „Krowa”, „Kiedyś byliśmy dzieciakami”, „Misja: szczęście” i „Na ratunek”. Czego nie można przegapić w najbliższych dniach?

PONIEDZIAŁEK 16 MAJA

Film i spotkanie: „Ren płynie do Morza Śródziemnego”, reż. Offer Avnon, sala Lalka, 18:00

Reżyser filmu mieszkał w Niemczech osiem lat, biorąc aktywnie udział w życiu artystycznym. Mógł starać się o obywatelstwo, ale żeby je otrzymać, musiałby zrzec się obywatelstwa izraelskiego. Nie zdecydował się na to i wkrótce wrócił do Izraela. Film w impresyjnej formie łączy wrażenia z pobytu w Niemczech i w Polsce z rozmowami z ojcem w Izraelu. Ukazuje wciąż żywe traumy, mechanizmy wyparcia i próby pogodzenia się ze swoim życiem. 


Spotkanie po filmie: rozmowa z reżyserem, Offerem Avnonem

Urodził się w 1970 roku w Hajfie, w Izraelu. Studiował aktorstwo w Nissan Nativ Acting Studio w Jerozolimie oraz projektowanie komunikacji wizualnej w Holon Institute of Technology. Uczestniczył w rocznym programie na Wydziale Filmowym i Telewizyjnym Uniwersytetu w Tel Awiwie. Przez dziesięć lat mieszkał w Kolonii, w Niemczech. Na przestrzeni lat realizował projekty teatralne i instalacje uliczne, tworzył krótkie filmy wideo i fotografie.

Spotkanie po filmie: rozmowa z operatorką, Magdaleną Kowalczyk

Pracuje w branży filmowej od ponad 15 lat, ostatnie osiem w Wielkiej Brytanii. Ukończyła wydział operatorski PWSFTviT w Łodzi w 2010 roku. Jest autorką zdjęć do „Krowy” – miała znaczący wpływ na ostateczną postać tego filmu. Kowalczyk została za niego nominowana do Nagrody Niezależnego Kina Brytyjskiego (BIFA).

Dyskusyjny Klub Filmowy „Centrum”. Prelekcja przed pokazem filmu „Kiedyś byliśmy dzieciakami”, sala Lwów, 19:00

„Uwaga! Dzieciaki” – to temat majowego cyklu pokazów w Dyskusyjnym Klubie Filmowym „Centrum”. Nawiązując do tytułu legendarnego filmu Larry’ego Clarka „Kids” (1995), w ramach coponiedziałkowych spotkań w Dolnośląskim Centrum Filmowym oglądać będziemy filmy poświęcone problemom młodych ludzi. Przyjrzymy się ich trudnemu wchodzeniu w dorosłość oraz cienkiej granicy między próbami wybicia się na niezależność a wciąż byciu istotą bardzo kruchą. Tematykę tę bada też film „Kiedyś byliśmy dzieciakami” – reżyser Eddie Martin wraca w nim  do „Kids” i sprawdza, co stało się z bohaterami kultowego obrazu lat 90., żywiącego się i i eksploatującego młodość swoich bohaterów. Jak potoczyło się życie dzieciaków, które zagrały dzieciaki? Czy wykorzystały swoją szansę, czy może same zostały wykorzystane?

Film: „Anioły z Sindżaru”, reż. Hanna Polak, sala Lwów, 14:30

Hanifa i Saeed przeżyli piekło, które ISIS zgotował Jezydom, mniejszości religijnej i etnicznej zamieszkującej rejon Sindżar w północnym Iraku. Ciężko ranny Saeed wyczołguje się z masowego grobu, zanim bojownicy ISIS zdążą pogrzebać ofiary masakry - wśród nich większość jego bliskich. Hanifie udaje się uniknąć porwania, ale jej pięć młodszych sióstr zostaje zniewolonych przez Państwo Islamskie. Aby dotrzymać obietnicy danej umierającemu ojcu, Hanifa podejmuje się heroicznej, śmiertelnie niebezpiecznej misji, której celem jest odnalezienie sióstr i sprowadzenie ich do domu.

WTOREK 17 MAJA

Film i warsztaty: „Misja: szczęście”, reż. Louie Psihoyos, Peggy Callahan, sala Lalka, 17:00

Poruszający film zainspirowany bestsellerową pozycją „The Book of Joy”. Ukazuje spotkania dwóch wielkich myślicieli uhonorowanych Pokojową Nagrodą Nobla, które w efekcie doprowadziły do powstania tej znanej książki. Dalajlama i Desmond Tutu zetknęli się kilkakrotnie.

Twórcy filmu skupiają się na ostatnim spotkaniu w Dharamsali w Indiach. Obydwaj nazywali siebie „uszczypliwymi braćmi” i pokazywali, jak zachować pozytywne nastawienie do siebie w świecie, który nie skłania do optymizmu. Szczery uśmiech, oparcie się na nauce i wzajemny szacunek to podstawa dla tych dwóch wybitnych moralnych autorytetów, uczących nas, jak żyć w coraz bardziej niespokojnym świecie.

Prowadzenie: Katarzyna Kucharska (Akademia Przyjemności) 

Udział w warsztatach jest bezpłatny (liczba miejsc ograniczona)

Zapisy: docsag.wroclaw@gmail.com

Warsztaty jogi śmiechu w Parku Staromiejskim po pokazie „Misji: szczęście”, ok. 18:30


Kontakt z drugim człowiekiem pozwala wyjść ze skorupki, przełamać lody, rozmawiać. Gelotologia, czyli dziedzina badań nad śmiechem, udowodniła jego pozytywny wpływ na zdrowie: zarówno na umysł, jak i ciało oraz zachowania społeczne. Udowadniają to także bohaterowie filmu – Dalajlama i Desmond Tutu. Dlatego po projekcji filmu „Misja: szczęście” za pomocą jogi śmiechu spróbujemy obudzić w sobie radość niezależną od czynników zewnętrznych. Metoda ta, praktykowana w ponad 70 krajach świata, przynosi świetne efekty w rozwijaniu poczucia wewnętrznego szczęścia.

Film i prelekcja: „W absolutnej ciszy”, reż. Łukasz Śródka, sala Lalka, 19:00

W listopadzie zeszłego roku zmarł Konrad Jarodzki – niezwykły artysta, którego sztuka była jedną z wizytówek Wrocławia. Jarodzki był też gościem spotkania podczas 15. edycji Millennium Docs Against Gravity Festival, kiedy to – dokładnie 4 lata temu – premierę miał poświęcony mu obraz „W absolutnej ciszy”. Film o jakże typowej dla Jarodzkiego dialektyce ciszy i hałasu, zapomnienia i sławy, introwertyczności i ekstrawertyczności, romantycznej i pozytywistycznej wizji artysty, potędze emocji i potędze rozumu. W tym roku przypomnimy go, by oddać hołd artyście, a specjalny seans in memoriam zapowie Joanna Sokołowska – kuratorka wystawy „Happy The End. Konrad Jarodzki”.

Prelekcja: Joanna Sokołowska – historyczka sztuki, kuratorka


Film i spotkanie: „Młody Platon”, reż. Neasa Ní Chianáin, Declan McGrath, sala Lwów, 18:00

Pan McArevey jest natchnionym dyrektorem katolickiej szkoły dla chłopców w jednej z najbardziej niebezpiecznych dzielnic w Belfaście, w Północnej Irlandii. Kocha Elvisa Presleya i uczy swoich podopiecznych jak docierać do własnych uczuć, gdy konfrontują się z 30-letnim konfliktem, którego krwawe i traumatyczne żniwo zostało zebrane na ulicach ich dzielnicy, często z udziałem ich rodziców.

Filmoterapia z Sensem: Odwaga i pojednanie

Czy możliwy jest dialog w bardzo trudnych sytuacjach i skonfliktowanych społecznościach? Jak pracować z dziećmi i młodzieżą, którzy wychowują się w miejscach, gdzie wrogość rosła od wielu dziesięcioleci wraz z kolejnymi pokoleniami, stając się istotną częścią ich tożsamości? Wieloletnie doświadczenie Fundacji „Krzyżowa” dla Porozumienia Europejskiego pokazuje, że wykroczenie poza własne uprzedzenia i ograniczenia jest możliwe,  co pozwala na przezwyciężenie sporów i podziałów. 

Gościni: Anna Kudarewska – edukatorka, dyrektorka ds. programowych w Fundacji „Krzyżowa” dla Porozumienia Europejskiego, która organizuje m.in. wymiany młodzieżowe (głównie polsko-niemieckie) oraz realizuje projekty z obszaru pojednania i dialogu. Kierowniczka Międzynarodowego Domu Spotkań Młodzieży.

Prowadzenie: Martyna Stec

Film: „Na ratunek”, reż. Jimmy Chin, Elizabeth Chai Vasarhelyi

Film przedstawia historię ekspedycji, mającej uratować 12 chłopców-piłkarzy i ich trenera, którzy utknęli w zalanej jaskini w północnej Tajlandii. Akcję śledził w 2018 roku cały świat. Wciągnięto w nią amerykańskich i tajskich komandosów, ale dopiero pojawienie się  specjalistów od nurkowania jaskiniowego z Wielkiej Brytanii dało szansę na uratowanie zaginionych. Oglądamy jedną z najbardziej niebezpiecznych i fascynujących akcji ratunkowych naszych czasów.

Wrocławska edycja festiwalu Millennium Docs Against Gravity odbywa się w dniach 13-22 maja w Dolnośląskim Centrum Filmowym. Od 24 maja do 5 czerwca odbędzie się część online na stronie mdag.pl. Mecenasem tytularnym festiwalu jest Bank Millennium (www.bankmillennium.pl).

informacja prasowa

środa, 27 listopada 2024

Mariusz Mikołajek o sztuce jako o zastępczym obszarze łaski /wywiad/

Ubecja "aresztowała" jego prace dyplomowe, a tworzenie w trudnych czasach stanu wojennego stało się drogą do wiary. Swoje projekty realizował także w dialogu z ludźmi różnych środowisk: w Monarze, więzieniu, domu dziecka, na  zaniedbanych wrocławskich podwórkach... Rozmawiam z artystą malarzem - Mariuszem Mikołajkiem, którego wystawa "Poszukiwanie nadziei" zostanie otwarta 27 listopada 2024 w Katedrze św. Jana Chrzciciela we Wrocławiu.

Mariusz Mikołajek w swojej pracowni, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Barbara Lekarczyk-Cisek:  Niebawem zostanie otwarta Pańska retrospektywna wystawa "Poszukiwanie nadziei" i to w miejscu tyleż nieoczywistym, co szczególnym – w Archikatedrze wrocławskiej.  Jednocześnie jest to wydarzenie symboliczne, jeśli się zważy, że 40 lat temu prezentował Pan swój dyplom w pobliskiej Kolegiacie Świętego Krzyża… 

Mariusz Mikołajek: To mnie niesamowicie porusza, gdy pomyślę, że 40 lat temu, dokładnie 29 listopada 1984 roku,  otwierałem wystawę w Kościele Świętego Krzyża na Ostrowie Tumskim, a po latach będę prezentował kolejną, tym razem w Katedrze. Znajdą się na niej także dwa obrazy z tamtej dyplomowej wystawy: „Ukrzyżowanie” i  „Zstąpienie”.

Od początku usiłuje Pan pokazać za pomocą płótna i farb to, co duchowe i niematerialne. Na ile jest to sprawą intelektu, świadomości, a na ile – czegoś nieuchwytnego, co dawniej nazywano natchnieniem? 

Myślę, że u każdego jest inaczej, ale tak jak w całej sztuce, jedno wynika z drugiego, jednak czasami musi upłynąć wiele lat, abyśmy to dostrzegli. I jest to fantastyczne w kulturze i sztuce, a jednocześnie przypomina życie każdego człowieka. To, co wynika z naszego doświadczenia, nie musi być od razu widoczne, ale nakładają się na nie inne, mniejsze doświadczenia i przychodzi taki moment, że nagle stają się naszą pewnością, mądrością, czymś szczególnie wartościowym.  Mój ojciec [mowa o Tadeuszu Mikołajsku – prozaiku i dziennikarzu] napisał sporo książek, a ja je przeczytałem, gdy byłem chory, ale swoją wiedzę o świecie czerpię nie tyle z książek, co z doświadczenia. 

Doświadczenie czerpiemy z relacji z innymi ludźmi. Czy Pańska relacja z profesorem Konradem Jarodzkim, do którego pracowni trafił Pan na studiach i zrobił u niego dyplom, miała charakter uczeń – mistrz?

Było  inaczej, bo idąc na studia do Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych [obecnie: Akademia Sztuk Pięknych] we Wrocławiu nie musiałem siebie przekonywać o tym, że chcę malować, bo już o tym wiedziałem. Dzięki mamie zachowały się moje rysunki z dzieciństwa, co dowodzi, że malowałem „od zawsze”. To w dużej mierze wpływ rodziny: ojciec pisał powieści, matka śpiewała w operetce, pisała wiersze i miała talent artystyczny. Rozumieli moje potrzeby i stwarzali mi możliwości do ich rozwijania.  A że jako dziecko byłem chorowity, dużo czasu spędzałem w domu i rysowałem, a także malowałem. Przyjacielem domu był Jerzy Rosołowicz [malarz, konceptualista] i to właśnie on namówił rodziców, abym zdawał do liceum plastycznego, gdzie potem zostałem jego uczniem i bardzo dużo się od niego nauczyłem. Zwracał uwagę na kompozycję, kształt, formę, co jest przecież podstawą wszystkiego i decyduje o sile przekazu. 

Po liceum trafił Pan na studia. Jaka była wówczas atmosfera tej uczelni? Czy była enklawą wolności?

Tak, mogliśmy się realizować w różnych dziedzinach, mieliśmy wtedy czas dużej wolności. Był początek lat 80., kiedy stanąłem na czele strajku, a strajkowała prawie cała uczelnia. Kiedy ogłoszono stan wojenny, zostaliśmy na uczelni jeszcze dobę, a potem rozeszliśmy się, bo i tak by nas spacyfikowano. Zaczął się czas kolportowania ulotek, robienia grafik czy plakatów na demonstracje uliczne. Zajęcia w Wyższej Szkole Sztuk Pięknych przywrócono 2-3 miesiące później niż na innych uczelniach. Wynikało to m. in. stąd, że większość profesorów, w tym Konrad, Jarodzki, została internowana. Mnie nie internowano, co było dość dziwne zważywszy, że stałem na czele strajku. Kiedy byłem wzywany na przesłuchania, proponowano mi współpracę, ale oczywiście odmawiałem. Jednak gdy wróciłem na studia w marcu 1982 roku, słyszałem zewsząd głosy, że jestem ubekiem.  Musiałem coś z tym zrobić, więc podczas przymusowej pogadanki jakiegoś pułkownika SB na temat stanu wojennego, wstałem i zbluzgałem gościa potokiem słów nieparlamentarnych, po czym ostentacyjnie wyszedłem. Na drugi dzień zostałem wezwany do rektora i kazano mi oddać indeks. Wówczas mocno zadziałali profesorowie: Konrad Jarodzki i Piotr Jędrzejewski, którzy najpierw doprowadzili do tego, że mnie nie wyrzucono, tylko zawieszono w prawach studenta. Dzięki temu miałem wolny czas, pojechałem na wieś i malowałem obrazy. Utrzymywałem kontakt z Konradem, który w pewnym momencie zwrócił się do mnie z propozycją, abym przeprosił za tamten incydent, a wówczas on spróbuje przywrócić mnie na studia. Z początku oponowałem, ale przekonał mnie, że użyłem wówczas wulgarnego słownictwa i za to powinienem przeprosić. W końcu dałem się przekonać, szczególnie, że ochłonąłem, a poza tym w moim życiu zaczęły się wtedy dziać sprawy związane z wiarą. Zacząłem malować sceny z ludźmi w zamkniętych pomieszczeniach, które waliły się i pozostawały po nich krzyże, bo z konstrukcji zachowały się  tylko piony i poziomy. Zacząłem też czytać Pismo Święte, znalezione u Marka Czechowskiego, z którym wspólnie hodowaliśmy w jego domu marihuanę. Nie wiadomo, skąd się u niego wzięła ta księga, bo z pewnością jej nie czytał.  Pod wpływem lektury Biblii było mi łatwiej przeprosić, przede wszystkim moją żonę, z którą byliśmy wtedy daleko od siebie. 

To, że Konrad pomyślał o moim życiu, uznał, że ważne byłoby, abym jednak skończył studia i że starał się o to, okazało się dla mnie zbawienne. Nie chciałem jednak wracać do szkoły, więc poprosiłem Konrada o indywidualny tok studiów. I tak się stało. Na uczelnię odtąd wpadałem, zaliczałem różne przedmioty i tyle mnie widzieli. I tak zaliczyłem III i IV w przeciągu jednego roku. Na V nie było już zajęć, tylko przygotowanie dyplomu.

Jak powstawał ten Pański dyplom?

Zamknąłem się w Komarnie koło Jeleniej Góry, gdzie miałem pilnować koni mojego kumpla – właściciela gospodarstwa, na co chętnie przystałem. Pilnowałem i malowałem obrazy na płytach pilśniowych, których było tam dużo. Wtedy po raz pierwszy, pod wpływem Pisma Świętego, namalowałem Ukrzyżowanie: tego łotra, który uwierzył, tego, który się sprzeciwił i samego Jezusa, w którego wówczas jeszcze nie wierzyłem. Złego łotra namalowałem w tydzień, dobrego – w miesiąc, ale nie wiedziałem, jak mam namalować Jezusa. Próbowałem na różne sposoby, a używałem oprócz farb akrylowych takich środków jak azotan srebra, po czym wypalałem palnikami, dzięki czemu uzyskiwałem wspaniałe kolory: złoto, srebro itd. Jezusa nadal nie umiałem namalować, ale powstawały równolegle inne prace. Postanowiłem zrobić z nich wystawę, a ponieważ na każdym z moich obrazów był krzyż, pomyślałem, że najlepszym miejscem byłby Kościół Świętego Krzyża, który wtedy nie pełnił funkcji parafialnego. Siostry elżbietanki, które się nim opiekowały, od razu wyraziły zgodę. Kiedy dziś o tym myślę, to widzę w tym potężną odwagę młodego człowieka, wyobraźnię i to, co sztuce zawsze musi towarzyszyć – ryzyko, którego wówczas jako młody człowiek nie dostrzegałem. W tamtym czasie wystawa dyplomowa w kościele?!  Uważam, że istotą drogi twórczej jest umiejętność nieustannego podejmowania ryzyka. Dotyczy to zresztą także samego życia. Tamten czas był przecież także ryzykowny, żyliśmy w opresji, a przecież człowiek jest stworzony do wolności.

Zastanawiam się, jak przewiózł Pan te obrazy z Komarnej do Wrocławia…

Obrazy wiozłem koleją, więc poprosiłem Marka Czechowskiego o pomoc w ich wyładowaniu i dowiezieniu na Ostrów Tumski. Przyjechałem do Wrocławia ok. 3.00 w nocy z paczkami zawierającymi 20 obrazów na płytach pilśniowych, nie mając pomysłu, jak je przetransportować dalej. Był rok 1984, trwał jeszcze stan wojenny, choć niby "zawieszony", ale nadal na ulicach były patrole Poprosiłem kolejarzy o wózek, tłumacząc, że muszę zawieźć obrazy do kościoła. Nie robili problemów, tylko prosili, abym odwiózł  go z powrotem. Takie to były czasy… Dziś to nie do pomyślenia! Potem zapakowaliśmy obrazy na wózek i ciągnęli go aż na Ostrów Tumski. Po drodze nie spotkaliśmy ani jednego patrolu… Nie spotkaliśmy żywej duszy, jakby Bóg torował nam drogę. Wczesnym świtem zapukałem do sióstr i otrzymałem pęk kluczy, w tym jeden ogromny od bramy głównej kościoła. 

A jak wyglądała aranżacja wystawy w tym nietypowym miejscu?

Najpierw weszliśmy do górnego kościoła i obaj z Markiem padliśmy na kolana, choć nie byliśmy wierzący. Tak na nas podziałała wspaniała gotycka przestrzeń ciemnego jeszcze kościoła. Potem zaczęliśmy znosić obrazy i ustawiać je pod ścianami. Skończyliśmy, gdy przez witraże wpadły do wnętrza pierwsze promienie światła. Wtedy ogarnęły mnie wątpliwości, czy dobrze zrobiłem decydując się na wystawę w takim wnętrzu. Małe obrazy na tle potężnej ściany wyglądały fatalnie. Zdawało mi się w tamtym momencie, że to totalna klęska. Postanowiłem się przespać i odpocząć. Wróciłem po kilku godzinach i zaczęliśmy z kolegami wieszać obrazy. Wyszukiwałem dla nich miejsca i nagle te obrazy zaczęły zagarniać przestrzeń dla siebie. Kiedy jako ostatni powiesiłem tryptyk „Ukrzyżowanie”, z niedokończoną postacią Chrystusa, to na drugi dzień światło tak zaczęło przemieniać Jego postać, że przepięknie namalował się sam: srebrno-złoty, w trzech postaciach i przecinał otaczający Go ludzki znój. Było to Ukrzyżowanie, które stało się jednocześnie Wstąpieniem do nieba. Do dziś pamiętam tę chwilę i uczucia – jako niewierzący człowiek byłem wtedy szczęśliwy, że ten obraz sam się namalował i że mogę być z tego zadowolony. Wystawa trwała trzy tygodnie i On zaczął w ostatnim tygodniu umierać. Na koniec sczerniał, a ja nie umiałem tego procesu zatrzymać. Pod wpływem światła azotan srebra gasł coraz bardziej, zostały tylko srebrne refleksy wokół Chrystusa.  Potem ubecja „aresztowała” moje prace i próbowano unieważnić mój dyplom, ale wtedy profesor Jarodzki i inni wybronili mnie zeznając, że obroniłem dyplom nie w kościele, lecz na uczelni. A w następnym roku zostałem za tę wystawę wyróżniony honorową nagrodą Komisarza na Ogólnopolskiej Wystawie Młodych „Droga i Prawda”, w tym samym kościele…

Mariusz Mikołajek, tryptyk "Ukrzyżowanie", płyta pilśniowa, 370x200, 1984.
skan publikacji Mariusz Mikołajek: "Malarstwo jako źródło"

Ile ja się nauczyłem podejmując to ryzyko! Ile mi dało pewności! 

Po tej nastąpiły następne wystawy, indywidualne i zbiorowe. Czym one były dla Pana?

Doszedłem do wniosku, że wystawy indywidualne rozwijają mnie jako artystę, więc na początku nie brałem udziału w zbiorowych, tylko co pewien czas  robiłem  wystawy indywidualne. Jednak przygotowanie takiej wystawy wymaga wielu zabiegów:  zadbania o odpowiednie kontakty, o to, aby ją dobrze opisano itd. Teraz, z perspektywy czasu i doświadczeń, patrzę na to inaczej. Uważam, że to wspólne wystawy budują pozycję artysty w środowisku, nie są też tak wymagające organizacyjnie jak indywidualne. Ostatnią dużą wystawę miałem w 2013 roku we wrocławskim BWA i była to wystawa znakomita, prezentująca nie tylko malarstwo, ale także wideo i instalację „Pleśnienie”. Jednakże od tego czasu jestem sporadycznie zapraszany na wystawy zbiorowe. Nałożyły się na to również sprawy ideologiczne, które w obrzydliwy sposób opanowały sztukę. Za swoją wolność i niezależność musiałem zapłacić wysoką cenę. Zdawałem sobie z tego sprawę od samego początku – na tym też polega to ryzyko, o którym mówiłem wcześniej. Pieniądze są ważne, ale nigdy nie będą dla mnie najważniejsze. 

Wystawa BWA, Wrocław 2013, skan publikacji Mariusz Mikołajek: "Malarstwo jako źródło"

Jest Pan człowiekiem wierzącym i ma to przełożenie na Pańską twórczość: „Ukrzyżowanie”, „Pieta”, „Złożenie do Grobu”, „Apokalipsa”… Podejmując tematy starych mistrzów nadaje im Pan jednak współczesną formę, a przede wszystkim nasyca osobistą treścią. 

Wiara jest nierozerwalnie związana z moją drogą twórczą. Łaski wiary doświadczyłem w 1985 roku, kiedy wiozłem do Warszawy tryptyk poświęcony ks. Jerzemu Popiełuszce. Były to trzy duże linoryty, które robiłem słuchając w Radiu Wolna Europa o porwaniu księdza, a później o odnalezieniu Jego ciała. Nie komentowałem tych wydarzeń, ale kiedy ukończyłem prace, zrozumiałem, co zrobiłem. Szczególnie środkowa grafika nawiązywała do tego, co się stało – mówiła o bólu, o dramacie osobistym, ale też narodowym. W kościele na Żoliborzu powiedziano mi, abym zawiózł te prace do Muzeum Archidiecezjalnego. Bardzo dużo się wtedy modliłem i kiedy tak klęczałem w kościele, zauważyła mnie znana warszawska artystka Maria Anto. Podeszła do mnie i zapytała, skąd jestem i czy mam gdzie spać.  Odpowiedziałem, że nie, ale że zamierzam spędzić noc na modlitwie (byłem wtedy gorliwym neofitą). W rezultacie zaprosiła mnie do swego domu, a następnego dnia udałem się z grafikami do muzeum.

Mariusz Mikołajek, Świętej pamięci księdzu Jerzemu Popiełuszce
(tryptyk, część środkowa), linoryt 1984, fot. Marcin Kucewicz

Nie zamyka się wyłącznie w swojej pracowni, ale tworzy też projekty w dialogu z ludźmi rozmaitych środowisk. Już w 1991 roku zaprezentował Pan wystawę „Popatrz Kiedy Przechodzisz… Popatrz Każdy Przechodzi…” w hali Dworca Głównego we Wrocławiu. Mam także na myśli działania w miejscach tak nietypowych, jak wrocławskie podwórka czy więzienia…

Myślę, że to pragnienie dzielenia się swoją sztuką wynika z wiary. Taką pierwszą próbą była wystawa, którą przygotowałem wraz z z Christosem Mandziosem, Czesławem Chwiszczukiem i Zbigniewem Milem na Dworcu Głównym we Wrocławiu. Była to niezwykła wystawa, którą zrobiliśmy w miejscu, gdzie spali i żyli bezdomni. Początkowo atakowali te obrazy, bo bali się, że zabierzemy im miejsce, w którym żyli, ale już po wernisażu, którego głównym elementem był chleb, zmienili zdanie. Christos chciał upiec chleb w kształcie człowieka. Wyperswadowałem mu, aby nie robił metalowej konstrukcji dla trwałości tego wypieku, bo przeczuwałem, że chleb będzie chlebem po prostu. I tak się stało! Kiedy przynieśliśmy go z piekarni, położyliśmy na stole, którego wierzch posypaliśmy ziemią, bo człowiek musiał być z ziemi, jak w przekazie biblijnym. Potem zaczął się wernisaż: przy dźwiękach orkiestry dętej weszło mnóstwo ludzi, a my wnieśliśmy z komisariatu policji, gdzie był przechowywany, chleb w kształcie dwumetrowego człowieka. Pani Elżbieta Sitek utrwaliła wernisaż na filmie i do dziś ten widok jest przejmujący, bo pokazuje, czym może być sztuka. Dziś w pełni to rozumiem, że sztuka jest takim obszarem, w którym możemy się spotkać i stworzyć coś większego – dla nas samych i dla innych. To „coś” może dotyczyć  naszych wewnętrznych doświadczeń, ale także przestrzeni. My przez swoje działanie przemieniliśmy hol dworca  w atelier, ale też stworzyliśmy miejsce, gdzie można wspólnie jeść chleb.  

Wystawa "Popatrz Kiedy Przechodzisz... Popatrz Każdy Przechodzi, Dworzec Główny
we Wrocławiu, 1992

Podobne działania podejmował Pan także w więzieniu, w Monarze, w domach dziecka…

Tak, po wielu latach zaproponowałem Christosowi, żeby wejść w działania, które nazwałem „Na styku”. Zrobiliśmy wtedy „Na styku nieba i ziemi” w domu dziecka, „Na styku ze sobą” w Monarze, „Na styku z wolnością” w więzieniu – konkretne działania, które pokazywały, jak w jednym momencie to, co proponujesz ludziom, na początku jest „obciachem”, a potem staje się ich własnością.  Na przykład w więzieniu mieliśmy do czynienia z około setką więźniów skazanych za rozboje i zabójstwa, gdzie najniższy wyrok wynosił 13 lat. Byliśmy dla nich ludźmi z innego świata, a jednak – co zostało utrwalone na filmie – po kilkunastu minutach ta bariera rozpadła się. Nie było już ich świata, naszego świata, ale świat Bożej łaski, która jest w stanie wszystko przemienić.  I tym jest sztuka. Nazwałem ją zastępczym obszarem łaski. Mam świadomość, że nie wszyscy ludzie wierzą, ale Bóg dał nam kulturę po to, abyśmy nie zapominali o człowieczeństwie, o własnej wrażliwości, bo tylko przez wrażliwość tworzy się sztukę. Przez wrażliwość również się ją odbiera. 

Na Styku Nieba i Ziemi, Dom Dziecka nr 5, F. Chopina 9a, we Wrocławiu,
fot. Mirosław Koch, 2000

Wpisuje się w to również znakomicie projekt dotyczący podwórek, które kojarzą się nam – a w każdym razie długo się kojarzyły – z miejscami brzydkimi i zaniedbanymi – niczyimi.

Wchodząc w ten projekt miałem za sobą wiele ważnych doświadczeń. Działania „Na styku” nie miały charakteru jednostkowego, np. przez kilka lat prowadziłem pracownię założoną w Monarze i jeździłem z ludźmi na plenery. Mogłem dzięki temu obserwować skutki działania sztuki w dłuższej perspektywie. Mając takie doświadczenie podjąłem propozycję dyrektora Wydziału Kultury we Wrocławiu, Jarka Brody, aby w ramach rewitalizacji Nadodrza, wejść ze swoimi działaniami na tamtejsze podwórka. I tak w 2012 roku wraz z Witoldem Liszkowskim i synem Janem Mikołajkiem stworzyłem Fundację OK. Art., która działa głównie na terenie rewitalizowanej dzielnicy Nadodrze. Wynikiem tej działalności są m.in. dwa powszechnie odwiedzane nadodrzańskie murale przy ul. Roosevelta: „Podwórko odkrywanie sztuki” i „Podwórko nasze atelier”. Na początku była chęć i – znowu! – potrzeba zmierzenia się z ryzykiem. Dla mnie najbardziej inspirujące jest to, że sztuka może powoływać do życia coś z niczego. Te podwórka były strasznie zaniedbane – to było miejsce okupowane przez narkomanów, pijaków i szczury. Myśmy to posprzątali, umyli i pomalowali. Ci, którzy pili, z czasem zaczęli nam pomagać. W końcu wszyscy mieszkańcy zaczęli brać w tym udział. I nagle dwie zdegradowane przestrzenie, gdzie można było tylko dać sobie w żyłę lub dostać w mordę, zmieniły się nie do poznania i dziś odwiedzają je ludzie z całego świata. A podwórka nadal są piękne, nikt tego nie niszczy, bo ludzie sami chronią swoją pracę. 

Bardzo Panu dziękuję za te refleksje na temat drogi, którą Pan przeszedł, tworząc sztukę nie tylko dla siebie, ale zagarniając nią ludzi z tak różnych środowisk. Jestem pełna uznania i życzę kolejnych twórczych wyzwań i satysfakcji z przygotowywanej właśnie wystawy.


Wystawa „Poszukiwanie Nadziei”. Malarstwo 1983 – 2024 Mariusz Mikołajek
Otwarcie wystawy w przedsionku Katedry Wrocławskiej – w piątek, 29 listopada 2024 o godz. 17.00

Spotkanie z autorem oraz poczęstunek – w  Auli Papieskiej (Plac Katedralny 1A), po obejrzeniu ekspozycji. 
Patronat nad wystawą: Abp Józef Kupny


środa, 19 lutego 2020

Spotkania: Kraków - Wrocław - Łódź. Nowa wystawa w mia Art Gallery

W przestrzeni mia ART GALLERY dochodzi do nieoczywistego międzypokoleniowego i międzyśrodowiskowego spotkania artystów o bardzo różnych metrykach i korzeniach, artystycznych światopoglądach i technicznych preferencjach. Od 19 do 28 lutego 2020 r. możemy oglądać prace znanych artystów.


Klasyków polskiej nowoczesności reprezentują Hanna Krzetuska, Józef Hałas, Konrad Jarodzki, Adam Marczyński, Antoni Mazurkiewicz, Jerzy Nowosielski czy Antoni Starczewski. Do tego grona bez wątpienia można również zaliczyć Andrzeja Gieragę, który choć nie w bezpośredni i instytucjonalny sposób,  może zostać uznany za poprzednika poszukiwań Urszuli Madery, reprezentującej najmłodsze pokolenie artystów.

Jej nauczyciel z wrocławskiej ASP Łukasz Huculak, posługuje się zupełnie odmienną stylistyką, tu zobaczymy prace skupiające się na kwestiach przestrzeni. Jest to również temat podejmowany przez Kamila Moskowczenko, choć w całkowicie odmiennej estetyce.

Od pewnego czasu do wrocławskiego świata artystycznego dołączył powracający po latach nad Odrę Lev Stern, który wnosi tu sporo ożywienia.

Spotkania, czasami nieuniknione, czasami przypadkowe, czasami pożądane, nieodmiennie poszerzają naszą artystyczną świadomość. Zatem zapraszamy do odwiedzin i spotkania w przestrzeni wrocławskiej mia ART GALLERY.


/kurator wystawy: Bogusław Deptuła/

Spotkania: Kraków - Wrocław - Łódź

19 lutego - 28 lutego 2020
mia ART GALLERY, Plac Solny 11

Kurator: Bogusław Deptuła

informacja prasowa

niedziela, 25 listopada 2018

Małe Wielkie Kolekcje: Kolekcja Bogdana Góreckiego w mia Art Gallery

W mia ART GALLERY trzecia prezentacja prywatnej kolekcji i po raz trzeci wyjątkowa wystawa. Bohaterem najnowszej prezentacji dzieł jest  Bogdan Górecki - historyk sztuki zafascynowany sztuką naiwną, szkłem, ceramiką, malarstwem i grafiką. 



Niezwykle różnorodna, prawdziwa, zachwycająca w swojej szczerości. Kolekcja zwyczajna i niezwyczajna. Obejmuje zbiór przeszło trzystu obiektów, zarówno tych klasy muzealnej, co prywatnych dowodów przyjaźni – dla właściciela – równie cennych.

Eugeniusz Get Stankiewicz, bez tytułu, technika mieszana, 33 x 33 cm, 1994

Jak pisze we wstępie do katalogu opiekun merytoryczny programu Małe Wielkie Kolekcje, prof. Waldemar Okoń:
 „Niektóre kolekcje przypominają „silva rerum” - las rzeczy wypełniony tajemniczą treścią, na którą składają się przedmioty zebrane przypadkowo i pośpiesznie, dary artystów, pamiątki niespodziewanych spotkań i trudnych niekiedy pożegnań. (…) Kolekcja Bogdana Góreckiego zawiera w sobie ów „las rzeczy” przypominany teraz dzięki naszej wystawie. Liczne obrazy, grafiki, rysunki,  szkło i ceramika, sztuka ludowa i stare meble.

Pojawiają się w niej nazwiska tak znanych artystów jak Hanna Krzetuska, Mira Żelechower-Aleksiun, Eugeniusz Get- Stankiewicz, Zbigniew Karpiński, Alfons Mazurkiewicz, Konrad Jarodzki, Edward Dwurnik, Eugeniusz Geppert, Andrzej Klimczak-Dobrzaniecki, Krystyna Cybińska, Bronisław Wolanin, Henryk Albin Tomaszewski, ale też takie, o których historia sztuki zapomniała lub z jakichś nie do końca często jasnych powodów, nie chciała pamiętać…”

grafiki autorstw Eugeniusza Geta-Stankiewicza, fot. Linda Parys


Bogdan Górecki (1939-2018)

Urodził się 2 lutego 1939 r. w Mołodecznie na Białorusi. Ukończył średnią  szkołę w Zielonej Górze. W latach 1960 -  1965 studiował historię sztuki na Uniwersytecie we Wrocławiu. Równolegle z historią sztuki  rozpoczął studia na kierunku Archeologii Polski, które zakończył 1967 r. W czasie studiów ukończył także Zaoczne Studium Filmowe przy Wojewódzkim Domu Kultury we Wrocławiu (1963-1966).

Edward Dwurnik, Lament., olej na płótnie, 1986, 113 x 146 cm

Po ukończeniu studiów pracował jako kierownik w Klubie Robotniczym PKP we Wrocławiu na Gądowie (1966-1972), Wydziale Kultury dla m. Wrocławia i woj. Wrocławskiego, a także Biurze Wystaw Artystycznych. W latach 1973-1979 prowadził Galerię Pracowni Sztuk Plastycznych Jatki, w której odbyło się w tym czasie wiele interesujących wystaw (m.in. „Sztuka Kobiet”, wystawa malarstwa Hanny Krzetuskiej). W 1979 r. rozpoczął pracę w Biurze Wystaw Artystycznych jako specjalista do spraw programowych, pełniący obowiązki dyrektora. W 1983 r. po zorganizowaniu wystawy Edwarda Dwurnika, która poruszała tematykę Sierpnia 1980 oraz stanu wojennego, został zwolniony z pracy. W tym samym 1983 r. rozpoczął pracę w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Od 1984 do 1995 w imieniu Muzeum organizował Dział Polski na Międzynarodowym Konkursie Ceramiki Artystycznej w Faenzie (Włochy).

Józef Hałas, Portret Hanny Krzetuskiej, tusz na papierze, 1983, 25 x 17 cm

W 1986 r. współdziałał z Mariuszem Hermansdorferem przy organizacji cyklu wystaw „Nasza Galeria”.   W 1987 r. Bogdan Górecki objął kierownictwo Działu Ceramiki i Szkła w Galerii Sztuki XX w., od 1990 r. na stanowisku kustosza. Oprócz malarstwa interesował się od dawna ceramiką i szkłem artystycznym, zwłaszcza twórczością plastyków związanych z wzornictwem przemysłowym. Przygotował  wiele ekspozycji popularyzujących kamionkę bolesławiecką i twórczość wybitnego projektanta Bronisława Wolanina.

Henryk Tomaszewski, szkło sodowe dymne, wolno kształtowane na gorąco, 1960-1970, wys. 50 cm

Posumowaniem jego studiów nad kamionką jest bogato ilustrowane opracowanie "Bolesławiecka Ceramika  Artystyczna 1950-2000, Bolesławiec 2000. Z wystaw z dziedziny szkła użytkowego wyróżnić należy ekspozycję Reginy i Aleksandra Puchałów, projektantów w hucie „Julia” w Szklarskiej Porębie, Eryki i Jana Drostów w hucie szkła gospodarczego „Ząbkowice” w Dąbrowie Górniczej czy Stefana Sadowskiego w hucie  „Sudety” w Szczytnej.  Podsumowaniem jego prac z zakresu szkła artystycznego jest katalog zbiorów "Ceramika i szkło polskie XX wieku", Muzeum Narodowe,  Wrocław 2004, w którym opracował część dotyczącą szkła.

zdjęcie z ekspozycji, praca Anny Malickiej Zamorskiej, Łysa Śpiewaczka, porcelana, lata 70-80te. ,
wys. 15 cm, fot. Linda Parys

W 2005 r. w ogólnopolskim Konkursie  MKiS w kategorii "Dokonania z zakresu działalności naukowej"| katalog otrzymał Główną Nagrodę – Sybillę. Katalogowi zbiorów towarzyszyła wystawa, której komisarzem był Bogdan Górecki. W 2004 r. przeszedł na emeryturę, ale przez wiele lat nadal współpracował z Muzeum. Zmarł 3 marca  2018 r. otoczony troskliwą opieką rodziny i przyjaciół.

zdjęcie z ekspozycji for. Linda Parys

Kolekcja Bogdana Góreckiego 
27 listopada – 14 grudnia 2018
mia ART GALLERY
ul. Św. Mikołaja 61-62
50-127 Wrocław
Autor ekspozycji: Bogusław Deptuła
Opiekun merytoryczny programu: prof. Waldemar Okoń
Godziny otwarcia galerii
wt. – pt. 12:00 – 18:00
sob.12:00 – 16:00

Organizator: mia ART GALLERY
Partnerzy: Fundacja All That Art, Sleepwalker.pl, fabrykasensu.pl

informacja prasowa

sobota, 20 lipca 2019

Lato na Solnym | 20.07 - 4.08 | mia ART GALLERY

Galeria na Solnym zaprasza na letnią ekspozycję prac znanych artystów, m. in. Józefa Hałasa, Konrada Jarodzkiego, Hanny Krzetuskiej. Kuratorem wystawy jest Bogusław Deptuła. 



Z przyjemnością informujemy o wystawie zbiorowej Lato na Solnym, podczas której zaprezentujemy nietuzinkowe przykłady malarstwa, ceramiki i szkła w wyjątkowych, wakacyjnych cenach.

Krzysztof M. Bednarski | Stasys Eidrigevicius | Andrzej Gieraga | Józef Gielniak | Józef Hałas | Łukasz Huculak | Józef Jarema | Konrad Jarodzki | Hanna Krzetuska | Urszula Madera | Anna Malicka-Zamorska | Eugeniusz Markowski | Michał Misiak | Zdzisław Nitka | Antoni Starczewski | Anna Szpakowska-Kujawska

Tak o wystawie pisze kurator - Bogusław Deptuła:

"W lecie można się nieco rozluźnić, założyć krótkie spodenki, klapki, ciemne okulary i spojrzeć także na sztukę nieco inaczej, swobodniej.
Najnowsza wystawa mia ART GALLERY na Placu Solnym proponuje kilka artystycznych i personalnych spotkań. Owe spotkania ujawnią nieoczywiste powinowactwa artystyczne, często nieprzewidziane, nieuświadomione, nieoczekiwane.
I tak wczesna, pejzażowa akwarela Józefa Hałasa spotyka się z jego pracownianym eksperymentowaniem z przyklejaniem pustych tubek po farbie do powierzchni obrazu i już późniejszymi doskonałymi zgeometryzowanymi, idącymi ku abstrakcji, niebieskimi, pejzażowymi wizjami, które ujawniają już pełnię mistrzowskich poszukiwań i ostatecznych rozwiązań wrocławskiego mistrza.

Zobaczymy również wysmakowane płótno warszawiaka, Eugeniusza Markowskiego, który niezbyt często zjawia się na wrocławskiej scenie galeryjnej. Scena figuralna, typowa dla tego malarza, ma jednak inny, nieco zagadkowy charakter i jeszcze nieco inną, utrzymaną w zieleniach i cynobrach kolorystykę.

Uwagę oglądających na pewno przykuje nieoczywiste współistnienie gamy różowych, nierozpoznawalnych przestrzeni, trudnych do nazwania i opisania w obrazach Konrada Jarodzkiego i Łukasza Huculaka. Różne światy, rożne poczynania pędzla, a tonacja w nieoczywisty sposób nieco podobna: przygody palety, przygody malujących, przygody oglądających; czyli nasze przygody, nagle spotykają się i łączą w całkiem nowe wizualne konstelacje.

Spotkanie Antoniego Starczewskiego, Andrzeja Gieragi, Józefa Hałasa, Józefa Jaremy również okazuje się odświeżające i artystycznie udane. Doskonale do tego zestawu klasyków dołącza się najmłodsze pokolenie w osobie Urszuli Madery, świeżej absolwentki wrocławskiej Akademii.
A wreszcie kilka pięknych szklanych i ceramicznych drobiazgów, dopełniają całości tej letniej prezentacji, która jest swobodną grą spotkań i nieoczywistych artystycznych powinowactw, wizji i obrazów."

informacja prasowa

środa, 18 stycznia 2023

Jerzy Rosołowicz. Spacer miejski

21 stycznia 2023, godz. 13.00 Muzeum Współczesne Wrocław, Muzeum Architektury oraz Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu zapraszają na spacer miejski śladami Jerzego Rosołowicza. Rozpoczynając od dawnej Galerii Permafo, czyli obecnie siedziby Ośrodka Kultury i Sztuki we Wrocławiu, udamy się m.in. do Mieszkania E. Gepperta czy Muzeum Architektury, aby przybliżyć państwu życie i twórczość tej ważnej postaci wrocławskiego środowiska awangardowego.

Nakreślimy Państwu najważniejsze wydarzenia artystyczne lat 70., zaprezentujemy realizacje Jerzego Rosołowicza od „Neutronikonów” po niezrealizowane projekty takie jak konceptualny „Neutrdrom” z 1967 roku. Następnie w Muzeum Architektury dowiemy się więcej o początkach kolekcji dzieł sztuki tej instytucji oraz dwóch wystawach: „Terra 1” (1975) i „Terra 2” (1981), które z twórczością Rosołowicza (poza jego udziałem) łączy idea troski o człowieka i środowisko.

Prowadzenie: Małgorzata Devosges-Cuber, Michał Duda, dr Marika Kuźmicz, Joanna Sokołowska. Udział w wydarzeniu jest bezpłatny. Zapisy nie są wymagane.

Po spacerze zapraszamy do Muzeum Współczesnego (Pl. Strzegomski 2) na oprowadzanie Mariki Kuźmicz po wystawie „Jerzy Rosołowicz. Alchemik”.

Oprowadzanie rozpocznie się o godzinie 16.30.

Ilość miejsc jest ograniczona do 20 osób.

Prowadzący:

Małgorzata Devosges-Cuber – historyczka sztuki, absolwentka muzealniczych studiów kuratorskich na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kuratorka i współkuratorka wystaw i autorka tekstów poświęconych sztukom wizualnym i architekturze, między innymi: „Odczarowywanie. Proces ciągły”, „Patchwork. Architektura Jadwigi Grabowskiej-Hawrylak”, „Patchwork. The Architecture of Jadwiga Grabowska-Hawrylak” (Center for Architecture w Nowym Jorku i Trienal de Lisboa w Lisbonie), „Trzy początki. 1918-1945-1989” (książka towarzysząca wystawie wyróżniona została nagrodą DAM Architectural Book Award 2019/ Targi Książki we Frankfurcie nad Menem), „Terra X [- ∞]. Archiwum Przyszłości”. Kuratorka wystawy Leona Tarasewicza w Muzeum Architektury we Wrocławiu nagrodzonej Grand Prix Sybilla 2018 na najważniejsze wydarzenie muzealne roku i wystawy „Czasoprzestrzeń zbioru” (2021). Współautorka wystawy „Landscapes of Leisure” o polskiej architekturze wypoczynkowej w Pawilonie Polski na Expo 2020 w Dubaju. Współkuratorka wystawy „Greenhouse Silent Disco” w polskim pawilonie na 23 Triennale Sztuk Dekoracyjnych i Architektury Współczesnej w Mediolanie (2022). Pracuje w Muzeum Architektury we Wrocławiu, gdzie od 2016 roku prowadziła program działań związanych z europejskim projektem Future Architecture Platform. Obecnie kieruje Działem Sztuki Muzeum Architektury.

Michał Duda – historyk sztuki, badacz i krytyk architektury, kurator, inicjator i organizator wielu projektów i wydarzeń związanych z promocją polskiej architektury. Absolwent historii sztuki na Uniwersytecie Wrocławskim oraz Studiów Kuratorskich na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracuje w Muzeum Architektury we Wrocławiu. Kurator i współkurator wielu wystaw poświęconych przedwojennej i współczesnej architekturze, m.in.: „Greenhouse Silent Disco” (prezentowanej podczas Triennale w Mediolanie), „Patchwork. Architektura Jadwigi Grabowskiej-Hawrylak” (pokazywanej również w Nowym Jorku i w Portugalii), „Landscapes of leisure” (pokazywanej podczas EXPO 2020 w Dubaju), „Trzy początki. 1918/1945/1989” , czy „Terra X [- ∞]. Archiwum Przyszłości”. Jego książka „Patchwork. Architektura Jadwigi Grabowskiej-Hawrylak”, pierwsza monografia poświęcona wrocławskiej architektce, otrzymała nagrodę DAM Architectural Book Award 2017. Pracuje w Muzeum Architektury we Wrocławiu, obecnie w roli dyrektora.

dr Marika Kuźmicz – historyczka sztuki, kuratorka, wykładowczyni, dziekan Wydziału Badań Artystycznych i Studiów Kuratorskich ASP w Warszawie, wykładowczyni Collegium Civitas. Prezes Fundacji Arton (od 2011 r.), organizacji zajmującej się opracowywaniem archiwów artystek i artystów lat 70. oraz Fundacji im. Edwarda Hartwiga (od 2017). Dwukrotna stypendystka MKiDN, stypendystka Miasta St. Warszawy. Autorka i redaktorka licznych książek o sztuce, w ostatnim czasie m.in. „Ludmiła Popiel i Jerzy Fedorowicz” (2019), „Edward Hartwig. Fotografiki” (2019), „Jan Dobkowski” (2020), „Barbara Kozłowska” (2020), „Paweł Kwiek. Zrobić niemożliwe światło” (2021), „Tapta” (2021). Pomysłodawczyni i koordynatorka bazy www.forgottenheritage.eu. Organizatorka międzynarodowych konferencji poświęconych archiwom artystek i artystów „Revisiting Heritage” (2018) oraz sztuce artystek z Europy Środkowo-Wschodniej „The international conference „Not Yet Written Stories. Women Artists in CEE” (2021). Obecnie pracuje m.in. monografią Jerzego Rosołowicza.

Joanna Sokołowska – kuratorka, autorka i redaktora publikacji poświęconych sztuce współczesnej. W latach 2010-2021 współtworzyła jako kuratorka program Muzeum Sztuki w Łodzi. Obecnie współpracuje z Katedrą Mediacji Sztuki wrocławskiej ASP. Przy pomocy medium wystawy porusza kwestie społeczne takie jak wyobraźnia ekologiczna, przyszłość pracy, praca a płeć czy funkcje artystycznych utopii. Wybrane wystawy to: „Odnowa. Biennale Zielona Góra 2022” (wspólnie z Bartkiem Lisem i Martą Genderą), „Happy the End. Konrad Jarodzki” (Galeria Geppart, Wrocław, 2021), „For beyond that horizon lies another horizon” (Edith-Ruß-Haus für Medienkunst, Oldenburg, 2017), „Inne miasto – inne życie” (Zachęta Narodowa Galeria Sztuki, Warszawa, 2008), a także (realizowane w Muzeum Sztuki w Łodzi) „Praca, praca, praca (praca). Céline Condorelli i Wendelien van Oldenborgh” (wspólnie z Danielem Muzyczukiem), 2021, „Zjednoczona Pangea, 2019, Ćwiczenia w autonomii. Tamás Kaszás” (we współpracy z Anikó Loránt (ex-artists’ collective), 2016, „Wszyscy ludzie będą siostrami”, 2016, „Niewczesne historie” (wspólnie z Jarosławem Lubiakiem), 2015, „Huseyin Bahri Alptekin. Zajścia, zdarzenia, okoliczności, przypadki, sytuacje” (wspólnie z Magdaleną Ziółkowską), 2014, „Oczy szukają głowy do zamieszkania” (wspólnie z Aleksandrą Jach, Katarzyną Słobodą, Magdaleną Ziółkowską), 2011, „Robotnicy opuszczają miejsca pracy”, 2010.

informacja prasowa

sobota, 22 sierpnia 2020

Sztuka jako fitness dla mózgu – rozmowa o wystawie „Mity, symbole, abstrakcje” w Galerii Miejskiej we Wrocławiu

W rozmowie na temat okoliczności powstawania wystawy w czasach apokaliptycznych, a także oddziaływania  malarstwa tak na twórców, jak i na odbiorców sztuki, wzięli udział artyści: Małgorzata Maćkowiak, Roma Pilitsidis, Telemach Pilitsidis oraz kuratorzy wystawy „Mity, symbole, abstrakcje/tryptyk głogowski”: Roger Piaskowski (historyk sztuki) i Mirosław Jasiński (Dyrektor Galerii Miejskiej). 


Rozmawiamy zamaskowani. Spotkanie z artystami i kuratorami na wystawie
"Mity, symbole, abstrakcje", fot. Martyna Czekała


Barbara Lekarczyk-Cisek: Wyznam na wstępie, że wystawa zaintrygowała mnie i swoim tytułem, i walorami prezentowanych prac. Było więc dla mnie oczywiste, że za ciekawymi obrazami muszą stać równie interesujący artyści, stąd wzięła się potrzeba spotkania z Państwem i utrwalenia tego wydarzenia.

Roger Piaskowski: No tak, bo to dzisiejsze spotkanie rekompensuje nam też brak wernisażu. Cała ta sytuacja jest dziwna. Zazwyczaj z okazji wystawy spotyka się i rozmawia o sztuce w  wernisażowym nastroju, więc dobrze się stało, że do takiego spotkania doszło.
Jesteśmy gotowi poznać, co to znaczy żyć w czasach Apokalipsy. Artyści próbują diagnozować tę sytuację. Tutaj mamy do czynienia z wystawą bardzo specyficzną, ponieważ trzy autonomiczne osobowości, nie stanowiące formalnej grupy, postanowiły zrobić coś wspólnie. I udało się to! Zarówno jeśli chodzi o obrazy, ich treści, jak też atmosferę kontemplacji, która dominuje, próbując zachować pewne wartości w czasach hm… proto-apokaliptycznych.


Wystawa "Mity, symbole, abstrakcje/tryptyk głogowski", fot. Agata Piątkowska,
Galeria Miejska we Wrocławiu

Barbara Lekarczyk-Cisek
: Nurtuje mnie, jak takie trzy wyraziste osobowości mogły zaistnieć na jednej wystawie i skąd wziął się jej tytuł.

Roger Piaskowski: Zdradzę na potrzeby dzisiejszego spotkania, jakie są kulisy tytułu „Mity, symbole, abstrakcje”. Otóż od dawna rozmawialiśmy o wystawie Romy, Telemacha i Małgorzaty, także wspólnie z Andrzejem Sajem, który bardzo dopinguje twórczość każdego z tych artystów. I to on właśnie jest autorem tytułu, na skutek pewnej mojej sugestii. Nieskromnie dodam, że myśląc o wystawie, musiałem też prowadzić różnego rodzaju rozmowy, aby wszystko to połączyć. Byłem przekonany, że to możliwe, pomimo tak dużego zróżnicowania życiowego, osobowościowego i artystycznego. Tutaj też należy szukać klucza do tytułu wystawy. Mity powiązane są bezpośrednio z twórczością Telemacha Pilitsidisa. Jeżeli chodzi o Małgorzatę Maćkowiak, to w jej twórczości pojawia się zagadnienie poszukiwania znaków, symboli w sztuce, w kulturze. Z kolei Roma Pilitsidis znajduje się, mówiąc skrótowo, w tym obszarze, który nazwać by można abstrakcją. Przy czym pojęcie abstrakcji jest tak pojemne, że w przypadku jej twórczości odnosi się raczej do tego, że dzieła, które tworzy, w swoim wyrazie formalnym, kompozycyjnym zmierzają jednak do próby przekazania myśli o pięknie, o sztuce, a także o pewnych teoriach abstrakcyjnych, matematycznych. Jest to zatem bardzo głębokie podejście do pojęcia abstrakcji.

Patrząc na prace trojga tak różnych artystów, trzeba także dostrzec wartość wspólną, która odnosi się do tego, że malarstwo w ujęciu klasycznym jest zawsze próbą samodzielnego podejścia do indywidualnych doświadczeń artystycznych, estetycznych, historycznych. Te niezwykłe obrazy, które oglądamy w Galerii Miejskiej we Wrocławiu, oddają hołd pięknu, sztuce w bardzo tradycyjny sposób. Jest to troszeczkę oderwane od rzeczywistości, ale dlatego, że sztuka jest taką właśnie przestrzenią, która w czasach pandemii może oferować duchowe oczyszczenie. Jest to zatem wystawa skłaniająca do kontemplacji, w dodatku muzyczna. Towarzyszy jej utwór muzyczny – trio, nawiązujące do trojga artystów, z których każdy tworzy na swój sposób, a jednak ekspozycja stanowi kompozycyjną całość.


Telemach Pilidsidis, Argument zmierzchu, 1984, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Barbara Lekarczyk-Cisek: Bardzo to interesujący eksperyment zderzenia ze sobą trzech osobowości, bo dzięki niemu następuje nie tylko rodzaj dialogu między obrazami i konwencjami, ale powstaje – jak w przypadku metafory – nadrzędna, trzecia wartość. Ciekawi mnie w związku z tym, co zdecydowało, że takie, a nie inne obrazy ze sobą sąsiadują, bo z pewnością wybór poprzedziła jakaś myśl. Zacznijmy więc nasze rozważania od tego, jakie prace chcieli pokazać na wystawie artyści i dlaczego właśnie te.

Roma Pilitsidis: Początkowo nie wiedziałam jeszcze, jak będą eksponowane. W moim przypadku nie mogłam się kierować wyborem tematycznym, jak w sztuce przedstawiającej. Chciałam, aby moje prace oddziaływały wizualnie – jako  całość. Ponadto pragnęłam pokazać obrazy z różnych lat, reprezentatywne, ponieważ po raz pierwszy miałam mieć wystawę w Galerii Miejskiej we Wrocławiu. Są tu więc prace wcześniejsze, ale także stworzone w dobie pandemii, kiedy przebywałam w zamknięciu i malowałam ciszę, odzwierciedlającą ciszę miasta – ulic, skwerów… Wcześniej, w 2018 roku, malowałam granice. W tamtym czasie były zupełnie inne, bo ludzie tłumnie migrowali. Natomiast granice malowane w czasach pandemii są przedstawione zupełnie inaczej – kompozycja i kolorystyka są odmienne, wykorzystuję dużo mocnej czerwieni.

Roma Pilitsidis, Granice, olej na płótnie, 2020 r.,  fot. Agata Piątkowska

Roger Piaskowski: Widzimy więc przykład obrazów oddających klimat swoich czasów językiem nieprzedstawiającym.

Barbara Lekarczyk-Cisek: Podobnie maluje swoje cykle prof. Konrad Jarodzki, którego wystawę oglądałam swego czasu w galerii na Dworcu Głównym we Wrocławiu. Impulsy (taki też tytuł nosiła wystawa) czerpał z prawdziwych wydarzeń, np. obrazy tragedii 11 września nie stanowią ilustracji czy fotograficznej wierności tego wydarzenia, są rodzajem metafory i symbolu…

Roger Piaskowski: Taki „komentarz” artysty do wydarzeń jego czasów jest przez to ciekawszy. Jeśli chodzi o wybór obrazów na wystawę, to był on wynikiem konsultacji. Chodziło o wybór dla artysty reprezentatywny. Poza tym każdy artysta ma własny program i wie, co chciałby pokazać. Ostatecznie wybraliśmy pewną pulę obrazów, którą  następnie konsultowaliśmy z Galerią. To był złożony proces. W przypadku mistrza Telemacha Pilitsidisa, który jest księciem malarzy Zagłębia Miedziowego, jest tak ogromna gama różnych postaw, poszukiwań, powiązanych na dodatek z poezją, że trudno było sprostać koncepcji trio. To jest wystawa bezprecedensowa z wielu powodów. Nie tylko dlatego, że jest pandemiczna i bez wernisażu, ale także przez to połączenie różnych osobowości w jedną całość.

Barbara Lekarczyk-Cisek: A jak wyglądały wybory z Pani punktu widzenia, Pani Małgorzato?

Małgorzata Maćkowiak: Miałam przygotować zestaw prac. A ponieważ maluję cyklami, trzeba jeszcze było wybrać konkretne prace z każdego cyklu. Zastanawiałam się, jak to wypadnie w zestawieniu z dużymi pracami Telemacha, bo ja ostatnio maluję małe formaty. Z początku nic mi się nie podobało. Moje dylematy scedowałam w końcu na specjalistów.

Roma Pilitsidis: To, że prace mają różne formaty, to bardzo dobrze! Wystawa jest ciekawsza, nie tak jednorodna, a obrazy się nie przytłaczają.

Telemach Pilitsidis: Wprawdzie nie ja jestem autorem wyboru prac, ale uważam, że jest to piękny wybór.

Barbara Lekarczyk-Cisek: Czy i w Pana przypadku mamy do czynienia z reprezentatywnym wyborem?

Telemach Pilitsidis: Ja tych „telemachów” mam w swojej pracowni kilkunastu, ponieważ jestem osobą pozornie spokojną, ale faktycznie wewnętrznie dynamiczną. Od początku mojej kariery artystycznej, w latach 70. I 80., mimo wielu wystaw i nagród, długo nie mogłem oderwać się od pępowiny łączącej mnie z moim mistrzem Jerzym Nowosielskim. Obecnie, z perspektywy lat uważam, że moje prace wcale nie były takie „nowosielskie”. Warsztat był być może podobny, ale każdy z nas wyrażał co innego. W pracach prezentowanych na wystawie nie ma już Nowosielskiego, to już są „telemachy”. Znajdujący się na niej  mój obraz „Angelika” miał być w założeniu ikoną Angeliny Jolie – kobiety współczesnej. Tylko czy widz to skojarzy?


Telemach Pilidsidis, Angelika, olej na płótnie, 2017, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Roger Piaskowski: Charakterystyczne jest, że po opuszczeniu pracowni obraz zaczyna żyć swoim tajemniczym życiem, ponieważ ukrywa w sobie treści, znaczenia dotyczące życia artystów, tradycji malarskiej, w której się ukształtowali (Nowosielskiego, Makowskiego czy Matisse`a), ale potem zaczyna też żyć życiem odbiorcy – w sensie społecznym. Powstaje pytanie: jak to wszystko połączyć w jedną wartość? Można by odpowiedzieć, że sztuka jest taką sferą, w której obraz funkcjonuje w sposób szczególny. Sztuką może też być sposób życia artysty. Ja jednak dostrzegam w obrazach trojga artystów silny element sakralizacji.

Małgorzata Maćkowiak: Przestrzeń tworzenia była od prapoczątków sakralizowana, jak tego dowodzi choćby malarstwo Aborygenów czy rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej, Indian Hopi  i ich sand paintings. Być może odziedziczyliśmy po przodkach takie traktowanie obrazu. W związku z tym obraz, a w konsekwencji ikona, jest przestawieniem świętości.

Otwartą pozostaje sprawa odbioru dzieła sztuki. Hrabal powiada o swoich powieściach, że są półproduktami, dopiero czytelnik sprawia, że stają się pełnowartościowe. Podobnie rzecz ma się z obrazami.
Chciałabym też zwrócić uwagę na odkrycia neuroestetyki.  Jej twórca, Profesor Semir Zeki, z University College London, sugeruje, że jeśli nadal, po tak wielu tysiącach lat, tworzymy obrazy, to musimy ich w jakiś stały sposób potrzebować. Według Zekiego artyści posiadają intuicję lub raczej „tajemną” czy „ukrytą wiedzę” na temat zasad neurofizjologii percepcji i emocji, które nieświadomie wykorzystują podczas procesu tworzenia dzieła. W tym sensie każdy artysta swoim dziełem uruchamia cały zespół procesów neurofizjologicznych w mózgu widza i powiązane z tym procesem emocje: poczucie piękna, wzruszenie, zachwyt estetyczny i uniesienie. „Artysta to nieświadomy neurobiolog”, a dzieło sztuki to „superbodziec”. Wedle neuroestetyki, malowanie i oglądanie malarstwa uplastycznia nasz mózg, obniża poziom stresu, pobudza kreatywność i umiejętności poznawcze… Bez sztuki nie bylibyśmy na takim etapie rozwoju, być może bylibyśmy zupełnie innymi ludźmi, bardziej prymitywnymi. Sztuka „rzeźbi” nasz mózg, ułatwia myślenie. Kiedy patrzymy na obraz, nasz mózg pracuje. Być może wszyscy ci prymitywni przodkowie właśnie dlatego tak się rozwinęli. Pójście do galerii to jakby fitness dla mózgu (śmiech).


Małgorzata Maćkowska, Znak w przestrzeni pojęć, olej na płótnie, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Barbara Lekarczyk-Cisek: Pozostaje więc mieć nadzieję, że odwiedzający tę wystawę wejdą w dialog z obrazami i „dopowiedzą” do nich wiele interesujących treści, obniżając sobie przy okazji poziom stresu i podnosząc kreatywność (śmiech).  Dziękuję Państwu za spotkanie.

Stoją od lewej: Małgorzata Maćkowiak, Telemach Pilitsidis, Roma Pilitsidis, Roger Piaskowski


Wystawie towarzyszy starannie wydany dwujęzyczny katalog, zawierający obszerny esej Rogera Piaskowskiego: "Trio na instrumenty malarskie", prezentujący także sylwetki i reprodukcje obrazów trojga artystów.



Przeprowadziłam także indywidualne rozmowy z artystami, które znleźć można pod poniższymi linkami:

Film otwarcia 51. FPFF

21 września (poniedziałek) o godzinie 19:00 odbędzie się Uroczystość Otwarcia 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Teatrze Muzycznym ...

Popularne posty